
Wednesday,07 April 2010,18:32
Kategoria: Religia Wednesday, 07 April 2010, 18:32
Refleksja nad sensem życia, nad miłością w Miłości, i Miłością Prawdziwą!
---
Wyciągał do mnie ręce. W Jego spojrzeniu tyle było miłości. Tyle łaskawości. Przebaczył mi. A ja twarz odwracałem. Nie umiałem spojrzeć w te oczy. Nie mogłem patrzeć. Nie potrafiłem. Nie teraz. Nie dzisiaj. Umierał przecież za mnie. Dla mnie. Umierał przeze mnie.
Wiele się ostatnio wydarzyło. Wiele złego z mojej strony. Odrzuciłem Jego przyjaźń. Zdradziłem. Przy stole podczas wieczerzy najpierw obmył me stopy. Potem kęs włożył do ust. Dla mnie to było mało. Nadeszła noc. Góra. Klęczał tam przy skale. Ręce wyciągał ku niebu. Podszedłem. Ucałowałem. Za mną i oni. Pojmali. Trzydzieści trzy srebrniki – tyle dla mnie warta była Jego miłość. Swój błąd pojąłem po chwili. Moja żądza posiadania… moja głupota, do zguby doprowadziły mnie samego. A tyle razy powtarzał, aby skarby w niebie gromadzić. Aby nie szukać tego co na ziemi… ale tego co w górze, co w domu Ojca ukryte. Ale co mi tam. Pieniądz ważniejszy.
To nie był koniec mojego zła. Zapytany o Pana trzy razy wyparłem się Jego miłości. Trzy razy zaprzeczyłem. Trzy razy się zaparłem. Nie znam Go, kobieto. Nie znam, słyszysz?! Pierwszy raz Go widzę! Kogut zapiał, a On spojrzał na mnie. Z litością. Nie wytrzymałem. Łza pociekła mi po policzku, ale to wciąż mało. Niby strach – bo przecież chciałem tylko życie zachować…
Stał tuż przy mnie. Taki słaby. Nic nie znaczący. Już nie był królem. Teraz głowę z wbitym cierniem opuścił. Pełen pokory wciąż milczał. Podniosłem bicz i uderzyłem. Raz po raz uderzałem. Niech zrozumie na co zasługuje kłamca. Niech pojmie, że kłamstwo nie płaci. Inni kości wzięli do ręki i rzucili. O szaty walkę stoczyli. Los szczęścia i Królewski Płaszcz przywłaszczyli. Okraść i zadać ból to było celem.
Stałem przed ludźmi. Przed tłumem gapiów. Czego oni chcieli. Nie widzę w nim winy. Uwolnić. Przecież on nic nie zrobił. Nie zasługuje na śmierć. Nie zasługuje, słyszycie? Ręce umyłem. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Nie chciałem się mieszać. Uważałem, że nie zasłużył. Oni zdecydowali inaczej. Uwolniłem więc więźnia – syna ojca. Niech jego wezmą, a Nazarejczyka – ukrzyżować. Nie mogę zawieść ludu. Moja pozycja jest ważniejsza.
Jesteś wrogiem Cezara! Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj! Chcemy Barabasza! To ja krzyczałem. To były moje słowa. Nie mogłem patrzeć na tego człowieka. On kłamał. Za Boga się podawał. Bluźnił. Na krzyż z takim. Niech na drzewie zawiśnie. Niech umiera.
To ja włócznie w ręku trzymałem. Podniosłem. Dźgnąłem. Bok Mu przebiłem. Trafiłem idealnie. Krew i woda wypłynęły. Cuda jakieś chyba. Tak nie umiera człowiek… ale On jednak umierał.
Opuściłem Cię… a Ty nadal wyciągasz do mnie swe dłonie. Z wysokości krzyża spoglądasz na mnie z miłością. Nie potępiasz. Nie prawisz kazań. Wyciągasz ręce i przygarniasz do Swego serca. Przebaczasz… chociaż nie zasługuję. Kochasz… chociaż ja nie kochałem. Ufasz… chociaż ja nie ufałem.
Za moją pychę i chęć posiadania – przepraszam Cię, Panie.
Za zaparcie się Ciebie, za brak odwagi, za zbytnią troskę o własne dobro – przepraszam Cię, Panie.
Za ból, który Ci zadałem, za znieważania, za brak litości, za kradzież – przepraszam Cię, Panie.
Za to, że dałem się ludziom zmanipulować, za to, że pozycji chciałem strzec – przepraszam Cię, Panie.
Za brak wiary, za ocenianie po pozorach, za brak akceptacji – przepraszam Cię, Panie.
Za każdą ranę zadaną, za każdy gwóźdź i każdą włócznię – przepraszam Cię, Panie.
Za to, że nie byłem człowiekiem – przepraszam Cię, Panie.
Wybacz mi, Panie, bo jestem tylko grzesznym człowiekiem z tłumu. Zbyt słabym, by żyć. Nie zasługuję na Twoją miłość.
Odsłon: 202 Komentarzy: 0
Sunday,07 March 2010,16:42
Kategoria: Religia Sunday, 07 March 2010, 16:42
Tutaj z serii – refleksyjne ;)
---
„W” była dla niego wszystkim. Wiedział jednak, że strach jest silniejszy. Mimo walki – przegrywał. Mimo dążenia – upadał. Lęk paraliżował go do cna. To był jego problem. Nie jedyny. Jeden z wielu. Nie umiał się w tym wszystkim odnaleźć. Teoretyczny banał okazał się aspektem nie do ogarnięcia. A tak bardzo chciał. Ze wszystkich sił. Z całej swej mocy. Z całego swego umysłu. Z całego serca! Nie potrafił. Bolało go to. Bardziej i bardziej z każdą chwilą. Fatalnie to zbyt mało powiedziane. Czuł się gorzej niż bardzo źle. Wiedział, że tak nie może żyć. I co z tego, że… kochał? A podobno miłość zabiera strach. Nie zabrała. A podobno tylko miłość nie ma przeszkód. A tutaj ciągle ściana. Większa. Grubsza. Nie do pokonania! I tutaj dostrzegł swoją słabość. Swoją niemoc.
Wcześniej był słaby własnym brakiem sił. Kiedyś stał się mocny siłą Najwyższego. Teraz znów zrozumiał, że sam nic nie zdoła… bo przecież jest niczym. Był zmęczony trudem ścieżek wydeptanych. Oczy otworzył mu Wszechmogący. Powstał. Otrząsnął się. To był tylko pył! To piach, już nie kajdany. Wyrwany z jarzma grzechu porzucił mroczny trakt. Wybrał szlak światła – wizualnie dłuższy i bardziej stromy. I to, co wydawało się nie pokonania, co wydawało się nie osiągnięcia, stało się możliwe. Czekał chwili, kiedy w nim będzie więcej Mistrza niż jego samego. Kiedy przestanie wielbić, bo Przedwieczny uwielbi się w nim…
Chciał zaufać. Pozwolić się prowadzić wciąż i wciąż, dalej i dalej. A tutaj znów strach. Znów niemoc. Znów Ból. Ściana. Jak ją pokonać? Obejść się nie da. Wejście na szczyt – fizycznie niemożliwe. Ale Tatuś nie zostawia nas samych. Nie zostawia nas na pożarcie wilkom. Daje nam kogoś, kto pomoże. Kto poprowadzi. Kto poda dłoń. Stawia na naszej drodze dobrych ludzi. A może to są aniołowie w ludzkiej postaci? I chwała Mu za to!
Na jego drodze też postawił Stróża. To było całkiem niedawno, ale ten dzień pamiętał jak przez mgłę. Cichy, ciemny kościół… Od tamtej chwili nie musiał znosić udręk sam. Wiedział, że jest ktoś, kto zawsze mu pomoże. Do kogo może zwrócić się o pomoc. Jednak nie musiał nic mówić. Anioł wiedział wszystko. Wiedział co czuje. Wiedział co myśli. Wiedział, co go boli. Znał go lepiej niż on sam siebie. Stróż znał się na ludziach. On to dopiero miał słuch – nikt tak jak on nie potrafił rozmawiać z Pocieszycielem. Potrafił swoim przeszywającym spojrzeniem ogarnąć wszystko. W oczach tkwi w końcu siła duszy. Wołał: „ODWAGI!” za każdym razem, gdy miał się poddać. Krzyczał: „Nie lękaj się!” gdy napawały go obawy.
Stróż wiedział, co jest jego problemem. Stróż widział. Stróż czuł. Wiedział, co go gryzie. Dał mu radę, która okazała się zbawienna. Kazał złożyć swe lęki w ofierze. Złożyć jako dar na ołtarzu… a Mistrz to wszystko przemieni. Tak też zrobił. Starał się ze wszystkich sił… Prosił o pomoc Najwyższego. Czekał na przemienienie. Czekał. Czekał. Było trudno. Ciężej niż zwykle. Ten ciężar go przytłoczył. Ktoś jednak szeptał mu: „Nie przestawaj! Nie poddawaj się! Walcz!”. Walczył. Modlił się. Prosił… i czekał. Nadszedł dzień, gdy wszystko się zmieniło. Nadeszła godzina, gdy strach zniknął. Jeden moment, krótka chwila, która zmieniła jego życie…
Zniknął lęk, a pojawił się nowy cel. A może to stary… ale teraz bliższy niż kiedyś. Iść za Nim. Dzięki Stróżowi zrozumiał, że strach jest niczym w porównaniu z miłością. Zrozumiał, że strach niszczy, a miłość buduje. Może gdyby znalazł się ktoś, kto bardziej by go pokochał, mógłby zmienić zdanie, ale przecież nikt nie kocha bardziej niż Miłości Stwórca. Zaufał. Dał się prowadzić. Już nie on był panem, ale Pan był nad nim. I znów był silny Jego mocą. Starał się, by wszystkie jego czyny brały początek w Mistrzu i w Nim znajdowały dopełnienie. Podał mu rękę i szedł. Szedł. A gdy upadał, przypominał sobie słowa Stróża: „Ciągle zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam. Wciąż jednak słyszę – KOCHAĆ to znaczy powstawać!”
Odsłon: 203 Komentarzy: 0
Sunday,07 February 2010,13:38
Kategoria: Kultura Sunday, 07 February 2010, 13:38
Do domu wchodzi dziewczynka. Ma około 14 lat, ale słuchając jej słów mamy wrażenie, że jest już stara i zużyta. Z jej ust wydobywają się przekleństwa, a sama nie ma do powiedzenia nic, prócz wielu oskarżeń, skierowanych w stronę rodziców…
Początek metamorfozy
Styczeń. Drzwi do domu otwierają się z hukiem. Ktoś wchodzi do pokoju i przegląda się w lustrze. To Ania. Ale jakże do siebie niepodobna. Jeszcze chwilę temu blondynka, a teraz… czarne włosy postawione z tyłu głowy na żel – niby kolce. Więc czemu niby mamy nie nazywać jej dziewczynką z kolcami?
- Co ty ze sobą zrobiłaś? – pyta ojciec.
- A co cię to obchodzi?! Nie znasz się! To moje życie!
Jest modna. Trudno temu zaprzeczyć. Swoją „trędowatością” rzuca wszystkich na kolana. Nie może być inaczej, skoro swoją garderobę kompletowała przez niemal rok, żebrząc u wszystkich swoich „joł-kumpli”. A teraz wygląda niczym zagraniczny raper. Do 50centa trochę jej brakuje, ale Eminema spokojnie mogłaby dublować. Co się stało z niegdyś wzorową uczennicą?
Nowi „joł-kumple”
Gimnazjum działa na ludzi zadziwiająco. A pierwsza klasa jest idealna, by poznać nowych ludzi i zupełnie zmienić swój światopogląd. Tak właśnie było w przypadku Ani, która nagle zdała sobie sprawę, że życie to zabawa, „ekypa” jest ważniejsza od rodzina, a szkoła to tylko przykry obowiązek, który trzeba ominąć kiedy tylko się da. Zaczęły się wagary, wypady na „piffko” i „fajeczkę”, bo wpływ „prześwietnego” marginesu żychlińskiego społeczeństwa nie mógł pozostać bez echa. Koledzy z domu dziecka zajmowali każdą wolną chwilę, ale Ania doszła do wniosku, że stać ją na kogoś lepszego. I znalazła nowych przyjaciół, którzy, choć rodziny mieli, pobyt w domu ograniczali do korzystania z lodówki i toalety. A dziewczynka z kolcami szła za ich śladem.
Zerwana nić porozumienia
Rodzice nie byli zachwyceni… byli wręcz załamani, że ich dobrze ułożona córka osiągnęła całkowite dno egzystencji… a nawet jeśli nie, to jest na najlepszej drodze. Nie wystarczyły kilkugodzinne wykłady…
- Moje słowa odbijały się jakby od ściany. – mówi zdesperowana mama – Na wieść o szlabanie wyszła z domu trzaskając drzwiami.
- Ja jestem zupełnie zbędny w jej życiu. – mówi ojciec – Przypomina sobie o mnie, gdy potrzebuje pieniędzy lub chce skorzystać z telefonu.
Rodzice nie potrafią sobie poradzić. Nawet stała kontrola ze strony wychowawczyni nie powstrzymuje Ani przed „zarywaniem” szkoły.
- W głowie mi się nie mieści, jak można tak się stoczyć. – dodaje siostra Ani – Ja również miałam swoje wzloty i upadki, jednak zawsze starałam się robić wszystko najlepiej jak potrafię.
Zasady
Ania, pytana o zmianę swojego postępowania, odpowiada:
- Mam swoje zasady i nie zamierzam ich zmieniać. To wszyscy wokół mają problem, bo myślą, że ja mam problem.
Ona zupełnie nie dostrzega, jak bardzo krzywdzi swoich najbliższych. Dom dla niej to hotel i sklep samoobsługowy, z którego wynosi się różne rzeczy, kiedy zajdzie taka potrzeba. Na wzmiankę o „malince”, która widnieje na jej szyi, mówi:
- Zabiję za to mojego chłopaka…
I wybucha głośnym śmiechem.
Czy dziewczynka z kolcami dostrzeże swoje błędy i poprawi zachowanie?
„Dzieci ulicy”
Dziewczynka nie jest jedynym przykładem tej części młodzieży, która zagubiła swoje wartości w świecie pełnym pokus. Ania nie jest również najgorsza. Dookoła żyje wiele dzieci, które swoim zachowaniem budzą zgorszenie. Jednak za wszelką cenę musimy próbować pomóc im odbić się od dna, co wcale nie jest takie łatwe. Nie stańmy się tymi, przed którymi ostrzegali nas rodzice – dziećmi ulicy.
Mój najstarszy tekst. Napisany razem z Z. 3 lata temu :)
Odsłon: 227 Komentarzy: 0
Wednesday,30 June 2010,18:59
Kategoria: Religia Wednesday, 30 June 2010, 18:59
Jesteśmy chrześcijanami, i mimo, że do wspólnoty Kościoła zostaliśmy włączeni przez chrzest nie oznacza to, że jesteśmy już doskonali i możemy góry przenosić. Wiara bowiem rodzi się ze słuchania Słowa i to Ono jest właśnie mocą. [1] Mając to wszystko na względzie i będąc całkowicie szczery muszę stwierdzić, że dla współczesnego chrześcijanina Słowo Boga ma niewielkie znaczenie, a co za tym idzie niewielki wpływ na jego życie. Wielu chrześcijan traktuje wezwanie Pana jedynie jako ograniczanie jego wolności… oczywiście… takie stwierdzenie jest ogromnym uogólnieniem, uważam jednak, że nie można sprowadzać wszystkiego do postawy zupełnej ignorancji czy też masowej traumy. Zdarzają się bowiem osoby, które poddają się działaniu Bożej woli, a Słowo Nauczyciela jest dla nich nieodzownym kompasem, który wiedzie ich przez całe życie wprost ku skarbowi zakopanemu w ziemi. W swojej pracy chciałbym właśnie skupić się na takich ludziach… na tych, dla których Słowo jest cennym darem, jest łaską. Na ludziach, którzy dając się prowadzić Duchowi nie patrzą jedynie na to co ziemskie i tylko doczesne, ale szukają tego co na górze w Domu Ojca ukryte.
Myślę, że muszę zacząć od tego, że Słowo jest obecne w historii zbawienia od samego początku. Bóg swoim Słowem stwarza świat. Bóg swoim Słowem stwarza człowieka. Mówi: „uczyńmy człowieka na nasz obraz…” [2] Bóg jest więc nie tylko tym, który tworzy, ale jest również tym, który jest obecny przy akcie kreowania. Jest tym, który przy poczęciu każdego z nas rzekł: „uczyńmy człowieka”. I tak też się stało. Dzięki ogromnej sile stwórczej Boskiego Słowa możemy dzisiaj żyć na świecie… możemy razem z innymi tworzyć historię zbawienia.
Działanie Bożego Słowa nie skończyło się jednak na stworzeniu świata i człowieka. Tam znajduje dopiero swój początek. Bóg rzekł do człowieka, rzekł do każdego z nas „z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz”.[3] Szatan jednak był sprytniejszy od człowieka, rozpoczął rozmowę z niewiastą, namieszał jej w głowie. Zerwała. Zjadła. Tak jak i my dzisiaj. Zrywamy zakazany owoc grzechu, bo tak chcemy, bo chcemy sami panować nad naszym życiem. Chcemy sami decydować co jest dobre, a co złe, chcemy być tacy jak Bóg.
Człowiek został wyrzucony z Raju. Zostałem wyrzucona i ja. Nie mogę już spoglądać na Boże oblicze, nie mogę już rozmawiać z Nim twarzą w twarz. A potem już swoista Sodoma i Gomora, deszcze meteorytów, wieża do nieba budowana, deszcz czterdzieści dni i nocy padający. Potem patriarchat praojca Abrahama i swoiste oddanie w pełni i zawierzenie Słowu do końca. Postawa wiary nie trwa jednak długo, jest trudna i wymagająca, a ja słaby i już niebawem upadam, trafiam do egipskiej niewoli.
Tak jak grzech pojawił się na świecie przez swoistą swawolę, tak zniszczony mógł zostać tylko przez heroiczny akt posłuszeństwa Słowa złożonego na ołtarzu krzyża. I to właśnie tam, na Golgocie, objawiła się pełnia miłości. Ofiara za grzechy tego, który nie znał grzechu. [4] Wymierzona została wówczas sprawiedliwość śmierci. Mogło stać się jej zadość jedynie przez śmierć i zmartwychwstanie i to właśnie tym czynem Pan ostatecznie zadał „śmierć śmierci”.[5] Jezus przyszedł na świat po to, by nas zbawić. Zadaniem Wcielonego Słowa było stać się uniżonym- zostać przybitym do drzewa ludzkim złem, aby ostatecznie być wywyższonym i dosięgnąć chwały Ojca. Bóg tak ukochał człowieka, ukochał i mnie, że posłał do nas Swoje Słowo, aby każdy, kto w Nie wierzy, nie zginął.[6] Z miłości uniżył się do postaci sługi. Będąc Słowem stał się ciałem. Stał się słabym. Stał się człowiekiem. Takim jak ja. A wszystko tylko po to, bym mógł dalej żyć. Tak jak Ojciec poświęcił Syna z miłości do człowieka, tak Syn do końca był posłuszny z miłości do Ojca. [7] Niczym Mojżesz, Pan Słowem wyprowadził ludzi z egipskiej niewoli grzechu, pokonując przy tym szatańskiego faraona. Następnie przeprowadził Swym Słowem przez pustynię ludzkich słabości, gdzie każdy z osobna, mógł powiedzieć, że nie samym chlebem żyje[8] i osobiście wybrać drogę światłości, kierując się drogowskazem krzyża do portu nawrócenia. I na Horebie X Słów wypowiedział. Każde z nich pełne troski i miłości[9] przeze mnie jako ograniczenie odbierane. A przecież wszystko mi wolno! Tak Pan powiedział!
Dobry Pasterz wyruszył w podróż w głąb, aby szukać każdego z nas. Szukać owcy zabłąkanej, która ukryć się chciała… która przed Słowem wciąż i wciąż na nowo uciekała. Zostawił całe stado wiernych, aby jedną nieposłuszną odnaleźć i radować się z jednego nawróconego grzesznika.[10] Niczym niewiasta, która zagubiła jedną drachmę, wymiótł całe mieszkanie ludzkiego serca i szukał gorliwie tego kawałka gleby żyznej, gdzie będzie mógł rzucić swe Słowo miłości. [11]
A wszystko dlatego, że ukochał nas do końca. Człowiek niczym Syn marnotrawny porzucając godność Bożego dziecka porzucił dom Ojca swego. Roztrwonił majątek i niczym pewien człowiek z przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie, schodził ze świętości Jerozolimy do Jerycha grzechu, osiągając przy tym całkowite dno swej egzystencji. Spadając tak nisko, że zaczynał żywić się tym, co dla świń było przygotowane… że sam funkcjonować nie może. Postanawia więc wrócić do Ojca, chciał zostać przynajmniej najemnikiem. W domu Ojca jego najemnicy mają – ja natomiast nie mam zupełnie nic. Syn chciał wrócić. Ja też. Wrócić i przeprosić. Syn zdaje sobie sprawę, że zgrzeszył. Wie, że nie jest godny być już synem… jest gotowy przyjąć upokorzenie i stać się najemnikiem. Ojciec jednak nie odrzuca… nie potępia… ale wyczekuje. Czeka już od dawna. Rzuca się w ramiona syna. Ja również wpadam w ramiona Tatusia. Cieszy się z powrotu Syna, cieszy się z mojego powrotu.[12] Przychodzę do Niego ślepy i zagubiony, mówię tylko: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiony Sługa.”[13] Ja będę uzdrowiony. Idź, a jak uwierzyłeś Mojemu Słowu niech ci się stanie – powiada. Ach… Znów ta moc… ta siła Słowa. Jego działanie wypędza ze mnie złych duchów siedem, gdy chcą mnie kamieniami obrzucać. On jednak tylko pisze po ziemi jakieś Słowa. A potem mówi: „Nikt cię nie potępił? I ja ciebie nie potępiam.”[14] Jakie to cudowne uczucie odejść od konfesjonału nieskalanym, bo grzechy moje nad śnieg wybielały, a szata została opukana we Krwi Baranka.
Słowo stało się ciałem.[15] Ciało stało się chlebem.[16] I również w wieczernikowej ofierze krzyża obecne jest Słowo, które trafia wprost do serca każdego chrześcijanina. Słowo staje się przez to kamieniem węgielnym, staje się fundamentem, na którym budowana jest dalsza relacja przyjaźni i miłości. A przecież „szybko mnie Jego słowo” , bo „posyła je, i lód topnieje”.[17] Tak, Słowo kruszy lody serca, niszczy serce kamienne i tworzy serce z ciała. Jest balsamem dla duszy
Moc Słowa jest niewyobrażalna. A dzisiejszy chrześcijanin musi być tego świadomy. Bez świadomości tego daru jego egzystencja jest zupełnie bezcelowa i skierowana zupełnie w przeciwnym kierunku. Musi pamiętać, że „Kościół miał zawsze we czci Pisma Boże, podobnie jak samo Ciało Pańskie, skoro zwłaszcza w Liturgii św. nie przestaje brać i podawać wiernym chleb żywota tak ze stołu słowa Bożego, jak i Ciała Chrystusowego. Zawsze uważał i uważa owe Pisma zgodnie z Tradycją świętą, za najwyższe prawidło swej wiary”.[18] Mówi o tym konstytucja dogmatyczna Dei Verbum. Jan Paweł II stwierdza, że dla zapewnienia „pierwszeństwa świętości i modlitwy” konieczne jest „ciągłe powracanie do słuchania słowa Bożego”. Co więcej, „jedno z najważniejszych zadań stojących przed Kościołem na progu nowego tysiąclecia” to niewątpliwie «karmić się słowem, aby być „sługami Słowa” w dziele ewangelizacji». [19]
Każdy chrześcijanin mając na względzie wezwanie papieża powinien do końca wypełnić wolę Ojca i słuchać Jego zbawczego Słowa wciąż na nowo. Karmić się nim. Chłonąć. Egzystować nim i przez nie. Powinien pamiętać, że dziś nie jest czas, by wstydzić się Ewangelii, ale żeby głosić ją na dachach.[20] Wciąż i wciąż. Głosić ją na cały świat. Wszystkim ludziom i narodom. Słowo ma tak wielką moc, że raz usłyszawszy tę boską melodię nie będziemy w stanie zachować jej dla siebie, ale będziemy starać się przekazać pełnię miłości bliźnim.
Każdy chrześcijanin powinien pamiętać, że słuchanie Słowa nie jest formą swoistej ascezy, jest czymś naturalnym jak oddychanie. Nie jest poświęceniem człowieka, ale poświęceniem Boga, który zesłał swego Syna, na okup za wielu. [21]
Sztuka słuchania musi zostać przyswojona. Każdy z nas niczym młody Samuel powinien powiedzieć: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”[22] i poprzez przeszywającą serca modlitwę skierowaną do Pana, by otwierał każdego ranka nasze uczy i uczynił je uważnymi na Słowo.[23]
[1] por. Rz 10, 17
[2] por. Rdz 1, 26
[3] por. Rdz 3, 3
[4] por. 2 Kor 5, 21
[5] por. DV 7
[6] por. J 3, 16
[7] por. Mk 14, 36
[8] por. Mt 4, 4
[9] por. Wj
[10] Łk 15, 1-7
[11] por. Łk 15, 8-10; Mt 13, 1-9
[12] por. Łk 15, 11 – 32
[13] por. Mk 10, 46-52; Łk 7, 6-7
[14] J 8, 1-11b
[15] por. J 1, 14
[16] por. Mt 26, 26
[17] por. Ps 147 B
[18] por. DV
[19] List apostolski Novo millenio ineunte
[20] por. Wezwanie Ojca Świętego na VIII ŚDM
[21] por. J 3, 1 -21; Mt 20, 27-28)
[22] por. 1 Sm 3, 1-21
[23] por. Iz 50, 4-5
Odsłon: 717 Komentarzy: 2
Thursday,17 June 2010,19:53
Kategoria: Ogólne Thursday, 17 June 2010, 19:53
Niektórzy ludzie mówią głośno – „jestem wolny!” – gdyż w ten sposób poprawiają swoją niską samoocenę, lub tez starają się poprzez ten akt beznadziei, a może nawet czarnej melancholii ukryć swoje całkowite nieuporządkowanie. Jednak to dopiero pierwsza grupa, istnieje również inna – desperatów, którzy ograniczają wolność innych, gdyż uważają, że w ten sposób staną się wolni, staną lubiani, fajni, cool, trendy, a coraz częściej nawet jazzy. Błędne myślenie o wolności sprawia, że ludzie przestają być wolni, zostają natomiast zniewolenia, własną bez-wolnością. Trzeba więc zacząć od samego początku. Od wolności jako daru. Wolności nie można posiadać, wolność trzeba nieustannie zdobywać – jak mówił Jan Paweł II. Wolność to cnota, jednak nie jest to samowola. Cnota, która jest ograniczona, jednak nie zniszczona. Bo używanie rozumu wystarczy do nadania jej barier. Jan Paweł II ostrzega przed fałszywie rozumianą autonomią jednostki – wolność człowieka musi kończyć się tam, gdzie szkodzi ona bliźnim. Niestety ludzie coraz bardziej o tym zapominają, a kierując się jedynie własnymi pragnieniami i marzeniami narzucają oni swoje zdanie innym, przez niszczą ich wolność, niszczą coś co Bóg dał człowiekowi, niszczą jeden z największych darów.
Dzisiejszy świat skoncentrowany jedynie na jednostce, a nie na wspólnocie, dąży jedynie do zaspokojenia potrzeb. Wszechogarniający konsumpcjonizm i hedonizm. Laicyzacja społeczeństwa. Holocaust nienarodzonych. Eksterminacja chorych. Świat bez uczuć. Egoistyczny, bez miłości. Pełen pseudowolności, zniewolony do szpiku.
Są więzienia niewidzialne, jest ich bardzo wiele – rzekł ksiądz Jerzy Popiełuszko. Te słowa powracają do mnie coraz częściej. Powracają, gdy patrzę na swoje życie i na życie innych. Docierają coraz bardziej dobitnie. I wiem, że ja też jestem za to odpowiedzialny. Tak ciężko walczyć z innymi, a z samym sobą jeszcze ciężej. Słabość i nędza. Chcę dobrze – wychodzi jak zwykle. I walczyć się odechciewa. Są więzienie niewidzialne. Niewidzialne bariery, po których przekroczeniu ciężko wrócić do rzeczywistości. Jest ich bardzo wiele. Więcej niż tych widzialnych, na dodatek groźniejsze.
Dziś ciężko pozostać wolnym. Tak bym chciał. Tak bardzo. A nie potrafię. Nie potrafię zaufać do końca. Oddać swojego życia. Nie potrafię dać się prowadzić tak po prostu. Sam chcę trzymać kierownicę. Sam chcę decydować. I wpadam z jednego zniewolenia w inne, z jednej niewierności w inną. A gdzie tutaj miłość? Sam nie wiem. Nie potrafię jej dostrzec. Moc jednak w słabości się doskonali. I mimo całej mej słabości i niedomagań wierzę, że Bóg pomorze, bo On jest! I przypominają mi się jeszcze inne słowa ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny! Wolność jest w nas, nie obok nas!
Odsłon: 293 Komentarzy: 0
Wednesday,16 June 2010,11:16
Kategoria: Polityka Wednesday, 16 June 2010, 11:16
Politykiem nie jestem i nigdy pewnie nie będę, jednak nie ukrywam, że zawsze dobro kraju było dla mnie czymś bardzo istotnym. Odkąd pamiętam chciałem wziąć udział w wyborach. Chciałem decydować kto zostanie Głową Państwa. Dziś, gdy mogę wrzucić do urny swój głos, to szczerze, odechciewa mi się wszystkiego. Nie wiem czyja to zasługa, ale nie pałam sympatią do polityków, nie kocham ich, nie ubóstwiam… czasem podziwiam, bo polityk to w zasadzie niezły gość – musi mieć nie tylko twardy kark, ale i twardy tyłek, bo nie raz po nim dostanie. I tutaj pojawiają się media, które przestały rzucać mięsem, gdzieś po 89’, ale zaczęły pomidorami. Szczyt szczytów. Kocham obiektywizm, i mimo mojej całkowitej wiary w możliwość bytowania utopijnych schematów, mam świadomość, że jest on nie możliwy do zrealizowania. Każdy ma swoje poglądy, swoich pupili. Jednak patrząc na ten cały chłam, na tę tandetę polskich brukowców ręce i spodnie człowiekowi opadają! Rozumiem, że jednych się lubi bardziej, innych mniej… że jedni są bardziej medialni, inni nie są wcale. Trzeba jednak pokazywać prawdę za wszelką cenę. Manipulacja w dzisiejszych czasach jest czymś normalnym. Społeczeństwo nawet nie wie, że pranie mózgu dokonuje się na nim wciąż i wciąż na nowo każdego dnia. Te wiadomości, te wszystkie komunały, masa obrazu, a zero treści. Politycy natomiast nie starają się o poprawę swego wizerunku. W głowie im tylko kasa, gdy patrzę w ich twarze widzę jedynie mętny wzroczek i $.$ zamiast oczu.
Kampania trwa. Zawodnicy na start. Śmiać mi się chcę, gdy patrzę na te wszystkie spoty, gdy słucham tych pustych słów, które mają zdobyć jedynie kilka głosów. „Jesteś hardcorem”, „Bronek, we can”! Co z tą Polską, pytam Was?! Rozumiem, że zbliżamy się nieuchronnie do całkowitego zatracenia. Amełykanizacja społeczeństwa. Tak… ja pamiętam jak miała być Irlandia… dobrze, że nie inna wyspa – Grenlandia, bo naszym politykom w zasadzie nie wiele brakuje. To jest zupełne nieporozumienie.
I tak naprawdę nie wiem co począć. Pan Komorowski dużo krzyczy, ach, te jego wszystkie hasła, budowanie na zgodzie i porozumieniu, etc. Niestety, nie zauważyłem. Za to łeb to on ma na karku. Belka na stanowisko prezesa NBP to całkiem dobre rozwiązanie. Poparcie SLD… masa komunistycznych głosów. Jak dla mnie to temu człowieku z oczu za dobrze nie patrzy. Macha na twarzy. Jest kim chce. Gracz. A my jesteśmy P(i)Onkami?
Jarek? Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że to dziwny człowiek. Wystartował pod osłoną PiSu. Zabrał miejscu mojemu ulubionemu Ziobrze… a teraz? Bezpartyjny. Delegat narodów. Wybraniec – jak Harry Potter, albo Gustaw Konrad. Mesjasz narodowy. Rozumiem, przeżył tragedię, ale trzeba się z tym afiszować? Mimo wszystko uważam jego poglądy za bliskie mojemu sercu! Jest prawdziwy. Poza tym dla mnie liczą się wartości. A on jakiś poziom reprezentuje.
Mr. Janusz K-Mikke. To jest szef. Wolnościowiec (dobrze, że nie stoczniowiec). Równość, wolność – anarchia! Znieśmy podatki i wszyscy będą szczęśliwi! Rozwiązanie na niesamowitym poziomie.
Pawlak W. Tutaj brak mi słów. Może to przez te wszystkie wiadomości na nk. U Mikke było – równość, wolność a tutaj mamy rolność! Wsparcie dla wsi. To więcej znaczy od chlorowych wybielaczy. Nie ma co!
Napieralski. Babcie go kochają – bo taki on śliczny! I chyba na urodzie się skończyło, o ile się zaczęło. Chce oddzielić Kościół od państwa – a czy starał się oddzielić mózg od czerepu? Popadł ze skrajności w skrajność… a żeby żyć trzeba wszystko wypośrodkować!
Lepper Andrzej to dobra inwestycja… w solaria stojące, leżące i jakie tylko… pomysłów za wiele on nie ma. Dużo zamieszania robi. I tyle.
Marek Jurek, bardzo dobry kandydat. Moje poglądy w stu procentach. Człowiek WIARYgodny jak głoszą plakaty. . Jednak poparcie ma troszeczkę za małe. Szkoda głos zmarnować.
Podsumowując: jak wybierzemy Jarka – wojna z Rosją murowana!, jak Bronka – odda Polskę bez walki. Tak źle i tak nie dobrze. Mam pomysł! Zagłosujmy na Leppera – może nie będzie dobrze, ale będzie przynajmniej śmiesznie!
Ja jako człowiek świadomy tego wszystkiego, powiem jedno – wolę walczyć o Polskę, niż oddać ją bez walki! Dla mnie liczą się wartości. I konserwatyzm nie jest wcale negatywnym pojęciem – mimo, że może kojarzyć się z zamkniętom konserwą!!!
Odsłon: 391 Komentarzy: 11
Monday,06 December 2010,17:48
Kategoria: Kultura Monday, 06 December 2010, 17:48
Świat pędzi bezpowrotnie do przodu. Nie ogląda się za siebie. Może to i dobrze, a może i nie. Nie mnie to oceniać. Wystarczy jednak wyjść na ulicę: spojrzeć na pełną entuzjazmu i chęci do życia młodzież, której jedynym paliwem są dragi i browar; posłuchać nieziemsko poprawnej polszczyzny na niesamowicie żenującym poziomie; trzeba jedynie dostrzec, że brak perspektywy na przyszłość staje się materiałem budulcowym. I tak rodzą się nowe idee, nowe pokolenia. Na murach pojawiają się hasła proklamujące ich chore fantazje. Dziś JP na 100%, a jutro na 40. Typowy przykład dzieci NEO, które z policją do czynienia miały jedynie w GTA.
Uważają się za niesamowitych twardzieli. Stworzeni na fundamencie bez głębinowej sieci gier komputerowych mniemają, że są super bohaterami – grając bowiem w Medal of Honor trzymali w ręku bazooke i strzelali bez końca, gdzie popadnie – a wszystko dzięki kodom na nieskończoną amunicję. Myślą, że są bossami, szefami, że wszystko wiedzą, wszystko mogą i wszystko osiągną. Nazywają się mistrzami ciętej riposty na gadu, a w Realu snują jedynie mętne wywody na pograniczu „Eeee…”, albo „Aaaaa…”. Rzucając chaotycznym, łacińskim żargonem myślą, że zdobędą rzesze fanów. Jednak w konfrontacji z prawdziwym Mistrzem ich grypsera jest jedynie wołaniem o pomoc.
„Twoja stara nie ma kolan”, „a Twoja steruje megazordem”. Cóż za obraza. Trafili w samo sedno. Jeden – pokazał niecodzienną znajomość anatomii, drugi – niezwykłe obeznanie z programami telewizyjnymi, zna przecież te wszystkie naukowe określenie połączeń robotów Power Rangers’ów. Czym jednak jest ich lightowy sloganik w konfrontacji z całkowicie nowym i zupełnie niezrozumiałym grypsem Jezusa.
Do Jezusa przyszli faryzeusze. Oni to dopiero byli pewni siebie. Na siłę złego w Nim szukali. Miłości za grosz, tylko obłuda… a no i jeszcze trochę destrukcyjnych myśli. Od tak zniszczyć człowieka. Nie ważne zresztą, ważne, że przyszli. Tak samo jak dzisiaj wszyscy - pewni siebie, uważający się za mistrzów gierek słownych. Już mieli plan ułożony. Każda odpowiedź miała być tą złą. Pochwycić na mowie Go chcieli. Zapytali czy należy płacić podatek Cezarowi. Jezus się nie dał. Wziął monetę do ręki i rzekł, żeby oddać Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co do Boga! A im przysłowiowo szczeny w dół do samej ziemi.
Cóż… szkoda, że dzisiaj ludzie nie chcą uczyć się tych słownych potyczek od samego Mistrza, ale jedynie rzucają tymi wszystkimi pokemonami. Szlag mnie trafia, gdy po raz setny słyszę „Twoja Stara to…”. A co Wam do mojej mamusi. Jest jaka jest, ale na balkon nie wychodzi, żeby tańczyć z gwiazdami. Niestety wyobraźnia niektórych została zamkniętym w Matrixie Internetu i telewizji. Ich wyimaginowany świat jest całkiem fajny. O ile „fajny” ma jakiekolwiek pozytywne znaczenie. W zasadzie to te wszystkie grypsy, nie dość, że z daleka śmierdzą, albo żeby powiedzieć bardziej dobitnie śmierdolą tandetą, to jeszcze są oklepane i mało inteligentne. Ani krzty ambicji, żeby wysilić się na coś, co powali przeciwnika na kolana, a u innych doprowadzi do wybuchu niepohamowanego śmiechu. Szkoda, że nie mam jakiegoś pokeballa… gdybym wyszedł na godzinny spacer, to z całą pewnością złapałbym całą kolekcję i został prawdziwym mistrzem!
Na koniec proszę: darujcie sobie teksty o mamie, bo miło nie jest wówczas nikomu. Wiem, wiem, z takimi tekstami można założyć kącik filozoficzny i starać się rozkminić dlaczego właśnie Twoja stara została zrzucona na Hiroszimę, szkoda bowiem, żeby taki potencjał pozostał bez echa. Można jednak wziąć do ręki coś co nie jest myszką, lub pilotem, a nazwa jest dość niebezpieczna mianowicie – książkę. Zacząć sięgać ponad przedszkolny horyzont. Wówczas do głowy przyjdą zupełnie nowe grypsy typu: „nie będę z tobą konwersować ponieważ egzystujesz w brodziku intelektualnym, który koliduje z moimi imperatywami, a poza tym nie rozumiesz idei założenia”. A po usłyszanym takim hasełka można jedynie wykrzyknąć: Amen, amen!
Odsłon: 420 Komentarzy: 1
Patagg
Kleryk WSD. Marzyciel - żyjący w utopijnym świecie wartości i ideałów. Młody i jeszcze głupi. Kochający, ale nie umiejący pisać..
