
Friday,19 June 2009,19:22
Kategoria: Kościół Friday, 19 June 2009, 19:22
Trochę dawno, bo już ponad miesiąc temu, miałam bardzo interesujący sen. Był jak każdy inny, nie wyróżniał się zbytnio, ale to do czasu. Nie zdziwiła mnie jego tematyka… w końcu kto by się przejął snem o dzieciach przystępujących do pierwszej Komunii Św. w rocznicę własnej? A niecodzienny wygląd alb można by wytłumaczyć odbywającą się również tego dnia rocznicą tragicznej śmierci mojego 9-cio letniego kuzyna… Ale po kolei.
Byłam w moim kościele parafialnym. Budynek był znacznie dłuższy, niż naprawdę, a to wszystko po to, by w ciągnących się w nieskończoność ławkach mieściły się całe setki, a może i więcej, ludzi. Ci, których ja ogarniałam wzrokiem, mieli od 6 do może 15 lat. Wiem, że na pewno za nimi stali jeszcze starsi ludzie. Wszyscy stali równiutko, jak dzieci do pierwszej Komunii Św. (zapewne wiele z nich właśnie dlatego tu było), mieli złożone ręce i cały czas w milczeniu wpatrywali się w ołtarz. Ich alby były koloru krwi – nie tej jaskrawoczerwonej barwy nazywanej krwistą, ale koloru krwi, z kolei okrywające ramiona narzuty z wyszytym złotą nicią symbolem Hostii były koloru purpurowego. I tak stali. Właściwie nic się nie działo. Ja stałam z boku, obserwowałam ich. Po chwili odezwał się niezidentyfikowany głos: "To są ci, którzy nie wyrzekli się Pana". A więc to Męczennicy. Może oddali życie, a może reputację, może wygody i luksusy. Zostali Męczennikami Pańskimi, bo oddali Mu to, co potrafili i mogli dać.
Ten sen trochę mną wstrząsnął, zresztą jak każdy. Z reguły sny są wstrząsające. Pewnie bym o nim szybko zapomniała, gdyby nie Pismo Święte. Dzień czy dwa później coś mnie tknęło, by zacząć czytać Ewangelie. Zauważyłam, że niepotrzebnie ludzie zaczytują się w Apokalipsie, skoro Jezus jasno i konkretnie, bez żadnych metafor mówi, jak będzie wyglądał koniec świata. Nie będę tu przytaczać urywków, poszukajcie sami. I wiecie, co? Cała ta Apokalipsa już się zaczęła… Nie mówię, że paruzja nastąpi w 2012, ale może (dla mnie bardziej prawdopodobną datą jest ok. 2100), ale nikt nie wie, ile czasu Apokalipsa będzie się rozkręcać. Mamy początek końca.
Pozostaje nam tylko modlić się za nas, a współbraci i współsiostry w wierze, za każdego człowieka… zresztą to norma. I tak nigdy nie mieliśmy wpływu na wolę Pana.
+
Odsłon: 311 Komentarzy: 2
Tuesday,21 April 2009,19:10
Kategoria: Kultura Tuesday, 21 April 2009, 19:10
Z wielką śmiałością parafrazuję poniżej jeden z ostatnich art. Frondy na temat homofobii. Wierzę, że Redakcja wybaczy mi kopiowanie treści z racji publikacji ich tylko na jej portalu, a także słusznych celów.
Kto jest "heterofobem"? Na czym polega walka z "heterofobią"?
Skala postaw heterofobicznych:
1) Odraza - heteroseksualizm jest postrzegany jako przestępstwo przeciw homoseksualizmowi. Heteroseksualiści są chorzy, szaleni, głupi, dziwni itp. Każdy środek, by ich zmienić jest usprawiedliwiony: więzienie, hospitalizacja, terapia behawioralna, terapia wstrząsami elektrycznymi itp.
2) Litość - homoseksualny szowinizm. Uznanie, że homoseksualizm jest bardziej dojrzały i powinien być preferowany. Uznanie, że każda szansa na "stanie się homolem" powinna być wzmacniana, a tym, którzy urodzili się heteroseksualistami należy współczuć - "tym nieuświadomionym biedakom".
3) Tolerancja - zainteresowanie płcią przeciwną jest tylko fazą w dojrzewaniu nastolatka, którą przechodzi wielu ludzi i większość z niej "wyrasta". Zatem heteroseksualiści są mniej dojrzali niż "homole" i powinni być chronieni i traktowani z pobłażliwością, jak dzieci. Heteroseksualiści nie powinni być obdarowywani władzą, ponieważ nadal mają w sobie wiele zachowań nastolatka.
4) Akceptacja - postawa nadal sugerująca, że jest coś, co trzeba akceptować. Charakteryzują ją takie sformułowania jak "Nie traktuję Ciebie jak heteroseksualistę, lecz jak osobę!" lub "Co robisz w łóżku to twoja sprawa" lub "Akceptuję to, jak długo nie próbujesz mi tego narzucać/nie afiszujesz się z tym."
Skala postaw pozytywnych wobec heteroseksualizmu:
5) Poparcie - podstawowa postawa. Praca na rzecz zapewnienia należytych praw heteroseksualistom. Ludzie na tym poziomie mogą nie czuć się komfortowo ze swą postawą, lecz są świadomi heterofobicznego klimatu i irracjonalnego braku sprawiedliwości (wobec heteroseksualistów).
6) Podziw - dostrzeżenie i docenienie siły jaką trzeba mieć, by otwarcie i bez wstydu być heteroseksualistą w naszym społeczeństwie oraz nie ulegać modzie na homoseksualizm. Ludzie na tym poziomie dążą, by w prawdzie badać swe heterofobiczne postawy, wartości i zachowania.
7) Wdzięczność - postawa doceniająca różnorodność (płciowość kobiety i mężczyzny) i spostrzegająca wagę udziału homoseksualistów w tej różnorodności. Ludzie tacy pragną walczyć zarówno z własną heterofobią, jak i heterofobią innych.
8) Poczucie misji - postawa zakładająca, że heteroseksualiści są niezbędnym, nieodzownym, koniecznym elementem naszego społeczeństwa. Ludzie tacy patrzą na heteroseksualistów z autentyczną, szczerą miłością i zachwytem, pragną być ich sprzymierzeńcami, obrońcami i poplecznikami.
Deklarowaną przez Mayę misją jest doprowadzenie homoseksualistów na całym świecie do 8 poziomu rozwoju postawy wobec hetero seksualizmu.
Odsłon: 732 Komentarzy: 5
Friday,04 December 2009,19:47
Kategoria: Religia Friday, 04 December 2009, 19:47
Rezurekcja.
15 minut przed uroczystym rozpoczęciem wszystkie ławki są już zajęte. Kościół pęka w szwach. Podczas całego Triduum nie widziałam aż tylu ludzi, a dziś... Chwilę później rusza procesja ze Zmartwychwstałym. Ci, którzy stoją, od razu ruszają za Nim. Niestety ja (stojąca) znajduję się w takim położeniu, że nie mam szans na przedostanie się do procesji inaczej niż przechodząc między ławkami. Ludzie w ławkach patrzą na mnie i na innych w sytuacji takiej jak moja wilkiem. Chyba boją się, że jak wyjdą do procesji, zajmiemy ich miejsca. Tak oto wraz z ową (nie taką małą) garstką osób czekamy, aż tłum wokół się rozproszy. Wychodzimy z kościoła.
W drzwiach wszystkich uderza świeże, zimne powietrze. Pogoda jest taka, jakby miało padać, mimo wszystko chmury tylko czuwają spokojnie nad miastem i nie planują przedwcześnie urządzić lanego poniedziałku. Idę na samym obrzeżu procesji. Patrząc w prawo, poprzez wymijających się wciąż ludzi, mogę dostrzec dzieci z wielką pasją depczące płatki kwiatów przed chwilą wysypane przez dziewczynki w białych strojach. Nasuwa mi się pewna myśl. To dzieci są najbliżej Boga, one idą po Jego ścieżce, idą samym środkiem prcesji po dywanie z kwiatów... Dzieci, te najufniejsze istoty, które pojmują świat w tak prosty sposób i naprawdę wierzą. One idą śladem Jezusa. Zrobiło mi się wstyd, że wysunęłam się tak daleko od innych, jakbym chciała zachować wokół siebie swoją prywatną strefę o szerokości chociażby 1 metra. Wiatr na zakręcie zdmuchnął parę kwiatowych płatków pod moje stopy. Uśmiechnęłam się lekko. W moim pojmowaniu Jezus sam przyszedł do mnie, zaakceptował moją niechęć do tłumu i wyszedł z niego specjalnie dla mnie... Dał mi inną drogę, która też należała do Niego.
A kilka metrów obok dzieci uparcie dreptały po drodze usłanej różami...
Odsłon: 467 Komentarzy: 1
Sunday,04 October 2009,22:45
Kategoria: Religia Sunday, 04 October 2009, 22:45
Moi drodzy, apokalipsa po prostu. Wchodzimy w okres Wielkanocy i co? No właśnie nic, bo o dziwo Wielkanoc nie jest świętem Jezusa, Zbawienia ani nawet świętem chrześcijańskim! Komercja dorwała najważniejsze wydarzenie w dziejach wszechświata (a już myślałam, że spocznie na laurach po zdobyciu Bożego Narodzenia...).
Wchodzimy do budynku kościoła. W bocznej nawie widać przepięknie ozdobiony ołtarzyk, przed którym stoi drewniany pień, a na nim sztuczny kogut. Pierwsze skojarzenie? "Moment, od kiedy to w kościele preferuje się kurczaczka wielkanocnego jako ozdobę?" Dopiero po chwili skojarzyłam, że ów kurczaczek powinien być żółty, a ten kogut to po prostu kogut. I przypomniały mi się słowa Jezusa o słynnych 3 zaprzeczeniach św. Piotra i właśnie takim kogucie. Dziwne, że pomyślałam o tym dopiero potem. I dziwne, że to samo wrażenie (efekt "kurczaczka wielkanocnego") odniosło kilka innych osób...
Co prawda w moim domu nie ma tego zwyczaju, ale wiem, że często jest praktykowany u innych. O co chodzi? Wielkanocna wersja św. Mikołaja - Króliczek Wielkanocny. Rozumiem, że dzieci mogą nie rozumieć Wielkanocy, ale wymyślanie Króliczka tylko po to, by wiedziały, że Wielkanoc to święto i wyczekiwały jej z niecierpliwością to przesada. Nie wystarczy już radosne przyozdabianie koszyczka i robienie kolorowych pisanek? Św. Mikołaj przynajmniej miał swój realny wzorzec przed laty... dawanie prezentów w jego imieniu jest zupełnie zrozumiałe, ale Króliczek Wielkanocny?! Był taki święty? Nie, to paskudny wymysł służący wyłącznie komercji. Przyćmiewa znaczenie Wielkanocy...
W brutalny sposób Wielkanoc zamienia się z święta Jezusa w święto symboli... Tak, symbole i ozdobne elementy zostają wyniesione ponad samego Boga i Jego dzieło! Niektórzy ludzie nie chodzą do kościoła na Triduum, a obchodzą Wielkanoc dla... Kurczaczka i Króliczka!!! Może nadszedł czas, byśmy chociaż my - chrześcijanie - zrezygnowali w naszych domach ze zwodzącej symboliki i całej tej "magii świąt", by przypatrzyć się Chrystusowi, a nie Kurczaczkom i Króliczkom...
Odsłon: 560 Komentarzy: 1
Monday,03 August 2009,20:49
Kategoria: Religia Monday, 03 August 2009, 20:49
Patrzę na to, co dzieje się na świecie, na sytuację w Polsce, na moje niektóre koleżanki. Gdzie u pewnych kobiet podziała się kobiecość? Chyba schowały ją bardzo głęboko w czterech literach, by mogły pokazać światu, jakie są silne i fajne. Gdzie kobiecość, która właściwie nie ma definicji?
Na jednym z for internetowych w pytaniu o kobiecość dane mi było przeczytać niesamowitą odpowiedź jednej z nich, prawdziwych kobiet. "Kobieta jest delikatna jak piórko i jednocześnie silniejsza niż pięciu Pudzianowskich..." - oto fragment. Nigdy nie spotkałam mądrzejszej wypowiedzi na ten temat, niż ta, której wstęp zacytowałam. Mimo wszystko to nie był pełny opis. Znam dwa słowa opisujące kobietę najlepiej. Słowa te brzmią "ezer kenegdo". Właśnie nich użył autor Księgi Rodzaju w oryginale PŚ, by określić kobietę. Wiecie, co znaczy "ezer kenegdo"? Ci z was, którzy mieli okazję przeczytać "Urzekającą" Johna i Stasi Eldredge'ów są już zapewne wtajemniczeni, pozostałych z chęcią zapoznam. Słowo "kenegdo" oznacza coś, co jest zbiorem znaczeń słów: pomocnik, podpora, wsparcie. "Ezer" jest trudniejszym słowem... To małe słóweczko jest prawdziwie wielkie - w Starym testamencie zostało użyte tylko 20 razy. Raz, by określić kobietę i 19 razy, by przywołać Boga jako ostatnią i jedyną deskę ratunku w rozpaczliwym położeniu. Domyślacie się już, jakie to słowo musi być potężne? Właściwie jest nieprzetłumaczalne w żaden sposób, więc liczę na waszą pomysłowość w zakresie interpretacji (obyście tylko trafnie myśleli). Ach... mam też jedno słowo, które mogło by by iminiem kobiety, a jest jej celem i sensem. Miłość.
Czy w feministkach widzę miłość? Nie, nie widze jej ani trochę. Widzę za to pychę i jakąś taką nienormalną dzikość, żądzę. Feministki wykorzystują tą stronę kobiecości, która służy do obrony, by zaatakować. Jakie są feministki? T w większości zakompleksione panie z zagubionym sercem i nieświadomosią, że można życ szczęśliwie u boku mężczyzny jako dobra żona i matka... Nieświadome tego, że kobiecości można nauczyć się tylko od Najwyższego.
Tu już właściwie nie ma o czym rozprawiać. Feministki niewątpliwie są kobietami, jednak czy są "delikatne jak piórko i jednocześnie silniejsze niż 5 Pudzianowskich"? Czy są ezer kenegdo? Czy są MIŁOŚCIĄ?
Odsłon: 1348 Komentarzy: 4
Friday,03 July 2009,19:09
Kategoria: Pro life Friday, 03 July 2009, 19:09
Ostatnio na jednej z lekcji polskiego, na którą nałożony był temat dylematów moralnych, przypadkiem ktoś wspomniał coś o naszym Polaku zamordowanym ostatnio przez terrorystów. Po chwili tradycji stało się za dość - klasa wrzała od dyskusji. Ze względu na poglądy podzieliliśmy się na dwa obozy - ci pierwsi, pro-liferzy (w tym ja) zaciekle bronili życia terrorystów, drudzy byli wyznawcami Kodeksu Hammurabiego: "oko za oko, ząb za ząb". Oczywiście drugim nie chodziło o porwanie, przetrzymywanie, katowanie i zabicie jakiegoś Pakistańczyka, za to zachwycała ich perspektywa kary śmierci dla tych terrorystów... Uważali, że to sprawiedliwie. Hmm, może i tak, jednak my, pro-liferzy, chętnie wytaczaliśmy argumenty przeciwko ich stanowisku...
1) Bóg dał życie - Bóg je odbiera. Podstawowa zasada Kościoła. Szkoda tylko, że większość mojej klasy to ubrani w zewnętrzną skórkę wierzącego niepraktykującego ateiści. Właściwie nei wierzyli w Boga, więc ów argument został z łatwością odparty... Jak?
- Człowiek daje życie. Matka i ojciec.
2) Więc mamy się zniżyć do poziomu morderców? Mamy być tacy jak oni? Mamy zabić?
- O nie, nie będziemy tacy jak oni, Terroryści po prostu by ponieśli karę za swoje morderstwa.
3) W każdym bądź razie musielibyśmy ich zabić. Jakiś kat byłby winny ich śmierci, na jego sumieniu spoczywałoby czyjeś ŻYCIE.
- A ile by było warte to marne życie terrorystów? Nikomu na nich nie zależy, pozbylibyśmy się problemu...
4) Życie każdego człowieka jest tyle samo warte. Tyle samo! Nie ma ludzie, których można mordować, chociażby i oni mordoali innych! Tak, trzeba ich ukarać, zamknąć, odizolować, ale nie zabijać... Wszystkei życia mają taką samą wartość, inna sprawa z treścią, która je wypełnia. Człowiek moze odebrac tę treść, ale nie może odebrac życia! Pomyślcie, chcielibyście, żeby jakiś święty zabił was, bo jesteście grzeszniejsi niż on?
Argument nieopdparty.
Odsłon: 690 Komentarzy: 11
Sunday,03 May 2009,16:49
Kategoria: Kultura Sunday, 03 May 2009, 16:49
Miłość. Taki popularny temat. Szkoda tylko, że tak niezrozumiany... Otóż istnieje różnica między MIŁOŚCIĄ a ZAKOCHANIEM, a to jest różnica. Podczas jednej z ostatnich lekcji religii w moje klasie rozmawialiśmy na temat miłości Boga... na temat kochania Go... Widząc niepewność klasy, powiedziałam dosyć głośno, lecz niby tylko dla koleżanki w ławce "Miłość to nie to samo co zakochanie". Jakże byli zdziwieni. Wszyscy na kilka sekund zamilkli, łącznie z księdzem katechetą, by po chwili zacząc zasypywać mnie pytaniami. Ksiądz chciał uciszyć klasę i poprowadzić temat dalej, jednak bez efektownie. Moi rowieśnicy domagali się krzykami rozwinięcia mojej teorii na temat miłości, przecież "jak mają zakochać się w Bogu?" skoro wg nich miłość to zakochanie? Ksiądz zdecydował się dać mi 5 min na rozwinięcie wypowiedzi, która trwała do końca lekcji. Co powiedziałam?
Miłość. Piękno. Dobrowolny dar. To jest tak, że przychodzisz do drugiego człowieka z sercem na dłoni i mówisz: Masz mnie bezwarunkowo. Chcę ci dać z siebie najwięcej, chcę dać nawet to, czego we mnie nei ma, ale zdobędę to... Chcę dać ci miłość. Zakochanie to: bądź przy mnie, wiesz, że sprawoa mi to przyjemność... Czuję tak zwane motylki w brzuchu, potrzebuję twojej obecności, ja umieram z tęsknoty, gdy ciebie nie ma. Wiem, lekka koloryzacja, ale to dla podkreślenia kontrastu. Miłość jest na zawsze, bo "kto daje i zabiera, ten się w piekle powiera" jak mówi dziecinna rymowanka. Przychodzisz to drugiej osoby bez lęku, że zrobi ci coś złego, przecież w tej miłości zawarte jest zaufanie... Zakochanie minie. Nieubłagalnie... Czemu? Zakochanie to hormony - chemia. I MIŁOŚĆ NIE JEST CHEMIĄ! Zakochanie nią jest... ale skoro współczesny świat myli te kluczowe pojęcia, to żadna teoria mnie nei zdziwi. Wróćmy do różnic między miłością a zakochaniem. Miłość - dawanie, zakochanie - branie. Proste. Teraz oceńcie relację ze swoją sympatią... I tu pojawią się krzyki, że mamy dwa w jednym. Dawanie i branie. Mamy do czynienia z połączoną miłością i zakochaniem. To możliwe? O tak! Przecież nawet te "dobre" małżeństwa wychodzą za siebie z zakochania... Bo miłość to przyjaźń. Ale nie, miłość to tak zaawansowana przyjaźń, że już się nie da nazwać jej przyjaźnią. Kiedy budujemy parę na przyjaźni, mamy naprawdę solidny fundament. Kiedy przyjaźń przechodzi w miłość, nic nie stoi na przeszkodzie. Gdy do miłości dojdzie zakochanie, mamy ślub i małżeństwo, które w 99% przetrwa całe życie. Ale, ale... Mówiłam, ża zakochanie się kończy, prawda? Więc kończy się i to właśnie jest to "opadnięcie klapek z oczu". Wtedy jest tak zwany kryzys, lżejszy lub cięższy. Ja często mawiam "tam, gdzie kończy się zakochanie, zaczyna się miłość". Jeśli w istocie miłość jest pomiędzy partnerami, skończy się romantyzm, ale nie skończy się relacja przyjaźni. Może byc ciężko. Bardzo ciężko. Ale "prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie". I powiem wam coś, chcoiaż na przykładzie własnych rodziców (od razu mówię, że nie są jedyni - mam parę innych takich białych kruków): zakochanie samoczynnie odnawia się po przeżyciu kryzysu. I jest lepsze, silniejsze, dłużej trzyma... Wiecie już czemu służy miłosna chemia? Bóg bardzo logicznie zaprojektowal eliminację nieprawidłowo skonstruowanych związków, że tak rzeczowo się wyrażę... Uwierzcie mi, naprawdę warto przeżywać ze swoją połówką trudne sytuacje i być najlepszym przyjacielem!
Na przerwie koleżanka podeszłą do mnie i powiedziała: "Wiesz, nidgy nie sądziłam, że tak może byc, ale jak to przemyślałam, to... masz rację". Kolejna: "Mądra jesteś. Skąd ty to wiesz?". Kolega: "Łał". Cała klasa poprosiła księdza, byśmy na następnej lekcji kontynuowali mój wywód i ich pytania... Miło.
Inna koleżanka spytała mnie po krótkich definicjach miłości i zakochania: "W takim razie miłość jest lepsza niż zakochanie?". Dla ludzi nastawionych tylko na odbiór przyjemności owszem.
Odsłon: 954 Komentarzy: 9
1
