Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

100 Minut Wojny

Kategoria: Film Thursday, 05 January 2012, 07:32

Film wchodzi ponoć na ekrany polskich kin, a w krajach socjaldemokratycznych sprzedaje się na DVD spod lady. Właśnie wczoraj udało mi się zdobyć egzemplarz "5 Dni Wojny", obszedłszy kilka sklepów gdzie film był wycofany ze sprzedaży - dosłownie tak sprzedawcy to ujęli - w końcu przekonałem jednego z nich do przyniesienia wycofanej ze sprzedaży płytki i tak oto zapoznałem się z treścią.

 

"5 Dni Wojny" opiewa rosyjską napaść na Gruzję w 2008 roku z perspektywy amerykańskich dziennikarzy wojennych. Akcja toczy się wartko wśród pięknych a także postsowieckich pejzaży Gruzji. Wzrusza naturalnie, gdyż większość z nas pamięta ten gwałt i bohaterską postawę naszego ś.p. prezydenta, który własną piersią zatrzymał moskiewską nawałę.

 

Film jest bezcenny bo pokazuje, że mała Gruzja walczyła u boku Amerykanów w Iraku, że w ogóle istnieje i, że ma najstarsze kościoły na świecie. Żołnierze gruzińscy błogosławią swych rozmówców, a jeden z oficerów opowiada jak to św. Jerzy (uwaga! Georgius - Georgia!) dał się zabić za Prawdę choć tęgim legionistą rzymskim był. Jednak polskie oko wyszukuje polskiego wątku, który wydaje się najważniejszy w tej krótkiej wojnie, i nic... Mimo, że Lech Kaczyński został uznany bohaterem narodowym Gruzji, a jego imieniem nazwano niejedną gruzińską ulicę widzimy w ostatniej minucie jakiegoś statystę i może przez dwie sekundy polską flagę (z dokumentalnych filmów pamiętam, że polskich flag w Tyflisie powiewało tyle co gruzińskich), powiewają za to estońska, litewska, łotewska, ukraińska, a prezydent Sarkozy jest obok prezydenta Busha wymieniany conajmniej trzy razy. Wiem, że w kinowej wersji dla Polaków dodano dokumentalne wstawki, ale w socjaldemokratycznym, tzw. zachodnim kraju ich nie ma...

 

Rupert Friend (ks.Albert w "Młodej Wiktorii" i Mr.Wickham w "Dumie i Uprzedzeniu") jest doskonały! Andy Garcia, wyczekiwany w opóźnionym filmie o Kristiadzie, zagrał prezydenta Micheila Sakaszwilego bardzo pięknie, w jednej ze scen bawił się też krawatem, co znamy z rosyjskiej propagandy. W filmie pojawia się też Val Kilmer, znany z westernu "Tombstone", komedii "Top Secret" i kultowego filmu fantasy "Willow", niestety nie dość, że bardzo się spasł to gra płytko i nieciekawie, szkoda. Wiele scen kręconych jest techniką video jak "Szpital na Peryferiach" i niestety nie dodaje to dokumentalnego charakteru podobnie jak amatorska muzyka gruzińska. Największą wadą filmu są jednak role rosyjskich oficerów. Aleksandr Demidow grany przez chorwackiego aktora przypomina sympatycznego i mądrego Kotowa ze "Spalonych Słońcem", a psychopatyczny Danił, znany w Skandynawii Fin Mikko Nousiainen, pociąga całą antypatię do najmitów tej wojny. Danił jest kozakiem, po rosyjsku mówi twardo jak Ukrainiec (albo Karelczyk) i przesłanie staje się jasne - za bestialstwa, których widzimy kilka, są odpowiedzialni obcy, kondotierzy. Danił ma na ramieniu wytatuowaną kozacką podkowę, prosto z herbu Waldemara Kuchty. Przyznam, że mimo boleści po Wołyniu i banderowcach odczułem spory niesmak oglądając tę postać.

 

Roli Polski w zatrzymaniu wojny nie widać, z Ukraińców zrobiono bandytów, Rosjanie to miłe dziadki i młodzież, która nie chce wojen - helikoptery i odrzutowce są przecież odczłowieczone. Jedyną wartością filmu jest pokazanie światu, że istnieje Gruzja i, że żywi nadal Putin z Medwiedewem są zdolni do burdy.

 

Na koniec mam pytanie do braci Gruzinów: czy pomnik Stalina w Gori nadal stoi? We filmie pojawia się z pięć razy razy. A jeśli tam stoi to pa majemu, św. Jerzy Wam nic nie wymodli. Dobranoc.

 

"5 Days of War" (USA 2011), reż. Renny Harlin

Odsłon: 202 Komentarzy: 7


Święty od pistoletów

Kategoria: Kościół Monday, 27 February 2012, 12:06

Św. Gabriel Possenti od Matki Bolesnej

 

Urodził się w Asyżu jako Franciszek dnia 1 marca 1838 roku i tuż po narodzinach ochrzczony został w tej samej chrzcielnicy, w której chrzczeni byli śś. Franciszek i Klara. Był jedenastym z trzynaściorga dzieci w zamożnej rodzinie szlacheckiej i choć niektórzy jego bracia i siostry umarli w dzieciństwie, wyrastał w atmosferze dobrobytu, pobożności i wysokiej kultury. Gdy miał cztery lata umarła mu na zapalenie opon mózgowych mama, Agnieszka z Frisciottich. Wkrótce później jego ojciec Sante otrzymał awans na wicesędziego w Spoleto, wreszcie mieli osiąść po licznych podróżach po Państwie Kościelnym gdzie pan Sante Possenti pełnił liczne funkcje prawnicze.

 

Młodziutki Franciszek uwielbiał sport a w szczególności polowanie. Najbardziej lubił strzelać do drobnego ptactwa, co było niemal narodowym obłędem Włochów w tym czasie. Gdy ojciec zabronił mu używania broni palnej Franciszek zaczął używać procy. Skończył szkołę pijarów i rozpoczął naukę w kolegium jezuickim w Spoleto. Był dobrym uczniem, ale dość niesfornym.

 

Był przystojny, inteligentny i mając tego świadomość niebywale próżny. Zawsze najmodniej ubrany, wielbiący taniec i teatr, świadomy swego urodzenia czarował młode mieszczanki niewinnie, ale wystarczająco, by przyjaciele zaczęli mówić na niego il damerino - bawidamek.

 

Nim zakończył edukację rozchorował się poważnie. Przyniesiono mu wówczas relikwie św. Andrzeja Boboli, przy nich w zamian za uzdrowienie postanowił poświęcić swe życie Bogu. Naturalnie sądził, że powinien zostać jezuitą, ale po wyzdrowieniu zwlekał ze wstąpieniem do Towarzystwa Jezusowego, w końcu prosił ojca o błogosławieństwo na wstąpienie do pasjonistów. Ojciec powiedział nie.

 

W tym czasie z trzynaściorga rodzeństwa żyła tylko szóstka, w tym ksiądz, żonaty i dwójka studiująca z dala od domu. Będąc grubo po sześćdziesiątce, ojciec chciał zatrzymać dwoje najmłodszych w domu jak najdłużej. Ze względu na wierność ojcu i szacunek dla niego Franciszek pozostawał przy swym dawnym życiu nadal. Tak się też działo, że córka przyjaciół rodziny, Maria Pannechetti, była już traktowana przez rodziców jak jego narzeczona. Młodych wiązała jednak tylko i wyłącznie przyjaźń.

 

W 1855 roku znów ciężko zachorował i odnowił swój ślub. Jego ukochana siostra Maria Luiza zmarła z powodu epidemii cholery w tym samym roku. To wywołało w młodzieńcu jeszcze silniejsze pragnienie wstąpienia do zakonu. Gdy wyzdrowiał wszyscy zamarli na jego decyzję o wstąpieniu do pasjonistów. Prowadzony przez Matkę Najświętszą i swych jezuickich profesorów wysłał list do prowincji Congregatio Passionis Iesu Christi - CP. Odpowiedź, którą do niego przyszła ukrył ojciec...

 

Czekając dłuższy czas Franciszek postanowił udać się do nowicjatu pasjonistów w Morovalle pod Maceratą. Zakon założył św. Paweł od Krzyża w 1725 roku. Ojciec wyraził zgodę, ale w asyście posłał z nim starszego brata, Alojzego, który był dominikaninem. Gdy zbliżali się do klasztoru Franciszka zaczęły dręczyć wątpliwości czy zostanie przyjęty, ale gdy mistrz nowicjatu przywitał ich słowami “Jużeśmy stracili nadzieję, że was zobaczymy” obaj bracia zrozumieli, że ojciec zataił przed nimi list.

 

Franciszka przyjęto 6 września 1856 roku, 21 września obłuczono go i nadano imię zakonne Gabriel, przydomek “Od Matki Bolesnej” (Gabriele dell’Addolorata) przyjął sam. Śluby złożył rok później 22 września i rozpoczął studia teologiczne.

 

Miał niezwykły dar zapamiętywania, nabożeństwo do Męki Pańskiej, Najśw. Eucharystii i do NMP Bolesnej. Powiadał “Codziennie miażdżę swą wolę, poddając się świętej woli Pana Jezusa Chrystusa.”

 

Życie religijne Gabriela było na wskroś wypełnione miłością, pokorą, radością w czynieniu pokuty i szczęściem, którym promieniował. Z zapałem prosił swego kierownika duchownego o pozwolenie na łańcuch, którym mógłby się przepasać, kierownik nakazał mu nosić łańcuch na odzieży, by wszyscy widzieli jak poważnie podchodzi do umartwienia. Współbracia nieraz natrząsali się z łańcucha, a on wszelkie uwagi cierpliwie przyjmował z humorem.

 

Na dalsze studia udał się w 1859 roku do klasztoru Isola di Gran Sasso wysoko w górach prowincji Abruzzi. Polityczna atmosfera Italii zaczęła się zagęszczać, wojna i upadek Państwa Kościelnego wisiały na włosku. Przełożeni uznali, że góry będą najlepszym miejscem dla nowicjuszy. W tym samym roku Wiktor Emanuel, król Sardynii i Piemontu przyłączył się do Garibaldiego i wojsko piemonckie zaczęło okupować Abruzzi. Ktoś dał znać, że żołdacy są w drodze do Isola by gwałcić, rabować i palić. Wiele rodzin uciekło więc do lasów.

 

Rektor ukrył skarby, a alumnom nakazał modlitwę w kościele, by miasteczko oszczędzono. Żołdacy z łatwością rozbili oddziałek milicji broniący Isoli i zaczęli plądrowanie. Gabriel zamiast lęku wypełniony został gniewem na tę niesprawiedliwość i otrzymawszy zgodę pobiegł do miasteczka. Zastał tam ponad 20 żołnierzy, którzy podkładali ogień pod domy.

 

Widząc jak jeden z Piemontczyków wyciąga spłakaną dziewczynę za warkocze z domu, Gabriel doskoczył do niego i wyjął mu z kabury rewolwer. “Puść ją natychmiast!” krzyknął, a innemu żołnierzowi wydał zwyczajnie rozkaz “Rzuć broń na ziemię, ale już!” co ten uczynił. Wrzask zaalarmował jednak innych. Gdy wszyscy się zbiegli Gabriel nakazał im rozbrojenie. Komendant w randze sierżanta roześmiał się jednak i zaczął żartować z młodzianka w habicie, który chce rozbroić całą kompanię wojska. Wtem na ulicę wpełzła jaszczurka, dawny talent łowiecki obudził się w świętym, nie bacząc nawet w jej kierunku wypalił odstrzelając jej łeb. Wymierzył teraz w sierżanta i powtórzył rozkaz. Żołnierze w szoku po celnym strzale w łeb żyworódki rzucili broń na ziemię natychmiast.

 

“Opróżnić kieszenie!” krzyknął Gabriel, Piemontczycy oddali wszystko co zrabowali. Trzymając sierżanta na muszce zmusił też jego podkomendnych do ugaszenia podłożonego ognia w niektórych domach, po czym odprowadził ich na rogatki.

 

“Na kolana i modlić się!” żołnierze uklękli ze swoim sierżantem, niejeden zapłakał. Odmówili pacierz, po którym młodzieniec nakazał “A teraz biegiem precz stąd!” pobiegli rozbrojeni przez jednego mnicha przez pola, jak najdalej od Isola. Wdzięczni mieszkańcy odnieśli bohatera do klasztoru na rękach śpiewając i coraz podrzucając go do góry.

 

Niestety zdrowie Gabriela gasło, w 1860 roku nabawił się gruźlicy. Wszelkie cierpienia związane z gruźlicą ofiarował za ateistów. Przełożeni, wierząc, że to pomoże jego płucom, posyłali go na hale do pasterzy, albo w wyżej położone wioski do nauki góralskich dzieci. Lubił swą służbę, a górale kochali go jak swego. W wieku 23 lat zakończył studia i odbył podróż by przyjąć tonsurę i cztery święcenia niższe na lektora, akolitę, egzorcystę i hostiariusza.

 

Po tej podróży rozpoczęło się jego konanie. Pluł krwią, miał nieustanny ból głowy. Nie widząc go w stallach wierni dopytywali o niego, a dowiedziawszy się o chorobie przynosili masło, jajka, śmietanę i mięso. Obronił ich, a teraz oni chcieli obronić jego, tak jak mogli... Jego współbracia nie rozumieli nawet jak cierpi, bo przez cały czas dopisywał mu dobry humor. Gdy jeden z nowicjuszy miał nad nim czuwać w nocy, Gabriel przepraszał go, że nie pośpi z powodu kaszlu, a nazajutrz uprosił rektora o to by nowicjusz mógł odespać w ciągu dnia.

 

Nad ranem 27 lutego 1862 roku zmarł wyniszczony chorobą w 24 roku życia, w szóstym roku w zakonie, w roku swych niedoszłych święceń kapłańskich. Pochowano go w bazylice pasjonistów w Gran Sasso. Niektóre jego pisma, w tym listy, wydano mimo iż zabiegał o niszczenie dokumentów swej świętości.

 

Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1891 roku w Terni. Rok później jego relikwie przeniesiono do klasztoru pasjonistów Madonna della Stella pod Spoleto. Tam działy się przy nich rozliczne cuda, tak iż jego kult eksplodował. Za jego wstawiennictwem została uzdrowiona z zapalenia opon mózgowych i gruźlicy rdzenia kręgowego prześliczna św. Gemma Galgani.

 

Św. Pius X dokonał beatyfikacji 31 maja 1908 roku (breve datowane jest na 3 maja). W uroczystości uczestniczyli jego przyjaciele, m.in. Maria Pannechetti, którą chciano z nim wyswatać, a także rodzeństwo i jego kierownik duchowny o. Norbert. Kanonizację planowano na rok 1913, ale sytuacja polityczna nie sprzyjała temu. Dokonał jej dopiero papież Benedykt XV w roku 1920. Kanonizowano go wraz ze św. Małgorzatą Marią Alacoque. Ojciec święty ukazywał go jako wzór dla młodzieży.

 

Jego wspomnienie obchodzi się 27 lutego, został patronem studentów, zwłaszcza seminariów i nowicjatów, patronem księży i działaczy Akcji Katolickiej, od 1959 roku jest patronem prowincji Abruzzi.

 

Jego relikwie są trzecim miejscem pielgrzymek Włochów, rocznie odwiedzanym przez ok. 2 miliony pielgrzymów, głównie młodzieży. Jego relikwiarz ozdobiony jest tysiącami wotów. W początkach marca, z okazji studniówki, odwiedzają jego grób maturzyści.

Odsłon: 398 Komentarzy: 9


Tadas Blinda - żmudzki Janosik

Kategoria: Film Thursday, 19 January 2012, 00:23

Dziś było mi dane obejrzeć największy jak dotąd nakręcony na Litwie film o żmudzkim bohaterze narodowym porównywanym do Robin Hood’a. Otóż dzieło Donatasa Ulvydasa (może powinienem pisać Donata Ułwida?), mimo mej otwartości na litewską kinematografię okazał się dość ciężkostrawny. Prócz pięknych pejzaży i ładnej muzyki dzięki którym nie uważam dwóch kinowych godzin za stracone uwagi nie przykuwa nic, prawie nic.

 

Na rok przed Powstaniem Styczniowym Tadas (Tadeusz) staje się mimowolnym bohaterem rebelii. Niewiele dowiadujemy się jednak dlaczego i jak, najważniejszymi wątkami są bowiem podli Polacy w carskiej armii i rezydent pana Gruiniusa przyprawiający mu rogi. Głównym oponentem Tadasa jest naturalnie Polak nazwiskiem Janek (właśnie w takiej formie!) Rasumowski, który podczas jazdy przez litewską puszczę wzdycha do swego moskiewskiego dowódcy «Litwo, Ojczyzno moja (to naturalnie po polsku), szkoda tylko że tu tylu Litwinów!». Scenarzysta nie wysilił się trawestując poprostu monolog Edwarda Długonogiego z filmu «Braveheart» - «Scotland, my land...»... Dziwię się, że zamiast zerknąć do polskiej książki telefonicznej scenarzysta wymyślił «polskie» nazwisko sam. Rosyjskim oficerom wyrywa się tu i ówdzie siarczyste «psia krew» czy «kur-a mać». Przyszło mi na myśl, że w następnym polskim filmie o II Wojnie Światowej SS-mani mogliby kląć po litewsku. Janek Rasumowski opowiada swemu moskiewskiemu dowódcy, że Polacy to naród królów i szlachty, a Litwini to chamy i chłopi. Ciekawe, bo w Polsce nigdy się z taką opinią nie spotkałem. Nie znam też nikogo, kto patrzył by na Litwę czy litewską szlachtę z góry, antagonizmy w ogóle nie przebiegają po tej linii. Gdy rosyjski oficer drze się na pana Gruiniusa, że jest przeklętym Polakiem i, że marzy mu się Rzeczpospolita Obojga Narodów  pan Gruinius odpowiada z dumą «Jestem Litwinem! I Litwa jest moją ojczyzną!». Pan Gruinius (najlepiej zagrana w tym filmie rola Vidasa Petkeviciusa) jest przykładem spolonizowanego arystokraty, jego żona i córka noszą nawet spolszczone imiona (Konstancja i Krystyna). Widzimy jednak jak dąży do korzeni, jak pielęgnuje swą litewską tożsamość.

 

Litewskie pejzaże puszczańskie cieszą oko, wystrój dworu Gruiniusów jest śliczny. Drewniane krzyże na skraju lasu i brzmienie świerszczy wywołują nawet jakąś łezkę w oku, ale cały czas coś jest nie tak. Mantas Jankavicius grający Blindę jest spięty i wielce się wysila. W filmie wygląda jak jaki rosły Butrym, ale choć pochodzi z Kiejdan sięga nam zaledwie do ramienia. We filmie jego towarzysz Maciej (Jokubas Bareikis) woła «Uratowałem ci dupę!» na co Blinda odpowiada wrzeszcząc «Bo ta dupa złota warta!». Nie znam na tyle litewskiego humoru by się wypowiadać, ale sala kinowa wypełniona Litwinami pękała ze śmiechu na widok rosyjskiego dowódcy, któremu lekarz usuwa ołowiane kule z pośladków... Humor dość egzotyczny, iście krzyżacki.

 

W retrospekcjach pojawia się ojciec Janka Rasumowskiego - Adam, zapijaczony polski renegat, szlachcic gardzący chłopstwem jak w sowieckiej propagandówce, ginie zasłużoną śmiercią w odmętach lodowatego jeziora.

 

I teraz myślę sobie, po co ten film miał tyle antypolskich elementów? Tadeusz Blinda walczył wedle legend w Powstaniu Styczniowym, był po jego upadku partyzantem na Żmudzi, ale skończył zlinczowany przez chłopstwo w Łuknikach. Chłopi rozłupali mu czaszkę na łuknickim rynku wiosną 1877 roku. Pochowano go pod płotem miejscowego cmentarza, obok samobójców. Ciekawe jak to się ma do mitu, że zabierał bogatym i dawał biednym. Bogaci go nie mordowali.

 

O Powstaniu we filmie ani mru mru, choć Rosjanie, lub Polacy w ich służbie, noszą mundury z lat 1860-tych. Reżyser zapytany przeze mnie o smutne polonica odparł tylko «To część litewskiej kultury»...

Odsłon: 511 Komentarzy: 13

Platon Kostecki "Modlitwa"

Kategoria: Poezja Thursday, 09 June 2011, 14:09

Pozwalam sobie przypomnieć postać o której dowiedziałem się przed kilkoma laty tu, na FF. Niestety wiele starych wątków zniknęło na dobre.

Zapomniany lwowski poeta, dziennikarz, którego nazwisko pojawia się najczęściej w kontekście sław pochowanych na cmentarzu łyczakowskim. Platon Kostecki (1832-1908) mawiał o sobie z dumą, że jest "gente Ruthenus, natione Polonus" łącząc w swej duszy i Ruś i Koronę, a w sercu wszystkie wierne ludy I Rzeczpospolitej.

Z braku dostępu do źródeł nie poznałem jego twórczości wcale poza "Modlitwą", modlitwą-wierszem napisanym po rusku (ukraińsku) tzw. łacinką. Łacinka była w XIX-wiecznych publikacjach ruskich używana bodaj częściej niż cyrylica. Ponoć ostatnia dyskusja na jej temat odbyła się w parlamencie kijowskim zaledwie przed dwudziestoma laty. "Modlitwę" czyta się dobrze, najlepiej na głos. Ponieważ raz po raz znika z sieci, albo pojawiają się jej źle przepisane fragmenty postanowiłem skorzystać z bloga i zawiesić ją ku pamięci, że duch I Rzeczpospolitej przeżył Powstanie Styczniowe i trwał... i trwa do dzisiaj.

 

Molytwa

 

Wo imia Otca i Syna

To nasza molytwa:

Jako Trojca, tak jedyna

Polszcza, Rus' i Lytwa.

Switiat' krowiu pobratani

Try rody welyki

Jak trojs'wicznyk na Jordani

U rukach wladyki.

Jedna w Boha Korolewa

Molyt' za namy

Z Czestochowy, Poczajewa

I z nad Ostrej Bramy.

Jednow my z'yjem nadijew,

Wspilnaja nam slawa,

Wsim zariwno mylyj Kijew,

Wilno i Warszawa.

Hej, krakows'ki dzwoniat' dzwony,

Switom holos czuty,

Z hrobow klyczut' Jahajlony,

Piasty, Korybuty:

Wo imia Otca i Syna

To nasza molytwa:

Jako Trojca, tak jedyna

Polszcza, Rus' i Lytwa.

Odsłon: 272 Komentarzy: 5


Teoria walenrodowska

Kategoria: Wydarzenie Monday, 25 July 2011, 13:02

Oczywiście brak zrozumienia dla bandyty z Oslo i wyspy Utøya można zamknąć w dwóch słowach - opętany, schizofrenik. Co jednak jeśli jego wyczyn ma inny sens? Wiemy, że przygotowywał się przez dziewięć lat, że chętnie zapisywał się do licznych poważanych w Norwegii organizacji gdzie zdobywał uznanie i sympatię.

 

Wiele niezrozumienia pojawiło się w polskich mediach w związku z przynależnością Breivika do jednej z lóż Norweskiego Zakonu Wolnomularskiego. W Skandynawii masoni uważają się za chrześcijan, organizacja jest jawna, a honorowymi masonami są królowie i dygnitarze. Główna siedziba norweskiej masonerii sąsiaduje z parlamentem i co podkreślają przewodnicy po jednym i drugim budynku, łączą je znane powszechnie podziemne przejścia. Wątek masoński jest bez większej wagi, pragnę tylko podkreślić, że bycie masonem to w Norwegii szacunek bliźnich i szerokie kontakty. Nie utrudnia też wyznawania luterańskiej religii w tzw. Kościele Państwowym. Masonami są i katolicy za sprawą niefortunnego listu bpa Willema Grana sprzed ponad trzydziestu lat, w którym napisał on, że masoneria norweska jest inna od światowej i zasługuje na sympatię. Masoni, z którymi o tym rozmawiałem często tłumaczą swe członkostwo powołując się na ów list.

 

Popatrzmy na inne organizacje, snobistyczne kluby strzeleckie, organizacje Kościoła Państwowego, a nawet chęć przejścia na katolicyzm poszerzała tylko jego znajomości i wsparcie. Kompensacja życia u boku samotnej matki? Potrzeba identyfikacji z takim czy innym stadłem? Norweska wolność religijna i polityczna daje szerokie spektrum. Niespotykane ilości denominacji protestanckich, sekt i tzw. «wolnych kościołów» przypominają, że Norwegowie to wbrew pozorom bardzo religijny naród. W polityce można spotkać wszystko, od partii maoistowskiej i czerwonych, przez socjalistów międzynarodowych i narodowych, po ruchy narodowe chrześcijańskie i pogańskie, brakuje właściwie tylko prawicy, którą reprezentują z braku innej alternatywy Partia Postępu (FrP) i partia Prawica (H). Partia Postępu przypomina swoimi hasłami i programem nazistowskie  Zgromadzenie Narodowe (NS) Vidkuna Quislinga, nie dziwi więc, że udzielane jej poparcie to głównie zamożne włościaństwo, rybacy i rzemieślnicy, tak samo jak w przypadku przedwojennego NS. Partia Prawica natomiast popierana jest przez mieszczaństwo i fabrykantów, w swoim programie ma wstąpienie Norwegii do Unii Europejskiej i poparcie dla homoseksualizmu, zresztą jeden z jej liderów, P.-K. Foss ujawnił swój homoseksualizm już przed 11 laty.

 

Odyseja Breivika przez chrześcijańskie, nacjonalistyczne i hobbystyczne organizacje i kluby może świadczyć o życiowym niezdecydowaniu, ale może też świadczyć o penetracji tych środowisk do starannie przygotowanej kompromitacji i pogrążenia swoich «prawdziwych wrogów». Biblia mówi «po owocach ich poznacie» i ja chciałbym się przyjrzeć owocom masakry w Oslo i na Jeziorze Tyri:

 

Breivik kojarzony jest od piątku z chrześcijaństwem i konserwatyzmem. Jest rodowitym Norwegiem, a jego nordycki wygląd nasuwa zapomniane skojarzenia z czasów polityki rasowej III Rzeszy. Jest widziany jako patriota, w swoich filmach wyraża nienawiść do islamu dbając by do jednego wora wpadli razem z nim krzyżowcy, król Sobieski i wielu zacnych rycerzy chrześcijańskich. Nienawidzi marksistów, a więc jest prawicowcem. Na domiar pisząc swój potężny manifest (1500 stron!) plagiatuje długie cytaty z manifestu Teda Kaczynski’ego (Unabomber’a), szalonego naukowca i terrorysty polskiego pochodzenia. Cały ten obraz potęgowany, powtarzanym jak mantra, medialnym brykiem «chrześcijański fundamentalista» wytrąca chrześcijanom, prawicowcom, konserwatystom argumenty w walce o utrzymanie Cywilizacji Łacińskiej. Pozbawia nas wszystkich bezkrwawego oręża i zamyka usta gdy będziemy chcieli podnieść lament nad prześladowanymi braćmi w wierze z Bliskiego Wschodu, czy ofiarami wybuchów w Londynie, Madrycie czy Nowym Jorku. Owoce mordów Breivika skupiają też na nas oczy muzułmańskich fanatyków, których wyznaniem wiary jest zemsta. Lewica już zawsze będzie mogła odgryźć się za Hiszpanię czy Sowiety uwagą o «prawicowcu», który wybił w imię antykomunizmu niemal setkę bezbronnych dzieci. Zbrodnia tego człowieka i jej konsekwencje dla świata, który Breivik rzekomo reprezentował wygląda jak jakaś umyślna akcja niszczenia tego świata. Oczywiście pogrąża przy tym masonerię skandynawską i nazizującą Partię Postępu, której był członkiem, ale on, z norweskiej perspektywy stawia je w jednym szeregu z religią czy przywiązaniem do tradycji.

 

Pomyślałem dziś o poemacie Mickiewicza «Konrad Walenrod», w którym dziecię wychowywane przez krzyżaków karmi się tylko myślą o zemście nad nimi. Nie wchodzę w inspirację makiawelizmem u Mickiewicza (bardziej zastanawia mnie wpisanie makiawelowego «Księcia» na facebook’owym profilu Breivika). Wszyscy pamiętamy jak kończy się poemat, gdy Alf-Walenrod, wielki mistrz, doprowadza do klęski zakonu i chwali się swej Aldonie:

 

«O! Na miłość Boga,

[...]

Trafiłem w serce stugłowej poczwary;

Strawione skarby, źródła ich potęgi,

Zgorzały miasta, morze krwi wyciekło;

Jam to uczynił, dopełnił przysięgi,

Straszniejszej zemsty nie wymyśli piekło.»

 

Norweskie gazety opublikowały odpowiedź Breivika na pytanie dlaczego:

 

«To straszliwe, ale konieczne.»

 

Breivik jest Walenrodem, który wszedł w nasz świat by go umyślnie podpalić. Co stanowi jego «Litwę»? Nie wiemy. W manifeście chwali się kontaktami z tajną organizacją «odnowionych templariuszy» powołanej do kontrdżihadu (2 Anglików, Francuz, Niemiec, Holender, Grek, Rosjanin, Norweg i Serb), ale to moim zdaniem fałszywy trop. Manifest głosi, że zabić należy 4.848 «norweskich zdrajców», sianie strachu, tylko w czyim imieniu?

 

Pojawiają się zeznania o drugim mordercy na Utøya. Akcja mimo dziewięciu lat przygotowań wydaje się zbyt doskonale zorganizowana jak na możliwości samotnika, mimo wzorów z Oklahomy (zamach w 1995 roku, ten sam rodzaj bomby) czy ideologicznych pomysłów Unabomber’a. Dobór czasu, miejsca (relatywnie mało ofiar w szczycie sezonu urlopowego, w piątkowe popołudnie w biurowej dzielnicy) i systematyczna, półtoragodzinna masakra bezbronnych młodzianków. To wszystko składa się na moje przekonanie, że Breivik nie był sam i nie robił tego dla siebie.

 

Brevik nie wyjdzie już z więzienia, mimo iż najwyższy wymiar kary w Norwegii to 21 lat. Jego wyczyn jest bez precedensu, zagrożony był premier i rząd kraju. Nie obejrzy też swych wymuskanych portretów, które przez facebook tak ładnie zaserwował mediom.

 

A swoją drogą, Norwegia jest naprawdę w stanie wojny i to cud, że po niedawnych sześciuset bombach zrzuconych na Libię nic dotychczas w Oslo nie wybuchło.

Odsłon: 673 Komentarzy: 17


Wesela nie będzie czyli Perseusz bez Andromedy

Kategoria: Film Thursday, 29 April 2010, 12:45

Dla osób nie znających greckiej mitologii film jest nieczytelny, dla wychowanych na Parandowskim jest za głupi, a dla dzieci zbyt straszliwy. Dla kogo więc jest? Najnowsza holiłódzka wersja mitu o Perseuszu jest najwyraźniej skierowana do anglosaskich imbecyli. Nie rozumiem dlaczego producenci zrezygnowali z edukacyjnych możliwości i wymieszali postacie, ich role, a nawet dodali obce cywilizacyjnie elementy (dżiny, krakena, skorpiony giganty), przecież można było imbecylom pokazać kawałek kultury, która przepełniała od stuleci naszą literaturę i sztukę. Starsza wersja "Clash of the Titans" z 1981 roku (tytuł przełożono wtedy na "Zmierzch Tytanów") mimo prymitywnych efektów specjalnych (poklatkowe animacje) trzymała się mitu przynajmniej w głównych wątkach i nie raziła brakiem spójności.

 

Filmowy Perseusz wychowuje się w domu rybaka, Danae nie żyje, nie ma Polidektesa, a Grecy są skończonymi ateistami, którzy nie myślą o niczym tylko o zrzuceniu jarzma religii. "Non serviam" jako cnota. Choć ganiają się z diabłopodobnymi harpiami, oglądają latające konie, objawiają im się bogowie, to jednak żdecydowali – nadeszła era ludzi. Oświecony humanizm. Perseusz, syn Zeusa chce walczyć z Meduzą jako człowiek bo jak inni neguje Olimp i odrzuca możliwość zasiadania wśród bogów. Bogów zbyt wielu nie oglądamy, właściwie nie wiadomo gdzie podział się wspomniany w prologu Posejdon. Cała rozgrywka odbywa się między Zeusem i Hadesem, którzy na manichejską modłę dzielą między sobą światłość i ciemność, takie greckie Jin i Jang nie mające z mitologią zbyt wiele wspólnego. Podziemny świat zmarłych nie był piekłem w chrześcijańskim czy postchrześcijańskim sensie, a Charon nie był upiorem rodem z amerykańskich horrorów.

 

Mimo dobrych kostiumów, scenografii i pięknie animowanych bestii ziewamy poraz kolejny oglądając dalekowschodni fechtunek. Czy tak bili się Grecy? Czy prócz Ridleya Scott'a ktoś zwrócił po wojnie uwagę, że europejskie sztuki walki nie były gorsze od chińskich?

 

Aktorom brakuje wiary w odgrywane postacie, Liam Neeson i znany z "Awataru" Sam Worthington są płytcy. Jedynym prawdziwym Grekiem jest Mads Mikkelsen grający starego żołnierza imieniem Drakon. Pod płaszczykiem cynizmu wyczuwamy u niego gorącą krew i gorycz. Druga i ostatnia rola zasługująca na podziw to Hades w wykonaniu Ralpha Fiennes'a. Mistrz ról psychopatycznych, odrażająca powierzchowność w połączeniu z piekielnymi efektami specjalnymi robi ogromne wrażenie choć – o czym wyżej – to nie mitologiczny Hades.

 

Nie chcę zdradzać szczegółów odjechanej fabuły, osoby znające wersję sprzed trzydziestu lat ucieszy widok mechanicznej sówki Bubo, która pojawia się na momencik, takie mrugnięcie sowim oczkiem do starszych wiekiem widzów. Wielbicielom kina trójwymiarowego życzę powodzenia.

Odsłon: 519 Komentarzy: 1


Ale ze mnie Bergman, ale ze mnie Kurosawa!

Kategoria: Film Monday, 29 March 2010, 18:44

Tak właśnie musiał wzdychać kipiący dumą z siebie reżyser filmu «Valhalla Rising». Film jest ekranizacją powieści pod tym samym tytułem. Opowiada o grupie wikingów, którzy chcą udać się na krucjatę do Ziemi Świętej, ale za sprawą mgły i braku wiatru, popychani dziwnym prądem docierają do Ameryki Północnej. Trudno oceniać mi pomysł bo nie znam książki i nie wiem na ile odbiega od treści filmu. Pomysł wydaje się bardzo ciekawy i to on kusi do wizyty w kinie. Film niestety nie spełnia najmniejszych oczekiwań.

 

Akcja toczy się wokół niewolnego, który z obrożą na szyi musi po gladiatorsku zmagać się z innymi niewolnymi. W roli głównej pięknie zbudowany Mads Mikkelsen. Widzimy brutalne walki, mordy, ucieczkę, a wszystko to w surowych plenerach Islandii. Mikkelsen będący świetnym aktorem nie ma jak w tej roli rozwinąć skrzydeł. Jego kamienna twarz w gigantycznych zbliżeniach (chętnie mistycznie przekrwionych) rozgląda się to w lewo, to w prawo… i nic. «Jednooki» – bo tak na niego wołają – jest na dodatek małomówny. Biedny Mikkelsen nie mogąc nic zrobić nadrabia bicepsem, ścięgnami i szczękościskiem.

 

Wikingowie zwiedzający północnoamerykańską puszczę kojarzą się z pętającą się po dżungli resztką drużyny Lopego de Aguirre z pamiętnego «Aguirre, Gniew Boży». Ciężkości obrazom nie dodają jednak opary dzikiego lasu czy przewidywalny dramat wikingów, tylko psychodeliczna muzyka nie współgrająca ze średniowiecznym sztafażem. Makijażystom pracującym na planie gratuluję ton błota i zakrzepłej krwi na licach bohaterów, a zwłaszcza blizn, które odtwórcy mają nalepione taśmowo w tych samych miejscach. Brudne wikińskie mordy i szczęście reżysera, który przed lustrem nie mógł nie szepnąć «ale ze mnie prze-Herzog».

Odsłon: 664 Komentarzy: 1


Alicja w XXI wieku

Kategoria: Film Monday, 03 May 2010, 21:11

Film mimo wspaniałej kreacji Johna Depp'a (wyglądającego w kreacji Kapelusznika jak szansonistka Madonna) jest na wskroś amerykański i to niestety największa wada dzieła. Efekty trójwymiarowe są fantastyczne, ale brakuje wielu wątków książki, nie ma m.in. Humpty Dumpty'ego. Synteza "Alicji w Krainie Czarów" i "Alicji Po Drugiej Stronie Lustra" spłyca treść książki i dodaje wiele nowych, niepotrzebnych elementów. Filmowa Alicja jest niedoszłą dwudziestoletnią narzeczoną, a jako dziewczynkę widzimy ją zaledwie trzy razy w dziwacznych retrospekcjach.

Amerykańskie dialogi zatracają piękno angielskiego pure nonsense Carroll'a, a scena pojedynku Alicji z Dżabersmokiem odbiega tak wielce od sceny książkowej, że właściwie żal, że ją do filmu włączono. Współczesne zachowanie Alicji może przysporzyć młodocianych widzów, ale napewno nie osób znających książki.

Odsłon: 501 Komentarzy: 2


Budują wielki drakkar

Kategoria: Wiadomości Tuesday, 19 January 2010, 15:44

Z końcem miesiąca Norwegowie przystąpią do budowy największego okrętu wikingów. Niewielka stocznia na wyspie Vibrandsøy w Haugesundzie już przygotowuje miejsce. Udało się zaangażować ekspertów od historii żeglugi i wykopalisk, do projektu przymierzono się starannie wzorując się na znaleziskach i szczegółowych opisach. "Draken Harald Hårfagre" (DHH) będzie największą jak dotąd rekonstrukcją, której kadłub liczyć ma 35m a najszersze miejsce 8m (wyporność 70t). Dla porównania sławny Okręt z Oseberg (Osebergskipet, jeden z nielicznych zachowanych w komplecie drakkarów) liczy 21,5m przy szerokości 4,7m. Największym opisanym w sagach okrętem tego typu był "Kristsuden" zbudowany w Bergen koło roku 1260 dla króla Håkona Håkonssona mierzący ok. 46-49m. Jednostka zbudowana będzie z drewna dębowego i otrzyma imponujący jedwabny żagiel o powierzchni 300m2. Dostarczy go Seglloftet Jøa, firma z Fosnes, która od 25 lat produkuje żagle specjalnie do rekonstruowanych łodzi wikingów. Wzorem rekonstrukcji jest "Ormen Lange" Olafa Tryggvasona z roku 999 i wszyscy oczekują podobnych osiągów na morzu.

 

Naukowcy z Uniwesytetu w Tromsø, profesjonaliści i amatorzy historii wikingów z Trøndelag i Møre pracują nad każdym detalem pod bacznym okiem Sigurda Aase, przedsiębiorcy z Haugesundu, który nie ujawnia kosztów ale przyznaje się do sponsorów a nawet trzech międzynarodowych firm, które finansują projekt. Popularne towarzystwa miłośników wikingów z Bygdøy (Oslo), z Vestfold i Østfold gdzie dokonano największych odkryć w tej dziedzinie nie zaangażowano. DHH wyruszy w dziewiczy rejs wiosną roku 2013.

 

- To fantastyczny eksperyment, bo znaleziono zaledwie kilka okrętów i wcale nie jest powiedziane, że marynistyczne kunszta wikingów ograniczały się jedynie do takich rozwiązań jak w znaleziskach. Studia przed budową trwały rok i używano przy nich komputerowych symulatorów. Nikt z żyjących nie ma przecież doświadczenia w prowadzeniu tak wielkiego drakkara, trzeba będzie eksperymentować nad żeglugą, ożaglowaniem i wiosłowaniem. Rekonstrukcja przybliży nam dzieje przodków i odkryje niejedną konstrukcyjną tajemnicę – przyznaje Sigurd Aase w wywiadzie dla norweskiej agencji NTB – Zapraszamy na pokład wilki morskie z całego świata, chcemy odbyć podróż do każdego miejsca do jakiego takie okręty zawijały. Udamy się z wyprawą na Morze Śródziemne, Morze Czarne, nie wykluczamy też wyprawy do Ameryki zwanej przez wikingów Vinlandią.

 

Michał Korbiniak / Båtavisa / Dagbladet

Odsłon: 524 Komentarzy: 3


Trzy-i-półmetrowa choinka!

Kategoria: Rodzina Thursday, 24 December 2009, 01:17

Tuż przed zamknięciem choinkowego targu kupiliśmy jodłę. Ucieka na jedną stronę a piętra gałęzi są bardzo nierówne. Ale zapach… Zapach ma wprost z mojego dzieciństwa! Otwarcie kartonów z ozdobami z piwnicy jest jak spotkanie ze starymi przyjaciółmi, własnoręcznie robione anioły ze słomki, orły, bańki i pryzmy z żyrandola babci, tym razem upiększą to właśnie drzewko.

Sam wycinałem napis "Solidarność", pamiętam gdy jedną z baniek upiększyłem orderem "Virtuti Militari", trzydzieści lat temu. Dziś moje maleństwa wieszają te ozdoby i swoje własne… z orłami i zbrojnymi lwami.

Potem wszystko znów trafi do piwnicy, wypełni kartony i półki i tak dalej, tak dalej…

Niech zapach jodły i jej żywica przywiedzie na myśl Tatry w te Święta. Tatry, które dla naszych dzieci są narazie tylko bajką…

Odsłon: 487 Komentarzy: 4


1 2 3 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.