Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Chrześcijaństwo bez Chrystusa

Kategoria: Religia Thursday, 22 March 2012, 22:52

Kiedy Św. Piotr pragnął dowiedzieć się od Jezusa, jaka przyszłość czeka Jana Ewangelistę, w odpowiedzi usłyszał:

- Co ci do tego? Ty chodź za mną!

Chodź za mną. W tym wezwaniu streszcza się całe nauczanie Jezusa. Ja Jestem droga i prawda i życie. Jestem alfą i omegą. Początkiem drogi, jej celem i samą drogą. Jestem Stwórcą świata i dawcą życia. Jestem wszystkim. Nawet najmniejszy ptak nie upada na ziemię bez mojej wiedzy. Podtrzymuję przy życiu dobrych i złych, kąkol i pszenicę, jestem słońcem, które nad nimi wschodzi, deszczem , który na nich pada. Najdrobniejszy kamyk, największa skała są manifestacjami mojej Mocy.

Jestem Stwórcą przebywającym w niedostępnych Niebiosach i cieślą pielgrzymującym zakurzonymi drogami Galilei. 

Dowody! Jakie masz dowody? –pytali uczniowie. Ukaż nam Ojca, a uwierzymy.

- Jeszcze nie rozpoznałeś mnie Filipie? Ja i Ojciec jedno jesteśmy.

Jeśli spotykasz na swojej drodze Boga, to nie myśl, nie roztrząsaj kwestii metafizycznych, nie zaczynaj nerwowo krzątać się wokół swoich spraw. Idź za Bogiem!

Czy wobec Bożej Obecności warto tracić czas na ustalanie kwestii „czy jestem w zgodzie z moją religią?” ,na wątpliwości „czy na pewno robię dobrze?”, na zabiegi wokół majątku, rodziny, przyszłości? Jakiej jeszcze przyszłości oczekuje człowiek dotknięty Bożą ręką? Czego chce jeszcze?

- Co ci do tego? Odrzuć wszystko, nawet troskę o najbliższych, nawet troskę o własne zbawienie, o własne życie, zaprzyj się samego siebie. Chodź za mną!

Tak właśnie za Chrystusem podążył Św. Paweł. Moje życie jest nieważne – mówił – teraz żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus.

Chrześcijanie naprawiają świat

A jednak chrześcijanie nadal troszczą się o tyle spraw. Spotykają się, naradzają. Co możemy zrobić, aby świat uczynić lepszym. Co  j e s z c z e  możemy zrobić? Tak się staramy, a zło wciąż się szerzy.

- Czy Jezus mówił, żeby nie sprzeciwiać się złu? No, niby tak mówił, ale przecież jakoś trzeba się sprzeciwiać, jak my tego nie zrobimy, to kto nas wyręczy?

Przypominają grono starych, świątobliwych nudziarzy, którzy martwią się moralnością młodzieży, ofensywą ateizmu, szczęściem bezbożników i nieszczęściem pobożnych, upadkiem mediów.

- Domagamy się poszanowania dla wartości chrześcijańskich! – apelują. Czy mówią rzeczy niesłuszne, albo złe? Ależ skąd! Ale mówią to wszystko jakby w muzeum, jakby w mauzoleum poświęconym komuś, kto już dawno odszedł i kto nie może w żaden sposób dopilnować swoich spraw. Komuś, kto zostawił szlachetne przesłanie, ale to przesłanie już nie ma Mocy, jest w pogardzie u młodych, nie działa.

Czyżby zapomnieli, że są uczniami Tego, który surowo zalecał:

- Nie bądźcie gadatliwi. Znam wasze prośby nim jeszcze zdążycie je wypowiedzieć.

I tak brzmi to anemiczne wołanie o „wartości chrześcijańskie”, głoszone bez Mocy, bez skutku, aż odpowiadają mu, niby echo, drwiny proroka Eliasza:

- Wołajcie głośniej,wszak jest Bogiem, ale może się zamyślił lub jest czym zajęty?

Nie ma chrześcijaństwa bez Chrystusa

- Chodź za mną!

Jeśli nie idziesz za Chrzystusem, jeśli nie zwróciłeś się ku Chrystusowi radykalnie i całkowicie,to nie tworzysz Jego Kościoła, nie zbierasz z Nim,ty rozpraszasz.

Być może tworzysz Muzeum im. Jezusa z Nazaretu, a może pracujesz nad własnym„kodeksem moralnym opartym na nauczaniu Mistrza z Nazaretu”,a może po prostu uprawiasz politykę pod sztandarem „Jezus Chrystus” i chcesz być podziwiany, adorowany, jako Jego wierny naśladowca?

Cokolwiek byś nie robił rozważ i te słowa Mistrza: „Niektórzy powiedzą, czyż cały czas nie wołaliśmy Panie!, Panie! A ja im opdpowiem: Nie znam was”. Tylko tyle: NIE ZNAM WAS. Nie szliście za mną.

Nie świeciliście światłem odbitym od Tego, który jest światłością świata, lecz światłem własnym, jak mała świeczka, która chciała przyćmić blask słońca.

A co będzie z moralnością? Co z przyszłością świata?

- A co ci do tego? Ty chodź za mną.

Obietnice Boże są pewne. Przyjdę wkrótce.

Maranatha! Przyjdź Panie, przyjdź Panie Jezu.

Odsłon: 180 Komentarzy: 6


Być chrześcijaninem w zdemonizowanych czasach

Kategoria: Polityka Monday, 19 March 2012, 16:55

Obecność zła dostrzegamy, kiedy wybuchają bomby i pojawia się krew na ulicach.  Trudniej nam już powiązać głód, choroby i śmierć Afryki z chciwością Zachodu. Codziennej, szarej i zwykłej roboty szatana nie dostrzegamy natomiast wcale. A powinniśmy. Gdyż robota ta jest dokonywana na naszym „ja”. Polega na jego pompowaniu, nadymaniu do takich rozmiarów, że nie widzimy już niczego poza własnym próżnym, wrażliwym, niezwykle delikatnym i  ogromnym „ja”.

Codzienna promocja egoizmu

Frontów walki o coraz większe „ja” jest bez liku. Reklamy włażą nam do głowy dniami i nocami, bez chwili wytchnienia, jak bezlitośni, nachalni komiwojażerowie, których nie można wyprosić z domu. Bądź egoistą – mówią – kupuj, kupuj, upijaj się, obżeraj, baw, szpanuj, uważaj za lepszego od innych, strój się, pusz, nadymaj, nie przestawaj myśleć o seksie ( i najlepiej przybij sobie na czole naszą metkę). Choć natychmiast odwracamy głowy, ściszamy lub przełączamy telewizory, klikamy przycisk „zwiń” na ekranach laptopów, to i tak zostajemy zatruci codzienną dawką propagandy, gdyż komiwojażerowie są nachalni, konsekwentni i nie nużą się nigdy.

Kariera. To nasz obowiązek wobec własnego „ja”. Awans, pieniądze, posiadanie rzeczy, cudzy podziw. Wszelkie inne obowiązki nic nie znaczą wobec obowiązku robienia kariery. Uczciwość, współczucie? Co to jest? Ważna jest skuteczność, efektywność, sukces. Jeśli twoja kariera kuleje to masz problem. Potrzebujesz terapii, potrzebujesz trenera. Potrzebujesz czegokolwiek, żeby ukoić skaleczone „ja”.

Rozrywka. Po ciężkiej walce w brutalnym świecie masz prawo do odrobiny relaksu. Najlepiej zrelaksujesz się, zapychając sobie głowę śmieciami produkowanymi przez koncerny medialne. Popatrz na życie celebrytów, twoich wzorów, ludzi, którzy zdołali nadąć swoje „ja” do rekordowych rozmiarów.  Czy nie masz wrażenia, że uczestniczysz w ich życiu? Czy to nie jest jak wizyta w niebie?

Polityka. Jedyny słuszny system jest oparty na egoizmie jednostek. Egoizm, żądza sukcesu, napędzają gospodarkę. Nic lepszego nie wymyślono. Wszystkie systemy oparte na poczuciu wspólnoty to nieudane eksperymenty. Egoizm jest sprawdzony, wypróbowany, bezkonkurencyjny.

Filozofia. Wiara w to, że poza naszym „ja” istnieje Bóg lub jakikolwiek inny Absolut, to prymitywny, przestarzały przesąd. Uznanie tego przesądu, to przyjęcie systemu wartości, który prowadzi do rezygnacji z własnego egoizmu. Wtedy zyskuje egoizm innych. Nie bądź frajerem, nie masz nic poza własnym „ja”. Odrzuć zabobony, zajmij się „ja”.

Czy egoizm to wynalazek naszych czasów?

Czy jednak to wszystko, co napisałem powyżej, nie jest tylko utyskiwaniem staruszka na „dzisiejsze, zepsute czasy”? Utyskiwaniem, które pojawia się „od zawsze” i jest typową przypadłością ludzi starych? To prawda, że globalizacja, dzięki nowoczesnym środkom przekazu, wywołała wrażenie wszechobecności egoizmu, chciwości, pustej rozrywki, karierowiczostwa. Czy jednak ludzie kiedykolwiek byli inni? Czy nie toczyli rabunkowych wojen, nie byli chciwi, okrutni, nie wyzyskiwali, nie deptali słabszych? Nie gustowali w jarmarcznej tandecie?

To prawda. Natura ludzka jest taka, jak była. Coś się jednak zmieniło. Zniknęło pragnienie bycia lepszym. Honor, asceza, poszukiwanie absolutnej wartości, absolutnego sensu istnienia, obowiązek wobec bliźnich, wobec własnego człowieczeństwa, wiara w iskierkę boskości tlącą się jednakowo w dobrych i złych, pragnienie poświęcenia się jakiejś „sprawie”. Człowiek bywał zły, chciwy i okrutny, ale też i był tego świadom. Poszukiwał Boga, Absolutu, bądź idei, która pomogła by mu przezwyciężyć zło, albo chociaż usunąć poczucie winy, pomóc pojednać się z naruszonym dobrem, naprawić zło w sposób symboliczny, jeżeli inny nie był już możliwy. Dziś człowiek niczego nie szuka. Uważa, że jest bardzo dobry, gorączkowo pragnie wymazać resztki „starych przesądów”, które mogłyby w nim wzbudzać coś na kształt poczucia winy. Jedyne czego współczesnemu człowiekowi, w jego opinii, brakuje, to „bycia sobą”, „bycia sobą w pełni”. „Bądź sobą!” to hasło sztuki, rozrywki, publicystyki, terapii, szkoleń i wykładów. Bądź sobą, a odniesiesz sukces. W ostateczności sukces zostaje sprowadzony do samopoczucia „ja”.

Wyzwoliliśmy nasze „ja” z okowów religii, która je tłamsiła i frustrowała. Urzeczywistniliśmy humanizm. Zabobony zastąpił racjonalizm i humanizm. Humanizm to wszak system wartości, który opiera się na człowieku, a racjonalizm na rozumie. Nieprawdaż? Nie. Dorobiliśmy się karykatury humanizmu, karykatury racjonalizmu. Okazuje się, że nawet największe idee potrafią wracać w formie zwulgaryzowanej, skarlałej.

Po co szatanowi egoizm?

Egoizm podsyca w nas szatan, lub, w zależności od światopoglądu, jakaś inna osobowa lub bezosobowa energia. Mniejsza o nazwę. Ważniejsze jest pytanie, czemu ma służyć działanie tej energii?

Zacznijmy od kilku pytań. Czy „ja” samo w sobie jest złe? Ależ skąd. Pomaga nam poruszać się w świecie, porozumiewać z innymi, tworzyć naukę i technikę, budować struktury społeczne, bez których człowiek nie jest zdolny przetrwać, reagować adekwatnie do sytuacji. Zalety „ja”, zalety dbałości o prawidłowy rozwój „ja” można by wymieniać i wymieniać. A czy chciwość sama w sobie jest zła? Wręcz przeciwnie. To właśnie chciwość (umiarkowana, trzymana w ryzach) napędza gospodarkę, dostarcza narzędzi, które służą dobru. A chęć poklasku i uznania? Czy nie tej właściwości ludzkiej natury zawdzięczmy sztukę, odkrycia naukowe? A co z pustą rozrywką? Czy śmiech, oderwanie od kłopotów, szczera radość nie są dobre? Może i pusta rozrywka jest plebejska, ale czyż przez to godna potępienia?

W czym więc tkwi sedno? Otóż szatan (czy jakkolwiek tę siłę zdefiniujemy) usunął grunt spod „nóg” naszego „ja”. Postawił je nad przepaścią, nad otchłanią. Nad otchłanią bez nadziei na zbawczą rękę Boga, nad otchłanią, która nie jest buddyjską „pustką”, „wadżrą”, Brahmanem. Ta otchłań nie pozostaje z naszym „ja” w żadnej relacji. Jest nicością, która w żaden sposób nie ubogaci naszego „ja”, unicestwi je na wieki. „Ja” zostaje wobec nicości skazane na siebie. Czy może się samo „zbawić”? Nie, gdyż brak mu punktu oparcia. Baron Muenchhausen wyciągnął się sam za włosy z bagna. Śmieszy nas ta historia. „Ja” nie potrafi powtórzyć sztuczki sławnego barona, nie może się samo-zbawić, samo wyciągnąć „za włosy” z Otchłani, może tylko uciekać. Odgradzać się od nicości pustą rozrywką, pośpieszną karierą, błazenadą przed kamerami. Im bardziej nadymamy swoje „ja”, tym bardziej mamy wrażenie, że „silne ja” jest trwalsze niż „słabe”, że nicość jest trochę dalej dziś niż wczoraj. Jesteśmy upojeni życiem, bezpieczni przed nicością, do jutra. A jutro…, to przecież będzie dopiero jutro…

Budowanie na fundamencie „ja” ma słabe strony. Nie mając punktu oparcia „ja” jest wrażliwe na urazy. Bezpieczeństwo, i to chwilowe, nadają mu tylko inne „ja”? A gdy się odsuną? 

Dzisiejszy egoizm jest parodią religii. Tillich definiował wiarę jako troskę ostateczną. Troskę o to, co nas bezapelacyjnie obchodzi. O życie i śmierć. Ludzie zostawieni nad otchłanią tylko z własnym „ja” też są owładnięci troską ostateczną. Ich problemem też jest życie i śmierć. Stąd ucieczka w karierę, akceptację, zapomnienie. Usunięto im ziemię spod nóg. Nauczono drwić z religii. Ale nie zdołano uwolnić od „Wielkiego Pytania”. Kiedyś któraś z korporacja wyprodukuje tabletkę Murti-Binga. Póki to się jednak nie stanie, człowiek zmaga się ze swoim człowieczeństwem. Póki nie ma tabletki Murti-Binga, człowiek skazany jest na troskę ostateczną. Na Wielkie Pytanie. Na wiarę. Choćby odrzucał wszelkie „religijne przekonania i doktryny”, wiary jako takiej, wiary w postaci „czystej troski”, odrzucić nie może.

Wróćmy do szatana (lub innej osobowej, bądź bezosobowej siły, czy procesu). Na co mu egoizm jako parodia wiary? To proste. Jeśli człowiek świadom otwierającej się przed nim otchłani, nie ma przed nią innej obrony niż nadymanie „ja”, wrażliwego na urazy, delikatnego „ja”, to staje się całkowicie podatny na manipulację. Ten kto manipuluje ludzkim „ja”, kto stawia cel, daje i odbiera nagrody, wzbudza i zaspokaja (bądź nie zaspokaja) pragnienia, kto ma moc napuścić ludzi na ludzi, ten sprawuje kontrolę nad światem. Poprzez wzmacnianie egoizmu szatan rządzi ludźmi. Władza. Chodzi o władzę.

Doktryną po głowie?

Ludzie, którzy odrzucili przekonania religijne (przypomnijmy, że nie jest to równoznaczne z odrzuceniem wiary, czego uczynić się nie da!) popadają w nieustanny konflikt z ludźmi, którzy przekonania religijne wyznają. Otwartych frontów jest wiele: obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej, edukacja seksualna, finansowanie związków wyznaniowych. Mam wrażenie, że wszystkie te fronty starannie omijają główny punkt sporu.

1)      Chrześcijanie chcą obronić przekonania, które nadają sens ich życiu. Dla nich symbole religijne osłaniają sferę świętą, rękę Boga ratującą prze upadkiem w otchłań.

2)      Ateiści również chcą obronić przekonania, które nadają sens ich życiu. Dla nich religijność jest atakiem na „ja”, a przecież utracili już wiarę w cokolwiek innego, co mogłyby odgrodzić ich byt od otchłani. Czyli religia, umniejszająca wartość „ja” na rzecz Boga (w którego ateiści nie wierzą) spycha ateistów w otchłań.

Spór toczy się na gruncie przekonań religijnych i pozornie tylko ich dotyczy. Tak naprawdę jednak (co już było wyżej wyjaśnione) dotyka troski ostatecznej. Jest sporem o wiarę.

Ponieważ uważam, że wyrwanie człowiekowi gruntu spod nóg, wzmacnianie egoizmu, doprowadzenie do tego, że Absolut przeraża jak nicość, jest dziełem szatana (lub podobnej, a inaczej nazwanej energii)

 Ponieważ uważam, że wpojenie człowiekowi przekonania, że mając izolowane „ja” ma już wszystko i winien odrzuć poszukiwania czegokolwiek większego od „ja”, jest dziełem szatana (lub podobnej energii).

Dlatego w toczącym się sporze nie podzielam stanowiska ateistów.

Jednakże. Nie akceptuję, jako nieskutecznej, metody prowadzenia z ateistami sporu na poziomie przekonań religijnych, a już tym bardziej na poziomie ustalania zasad funkcjonowania tychże przekonań w przestrzeni publicznej. Taki spór, toczony na poziomie argumentów rozumowych, nie ma szansy się zakończyć. Nikt nikogo nie przekona. Co najwyżej narosną emocje, wrogość i pojawią się dalsze, groźniejsze, konsekwencje tych emocji. Spór toczy się bowiem na poziomie „naskórkowym”, a dotyczy w rzeczywistości tego, co najgłębsze, wiary. Spór o wiarę jest bezcelowy. Nikomu wiary nie można sprzedać, zostawić w spadku, dać w prezencie, ani, tym bardziej, narzucić podczas kłótni.

 Tocząc awanturę nie dotknie się niczyjego serca. Proponuję, aby wyznawcy Chrystusa wycofali się niezwłocznie ze wszystkich sporów  dotyczących manifestacji przekonań religijnych, finansowania kościołów itd. Św. Paweł głosił religię, która była prześladowana i dyskryminowana w Cesarstwie Rzymskim. Został za to skazany na śmierć i stracony. A przecież odniósł sukces ewangelizacyjny, o którym mogą tylko marzyć współcześni chrześcijanie. Nie w politycznych sporach tkwi sedno sprawy, lecz w Chrystusie.

Zacząć od siebie

A jednak współczesny świat ulega demonizacji. Chrześcijanie winni temu przeciwdziałać. Jeśli nie poprzez toczenie sporów o poglądy i doktryny, to jak?

Uderzmy się w piersi. Czy współcześni chrześcijanie wolni są od epidemicznej choroby na „ja”?  Czy choroba ta nie dotyczy także pasterzy? Czy nie dotyczy to wszystkich kościołów? Czy dążenie do wpisania się w rzeczywistość społeczno-polityczną, podkreślanie swoich zasług, liczenie się z opinią świata dawno już nie przesłoniły Chrystusa?

Czy obserwując zachowanie chrześcijan i ateistów można wychwycić choćby drobne różnice między nimi? Czy w ogóle coś ich dzieli, poza stosunkiem do doktryny będącej niczym więcej jak zbiorem poglądów?

Proponuję, abyśmy na ofensywę ateistów odpowiedzieli tak: Zamiast tkwić w „oblężonej twierdzy” naszych przekonań, niech każdy z nas poświęci kilka godzin dziennie na lekturę Biblii, pozwólmy, aby Słowo Boże przeniknęło nas, pozwólmy Chrystusowi działać. Módlmy się w milczeniu, słuchajmy Boga. Spotykajmy się w grupach modlitewnych, trwajmy w cichej obecności Pana. Umacniajmy się wzajemnie w wierze, dyskutujmy o Słowie Boga, niech obiektem naszych zainteresowań będzie Chrystus. Nie osądzajmy świata, nie narzekajmy. Chrystus na Krzyżu zwyciężył świat. Zaufajmy mu. Traktujmy naszych wątpiących braci właśnie jak braci. Niech rośnie w nas Chrystus, a nasze „ja” umniejsza się, aż powróci do rozmiarów, w których nie będzie bolało jak nabrzmiały wrzód, w których będzie normalne.

Tak, i tylko tak,  zniweczymy ofensywę szatana (czy jakkolwiek byśmy nawali tę Moc).

Pamiętajmy, że my nie jesteśmy w stanie nawrócić nikogo. Ludzkie serca zmienia Bóg ( lub Absolut, jakkolwiek przez nas nazywany) Naszą rolą jest dawać świadectwo, a potem mówić: „Sługami nieużytecznymi jesteśmy”.

Podążając za Chrystusem w zdemonizowanym świecie odkryjemy, że istnieje dobro, a to co braliśmy za zło, to tylko wynik niewiedzy, ignorancji.

Szatan nie jest absolutnym władcą tego świata, choć dwoi się i troi, aby nim zostać. Dopóki choć jedna osoba podąża za Chrystusem, to tylko Chrystus jest Królem I Panem.

Dlatego podążanie za Chrystusem to jest wszystko, a spory o poglądy to śmieci.

Odsłon: 403 Komentarzy: 20


Problem zła i krokodyl

Kategoria: Religia Sunday, 03 June 2012, 16:02

Holokaust, umierające z głodu dzieci w Somalii, brak przyszłości milionów, pasożytnicze szczęście jednostek, wojny, gwałty, śmierć w męczarniach. Dlaczego Bóg nie położy temu kresu? Oto pytanie, które stanowi istotę „problemu zła”.

Tradycyjne rozumienie Boga uczy nas, że jest On:

1)    Wszechwiedzący

2)    Wszechmocny

3)    Dobry i pragnący Dobra.

Z powyższych założeń możemy wyciągnąć następujące wnioski

1)    Bóg wie, że się dzieje zło

2)    Jest w stanie je zlikwidować

3)    Pragnie je zlikwidować.

A jednak zło istnieje. W obliczu dziejącego się zła musimy zanegować któryś z powyższych punktów i uznać, że

1)    Bóg nie dostrzega zła, albo

2)    Bóg nie potrafi zlikwidować zła, albo

3)    Bóg dopuszcza zło

Powyższe wnioski są jednak sprzeczne z założeniami wyjściowymi, dlatego pojawia się jeszcze wniosek:

4)    Bóg nie istnieje

Wierzący, w obliczu widocznej sprzeczności, koncentrują się na wyjaśnieniu genezy zła. Twierdzą, że zło ma swą przyczynę poza wolą Boga, istnieje „do czasu”, kiedyś zniknie w  ogóle, a obecnie istnieją bardzo poważne powody, dla których Bóg dopuszcza zło. Takim powodem jest np. szacunek dla wolnej woli. Ateiści oczywiście istnienie zła traktują jako „dowód na nieistnienie Boga”.

Po II wojnie światowej, wobec niewyobrażalnych potworności jakich dopuściły się hitlerowskie Niemcy, wielu teologów chrześcijańskich i żydowskich uznało, że „w obliczu Holokaustu wiara w Boga nie jest już możliwa”.

Czy Bóg powinien był zabić Hitlera?

Wydaje się, że Bóg mógł łatwo zapobiec okropnościom Holokaustu, zbrodniom niemieckim na Słowianach i wszelkim innym cierpieniom, jakich doświadczyły miliony ludzi. Wystarczyło zabić Hitlera, kiedy ten jeszcze był dzieckiem. Przecież Bóg jest wszechwiedzący i wiedział, że to dziecko wyrośnie na potwora.

Łatwo jednak spostrzec, że zabicie Hitlera nie polepszyłoby świata. Hitler, podziwiany i wielbiony przez tłumy, został wybrany na kanclerza Niemiec w demokratycznych wyborach, własnymi rękami nie zamordował ani jednego Żyda, nikogo nie zamordował. On tylko podżegał do zbrodni i nienawiści, a tysiące wykonawców ochoczo znajdowały się same.

To może Bóg powinien zabić więcej ludzi? Kogo? Tych, którzy głosują na „hitlerów”? Tych, którzy pożądając narkotyków i płatnego seksu sprawiają, że istnieje mafia? Tych, którzy tworzą popyt na bezmyślną, pustą rozrywkę, która ogłupia świat? Tych, którzy bałwochwalczo wielbią pieniądz, a bliźnich traktują jak rzeczy? Niewiernych? Nieuczciwych? Kłamliwych? Wszystkich??

Człowiek osądza Boga

Cierpimy, gdyż krzywdzą nas inni ludzie, cierpimy, gdyż krzywdzimy się sami, cierpimy na skutek chorób, katastrof, kataklizmów. Dlaczego? Czy to jest sprawiedliwe?

Pytanie o „sprawiedliwość Boga” jest tematem Księgi Hioba, jednej z najstarszych, a jednocześnie najpiękniejszych ksiąg natchnionych.

Oto, w skrócie, „fabuła” Księgi Hioba.

Szatan oskarża Hioba przed Bogiem, że jego pobożność nie jest autentyczna. Hiob opływa w dostatki, cieszy się ludzką miłością i szacunkiem. Owszem, wielbi Boga, ale czy jego religijność nie ma charakteru „coś za coś”? Ja Cię, Boże, wielbię, a Ty mi za to zsyłasz dostatki. Czy to jest autentyczna, bezpośrednia więź? Czy Hiob nie traktuje Boga jako narzędzia do osiągnięcia „ważniejszego” celu, jakim jest dobrobyt?

W odpowiedzi na te zarzuty Bóg pozwala szatanowi działać. I oto na Hioba spadają nieszczęścia. Na skutek rabunków i katastrof traci rodzinę i cały majątek. Ciężko zapada na zdrowiu.

Dlaczego? Na tym pytaniu koncentruje się lamentujący i rozpaczający Hiob. Dlaczego stracił majątek? Dlaczego ludzie odwrócili się od niego? Dlaczego ci, którzy kiedyś zazdrościli jego psiarczykom, teraz z niego szydzą? Przecież Hiob postępował sprawiedliwie, nie grzeszył, przestrzegał przykazań. Wokół jest tylu ludzi bezbożnych, którzy cieszą się nieuczciwie zdobytym bogactwem i pozycją społeczną, a akurat Hiob, który zawsze postępował uczciwie, cierpi ból i poniżenie.

Przyjaciele Hioba, którzy przyszli go pocieszyć, próbują dociec przyczyn nieszczęścia i znaleźć wyjście z sytuacji. Widocznie ciężko zgrzeszyłeś, więc Bóg cię ukarał – mówią do Hioba. Teraz przebłagaj Boga, a znów będzie ci się wiodło. Hiob nie chce uznać takiego rozumowania. Uważa, że nie popełnił grzechu, wskazuje przykłady bezbożników, którym się doskonale powodzi, zarzuca Bogu niesprawiedliwość.

Krokodyl zamiast odpowiedzi

Wreszcie lamentującemu Hiobowi ukazuje się Bóg. Ale nie odpowiada na żadne pytanie. Mówi o Ziemi, Kosmosie, wskazuje na swoje stworzenia, które są dziwne, pozornie bezcelowe, a przecież piękne, na strusia, hipopotama i krokodyla. Przyjaciele Hioba dowiadują się, w jak głębokiej ignorancji tkwili traktując pobożność jako środek do materialnego sukcesu, zakładając, że działanie Boga można zrozumieć, osądzić, wykorzystać do własnych celów.

A co na to Hiob? Już nie porównuje się z innymi ludźmi, nie lamentuje za straconym majątkiem i pozycją społeczną. Obecność Boga jest wszystkim, Obecność Boga wystarczy, Hiob jest kompletny. Niczego nie potrzebuje. Dotąd rozważał  pojęcie „Bóg”, rozważał formuły filozoficzne, formuły etyczne. Teraz nie potrzebuje już pojęć i formuł.

Mówi: Tylko ze słyszenia wiedziałem o Tobie, lecz teraz moje oko ujrzało Cię. Przeto odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele.

Hiob wyzwolił się z rozpaczy, powrócił do życia i stopniowo odzyskał, a nawet powiększył majątek. Ale do szczęścia nie było mu to już konieczne. Bez majątku byłby tak samo szczęśliwy. Mając Boga, miał wszystko.

 

 

 

 

 

 

 

 

Odsłon: 97 Komentarzy: 5


Czy rozwój techniczny zastąpi Zbawienie?

Kategoria: Teologia Wednesday, 01 February 2012, 08:25


Niekiedy w potocznym rozumieniu Zbawienie to zwykłe życie dalej.  No, trochę lepsze niż zwykłe. Z gwarancją wiecznej młodości, nieśmiertelności, pełnego rozwoju władz umysłowych, ‘nadprzyrodzonych mocy”.
Niektórzy wizjonerzy techniki, tacy jak Ray Kurzweil, obiecują życie wieczne i zdrowe w niedługim czasie. Stu lat. Pięćdziesięciu. A może tylko piętnastu?
Wygląda więc na to, że technika zwyciężyła z religią przez knockout. To co religia obiecywała za cenę wyrzeczeń i samodoskonalenia, technika odda za pieniądze. Najpierw najbogatszym, potem nieco biedniejszym.
Czy taki rozwój techniki wywoła rewolucję w naszym życiu? Zapewne. Jako pesymista kojarzyłbym tę zmianę z patentowaniem przez korporacje fragmentów ludzkiego DNA, planowaniem od poczęcia żołnierzy, celebrytów, liderów politycznych.
Człowiek zaplanowany, to człowiek pozbawiony zdolności twórczych. Może nie tyle pozbawiony samych zdolności, pobawiony możliwości ich wykorzystania w „zaplanowanym świecie”.
Ale „Nowy Wspaniały Świat” spotka i entuzjastów. W to nie wątpię.
Wróćmy jednak do religii. Czy odkrycia technicznych geniuszy pokroju Kurzweila naprawdę spełniają „Boskie Obietnice’?
Przyjrzyjmy się buddyście, który dąży do urzeczywistnienia w sobie Doskonałej Natury Buddy i życia „tą naturą” w każdej chwili, wobec każdej czującej istoty. On się chce wyzwolić z kołowrotu życia, a nie zrezygnować z aspiracji do autotranscendencji z użyciem techniki.
Chrześcijanin także pragnie przekroczyć siebie. Zjednoczyć się z Bogiem w Chrystusie – Bogiem – czystą, nieuwarunkowaną podstawą istnienia.
Dla ludzi religijnych uwięzienie w skończoności, choć nieśmiertelnej, choć poprawionej, nie jest rajem. Jest piekłem.
Zadawałem tu ostatnio pytanie, dlaczego w śród ludzi zachodu zanika wiara jako troska ostateczna o być-albo nie być.
Być może odpowiedzią na to pytanie jest szerząca się wiara w postęp, który rozwiąże wszystkie problemy techniczne, a problemy duchowe? No cóż… Nie są prawdziwymi problemami. Przynajmniej dla tej większości, która głosuje i płaci podatki.

Odsłon: 210 Komentarzy: 1


Ateizm, czyli bałwochwalstwo

Kategoria: Religia Sunday, 01 January 2012, 23:06

Stoję na podłożu bez dna. Wiszę nad Otchłanią. Jeszcze poruszam się, oddycham, ale Nicość pewnego dnia dopadnie mnie. Jeśli zaś mam tę pewność, że mnie dopadnie, to jest tak, jakby Nicość już mnie pochłonęła. Jakbym miał dwie strony. Po jednej stronie rozmawiam z ludźmi, pragnę czegoś, postrzegam, a po drugiej stronie jestem Nicością. Nicością, czyli tym, co we mnie naprawdę trwałe, fundamentalne, co mnie od zawsze poprzedza, co po mnie nadchodzi. Tym co się nie rodzi i nie umiera. Tym, co JEST. A właściwie tym, czego NIE MA. Bo Nicości nie ma. I mnie nie ma. Nigdy się nie narodziłem naprawdę, nigdy mnie nie było. Obie strony mnie są tym samym. Jestem żywy i martwy. Kim jestem? Kim jest To, co JEST, to, czego NIE MA. Co przeraża. I co ciągnie jak magnes?
Hiob odrzucił wszelkie pytania o zło i dobro, o przyczynę i skutek, o plan i próbę. Powiedział: Teraz wycofuję wszystkie moje słowa. Kajam się w prochu i pyle.
Aniołowie zakrywają skrzydłami oczy i powtarzają: „Święty, Święty, Święty”.
W ten mrok, w Obłok Niewiedzy można wejść tylko poprzez wiarę. Czym jest wiara? Tillich zdefiniował ją jako „troskę ostateczną”. Troskę o to, co nas „absolutnie dotyczy”. Troskę o istnienie i nieistnienie.
Dopiero poprzez wiarę, poprzez męstwo wkroczenia w mrok Obłoku Niewiedzy człowiek staje się w pełni człowiekiem. Przekracza własną Nicość, dotyka Odwiecznego Fundamentu. Przeżywa przerażenie i fascynację, mówi językiem symboli, odrzuca te symbole, spiera się o nie.
A jednak coraz więcej osób odrzuca wiarę. Odrzuca troskę ostateczną. Wygląda na to, że nie zaprząta im głowy problem istnienia-nieistnienia. Może trochę pieniądze, trochę władza, trochę rywalizacja. Ale nic ostatecznego.
Czy są duchowo chorzy, czy już martwi? Co się z nimi stało? Kto przejął kontrolę nad ich umysłami? I po co?
Odrzucenie troski o to, co Święte i umieszczenie w tym miejscu pieniądza, kariery, czegokolwiek innego – to bałwochwalstwo. To odrzucenie własnego człowieczeństwa.
Żyjemy w epoce bałwochwalstwa. Ateizmu. Czyli bałwochwalstwa.

Odsłon: 490 Komentarzy: 6


Kapitalizm i komunizm. Dwie drogi do niewolnictwa?

Kategoria: Ekonomia Sunday, 18 December 2011, 21:55

Jaką postawę powinien przyjąć chrześcijanin wobec pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego i moralnego, jaki przeżywa obecnie ustrój kapitalistyczny? Apelować o utworzenie globalnego rządu i zerwanie z „bałwochwalstwem rynku”, jak to uczynił Watykan w październiku tego roku? A może podkreślać zalety „wolnej gospodarki” śladem księdza Sirico? A może jeszcze inaczej? Wprost potępić ślepą chciwość bankierów i przystąpić do „oburzonych” reaktywując we współczesnej formie teologię rewolucji lub teologię wyzwolenia?

Sirico i „duchowy wymiar kapitalizmu”

Robert Sirico widzi w działalności przedsiębiorców „Boże powołanie”. Przedsiębiorca to człowiek twórczy, który stawia czoła ryzyku w sposób racjonalny, przyjmuje odpowiedzialność za siebie i innych, otwiera pozostałym ludziom nowe perspektywy. Zdaniem księdza Sirico kapitalizm oparty na wolnej przedsiębiorczości prowadzi do dużej bardziej efektywnego rozdziału bogactwa niż systemy, które wprost stawiają sobie za cel „sprawiedliwość społeczną”.

Dla Sirico najwartościowszą ludzką cechą jest „inicjatywa twórcza”, a zagrożeń dla tej inicjatywy upatruje w nadmiernej ingerencji w gospodarkę poprzez biurokrację państwową. Dla poparcia tego stanowiska powołuje się na wydane w latach 80-tych encykliki papieskie: Sollicitudo Rei Socialis,  Centesimus Annus oraz Laborem Exercens.

Można jednak zauważyć, że czas dość brutalnie weryfikuje poglądy księdza Sirico na gospodarkę kapitalistyczną. Po upadku Muru Berlińskiego i opanowaniu przez kapitalizm  obszarów zajmowanych dotąd przez wrogą mu socjalistyczną „gospodarkę nakazowo-rozdzielczą” wcale nie doszło do powstania wspólnoty „wolnych i twórczych przedsiębiorców”. Wręcz przeciwnie. Przedsiębiorcy, a już szczególnie przedsiębiorcy wykazujący się „twórczą inicjatywą”, są gatunkiem wymierającym i  w gospodarce światowej nie odgrywają, i prawdopodobnie już nigdy nie będą odgrywać, żadnej roli.

Globalne niewolnictwo

Akumulacja kapitału doprowadziła do tego, że gospodarkę światową zdominowały gigantyczne korporacje, dla których partnerami są tylko rządy największych państw. Dla rządów państw nieco mniejszych pozostaje miejsce w korporacyjnym przedpokoju, o ile nie wprost za drzwiami.

Struktury państw i globalnych korporacji, zwłaszcza finansowych, przenikają się. Dzisiejszy premier jutro staje się korporacyjnym funkcjonariuszem, a pojutrze rządowym doradcą. Podejmując decyzje gospodarcze rządy zawsze biorą pod uwagę „reakcję rynków”. Pod tym eufemistycznym określeniem kryje się opinia korporacyjnych decydentów, czyli byłych (lub przyszłych) pracodawców ministrów, posłów etc.

Ta polityczno-korporacyjna elita zaczyna przypominać średniowiecznych panów feudalnych, którym się wszystko należało z racji urodzenia, a nie z racji posiadania zaufania współobywateli. Dysponując globalnymi narzędziami kształtowania opinii publicznej nie muszą się w ogóle przejmować czymś takim jak wyborcza weryfikacja. Zresztą w Unii Europejskiej zrezygnowano nawet z demokracji fasadowej. Czy ktoś potrafi wyjaśnić, jak można demokratycznie zweryfikować decyzje Komisji Europejskiej? Albo jak może Polak lub np. Grek odnieść się do decyzji tandemu Merkozy (oczywiście poza wyrażeniem czołobitnego zachwytu, który w każdym feudalizmie jest mile widziany)?

Obecnie globalny system kapitalistyczny opiera się na następującym schemacie. Banki generują pieniądz bezgotówkowy, który w formie nachalnie reklamowanych kredytów jest wciskany obywatelom. Następnie obywatele rozstają się z tym pieniądzem nabywając nachalnie reklamowane dobra i stają się dożywotnimi (albo wręcz dziedzicznymi) niewolnikami korporacji finansowych. Na spłatę długów pracują w globalnych korporacjach, gdzie wartość produktów i usług jest kreowana przez reklamę, a tylko w znikomym ułamku przez pracę. Twórcza inicjatywa jest ostatnią rzeczą, której potrzebują korporacje ograniczające się do egzekwowania procedur od swoich niewolników.

Globalna spekulacja, a także potrzeba ciągłego napędzania koniunktury długiem, powoduje, że system jest niestabilny i wymaga interweniowania państw. Giełdy tańczą w rytm oświadczeń politycznych, a wszystko to kotłuje się w jednej polityczno-korporacyjno-feudalnej rodzinie.

Uprawianie „wolnej przedsiębiorczości” jest możliwe tylko przez krótkie okresy czasu na incydentalnie pojawiających się „niszach rynkowych”. Jest to pomijalny margines rynku.

Czy to jest socjalizm?

Oczywiście nie taki system gloryfikował ksiądz Sirico – zwolennik ludzkiej, „twórczej inicjatywy”. Stronnicy „kapitalizmu wolnorynkowego” twierdzą, że obecny system to już w ogóle nie jest kapitalizm, lecz socjalizm, gdyż w systemie tym dużą rolę odgrywa biurokracja państwowa. Być może częściowo mają rację.

 Kapitalizm to system oparty na własności prywatnej, a obecnie zglobalizowana własność prywatna zdominowała , zdemoralizowała i zwyczajnie skorumpowała (w szerokim znaczeniu tego słowa) struktury państwowe i ponadpaństwowe. I posługuje się tymi strukturami do własnych celów. Także „prywatyzując” zyski i „uspołeczniając” straty.

Czy powrót do „kapitalizmu wolnorynkowego” opartego na twórczej, ludzkiej inicjatywie w ogóle byłby jeszcze możliwy?

I czy w ogóle kiedykolwiek istniał kapitalizm oparty na twórczej ludzkiej inicjatywie? Czy robotnicy stojący przy taśmach produkcyjnych mogli się wykazywać większą „twórczą inicjatywą” od dzisiejszych korporacyjnych wyrobników?

Watykan i wezwanie do stworzenia „rządu światowego”.

Papieska Rada Iustitia et Pax dostrzegła powyższe patologie i w październiku tego roku wezwała do stworzenia światowej władzy gospodarczej opartej o struktury ONZ. Czym się kierowała Rada? Przede wszystkim spostrzeżeniem, że „realna gospodarka” została zdominowana przez globalne interesy spekulacyjne, a o sytuacji na rynkach finansowych decydują rządy największych państw. Rządy te działają w interesie „zaprzyjaźnionych” spekulantów (m. in. wspierając ich finansowo) ignorując interesy większości mieszkańców świata. Świat ponosi skutki chciwości nielicznej grupy.

Remedium na te problemy miałoby być utworzenie, w oparciu o struktury ONZ, Światowego Banku Centralnego, instytucji, która złagodziłaby wpływ spekulacji na gospodarkę światową, a ponadto działała w interesie całej ludzkości, a nie tylko wąskiej grupy finansowych elit. Jednym słowem: na globalne problemy – globalne lekarstwo.

Papieska Rada, poprzez wyposażenie globalnych instytucji w realną władzę, chciałaby powrócić do polityki jako zajęcia uprawianego w interesie ogółu ludzi. Obecnie uprawianie polityki jest bliskie pełnieniu służby na wielkich finansowych dworach.

Godząc się z krytyką dzisiejszej sytuacji przeprowadzoną przez Radę Iustitia et Pax trudno mi jednocześnie uwierzyć w skuteczność lekarstwa. Struktury ONZ to kolejne niewybieralne, przed nikim nie odpowiadające struktury biurokratów.

Dwie drogi do niewolnictwa

Dwadzieścia kilka lat temu, likwidując system „demokracji ludowej”, światu wydawało się, że uniknął zagrożenia globalnym niewolnictwem. ZSRR wyraźnie bowiem deklarował, że zamierza stworzyć Światowy Związek Republik Radzieckich, w którym działalność gospodarcza i polityczna będą wymieszane, a całością ludzkiej aktywności będą kierować państwowi biurokraci.

Obecnie, mimo „obalenia komunizmu”, jesteśmy bliżej niewolnictwa niż trzydzieści lat wcześniej. Struktury gospodarcze i polityczne wymieszały się, a kontrolę nad naszym życiem przejmują biurokraci, którzy przed nikim nie odpowiadają. Propagandę „realnego socjalizmu” zastąpiła kapitalistyczna reklama. Ot, i cała różnica.

Chrześcijańska recepta na kryzys

Pozostaje powrócić do postawionego na początku pytania. Jak powinien postąpić chrześcijanin wobec ekonomicznego i moralnego kryzysu kapitalizmu?

Odpowiedź jest prosta. Człowiek pozbawiony oparcia w Chrystusie zawsze będzie „ześlizgiwał się” w niewolnictwo. Każda droga bez Chrystusa jest drogą do niewolnictwa.

Chrystusa zaś nie można nikomu narzucić jako doktrynalnego i politycznego rozwiązania. Tę drogę każdy musi wybrać sam. Otwarcie się na Bożą perspektywę istnienia jest  tajemnicą intymnej relacji człowiek-Bóg.

Człowiek nawrócony może być twórczym przedsiębiorcą, uczciwym pracownikiem, oddanym współobywatelom politykiem. Nie można jednak dokonać „generalnego ochrzczenia” wszystkich przedsiębiorców, wszystkich polityków lub wręcz całego ustroju kapitalistycznego (albo jakiegokolwiek innego).

Od czasów Konstantyna Wielkiego chrześcijaństwo uwikłało się w relacje z systemami władzy politycznej, próbując je legitymizować, kontrolować, poprawiać. Albo rewolucyjnie obalać jak Tomasz Muenzer lub niektórzy XX-wieczni teologowie.

Żadne z tych rozwiązań nie jest skuteczne. Ponieważ chrześcijańskim rozwiązaniem nie jest żadna doktryna społeczno-polityczna. Chrystus jest rozwiązaniem.

Odsłon: 404 Komentarzy: 6


Ateizm i wolny rynek

Kategoria: Religia Saturday, 19 November 2011, 23:46

Historia ateizmu pokrywa się z historią kapitalizmu. Narodził się w XVIII wieku, gwałtownie zyskał na znaczeniu w wieku XIX, a obecnie ulega globalizacji. Czy to jest przypadek, że światopogląd ateistyczny podąża w ślad za gospodarczymi wpływami globalnych korporacji i spekulacyjnych „rynków finansowych”? Na pewno nie. Globalne korporacje, które pośrednio bądź bezpośrednio kontrolują media, rozrywkę i politykę (już nie mówiąc o zamęczającej nas reklamie) indoktrynują masy światopoglądem ateistycznym, przynajmniej w jego „słabej” wersji – tzn. całkowitej obojętności na perspektywę duchową ludzkiej egzystencji.  Dlaczego? To proste. Światopogląd religijny nie daje żadnych podstaw do tego, aby uzasadnić globalną akumulację kapitału, spekulację, produkcję ludzi-robotów nastawionych wyłącznie na konsumpcję – pochłanianie i wydalanie, pochłanianie i wydalanie… Ateizm natomiast taki system usprawiedliwia i ugruntowuje.

Perspektywa religijna

Religijna wizja świata, a precyzując – wizja chrześcijańska, to wizja świata, który ma sens.

Bóg stworzył Wszechświat i nadał mu prawa, które rozum ludzki jest w stanie poznać. To, z gruntu „religijne”, założenie inspirowało ludzi do prowadzenia badań naukowych i było bezpośrednią przyczyną „rewolucji naukowej”. (Jak widać przeciwstawianie religii nauce to nic więcej jak ideologiczny bełkot. Ale to już temat osobny).

Bóg stworzył ludzi. Są oni więc braćmi i siostrami. Stanowią wspólnotę. Ta wspólnota jest odpowiedzialna za przyrodę, w której Bóg osadził człowieka. Człowiek został więc powołany do wspólnoty z Bogiem, innymi ludźmi, a nawet całością stworzenia. Miłość, troska o innych, odpowiedzialność, poskramianie własnego egoizmu – oto w pełni ludzka postawa.

Historia ludzka ma sens. Zdąża w określonym kierunku. Bóg kieruje historią, ale człowiek, obdarzony wolną wolą, może z Bogiem współdziałać (lub mówić „nie”). Bóg jest Stwórcą, ale człowiek jest także twórcą, a kiedyś, do czego właśnie dąży historia, będzie pozostawał w jedności z Bogiem – całkowicie wolny i doskonały.

Perspektywa ateistyczna

Nasze fizyczne istnienie jest ulotne w pozbawionej sensu rzeczywistości. Właściwie ta prosta myśl stanowi cały fundament światopoglądu ateistycznego. Co można zbudować na tak pesymistycznym fundamencie?

Indywidualizm i egoizm. Nie mamy nic poza naszą fizyczną, ulotną egzystencją. Skoro tak, trzeba zabiegać wokół własnego „ja”. I tylko wokół niego.

Kapitalizm – dobro jako suma wszystkich egoizmów

Fundamentem ustroju kapitalistycznego jest przekonanie, że maksymalne do osiągnięcia dobro jest wynikiem konkurowania ludzkich egoizmów. Każdy działa wyłącznie dla własnej korzyści, ale, aby ją osiągnąć, musi w jakiś sposób zadowalać egoizmy innych. Sprawniejsi eliminują z rynku mniej sprawnych, wzajemna konkurencja egoizmów wymusza coraz doskonalsze działanie. W ten sposób indywidualizm i egoizm przekładają się na powszechne dobro i postęp.

Kapitalizm jest w tej chwili traktowany jako ustrój oczywisty i bezalternatywny. Moment, w którym ustrój ten rozprzestrzenił się, z niewielkimi wyjątkami, na cały glob – został uroczyście ogłoszony „końcem historii”. Oto do czego dążyła nasza historia. Do globalnego kapitalizmu, do panowania globalnych korporacji. Nie do zjednoczenia z Bogiem, nie do zrealizowania doskonałej wspólnoty ludzi wolnych. Dążyliśmy do globalnego kapitalizmu – sumy wszystkich nieposkromionych egoizmów.

 Są i malkontenci, którzy narzekają na „deficyt wolnego rynku”. Ich zdaniem za dużą rolę wciąż odgrywa państwo – jako organizacja z założenia nie nastawiona na zysk, a więc nieegoistyczna. To państwa są więc winne wszystkim kryzysom. Gdyby nie ingerowały w wolny rynek, gdyby zostawiły całkowitą swobodę globalnym korporacjom i globalnym spekulantom – wtedy dopiero zapanowałby raj i nastąpił „koniec historii”.

Cóż można odpowiedzieć owym malkontentom? Po pierwsze globalne korporacje od dawna już kontrolują politykę. Rynek więc pozostaje „wolny” nawet jeśli działa na nim państwo. Po prostu silni realizują swoje prawo do egoizmu po swojemu, a nie w sposób narzucony przez liberalnych doktrynerów. Po drugie – takie utyskiwania, że „system jest dobry, tylko te wypaczenia…” znamy już z historii. Najwyraźniej „wypaczenia” są częścią każdego systemu.

Chrześcijanin w kapitalistycznym świecie

Chrześcijaństwo nie daje się pogodzić z ustrojem opartym na indywidualistycznym zaspokajaniu egoizmu ludzi  istniejących ulotnie w pozbawionym sensu świecie. Z ustrojem, który zorganizowanie ludzi w korporacyjne „zasoby ludzkie” oraz „konsumentów” uważa za ostateczny cel historii. Pochłanianie i wydalanie, pochłanianie i wydalanie, zapomnijcie o doskonałej wspólnocie, do której ludzkość dążyła przez ostatnie dwa tysiące lat.

Ponieważ chrześcijaństwo z kapitalizmem pogodzić się nie da, jego wpływy maleją wraz ze wzrostem roli globalnych korporacji.  

Co dalej? Czy chrześcijaństwo całkowicie zniknie? Na pewno nie. Boży plan nadal obowiązuje i nie da się go „anulować” żadną kampanią reklamową. Bliska jest chwila, w której ludzie spostrzegą, że są ludźmi, a nie „ludzkimi zasobami”.

Świat, w którym prezes spekulacyjnego banku Goldman Sachs może oświadczyć „To ja tu jestem Bogiem” na pewno nie jest końcem historii.

Odsłon: 417 Komentarzy: 17

Dwa zgromadzenia w jednym miejscu nielegalne?

Kategoria: Polityka Sunday, 11 December 2011, 11:42

Warszawski Ratusz zaproponował dokonanie zmian w Prawie o zgromadzeniach poprzez m. in. „zakazanie przeprowadzania dwóch zgromadzeń w jednym miejscu i czasie”. Z podobną inicjatywą wystąpił już kiedyś, a mianowicie w 1997 roku, Prezydent Miasta Łodzi. Było to skutkiem tego, że urzędnicy miejscy i policja nie potrafili poradzić sobie z organizowanymi jednocześnie manifestacjami SLD oraz Niezależnego Zrzeszenia Studentów.  W tamtej sprawie występowałem jako adwokat. Wtedy udało mi się przekonać zarówno sądy jak i Radę Miasta, że propozycja zmian nie tylko prowadzi do naruszenia podstawowych wolności obywatelskich, ale jest zupełnie niepotrzebna.

Przypomnę stan faktyczny.

1)      W 1996 roku Krzysztof Kwiatkowski (dziś Minister Sprawiedliwości, a wtedy student prawa UŁ) zorganizował kontrmanifestację przeciwko SLD przed Urzędem Wojewódzkim w Łodzi. Kontrmanifestacja została zakazana, a odwołanie od decyzji Prezydenta Miasta oddalił Wojewoda. Jednak organy te nie zachowały terminów z art. 9 ustawy „prawo o zgromadzeniach”, więc studenci pod Urząd Wojewódzki mimo wszystko przyszli. W efekcie Krzysztofowi Kwiatkowskiemu postawiono zarzut popełnienia wykroczenia. W tym momencie studenci zwrócili się do mnie o pomoc prawną, przekonani, że to organy państwowe i samorządowe łamią prawo, a nie oni. Podzieliłem ich pogląd i sprawę przyjąłem. W efekcie:

a)      Sąd karny uniewinnił Krzysztofa Kwiatkowskiego od zarzutu popełnienia wykroczenia.

b)      Sąd administracyjny uznał, że decyzja zakazująca przeprowadzenia kontrmanifestacji była nieważna

2)      1 Maja 1997 roku Leszek Miller, ówczesny Wicepremier i Minister Spraw Wewnętrznych, planował odbyć wiec z członkami OPZZ  na Starym Rynku w Łodzi. Studenci zaplanowali kontrmanifestację. Zgłosili zamiar odbycia zgromadzenia zgodnie z ustawą, a mnie poprosili o „bycie w pogotowiu” na wypadek, gdyby była potrzebna pomoc prawna. Niestety była potrzebna. Kiedy studenci próbowali wejść na Stary Rynek, wtedy policja zatrzymała 11 osób spośród nich, w tym Krzysztofa Kwiatkowskiego. Doszło do chaotycznych przepychanek, podczas których m. In. policja omyłkowo pobiła relacjonujących wydarzenie dziennikarzy. Stanowisko zarówno Policji jak i Prezydenta Miasta opierało się na założeniu, że nie mogą się odbywać dwa zgromadzenia w tym samym czasie i miejscu, gdyż stanowi to „potencjalne zagrożenie”. Zdaniem władz dwie grupy ludzi o przeciwstawnych poglądach zgromadzone w tym samym miejscu już stanowią zagrożenie. Sądy nie podzieliły stanowiska urzędników. W efekcie:

a)      Wniosłem zażalenie na zatrzymanie, a sąd karny uznał zatrzymanie za bezpodstawne i Krzysztofa Kwiatkowskiego i pozostałych zatrzymanych zwolniono.

b)       Wystąpiłem do Sądu Okręgowego o zasądzenie na rzecz studentów od Skarbu Państwa symbolicznej złotówki odszkodowania za bezpodstawne zatrzymanie. Sprawę wygraliśmy.

3)      Prezydent Miasta widząc, że przegrywa wszystkie sprawy w sądach, wystąpił z propozycją dokonania zmian w prawie zmierzających do tego, aby zakazać organizowania dwóch zgromadzeń w jednym miejscu. Doprowadził do podjęcia stosownej uchwały Rady Miasta. Stanowczo sprzeciwiłem się tej uchwale. Argumentowałem oczywiście, że nie można uchylać ani zmieniać ustaw uchwałami Rady Miejskiej. Poza argumentami formalnymi w sprawie tej odbyła się wtedy również dyskusja merytoryczna.

a)      Prezydent Łodzi, Pan Marek Czekalski argumentował, że zgromadzenie w jednym miejscu i czasie ludzi o przeciwstawnych poglądach stanowi potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa i dlatego takich zgromadzeń należy prewencyjnie zakazać.

b)      Ja argumentowałem, że prawo do kontr-demonstracji jest jednym z podstawowych praw obywatelskich.  Ludzie mają prawo zamanifestować swój sprzeciw wobec głoszenia jakichś poglądów. Manifestacja i kont-manifestacja to nie chaos i bałagan, który zawraca głowę urzędnikom, ale właśnie wolność obywatelska, która polega na tym, że można głosić publicznie różne poglądy, albo się tym poglądom sprzeciwiać. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo to:

- policja może prewencyjnie oddzielić dwie grupy, policja jest od tego, aby chronić obywateli

- przewodniczący zgromadzenia może wzywać policję na pomoc, jeśli dzieje się coś złego.

- przewodniczący może zgromadzenie rozwiązać, jeśli utraci nad nim kontrolę i wtedy wkracza policja na zasadach ogólnych

- przedstawiciel gminy może zgromadzenie rozwiązać, jeśli jego uczestnicy naruszają prawo, a współpraca przewodniczącego zgromadzenia z policją jest niewystarczająca

- obecne przepisy są wystarczające, wystarczy aby znali je i stosowali: przewodniczący zgromadzenia, przedstawiciel gminy i policja.

4)   W 1998 i 1999 roku odbyły się równolegle manifestacje i kontr-manifestacje SLD i NZS. Tym razem policja interweniowała wyłącznie „na obrzeżach” manifestacji, gdzie jakieś grupy prowokatorów próbowały wszcząć zamieszki. Odbywało się to przy stałym kontakcie między przewodniczącym zgromadzenia i policją.

Podsumowując

Rozumiem władze Warszawy. Jak władze żadnego innego miasta mają kłopot z demonstracjami, które odbywają się tu szczególnie często. Jednak próba wprowadzenia ustawowego zakazu przeprowadzania dwóch zgromadzeń w jednym miejscu i czasie jest próbą ułatwienia sobie pracy kosztem podstawowych wolności obywatelskich. Obecne prawo jest wystarczające dla zapewnienia porządku i bezpieczeństwa.

Zakaz odbywania dwóch zgromadzeń w jednym miejscu byłby, moim zdaniem, sprzeczny z Konstytucją – Art. 57 Konstytucji w związku z art. 31 ust 3 Konstytucji.

Zgodnie z obecnym prawem obowiązki mają zarówno Organizator zgromadzenia, jak i Policja i Gmina. Współpraca między tymi podmiotami jest konieczna i powinna być egzekwowana. To, że podczas zgromadzeń mogą wystąpić zamieszki, nie jest wystarczającym powodem, aby obywateli pozbawić ich praw.  Należy starannie odróżniać organizatorów i uczestników zgromadzeń od różnej maści zadymiarzy i prowokatorów przed którymi państwo ma chronić obywateli. Także podczas zgromadzeń.

Mam również wątpliwości, co do zgłaszanego żądania wprowadzenia zakazu zakrywania twarzy podczas demonstracji. Taki zakaz jest zrozumiały podczas imprez masowych. Imprezy te nie odbywają się w celach politycznych. Kto zakrywa twarz i nie che być rozpoznany, robi to, aby bezpiecznie „dymić”. Jednak podczas zgromadzeń politycznych sprawa ma się inaczej. Ten, kto zakrywa twarz, może np. nie chcieć być rozpoznany, aby uniknąć potem represji z powodów politycznych.

Odsłon: 122 Komentarzy: 1


Dlaczego wybieram "religijny fundamentalizm"?

Kategoria: Religia Monday, 11 April 2011, 23:22

Ład współczesnego świata opiera się na czymś, co można by nazwać „konsensem neoliberalnym”. Globalna społeczność to zbiór indywiduów, które egoistycznie dążą do zaspokajania swoich potrzeb materialnych. Reguły gry w tym powszechnym pochłanianiu wszystkiego mają charakter jedynie porządkujący i mogą być nieustannie zmieniane w drodze negocjacji między różnymi grupami interesu.

Po co istnieje ta cała maszyneria? Po nic. Skąd się wzięła? Przez przypadek. Czy jest coś zewnętrznego, co nadawałoby naszemu istnieniu sens? Czy jest jakiś „grunt bytu”, który absolutyzowałby nasze istnienie? Nie ma.

Istnienie „konsensu neoliberalnego” jest wartością samą w sobie. Wartością najwyższą. Egoizm rywalizujących indywiduów jest jedynym źródłem energii całej tej maszynerii, a suma wszystkich egoizmów – prawem.

Czy problemy światopoglądowe powinny pojawiać się w obszarze „konsensu neoliberalnego”? Nie. Nie powinny. To, co wykracza poza najbliższą doczesność, powinno być z przestrzeni publicznej usunięte. Usunięte powinny być nie tylko dyskusje  na temat Boga czy zakorzenienia bytu ludzkiego w jakimkolwiek Absolucie, lecz nawet wszystkie zupełnie ateistyczne i świeckie ideologie, czy marzenia, które próbują wykroczyć poza horyzont przyszłorocznego PKB, czy prognoz dotyczących azjatyckiego rynku odkurzaczy.

Dyskusje światopoglądowe mają prawo toczyć się wyłącznie w ściśle izolowanej przestrzeni prywatnej. Przestrzeń publiczna zastrzeżona jest dla marek piwa i innych zagadnień najwyższej wagi skoncentrowanych wokół zaspokajania bieżących potrzeb materialnych. Śmierć i cierpienie są z przestrzeni „neoliberalnego konsensu” usuwane profesjonalnie. „Neoliberalny konsens” nie próbuje nawet nadać żadnego sensu starości, cierpieniu, śmierci. Mają być widoczne kolorowe reklamy. Reszta musi zniknąć.

Czy  „konsens neoliberalny” ma wrogów? Tak. Są to „religijni fundamentaliści”. Media wspierające „neoliberalny konsens” drżą ze strachu na sam dźwięk słowa „fundamentalista”. Przez pojęcie „religijnego fundamentalisty” rozumie się człowieka, który wierzy, że jego życie ma sens, który wierzy, że warto wykraczać poza najbliższą materialną doczesność i, co jest zbrodnią niewybaczalną, próbuje tę swoją wiarę zaimportować z przestrzeni prywatnej do przestrzeni „neoliberalnego konsensu”. „Fundamentalista religijny” jest postrzegany jako skłonny do przemocy fanatyk, potencjalny terrorysta.

Łatwo jednak spostrzec, wyzwalając się choć na moment spod „propagandy konsensu”, że „religijny fundamentalista”, to po prostu ktoś, kto pragnie oprzeć swoje życie na fundamencie.

Wybieram „religijny fundamentalizm”. Uważam, że życie wewnątrz „neoliberalnego konsensu” jest powierzchowne, jałowe i miałkie. Uważam, że system oparty na nieustannych kompromisach między różnymi grupami interesów przypomina dom zbudowany na piasku. W każdej chwili może runąć, bądź wyrodzić się w coś potwornego. Uważam, że o człowieczeństwie nie stanowi rywalizacja między egoizmami wyizolowanych indywiduów, lecz wspólnota bliźnich, braci i sióstr, dzieci tego samego Boga. Wierzę, że istnienie człowieka nie jest efektem przypadku, lecz że jest istotną częścią Stworzenia. Wierzę, że historia ludzkości ma cel, donioślejszy niż wyprawa do centrum handlowego, że cel ten można starać się poznać lub choćby odgadnąć wiarą i sercem. Wierzę, że życie moje i moich bliźnich ma sens i wartość nie tylko wtedy, kiedy jest pasmem młodości, sukcesów i piękna. Wierzę, że „najbliższa doczesność” jest tylko jednym z wymiarów życia.

Moim Fundamentem jest Jezus Chrystus. Wierzę, że mogę na tym Fundamencie opierać się zarówno w sprawach „najbliższej doczesności”, jak i w sprawach wymagających nieco bardziej pogłębionej refleksji. Wierzę, że mogę pozostawać w stałej łączności z Fundamentem mojego życia. Wierzę, że łączność ta pozwala mi spojrzeć na każdą chwilę z perspektywy głębszej niż „najbliższa doczesność związana z zaspokajaniem potrzeb materialnych”.

Chodzę, oddycham, rozmawiam z ludźmi, a przecież cały czas pozostaję „religijnym fundamentalistą”.  Ale nie jestem niczyim wrogiem, nie szykuję aktów przemocy, nie planuję niczego złego. Obraz „religijnego fundamentalisty” funkcjonujący wewnątrz „neoliberalnego konsensu” jest fałszywy. Tak samo jak cała masa innych poglądów i przekonań upowszechnianych przez propagandę tego systemu.

Odsłon: 262 Komentarzy: 5


Czy potrzebujemy Krzyża w Sejmie?

Kategoria: Polityka Sunday, 16 October 2011, 15:17

 Pierwszą kwestią, którą podniósł Janusz Palikot po swoim sukcesie wyborczym, było, zgodnie z przewidywaniami, żądanie usunięcia krzyża z Sejmu. Odpowiedzią na to żądanie była, również zgodnie z przewidywaniami, gwałtowna reakcja obrońców krzyża.  

Janusz Palikot próbuje zredukować „kwestię krzyża” do płaszczyzny czysto konstytucyjnej, zasady bezstronności światopoglądowej państwa (choć skądinąd wiadomo, że zaspokaja żądania swojego elektoratu –nie tylko antyklerykalnego, ale wręcz antychrześcijańskiego).

Obrońcy krzyża odwołują się również do Konstytucji, a ponadto do tradycji, patriotyzmu oraz do tego, że krzyż symbolizuje system wartości, które są dobre, zaś zdjęcie krzyża oznaczałoby tych wartości zanegowanie.

Spór rozstrzygną konstytucjonaliści, ale Janusz Palikot, urodzony showman, „wyciśnie” z tego sporu tyle popularności, ile się da.

 Czy warto użerać się z palikotowcami?

Chrześcijaństwo nie jest „doktryną”

Często ulegamy złudzeniu, że chrześcijaństwo to doktryna, którą można zadekretować, zapewnić jej panowanie na określonym obszarze. Oznaczyć ten obszar „swoimi” symbolami. W imię tego złudzenia toczono niezliczoną ilość wojen. Między katolikami, a „heretykami”, między katolikami, a prawosławnymi, między katolikami a protestantami, między katolikami a katolikami, między protestantami a protestantami.

To wręcz przechodzi wyobraźnię, że miliony ludzi zamordowano w imię Mistrza z Nazaretu, który z jednakową miłością i współczuciem pochylał się nad bogaczem i łapówkarzem Zacheuszem, ślepym żebrakiem Bartymeuszem, skazaną na śmierć prostytutką, a we własnej obronie nie zrobił nic. Dokładnie nic. Nawet wybaczył swoim oprawcom, gdyż te zagubione istoty „nie wiedziały, co czynią”.

Chrystus nie sformułował żadnej doktryny. Nie istnieje więc żadna „chrześcijańska doktryna”, w imię której można by toczyć spory. Chrystus wzywał do naśladowania Go, pozostawania w łączności z Nim i Jego Ojcem, bezstronnego traktowania bliźnich – „braci i sióstr”, nie walczenia ze złem przy pomocy zła.

Chrześcijaństwo nie jest doktryną, lecz praktyką. Praktyką codziennego podążania za Chrystusem. Praktyką dostrzegania Boskości w świecie. Praktyką dostrzegania obecności Chrystusa w sobie i w bliźnich.

Czego symbolem jest Krzyż?

Na krzyżu Bóg pokornie przyjął śmierć z ręki własnych stworzeń. Poddał się złu, nie podejmując żadnych środków obrony. Trzeciego dnia Bóg zmartwychwstał. Zwyciężył zło, zwyciężył śmierć, nie bezpośrednim oporem, który tylko potęgowałby ilość zła w świecie, lecz czystym Dobrem.

Krzyż jest więc symbolem Męki i symbolem Zwycięstwa. Ofiara jest Zwycięzcą. Jest Panem i Królem z racji Dobra i Mocy, a nie z racji zła wyrządzonego innym, jak ziemscy władcy.

Krzyż posiada symboliczne znaczenie tylko dla tych, którzy podążają za Chrystusem. Nie można liczyć na to, że poprzez oznaczenie krzyżem jakiejś przestrzeni stanie się ona „chrześcijańska”, że na oznaczonej krzyżem przestrzeni automatycznie zapanują wartości chrześcijańskie – miłość i wybaczenie. Że, jeśli w Sejmie pozostanie znak Krzyża, Palikot będzie wypowiadał się przeciw aborcji, a Biedroń przeciw eutanazji. 

Jeśli wybucha spór o obecność Krzyża w przestrzeni publicznej, wtedy jego przeciwnicy  – już zwyciężyli. Złe emocje, które towarzyszą sporom – są ich zwycięstwem.

Zostawmy sprawę konstytucjonalistom

Jeśli oni orzekną, że Krzyż powinien w Sejmie zostać – przyjmijmy to. Jeśli orzekną, że powinien zniknąć – nie protestujmy.

Nie ma żadnych przesłanek natury religijnej, aby obstawać przy obecności Krzyża w Sejmie – miejscu toczenia najczęściej nieeleganckich sporów, i ubijania jeszcze mniej eleganckich interesów, przez ludzi o przeróżnych poglądach.

Odsłon: 335 Komentarzy: 3


1 2 3 4 5 6 7 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.