Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Harry Potter, round 1

Kategoria: Kultura Monday, 21 June 2010, 14:29

Jeszcze kilka lat temu niewiele tematów dotyczących szeroko rozmumianej kultury popularnej było w stanie rozpalić aż tak namiętne i ostre dyskusje. Trudno się dziwić, gdyś status książek o Harrym Potterze dopraszał się wręcz a najróżniejsze analizy, dyskusje i wątpliwości. Część z nich miała charakter literacki, część ogólnokulturowy, część wreszcie dotyczyła etycznych, religijnych czy wręćz okultystycznych aspektów cyklu pani Rowling. Większość z Was pamięta zapewne te dyskusje, możliwe, że mieliście swoje sprecyzowane zdanie na ten temat, możliwe też, że nigdy specjalnie Was nie dotykał i nie dotyczył, zastanówcie się jednak jakie konkluzje zostały Wam w głowie. Czy spór o Harry'ego i samą panią J.K. Rowling dotarł w końcu do jakichś satysfakcjonujących rozwiązań? W lipcu miną trzy lata od dnia ukazania się ostatniego tomu sagi. W "Harry Potter and the Deathly Hallows" autorka wyłożyła karty na stół. Czy, jeśli nie czytaliście książek, dano Wam szansę dowiedzieć się jakie to karty? Jeśli poprzestaliście na lekturze p. Kuby, p. Tekielego czy o. Posackiego zapewne nie macie wątpliwości, że to satanistyczne, ezoteryczne karty tarota. Czy aby na pewno?

Poświęciłem tym książeczkom spory kawałek swojego życia. Czytałem, czekałem na kolejne tomy, trzymałem kciuki za Harry'ego i konfrontowałem się z krytykami tych książek. Jedna rzecz napełniała mnie najpierw zdziwieniem, a potem smutkiem i głęboką konfuzją. Manipulacja. Zwykle szukam jej w kręgach GW i tym większe było moje niedowierzanie, gdy zobaczyłem, że ludzie, którym chciałbym wierzyć stosują manipluację i to często dość bezczelną. Stykając się z samym choćby streszczeniem fabuły suflowanym przez p. Kuby czy p. Tekielego zastanawiałem się czy czytaliśmy tą samą książkę. Potem zastanawiałem się już raczej, czy targetem tych jeremiad nie są po prostu ludzie, którzy przygód 'małego czarodzieja' nigdy nie przeczytali, a skłonni są zawsze do bezwarunkowej wiary w świadectwa ludzi zbliżonych do Kościoła (frondowe niewiasty są tu dobrym przykładem). Nie wiem, nie chcę broń Boże zarzucać nikomu złych intencji, pani Rowling i jej książki domagają się jednak sprawiedliwości. W Polsce kilku blogerów podejmowało ten trud na bieżąco, nie mam jednak wątpliwości, że po 'katolickiej stronie barykady' czarny PR tej serii książek jest już uważany za oczywistość i obiektywną prawdę.

Nie mam już dziś wątpliwości, że "Harry Potter" stanie się klasyką. Teraz jest oczywiście ciszej. Dzieciaki mają swój "Zmierzch" (o którym opinię mam kiepską, ale pobieżną, więc nie zamierzam jej prezentować by nie postępować jak 90% krytyków Rowling kilka lat temu), a potteromania wygasa. Jestem mimo to pewien, że wygaśnięcie powierzchownego aspektu 'zajawki' na Harry'ego Pottera pozwoli mu stopniowo osiągnąć status kolejnych "Opowieści z Narnii" C.S.S. Lewisa (którego J.K. Rowling jest wielką fanką). Ba, mam tu na myśli nie tylko status cenionej klasyki literatury młodzieżowej – mam raczej na myśli status klasyki chrześcijańskiej literatury młodzieżowej.

Tym cliff-hangerem kończę pierwszy wpis na ten temat. Na ile znam siebie wiem, że będą one raczej nieregularne, postaram się jednak dać z siebie wszystko i dokończyć co zaczynam. Na początek będę się chciał zająć samą fabułą i jej zmanipulowanym obrazem prezentowanym przez krytyków. Zachęcam, niejako w formie wstępu, do przemyślenia sobie jednej kwestii. Czy gdyby jakiś krytyk, wykazujący szkodliwość Sienkiewicza dla młodych umysłów streścił fabułę "Potopu" w sposób jaki zaprezentuję poniżej bylibyście oburzeni?

<<"Potop", prosta awanturnicza powiastka dla młodzieży, nie jest niestety tak niewinna jak sądzi wielu jej entuzjastów. Już sam protagonista, Andrzej Kmicic jest postacią conajmniej dwuznaczną moralnie. Mimo efektownego nawrócenia nie sposób nie zauważyć, że jest ono zupełnie płytkie, powierzchowne i zakrawa raczej na kpinę. Jego głównym motorem jest przecież rządza, co upodabnia go całkowicie do Bogusława Radziwiłła – różnice między tymi postaciami są raczej kosmetyczne. Nie sposób też nie zauważyć demonicznego, złowrogiego kontekstu w jakim przedstawiony jest w powieści krucyfiks i absolutnego sparodiowania i wyszydzenia polskiej tradycji patriotycznej poprzez przerysowaną i żenującą postać Onufrego Zagłoby, tchórza, alkoholika i warchoła.>>

Czy napisałem powyżej coś wprost nieprawdziwego? Nie. A jednak cały powyższy ustęp to całościowo dość szukające kłasmtwa na temat "Potopu". Przyjrzymy się tej metodzie bliżej.

Odsłon: 937 Komentarzy: 5


Adwent, Święta i Postmodernizm

Kategoria: Ogólne Sunday, 29 November 2009, 14:14

Zaczął się Adwent i jestem bardzo po ludzku zadowolony. Bo abstrahując od dyskusji religijnych ja uwielbiam Adwent tak po ludzku i obawiam się, że może błądzę, bo nie wiem czy Adwent jest akurat do uwielbiania. Trudno. Kocham mgły, długie wieczory, spacery po mieście, które niejako 'wygłusza' wszystko dookoła. No i lubię pełne centra handlowe z choinkami.

O ile te choinki jeszcze w listopadzie mnie wkurzają to od początku Adwentu jakoś przestają wkurzać i wywołują uśmiech. Ja wiem, za wcześnie, ale one są jak zapowiedź. Lubię ten komercyjny szał, chociaż w nim nie uczestniczę, bo on jednak przypomina mi, że ludzie pamiętają. Chcą przeżyć Święta bogato i smacznie – wierzę, że to też dla wielu może być droga do Boga. Zabierzmy ludziom otoczkę Świąt, a zabierzemy im szansę dotarcia do ich sedna. Dopóki ateiści wolą je obchodzić ze względu na radość dzieci dopóty żyjemy w ciągle jeszcze normalnym Świecie, więc smacznego kochani!

Jest jeszcze jedna rzecz. Wychowałem się wewnętrznie gdzieś na styku tradycji polskiej i amerykańskiej. Nie żeby tata z USA czy coś, w życiu tam nie byłem. Chodzi o filmy, obrazy i przede wszystkim piosenki. Te przeciwstawiane sobie tradycje zlewają mi się w głowie we wzruszający kolaż wspomnień, skojarzeń i tęsknot. Nie mam nic do Santa Clausa, chociaż mnie przynosił prezenty Swięty Mikołaj i Święty Mikołaj przyniesie je moim dzieciom. Santa Claus rozładuje mu sanie i poda paczki, ha! Ze ściśniętym gardłem oglądam niemal każdą ekranizację "Opowieści Wigilijnej" i ze ściśniętym gardłem śpiewam polskie kolędy o Jezusku w polskie stajni. A Adwent powoli przypomina i roztacza obietnicę wszystkich tych wyobrażeń i wspomnień. Nie słucham ani nie śpiewam kolęd w Adwencie, ale nie ukrywam, że bez poczucia winy sięgam po wszystkie te stare, cudowne bożonarodzeniowe piosenki zza oceanu. Mogą sobie być świeckie do szpiku kości, ale nie tracą ducha nawet na moment. Zawsze przypominają o miłości, więc i o miłości Boga. I zmiękczają serce, które pozwala kochać tych zabieganych ludzi w galeriach i życzyć im Wesołych Świąt. Nie żadnych zdrowych czy spokojnych, ani nawet rodzinnych – pieprzona nowomowa. Święta mają być wesołe, bo jest powód by się weselić. Mogę nawet zrobić Ho Ho Ho, wiem, że Pan Jezus w żłóbeczku pewnie by się uśmiechnął widząc Santa Clausa.

Odsłon: 431 Komentarzy: 11


Hal 9000

Kategoria: Ogólne Saturday, 25 July 2009, 01:23

Rzepa na pierwszej stronie podaje newsa z dziedziny 'nauka', więc patrzę co to za epokowe odkrycie i czarno na białym widzę, że zbudowano komputer, który ma symulować pracę ludzkiego mózgu. Jego 1000 procesorów ma w jakiś sposób odpowiadać 100 mld neuronów w ludzkim mózgu i nieco mnie konfudują te proporcje, ale twórcy komputera są jak widać dobrej myśli, skoro zapowiadają, że za 10 lat stworzą sztuczny mózg. Nie lubię neurobiologii, bo wprowadza czystą kazualność do mojego umysłu, a ja sobie nie życzę. Wygoniono wróżki z ogrodów – zniosłem. Chcą pogonić Pana Boga z nieba – da sobie radę. Ale wywlekania ze mnie duszy za pomocą połączeń neuronalnych znosić nie zamierzam. Jeśli to wszystko prawda, to ta prawda nie wyzwala. Chcę mieć duszę, wolną wolę i nie życzę sobie komputera piszącego lepsze piosenki od moich. Do tego zamierzam żyć po śmierci. Mimo to takie newsy wybijają mnie z dobrego samopoczucia. Oto już ponoć wiadomo, że złe wspomnienia to jakaś tam reakcja chemiczna. Widzę to inaczej, ale co ja biedny mogę widzieć, skoro nie mam tomografu. Niech im ktoś obetnie granty, albo zastrzeli kilku czołowych naukowców. Byłoby super, gdyby postęp naukowy w tej dziedzinie się zatrzymał. Może i nie byłoby planów lekarstwa na Alzheimera, ale ja poczułbym się fajniej.

Odsłon: 373 Komentarzy: 6


Wątpliwości na temat wolności

Kategoria: Kościół Tuesday, 30 June 2009, 17:30

Dyskutując z tradycjonalistami na temat spraw ostatecznych często spotykam się z 'argumentem z wolności'. Jeśli człowiek ma wolną wolę, to musi mieć możliwość odrzucenia Boga. To rozsądny argument. Ale przecież przedsoborowe nauczanie społeczne Kościoła kładło silny (stopniowo coraz słabszy wszak) nacisk na krytykę idei wolności religijnej, która opisywana była jako nieistniejąca realnie pseudoprerogatywa do błądzenia. Państwo świeckie miało zaś w myśl tej nauki dbać o zbawienie swoich obywateli wspólnie z Kościołem i z tego powodu nie popadać w indeferntyzm religijny. Społeczne panowanie Chrystusa miało mieć zatem środki bezpośredniego przymusu. Czy w tej sytuacji można mówić o wolnej woli i możlliwości odrzucenia Boga? Jeśli Kościół działa z pomocą państwa a prawo ciągnie za uszy do Nieba to czy przypadkiem złych wyborów ludzi nie powinniśmy wtedy przerzucać na państwo właśnie? Czy jeśli ktoś mimo wszystko przystał do jakiejś sekty to na Sądzie Ostatecznym nie powinien zostać całkowicie rozgrzeszony, bo od jej zbrodniczego działania nie zdołała go ocalić Inkwizycja i Departament Do Spraw Społecznego Panowania Chrystusa? Nie chcę szydzić i ironizować, po prostu wydaje mi się, że albo albo. Moje życie, moja dusza, moja wolność, mój sąd. Chrystus z łatwością mógł sięgnąć po społeczne panowanie w Izraealu. Był do tego zachęcany. Mógł nawrócić cały naród: część nauką, część cudami, część metodami administracyjnymi, najoporniejszą część wreszcie – krucjatami. Nie zrobił tego. Jeśli na drodze mojej wolności stoi państwo zabraniające mi zmiany religii to jaką zasługę będę miał w tym, że w niej wytrwałem? Da mi może zaszczyty i stołek ministra i zdaję się, że moja nagroda będzie już odebrana. Jeśli innowiercy nie będą mogli publicznie odprawiać nabożeństw (bo im zabronimy) to jak udowodnimy, że prawda którą głosimy nie potrzebuje urzędnika i policjanta by zwyciężyć?

Odsłon: 583 Komentarzy: 3


Dwie niezwiązane ze sobą sprawy

Kategoria: Ogólne Sunday, 28 June 2009, 14:07

Umarł Michael Jackson. Na Frondzie jakoś nikomu nie wypada tego zauważyć, więc muszę to zrobić osobiście. Ten facet musiał umrzeć, żebyśmy mogli przedrzeć się przez warstwę całego tego absurdu jaki w okół niego narósł. Jeszcze tydzień Michael Jackson był swoim odpadającym nosem. Był wybielonym Murzynem. Był jakimś quasi-pedofilem i piotrusiem panem podniesionym do upiornego sześcianu. Dziś widzę tylko dwie sprawy. Po pierwsze był geniuszem. Wyniósł (oczywiście nie sam, mówię teraz raczej o marce Michael Jackson) pop na komercyjne wyżyny nie tracąc z oczu sztuki. Jego pierwsza płyta "Off The Wall" jest przykładem braku chybionych strzałów. Doskonałość. Funkowy feeling, porażający songwriting, zapierające dech w piersiach aranże no i ten głos, mówcie co chcecie. Potem nie było gorzej. Każdy przebój był nie tylko przebojem – był świetnym utworem. Jeśli Michael Jackon był królem popu, to jak mamy nazwać Madonnę? Królową? Z jednym dobrym przebojem, ludzie, wolne żarty! Nie istnieje żadna rozsądna skala porównania tych zjawisk. Królowa jest naga (Boże uchowaj!), król jeszcze bardziej urósł. Po drugie – to był chory człowiek. Zwyczajnie chory psychicznie i godny chrześcijańskiego współczucia. Widać to zupełnie wyraźnie. Pomódlmy się za tego biednego człowieka. Dał tylu ludziom na świecie radość by samemu przeżyć tak naprawdę smutne i niedługie życie. To rozdzierająco smutne. Acha, no i nigdy nie miałem żadnych wątpliwości, że nic tym dzieciom nie robił. Ot, zdziecinniały chory człowiek otaczał się dziećmi, bo czuł się małym dzieckim. Niech się lepiej zajmą Cohn-Benditem.

***

Magia. Czary. Czarownice. Fantastyka. Harry Potter. Tolkien. Lewis. Mit. Baśń. Jestem pogubiony. Kocham historie o magii, wychowałem się na fantasy i napieprzam w rpg od lat. Nigdy nie przeprowadziłem rytuału magicznego. Nigdy nie przywoływałem duchów. Nie miałem w ręce wahadełka ani różdżki. Nie byłem u wróżki. Nie uwierzyłem w horoskop. Nie postawiłem tarota. Nie trenowałem kung-fu. Nie wychodziłem z ciała. Ale chłonę 'opowieści niesamowite', przyznaję. Zawsze myślałem (i nadal myślę), że można to zdrowo oddzielać, że to się samo oddziela w głowie przeciętnego fana fantastyki. A jednak p. Tekieli i egzorcyści się radykalizują. Już Gwiezdne Wojny są wstępem do opętania. Harry Potter to nie wstęp – to szatański spisek de facto. Karate zabija dusze. Tolkien mam wrażenie nie dostaje tylko za swój otwarcie głoszony katolicyzm. Tylko to go chroni przez staniem się częścią 'toksycznej duchowości'. Przyznam, że się zgubiłem. Albo ja jestem na progu okultyzmu albo ktoś jest nadwrażliwy. Co z braćmy Grimm? Co z wróżką u Andersena? Ja pytam poważnie. Czy magia na prawdę równa się magia czy tylko mamy za mało słów? Czy czarodziej z powieści fantasy to inna nazwa maga czy tylko pomyliły nam się słowa? Gdzieś się pogubiliśmy i bojownicy na froncie walki z New Age niedługo amputują nam w ferworze ogromny bagaż kulturowy naszej cywilizacji. Mamy się zgodzić? Może musimy? Nie wiem, oby nie. Smutno mi będzie bez Merlina, Gandalfa. Nawet bez Dumbledore'a.

Odsłon: 1120 Komentarzy: 33


20 najlepszych napierdalatorów lat 90tych

Kategoria: Rozrywka Saturday, 06 June 2009, 19:56

Zacznę może od przeprosin za brzydkie słowo, ale naprawdę tego słowa nie da się zastąpić. To nie będzie lista najlepszych piosenek lat 90tych, chociaż pewnie sporo piosenek mogłoby się pokryć… Napierdalator to taka piosenka, która dostarcza energii. Nie musi koniecznie być superszybka i supergłośna, ale oczywiście często bywa. Nie ważne czy niesie ze sobą nieskrępowaną euforię, straceńczą abnegację czy wściekłą agresję – ważne, że niesie dużo, bardzo i w skondensowanej formie. Smutek może być ewentualnym produktem ubocznym, ale on nas dzisiaj nie interesuje. Przeczytajcie, posłuchajcie i będzie wiedzieć czy nam po drodze. Jak uznacie więcej niż połowę tej listy za nudny shit to chyba nie ma sensu, żebyście szukali na moim blogu muzyki, która was zainteresuje…

 

20. Prodigy – Breathe (http://www.youtube.com/watch?v=6_PAHbqq-o4)

No tak, po pierwsze odradzam oglądanie teledysku, bo jest brzydki, wieśniacki i odechciewa się kolacji. Nigdy nie byłem ich fanem. Żenujący image, tanie prowokacje i muzyka, która dość często zwyczajnie nuży. Ale nie tym razem, ten numer wymiata. Sam początkowy motyw jest już klasą samą dla siebie. Do tego melodyjny inaczej, ale zapadający w pamięć refren i bit, który nie pozwala usiedzieć na dupie spokojnie. Klasyk. Ale ledwo łapie się do dwudziestki…

 

19. Metallica – Enter Sandman  (http://www.youtube.com/watch?v=3eJZBnzc3Q8)

Przereklamowany zespół ze swoją szokująco przereklamowaną płytą, która nie umywa się nawet do "Kill'em All" czy choćby "Master Of Puppets". Nie lubię metalu, powiedzmy to sobie otwarcie. Już sam sposób śpiewania Hetfielda przyprawia mnie o wymioty. Zazwyczaj. Mimo to czarny album miał moment wielkości. W morzu tych czerstwych ballad mamy może i równie czerstwy, ale wybitnie 'zażerający' riff. I to musi nam wystarczyć i o dziwo wystarcza. Strefa spadkowa, ale oddajmy sprawiedliwość.

 

18. Modest Mouse – Head South (http://www.youtube.com/watch?v=eFNP3pfpj84)

Ok, witajcie w mojej bajce. Jeden z najgenialniejszych zespołów o jakich prawdopodobnie nie słyszeliście. Brud, pasja, autentyzm, niebotyczny poziom songwritingu, wspaniały wokal, amerykańskie zadupia i stary pick-up. Już na pierwszej płycie weszli do klasyki indie rocka i do dziś, mimo lekkiego spadku formy nie przynoszą sobie wstydu. Jeszcze się nie żegnamy.

 

17. Pearl Jam – Even Flow (http://www.youtube.com/watch?v=a1bxH4O0g4Q)

Chyba każdy zna ten klip. THIS IS A ROCK CONCERT!!!!! Umówmy się, to się zestarzało. Do tego rozkochany w aborcji Vedder i smutna konstatacja, że w cieniu tej nie-tak-wcale-wybitnej-kapeli tworzyło tyle lepszych, znacznie lepszych bandów (patrz wyżej) – wszystko prawda, ale THIS IS A FUCKIN' ROCK CONCERT!!!

 

16. Smashing Pumkins – Cherub Rock (http://www.youtube.com/watch?v=jfIVHP0EHh8)

Można nie lubić jego głosu, ale mimo to to jedna z tych piosenek, które sprawiają, że ma się ochotę natychmiast zrobić coś istotnego, że tak powiem. Intro przyspiesza akcje serca, a potem już ekstaza.

 

15. Rage Against The Machine – Know Your Enemy (http://www.youtube.com/watch?v=4smim2MNvF8)

Dysonans poznawczy wszchczasów dla wszystkich, którzy nienawidzą komuny i kochają rocka, przyznajcie. Ta płyta była jak petarda. I nie, nie mówice mi teraz o Honorze i Konkwiście. W dziedzinie muzyki, która sprawia, że chcecie ROZPIERDOLIĆ WSZYSTKO komuszki wygrywają jeden zero. Wiem, że o tym wiecie.

 

14. Fugazi – Facet Squared (http://www.youtube.com/watch?v=SoEkMD-1dCk)

Jeśli jesteś hardkorem znasz ten zespół, znasz ten numer i nie trzeba Ci nic wyjaśniać. Jeśli nie jesteś hardcorem może zrozumiesz, ale nie mogę Ci obiecać. Tak czy inaczej metal jest dla ciot, twardziele słuchają Fugazi.

 

13. Sonic Youth – Dirty Boots (http://www.youtube.com/watch?v=PdP6UuNNHqA&feature=related)

Niby nie ma tu jakiegoś wyrywającego ręce czadu, ale Sonic Youth byli i są mistrzam podskórnego napięcia. Ciężko wysiedzieć spokojnie. No i są Sonic Youth. Legendą, która ciągle nagrywa świetne płyty. O kim można jeszcze powiedzieć to samo?

 

12. Sebadoh – Gimme Indie Rock (http://www.youtube.com/watch?v=qzaa7EUvbIE)

Może słyszeliście o indie rocku? Chudzi chłopcy w koszulkach w paski z grzywkami i zespoły z Wielkiej Brytanii zaczynające się na The…. Cóż, źle słyszeliście. Tamci to oszuści. Indie to skrót od independent i ten numer to pierwsza część definicji. No i przy okazji taki tam manifeścik. Come on, indie rock!

 

11. Pavement – Conduct For Sale (http://www.youtube.com/watch?v=anyvPX0NjFk&feature=related)

Zespół obowiązkowy. Legenda legend. Druga i fundamentalna część definicji indie rocka. Nie wiem od czego zacząć i na czym skończyć, więc sami poszukajcie w necie, ściągnijcie dyskografię i zostańcie fanami. A na początek zapoznajcie się z piosenką, która chyba najlepiej na świecie wyraża frustracje. Próbuję, próbuję, próbuję, aaaaaaaaaaa!!!!!!

 

10. Nirvana – All Apologies (http://www.youtube.com/watch?v=yThCx-3Says)

Nie, nie wersja z unplugged, proszę. Ta jest lepsza. Znacznie. Oczywiście grali szybciej i głośniej, ale to właśnie końcówka tej piosenki to czad absolutny! Przejmujący, jak Nirvana. Bo to był wielki zespół, czasem ludzie zaczynają uwielbiać coś, co naprawdę jest wybitne. Rzadko, ale jednak. Oto przykład. A, no i produkcja Steve'a Albiniego… ale on by tak tego nie nazwał.

 

9. Weezer – El Scorcho (http://www.youtube.com/watch?v=rkQJwoi8U6g&feature=fvw)

Strasznie wysoko wylądowali, ale co mi tam. To już nie jest dobry zespół. Ale wtedy byli już po genialnym debiucie i właśnie wydali drugi album z tą oto energetyczną bombą, która sprawi, że będziecie mieli banana na mordzie do końca dnia. Znacie amerykańskie filmy o nastolatkach? Cóż, zwykle oglądamy tam jakiegoś nieudacznego nerda, który chce poderwać superfajną dziewczynę, ale startuje do niej też kapitan drużyny drużyny bajesbolowej czy tam futbolowej i jest supercool. Mimo to nasz bohater nie poddaje się i kombinuje cierpiąc męczarnie etc. Cóż, Weezer jest głosem wszystkich tych kolesi. Wszystkich, którzy marzyli o dziewczynach kapitanów drużyn… hehe. Samo życie, uwielbiam Weezera!

 

8. Pixies – Debaser (http://www.youtube.com/watch?v=2mCoOlUjhlc)

Tu nie ma o czym mówić. Jeden z najlepszych zespołów w dziejach. Bez nich nie było Nirvany, bez nich nie byłoby niczego. Jeśli ich nie kochasz nie pogadamy o muzyce. Zgłoszę to i pojedziesz na obóz reedukacyjny, a po powrocie zapytasz mnie czemu dopiero na ósmym miejscu.

 

7. Modest Mouse – Convenient Parking (http://www.youtube.com/watch?v=nfeGb8Mx2Ro)

Modest Mouse ponownie. Refren tej piosenki to jeden z takich moich prywatnych absolutów w dziedzinie czadu.

 

6. My Bloody Valentine – I Only Said (http://www.youtube.com/watch?v=EKAB5JDB9_8&feature=related)

Wielu twierdzi, że to płyta wszechczasów. Przesadzają. Pierwsza trójka, hehe. Link dałem, żeby był, ale to koncertówka. Z tą piosenką trzeba się zapoznać w wersji studyjnej. Z całą płytą. Nie umiem o niej pisać, napisano już wszystko. Główny motyw jest tak prosty i przejmujący zarazem, że łapię się na słuchaniu tej piosenki po 10 razy pod rząd. Piękne. To chyba najlepsze słowo.

 

5. Blur – Song 2 (http://www.youtube.com/watch?v=WlAHZURxRjY)

Znacie? To posłuchajcie.

 

4. Radiohead – Just (http://www.youtube.com/watch?v=oIFLtNYI3Ls)

To jest teledysk wszechaczasów, radzę obejrzeć do końca. Piosenka godna rangi jaką osiągnął ten zespół. Ciarki na plecach niemal przez całą długość trwania, słowa refrenu, które wbijają się w mózg, robota wykonana na 100%. Wykonana przez najlepszy zespół świata.

 

3. Archers Of Loaf – Wrong (http://www.youtube.com/watch?v=DEaGlt0YwzE)

Indie rock. Ostatni element definicji. Oto zespół, który nidgy się nie sprzedał. Oto obrońcy etosu. Oto esencja stylu. Jeśli nie wierzysz to cóż, you got it all wrong…

 

2. Beastie Boyts – Sabotage (http://www.youtube.com/watch?v=-sbqIyeed4g)

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego czy Żydzi rządzą czy nie niech je porzuci. Rządzą. Połączenia rapu z rockiem zwykle żenują, bo są owocem kompromisu. To mamy 100% rapu, 100% punk rocka i rezultat zmuszający do zbierania szczęki z podłogi za każdym razem.

 

1. Dismembermet Plan – Gyroscope

Cóż, nie ma linku. Nie ma dobrego linku na youtubie do najlepszej piosenki lat 90tych. Tu was nie poprowadzę. Płyta nazywa się "Emergency & I", jest z 1999 i jest prawdopodobnie najoryginalniejszą rockową płytą kilkunastu ostatnich lat. Max oryginalności + max czadu + max emocji. Nie da się? Da się.

 

Odsłon: 628 Komentarzy: 11


za ciosem

Kategoria: Rozrywka Thursday, 28 May 2009, 20:12

Przywitałem się ładnie, więc jeszcze kilka słów tytułem bardziej merytorycznego wstępu. Z pewnością znajdą się tutaj recenzje albumów, singli, koncertów może. To bawi i zajmuje mnie na codzień, to moja pasja, moje hobby i częściowo moje plany, a że jeśli chodzi o sztukę mam zacięcie 'misjonarskie' tym chętniej będę o tym od czasu do czasu pisał gdzieś, gdzie muzyka nie leży w centrum zainteresowania samego portalu i jego użytkowników. No ale jeśli recenzje to i oceny. Korzystam ze skali tak zwanej piczforkowej (www.pitchfork.com – mimo rozlicznych wad, warto) czyli pomiędzy 0.0 a 10.0, które to graniczne noty oznaczają absolutne, niemal bezprecedensowe gówno i muzyczny absolut. Pomiędzy – niemal cała muzyka świata. Wpadłem w nawyk podobnego oceniania filmów, książek, koncertów… Czyżbym zatem wierzył w możliwość jakiejś obiektywizacji wrażeń? gustów? ocen? Cóż, poniekąd. Nie mam żadnych wątpliwości, że Bach jest obiektywnie lepszy niż Rubik. Nie mam też żadnych wątpliwości, że podobna zależność zachodzi pomiędzy The Beatles a Nickelback. Wątpie by istniał jeden, obiektywny absolutny kanon piękna w jakiejkolwiek dziedzinie, ale nie wątpie mimo to, że nie jesteśmy skazani na bezsens całkowitego subiektywizmu i terroryzm ucinającego każdą interesującą dyskusję: 'o gustach się nie dyskutuje'. Otóż, dyskutuje się. Większość ciekawych rozmów prowadzonych od czasów Adama i Ewy aż do dzisiaj pomiędzy ludźmi dotyczyła gustów i rzygam powszchnym skretynieniem uciekającym od takich tematów za plecy wytartej, łacińskiej sentencji. Prawdę mówiąc uważam nawet, że indywidualny gust 'uciera się' w rzeczywistości właśnie podczas takich rozmów. Nie chodzi o to by kogoś przekonać. Chodzi o to, by w konfrontacji z kimś przekonać się co tak naprawdę lubimy i co tak naprawdę myślimy. Stąd też moja miłość do recenzowania i czytania recenzji. Pozwolę sobie dać jej tutaj upust raz na jakiś czas. Oczywiście wszystko to będzie niezwykle wybiórcze – nie mam ambicji ogarniania każdego aspektu bezkresnych przestrzeni współczesnego rynku muzycznego, tym bardziej, że teb bezkres składa się w większości z mielizn. Nie zamierzam też ograniczać się do bieżączki w kraju, w którym tyle klasyków muzyki rozrywkowej nigdy nie zaistniało w świadomości słuchaczy. Co poza tym? Wycieczki na bok. Rozważania o popkulturze i kontrkulturze także (a może nawet przede wszystkim) w kontekście religijnym i społecznym. I trochę rozważań od kogoś, kto dobrze czuje się właśnie na marginesie. Na granicy. Między sztuką wysoką a niską, między ortodoksją a poszukiwaniem, między Kościołem a światem, między The Beatles a The Beach Boys. Zapraszam!

Odsłon: 424 Komentarzy: 2


dzieńdobry

Kategoria: Ogólne Thursday, 28 May 2009, 17:22

Musiało się w końcu stać. Fronda uzależniła w jakiś perwerysyjny sposób. Z jednej strony dyskusje często prowadzone o jednym i tym samym z brakiem jakiejkolwiek perspektywy końca sprawiają, że często obiecywałem sobie, że wchodzę na Frondę ostatni raz, bo szkoda nerwów, szkoda czasu, szkoda kwietnia czy maja czy czegokolwiek, ale z drugiej strony przecież tylu ludzi w internecie nie ma racji! Ten kultowy rysunek zawsze staje mi przed oczami, kiedy czuję idiotyczny wewnętrzny przymus podjęcia dyskusji po raz kolejny. Oto więc i mój blog, razem z całym zbędnym wstępem. Zbędnym, bo zamierzam pisać głównie o muzyce, o popklulturze i o kontrkulturze. Czyli o tym, na czym znam się nieco lepiej niż na czymkolwiek innym. Oczywiście zbłądze na terytoria religijne czy społeczne pewnie częściej niż bym chciał, ale postaram się nad sobą panować. Tak więc tak.

Odsłon: 452 Komentarzy: 2


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.