
Sunday,14 November 2010,22:05
Kategoria: Polityka Sunday, 14 November 2010, 22:05
Nie jestem istotą zaangażowaną w polityczne boje, ideowe dysputy i wszelkiego rodzaju prowokacje. Kilka dni temu przykuły jednak moją uwagę wydarzenia mające miejsce w Warszawie i wszelkie związane z tym problematy, głównie natury światopoglądowej.
W dniu wielkiego narodowego święta podniosły nastrój i godność chwili nieumiejętnie próbowali zepsuć uczestnicy dziwacznej manifestacji rzekomo skierowanej przeciw "faszystom". Zamierzano zablokować przemarsz ludzi zorientowanych w dziejach narodu, ludzi, którzy przemyśleli dokładnie: w jakim celu, w jaki sposób należy mówić, aby wyjątkowego dla Polski dnia listopadowego nie pokryć nalotem śmieszności.
Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły, które media lubią prezentować, naświetlać, wyolbrzymiać, aby stworzyć wrażenie, że Marsz Niepodległości to inicjatywa bandy oszołomów chcących ucisku biednych, Bogu ducha winnych ludzi.
Dlaczego zatem przeciw nim wystąpili na ulicach Warszawy agresywni manipulanci, a nie przeciętni, zwykli ludzie, którzy interesują się polityką jedynie czasami, nieraz od święta? Najbardziej uderza mnie idea przebrania się za więźniów obozu koncentracyjnego – osłabia poziomem ignorancji tych, którzy pasiastą odzież założyli, najwyraźniej będąc na bakier ze źródłami historycznymi. Jestem wielbicielką literatury obozowej, gdyż zabezpiecza ona rozważnych ludzi przed porywaniem się na niegodne Polaka przedstawienia. Wydaje mi się, że trzeba nie mieć w sobie zbyt wielkiej empatii, jeżeli posiada się głębokie przekonanie o konieczności odstawienia tak bolesnej w dniu święta szopki.
Jakkolwiek po obu stronach barykady znajdować się mogli ludzie agresywni, pełni nienawiści, wyrzucający z ust obraźliwe slogany – należy wyłączyć ich na moment poza oba zbiory i zastanowić się nad esencją, która zachowała trzeźwość umysłu, spokojną świadomość własnych poglądów oraz kulturę osobistą. Nie zauważyłam w Marszu Niepodległości obrazu faszystowskiej manifestacji skierowanej przeciw grupom ludzi. Nie zauważyłam drastycznej niechęci, nawoływania do nienawiści i wykluczania, lecz raczej uwagę skupioną z namysłem na sednie narodowego święta. Media zawsze chętnie będą tego rodzaju inicjatywy przedstawiać w krzywym zwierciadle, odwołując się do dawnych skandali, koloryzując wypowiedzi, zachowując przebiegłą wybiórczość w doborze tego, co faktem być może, a co jest li i jedynie imaginacją wroga: a tym współcześnie jest przede wszystkim "faszysta", którego ludzka masa ma się lękać, przed którym ma się bronić.
Uśmiechnęłam się na widok Janusza Korwin-Mikkego czy Pawła Kukiza odważnie popierających ideę przewodnią marszu narodowców – tego rodzaju ludzie są potrzebni, aby ocieplać wizerunek pewnych przedsięwzięć, nadawać większą wiarygodność ich myślom przewodnim, kiedy trwa standardowa, oparta na stereotypach nagonka. Nadal niewiele stacji telewizyjnych, radiowych czy wydawnictw prasowych dba o obiektywizm oraz rzetelność przekazu, stąd cieszą mnie także relacje, które nie porywają się na dopisywanie własnej – niestety fałszywej – historii.
O ile nie z każdym postulatem stawianym przez narodowców muszę się bez namysłu zgadzać, o tyle jestem dumna z ich postawy w dniu Święta Niepodległości i klasy, jaką zapewne większości udało się zachować. Coraz bardziej męczy mnie współczesny krytycyzm wobec inicjatyw skupiających uwagę na historii narodu czy wybitnych osiągnięciach pewnych Polaków i rzekoma konieczność akceptowania każdej nowoczesnej, kontrowersyjnej idei mającego rzekomo zapewnić wolność i równoprawność wszystkich ludzkich istot tworzących polski naród. Irytuje mnie aktualnie zachwyt nad SLD mieszkańców mojego miasta – czy wystarczy zaprezentować sztuczne, kłamliwe hasła, aby ogłupić większość danej części społeczeństwa? To przerażające, jak łatwo omamić lewackimi "ideałami" pojedynczych ludzi. Warto od czasu do czasu głośno, lecz spokojnie zaprezentować wiarę w to, że nie mamy konieczności ulegania każdemu XXI-wiecznemu obłędowi, aby czuć się we własnym państwie godnie i innym owego godnego żywota nie odbierać. Pomimo wszelkich kolorowych okrzyków.
Odsłon: 212 Komentarzy: 2
Tuesday,02 November 2010,20:23
Kategoria: Ogólne Tuesday, 02 November 2010, 20:23
Wstrząsa mną sprawa policjanta, który poświęcił życie, stawiając się bandytom demolującym tramwaj. Czy było warto? Mógł machnąć ręką na ich zachowanie, zagrać szarego, przerażonego człowieka i udawać, że niczego nie widzi. Był jeszcze na urlopie.
Jechałam parę tygodni temu tramwajem w drugim wagonie. Nagle gdzieś z tyłu – huk. Wszyscy odwracają się i patrzą w ten sam punkt. Wyrazy twarzy tych ludzi uświadomiły mi, że odgłosy nie były sprawą przewracającej się torby. Leżał tam – na oko – wieloletni pijak i wyraźnie nie był w stanie się ruszyć. Prawdopodobnie był kompletnie zamroczony trunkami. Większość ludzi, przyjąwszy w umyśle taką tezę, nie poruszyła się, obserwując jedynie z zainteresowaniem losy leżącego. Nagle dwaj młodzi mężczyźni podeszli do niego, sprawdzili, co się z nim dzieje i wykorzystali fakt, że tramwaj właśnie stawał na kolejnym przystanku – stał tam bowiem człowiek w ubraniu ochroniarskim.
- Niech pan tutaj pomoże, jest pan z ochrony! – krzyczeli.
Lecz ten spojrzał na nich z niesmakiem i odrzekł:
- Jestem po godzinach pracy.
Mężczyźni mówili coś jeszcze do niego, lecz ten utkwił wzrok w oddali i udawał, że nie słyszy. Na szczęście pijakiem miała się zainteresować na pętli policja.
Pijaków nikt się nie boi, co najwyżej ludzie brzydzą się ich wyglądem i zapachem. Jednak czy to upadek pijaka, czy wybijanie szyby, większość ludzi zachowa się identycznie – będą zerkać nerwowo i zastanawiać się, czy ktoś zwraca uwagę na ich bierność. Działa wspólnota tłumu, który nie chce być zauważony, a już na pewno nie uszkodzony w jakiś sposób. Aż tu nagle ktoś postanawia sprzeciwić się i ginie. Czy to możliwe, że nikt tego nie zauważył? Rzecz działa się na przystanku w biały dzień! I to przy centrum handlowym, które jest okupowane od rana do wieczora.
Pojawiają się jednak naturalne wątpliwości: skoro bandyci mieli nóż i byli totalnie zdegenerowani, mogli zadźgać kolejnych, którzy ruszyliby na pomoc. Trzeba by człowieka w zbroi albo o nadzwyczajnym sprycie, aby mógł ich powstrzymać… A może tak sobie wmawiamy, bo jest wygodnie wierzyć we własną bezradność.
Jako mniejsze warzywko byłam przeciwna karze śmierci jako niehumanitarnej i pozbawiającej szansy resocjalizacji. Później przyjaciel, z którym wiele razy na ten temat dyskutowałam, przedstawiał mi reportaże na temat eleganckich, przestronnych więzień zachodnich, ja uświadomiłam sobie, że zwykli ludzie utrzymują degeneratów z własnych podatków, a więzienie zazwyczaj nikomu nie pomaga w wejściu na dobrą drogę.
Przyjaciel powtarzał też często argument natury biologicznej: "złe" geny – eliminować. Był skłonny raczej pozbawić życia wszystkich bandytów większego kalibru, niż zaoferować im pomoc.
Załóżmy, że zabójcy policjanta dostaną zgodnie z założeniami wyrok 25 lat więzienia. Kim będą, jak już stamtąd wyjdą? Dorosłymi, nadal silnymi mężczyznami. I dalej mogą siać postrach.
Czy więc bezpieczniej jest ich zlikwidować? Czy 25 lat nie wystarczy, aby dokopać się do najgłębszych warstw ich umysłów i wpłynąć na uczucie skruchy oraz pragnienie odmiany? Kiedyś głęboko w to wierzyłam, dziś nie jestem przekonana w pełni.
Niewątpliwie śmierć policjanta pobudzi ludzi do dyskusji o odwadze cywilnej, misji zawodowej, karze śmierci… ale niczego nie zmieni poza tym, że małe dziewczynki straciły ojca. Cóż z tego, że został bohaterem. Taka sytuacja może zdarzyć się za kilka lat i znów nie będzie nikogo, kto odważnie podbiegłby, próbując spłoszyć bandytów.
Parę dni temu jechałam autobusem pełnym wymoczków rzucających wulgaryzmami na prawo i lewo. Ni stąd, ni zowąd nachyliła się do nich starsza kobieta i mocnym głosem zwróciła im uwagę. Miała szczęście, gdyż spojrzeli po sobie nawzajem rozbawieni i zamilkli. A we mnie zrodził się autentyczny podziw dla ludzi, którzy walczą o bardziej przystępny świat, chociaż właściwie nie muszą. Ja niestety, jak większość, machnęłam ręką i wymądrzam się na łamach bloga. A historia kołem się toczy i zgodnie z pewnymi prawami w naszej ogromnej ludzkiej populacji zawsze będą zdarzały się wadliwe geny. Czy naprawdę da się temu całemu złu zapobiec, używając szubienicy?
Odsłon: 311 Komentarzy: 6
Monday,02 August 2010,01:22
Kategoria: Ogólne Monday, 02 August 2010, 01:22
Nie lubię generalizować i nawet nie mam podstaw – ciężko na podstawie kilkuset osób poznanych w czasach liceum i na studiach stworzyć rzetelny obraz mojego rówieśnika. Tym bardziej, że jedynie kilkadziesiąt poznałam nieco lepiej, a kilka nazywam przyjaciółmi (nieraz z dużym trudem).
Niestety obraz, który w mojej głowie maluje się trochę bardziej świadomie od kilkunastu miesięcy, nie jest szczególnie zachwycający. Byłby nieco lepszy, gdybym mogła podeprzeć się historiami ludzi z innych roczników. Prawdopodobnie dokładam do średniego-na-jeża wizerunku mojego własnego cegiełkę bierności i milczenia na wiele tematów.
Może jestem już "za stara" na gorące dyskusje chociażby o wierze. Swego czasu, nie mając jeszcze wiedzy teologicznej ani swoistego cwaniactwa intelektualnego, rozwijającego się naturalnie na drodze zdobywania większej dojrzałości, lubiłam toczyć boje z wiatrakami.
Mam na studiach kolegę. Kolega mówi o sobie jako o ateiście od urodzenia, tj. od zawsze zmuszanym do praktykowania i po osiągnięciu urzędowej pełnoletności uwolnionym od przykrego obowiązku. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przeszkadzał mu fakt, że jestem katoliczką. Co jakiś czas słyszę mało przyjemne żarty dotyczące praktykowania przeze mnie sakramentów, alboż podważana jest moja inteligencja, skoro wierzę "w wymyślonych przyjaciół". Otóż jest to zdecydowanie niemodne. Na wszystkie uwagi odpowiadam jedynie uśmiechem i wzruszeniem ramion.
Drugi kolega to istny erotoman. Na imprezach znany z mocnej głowy, w rzeczywistości otwiera się potokiem wyznań powiązanych mocno z lansowaną obecnie kulturą kondomów. Prosi mnie do tańca i po kilku minutach atakuje słownie propozycją udania się w jakieś ukryte miejsce. Nie pomaga – próbuje zachęcić fizycznie. Wyswobadzam się z jego objęć i nie daję się więcej porwać do tańca. Nie mam szansy do niego trafić. Mimo jego deklaracji składanych na trzeźwo, że chciałby porozmawiać ze mną o Bogu, w rzeczywistości jestem tylko ciekawym celem, gdyż nienaruszonym.
Trzecia osoba – koleżanka – zaskoczyła mnie ostatnio nieco kąśliwą uwagą na temat krzyżyka na mojej szyi, który według niej nie pasował do kreacji. Zasugerowała usunięcie znaku wiary. Przemilczałam. Pierwszy raz poczułam zagrożenie.
U znajomych w ich mieszkaniu (studenci informatyki) arcyciekawa rozmowa o tabulatorach. Ktoś wspomniał coś o pionowym. Stwierdziłam od niechcenia i jakby abstrakcyjnie: "Chciałabym taki…", na co jeden z komputerowców odrzekł: "To się pomódl o niego". I śmiech.
Na studiach stałam się osobą niezwykle cierpliwą i absolutnie bezurazową. Nauczyłam się robić swoje, nie ciemiężyć innych, lecz tego samego oczekiwałam od nich. Tymczasem bycie katolikiem to widocznie w oczach innych przyzwolenie na bycie ośmieszanym. Wszak co taki katol może zrobić? Przecież wiadomo, ha ha ha, że nadstawi drugi policzek. I trzeci, i czwarty…
Może jakiś ratunek znajdę wśród tych, którzy twierdzą, że wierzą. Tak, na pewno będą mieli odwagę razem ze mną odpierać ataki albo przynajmniej wspierać się w prezentowaniu postawy.
Koleżanka ze studiów należy do duszpasterstwa akademickiego. Swego czasu chciałam się zapisać, jednak wciąż miałam w pamięci rozmowę ze starszym kolegą z innego miasta, który w D.A. poznał wiele pseudokatolickich oryginałów. Pozostałam więc szarym, anonimowym katolikiem, a koleżanka na pewnym spotkaniu, po wypiciu odpowiedniej ilości wina, zaczęła się zwierzać, że owszem, uczęszcza, ale sama lepiej wie, co jest dla niej dobre i absolutnie nie zamierza postępować tak, jak jej Kościół proponuje. Nie widzi niczego złego w seksie ze swoim chłopakiem.
Znam co najmniej kilka dziewczyn związanych z Kościołem w podobny sposób, co powyższa koleżanka – każda na swój sposób obluzowuje kontakty z katolicyzmem w niewygodnych obszarach. Prawdopodobnie na niedzielną Mszę świętą prowadzi je tylko pewnego rodzaju tradycja, przyzwyczajenie wewnętrzne, którego zaspokajanie zapewnia jako taki spokój ducha.
Tyleż samo jest chłopaków. Całkiem niezły zastęp "niepraktykujących", który jednak nie nadejdzie z pomocą w odpowiednim momencie. Każdy szybko rozeznaje, co można, a czego nie należy mówić, żeby nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi. Czasami wręcz dziwię się: czy jestem jedyną katoliczką na tych studiach? Może jeszcze za mało osób poznałam. Acz przecież nie generalizuję, odwołuję się do postaw konkretnych ludzi.
"Prawdopodobnie dokładam do średniego-na-jeża wizerunku mojego własnego [rocznika] cegiełkę bierności i milczenia na wiele tematów".
No właśnie. Może problem polega na tym, że jestem za mało odważna i nie potrafię być mistrzem ciętej riposty? A z drugiej strony – na co dzień to sympatyczni i koleżeńscy ludzie, z którymi można pogadać podczas zajęć i spotkać się wieczorem na zupełnym luzie, więc czy warto z nimi "zadzierać"? Kwestia do rozważenia to mój stosunek do ich prób podważenia wartości mojej wiary – a ciężko mi ten temat porządnie zanalizować, tj. doprowadzić do odnalezienia ostatecznej konkluzji. Może najwyższy czas? Nie można popaść w paranoję i w każdym słowie kolegi doszukiwać się ryczenia lwa, lecz z drugiej strony szatan tylko czeka na zbytnią pobłażliwość i chęć przypodobania się znajomym.
Nie odkryłam żadnej Ameryki, znów. Niepokoi mnie natomiast kontrast, jaki się tworzy: wymaganie pełnej tolerancji dla tego, co na czasie przy jednoczesnym gardzeniu tym, co powiązane z chrześcijaństwem, wywiedzione z Biblii, radykalne. W mojej opinii jest to coraz bardziej wyraźna tendencja. "Tolerancja", jak widać, ma dwa oblicza. To prawdziwe, gdy dochodzi do głosu, zaskakuje swoją agresywnością.
Siedziałam z koleżanką na kanapie. Wpadałyśmy powoli w nastrój filozoficzny i niebezpiecznie "zwierzeniowy". W końcu, przyparta wewnętrznie do muru, wylałam swój żal:
- Wiesz, odnoszę wrażenie, że kiedy mówię ludziom: "Jestem katoliczką", oni mówią: "Spoko, nie ma sprawy", a w rzeczywistości się odsuwają, krzywo patrzą i myślą: a idź ty w cholerę…
Koleżanka popatrzyła na mnie z głębokim zrozumieniem, chociaż sama deklaruje ateizm.
- No, masz rację, tak jest.
Od czasu tej rozmowy jestem świadoma pewnego rodzaju samotności. Chyba muszę się do niej po prostu przyzwyczaić.
Odsłon: 855 Komentarzy: 33
Sunday,02 May 2010,02:19
Kategoria: Ogólne Sunday, 02 May 2010, 02:19
Dyskusja poświęcona pornografii wyemitowana w TVP Kultura zmusiła mnie do refleksji. Prowadzący wspomniał o filmie dokumentalnym, z którego da się wywnioskować, że osoby występujące w filmach porno są psychicznie wyniszczone. Nie udało mi się chyba trafić na właściwy, jednak poszukując dokumentów poświęconych branży pornograficznej natrafiłam na dzieło HBO.
Zwróciła moją uwagę młoda pani opowiadająca o swojej pracy – to absolwentka dobrego kierunku studiów, jednak jak sama rzekła, kręcenie pornosów jest nieco prostsze niż "analiza gleby". Podczas swojego monologu co chwilę parska nic nie wyrażającym śmiechem.
Inna pani, zapytana o zalety pracy, rzekła, że jest bogata, po czym podkreśliła, że tylko żartowała – wszak mogłaby być znacznie bogatsza.
Małżeństwo zaprezentowane pod koniec dokumentu to ludzie, którzy mieli całkiem zwyczajne zawody, jednak zamienili je na pokazy live własnego seksu w Internecie – wszystko po to, by zarabiać X-krotność tego, co wcześniej otrzymywali.
Chrześcijaństwo zwraca uwagę na konsekwencje czynu, tj. na dobre lub złe owoce. Nie może być tak, że coś wydaje trochę takich, trochę takich – nie znaczy to, że dążę do radykalnego czarne-białe, jednak drobne niuanse nie są w stanie przesłonić generalnej wymowy postępowania. Widząc spaczone psychiki ludzi grających w filmach porno uważam, że owoce są złe, a więc ogół pornografii jest czymś, od czego autentyczny, uczciwy chrześcijanin będzie trzymał się z daleka i będzie potrafił to uzasadnić od serca.
Zazwyczaj w rozmowach z ludźmi skupiałam się na odbiorcach pornografii, dziś jednak mam ochotę nieco poanalizować tych, którzy grają. Z dokumentu wynika, że większość chce znacznie lepiej niż wcześniej zarabiać. Jest to więc swoista prostytucja, tyle że nagrywana i rozpowszechniana w celu mącenia w głowie niewyobrażalnym masom ludzi. "Aktorzy" mają zdecydowanie stępioną wrażliwość, żeby nie rzec, iż praktycznie umiera ona, wszak z poziomu seksu przechodzą na poziom kopulacji, na dodatek przerysowanej, sztucznej, hurtowej oraz wyzutej z sensu i celu, przede wszystkim z piękna, które jest elementem współżycia małżeńskiego. Człowiek grający w porno jest niezdolny do wyłącznego związku z drugim człowiekiem, a przesycony udawanym seksem nie może dostrzec wartości wyłączności i głębokiego, deklarowanego uczucia. Uczynienie ze sfery delikatnej i intymnej czegoś na pokaz, otwartego, nieukrytego, wręcz nachalnego (czy gdziekolwiek napisałam, że życzę sobie, by obnażone biusty atakowały mnie w kiosku?) nie może prowadzić do rozwoju psychicznego i szlifowania wrażliwości oraz moralności. Zresztą sami "aktorzy" traktują to znacznie przyziemniej, nie zagłębiając się w filozoficzne niuanse. Mają się wygiąć, przegiąć, wypiąć, napiąć, ok – robią to, dostają kasę i mają czas na swoje prywatne zajęcia. Liczy się tutaj kasa – czy to nie interesujące? "Nie możecie służyć Bogu i Mamonie". A więc to tutaj jest świątynia Mamony! Między innymi w branży porno. Każdy więc, kto produkuje, kręci, gra, rozprowadza i ogląda – służy Mamonie. Oglądający współtworzy popyt – reszta nasuwa się sama.
Spróbuję teraz przedstawić własną wizję miłości między ludźmi i miejsca seksu w tejże relacji. Dla mnie małżeństwo sakramentalne to jedyne przyzwolenie na miłość fizyczną (w przypadku katolików, bo w kontekście tych cały czas rozważam). Wolę stwierdzenie "miłość fizyczna" aniżeli "seks", bowiem w przypadku dwóch osób oddanych sobie na zawsze, związanych uczciwie z Bogiem, seks to za mało – byłby niczym bez miłości, bez jej czułych i nie-egoistycznych przejawów.Lecz nawet rozszerzając myśl do wyznawców innych religii, a także wyznawców niczego, można orzec pornografię za wilka w owczej skórze – wielu badaczy twierdzi, że nie szkodzi ona i nie wzmaga agresji, jednak nigdy nie wspominają o przestępstwach inspirowanych pornografią, jak też o ciężkich uzależnieniach i innych skazach psychicznych powodowanych przez nią. Obrazy ujrzane na filmie wrastają w wyobraźnię i mogą służyć jako szablon. Później do odpowiedniej sceny podstawia się twarz koleżanki i robi się z nią, co chce…
Pornografia nie ukazuje seksu dwojga kochających się ludzi. To farsa na zamówienie, która służy Mamonie. Świat przez wieki skutecznie nauczał i wywierał presję na człowieka, aby ten uwierzył, że bez pornografii nie może przeżyć, że bez tego będzie nienormalny, wybrakowany lub niedouczony; czciciele pieniądza znakomicie wiedzą, jak przekazać zło pornografii jako coś atrakcyjnego, bezpiecznego i przede wszystkim – darmowego. Człowiek o silnie rozwiniętej wrażliwości nie jest w stanie oglądać z zafascynowaniem pornografii, bowiem widzi w drugim człowieku kogoś więcej, niż tylko trzęsącą się lalę czy naoliwionego Kena. Widok kopulacji na chwałę Mamony wzbudza litość wobec "aktorów", a nawet inspiruje do modlitwy za nich. Są oni bowiem bardzo zagubieni i podejrzewam, że cały sztab dba o to, by nie udało im się znaleźć wyjścia ewakuacyjnego ze złudzenia bycia szczęśliwym.
"Analizatorka gleby" zapewne wierzy w to, że świetne zarobki łatwym kosztem to najlepszy interes jej życia i że właściwie nie ma znaczenia, czy kopuluje z obcym człowiekiem w "pracy", czy z partnerem w zaciszu domu. Wszystko się zlewa i miesza. Czy taka osoba wiele myśli o innych? Czy poszukuje w człowieku wyższych emocji i dróg doskonalenia duchowego? Jakie książki czyta? Jakiej muzyki słucha?
Jeżeli ktoś potrzebuje obrzydliwości pornografii do tego, by poczuć pobudzenie seksualne, potrzebuje wielkiej pracy nad sobą i przejścia procesu dojrzewania nierzadko od nowa. Nie każdy ma szansę doświadczyć głębokiej, autentycznej miłości, jednak dla tych, którzy zostali nią obdarowani, tajemnica radości i piękna seksu ukrywa się w intymnym spotkaniu dwojga (podkreślam – DWOJGA) ludzi związanych ze sobą na dobre i na złe, gotowych nieść trud prokreacji. To nie tylko pogląd katolicki, to naturalna konsekwencja rozumienia pojęcia "miłość" i umiejętności wiązania jej z seksem. Wszak ten w domyśle służy prokreacji. Proszę się nie oburzać – tak postanowiła sama natura. Ale to już temat na oddzielny wpis.
Odsłon: 887 Komentarzy: 11
Tuesday,02 March 2010,01:12
Kategoria: Ogólne Tuesday, 02 March 2010, 01:12
Świeże (choć lekko podeschnięte) są czasy, w których twierdziłam, że człowiek jest dobry z natury. Młodzieńczy idealizm zaczęłam jednak katować literaturą obozową i wiadomościami z rejonów wojen i kataklizmów. Dziś mam wrażenie, że w człowieku najpotężniejszą siłą jest instynkt.
Gorycz natrętnych myśli została wywołana z ukrycia nadmiarem wolnego czasu, jak i nieszczęściem na Haiti, które sprawnie i podręcznikowo wpłynęło na ludzkie umysły oraz sposoby postępowania. Czy to jest normalne, że jedni jadą tam, by dzień i noc walczyć o każde ludzkie życie, a inni po krótkim czasie zaczynają się odwdzięczać walką o pożywienie, napadami i gwałtami na współcierpiących? Włos jeży mi się na głowie, kiedy obserwuję biegające w obrębie szklanego ekranu nieszczęśliwe istoty, które pod naporem katastrofy przestają kierować się wyższymi wartościami, dbając tylko o własne życie.
Nieustanna potrzeba bezpieczeństwa i pragnienie życia – oto, co pcha ludzi od początków istnienia do najgorszych zbrodni. Naturalna miłość do życia, nawet przykrego i trudnego, jest zakorzeniona w ludzkiej psychice, jednak czy jest ona dobra, skoro w stadium największej aktywności wiedzie dosłownie po trupach do celu?
Człowiek teoretycznie powinien solidaryzować się z drugim, podać mu rękę, kiedy tamten upada i szklankę wody, kiedy jest spragniony. Kiedy panują względnie sprzyjające okoliczności historyczne i toczy się tak zwane normalne życie, można bez problemu wskazać miejsca będące oazami dla potrzebujących, wyróżnić ludzi skłonnych ofiarować swój czas, kreatywność i ciężką pracę dla tych, którym się nie powiodło z różnych powodów.
A teraz wyobraźmy sobie czas wojny: wielu z tych dobrych ludzi przejdzie na ciemną stronę mocy, kłaniając się przed ciemiężcą – bo chcą żyć. Walczący? Wyobrażałam sobie zawsze żołnierzy jako ludzi honorowych i ukierunkowanych na dobro ojczyzny. Tymczasem gdy wokół gruzy i grupki przerażonych kobiet, słychać tylko krzyki i płacz, kiedy nieszczęśnice są gwałcone. Sąsiad potrafi wydać sąsiada, w wielu domach zabrakłoby miejsca, aby ukryć kogoś i uratować mu życie. Z drugiej strony na pewno znalazłyby się jednostki odważne i heroiczne, ludzie wrażliwi i pełni uczucia do innych, skłonni oddać własne życie.
Czy to możliwe, że Jezus mówił wyraźnie o noszeniu krzyża, nienawiści do życia po to, by zwrócić nam uwagę na problem? A jest on przecież ogromny. Nie ma dnia, żeby z powodu niskiej i pozbawionej dylematów moralnych chęci przeżycia ktoś nie zginął lub straszliwie nie cierpiał. Człowiek rozpaczliwie walczący o własne istnienie może spowodować śmierć wielu innych. Bezwzględna walka o własną sprawę to najczystszy egoizm, a więc postawa wyzuta z miłości i tym samym niechrześcijańska. Nie-Boża.
Gdyby człowiek nawet w czasie najtrudniejszych prób potrafił o tym pamiętać, losy tego świata mogłyby się toczyć zupełnie inaczej. Gdyby miłość była na pierwszym miejscu jako nadrzędny cel każdego działania, mielibyśmy niewyobrażalnie lepsze warunki do życia. Tymczasem musimy żyć ze świadomością tego, że wystarczy jeden impuls, a większość zacznie zachowywać się jak spłoszone zwierzęta gotowe rozszarpywać i obojętnie omijać; wszystko dla najwyższej wtedy sprawy: własnego życia.
W wygodzie współczesności usypiamy jednak, niepomni na wszelakie zagrożenia. Dajemy się często manipulować tym, którzy mówią, że liczy się to wszystko, co prymitywne i najniższe w człowieku: jego instynkt. Nie ten ciepły, rodzicielski, lecz mroczna siła, która odpowiednio wzbudzona pozwala zabijać bez mrugnięcia okiem. Nazistowscy zbrodniarze nie rodzili się z narzędziami tortur w dłoniach – ktoś postarał się o to, by wydobyć z nich okrutny cynizm.
Wiele zależy od otoczenia. Od nas samych. Niemożliwym jest zmienić świat, lecz siebie można na pewno. A kiedy już znajdziemy odwagę, by walczyć z kultem rozumu i zaspokajaniem bez umiaru wszystkich pragnień i pożądań, gdy powiemy sobie odważnie, że jesteśmy gotowi w razie zachodzących wydarzeń stracić swoje życie, by je zachować, przyłożymy cegiełkę do budowy lepszego świata. Sama złotówka wrzucana do puszki przy kościele nie wystarczy.
Odsłon: 319 Komentarzy: 5
1
Warzyw
Wiele jest we mnie cech odwrotnych w odniesieniu do większości. Prawie-ortodoks. Eks-idealistka.
