
Sunday,20 May 2012,19:50
Kategoria: Kultura Sunday, 20 May 2012, 19:50
Pan Hajdarowicz powinien się na coś zdecydować. Dwuprofil ideowy jego prasy ciąży na wizerunku środowiska, które imiennie firmuje dwa nawjażniejsze tytuły prawicowe. Bolszewicki artykuł "Przemoc ma płeć" reklamuje konserwatywna gazeta z orłem w koronie.
Feministyczny kulturkampf podporządkował sobie wszystkie periodyki i programy telewizyjne pod znakiem dawnego Pegaza. Aż się prosi, żeby stworzyć taką niszę dla katoli, jaką jest politycznie i ekonomicznie zorientowana Rzepa. Przedsięwzięcie w mieszczańskim Krakowie musiałoby się powieść.
Kiedy ideologia bierze górę nad rachunkiem ekonomicznym i ludzką przyzwoitością (czemu nie oddać ludziom przysługi i nie zredukować dysonansu?), jest jak jest: full schizofreania.
"Co w nowym "Przekroju"?
źródło: Przekrój
Raport z oblężonych boisk
autor: Beata Sosnowska
źródło: Przekrój
Gowin, kobiety i przemoc
autor: Łukasz Ogrodowczyk
źródło: Agencja Gazeta
Przemoc ma płeć
rp.pl"
http://www.rp.pl/artykul/851129,878604.html
Pan Hajdarowicz powinien się na coś zdecydować. Dwuprofil ideowy jego prasy ciąży na wizerunku osoby, która firmuje i spaja podległe sobie media. Przebojowy artykuł przemoc ma płeć reklamuje konserwatywna Rzeczpospolita.
Feministyczny kulturkampf podporządkował sobie wszystkie periodyki i programy telewizyjne pod znakiem dawnego Pegaza. Aż się prosi, żeby stworzyć taką niszę dla katoli, jaką jest politycznie i ekonomicznej zorientowana Rzepa. Przedsięwzięcie w mieszczańskim Krakowie musiałoby się powieść.
Kiedy ideologia bierze górę nad rachunkiem ekonomicznym i ludzką przyzwoitością (czemu nie oddać ludziom przysługi i nie zredukować dysonansu?) jest jak jest: full schizofreania.
"Co w nowym "Przekroju"?
źródło: Przekrój
Raport z oblężonych boisk
autor: Beata Sosnowska
źródło: Przekrój
Gowin, kobiety i przemoc
autor: Łukasz Ogrodowczyk
źródło: Agencja Gazeta
Przemoc ma płeć
rp.pl"
http://www.rp.pl/artykul/851129,878604.html
Odsłon: 69 Komentarzy: 0
Monday,14 May 2012,17:54
Kategoria: Kultura Monday, 14 May 2012, 17:54
Punkty orientacyjne scenariusza Górskiego o gejach są zawsze te same. Wystereopizowany do bólu mężczyzna w puencie okazuje się gejem.
Z paru wywiadów, gdzie Wójcik i Górski ujawniają ideowe kulisy swojej twórczości, aczkolwiek zdarza się to bardzo rzadko, bo co to byłby za kabaret, który zdradza jaką krzywdę wyrządza widzowi, można wnioskować, że autorom najbardziej śmieszącego obecnie zespołu artystów zależy na zmianie stosunku społeczeństwa do gejów.
Mdli mnie na myśl, że jestem przedmiotem oddziaływania tolerastów, i to jeszcze takich jak Wójcik i Górski. Takich to nie znaczy … be. Takich to znaczy sympatyzujących z konserwą.
Ale czego można się spodziewać po kabarecie, który nigdy nie zadrwił z Goldman-Sachsa?
Przysłowiowy Stańczyk miał odwagę szydzić z władców. Górski i Wójcik ironizują z marionetek władzy omijając szerokim łukiem tematy najbardziej żywotne, tak jakby mając słonia przed nosem zajmowali się mrówkami. Gorliwie - zważywszy na frekwencję tematyczną - wpajają wzorce zachowań wbijane nam do głów przez ośrodki propagandy Goldmana i spółki, którzy w miejsce klasy robotniczej fundują nowego Adama, zmanierowanego, niemęskiego, czyli takiego którym można bezproblemowo manipulować.
Musimy jeszcze poczekać na kabaret, który wytknie absurdy feminizmu, murdochowej (w Polsce Springer i dwóch innych) koncentracji prasy, spekulacyjnej chciwości albo przywilejów dla gejów, które opacznie nazywa się prawami.
Odsłon: 594 Komentarzy: 0
Wednesday,05 December 2012,22:53
Kategoria: Kultura Wednesday, 05 December 2012, 22:53
Jedni mają swój Smoleńsk. Drudzy Jedwabne.
Odsłon: 52 Komentarzy: 2
Monday,20 February 2012,22:35
Kategoria: Polityka Monday, 20 February 2012, 22:35
Głośna wymiana zdań między ministrem Rostowskim i posłami PiS-u była dla postronnych widzów równie tajemnicza, co arabska odzywka speca od wojny psychologicznej Włodzimierza N. Choć język drugiego obiegu bywa niezrozumiały, wiemy coraz więcej o obcych.
"PiS" działa na rzecz lobbystów inwestorów zagranicznych i nie broni interesu narodu polskiego. Wstyd mi za was! Wstyd!" - krzyczał z mównicy rozemocjonowany Vincent Rostowski. Polemika sejmowa, jakby żywcem przeniesiona z kawału o Watykanie, w którym Żydzi z Coca-Coli podejrzewają cech piekarzy o przekupienie papieża, ponieważ w modlitwie "Ojcze nasz" katolicy modlą się o chleb powszedni, prowokuje zasadnicze pytania. Co to za inwestorzy zagraniczni i co, zdaniem ministra finansów, jest dobre dla Polski?
http://www.youtube.com/watch?v=fiRW8fplP98
Próżno szukać odpowiedzi w mediach. Wszyscy nabrali wody w usta. A przecież nie znając zagrożenia i nie wiedząc, co jest narodowym interesem, nie zmobilizujemy patriotycznego ducha i nie natchniemy społeczeństwa do poniesienia wyrzeczeń w walce z kryzysem.
Aż dziw bierze, że błoto, którym się obrzucają politycy, nigdy nie ubrudziło żadnego pana Sachsa albo Springera. Dotychczasowa praktyka parlamentarna chroniła zagraniczny kapitał. "Inwestorów" powołano na salę poselską mimochodem, przez czysty przypadek. Prawdopodobnie są to udziałowcy KGHM.
Starcie w Sejmie jest typowe dla sytuacji niewoli. Jak się bronić? Stawiając opór czy obchodząc okupanta?
Unikający otwartego konfliktu z rynkami Rostowski proponuje stanowisko bardziej wysublimowane, niż prawicowe. "Zachęcany" do obciążania społeczeństwa kosztami kryzysu (podwyżka VAT) chce także opodatkować wydobycia miedzi, co nie będzie mogło być oprotestowane przez kapitał, tak jak fiskalizm skierowany przeciwko bankom.
Kiedyś może politycy dojrzeją do optymalnej konkluzji, że zabrać należałoby wszystkim, instytucjom finansowym i akcjonariuszom KGHM, oraz, że nie warto bronić któregokolwiek z tych olbrzymów. Jak na razie ratują swój wizerunek społeczny na to samo kopyto, nie szukając kompleksowego rozwiązania i pozwalając korporacjom szerzyć podziały.
Rząd, zamiast samodzielnie czerpać zyski z takich spółek, jak Orlen czy KGHM sprzedaje je, by następnie osaczać aparatem skarbowym. Powodów jest tego wiele. Sumują się one znowu w przemocy kapitału, który na wiele sposobów zaszantażowałby państwo, gdyby to odmówiło mu oddania co smakowitszych kąsków z najbardziej przysadzistego z możliwych sektorów gospodarki.
Wszystkie albo przynajmniej większość formacji politycznych zdaje sobie sprawę z rozkładu sił w świecie. Nie mają tylko pomysłu na przekazanie tej wiedzy obywatelom. Kłótnia w Sejmie posłużyła mimowolnej edukacji.
Obce w stosunku do narodowego interesu, daleko idące ingerencje w samostanowienie polityczne państwa są powszechną bolączką. Za zachodnią granicą odbył się lincz na prezydencie, któremu medialno-finansowy kompleks nie mógł odpuścić względnej samodzielności.
Grzechy Wulffa były niczym w porównaniu do realnej krzywdy wyrządzonej państwu przez Gercharda Schroedera, od którego wzięła się bezprecedensowa nad Renem spirala zadłużenia. W nagrodę za oddaną bankom przysługę były kanclerz zasiada w wielu prestiżowych gremiach korporacyjnych, na których korzyść działał i korumpował się.
Lekcja dana chadekom ma ich nauczyć, że bez akceptacji właścicieli "Bilda" nie wolno namaszczać ani kanclerza, ani prezydenta.
O winie nie rozstrzyga bezstronnie sąd, lecz częstotliwość informacji pojawiających się w mediach. Tą drogą nagradzana jest ohydna służalczość polityków. Puryści ostrzegający przed degeneracją władzy reprezentowanej przez Wulffa mają ciężki orzech do zgryzienia, bo jak tu rozbroić podważającą logikę demokracji dwustandaryzację? Podwójna moralność mediów w stosunku do ludzi sobie posłusznych i zdecydowanych na pozostawanie w opozycji do ładu korporacyjnego formuje zakłamaną klasę polityczną, której my obywatele, nie zdołamy zaufać.
Los pojedynczego człowieka, nie klasa polityczna lub inny abstrakcyjny ogół, wybudza z letargu obywatelskiego skuteczniej nawet, niż zbiorowe poczucie niesprawiedliwości. Ten przypadek prowokuje lawinę pytań o sens podporządkowania się hegemonicznym ambicjom.
Do szpitala w Zakopanem, z licznymi odmrożeniami został odwieziony z jakiegoś górskiego szałasu oficer polskiego wojska, Włodzimierz N. Tuż po tym, jak zaczął coś przebąkiwać i to po arabsku, zafundowano mu bez pytania o zgodę i przy proteście lekarzy, przewóz karetką pogotowia do placówki wojskowej położonej kilka setek kilometrów dalej.
Objawy u Włodka są wspólne wszystkim najemnikom, którzy mieli do czynienia z zaborczą wojną.
Rozróżnienie na obronę konieczną i rozbój jest istotne także psychologicznie, gdyż motyw odpowiada za poczucie winy, a poczucie winy to najbardziej paskudny element stresu pourazowego - dyrektywa US Army z lat 90. o zezwoleniu na przejeżdżanie ludzi, w tym kobiet i dzieci, wozami pancernymi i czołgami wywołała epidemię zaburzeń psychicznych u żołnierzy.
Generałowie przez długie lata nie radzili sobie z samooskarżaniem się podwładnych. W sukurs przyszła im technologia symulacji komputerowej (zabijaj jakbyś grał) oraz podpowiedzi techników społecznych o funkcji anonimowości w podejmowaniu dramatycznych decyzji o cudzym przeżyciu. Tak to powielono i sparafrazowano pomysł nazistów: nie ja morduję, lecz państwo.
Ciężko odkleić od siebie potworne wydarzenia, których było się świadkiem, a jeszcze trudniej, gdy się je autoryzowało. Włodek walczył na cudzej ziemi, jako okupant. Też był obcym.
Najbardziej absurdalną odsłoną utraconej autonomii jest przemiana uciskanego w uciskającego. Ojczyzna Włodka stanęła po stronie kolonialistów i została zmuszona do złożenia daniny z krwi swoich synów. Wysłano kontyngent ludzi, którzy nie mieli nic do Arabów, ale musieli opracowywać ich profile psychologiczne, by potem skutecznie ich pacyfikować i zabijać. Nie ma bardziej wyrafinowanej katuszy dla narodu, który z perspektywy własnych dziejów brzydził się sowiecką okupację, także tą w Afganistanie.
Dziś Amerykanie rozmawiają z Talibami o consensusie politycznym. Wiemy już, że ta wojna nie miała najmniejszego sensu, oprócz sensu, który nadają jej imperialiści konstruujący strachliwy respekt w rządzonym przez siebie świecie.
Problemy żołnierzy powracających z misji wojskowych zmiatane są pod dywan przez najbardziej wzorcowe, zapatrzone we własny humanitaryzm ponowoczesne społeczeństwa począwszy od niemieckiego, a skończywszy na australijskim, gdyż ich pojawienie się w przestrzeni publicznej byłoby wystarczająco kontrastowym pijarowo oskarżeniem oligarchii czerpiącej zyski ekonomiczne i polityczne z niemoralnej wojny, by dać ideologiczne podstawy rewolcie, a potem - kto wie - wysłać sygnał do jej obalenia.
Wiedza o losie żołnierzy i ofiar konfliktów jest marginalizowana, redukowana do drobnego ułamka w skali podawanych przez media informacji. Odbiorcy europejscy i amerykańscy nie zdają sobie sprawy z ogromu tragedii wojennej. Trudno ten stan rzeczy usprawiedliwiać pogonią za lepiej sprzedającym się newsem. Konflikt wietnamski był przecież znakomicie wypromowany. Rozpamiętywanie psychicznych ran zadawanych żołnierzom było w tamtych czasach na rękę korporacjom, które obawiały się kontrolującej administracji waszyngtońskiej i chciały osłabić jej moralny autorytet. Dziś władza na Kapitolu i korporacje to prawie to samo. Wojny prowadzone w ich imieniu nie napotykają fali krytyki w mediach, które do nich należą.
Sto tysięcy wojskowych z akcji w Iraku, wymaga leczenia psychiatrycznego. W 2009 r. odnotowano w armii amerykańskiej 160 samobójstw i 1713 prób samobójczych. Statystyczny weteran jest kilkakrotnie częściej, niż cywil bez podobnej przeszłości, narażony na bezrobocie, rozpad rodziny, uzależnienie od alkoholu i narkotyków i postępujące kaskadowo objawy traumy. Co trzecia z 300 tysięcy kobiet odbywających służbę zostanie, co najmniej raz zgwałcona.
Nie warto oddawać życia albo czci za międzynarodowy salon czy to na polu walki, czy na mównicy sejmowej, a nie daj Boże w łóżku. Szkoda tym bardziej rozmieniać na drobne, dla społecznie wątpliwej korzyści obcego kapitału, wykształconej w patriotycznym, czy jak kto woli, obywatelskim etosie uczciwości.
Odsłon: 171 Komentarzy: 2
Thursday,26 January 2012,22:49
Kategoria: Polityka Thursday, 26 January 2012, 22:49
Mężowie stanu z Al. Ujazdowskich dali gimnazjalistom z Kielc i innych miast lekcję cynizmu, pogardy dla procedur i sensu demokracji, koniunkturalizmu i poddaństwa wobec silniejszych partnerów. Nie lepsze okazały się media.
Toksycznym odpadem pakietu antypirackiego ACTA jest degradacja polityki w skali wartości młodego pokolenia. Młodzież ma wypaczony obraz misji publicznej i potrzeba wielu lat rekonwalescencji, cierpliwej edukacji i świadectwa, żeby obraz ten uzdrowić.
Donald Tusk, sygnując - pomimo jaskrawych wątpliwości - złe prawo, cofa proces sanacji o kolejne dekady. Idąc w zaparte, twierdząc, że konsultacje się odbyły, a więc nie są potrzebne kolejne, premier wystawia na próbę logikę tak wyspecjalizowanej grupy, jaką są prawnicy, którzy nijak nie mogą sobie poradzić z nadaniem spójnej interpretacji wieloznacznym regulacjom ACTA. Co dopiero mówić o egzaminowaniu logicznego myślenia nastolatków.
Kłamstwem jest też to, że musimy cokolwiek podpisywać. Nic nie musimy. Wrobiono nas w niewdzięczną rolę łamistrajka.
Czytaj także: Szwedzki europoseł: rząd kłamie w sprawie ACTA
Na kostyczność Tuska reagują skryptem edypalnym, podnosząc groźnie pięści. Nieugięty premier nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką wyrządza im krzywdę i co poświęca dla wątłego mitu wzorowanego też nie wiadomo na kim: Ronaldzie Reaganie, zwalczającym imperium zła czy Wojciechu Jaruzelskim, reanimującym sowiecki militaryzm? W otoczeniu premiera są tacy, którzy sugerują, że jak nie podpiszemy ACTA, to agencje ratingowe zrobią z nami to samo, co gąsienice czołgów Układu Warszawskiego miały zrobić z PRL-owską kolonią.
Członkowie ekipy premiera twierdzą też, że uległością wykupimy się od hardcorowej edycji głupiej ustawy. Ci sami urzędnicy byli przekonani, że młodzieży może nie obchodzić, kto naciska i komu ulegamy. Mylili się, na szczęście. Adolescenci wzięli sprawę w swoje ręce. Po raz pierwszy od czasów Powstania Warszawskiego albo ulicznych walk z ZOMO poczuli się częścią państwa, wobec którego solidarnie wystąpili uznając, że ich prawa obywatela i człowieka są zagrożone.
Dorośli mówili, że bronią pracę twórczą, a ci sami chłopcy, choć nie czytujący Paolo Coelho, wiedzą, że ACTA chroni głównie interesy dystrybutorów, co brazylijski pisarz przerażony totalitarnymi pomysłami korporacji ujął w kilku zwięzłych i symbolicznych zdaniach na swoim blogu:
"W latach sześćdziesiątych w ZSRR żyło wielu artystów, których dzieła były zakazane, krążyły w drugim obiegu, drukowane i rozpowszechniane za darmo. Ci autorzy nie dość, że nic nie zarabiali, to jeszcze byli prześladowani przez aparat represji! Czy byli dzięki temu szczęśliwi? Pisarz nie powinien tworzyć dla zysku, a z konieczności podzielenia się tym, co ma do powiedzenia.
Jako pisarz powinienem bronić 'własności intelektualnej' ale tego nie robię! Piraci wszystkich krajów łączcie się i piratujcie wszystko, co napisałem! Im więcej piratują, tym więcej czytają. Im więcej czytają. tym więcej kupią. Dlaczego? Jeśli piratom spodoba się początek, następnego dnia kupią całą książkę, ponieważ nie ma nic bardzie męczącego niż czytanie dużych porcji tekstu z ekranu komputera".
Wiele danych wskazuje na pozytywny związek realnego czytelnictwa i piractwa. Bo sprawa ACTA to nie kwestia przestępczości mas, lecz karygodnej arogancji elit. Dystrybucja dóbr kulturowych jest przez nie regulowana wzorem neoliberalnej ideologii rynku. Monstrualnej dysproporcji dochodów odpowiada dostępność do produkcji intelektualnej. Żyjemy w czasach, w których dostęp do książki jest tak ograniczony jak zasobność bibliotek miejskich i wiejskich, albo zasobność portfela uczniów i studentów napawających się z odległości woluminami po przeciętnej cenie 50 zł.
Kulturalne piractwo
Media, zmuszone relacjonować reakcje internautów, także zawiodły nastolatków, zaniedbując adresowanej do tej grupy sprawozdawczości. Nie patrzyły politykom na ręce w krytycznym momencie, choć przy każdej nadarzającej się okazji z liturgiczną wzniosłością proklamują, że to one stoją na straży demokracji.
Hipokryzja dorosłych (trzeba dodać jeszcze posłów PiS; na ACTA nie głosowało jedynie SLD) gromadzi w dorastającym pokoleniu bunt, a w konsekwencji eruptuje agresję. Czy lepsze od obojętności albo cynizmu nie jest obrzucenie kamieniami przez kieleckich gimnazjalistów wozu transmisyjnego TVN lub TVP? "Kto podnosi rękę na władzę..." - wygrzmi z ambon medialnych, zapewne równie silnie co potępienie wysuwane z gabinetów rządowych, ale wentyl bezpieczeństwa zadziała. Gniew wyładowany daje szansę na dotarcie do przyczyn.
Przedstawiciel Polski w Tokio złożył dziś podpis na kontrowersyjnym dokumencie. Donald Tusk przejdzie do historii, w jej korporacyjno-medialnej wersji, jako trzymający się zasad bohater, który miliony ocalił przed kryzysem. Chłopaki z Kielc przechowają jednak w pamięci całkiem inny wizerunek, niż ten ukształtowany przez propagandę i nie wiemy jeszcze, jakie inne wnioski wyciągną z udzielonej przez premiera lekcji cynizmu. Najgorsze w tej historii jest to, że decydent nawet się nad tym przez chwilę nie zastanowił, a przynajmniej nic o tym nie napomknął, jakby go przyszłość następnych pokoleń niewiele obchodziła, zwłaszcza jej etyczny fundament. Wystarczyło włączyć pierwszy lepszy polski kanał telewizyjny, żeby przekonać się jak dalece kłamstwo kreuje anarchię.
Donaldowi Tuskowi do tej pory udawało się czarująco uwodzić Polaków. Większość z nas miała nadzieję, że polityk stara się osiągnąć maksimum korzyści dla Polski. Po tym, co zrobił w sprawie ACTA, może bezpowrotnie utracić szacunek i sympatię rodaków, schodząc ze sceny politycznej zgorzkniały, zantagonizowany ze społeczeństwem, nawet tym lokalnym, z miejsca swojego zamieszkania.
Czemu premier nie poszedł na jakikolwiek kompromis? Nie ma żadnej wyższej racji - łącznie z wysuwaną sugestią, że oberwiemy po łapach, jeśli nie podpiszemy - która usprawiedliwiałaby jego zachowanie. Chyba, że tą racją jest konieczność historyczna, ale wtedy zamknięty w 1989 r. rozdział otwarłby się na nowo.
Odsłon: 612 Komentarzy: 4
Monday,23 January 2012,17:17
Kategoria: Polityka Monday, 23 January 2012, 17:17
Przy milczącej aprobacie mainstreamowych dziennikarzy, z pominięciem konsultacji społecznej chciano wprowadzić restrykcyjne względem internetu prawo zwane ACTA. Rewolucyjnie nastawieni hakerzy zapukali w proteście do serwisów rządowych.
Czy podpisanie ACTA wywoła rewolucję internautów?
Sloweński marksista Slavoj Zizek przewidywał, że kapitalizm na początku 21 w. sprowokuje klasową przemoc, ponieważ nie będzie innego sposobu na wybronienie się przed horrendalną koncentracją władzy i zasobów ekonomicznych w rękach mniejszości. Pierwszy etap rewolucji mamy za sobą: hakerzy zaatakowali i z łatwością otworzyli wirtualne podwoje agencji rządowych. Społeczeństwo ich popiera - wynika z sondaży na najpopularniejszych stronkach internetowych. Co będzie dalej?
Władza, jak przyzwyczajono nas w czasach komuny, zaprzecza (Paweł Graś) albo grozi (otoczenie Komorowskiego). - Nic się nie stało, ataku hakerów nie było, był on nieskuteczny - oświadczają przedstawiciele ekipy premiera. - Wyjdą odpowiednie rozporządzenia a winnych się ukarze. Kto wyciąga rękę na władzę, temu ta ręka zostanie odjęta - grożą urzędnicy Belwederu.
Donald Tusk zrównał internautów z kibolami, którym zezwolił na kupowanie piwa na stadionach opatrując je kamerami monitorującymi agresję.
Ale czy dyskusja nad ACTA, bez ryzykownego zagrania hakerów, byłaby podjęta? Za kilka dni miało być po wszystkim. Ustawa, bezdyskusyjnie, zostałaby podpisana.
Rząd, który zmusza obywateli do takiego protestu musi być bardzo zdeterminowany. Równie żałosne są media strojące się w pióra obrońcy demokracji. Żenująco milczały nad faktycznym okrajaniem swobód obywatelskich. Nie zainicjowały, choćby, debaty na temat ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jak się okazuje podnoszą one larum wtedy, gdy interesy ich właścicieli są zagrożone lub podważa się nowy antropologiczny ład przystosowany do ich dominacji. Dlaczego nie wystąpiły zanim jeszcze hakerzy zwrócili uwagę opinii publicznej na palący problem? Regulacje ograniczające swobodę przepływu danych w internecie były przedmiotem ostrego lobbingu, który kosztował miliony dolarów. Autorami tych zabiegów są mniej więcej podobne grupy kapitałowe, co te, które posiadają prasę i telewizję.
ACTA jest to "Umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrobionymi między Unią Europejską i jej państwami członkowskimi, Australią, Kanadą, Japonią, Republiką Korei, Meksykańskimi Stanami Zjednoczonymi, Królestwem Marokańskim, Nową Zelandią, Republiką Singapuru, Konfederacją Szwajcarską i Stanami Zjednoczonymi Ameryki".
Czy zapisy ustawy zatrzymują się na ochronie własności intelektualnej? Wnikając w poszczególne paragrafy ACTA wyłania się ponury obraz świata orwellowskiego.
Do odpowiedzialności będzie łatwo pociągać niemal każdego, kto miał styczność z tzw. "obrotem handlowym towarów, które naruszają prawa własności intelektualnej". Rodzina, współlokatorzy, sąsiedzi współużytkujący łącze będą podejrzani i karani.
Art. 8 ACTA wymusza "współpracę" na dostawcach internetu. Będziemy na siebie donosić. Na dostawcach usług internetowych będzie spoczywał też obowiązek zbudowania infrastruktury pozwalającej na precyzyjne blokowanie dostępu do dowolnych zasobów w internecie (np. konkretnych adresów URL), co jest nie tylko kosztowne, ale i potencjalnie groźne z punktu widzenia wolności słowa i dostępu do informacji. Dostawcy będą zmuszeni ujawniać dane swoich klientów prywatnym koncernom, jeśli tylko te wysuną takie żądanie, powołując się na rzekome złamanie ich praw przez użytkownika internetu.
Niemniej kontrowersyjny jest art. 12 ACTA, który nakazuje stosowanie "szybkich i skutecznych" środków tymczasowych "w celu uniemożliwienia jakiegokolwiek naruszania własności intelektualnej", w tym również w odniesieniu do strony trzeciej. Może to skutkować niejawnym działaniem sądów, z pominięciem apelacji. Dostawcy internetu będą obciążeni dodatkową fuchą szpiegowania, jako osoby trzecie. Kto im za to zapłaci? Pewnie my.
Już mogliśmy się przekonać, jak prawo to działa. Do domu właściciela twórcy Megaupload, w środku imprezy urodzinowej wpadła grupa uzbrojonych funkcjonariuszy. Całość akcji była filmowana. Zdjęcia upokorzonego "giganta" obiegły wszystkie agencje prasowe z odpowiednim, demagogicznie podkręconym komentarzem. Kilka lat wcześniej zastraszono właściciela serwisu Pirate Bay, notabene wspieranego przez własną formację parlamentarną. Na strach nie ma mocnych. Mężczyzna odsprzedał swoje dziecko, które wcześniej dramatycznie bronił. Transakcja z Peterem Sundem miała wszelkie znamiona gentlmeńskiej umowy. O dziwo, nowi korporacyjni właściciele nie zahamowali procedur wymiany plików. Do dzisiaj można ściągać z Pirate Bay piosenki, filmy i programy.
Nie chodzi wcale albo wyłącznie o prawa autorskie. Niezależne serwisy społecznościowe stanowią zagrożenie dla policyjnego charakteru nowego porządku światowego.
Kim Schmitz z Megaupload może i nawet powróci do internetu, ale w ramach jakiejś korporacji, pod jej kontrolą tak jak Peter Sunde. Tajemnicze przejęcia i zniknięcia, zastępowanie pomysłodawców lub ich eliminowanie to codzienność serwisów społecznościowych. Na placu boju pozostają ściśle wyselekcjonowani gracze obdarzeni zaufaniem przez anonimowe centra władzy.
Pirate Bay sprzedany
U podstaw konfliktu z internautami leży relacja intelektualnego prawa własności do ogólnego prawa własności.
"Za czasów Edisona patent pozwalał twórcy odzyskać zainwestowane w badania pieniądze, dziś patent jest źródłem niczym nie nieuprawnionych zysków, kosztem rozwoju, zdrowia, a nawet życia ludzkości. Jesteśmy przeciwnikami ACTA i protestujemy przeciwko nadmiernej ochronie tzw. własności intelektualnej" - mówi Tomasz Brzezina z UPR. Przywołuję zdanie liberałów, ponieważ ich stosunek do własności jest co najmniej ortodoksyjny. Jak widać czeka nas próba zdefiniowania "nadmiernego". Skoro nawet libertarianie mają poczucie odpowiedzialności za bardziej powszechny dostęp do niematerialnych dóbr i balansują interes społeczny z indywidualnym czy nie warto, żeby rząd powołujący się na etos solidarności społecznej rozglądnął się za mniej opresyjnymi rozwiązaniami, których w Europie niemało?
Oświadczenie w sprawie internetowego protestu SOPA i PIPA
Coś trzeba wybrać: wolność przepływu dóbr intelektualnych albo sztywno rozumiane prawo własności intelektualnej. Pogodzenie tych dwóch wartości w praktyce będzie niemożliwe, zwłaszcza w tych regionach świata, gdzie rozwój jest zahamowany.
Dziwi więc, że w tak skomplikowanej sprawie zabrakło szerokiej deliberacji ekspertów i głosu internautów.
Tusku podaj się do dymisji? Nie lepiej premierowi pomóc. Właściwie to hakerzy wybronili szefa rządu oddając mu pole manewru zabrane przez sterujący polskimi politykami amerykański kapitał. Tusk będzie mógł bez narażania się na sankcje ze strony przyjaciół zza oceanu, gdzie prawo powstało, tłumacząc się - jak zwykle - niesprzyjającą sytuacją społeczną, oddalić kontrowersyjne prawo. W każdym razie korporacyjnomedialna krytyka polityki odpuszczającej internautom nie będzie już tak dotkliwa.
Odsłon: 318 Komentarzy: 4
Saturday,21 January 2012,21:45
Kategoria: Polityka Saturday, 21 January 2012, 21:45
Decyzja KRRiT o nieprzyznaniu telewizji "Trwam" miejsca na platformie cyfrowej zapewne zostanie cofnięta i lepiej, żeby stało się to szybciej, niż później. Pluralizm bywa bolesny. Cóż jednak znaczy społeczna debata bez niego?
KRRiT nie informowała stron postępowania koncesyjnego o etapach tego procesu. Nie powiadomiła fundacji o odmowie koncesji. Nie czekając na rozpatrzenie odwołań m.in. Lux Veritatis, rozdysponowała miejsca na multipleksie. Dopiero po pół roku rozpatrzyła odwołania. Oficjalne uzasadnienie odmowy jest czysto ekonomiczne, ale wszyscy - przeciwnicy i popierający tę decyzję - wiedzą, że medium redemptorystów jest złe lub dobre i to dlatego należy umożliwić jego rozwój lub za wszelką cenę go wyhamować.
Tymczasem to nie słuszne czy niepoprawne opinie gazety i telewizji należącej do fundacji Lux Veritas upodmiotawiają wnioskodawcę.
TV Trwam bez koncesji? Ziobro chce Trybunału Stanu dla szefa KRRiTV
W gorącej dyskusji o Rydzyku (jakie to niskie zagranie personalizować problem) Jan Dworak wyeksponował względy finansowe.
"Działalność operacyjna Fundacji Lux Veritatis w ciągu ostatnich trzech lat przynosiła stratę, a pozostałe przychody - najprawdopodobniej zbiórki wśród wiernych - malały" - przekonywał przewodniczący.
Fundacja wskazywała przychody z reklam w wysokości 7 mln zł, lokatę bankową w wysokości 5 mln zł oraz 20,5 mln zł kapitału na rachunku fundacji. W 2010 r. miała w porównaniu do pozostałych nadawców największy zysk - 3,5 mln zł netto. Straty wykazuje Eska (prawie 2,3 mln zł) oraz Stavka (4 tys. zł) a zysk Lemon to tylko 19 tys. zł. Dwaj ostatni nadawcy nie posiadają bazy produkcyjnej i emisyjnej. Uzupełnili swoje dokumenty finansowe po wyznaczonym terminie.
Załóżmy szczerość polityka. Jeśli Dworak nie był uprzedzony, to czym się kierował? Skąd wzięła się tak ogromna rozbieżność w interpretacji danych finansowych występujących we wnioskach do KRRiT?
Najogólniej ująłbym tę różnicę następująco: ekonomiczne myślenie zakonu redemptorystów jest nowoczesne. Dworak myśli o ekonomii postmodernistycznie.
Co to znaczy?
Redemptoryści są ostrożni, zapobiegliwi, konserwatywni. Wydadzą tyle, ile zaoszczędzą. Cierpliwie gromadzą, szukają nowych rozwiązań, ciężko pracują. W ten sposób działały powojenne pokolenia niemieckich, holenderskich czy francuskich piekarzy, rolników, przemysłowców. Zaoszczędzisz, to masz. Broń Boże, nie bierz kredytu. Księża pozytywiści mobilizują doły społeczne i swoją działalność rozumieją jako misję społeczną motywowaną idealistycznymi celami.
W narracji duchownych nie brakuje wzniosłych haseł i kontekstów, które będą prawie nieobecne po stronie ponowoczesności: patriotyzm, naród, przetrwanie, poświęcenie. Pozytywistyczna duchota.
Inaczej Dworak. Dla niego rozwój to skok do przodu oparty na… pożyczce. Bo jakże inaczej można mieć wszystko od razu? Nowoczesne studio, promocja, zarządzanie muszą być na najwyższym, niedoścignionym (bezkonkurencyjnym) poziomie.
Na obradach parlamentarnych Komisji Kultury i Środków Przekazu szef KRRiT objaśniał logikę neo-wolnego rynku:
"Istnieją dwa sposoby finansowania: środki własne lub zewnętrzne. Sytuacji podmiotu nie można rozpatrywać jedynie pod kątem zyskowności lub jej braku i w oderwaniu od możliwości pozyskania kapitału. Generowanie dodatnich wyników finansowych nie jest jednoznaczne z posiadaniem nadwyżki środków pieniężnych czy też dobrej kondycji finansowej. Z drugiej strony ujemne wyniki finansowe niekoniecznie źle świadczą o złej sytuacji podmiotu. Wynik finansowy analizuje się w kontekście struktury bilansu oraz dodatkowych informacji. Na przykład podmiot osiągający zyski może mieć znaczne problemy płatnicze. Jeśli podmiot posiada dostęp[ do kapitału zewnętrznego, jego sytuacja może być o wiele bardziej stabilna. Analizie rady podlegają źródła finansowania w tym także zewnętrzne: kredyt czy pożyczka."
KRRiT na obradach parlamentarnych Komisji Kultury i Środków Przekazu
Nie wiem jak redemptoryści, ale były szef TVP, który ją nieźle zdłużył, poza własną perspektywą innej absolutnie nie przyjmuje. Radykalny ton odmowy to nic innego jak przełożenie jedynego słusznego przekonania, które legło u podstaw dramatycznego kryzysu. Zejście z neoliberalnej trajektorii, po której, jak widać, biegnie więcej niż jeden aspekt życia, jest o tyle ważne, co trudne.
Będziemy się bać, że porzucenie spekulacji i kredytu, odchudzi portfele, obniży poziom życia, ograniczy technologię. Będziemy się czuć wycofani z życia. A to ten sam problem, co z przejściem ze świata wirtualnego do realnego.
Odważę się podpowiedzieć przewodniczącemu, żeby redemptorystom dał szansę. Radziłbym mu ich nawet polubić. To dobry wstęp do wyjścia z materialnej i duchowej zapaści premiowanej przez progresizm. Agora polifoniczna jest też znacznie ciekawsza, a endemiczny, jak na razie, model finansowania zakonnej stacji wkrótce może się okazać najbardziej trwałym i najmniej ryzykownym rozwiązaniem.
Odsłon: 108 Komentarzy: 3
Friday,13 January 2012,00:48
Kategoria: Polityka Friday, 13 January 2012, 00:48
Po dekadach kłamstw stanęliśmy twarzą w twarz z władzą ukrywającą się dotąd za wolnym rynkiem, demokracją, publiczną misją mediów i różnymi szczytnymi izmami. To był szczęśliwy rok. Nie ma to jak życie w prawdzie.
Jedni nie wiedzieli, grzesząc ignorancją, drudzy święcie wierzyli w neoliberalizm, że jest najcenniejszym nabytkiem ludzkości i jak twardy beton komunistyczny jego krytyków odsądzali od czci. Mówiono też o wypaczeniach kapitalizmu, dokładnie w ten sposób, w który tłumaczono socjalizm, że sam w sobie nie jest zły. Oto kilka szczerych odsłon kapitalizmu.
Nikt rozsądny nie miał do tej pory wątpliwości, że związki polityków z bankierami są ścisłe, choćby dlatego, że państwa, jak ich obywatele, potrzebują kredytu dla pobudzenia rozwoju.
Związków tych nie doszacowano. Finansjera od czasów Thatcher i Reagana zdołała wydłużyć wirtualny pasaż obrotu pieniądzem, popularnie zwany spekulacją i psychologią rynku (wrzody żołądka tłumaczy psychosomatyka), na tyle, żeby bezkonfliktowo podporządkować rynki absurdalnym zależnościom.
Bankierzy realizowali kilka etapów swojej polityki: sztuczne wzbudzenie potrzeb, aberracja oceny ryzyka dłużnego u podmiotów gospodarczych, nakłonienie przywódców politycznych do zaciągnięcia pożyczek, egzekucja należności. Tej ostatniej zobowiązali się dopilnować ministrowie finansów i premierzy z rozdania grup kapitałowych: Goldman-Sachs albo elitarnego klubu Bilderbergów.
Mario Monti (Komisja Trójstronna Davida Rockefellera), Lukas Papademos (Rezerwa Federalna), Luisa de Guindosa (Lehman Brothers) i inni mają strzec płynnej spłaty zobowiązań bez bawienia się w zabezpieczanie socjalne mas. Chłopcem londyńskiego City jest David Cameron.
Czytaj także: Boga nie da się odrzucić
Instytucje finansowe, których nieetyczne i wrogie gospodarkom krajowym działania wzbudziły kryzys nie udają już, że politycy są niezależni. - "Dojście do władzy bankierów i niewybranych demokratycznie technokratów, którzy mają władać Grecją i Włochami - protestował Costas Panayotakis, profesor socjologii z New York City College - pokazuje jak trwający kryzys w strefie euro podcina demokracje". Trudno nie przyznać mu racji.
Kto nami rządzi?
Czy Goldman Sachs pomagał Grecji ukryć rzeczywiste zadłużenie?
Europejskie banki wyprzedają "srebra rodowe"
W tym też roku dowiedzieliśmy się, że system finansowy bazuje na fikcji. Pieniądz rzadko gdzie i kiedy odpowiada swojej realnej wartości. Jest narzędziem polityki. FED (System Rezerwy Federalnej USA) dodrukowuje dolara, którego zakładnikiem są Chiny i reszta świata. USA robią to m.in. po to, żeby finansować neokolonialne konflikty. Pośrednio takie praktyki uderzają w sens wolnego rynku, który z zasady strzeże czystości konkurencji.
Ta jest zachwiana nie tylko przez klasyczny podział na biedne południe i bogatą północ. Interwencjonizm państwowy zmuszony jest równoważyć potęgę międzynarodowych korporacji, które drobną i średnią przedsiębiorczość sprowadziły do parteru. Choć korporacje napędzają postęp technologiczny, nie one biorą odpowiedzialność za rozwój społeczny. Budżet państw głównie zasila średnia klasa.
Pamiętacie ponaglenia i pokrzykiwania Balcerowicza, któremu gorliwie sekundowała w latach transformacji gospodarczej "Gazeta Wyborcza": żeby oddać wszystko, cokolwiek by to miało znaczyć …, łącznie z bankami. Dzisiaj ta sama Gazeta ubolewa (Balcerowicza skruszonego nie słyszałem), że sektor bankowy rozsprzedano, przez co Polska jest narażona na ataki spekulantów i arbitralne decyzje zarządów banków - matek, których siedziby mieszczą się za granicą. Cierpimy na odpływ kapitału.
Zwrot w retoryce neoliberalnego organu zawdzięczamy tegorocznej fazie ostrej kryzysu. Warto wiedzieć kto w latach 90. kasandrycznie bronił polskości instytucji finansowych i kto z dramatycznego ton obrońców polskości szydził. Tusk "rozumie", ale giełdę sprzedał.
Bliżej repolonizacji banków
Przez dziesiątki lat lewica brzydziła się międzynarodową przemocą. Nieco obsesyjne ilustrowanie bezsensu wojny przez literaturę, film i teatr traumą weteranów wojennych, dramatem ofiar napaści i tępotą polityków ustąpiło z wkroczeniem Amerykanów do Iraku i Afganistanu. Także w prasie rzadko porusza się przykre fakty: samobójstwa żołnierzy czy błędy akulturacji na podbijanych terytoriach.
Wyobrażacie sobie pokolenie dzieci kwiatów - mantrujące niegdyś zwrotki o pokoju i zgodzie między narodami - jak agresywnie śledzi na monitoringu Pentagonu dobijanie bin Ladena i konsumuje kolejny roponośny kąsek Afryki na drodze brutalnej, podstępnej wojny? Pobyt w pokoju dla vipów obserwujących poczynania komandosów ekscytował Hillary Clinton i Baracka Obamę równie silnie, co nastolatków manipulujących konsolą do gier komputerowych. Może nawet wciskali te same guziki sygnalizujące żołnierzom komendę zabij.
W 2011 r. jeden z najbardziej emancypowanych krajów muzułmańskich, który w traktowaniu kobiet, wolności religijnej czy redystrybucji dóbr służył wzorem najważniejszemu sojusznikowi USA na Bliskim Wschodzie, poległ. Za spust pociągnął min. prezydent demokrata. Libię zgubiła niechęć do dzielenia się swoją ropą.
Wpadkę Murdocha można by uznać za zabawną, gdyby nie fakt, że inwigilacja koncernu była rozciągnięta na polityków. I gdyby nie to, że praktyka nacisku na polityków jest powszechna we wszystkich wielkich koncernach medialnych.
To one filtrują informacje nadając im znaczenie, pozbawiając treści albo eliminując z pola debaty społecznej. Bogu dziękować, jeśli na rynek medialny przebija się choć jedna nutka różna od propagandowego chorału. Kłamać wtedy trudniej. Choć i tak wielkie gazety i telewizje mogą sobie pozwolić na modelowanie rzeczywistości wbrew niszowym przekazom, czego próbkę w dzień niepodległości dostarczyła nam zasłużona stacja TVN24. 20-tysięczna manifestacja skurczyła się w jej transmisji do oderwanych od całości fragmentów.
Korporacja anglosaskiego magnata uchyliła rąbka tajemnicy władzy zdemaskowanej i wciąż święcącej tryumfy. Adresaci tych kłamstw i zbitek informacji są uzależnieni od rozrywki, jak od morfiny. Dlatego zapewne pierwsze co robią korporacje - prócz ustanawiania tzw. demokracji - to regionalna koncentracja mediów, które ostrzałem szafują cywilnym życiem wrogów swoich właścicieli słusznie licząc na gasnącą w tempie arytmetycznym niską refleksyjność masowego odbiorcy.
Przed rokiem 2011 globalizację postrzegaliśmy dialektycznie. Mówiono o jej dobrych i złych stronach. Mało kto zajmował się ubocznym skutkiem: koncentracją kontroli nad międzynarodową współpracą. Z perspektywy końca tego roku widać, jak groźną bronią jest izolacja zbuntowanych prowincji albo włączanie ich, na określonych warunkach, w orbitę przywilejów. Na świecie pozostały tylko dwa kraje cieszące się większą od innych zewnętrzną niezależnością: Chiny i Rosja.
W bajce Andersena dziecko ogłasza nagość króla. Miesiąc temu na łamach "New York Times" ukazał się artykuł, w którym podobną oczywistość powiedziano o euro. A dużo wcześniej zrobił to polski "Nasz Dziennik", co nieprzyzwoicie wspominać; przecież to faszyści.
Pieniądz, aby był konstruktywny, musi być akomodowany do lokalnego rynku. Wymaga tego wrażliwość miejscowej koniunktury. Euro dla zróżnicowanych gospodarek jest łańcuchem spinającym alpinistów.
Waluta wspólna, dla tak wielu i różnych krajów, powinna być poluźniona i elastyczna, żeby nie ciągnąć za sobą tych, którzy idą wolniej albo nie opóźniać tych, którzy wspinają się żwawiej. Pomysł na sztywny kurs monetarny oderwany od rzeczywistości lokalnej, tak jak uniwersalny fiskalizm jest raczej narzędziem kontroli niż rozwoju.
W układzie przewidzianym dla Europy jedno ogniwo zaraża kryzysem drugie. Można było tego uniknąć nie tylko przez ustanowienie systemu nadzoru nad zadłużaniem się poszczególnych krajów. Także system bezpieczeństwa walutowego zagwarantowany przez poszanowanie rozbieżności poszczególnych gospodarek i ich potrzeb monetarnych skutecznie zahamowałby pożar eurolandu. Komuś nie chciało się o tym pomyśleć.
Miejmy nadzieję, że nie był to skorumpowany polityk oddający dzisiejszym wierzycielom dalekowzrocznie zaplanowaną usługę. Rzecz jasna na treść euro składają się plusy i minusy. Dotarły do nas z całą wyrazistością mankamenty europejskiego monetaryzmu.
Zatajanie informacji przed społeczeństwem, zagwarantowane prawnie, szokuje niemniej, niż kompletna inercja mediów preferujących tematy typu brzydki chłop przebrany za kobietę - Ania Grodzka w sejmie.
Z zewnątrz wygląda to tak, że Tusk dąży do wyjęcia spod kontroli społecznej "wszystkich tych cholernych prywatyzacji", oddania znakomitych kąsków z centrów miasta pod budowę hipermarketów, albo darowania koncesji na "łupki". Polityk napędza koniunkturę korupcji - która faktycznie rośnie - a zajęte ważniejszymi sprawami ("dupą Maryny") media są z nim w zmowie. Korupcja korupcję goni, i chroni.
Za zezwolenie na poszukiwania tylko na jednym obszarze w rejonie miejscowości Nowy Pazar na północy Bułgarii amerykański koncern Chevron zaoferował 30 mln euro. Polski rząd za ponad 100 koncesji na poszukiwania w naszym kraju otrzymał od firm energetycznych w sumie tylko 30 mln złotych.
"Wszystko może stawać się 'ważną informacją gospodarczą', która nie będzie ujawniana", łącznie z reglamentowaniem za bezcen złóż
gazu łupkowego. Jak tu nie wierzyć profesorowi K. Jasieckiemu?
Krzysztof Jasiecki
Jeśli ktoś ma długi, niepoważnie traktuje rodzinę i chachmęci w zeznaniach podatkowych to może sobie straty moralne i materialne doskonale powetować w polityce. Wystarczy, że się pożeni z Piotrem Tymochowiczem, który z Leppera zrobił trybuna ludowego.
PR fachowca zaczaruje cię, w kogo chcesz, na przykład w sprzymierzeńca młodzieży, równego gościa komunikującego się żywym, plastycznym językiem, który da ci to co lubisz najbardziej. Jeśli nie patrzysz na ręce korporacjom skłonnym puścić naród z torbami. Jeśli rozmiatasz wokół iskry populizmu dokładając klerowi. Jeśli promujesz alternatywne wzorce rodziny to… staniesz się ulubieńcem mediów. Przemilczą potknięcia. Wydobędą silne strony osobowości. Możesz spać spokojnie do końca kadencji. Elektorat niech głupieje dalej.
Mimowolne wpadki, grubymi nićmi szyte manipulacje, arogancka gra w otwarte karty przyprawiają o zawrót głowy. Można być autentycznie zszokowanym zawaleniem się "systemu" - wyczerpaniem paradygamtu neoliberalnego. Nie chcę wiedzieć, jaka dawka adrenaliny czeka nas w 2012.
Odsłon: 323 Komentarzy: 3
Saturday,24 December 2011,10:42
Kategoria: Fronda Saturday, 24 December 2011, 10:42
Konfrontując opinie (było ich więcej, ale ograniczę się do dwóch zasadniczych) abp. Nycza i Krzysztofa Ziemca sięgamy do Kościoła ewangelizującego, mimo tego, że są to zdania odrębne. Jeden apeluje: Nie kąsajmy się wzajemnie. Kościół jest domem wielu środowisk. Drugi sugeruje, że w tym domu obecność powinna być uzgodniona z pewnymi zasadami.
Umocowany w ocenie Kościoła przez doświadczenie wpływu społecznego telewizji (TVN i TVP) dziennikarz przestrzega przed duchownymi, którzy neutralizują chrześcijańskie przesłanie.
"Profanacje chrześcijańskich świętości są dziś w polskich mediach na porządku dziennym. Chrześcijanie nie potrafią się przed tym bronić, a niektórzy księża rozmywają te bluźnierstwa, osłabiając chrześcijańską opinie publiczną."
Publicysta odnosi się wprost do "wielu medialnych przedstawicieli świata chrześcijańskiego, którzy udają, że nic się nie stało, że tego nie ma. Nie mówiąc niestety także o księżach, którzy czasami uderzają w tony relatywizujące, rozmywające bluźnierstwo. " A to "osłabia chrześcijańską opinię publiczną".
W świetle tych wniosków kardynał Nycz jakby trzymał miejsce w Kościele dla rozmywających opinię chrześcijańską. Na pewno nie wykluczałby nikogo i wydaje się, że nie byłby skłonny do dyscyplinowania. Mało tego. Duchowny uważa, że takie środowiska jak Znak, Więź, Tygodnik Powszechny mają do odegrania ważną rolę formacyjną. Mogą kształtować zastępy świeckich, którzy zaangażują się w politykę i na których Kościół będzie mógł w przyszłości liczyć. (- Szeregi "piątej kolumny" miałyby zawrotnie rosnąć dla dobra Kościoła? Tego chce kardynał? - zastanowi się niejeden podejrzliwy, zrażony, może zraniony przez Hennelowe, Kozłowskich, Szostkiewiczów konserwatysta.)
"Ekstremizmy" uzupełniają się, co podoba się hierarsze. Kościół otwarty jest jednak kreatywny (płodny) do pewnego stopnia. Jak wysoki to próg? Ziemiec sufluje: pomieszania w świadomości katolików. Przekaz niejednorodny bywa nieskuteczny, choć nie jest to żelazna reguła. Jeżeli dylematy redakcji utożsamiamy ze stanowiskiem Kościoła albo niewypracowaniem takiego to wskazuje, że sposób wyrażania wątpliwości przez katolickich intelektualistów z TP, Więzi albo Znaku jest wysoce szkodliwy i zasłania będącą punktem orientacyjnym dla Ludu Bożego odpowiedź biskupów.
Praktyka pokazuje jednak, że tak nie jest, że co najwyżej skrajne opinie z lewej strony zderzają się z frontem pozamainstreamowych (nie masowych) środowisk katolickich, jak Fronda, które w medialnym lustrze przeglądają się zbyt obsesyjnie. Dziecinny błąd każdych elit, nie tylko katolickich. Czy nie widzą siebie o wiele za dużo? Cz przeciętny katolik wie o ich istnieniu?
W konflikt wchodzą dwie wyrafinowane percepcje różnie prognozujące próg wrażliwości wiernych. Zdaniem Frondy perory "liberałów" obciążają katolicyzm. Boniecki i jemu podobni narzekają na zaduch i chcieliby przewietrzyć pomieszczenia, w których katolicy są stłoczeni. W przekonaniach ekskluzywnych publicystów nierzadko czai się żądza przywłaszczenia masowego katolicyzmu, który - było nie było - wiele lepiej rozumieją biskupi, z duszpasterskiej perspektywy. Dziennikarze jednak uparcie twierdzą co innego, że to duchowni oddzielili się murem od masowego katolicyzmu. Mówią to jedni i drudzy - z Tygodnika i Frondy.
Dla przeciętnego katolika wypowiedzi ks. Bonieckiego z ambony "Kropka nad i" są relatywne. Katolik mainstreamowy (masowy) raczej kojarzy swoich biskupów i wie, że Kościół jest bardziej stonowany i określony, aniżeli ten nachalnie propagowany w TV. Nawet Platforma Obywatelska, która chętnie wykorzystuje niesnaski wewnątrzkościelne rozróżnia oficjalne stanowisko Kościoła od epizodycznego. Które - jakkolwiek by nie patrzeć - jest potrzebne i nie powinno być usuwane z agory pod takim pretekstem jak wyimaginowana silna struktura obrończa Kościoła rzymskokatolickiego. Obawy Ziemca, Terlikowskiego i innych nie zobowiązują biskupów do odcięcia się od jednej elitarnej grupy katolików na rzecz przyłączenia do innej. Fronda dla Nycza może być tym samym, co Tygodnik Powszechny dla Michalika.
Nie jest powiedziane, że stan spokoju (według mojej i abp. Nycza oceny) nie przeminie i w jakichś innych okolicznościach będzie konieczne skierowanie do ks. Bonieckiego rozsądnej prośby o zamilczenie. Aby tylko nie nadużywać stanu wyjątkowego. Niech włączanie czerwonego guzika nie stanie sie nawykiem w debacie, której konieczność jest nagląca. Zamykanie ust przeciwnikom bardziej zaszkodzi czystości dyskursu wewnątrzkatolickiego, niż masowemu katolicyzmowi fajerwerki odpalane przez Bonieckiego lub Sowę u Moniki Olejnik.
Warto zaufać księdzu arcybiskupowi. Ma ogromne doświadczenie wyniesione z Krakowa, gdzie nie urażając nikogo "lawirował" między Unią Wolności i AWS-em. Za co należy mu się medal z dyplomacji. Wystarczy zapytać któregokolwiek z radnych krakowskich za kadencji prezydenta Lasoty. Otwartość, umiejętność słuchania i dialogu jest potrzebna Kościołowi jak nigdy dotąd. Ze strony katolików oddziałują dziś na politykę rządową Joanna Mucha i Jarosław Gowin. Nie o pragmatyzm tylko chodzi. Na posunięcia metropolity Warszawy należy patrzeć głębiej. Środowisko Więzi (i in.) jest dla Kościoła szansą dotarcia do PO i formowania klasy politycznej. Pozostali biskupi stawiali na PiS i się pomylili, co może skutkować konfrontacyjnym tonem na linii partia rządząca – episkopat. Teraz, kiedy prawica się kłóci a jej lider popada w paranoję Kościół szukać powinien nowych dróg ewangelizowania polityki redukując ryzyko jej sekularyzacji. W tym duchu działa część episkopatu.
Skoro Kościół jest domem dla różnych środowisk niechby Kardynał pofatygował się z opłatkiem także do Radia Maryja. Portal Fronda mógłby przekazać kawałek swojej komunikacji księdzu Bonieckiemu. Ciekawa byłaby wyważona z nim debata. W tę noc dajemy głos zwierzętom a przy wigilijnym stole miejsce nieznajomym przybyszom…
Dziennikarze boją się, bo mają kredyty
http://info.wiara.pl/doc/1035299.Ziemiec-Dziennikarze-boja-sie-bo-maja-kredyty
Formacyjna rola „Więzi” jest nadal aktualna
http://ekai.pl/wydarzenia/polska/x49462/formacyjna-rola-wiezi-jest-nadal-aktualna/
Odsłon: 437 Komentarzy: 3
Friday,12 August 2011,10:52
Kategoria: Fronda Friday, 12 August 2011, 10:52
W dzienniku "Rzeczpospolita" ukazał się tekst Tomasza Terlikowskiego, w którym redaktor naczelny "Frondy" odnosi się do zakazu wypowiedzi dla ks. Bonieckiego. Budzi mój sprzeciw warunkowanie powodzenia misji Kościoła takim zakazem.
"Środowisko Tygodnika Powszechnego nie może się szczycić absolutną lojalnością wobec Jana Pawła II" - z tym się zgadzam. "Polemika z Kościołem hierarchicznym - kolejna teza artykułu Tomasza Terlikowskiego - burzy jego wizerunek i osłabia skuteczność jego oddziaływania". Ta jest nie do przyjęcia dla kogoś rozumiejącego problemy współczesnego Kościoła. Publicysta posuwa się jeszcze dalej: - postawa księdza Bonieckiego uniemożliwia publiczne zaistnienie Kościoła we właściwych proporcjach - uważa.
Powiedziałbym, że jest odwrotnie. W całościowej strategii komunikacyjnej Kościoła (której brak - oczywiście) musi się znaleźć miejsce dla lewicy, rozumianej politycznie i eklezjalnie. Mówiąc politycznie mam na myśli konieczność dialogu i jakiejkolwiek relacji z takim ewenementem jak Ruch Palikota.
Tygodnik Powszechny został zepchnięty na peryferia nie dlatego, że pisali w nim ludzie powątpiewający w słuszność linii dyktowanej przez Watykan. Skuteczność Tygodnika i przekładanie jego pomysłów na konkretne rozwiązania polityczne (np. aborcja, krzyż w koronie) śmiertelnie zaniepokoiła hierarchię i wypchnęła zasłużone czasopismo z parafialnych stoisk.
To samo można powiedzieć o przyczynach niepokoju Terlikowskiego. Kościół proponowany przez Frondę ma być przede wszystkim skuteczny. Głosowania sejmowe powinny przebiegać według planu założonego przez katolików zaangażowanych w obronę ludzkiego życia, tradycyjnego małżeństwa czy krzyża.
Mnie natomiast ekscytuje nie tyle wynik głosowania, które, powiedzmy szczerze, są wtórne do stanu świadomości, ale intelektualna konfrontacja, rozumowe ważenie za i przeciw.
Droga do uczciwej debaty, w której każdy może zabrać głos, wiedzie dzisiaj nie inaczej jak przez coś na kształt marketingu, bo tak współczesna demokracja liberalna ukształtowała sobie agorę. Źle to, czy dobrze - nieważne. Taki stan rzeczy mamy. Ludzie porozumiewają się ze sobą z pomocą speców od public relations - to taki dzisiejszy kod, sygnalizacja zrozumiała dla zinfantylizowanego elektoratu. Czy jednak słusznym posunięciem jest odbarwianie języka Kościoła i redukowanie go do spójnego, oczywistego systemu?
Po pierwsze nie zgadzam się z takim pomysłem przez wzgląd na immanentną naturę Ludu Bożego i sens teologii. Po drugie nie zgadzam się z takim punktem widzenia, ponieważ wcale tak spójna taktyka nie pomnoży skuteczności Kościoła.
Jedność Ludu Bożego nie polega na zajmowaniu jednego stanowiska we wszystkich sprawach. Poszukiwanie Królestwa Bożego na ziemi opiera się na miłości do Jezusa Chrystusa, który ogarnia wszystkich ludzi. Kościół ustami biskupów musi być czasami sztywny. Ich oświadczenia zawierają zasadę: tak - tak, nie - nie. Ale Kościół teologów i duszpasterzy może i powinien być elastyczny i dialogujący. (Rodzi się pytanie o destrukcyjną tendencję do klerykalizacji laikatu, kóry miast przemieniać świat od wewnątrz, jak drożdże ciasto staje do nieustającej wojny i poszukuje w świecie wrogów. Czy to nie uboczny skutek mylnego uświęcania własnej podmiotowości politycznej?). Stanowisko księdza Bonieckiego w sprawie sejmowego krzyża było próbą zbliżenia się do ludzi myślących w innych kategoriach światopoglądowych, niż większość biskupów. Odcięcie się od dialogu i obrażanie - przykładowo - na niedoświadczoną politycznie młodzież to ślepy i niebezpieczny zaułek, w którym Kościół znajdował się wielekroć w swojej historii i zawsze ze szkodą dla ewangelizacji.
Bierzmy przykład z rabinów. Zawsze wśród tego egzotycznego dla nas grona znajdzie się ktoś odmiennego, niż reszta, zdania. Dzięki temu Żydzi mogą powiedzieć: nie wszyscy tak myślimy, jesteśmy różni. A to znaczy, że nie możemy Żydów wkładać do jednego worka i obrażać się na cały naród wybrany.
Ksiądz Boniecki wie, kto jest głową w Ciele Chrystusa. Jest doświadczonym i mądrym kapłanem, który uchylił furtkę zbuntowanym owieczkom. Nie zamykajmy tej furtki i pozwólmy dalej przez nią zapraszać ludzi "z drogi" do wnętrza Kościoła, tak jak to robi kontrowersyjny marianin. Nie ma to nic wspólnego z podwójną lojalnością czy tym bardziej moralnością.
Incydent z Bonieckim nasuwa mi kolejne skojarzenie. Gdyby nie wachlarz nastrojów politycznych w episkopacie, kto mógłby w klimacie życzliwości i nie zacietrzewienia dialogować z obecnym rządem i uzyskać możliwie najlepszy dla episkopatu kompromis?
A będzie gorąco. Związki partnerskie, in vitro, finasowanie Kościoła niecierpliwią rządową agendę. Obok zasadniczego tonu potrzebna będzie w przedstawieniu racji Kościoła postawa otwartości.
W sztywności (nie mylić z odejściem od zasad) proponowanej Kościołowi przez Terlikowskiego upatrywałbym porażkę katolików świeckich, którzy nie potrafią uformować zwycięskiej formacji politycznej w społeczeństwie w 90 procentach katolickim.
Przyznam, że boję się sytuacji, w której jedynym wiernym oparciem hierarchii będą ludzie pokroju Frondy. "Katoprawicy" brakuje lekkości. Jest ciężkawa, nieatrakcyjna i niebłyskotliwa. Zamiast zaprezentować argumentację mądrzejszą od tej, którą szermuje Boniecki wyzywa adwersarzy od lewaków. A z takiej pogardy dla przeciwników nic dobrego nie wyrośnie. Nie chciałbym Kościoła na jej wzór.
Pożytek z Bonieckiego jest taki, że możemy odnaleźć wreszcie mądre i niepodważalne uzasadnienie swojego stanowiska, któremu żaden marketing nie zaszkodzi. Ale bez dialogu z Bonieckim i "lewakami" jest to niemożliwe.
Wierzę w rozum (dał go nam Pan Bóg, żebyśmy go używali) i w prawdę. W marketing oczywiście też. Ale nie zastąpi on zaplecza intelektualnego, którego brak jest podstawową bolączką prawicy i polskiego katolicyzmu. (Równie absurdalne jest monopolizowanie katolickiej inteligencji przez Tygodnik Powszechny, ale czy ta w wydaniu Frondy i Rzeczpospolitej jest wystarczająco głęboka?). Sekowanie Bonieckich tylko pogłębia ten przykry stan rzeczy.
Z tych samych powodów bronię Radia Maryja, któremu Tygodnik Powszechny i Gazeta Wyborcza odmawiają prawa do życia w obecnym kształcie, bo - jakże inaczej - szkodzi to Kościołowi.
Dopóki Radio Maryja i Tygodnik Powszechny stanowią swoiste ekstremum niewpływające znacząco na kurs głównej masy katolickiej uznaję ich odziaływanie za przejaw zdrowej demokracji w Kościele, której owocem jest przygarnięcie i dialog z ludźmi w pewien sposób przez Kościół zaniedbanymi lub na tyle trudnymi, że oficjalne ich powitanie w głównej nawie byłoby dla episkopatu nieco kłopotliwe.
W opinii Piotra Żyłki z Deon.pl zawarta jest cała masa argumentów, które rewersowane mogą posłużyć obrońcom Tygodnika Powszechnego. I to jest paradoks. Zaoszczędzę sobie czasu na pisanie. Odsyłam Tomasza Terlikowskiego do artykułu "Demonizowanie Radia Maryja" versus "Demonizowanie księdza Bonieckiego".
Marketing społeczny, PR, komunikacja itd. są ważne dla Kościoła, ale nie najważniejsze. Nie stoją ponad tajemnicą Ludu Bożego, koniecznością wewnętrznego dialogu i intelektualnego fermentu. A jeśli jest inaczej to nie mówmy o Kościele. Będzie to wtedy kościelna instytucja. Żeby nie być zrozumianym źle. Proszę o zastanowienie się nad rozkładem akcentów. Tak samo jak red. Terlikowski sądzę, że Kościół albo popracuje nad swoim wizerunkiem, albo zniknie praktycznie z pola debaty społecznej. Punktem wyjście dla tych działań społecznych powinna być - w moim odczuciu - rozsądna otwartość, której kontestatorski styl sprzyja, ponieważ zmusza nas do zracjonalizowania ortodoksji. W ten sposób odnalezione odpowiedzi zapewnią Kościołowi sukces, wcześniej czy później. Zasłanianie indolencji intelektualnej zwieraniem szyków nic nie pomoże.
Demonizowanie Radia Maryja
Dorabianie gęby Kościołowi
Odsłon: 386 Komentarzy: 28
Marcin
Analityk z wyczuciem religijnym i społecznym. Krytyk mesjanizmu materialistycznego.
Monday, 14 May 2012
Sunday, 20 May 2012
Wednesday, 05 December 2012
