Sunday,18 March 2012,08:57
Kategoria: Polityka Sunday, 18 March 2012, 08:57
Już od dwóch stuleci sceptycy atakują patriotyzm, podobnie jak wszystkie inne ideowe pasje
ludzkości. W wypadku patriotyzmu atak jest nawet ciekawy i godny szacunku, bo prowadzi
go grupa współczesnych pisarzy będących czymś więcej niż tylko sceptykami. Kieruje nimi
autentyczna wiara w określone systemy światopoglądowe.
Rosnąca w siłę sekta wyznawców Tołstoj a, wspólnie z intelektualistami z różnych szkół, w
bezpośrednim ataku podważa ideę patriotyzmu twierdząc, że kłóci się ona z szerszą ideą -
miłością do całego rodzaju ludzkiego. Dla nich to, co szczególne, jest zawsze wrogiem tego,
co ogólne. Każdy naród, ich zdaniem, jest rywalem dla ludzkości. Ba, nieraz myślą, że każdy
człowiek jest rywalem dla ludzkości. Przypominają trochę - a nie jest to przyjemne
skojarzenie - pewien gatunek ludzi, twierdzących, że nie należy chodzić do kościoła, gdyż
Bóg jest wszechobecny, a w kościołach Go nie ma.
Nowocześni intelektualiści nie akceptują patriotyzmu i nie chcą się angażować w sport, jakim
jest rywalizacja między
narodami, mimo że jest to sport ochoczo uprawiany przez całą resztę świata. Toteż ich miłość
do Człowieka emanuje zimną, nierealną aurą. Gdyby ich spytać, czy kochają ludzkość,
odpowiedzą, bez wątpienia szczerze, że owszem, jak najbardziej. Ale jeśli spytamy, czy
podoba im się taka czy inna klasa społeczna spośród tych, które łącznie składają się na
ludzkość, okazuje się, że nie cierpią ich wszystkich. Nienawidzą królów, nienawidzą księży,
nienawidzą żołnierzy, nie znoszą żeglarzy, nie ufają naukowcom, oskarżają klasy średnie,
załamują ręce nad robotnikami - lecz uwielbiają ludzkość. Tyle tylko, że zawsze mówią o
ludzkości niczym o egzotycznym obcym narodzie. Coraz bardziej wyobcowują się spośród
ludzi, by opiewać tę przecudną, ogólnoludzką zbiorowość. Zatracają więź z ludźmi na drodze
do humanizmu.
Prawda oczywiście wygląda tak, że to, co ogólnoludzkie, będzie nam dużo bliższe, jeśli
uznamy, że pozostajemy w najlepszych możliwych stosunkach z ludźmi, którzy bezpośrednio
nas otaczają. Ktoś, kto kocha własne dzieci, wykazuje nastawienie znacznie bardziej
ogólnoludzkie niż ktoś, kto niańczy małego hipopotama czy wozi w wózku świeżo wyklutego
krokodyla. Ba, wykazuje nastawienie wręcz uniwersalne. Kochając swe dzieci człowiek czyni
coś, co jest nie tylko ludzkie, lecz, że tak powiem, także hipopotamie. Niańcząc swe dziecko
postępuje w sposób bardziej hipopotami, niż gdyby niańczył małego hipopotamka. To samo
dotyczy patriotyzmu. Ignorując patriotyzm miłośnik ludzkości tak naprawdę ignoruje
ludzkość. Ten, kto kocha własny kraj, niekoniecznie wygłasza peany ku czci ludzkości, lecz
w gruncie rzeczy wychwala ludzkość nie słowem, lecz czynem - po prostu naśladownictwem.
Zasadnicza duchowa korzyść z patriotyzmu i innych podobnych emocji polega na tym, że
dzięki tym uczuciom wszystko na świecie jest kochane tak, jak powinno, bo wszystko jest
kochane indywidualnie. Kosmopolityzm oferuje nam jeden wielki kraj, który jest, owszem,
dobry; nacjonalizm oferuje setkę krajów, z których każdy jest najlepszy. Kosmopolityzm daje
nam stopień równy, nacjonalizm stopień najwyższy. W jednym wypadku mamy pozytywne
określenie, w drugim wielki chór superlatyw. Patriotyzm sławi świat poczynając od tego, co
najbliższe, i w ten sposób daje pewność, że wszystko na świecie zostanie należycie docenione
- a to jest, być może, sprawa najbardziej zasadnicza. Gdziekolwiek wyłania się z morza góra o
dziwnym kształcie, gdziekolwiek rośnie owoc hen w dalekim lesie, patriotyzm sprawia, że nie
przepadną one w mroku zapomnienia, lecz będą żyły w pieśni.
Jest też inna rzecz, która mnie skłania, bym stanął po stronie zwolenników idei patriotyzmu.
Istnieją mianowicie dwie metody, za pomocą których inteligentny człowiek może podejść do
problemu owego umiarkowania, tak ważnego w każdej sprawie - gdy chodzi o wino, wojnę,
seks czy patriotyzm; umiarkowania pozwalającego cieszyć się winem bez pijaństwa,
prowadzić wojnę bez masakry, uprawiać miłość bez rozwiązłości i patriotyzm bez sir Alfreda
Harmswortha1. Pierwsza metoda, zalecana przez wielu poważnych ludzi od zarania dziejów,
może być w skrócie nazwana metodą zakazową. Głosi ona, że lepiej w ogóle obywać się bez
tych wielkich, odwiecznych pasji, bo są one ewidentnie niebezpieczne. Zwolennicy drugiej
metody (do których ja się zaliczam) uważają, wręcz przeciwnie, że jedyny definitywny i
skuteczny sposób, by wykluczyć niebezpieczeństwo, to doświadczyć tych pasji i dogłębnie je
pojąć. Naszym zdaniem każde silne uczucie niesie ze sobą pewien lęk, a jeśli zaangażujemy
wyobraźnię, ten lęk staje się najlepszą barierą dla przesady. Innymi słowy, żeby bać się
wojny, trzeba coś o niej wiedzieć; żeby bać się miłości, trzeba ją przeżyć; żeby unikać
nadmiaru wina, trzeba zdać sobie sprawę, że jego dobrodziejstwa są ryzykowne. I do tej
samej kategorii należy patriotyzm. To całkiem jak z podejściem do umiarkowania w islamie i
chrześcijaństwie. Islam czyni z wina truciznę; chrześcijaństwo czyni z wina sakrament.
Wielu nowoczesnych humanistów boi się patriotyzmu, widząc w nim zarzewie wojen. W
pewnym sensie to prawda; choć religia i miłość też wzniecały wojny. Ludzie zawsze będą
walczyć o to, co jest im drogie, i nieraz zresztą słusznie. Ale nie trzeba też tracić z oczu innej
sprawy: że w miarę jak ludzie mądrzeją, zaczynają rozumieć, że siłowa rywalizacja między
jednym elementarnym, mistycznym przywiązaniem a innym elementarnym, mistycznym
przywiązaniem to czysta głupota. Ludzie mogą walczyć dla racjonalnych przekonań, jeśli
zwycięstwo dowiedzie czyjejś racji. Lecz przekonania irracjonalne są zbyt subtelne, by się o
nie bić, bo zwycięstwo nie dowiedzie niczego. Każdy z nas uważa swój kraj za najlepszy na
świecie. Na tej samej zasadzie każdy z nas mógłby uważać swoją matkę za najlepszą na
świecie. Ale nie poddajemy tej opinii sprawdzianowi wojny i wcale się do tego nie rwiemy.
Nie wystawiamy naszych matek jako zawodniczek w amfiteatrze, by ze sobą walczyły, a to z
tego znakomitego powodu, że jeśli jedna matka pokona drugą, nic kompletnie z tego nie
wynika - nikomu nie robi to różnicy.To zresztą, nawiasem mówiąc, jedyny istotny argument
przeciw pojedynkom. Że pojedynki kończą się śmiercią, to argument stosunkowo błahy;
śmiercią kończy się bardzo często mecz futbolowy, polowanie na lisy czy pobyt w
londyńskim szpitalu. Lecz pojedynek to krwawa, bolesna procedura, mająca na celu
rozstrzygnąć spór - którego nie rozstrzyga.
Kosmopolicie, który powiada, że kocha ludzkość i nienawidzi lokalnych patriotyzmów,
odpowiadam zatem: jak możesz kochać ludzkość, skoro nienawidzisz czegoś, co jest tak
bardzo ludzkie?
Drugim wrogiem patriotyzmu jest - nie muszę chyba mówić - idea pospolicie zwana
imperializmem. Imperializm planuje zniszczyć patriotyzm nie poprzez snucie odległych i
nieosiągalnych wizji o połączeniu różnych ludów, lecz poprzez praktyczne wskazanie, jak i
gdzie można połączyć jeden lud z drugim w konkretnym dziejowym momencie. Imperializm
to oportunistyczny kosmopolityzm. Jestem świadom, że w całym partyjnym rozgardiaszu
sprawa imperialistów została w pewnym stopniu wsparta przez apele do nieśmiertelnych
uczuć patriotycznych, jest to jednak tylko element wyborczego zamętu, pospolitego w
każdym kraju, a już zwłaszcza w Anglii. Uczucia patriotyczne bywają wykorzystywane na
potrzeby imperializmu, ale na tej samej zasadzie, jak nienawiść do tyranów mogła zostać
wykorzystana przeciw Rewolucji Francuskiej lub litera konstytucji przeciw Pymowi i
Hampdenowi2 - to znaczy szczerze i niebezpodstawnie, lecz bez oglądania się na faktyczną
rozbieżność między koncepcjami. Kiedy się nad tym dobrze zastanowić, jest oczywiste, że nie
może istnieć żaden imperialny patriotyzm, bo nie da się odczuwać wobec wielkiej i
nieokreślonej gromady ludów, reprezentujących całą różnorodność ludzkiego dobra i zła,
dokładnie takich samych uczuć, jakie - słusznie lub nie - budzą w człowieku obyczaje jego
własnych przodków i jego własny kraj, gdzie się urodził. Jeśli patriotyzm nie oznacza jasno
określonych preferencji dla konkretnych tradycji czy okolic, to nie oznacza w ogóle nic.
Imperium - takie jak Imperium Rzymskie, z jego Grekami, Gotami i Brytanii, lub Imperium
Brytyjskie, z jego Holendrami, Murzynami i Chińczykami z Hong Kongu - może jak
najbardziej stanowić obiekt szacunku lub intelektualnego podziwu, ale niedorzecznością jest
nazywać ten podziw patriotyzmem albo w imieniu Imperium przywoływać starodawne
bóstwa, przynależne do ogniska domowego, wzgórza czy rzeki.
Patrząc od strony czysto duchowej, uważam, że normalny człowiek nie potrzebuje ani
kosmopolityzmu, ani imperium. Potrzebuje czegoś, co w takim czy innym stopniu znajdzie w
nacjonalizmie. To znaczy - więzi z homogeniczną społecznością o wyobrażalnych i
sterowalnych rozmiarach, wystarczająco wielką, aby budziła w nim respekt, bo jest
zakorzeniona w historii, i wystarczająco małą, aby budziła przywiązanie, bo on sam jest w
niej zakorzeniony. Gdybym był bogiem planującym idealną planetę, gdybym był poetą
wymyślającym utopię, podzieliłbym świat na takie właśnie społeczności, jednorodne i niezbyt
duże. Nie mogę powiedzieć, że wizja kosmopolitycznego globu jest dla mnie odległym
ideałem. Dla mnie to nie ideał, lecz koszmar.
Będąc przekonany, że człowiek może znaleźć zdrowy, normalny dom tylko w społeczności
znacznie mniejszej niż imperium, i że taka społeczność jest dla ludzi lepsza niż
kosmopolityczna anarchia lub imperializm, spoglądam zatem na historię i odkrywam coś
ciekawego. Odkrywam mianowicie, że kultura, która wysforowała się na lidera reszty świata,
nie tylko rozgałęziła się czy rozpadła na takie właśnie społeczności, lecz w dodatku uznała je,
w ogólnym zarysie, za święte. Europa, najpraktyczniejsza cywilizacja na świecie, to również
jedyna na świecie cywilizacja nacjonalistyczna. Imperializm jest azjatycki. W najlepszej i
najbardziej intelektualnej formie rozwinął się w Chinach. W Europie rozwinęło się poczucie
świętości narodu. W wielu miejscach na ziemi ludzie walczyli o niezależność własnego
plemienia, lecz tylko w naszej nacjonalistycznej Europie pojawiła się idea, że trzeba
szanować niezależność innych plemion. I w ten sposób Europa zdała egzamin - przeszła
jedyny test, dzięki któremu można stwierdzić, czy wiara religijna jest autentyczna. Ktoś, kto
twierdzi, że życie jest święte, bo chce ocalić swoje własne życie, wcale nie musi wierzyć w
to, co mówi. Udowodni, że w to wierzy, jeśli oszczędzi życie swego wroga. To samo dotyczy
uczuć narodowych. Dlatego właśnie protestowałem swego czasu przeciw aneksji Transwalu:
była to zbrodnia przeciw europejskiej cnocie patriotyzmu. Człowiek równie zasadnie może
uznać, że brytyjski patriotyzm każe mu niszczyć naród burski, jak uznać, że poczucie
świętości małżeństwa każe mu uciec z żoną sąsiada.
To prawda, że imperium nieraz wygląda na silne, a naród na słabowity, ale to tylko dlatego,
że wszystko, co wieczne, wydaje się słabe. Na podłożu tego prostego odkrycia wyrosła też
religia. Imperia są lekkie i ulotne; wiodą krótki żywot motyla. Narody są twarde, solidne i
tryumfujące; nic ich nie złamie. Największe nawet imperium to w pewnym sensie moda.
Najmniejszy nawet naród jest czymś więcej niż modą - jest obyczajem.
Mieszkańcy naszych wielkich miast i czytelnicy wielkonakładowych gazet - zapewne
najbardziej naiwni ludzie, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi - mają mocno wbite do głów,
że takie zdarzenia jak aneksja Transwalu to część normalnych procesów dziejowych.
Uważają, że wielkie imperia europejskie zawsze połykały małe europejskie narody, tak jak
wieloryb połyka śledzie. Ale nie znają własnych dziejów. Kiedy patrzymy na historię,
zdumiewa nas, że tak rzadko dochodziło do wchłonięcia jednego narodu przez drugi.
Najzagorzalszy nawet nacjonalista przyzna, że na tym ponurym i brutalnym świecie powinno
się to zdarzać regularnie - i regularnie powinno odnosić skutek.
Nic podobnego. Do takich aneksji dochodziło rzadko, a już nigdy nie były skuteczne. Nawet
kawałki narodu, odgryzione przez drapieżnika, okazywały się trudne do przełknięcia, jak w
wypadku Alzacji i Lotaryngii. Owszem, pierwotne plemiona, żyjące w zamęcie dziejów,
nieposiadające uczuć narodowych w europejskim tego słowa znaczeniu - a plemiona takie
żyły kiedyś w Europie i do dziś żyją w Azji - zostawały nieraz pokonane i wchłonięte. Ale
naród to zupełnie co innego. Niektóre chrześcijańskie narody zostały, owszem, pożarte; lecz
żaden nie został strawiony. Części Polski wciąż ciężko zalegają na żołądkach imperiów
środkowej Europy. Irlandia wciąż przyprawia Anglię o bolesną niestrawność. Żywe narody
nie zostały przez naturę przeznaczone do pożarcia.
Niewielka społeczność ma tę wadę, że jest zagrożona umysłową ciasnotą, ale ma też istotną
zaletę: posiada znacznie lepszy kontakt z rzeczywistością. Na obecnym etapie dziejów
powinniśmy się zastanowić, co jest dziś groźniejsze dla ludzkości: czy ciasna arogancja
małych narodów, czy złudne rojenia imperiów. Nasza cywilizacja stoi u progu możliwego
upadku. W tym jednak punkcie też mam inne zdanie niż imperialiści. Oni twierdzą, że
lekarstwem jest imperializm (czyli kosmopolityzm). Ja uważam, że imperializm (czyli
kosmopolityzm) jest naszą chorobą. Abstrahuję w tej chwili od rozważań, czy wszelakie
standaryzacje, fuzje, centralizacje, statki transoceaniczne i łączność telegraficzna są same w
sobie dobre, czy złe. Ale wysiłki, by wyleczyć zło Birmingham i zbawić duszę Chicago za
pomocą jeszcze większej ilości fuzji, centralizacji, statków i systemów łączności, to dla mnie
czysty obłęd. To jakby lekarz przepisał brandy pacjentowi dygocącemu w delirium tremens.
Właśnie przez to wszyscy cierpimy: przez nieodpowiedzialne dziennikarstwo, przez mętne
pojęcia o geografii, przez zaperzone dyletanctwo, święcie wierzące, że zna się na wszystkim,
przez urzędowe zainteresowanie każdym obywatelem, przez utratę wyrazistych typów
narodowych, przez zanik zbiorowej pamięci, przez zatracenie hamulców płynących z religii,
przez brak bojaźni Bożej. Nasze problemy nie wynikają z tego, że jesteśmy zanadto podobni
do aroganckich, okrutnych zelotów, którzy władali Spartą czy ginęli przy upadku Jerozolimy
- i nie grozi nam bynajmniej to przykre podobieństwo. Nasze problemy wynikają z tego, że
jesteśmy podobni do motłochu w dekadenckim Rzymie.
Trzeba za wszelką cenę wrócić do mniejszych jednostek politycznych, gdyż trzeba za wszelką
cenę wrócić do rzeczywistości. Tylko w ten sposób znajdziemy się bliżej miłości, nienawiści,
zdrowego rozsądku, własnego zdania i prawdy w twarzach ludzkich. Dzisiejsze gry
polityczne są już tak splątane, że każdy gra przeciw wszystkim. W zachodzącym słońcu
naszej dekadencji cienie są dużo większe od ludzi, którzy je rzucają.
za: Obrona świata, Warszawa 2006, ss.123-133 (tłum.J.Rydzewska)
Gilbert Keith Chesterton
Odsłon: 77 Komentarzy: 2
Wednesday,14 March 2012,11:22
Kategoria: Historia Wednesday, 14 March 2012, 11:22
Niemcy użytkowali groby katyńskie jako kopalnię dla swej akcji propagandowo-politycznej,
której usiłowali nadać jak najszerszy zasięg.
Stosunki polsko – sowieckie już uprzednio tak dalece uległy zepsuciu, iż wymagały tylko wbicia
ostatniego klina pomiędzy obydwie strony. Chodziło też Niemcom o urobienie własnej opinii w
Rzeszy, bardziej jeszcze o propagandę pośród podbitych narodów Europy, a zwłaszcza Europy
Wschodniej, którym wstrząsające fotosy z masakry katyńskiej miały w sposób plastyczny
przedstawić los, jaki je czeka pod panowaniem bolszewickim. – Ale wygrywanie propagandowe
niesłychanej zbrodni miało też na celu wstrząśnięcie sumieniem świata demokratycznego, który się
połączył w sojuszu z bolszewikami dla wspólnej walki z Hitlerem.
Celem pobocznym było też przelicytowanie i usunięcie na plan drugi własnych, hitlerowskich
zbrodni, które z niesłabnącą energią reklamowane były przez prasę i propagandę Zjednoczonych
Narodów.
Akcja niemiecka częściowo odniosła skutek. Poza tym zerwanie stosunków polsko-radzieckich i
pierwszy w ten sposób rozłam w obozie aliantów zapisała na swe dobro, w rubryce: sukces.
W drugiej połowie kwietnia krytycznego 1943 roku mieszkałem w dalszym ciągu w swym małym,
wiejskim domku w odległości 12 kilometrów od Wilna i do miasta przychodziłem piechotą i
rzadko. Za czasów okupacji sowieckiej zmieniłem swój zawód dziennikarza i literata na bardziej
odpowiadający warunkom – zostałem mianowicie furmanem ciężarowego wozu. Za czasów
okupacji niemieckiej siedziałem cicho na wsi i nie byłem niepokojony, jakkolwiek władze
niemieckie nie mogły oczywiście nie wiedzieć o mojej egzystencji.
Na jakiś tydzień przed Wielkanocą sprzedawałem na rynku w Wilnie palto letnie i tu spotkałem
dawnego swego kolegę(…)
Było ciepło. Wiosna.(…) Właśnie przeżuwano wrażenia i komentarze do straszliwej, nowej
zbrodni, odkrytej pod Smoleńskiem. – Poza tym wlokło się życie przygnębiające, głodne, biedne,
apatyczne(…)
- Od wczoraj telefonuje Klau. Werner Klau, szef biura prasowego przy Gebietskommissariat Wilna-
Stadt, dopytuje, czy ktoś z pracowników nie zna przypadkiem twego adresu. Chcą cię zaprosić do
Katynia. (…)
Dopiero w drugiej połowie maja 1943 roku wlecze nas poprzez powietrze pudło starej, niemieckiej
„JU 88″, samolotu o typie przestarzałym. Leci dwóch dziennikarzy portugalskich, jeden dziennikarz
szwedzki. Z Warszawy Niemcy wyekspediowali ekipę dziesięciu robotników fabrycznych, ażeby
się przekonali na miejscu i opowiedzieli rodakom. To są ich chwyty propagandowe, stosowane już
od dłuższego czasu. – Towarzyszy nam oficer Wehrmachtu, będący łącznikiem z Ministerstwem
Spraw Zagranicznych (b. attaché niemiecki w Tokio). Gdy lądujemy za Dnieprem, termometr
wskazuje zaledwie 3 stopnie powyżej zera, pada drobny deszczyk (…)
Plan sytuacyjny jest taki: Na zachód od Smoleńska prowadzi linia kolejowa w kierunku Witebska
do stacji Gniezdowo. Mniej więcej równolegle biegnie szosa. Do tej stacji przywożeni byli jeńcy
polscy w roku 1940, na wiosnę, to nie ulega już żadnej wątpliwości i przez nikogo nie jest
kwestionowane. W Gniezdowie ich wyładowywano. Szosa biegnie dalej przez Katyń. Z Gniezdowa
do Katynia około 4 kilometry. Po bokach wilgotne laski, wyręby, na których wyrosły już
pojedyncze brzózki, olszyna. Wzrok mija je obojętnie, ślizgając się po mokrych badylach,
gałęziach, strzelistych prętach jakichś krzaków. – I tylko myśl, pobudzana wyobraźnią, kołuje po tej
szosie do wtóru obracających się opon: ”Tędy, tędy, tędy jechali ci ludzie, w taką samą czy podobną
wiosnę. Co myśleli? Co szeptali?” (…)
W chwili, gdy ja przybyłem do Katynia, rozkopano już wszystkie siedem grobów. Niektóre były
opróżnione. Inne zastałem jeszcze w trakcie prac ekshumacyjnych, ale raczej na ukończeniu.
Rzeczą pierwszą, która się rzuciła w oczy, było zaśmiecenie lasu wokół dołów już pustych. Skąd
zaśmiecenie to pochodziło, wyjaśniło się niebawem i jednocześnie naprowadziło mnie na
najważniejsze odkrycie.
Ażeby uplastycznić jego doniosłość, należy pokrótce przedstawić metodę prac ekshumacyjnych.
Ogólne kierownictwo spoczywało w rękach niemieckich oczywiście. Ale bezpośrednie roboty
wykonywane były przez ekipę Polskiego Czerwonego Krzyża, na czele której stał dr Wodziński z
Krakowa. Do swej dyspozycji miał robotników, zarówno wolnego najmu spośród mieszkańców
okolicznych, jak też przydzielonych jeńców sowieckich. Trupy wydobywane z dołów śmierci
układano szeregami na ziemi. Z szeregów brano po jednym, celem dokonania oględzin i
zrewidowania. Mundury były przeważnie w dobrym stanie, rozpoznawało się nawet gatunek
materiału, jedynie odbarwione. Wszystkie części skórzane, w tej liczbie buty, robiły na pierwszy
rzut oka wrażenie gumowych. Ponieważ z reguły każde zwłoki sklejone były niejako sokiem
trupim, lepkim, strasznym, cuchnącym, więc o rozpinaniu kieszeni, ani tym bardziej ściąganiu
butów, mowy być nie mogło. Operacja odbywała się tedy w ten sposób, że specjalni robotnicy, w
obecności dyżurnego delegata Polskiego Czerwonego Krzyża, rozcinali nożami kieszenie i cholewy
butów, bo w tych ostatnich też znajdowano nieraz ukryte różne przedmioty. Wszystko znalezione
wydostawano na światło dzienne. Wszystko co mogło stanowić wartość dowodową, pamiątkę dla
rodziny, wskazówkę przy identyfikacji, lub wartość materialną (dokumenty osobiste, legitymacje,
pamiętniki, notatki, listy, fotografie, medaliki, książeczki do nabożeństwa, kwity, medale, ordery,
pierścionki itd.) składane było do specjalnie na ten cel przygotowanych kopert, zaopatrzonych
kolejnym numerem. Takiż numer ewidencyjny przyczepiano następnie do zwłok, które, o ile nie
wykazywały specjalnego interesu dla ekspertyzy medycznej, odkładano zaraz do innego szeregu.
Po czym grzebano je w nowych, wspólnych mogiłach.
Wprawdzie zarówno Komisja Ekspertów Międzynarodowych, jak późniejsze sprawozdanie
sekretarza Geheime Feldpolizei, Vossa i dr Buhtza słusznie zwracają uwagę na daty znalezionych
przy zwłokach gazet, nie uwzględniły ich jednak w tym stopniu, na jaki zasługują, z punktu
widzenia interesu dowodowego i rozwiązania zagadki:
Kiedy dokonano mordu? – a więc: kto?
Zachowano kilka gazet, jako eksponaty, resztę rzucano w las. Ale w większości wypadków nie były
to całe gazety. W większości wypadków były to części gazet. Papier gazetowy stanowi dla
człowieka biednego, jakim jest jeniec, materiał nieraz niezbędny dla licznych celów. Tak więc
zastępuje brak portfelu, portmonetki i w ogóle służy do opakowania przeróżnych przedmiotów,
które się nosi w kieszeni, worku czy plecaku; zastępuje bibułkę do palenia, wkładki do butów,
nawet ciepłe skarpetki itd. Otóż tych strzępów gazetowych, obok całkowitych lub części gazet,
rozrzuconych po lesie, jako rzeczy bezwartościowych, była – masa.
Pochylony, przerzucałem kawałkiem patyka w tych strzępach przesiąkłych trupim odorem. I ja też
nie od razu zwróciłem należytą uwagę na skrawki gazet. Dopiero, gdy następnie udałem się na
miejsce właściwej rewizji zwłok, dokonywanej przez dr Wodzińskiego, gdy raz i drugi z kieszeni
trupa wydobyto przy mnie gazetę, trzeci i piąty raz i każda z datą: marzec – kwiecień 1940 roku –
pojąłem siłę przekonywującą tego faktu. – Głos Radziecki, sowiecka gazeta po polsku, przewijała
się szczególnie często pośród innych pism w języku rosyjskim. Głos Radziecki! Dziś mogę
potwierdzić zeznania niektórych jeńców, którzy konstatowali, że obozy jenieckie w r. 1940
specjalnie tą gazetą były obsyłane… Daty zaś nie budziły wątpliwości. Tu zaznaczyć muszę, że
wszelki druk zachował się w grobach stosunkowo najlepiej. Niektóre z gazet wykazywały
doskonałą wyrazistość, przebijając mniej więcej tak wyraźnie, jak przebijają litery drukowane
poprzez normalnie zatłuszczony papier.
Wróciłem, wciąż z chustką przytkniętą do nosa, wyrzygałem się dyskretnie za pniem grubej sosny i
znów grzebać począłem patykiem w strzępach cuchnących papierów, porozrzucanych po lesie.
Tam, gdzie skrawki gazet nie wykazywały daty, odczytywałem ustępy depesz, opis zdarzeń, z
których wyraźnie wynikało, że dotyczą pierwszych miesięcy roku 1940. Nie późniejszych.
A więc jednak nie ulega wątpliwości: zbrodni mogli dokonać tylko bolszewicy.
Przy zwłokach w Katyniu znaleziono około 3300 listów i kartek pocztowych, otrzymanych przez
jeńców od rodzin w kraju, a kilka napisanych i nie wysłanych – do kraju. Ani jeden z tych listów,
ani jedna z tych kartek nie posiada daty późniejszej niż kwiecień 1940 r. Potwierdzają to rodziny w
kraju, których korespondencja uległa raptownemu przerwaniu w tym czasie. Bolszewicy mogliby
odpowiedzieć, że dla jakichś przyczyn zakazali jeńcom korespondować. Tego nie twierdzą, bo brak
im ku temu uzasadnienia. Ale mogliby tak twierdzić – bez uzasadnienia. Natomiast w stosunku do
gazet nie mają żadnego wytłumaczenia, żadnego, które by licowało ze zdrowym rozsądkiem
ludzkim. (…)
(…) Po upływie kilkunastu dni rzecz przestała być rewelacją. Zarówno raport policyjny sekretarza
Geheime Feldpolizei Vossa, jak bardzo sumienne sprawozdanie prof. Buhtza, ustaliły oficjalnie, że
w siedmiu grobach znaleziono 4143 zwłoki. Tylko. (…)
Po powrocie z Katynia pytano mnie wiele razy o „wrażenia”. Naturalnie wrażenie jest takie, o
którym się zwykło mówić, że „mrozi krew w żyłach” . Stosy trupów nagich budzą najczęściej
odrazę. Stosy trupów w ubraniu raczej grozę. Może dlatego, że nici tych ubrań wiążą je jeszcze z
życiem, którego je pozbawiono, a przez to stwarzają kontrast. W Katyniu znaleziono wyłącznie
prawie wojskowych i to oficerów. Wymowność tego munduru robi wrażenie zwłaszcza na Polaku.
Odznaki, guziki, pasy, orły, ordery. Nie są to trupy anonimowe. Tu leży armia. Można by
zaryzykować określenie – kwiat armii, oficerowie bojowi, niektórzy z trzech uprzednio
przewalczonych wojen. To jednak, co najbardziej nęka wyobraźnię, to indywidualność morderstwa,
zwielokrotniona w tej potwornej masie. Bo to nie jest masowe zagazowanie, ani ścięcie seriami
karabinów maszynowych, gdzie w ciągu minuty czy sekund przestają żyć setki. Tu przeciwnie,
każdy umierał długie minuty, każdy zastrzelony był indywidualnie, każdy czekał swojej kolejki,
każdy wleczony był nad brzeg grobu; tysiąc za tysiącem! – Być może w oczach skazańca układano
w grobie poprzednio zastrzelonych towarzyszy, równo, w ciasne szeregi, może przydeptywano je
nogami, ażeby mniej zajmowali miejsca. I tu doń strzelano w tył głowy. Każdy trup wydobywany w
moich oczach po kolei, każdy z przestrzeloną czaszką, od potylicy do czoła, wprawną ręką, to
kolejny eksponat straszliwego męczeństwa, strachu, rozpaczy, tych wszystkich rzeczy
przedśmiertnych, o których my, żywi, nic nie wiemy.
Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, któremu strzelono w tył czaszki i który żył jeszcze trzy dni,
gdyż kula ugrzęzła gdzieś między zwojami. – „To było – wyszeptał – to było jakby szklanka pękła,
dzyń! i koniec”. – Może…
Szarpiące, ekscytujące nerwy pytanie, jakaś drapieżna ciekawość, która później nie da spać przez
wiele nocy, powraca z każdym, którego niosą: „Jak to wyglądało w szczegółach!”
Zdaje się, że każdego z jeńców uśmiercało trzech oprawców. Dwóch trzymało go z boków, za ręce,
pod pachami. Trzeci strzelał. Jak przy operacji. – Indywidualność ostatnich odruchów i cierpień da
się nieraz odczytać z tego, co po nich zostało: wybite zęby, szczęka wytrącona uderzeniem kolby,
rany kłute, sowieckim, trójgraniastym bagnetem. Wielu jest skrępowanych misternym węzłem
sznura. Niektórzy mieli zarzucone na głowę mundury, lub płaszcze związane u szyi, a wnętrze
wypełnione trocinami, ażeby uniemożliwić krzyki. – Usta otwarte, usta pełne piasku i oczodoły
puste, które nie wyrażają nic ponad śmierć.
Ale osobowość każdego nie wyraża się tylko mundurem, odznakami stopnia oficerskiego, czy
krzyżem na piersiach, albo schowanym w kieszeni. Przemawia przede wszystkim wyrazem
przedmiotów, które miał przy sobie do ostatniej chwili, a które jeszcze żyją, bo mówią literami,
które można odczytać. Nazwisko za nazwiskiem… tysiące.
- Chce pan przeglądnąć tę listę? – zwraca się obojętnym tonem Niemiec, podsuwając długie
kolumny maszynopisu.
Ciszewski Tadeusz… Tego znałem z Bracławszczyzny.
Anton Konstanty rtm… To mój kolega z jednej klasy gimnazjalnej. (…)
Listy, listy, listy. Listy do rodzin. Ogromna większość zachowana jeszcze w stanie możliwym do
odczytania. Dużo jest takich, które przez jeńców zostały napisane w Kozielsku, ale już – nie
wysłane. Przy zwłokach znaleziono około 1650 listów, 1640 kartek pocztowych i 80 depesz. Ani
jeden z tych listów, ani jedna kartka, ani depesza, nie posiada daty późniejszej niż – kwiecień 1940
roku!
Kto ich nie miał w ręku, wydobytych z dołów śmierci, z masy poklejonych trupów – ten może
jeszcze dopatrywać się w mordzie katyńskim sprawy, którą dziś należy traktować w płaszczyźnie
politycznej rozgrywki. Kto je czytał, zaciskając usta i nos chustką, kto wdychał ich słodkawą woń
trupią, nad zwłokami „kochanego”, do którego były pisane, dla tego nie ma i nie może być
względów innych, jak obowiązek rzucenia prawdy w oczy świata.
Listy te były chowane na piersiach i w bocznej kieszeni, i w tylnej kieszeni, i w cholewach butów,
zależnie od ówczesnej woli żyjącego jeszcze adresata. Chowane jak relikwie. Później wystawione
na pokaz i profanację wrogiej niemieckiej propagandy. (…)
Raz jeden miałem takie prawdziwe łzy w oczach, tzn. nie od trupiego swądu i nie od zbawczego
dymu ognisk, a tam właśnie, na werandzie domu w miejscowości Gruszczenka.
Było to trzeciego dnia pobytu. Wróciliśmy z Kozich Gór. Za czystym szkłem gablotki, nadpsute
kartki, rozpięte pineskami, o wielkim, bardzo czytelnym piśmie: listy dzieci do ojców.
„8 stycznia 1940 r. – Tatusiu kochany!! najdroższy!.. Czemu nie wracasz” Mamusia mówi, że tymi
kredkami, coś mi podarował na imieniny… Do szkoły teraz nie chodzę, bo zimno. Jak wrócisz,
ucieszysz się pewno, że mamy nowego pieska. Mamusia nazwała go Filuś… Cześ”.
„12. II. 40. – Kochany Papo, pewno wojna się prędko skończy. Bardzo za Tobą tęsknimy wszyscy i
strasznie Ciebie całujemy. Irka przycięła sobie włosy i Mama się bardzo gniewała. Czy mieszkasz
w ciepłym domu, bo u nas brak opału. Mama chciała Tobie posłać ciepłe rękawiczki, ale… W
kwietniu przejedziemy do wuja Adama i napiszę wtedy Tobie, jak tam wygląda…”
W kwietniu… w kwietniu 1940 Kochany Tatuś Czesia i Papo Irki zastrzeleni zostali wystrzałem w
tył głowy z rozkazu Stalina.
To nie są rzeczy nowe, o których tu pisałem. Dziesiątki „miarodajnych” osób zna je doskonale. To
są tylko rzeczy, których się nie publikuje, aby kogoś nie rozdrażnić, komuś innemu się nie
narazić…
„Lwów i Wilno” 1947 – nr 10 i 11
Odsłon: 95 Komentarzy: 2
Sunday,30 October 2011,12:28
Kategoria: Polityka Sunday, 30 October 2011, 12:28
Do Marszu Niepodległości coraz bliżej, gruchnęła nie dawno wiadomość, że "polskich obrońców tolerancji" będą wspierać lewaccy anrchokomuniści z Niemiec. Tak oto internacjonalizm gazety wyborczej pod wodzą samego towarzysza Blumsztajna - zasłużonego walterowca oraz Adama Michnika - człowieka o wspaniałych robotniczych i socjalistycznych korzeniach, znajduje swą realizację.
W praktyce to oznacza, że Niemcy chcą przyjechać blokować polską manifestację patriotyczną, w której ma wziąć udział m.in. prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Rzeczywiście, lewica wie kogo nazwać naziolem.
Posiłkuję się jeszcze cytatem Stefana Żeromskiego:
"Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła."

Odsłon: 425 Komentarzy: 3
Tuesday,25 October 2011,23:02
Kategoria: Historia Tuesday, 25 October 2011, 23:02
ZYGMUNT WASILEWSKI
ROMANOWI DMOWSKIEMU
jego umysłowi, talentowi i zasłudze
w roku odzyskania Polski wolnej
i zjednoczonej
składa w hołdzie
AUTOR
ROMAN DMOWSKI
Twórca polityczny. - Poczucie narodu. - Realizm w polityce. - Siła inicjatywy. - Intuicja i praca. - Publicysta. - Stanowisko dziejowe. - Zmysł historyczny. - Znajomość świata i warunków.
Wiadomość o tym, że najsławniejszy uniwersytet w Cambridge ofiarował Romanowi Dmowskiemu doktorat prawa honoris causa, wywołała wielkie wrażenie w naszym społeczeństwie i kazała mu się zastanowić nad pytaniem, czy dostatecznie zna sama tego, którego obcy w tak zaszczytny sposób odznaczyli.
Przedstawiciel Polski cywilnej, tej, która znaczenie swoje w świecie udowodnić może głównie aktami myśli, czyniącej z narodu osobowość polityczną, zdolną do kierowania swymi krokami i obcowania z narodami cywilizowanymi, - nie może pretendować do odznaczenia szczytniejszego. Anglia uznała w Dmowskim twórcę myśli polskiej i ten tytuł zrównał go słusznie z mężami, zasłużonymi na polu nauk prawno politycznych. W społeczeństwie od losu uciśnionym, rozporządzającym skromną dozą chwały, jaką dać może życie publiczne, nie ma dostatecznego przestworu dla ludzi. Życie samo, w takich jak nasze warunkach, strychuje głowy dachem cieplarni zbyt niskiej i ciasnej. A do tego stanu faktycznego, płynącego z warunków zewnętrznych, przybywa jako wynik złego wychowania, osłabienie umysłów we względzie wyobraźni narodowej. Ludzie tracą poczucie miary narodowej i przywykają zadawalać się wielkościami partyjnymi. Partie porobiły się jak narody, które z sobą walczą lub porozumiewają się z sobą przez parlamentariuszy, traktując zawsze na sposób rzymski ludzi z obcych partii według zasady: „adversus hostes aeterna auctoritas esto”.
Dmowski wskutek tego rozważany bywa zwykle w kraju jako człowiek partii. Nie umiano już dalej nikogo awansować. Partia przedstawia się realnie; narodu zaś jako organizacji, tak realnie nie widać. Czy może mieć w ogóle ktoś wartość narodową? Dawniej bywali ludzie takiej miary, bo był naród, bo widzimy ten naród w historii, ale dziś?
Ja tak o tej sprawie sądzę. Partie ratują naszą upośledzoną wyobraźnię. Nie to, byśmy ludzi nie widzieli, ale nie wiemy, jak ich ustawić w stosunku do narodu, nie dość realnie bowiem narzuca się nam pojęcie narodu. Jest to niedomaganie psychicznie przejściowe. Ono przejdzie, gdy wejdziemy, jako naród w tryb działania samodzielniejszego i szerszego. Obecnie faktem jest, że spostrzec miarę swojego człowieka możemy wtedy, gdy nam obcy z zewnątrz ją wskażą.
Dmowski - człowiek partii! Trudno o sąd bardziej powierzchowny. Oczywiście człowiek polityczny musi być z jakieś partii - to jego rodowód, jego herb, jego punkt wyjścia, metoda i temperament. Ale treść życia, zakrój powołania, zasługa - wszystko, co Dmowski z siebie daje, nie partię ma za przedmiot i cel. Dla Dmowskiego specjalnie partia była zawsze tylko środkiem, narzędziem, rozwinięciem jego ręki. Dmowski często zapomina o istnieniu partii; zarzucano mu to nieraz; widział ją mniej realnie, niż cele dalsze. Nikt z leaderów partyjnych nie traktował bardziej po świecku swojej organizacji, jak Dmowski. Żadnego nabożeństwa, żadnej kapliczki, uświęcającej partię, jako instytucję samą w sobie.
A przy tym: partia i partia - są pewne różnice. Jeśli partia bierze za przedmiot sprawę narodową z założenia samego, to ona musi mieć w naturze coś odrębnego od partii, która w założeniu oparta jest np. o walkę klas i przygodnie bywa polityczną. Byli ludzie, którzy formalnie kwestionowali pojęcia partii w ruchu demokratyczno - narodowym z tego właśnie powodu, że treść tego ruchu jest zbyt ogólna i odpowiada raczej pojęciu: naród.
Dmowski jest z tych, którzy organizują pewien prąd świadomości narodowej, kierunek myślenia politycznego dla całego narodu. Żeby dokonać tego, co taki program sobie zakłada, trzeba zorganizować duchowo cały naród; wobec takiego zadania nie ma się nic do dania specjalnie stronnictwu. Nie jest to bynajmniej konspiracja, która bywa istotnym czynnikiem we właściwej partii; nie jest to magazynowanie sił we własnych kadrach w zawistnych względem innych partii zamiarach; przeciwnie, ruch tego rodzaju istnieć może o tyle tylko, o ile działa wychowawczo na powszechność i staje się czynnikiem twórczym we wszelkich działaniach i ciałach poza organizacją partyjną; ruch ten polega na dawaniu z siebie i rozpraszaniu się w organizmie narodowym.
Dmowski jest silny właśnie nie czym innym, tylko tą koncepcją pracy w narodzie, obranym z rządu państwowego; to daje mu powagę twórcy narodowego. Cały naród uzdolnić do czucia i myślenia politycznego, uczynić z niego osobowość zdolną do przejawiania woli w rzeczach elementarnego bytu, aby naród nie był pastwą podmuchów i podkopów, jak ciało martwe - oto zadanie nowoczesnego polityka polskiego.
Dmowski jest silny tym, że objawił bezprzykładną właśnie w tym względzie wyobraźnię. Ta wyobraźnia, doskonale wypracowana, jest jego talentem i niewolą. Nie może być czym innym, jak tylko organem osobowości narodowej. On ma bezpośrednie całości narodu poczucie; już nie ambicją, ale naturą jego jest służyć bezpośrednio narodowi. Ta natura, przy niezwykłych uzdolnieniach i energii myślenia, uczyniła z Dmowskiego jednostkę kierowniczą i reprezentatywną dla całego narodu.
Że ten rys jest prawdziwy, dowodzą tego dzieje stronnictwa, do którego Dmowski należy. Są to dzieje rozrostu własnej, Dmowskiego, indywidualności. Nigdzie chyba nie było tylu „secesji”, co w tym stronnictwie, a wszystkie pochodziły stąd, że ogół nie mógł sprostać krokom Dmowskiego. Trzymali się najzdolniejsi i najbardziej oddani, nie oglądając się na liczbę koło siebie. Żadnych kompromisów, którymi stoją zwykle stronnictwa, jeno przeświadczenie. W takich warunkach życie wewnętrzne stronnictwa staje się szkołą, postępowaniem z etapu na etap, przy czym wielu odpada.
Przewodził umysł Dmowskiego, obdarzony niezwykłą intuicją; właściwie przewodził interes narodowy, przez niego formułowany, z którego tego typu charakter nie zdolny jest czynić żadnych ustępstw na rzecz błogostanu swego, czy partii.
W takich warunkach nawet błędy się opłacają. Bo któż powie, co więcej waży w postępku: rozum czy charakter? Co rozwiązuje zagadnienia, polegające na uzgodnieniu woli z interesem narodu, tak zwykle u nas trudnym do ujęcia, jak nie intuicja? A ta w polityce jest siłą tylko u ludzi wielkiego charakteru.
Tę zdolność bezpośredniego ujmowania zjawisk, prądów i potrzeb narodowych Dmowski zawdzięcza przede wszystkim wrodzonym uzdolnieniom, w znacznym stopniu wychowaniu w zdrowych warunkach pracy i prawdy, prądowi czasu, który od młodości porwał go w wir pracy społeczno-narodowej, ale także wykształceniu swojemu zawodowemu. Dmowski był przyrodnikiem na ławie uniwersyteckiej. Ogłaszał prace z dziedziny fizjologii (Pamiętnik Fizjograficzny), a prof. Wrześniowski rokował mu karierę naukową.
Te dwa studia: własne humanistyczne i szkolne przyrodnicze skojarzyły się w jego umysłowości bardzo szczęśliwie. Do świata nadorganicznego, który człowiek tworzy w społeczeństwie na zasadach celowości, nie przyniósł metod przyrodoznawczego eksperymentu, nie utknął na materialistycznym pojmowaniu dziejów, jak to się zdarzało pozytywistom, ale zdobył w nauce jedno - dar obliczania rzeczywistości, poczucie faktu.
Może się to wydawać jeszcze komuś paradoksem, ale utrzymuję, że ten zmysł widzenia rzeczy realnych był najsłabszym punktem w umysłowości oświeconego Polaka. Dmowski tym przede wszystkim górował nad współczesnymi. Wszyscy, którzy się z nim ścierali, byli ludźmi doktryn, ustalonych pojęć, literackich formuł - i widzieli w nim świętokradcę, dla którego nie ma nic świętego. Tymczasem miał on zawsze świętość przed oczyma - rzeczywistość, która w życiu coraz się zmienia i ucieka tym, którzy zbytnio zajmą się formułą rzeczy przeżytych. Dmowski był w stałym nieporozumieniu z ludźmi „zacukanymi” w doktrynach i zanoszącymi się od frazesów; a że z takich składały się całe pokolenia, więc miał zwykle przeciwko sobie całą tzw. „inteligencję”, zwłaszcza jej odłamy tzw. ideowe, pozostające pod sztandarami doktryn. Za nim jednak był i będzie - ogółu instynkt narodowy, oraz umysły oświecone nowocześnie.
Najpowolniejsze życie płynie szybciej, niż myśl, delektująca się jego formułą. Nadąży za życiem tylko natura czynna, żądna symbiozy i o tym tylko myśląca, aby rzeczywistość wychodziła zwycięsko. Dmowski miał do czynienia z pokoleniem, które stawiało nad rzeczywistość doktrynę i gotowe było nienawidzić fakty, jeśli nie odpowiadały doktrynie. „Tym gorzej dla rzeczywistości!” - pod tym hasłem formowały się kapliczki, gdzie kapłanami bywali często ludzie, mało z polskością mający wspólnego. Nienawiść, z jaką tam traktowano Dmowskiego, odpowiada jego zasłudze narodowej. Burzył mury kapliczek i płotki, którymi myśl grodziła sobie drogi, aby się było czego trzymać na manowcach, i torował w ten sposób drogę dla pokolenia, które by mogło już bez zgorszenia ludzi oświeconych wyznawać publicznie interesy narodu.
Tym się tłumaczy zjawisko, które współcześni nie zawsze mogą zrozumieć, że Dmowski jest postacią z jednej strony najbardziej popularną w kraju, a z drugiej - najbardziej ściganą. Niemiły jest ludziom „systemików”, jak określał Mickiewicz, i ludziom, którzy świadomie myśl polską hipnotyzują.
Dmowskiego rysem zasadniczym jest energia, z jaką myśl, z życia dobytą, urabia i puszcza w ruch jako prąd kierowniczy. Patrząc na jego pracę, doznajemy wrażenia, że kieruje nim przede wszystkim obawa, aby myśl żywa, którą on widzi w ciągłym ruchu, nie zastygła w ludziach. Jest w nim coś z hutnika, czy kowala, operującego żelazem, póki gorące. Żadnych przerw, żadnych świąt w tej pracowni. Ledwo jedno się skończy i ludziom się zdaje, że mogą spocząć na chłodku, Dmowski przerabia już nową ideę, którą z życia dobył i zniewala do pracy.
- Co macie do zarzucenia Dmowskiemu - pytałem jego antagonistę, niedawno przyjaciela - czy to, czy tamto?
- Bynajmniej, w zasadzie zgadzam się z nim. Ale wytrzymać nie można. Jeszcze z jedną rzeczą ludzie się nie oswoili, przychodzi coś nowego. Ciągłe wstrząśnienia wskutek tego, tarcia, secesja!
Zapewne. Trudno nadążyć. Ale jak też zapóźnieni byliśmy! Spojrzeć należy na tę rzecz z punktu obecnego - lat 1914-1916: jakbyśmy wyglądali w tym kataklizmie, gdybyśmy nie poprzerabiali przynajmniej z grubsza głównych zagadnień swego bytu przed wypadkami, które się zbliżały, a które Dmowski przewidział. Trzeba się było spieszyć. Z tego punktu zrozumiałe się stają: stanowisko Dmowskiego podczas wojny japońskiej i po wojnie w czasie rewolucji, koncepcja jego neosłowiańska, nagłe hasło samodzielności wewnętrznej w myśleniu i gospodarce, abyśmy mogli w krytycznej chwili zająć postawę polityczną według wskazania interesu narodowego, wreszcie przed wojną tak odważnie postawiona, wbrew ogólnemu nałogowi myślenia, koncepcja sojuszu z Rosją.
Każda z tych koncepcji jest prosta, jeśli na nią spojrzeć ex post. Leży przecież realnie w stosunkach życiowych. Tak, ale wydobycie jej zrozumienie, sprawdzenie, decyzja, narzucenie jako zasady kierowniczej - jeśli to wszystko wyobrazić sobie jako zadania, powzięte do wykonania przez jednostkę - na to potrzeba niezwykłego aparatu duchowego.
Istotą procesu, który się dokonywa w takiej kuźnicy jest praca - wielkiego wysiłku praca i bardzo wszechstronna. Najwyższy zaś trud - to wewnętrzne borykanie się myśli z poczuciem ciężkiej odpowiedzialności. Wysiłek umysłowy i moralny.
Nic łatwiejszego, jak rzucić w charakterystyce wyraz: „talent”, „intuicja”, gdy zaś chodzi o wysiłek woli: „ambicja”. Talentem jest wszystkie swoje dary uczynić płodnymi; cała działalność Dmowskiego, można tak ogólnie powiedzieć jest dziełem talentu. Na czym jednak sam talent polega? Na to nikt nie odpowiedział.
Intuicja polityczna biurokratycznego ministerstwa spraw zagranicznych w państwie z uregulowanymi stosunkami jest czym innym, niż intuicja polityka polskiego, który musi naród swój dopiero organizować, jako potencję moralną, coś myślącą, czegoś chcącą, do czegoś dążącą - i wyczuć w niej swój mandat, swoją możność i odpowiedzialność. Polityk, tworząc dzieło narodowe, ze swego dzieła czerpie natchnienie, rozum, siłę. Potrzebna mu głęboka, intuicja wewnętrzna, nie tylko spryt na zewnątrz; potrzebna mu nie tylko jasność myśli i bystrość, ale i wżycie się duchowe w swój naród. Musi w nim grać krew narodu i taka z nim symbioza, że myśl narodu staje się jego myślą, ambicja narodu - jego ambicją.
Taka intuicja staje siłą moralną i wygląda na zewnątrz jako niezmierna ambicja osobista, podczas gdy całą ambicją takiego twórcy jest ponieść wielką odpowiedzialność moralną. Polityk tego typu goreje powodzeniem swego dzieła - i to jest jego ambicja. Bez ambicji takiego polityka nie można sobie wyobrazić; straszny byłby los sprawy, gdyby ta ambicją ją zawodziła. Bez ambicji osobistej może być marzyciel, inicjator publicystyczny; ale ten, co robi, na to robi, by zrobił. I to musi być jego ambicją.
Taką ambicję ma Dmowski. Nie potrzebuję chyba dodawać, że dalekie mu są rachuby osobiste, nawet żądza chwały, czy władzy, bo to wynika z natury stosunku jego do dzieła, który wyżej określiłem. Nie przypominam sobie zresztą w najwulgarniejszych zarzutach, czyniono Dmowskiemu, aby o niskość pobudek go pomawiano.
Owa praca, która jest istotą twórczości Dmowskiego, zasługuje na uwagę. Okres rodzenia się idei w umyśle Dmowskiego bynajmniej nie bywa nagły. Myśl dojrzewa w nim długo, podczas gdy na zewnątrz zajęty jest innymi sprawami. Można wykazać w pismach jego, rozmowach, że lata całe nosił się z myślą i na wszystkie sposoby ją wypróbowywał, zanim się stała przeświadczeniem jego i najbliższego otoczenia.
Jest to ten typ organicznego przeświadczenia się, kiedy myśl w miarę dojrzewania staje się coraz uporczywszą i domaga się wcielenia w czynie. Przetrawia się tę myśl w rozmowach z najbliższymi, biorąc je na próbę ich przeświadczeń; badana jest dalej w dyskusjach szerszych i przez prasę; pisze się na ten temat książki, co pozwala przerobić ją szczegółowo: skoro zaś nadejdzie chwila stosowna, ogół traktuje już myśl jako swoją i w tym powszechnym przeświadczeniu polityk znajduje potwierdzenie prawdy.
Taka metoda formułowania idei i kierowania przez idee jest jedyna w społeczeństwie demokratycznym, tym bardziej w tym położeniu, jak nasze, kiedy idea jest rządem wewnętrznym, a brak jej anarchią.
Polityk polski nowoczesny jest też z tego powodu zawsze publicystą. Z publicystyki rodzi się też Dmowski. Nie jest literatem, bo nie uważa pisania za swój zawód; jest politykiem, który posiłkuje się także pisaniem artykułów i książek. Niemniej w piśmiennictwie polskim zajął stanowisko pierwszorzędne, jako pisarz polityczny.
Z każdego niemal procesu swej myśli, z każdej decyzji Dmowski legitymuje się w druku. Żaden bodaj polityki nie jest tak jasny i jawny, jak on. Pisze nie z potrzeby literackiej, ale jako wychowawca i wódz, który formułuje opinię i jej rząd ustala. Przerobił w książkach swoich i czasopismach wszystkie zagadnienia polityczne, poczynając od metod politycznego myślenia. Po epokowych „Myślach nowoczesnego Polaka” nastąpił cały szereg prac, w rocznikach „Przeglądu Wszechpolskiego” (1895 - 1905), broszurach, i dziełach, z których takie, jak wspomniana wyżej książka „Niemcy, Rosja i kwestia polska” znane są całemu światu politycznemu poza Polską1.
Pisma Dmowskiego - to memoriały nowoczesnej myśli polskiej, zawierające motywy tej postawy, jaką dzisiaj ona zajmuje. Świat polityczny musi, myśląc o Polsce, liczyć się z Dmowskim, jako z naturalnym jej rzecznikiem.
Kładę taki nacisk na psychiczny i moralny stosunek Dmowskiego do narodu, aby uwydatnić twórczą naturę jego talentu politycznego. Nie okoliczności zewnętrzne robią go politykiem; polityka nie jest dla niego szczeblem w karierze życiowej, nie jest to tylko zdolny wykonawca nadarzających się zagadnień i cudzych koncepcji. Jest twórcą politycznym, działającym z potrzeby wewnętrznej i w dziejach polskich ogniwem naszego wieku. Imię jego jest momentem dziejowym.
Wielu mamy polityków współczesnych, ale nikt z nich samych nie zaprzeczy, że gdy inni poszczególne sprawy załatwiali, on dzieje polskiej myśli politycznej tworzył. Gatunkowo różni się ten typ twórczy od wszelkich innych talentów wykonawczych. A różni się tym zewnętrznie, że gdy kto inny potrzebuje dla wywarcia wpływu i wykonania czegoś stanowiska i władzy, udzielonej mu od społeczeństwa czy państwa, Dmowski żadnego stanowiska oficjalnego nigdy nie miał i nie potrzebował. Jego wpływ jest czysto moralny. Tu jego siła.
Tą naturą twórczości tłumaczy się charakter Dmowskiego. Nie jest w polityce orędownikiem u rządów tych czy innych, załatwiającym interesy; on jest ciągle u rządu moralnego swego narodu i dba o to, aby było istotnie do kogo przemawiać, aby był ten naród myślący i do czegoś dążący. Tam każdy Dmowskiego znajdzie. To jego stanowisko.
Realizm polityczny w ten sposób bywa pojmowany, że polityk musi mieć realne oparcie. W schemacie politycznym dwa się narzucają takie oparcia: u góry rząd (swój lub nieswój), u dołu masa. Stąd, jak było w Galicji, polityk albo silny jest stosunkiem z rządem, albo jest demagogiem. Typ Dmowskiego jest tym gatunkowo różny, że opiera się na gruncie historycznym, który nie należy ani do rządów, ani do tłumu. Jest to grunt twórczości narodowej, do której obie strony muszą być naginane - jedyne stanowisko niezależne.
Dmowski ani jednego kroku nie zrobił umyślnie dla swej popularności. Powiedziałbym nawet zawsze postępował tak, jakby miał manię niepopularności. Popularność zdobywał raczej siłą, ex post, bo wiele zrobił, co uznano; ale nigdy nie ułatwił sobie walki giętkością lub lekkością, z jaką polityk praktyczny bierze przeszkody i posiłkuje się falą; zawsze szedł przeciw fali, mając często przeciw sobie nawet bliskich. Rodzaj Dmowskiego jest zaprzeczeniem metod demagogicznych. W tym najlepszy probierz jego charakteru politycznego.
Ów dar wyobraźni, o którym mówiłem na początku, pozwalający politykowi widzieć postać narodu, oraz intuicji w działaniu - to owoc umiejętnej pracy nad sobą, specjalne studium naukowe, godne wyjątkowego doktoratu. Widzenia narodu i jego czucia nie da się osiągnąć za pomocą studiowania jedynie obecności, jego obecnych sił, stosunków i nastrojów. Politykowi wystarczałyby w takim razie statystyka, vox populi, stanowisko rządów. Dmowski to umie znakomicie, ale wie zarazem, że to tylko materiał polityczny.
Duch narodu tkwi w dziedzictwie historycznym i w misji, przekazywanej pokoleniom następnym. Polityk ma przed oczyma pewną drogę idealną narodu i ta jest dla niego obowiązującą: widzi linię historyczną i tę prostuje, poddając krytyce błędy przodków i sięgając jak najdalej w przyszłość.
Dmowski - przyrodnik wypracował w sobie historyka obdarzonego niezwykłą intuicją. Jego szkice historyczne, rozrzucone w publicystyce w sposobie motywowania teraźniejszości, przekreślają wszystko, co fachowi historycy w dziejach porozbiorowych uświęcili przez schlebianie tanim potrzebom tradycji i wskutek braku krytycyzmu politycznego.
Bez tego wyczucia linii dziejowej Dmowski nie mógłby dojść do tych przeświadczeń, którym, jak polityk, dał wyraz praktyczny np. wobec wojny obecnej. Na szereg lat przed wojną ustalił już w sobie pogląd na konieczność dziejową, którą dla umysłów nie wypracowanych była niespodzianką, mianowicie na to, po której stronie Polska stanąć winna w razie wojny. Przytaczam ten moment dla przykładu, jaką rolę gra umysł Dmowskiego w naszym życiu narodowym. Jest to rola człowieka, który umie widzieć, ma odwagę widzieć i poczuwa się do obowiązku wyznać.
Utrzymuję, że tylko jeden Dmowski mógł spełnić tę rolę w danym wypadku z takim sukcesem. Gotowość dziejowa, utajona w stosunkach i instynktach przecież istniała, skoro rzecz była do wykonania, ale uczynić ten punkt aktem świadomości narodowej, sformułować i rzucić nakaz z głębi przeświadczenia i z całym poczuciem odpowiedzialności - mógł tylko umysł tak zorientowany w historycznym życiu narodu i tak odważny, jak jego umysł.
Nie oceniam tego faktu ze stanowiska osiągniętych lub przewidywanych korzyści politycznych, jeno ze stanowiska psychologicznego i moralnego, jako miarę siły jednostki. Sam fakt polityczny zresztą nie miał w sobie nic z gry na hazard; był spełnieniem obowiązku narodu wobec siebie, uznaniem konieczności dziejowej bez względu na rezultat wojny.
Hazard i wieszczenie przyszłości nie mają nic wspólnego z tego typu umysłem, który reprezentuje Dmowski. Niezdolny do powodowania się doktrynami, nie zasłania sobie odległego celu, ideału politycznego, który jest źródłem jego energii, jakimiś z góry powziętymi formami bytu, choćby najpiękniej brzmiała ich nazwa, bo wzrok jego zawsze jest w treści, w rozwoju. I śmielszy i ambitniejszy jest lot myśli twórczej od lotu skrzydlatego słowa, któremu wystarcza własna melodyjność. Ale ten, co tworzy, nie buduje z marzeń i chceń, ale z rzeczywistości. Z natury rzeczy jest posybilistą.
Studium Dmowskiego nie ogranicza się poznaniem narodu. Naród ma swoje środowisko międzynarodowe. Do studium nad tym środowiskiem Dmowski wziął się ze skrupulatnością, jak mało który z dyplomatów. Książka i dziennik nie wystarczały mu. Zdarzało mu się znosić przytyki rodaków za podróże, jakie często robił. Ale te podróże w znacznym stopniu uczyniły z niego to czym jest dla nas dzisiaj w życiu politycznym. Studiował nie tylko kraj własny, nie tylko kolonie polskie w Brazylii, ale życie krajów obcych oczyma polityka polskiego.
Dmowski poznał bezpośrednio oprócz Rosji, Niemiec i Austrii, Anglię, Francję, Hiszpanię, Włochy, Amerykę południową i Japonię. To mu daje możność widzenia stosunków polskich w planie historycznym całego środowiska światowego. Zna nie tylko subiektywną możność narodu polskiego, ale i przedmiotową, utajoną w warunkach środowiska międzynarodowego.
Nie pisze rozprawy doktorskiej na temat doktoratu Dmowskiego. Chcę jedynie po dziennikarsku, gdy mowa o Dmowskim dać pewne pojęcie o tym, jaka to praca umysłowa mogła uzyskać mu ten tytuł i to światowe uznanie.
Taka próba charakterystyki należy się ogółowi polskiemu, jako ułatwienie. Bo jest to rzecz trudna dla człowieka współczesnego zarysować w sobie w oczach postać, która się rozprasza na wypadkach i wyłamana jest na wszystkie strony w krzywych lustrach plotki lub złośliwości polemicznej.
Należy się też taką próba i samemu człowiekowi niepospolitemu. Z ciężkiej drogi, którą kroczy, powinniśmy usunąć przynajmniejn tę zawadę, jaką stanowi nasza nieznajomość własnych ludzi i zbytnia skromność w ocenianiu własnych sił twórczych.
Na porównaniu Dmowski nie traci. Jeżeli, który naród, to właśnie Polska powinna być w stanie wydawania z siebie wielkich talentów politycznych. Który naród miał taką szkołę, jaką my mamy od paru stuleci?
Co do mnie (niech to pójdzie na razie na rachunek mojej osobistej pychy patriotycznej) - współcześnie nie ma w Europie wybitniejszego umysłu politycznego, któryby wyrównał umysłowi Dmowskiego. Słyszałem zresztą takie zdanie od świadomego rzeczy Anglika i zupełnie mię ono nie zdziwiło2.
27. X. 1916.
Przypisy:
- Ostatni praca Dmowskiego, dokonana już na polu polityki ściśle praktycznej - to obszerny, objętości książki memoriał, złożony w lipcu 1917 r. pt. „Problems of Central and Eastern Europe”. (Przyp. późniejszy)
- Taką samą niemal dosłownie opinię o Dmowskim wygłosił w r. 1917 prof. Pogodin w dzienniku swoim „Russkaja Żizń” w Charkowie (Przyp. późń.).
Odsłon: 275 Komentarzy: 1
Monday,24 October 2011,21:20
Kategoria: Polityka Monday, 24 October 2011, 21:20
Tradycją już zaczynają się stawać lewackie blokady podczas patriotycznych manifestacji, zwłaszcza tych w dniu niepodległości 11 listopada. Jak zwykle już o poprawną politycznie wizję historii i świętowanie dbają pionierzy demokracji i pluralizmu czyli baronowie Agory wdającej Gazetę Wyborczą. Cynizm, hipokryzja, fałsz i obłuda w ich wykonaniu zdają się nie mieć granic, jedyne granice jakie funkcjonują u tych ludzi to granice wiedzy, przynajmniej niektórych z bandy tolerancyjnych i postępowych. Tak jak niejaki Grzegorz Miecugow, syn zasłużonego redaktora pisma "Socjalizm" za komuny, wychowane zapewne w jedynie słuszny sposób bezczelnie stwierdził, że weźmie udział w blokadzie Marszu Niepodległości w 2010 gdyż promocja faszyzmu w kontekście zbrodni do jakich doszło w latach 40. jest straszne, złe itd. Szkoda, ze Pan Miecugow nie wie, że po pierwsze chodziło o zbrodnie nazistowskie ale to jeszcze można by puścić mimo uszu, gorsze jest to, ze ten wykształcony i mądry dziennikarzyna z TVNu wytarł sobie gębę ofiarami hitlerowskich zbrodni, zbrodni w których zginęło wielu narodowców, których Miecugow zrównuje z hitlerowcami i nazywa faszystami, przecież chciał blokować manifestację narodowców, która uczcić miał wszystkich bohaterów niepodległościowych walk, w tym tych z czasów II WŚ.
Tak opinia nie jest pojedynczym przykładem, z nazistami polskich narodowców zrównał też lider upadającego, postkomunistycznego SLD - Grzegorz Napieralski. Wszystkie Michniki, Olejniczaki, Blumsztajny, Miecugowy itd. grają na tą samą równie żenującą nutę, ich anty-marszowa paplanina ma wiele cech zbieżnych ze stalinowską propagandą. To przecież oni próbują bez wyjaśnień, bez rzeczowych argumentów przykleić etykietkę faszysta, naziol, rasista, antysemita itd.
Bez względu na to czy mówią o czasach teraźniejszych czy historii niemal zawsze, żerują na niewiedzy odbiorców bądź wykazują się własną głupotą, tak jest z legendarnym już terminem antysemityzm, widać tutaj totalny brak zrozumienia dla realiów w jakich działali narodowcy w okresie międzywojennym, realiów panujących wtedy w Polsce i w Europie. Tak jak u komunistów tak o u tych ludzi widać nieustępliwy i niewzruszony nawet na oczywiste fakty schemat jednej prawdziwej wersji i monopolu na rację. W praktyce wszystko co zbyt na prawo od naszego pojęcia to zagrożenie, które trzeba wytępić. Czy to przypadek, że wielu tych dzisiejszych pseudodemokratów to ludzie związani mniej lub bardziej z komunizmem?
Warto prześledzić biografie osób próbujących pozować na autorytety, a zacząć należy od dwóch wodzów gadziny wybiórczej.
Odsłon: 471 Komentarzy: 7
Thursday,10 November 2011,14:17
Kategoria: Polityka Thursday, 10 November 2011, 14:17
Nowa Prawica Janusza Korwin - Mikkego nie została dopuszczona do wyborów w całym kraju przez błąd PKW, mimo, że przyznano im rację okazało się, że postanowienia nie można już cofnąć. Korwin - Mikke złożył więc skargę do Sądu najwyższego ale tam po namysłach stwierdzili, że protest wyborczy można składać po wyborach. Skarga wpłynęła też do Sądu Administracyjnego ale ten stwierdził, że to nie należy do jego kompetencji.
W dużej mierze winny tej sytuacji jest nowy kodeks wyborczy wprowadzany bardzo pospiesznie, jego wady przyznają nawet życzliwi wobec rządu PO dziennikarze.
O istocie całej sprawy rozpisywał sie nie będę bo jest ona znana i dotarcie do informacji nie jest problemem. Gra toczy się nawet o unieważnienie wyborów, przynajmniej do tego chce dążyć lider Nowej Prawicy. Gdyby się dobrze zastanwoić to należy mu przyznać rację, jeśli jego protest jest zasadny to jedynym wyjściem jest powtórzenie wyborów.
Przed wyborami nawet reżimowe media poświęcały temu zagadnieniu sporo uwagi, po wyborach w telewizji czy prasie nie widziałem na ten temat żadnej wzmianki. Czyżby wszyscy chcieli w związku z pomyślnymi dla PO wybikami zapomniec o sprawie? Czy tak samo byłoby gdyby wyobry wygrał PiS? Czy odrzucenie połowy list Nowej Prawicy miało być asem w rękawie przy ewentualnym niepomyślnym wyniku?
Jdno jest pewne, albo ta sprawa była od poczaktu traktowana instrumentalnie i przy tym wyniku nikt się nią nie zajmie, albo tworzy się nastrój powszechnej akceptacji tego stanu rzeczy w którym jedna partia została pozbawiona możliwości udziału w wyborach tak by zwycięstwo PO nie stało sie zagrozone i śedziowie w tej sytuacji uznali wybory za ważne. Ta nagła powyborcza cisza w tej sprawie jest zadziwiająca.
Odsłon: 180 Komentarzy: 1
Thursday,10 February 2011,23:33
Kategoria: Polityka Thursday, 10 February 2011, 23:33
Zatroskany losem "tego kraju" jak sam zwykł mawiac o Polsce Jakub Wojewódzki apeluje na łamach Wprost rządzonego przez guru "obiektywnego" dziennikarstwa w Polsce Tomasza Lisa apeluje o walkę z powrotem IV RP. Oczywiście zgodnie z jedyną słuszna wersją dziejów to był okres mściwości, podsłuchów i bezpodstawnych represji. No oczywiście daleko jej do standardów obencie jaśnie oświeconego Imperium Donaldum w którym z afery hazradowej robi się okazję do odwołania szefa CBA i wykpienia instytucji komisji śledczej bo trudno inaczej odebrać działalności komisji, której przewodził poseł Sekuła z PO.
W swoich przemyśleniach Wojewódzki, który swój patriotyzm wyraził m.in. wsadzeniem polskiej flagi w psią kupę, nazywa dziwkarskim podejściem do polityków to, że Polacy wymagają od nich realizacji obietnic. Jeśli dobrze rozumiem tego oświeconego dziennikarza swoją drogą zatrudnionego przez rząd do prowadzenia imprezy inaugurującej polską prezydencję w UE, Wojewódzki wymaga stałości w wybieraniu polityków by nie było to dziwkarstwo. Czyli nawet zadłuzenie kraju na 300 mld i niezrealizowanie obietnic przedwyborczych nie powinno odciągać od głosowania na PO, przecież to, ze komuś rząd Tuska przestał sie podobać nie powinno zmieniać sytuacji, że trzeba być konsekwentnym.
Wojewódzki niepokoi się też obojętnością. Moze mi się zdaje ale to środowisko tego tyou ludzi lubi gdy Polacy są obojętni na kraj i jego sytuację a zamiast tego psajonują się "Tańcem z Gwiazdami", "X czumś tam" itp. pierodłami.
Wojewódzki włączył się zatem w jawnie stronniczą nagonkę salonu, nie wiem czy redakktorzyna z TVNu popiera teraz Tuska, Palikota czy jeszcze coś innego i mało mnie to obchodzi, wiem kogo próbuje zniszczyć albo chociaż zaszkodzić i nie kieruje się on tutaj z pewnoscia troską o narodowe interesy Polaków. W końcu w społeczeństwie myslącym kategoriami promowanymi przez rządzącą opcję to Wojewódkzi jest geniuszem i autorytetem, w postrzeganiu ludzi utożsamiających się z polskim dziedzictwem, wyższymi wartościami i szczerym patriotyzmem ktoś taki jest osobą, której szczegółowej charakterystyki i oceny nie zacytuję bo każdy sie domyśle. Wszak w IV RP taki ktoś raczej wizytówką polski z pieniądze podatników by nie został, a ludzie myślący niezależnie raczej nie byliby widzami jego głupkowatego show.
Czego sie jednak spodziewać po kimś takim jak Wojewódzki i Lis. Jeden zachowuje się jak idiota a drugi nazywa swoich widzów baranami.

Odsłon: 114 Komentarzy: 0
Monday,26 September 2011,13:20
Kategoria: Polityka Monday, 26 September 2011, 13:20
Dokładnie za dwa tygodnie będziemy mieli pierwszy dzień po długo wyczekiwanych wyborach. To kto te wybory wygra, jaką przewagą je wygra i kto będzie na dalszych pozycjach będzie miało kluczowe znaczenie dla losów Polski nie tylko przez najbliższe cztery lata ale może być istotne dla dziejów narodu polskiego w stopniu z którego dziś nie zdajemy sobie jeszcze sprawy.
Jest to nie tylko kwestia katastrofy smoleńskiej, której wyjaśnienie w sposób rzetelny będzie możliwe tylko wtedy gdy zmieni się ekipa rządząca. Jeśli nawet nie z powodu nieudolności obecnego rządu to z przyczyny takiej, że rząd PO jest w tym momencie najzwyczajniej w świecie sędzią we własnej sprawie. Uczciwość tego rządu na szwank wystawia także afera hazardowa zamieciona pod dywan przez komisję kierowaną przez Mirosława Sekułę, trzeba przyznać, że ta ekipa nawet porządnie posprzątać nie umiała bo pan poseł Sekuła prowadził prace komisji w tak kompromitujący sposób i zaliczył tyle wpadek, że nie wiadomo czy lepiej się śmiać czy płakać.
Pomijam w tym miejscu serię zagadkowych śmierci i samobójstw, czy spraw zaszłych kładących się cieniem na cały okres III RP, tej samej której dokonań tak bardzo broni PO.Partia tak widocznie związana z obozem architekta III RP czyli Adama Michnika, odznaczonego w zeszłym roku Orderem Orła Białego przez prezydenta Komorowskiego wyniesionego do prezydentury przez PO.
Kolejna sprawa to fakt, że Tusk nie umie rozmawiać o realnej sytuacji o czym mówi prezes PiSu, Tusk przez wyborami w 2007 mówił o cudzie, przyszedł kryzys i z cudu nic nie wyszło, co nie powinno mieć znaczenia dla wyborców bo przecież cuda są nadprzyrodzone zatem żaden kryzys nie powinien im zaszkodzić. Teraz Tusk obiecuje 300 mld z nowego budżetu UE, nie mówi chętnie o zadłużeniu, szalejącej drożyźnie a ni ciągłym upadku znaczenia Polski na arenie międzynarodowej wbrew powszechnej opinii o jakimś wzroście znaczenia Polski. To, że Angela Merkel chwali Tuska to nie jest żadne osiągnięcie ale to na tej podstawie media tezę o sukcesach dyplomatycznych głoszą. Największym sukcesem polityki Tuska wobec Niemiec i polsko-niemieckiej "przyjaźni" z pewnością jest gazociąg północny, zablokowanie nim portu w Świnoujściu dla największych statków i słowa kanclerz Niemiec, że jak będzie trzeba to Niemcy rurę zakopią. Faktycznie, gratulacje.
Rzecz następna to idiotyczna wojna z kibicami w której Tusk doprowadził już do stanu w którym niewygodny dla rządu lider kibiców Legii został aresztowany akurat na czas kampanii i wyborów. Uniemożliwianie realizowania opraw, interwencje policji na gnieździe z którego prowadzony jest doping czy mandaty za antyrządowe hasła i demonstracje. Tusk do dziś nie zrobił nic dla poprawy sytuacji w polskiej piłce czy bezpieczeństwa, stworzył jedynie upokarzający system represji i propagandę strachu.
PO miała znieść państwo policyjne, które rzekomo wprowadził PiS, cztery lata kontroli wobec poprzedników wykazały, ze PiS nacisków na służby nie wywierał, za to za rządów PO ABW zamknęła stronę krytykującą platformerskiego prezydenta, na autora strony wysłano oddział, który o 6 rano wparował do mieszkania i przeprowadził rewizję. To za tej ekipy cenzuruje się wiadomości w TVP i reklamy.
Ostatnia rzecz to kwestie kompromitujących ostatnio wymiar sprawiedliwości wyroków w sprawie obrażania uczuć religijnych. W zasadzie bezkarnie można drwić z religii, robić krzyż z puszek po piwie i biegać z nim w centrum stolicy a nawet drzeć Biblię. W modzie jest też powiedzieć, że chętnie Pismo Święte bo sobie podarło. Coraz większa medialna propaganda podkopująca polską tradycję i polski patriotyzm, coraz większe ogłupianie społeczeństwa. To wszystko w imię postępu i bez większej reakcji. Największym zagrożeniem zdaniem elitki są oczywiście narodowcy i Marsz Niepodległości, kampania nienawiści rozsiewana przez pseudoautorytety moralne znalazła swe ujście w zeszłym roku gdy 11 listopada lewackie bojówki szczute przez GW itp. uzbrojone w zakupione przez koncern Michnika gwizdki zaatakowały patriotyczne zgromadzenie w imię rzekomej walki z faszyzmem. Podobno scenariusz rysuje się i na ten rok.
Oceniając realnie sytuację trzeba przyznać, że należy to staczanie się naszego kraju powstrzymać. Nie da się tego zrobić inaczej niż poprzez głośne NIE dla obecnego stanu rzeczy w wyborach 9 października. A jedyną siłą, która w tym momencie może to zatrzymać jest PiS, dlatego na tę partię polscy patrioci powinni oddać głos. Opowiadanie o bojkotowaniu wyborów, brzydzeniu się takim ustrojem nic nie da. ponieważ te siły realnie Polską rządzą, rzeczywistość jest przez nie kształtowana, a Polska może na tym tracić lub zyskać. nawet jeśli ktoś nie jest zwolennikiem PiSu nie powinien zostać w domu. Nie warto tez głosować na postkomunę z SLD czy bezideowców z PSL. Mniejsze partie to głos stracony.
Nawet jeśli Kaczyński nie spełni wszystkiego co obiecuje to sytuacja Polski i tak będzie lepsza niż obecna. Ignorowanie rzeczywistości nic nie zmienia i nie ma sensu. Teraźniejszość wpływa na przyszłość, a żebyśmy przyszłość mieli, żeby choć uchylić zasłony, które lewicowo-liberalna propaganda nam nakłada na oczy trzeba obecny rząd zmienić i postawić na siłę skonfliktowaną z obecnym stanem rzeczy i doprowadzić do tego by ta siła miała realne szanse wygrać albo choćby przybliżyć zwycięstwo nad obecnym stanem i porządkami. PiS jest oparty o to co jest w naszej tradycji o wartości cywilizacji chrześcijańskiej. Nawet jeśli nie zawsze jest w tym konsekwentny, nawet jeśli chcemy być twardsi to w tym momencie realnej alternatywy nie ma, ostatnio deklaracje PiSu poszły w dużo lepszym kierunku to będzie ich szansa, którą powinniśmy im dać. Nie wolno jednak zaprzestawać pracy na tworzeniem lepszych dni, mam tu zwłaszcza na myśli ruch narodowy odradzający się w Polsce. Ja też nie na wszystkie sprawy patrzę tak jak Kaczyński ale on w wielu kwestiach ma rację albo jest bliższy moim poglądom niż obecna zgraja.
Polska nic nie zyska na bojkocie wyborów, odsuńmy Tuka od władzy.
Odsłon: 329 Komentarzy: 1
Friday,29 July 2011,19:31
Kategoria: Polityka Friday, 29 July 2011, 19:31
Kilka miesięcy temu w sejmie miało miejsce głosowanie nad odwolaniem Bogdana Klicha z funkcji szefa MON. Wówczas rzad odpierał argumenty, dziś pan premier oznajmił nam, że Klich ministrem obrony już nie jest. Jednocześnie Pan Klich będzie z list PO kandydował do senatu. Tusk był zadowolony z jego pracy, Klich nie miał sobie nic do zarzucenia. Na konferencji były minister mówił o zżyciu z wojskiem, o dobrych żołnierzach etc.
Skoro minister taki świetny to czemu go dowołali (nie żebym nie była za jego odwolaniem, bo uważam, że to była tragedia dla polskiego wojska), niby dlatego, ze mógł być obciążeniem, takim to był przez cały okres swojego urzedowania, ale mam wrażenie, że PO chce wytworzyć atmosferę w której pozbyli się nacisków do odwolania Klicha a jednocześnie ocalili go przed politycznym regresem, a to obciążenie można odebrac tak, że jego dalsza obecność w MON mogłaby wręcz przedobrzyć sytuację w polskiej armii.
Odsłon: 157 Komentarzy: 0
Wednesday,27 July 2011,13:40
Kategoria: Polityka Wednesday, 27 July 2011, 13:40
Od kilku dni mamy sytuację w której w pierwszych szeregach medialnych informacji jest norweska tragedia z ostatniego piątku i sytuacja po niej. Tradycyjnie już dramat z Norwegii jest wykorzystywany przez rozmaite środowiska walczące z tzw. "prawicowym ekstremizmem". SLD i lewicowa młodzieżówka pokusiły się wręcz o żądanie zaostrzenia walki z "ekstremistami". Pojawia się głos, że nauczanie ks. Natanka, oczywiście błędne i z tego powodu ks. Natanek został ukarany suspensą, to już krok od powtórki z Norwegii.
Cała sprawa jest szyta bardzo grubymi nićmi, bo sprawca zamachów nie jest ani nacjonalistą przynajmniej w rozumieniu takim w jakim działają narodowcy w Polsce przeciwko, którym od lat swoją propagandę kierują lewica i liberałowie choćby spod znaku GazWybu. Jak na razie to wiemy, że norweski terrorysta Breivik był członkiem masonerii przeciwko której ruchy narodowe i prawicowe na całym świecie występują, jest zwolennikiem tzw. praw homoseksualistów przeciwko którym też wymienione wyżej środowiska występują, jest też wielkim miłośnikiem Izraela tak krytykowanego przez wiele osób na całym świecie w tym nacjonalistów. Gdzie zatem te prawicowe i nacjonalistyczne poglądy Breivika? Czy człowiek zafascynowany masońskimi mitami, okultystyczną symboliką i występujący w masońskich fartuszkach może być porównywany z prawicowcami, narodowcami, konserwatystami itd.?
Jeśli być szczerym to raczej te środowiska, które najwięcej krzyczą o tolerancji, faszystowskim zagrożeniu etc. maja z nim więcej wspólnego. To przecież oni tropią antysemityzm nawet w najbardziej komicznych sytuacjach. To przecież ta lewicowo-liberalna ideologia promuje homoseksualizm i doprowadziła do sytuacji w której ten morderca może wyjść z więzienia po 21 latach. Co ciekawe nikt w związku z tym faktem nie wzywa do zaostrzenia stosunku do masonerii, syjonistów czy środowiska walczących o "prawa gejowskie". To również te środowiska nie potrafią zaakceptować tego, że ich polityka multi-kulti ponosi porażkę i jest przyczyną problemów społecznych i ekonomicznych.
Kiedy w grudniu 2000 roku w Szwecji przez gang imigrantów został zamordowany 17 letni Daniel Wretström pod pretekstem tego, że był nietolerancyjnym rasistą a w praktyce miał prawicowe poglądy i był przeciwnikiem wielokulturowści w Szwecji sprawcy otrzymali żenująco niskie kary. Warto dodać, że sama zbrodnia była poprzedzona wielotygodniową nagonką na wszystkie ruchy odstające na prawo od wiodącego prym lewicowo-liberalnego nurtu. Co ważne w tym samym dniu premier Szwecji w jednym z wywiadów powiedział o nacjonalistach "zmiażdżymy ich". Główny sprawca mordu nie odpowiedział za swoje czyny gdyż stwierdzono, że działał pod wpływem szaleństwa, jego pomocnicy otrzymali kary od 48 godzin prac społecznych do ok. 700 zł grzywny a jeden z nich rok więzienia w zawieszeniu. Wówczas nikt nie wzywał do zmiany panującej w Europie polityki, nikt nie wzywał do refleksji na fanatyczną liberalizacją prawno-obyczajową. Dziś wszyscy strzelają do środowiska nie mającego nic wspólnego z norweskim terrorystą, środowiska atakowanego przez wiele lat, spadkobierców wykreślanego z kart historii obozu narodowego.
Kolejny główny problem wg liberałów to oczywiście dostępność broni, nie wzywam tutaj do tego, by broń można było kupić tak jak pudełko zapałek ale był minister sprawiedliwości w rządzie PO, Andrzej Czuma zauważył, że gdyby ktoś na wyspie na której Breivik dokonał masakry miał broń ocalił by kilkadziesiąt osób.
Ale mamy kolejny dowód, że obóz lewicowy i liberalny niczego się nie nauczy, wyznaje on bowiem zasadę, że z porażki można zrobić zwycięstwo, tak jak nie dostrzega czy nie chce dostrzec swoich porażek w polityce integracji europejskiej tak nie chce dostrzec ich również w polityce zapraszania tutaj kolejnych imigrantów, co jakiś czas wywołujących zamieszki i problemy, najlepszym przykładem jest tutaj Francja gdzie co jakiś czas dochodzi do kilkudniowych walk ulicznych wywoływanych przez imigrantów, kolejny przykład to zamachy terrorystyczne choćby w Madrycie i Londynie. Wtedy nikt nie mówi o krokach zaostrzających.
Jestem ciekaw jak w tym roku będzie wyglądała kampania GazWybu w okolicach 11 listopada, w zeszłym roku udało im się doprowadzić do zagrożenia dla wielu ludzi i ogólnie żenującego spektaklu w Warszawie, którego przyczyną była walka z niezlokalizowanym faszyzmem. Podejrzewam, że tragedia Norwegii będzie tu wielokrotnie wykorzystywana mimo, że całkowicie bezpodstawnie.
Odsłon: 339 Komentarzy: 1
1
2
3
4
5
6
7
8
9
... 12
dalej »