Wolność definiowana i pojmowana jest bardzo różnie – zależnie od kontekstu. Możemy mówić o wolności politycznej, osobistej, czy twórczej.Trudnym zadaniem jest więc jednoznaczna i precyzyjna definicja "wolności".Jak mówił Czesław Miłosz : "uogólnienia zawsze są krzywdządze", jednak w przypadku bardzo rozległych zagadnień nie ma innego wyjścia.Myślę że każdy się zgodzi że pojęcie wolności wiąże się z byciem niezależnym od kogoś, czy też czegoś. Ale to także, co pragnę tutaj silnie podkreślić, a o czym często się mówi – odpowiedzialność. Wzięcie odpowiedzialności za siebie i swoje "niczym" nieskrępowane postępowanie.Ta prosta definicja nie jest ani dobra, ani dokładna. Na potrzeby tego tekstu wydaje się być jednak wystarczająca. Tytuł tego artykułu może brzemieć nieco przewrotnie. Wydaje się że takiego nagłówka nie powstydziłby się – by usprawiedliwić swoje niecne plany – niejeden dyktator. Co zresztą miało miejsce w historii świata.Przypomnijmy sobie państwa totalitarne, gdzie jednostka była całkowicie podporządkowana państwu. To znaczy że wolność jednostki była ograniczona, ale pragnę zaznaczyć iż nie zredukowana do zera.Człowiek posiada w sobie pokłady, nie dające się podporządkować.Siedzący Byk – legendarny indiański wódz Siuksów, po przegranej bitwie w 1876 roku i eksodusu całego plemienia do rezerwatu, był inicjatorem tzw. "tańca ducha". Był to obrzęd religijny, forma modlitwy, ostatnia nadzieja, ostatni skrawek wolności, który pozostał tym szlachetnym ludziom.Budziło to niepokój białcyh kolonizatorów, jak wiadomo w 1890 roku dokonano masakry indian nad Wounded Knee. Mało kto wie, że jednym z głównych pretekstów bitwy, było właśnie "uprawianie" tańca ducha.Czy było to naprawdę relane zagrożenie dla kolonizatorów ? Myślę że jednoznaczna odpowiedź jest trudna. Na pewno czuli oni respekt przed nie tyle społecznością ile wspólnotą indian. Poczucia wspólnoty wśród "białych" nie znano, wszak byli to ludzie z różnych stron świata, nie posiadający często wspólnych korzeni. Nie było tej szczególnej duchowej więzi. Przytaczając myśli F.Tonniesa, działali oni na zasadzie stowarzysznia, byli ze sobą, lecz tylko po to by coś zyskać. Podobnie obecnie – żyjemy w czasach zaniku jakichkolwiek wspólnot. Człowiek jest osamotniony, a osamotniony znaczy osłabiony, zagubiony.Twory takie jak ponadnarodowe "super" organizacje wcale nie mają na celu bezpieczeństwa. Ich celem jest stworzenie poczucia wspólnoty ludzkiej – tej wspólnoty która została zburzona, a która od zawsze była niezbędna człowiekowi. Któż lepiej zrozumie człowieka niż drugi człowiek ? Ta zasada jednak nie sprawdza się w "wielkiej polityce".Dziś wydaje się że za dużo ludzi dzieli, na pewno więcej dzieli aniżeli łączy. Brakuje silnego "ponadpartjnego", ponadnarodowego bodźca, autorytetu, wzoru. Ostrzegał o tym już Papież Jan Paweł II pisząc w jedne ze swych encyklik ;"Rozpowszechnione dzisiaj szeroko tendencje subiektywistyczne, utylitarystyczne i relatywistyczne przedstawiane są nie tylko jako postawy pragmatyczne czy elementy obyczaju, ale jako postawy teoretycznie ugruntowane domagające się pełnego uznania kulturowego i społecznego".Rewolucja jaka dokonała się na zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych w latach 60tych stała się impulsem do zmiany dotychczasowej mentalności ludzkiej, globalizacji. Plony tej rewolucji imputowane są także dalej – do innych krajów, na inne "niecywilizowane" kontynenty, gdzie niszczona jest wspólnota ludzka, kojarzona z regresem i zacofaniem społecznym, a sprzeciwiająca się całkowicie uprzedmiotowieniu człowieka.Warto w tym kontekście zastanowić się nad twierdzeniem "największym problemem Afryki jest pomoc z USA i Europy"."kUltura zachodnia" jest atrakcyjna, kolorowa, wydaje się być bogata. Kojarzona jest z takimi hasłami jak "postępowość", "dobrobyt" czy "jakość życia".Tak naprwdę ta "kultura" nie ma do zaoferowania nic, poza ułudą i chwilową przyjemnością. Za cenę tej przyjemności ludzie stają się niewolnikami. Całkowicie niedostrzegalnie bo przecież państwa gdzie panuje demokracja i dobrobyt nie mogą być zepsute, nie mogą być totalitarne. Cywilizacji zachodniej grozi coś o wiele bardziej wyniszczającego niż piętno II Wojny Światowej.Udało się wyzuć "świat zachodni" z Boga, ale także co trzeba nadmienić z jakiejkolwiek kultury wysokiej. Kicz przestał być już czymś awangardowym, szokującym, on stał się jedyną formą ekspresji.Wobec takiego kataklizmu, bez oparcia, jesteśmy bezsilni. Media atakują nas codziennie, całą dobę nowymi "rewelacjami" ze świata, ukazując tylko jeden "prawdziwy", obraz świata. Mimo pluralizmu brak jest jakiejś alternatywy, jesteśmy skazani. A może jest jakaś alternatywa ? Ja, jako humanista (mocno zdewaluowane słowo), rozumiejąc odpowiedzialność za to co się na świecie wydarza pytam, jaka jest alternatywa ? Co jest w zamian ? Nie ma Boga, pytam co jest zamiast Boga ? Zostawiacie człowieka samego. Niszczycie wszystkie wartości tego świata, mieszacie je z błotem, grzebiecie głęboko pod ziemię. Nie dając w zamian absolutnie nic, nic poza poczuciem pozornej wolności. Udało wam się stworzyć ułudę, omamić ludzi że mogą być "absolutnie wolni", wolni od religii, od norm moralnych, etycznych, czy nawet norm estetycznych.Tępiąc "ciemnotę" sami nie dostrzegacie własnej ciemnoty. Negujecie i burzycie, nic w to miejsce nie budując.Idyferentyzm aksjologiczny wiąże się nie z upadkiem religii, Boga, ale z upadkiem cywilizaji jako takiej, a wraz z nim regresu społeczeństwa.Tutaj popadamy w paradoks. Chcąc zniszczyć instytucje kościoła – jedynego prawdziwego strażnika ludzkiej godności i wolności, niszczycie samych siebie.Społeczeństwo wyzute z wszelkich zasad łatwo staje się niewolnikiem. A Bóg w tym przeszkadza, więc trzeba Go zniszczyć, lub przynajmniej nie mówić, nie pisać o Nim. Tak zwana "poprawność polityczna", lub "mowa nienawiści" ta właśnie ignorancja – obojętność skutecznie przyśpieszają indeferentyzm.A ludzie nazywający siebie dumnie humanistami i wolnomyślcielami są jedynie ofiarami rewolucji seksualnej z lat 60 – tych, która tak naprawdę zabiła idee humanizmu, uświadamiając ludziom że nie muszą posiadać żadnych zahamowań. Na koniec nazwali to "postępem".A ja pisząc ten tekst pragnę uświadomić że wolność aby pozostała wolnością musi posiadać ograniczenie. Ot z tego prostego powodu że w stanie pełnej wolności mógłby znaleźć się ktoś (i na pewno by się znalazł) kto zupełnie legalnie, mógłby tę wolność ograniczyć i zabrać.Podobnie rzecz ma się z równością, tolerancją gdzieś ich paradygmat się kończy. Musi się kończyć, bo w przeciwnym razie staniemy się szarą masą. Bliżej nieokreśloną zbieraniną wszystkiego i niczego zarazem.