
Tuesday,15 May 2012,19:59
Kategoria: Ekonomia Tuesday, 15 May 2012, 19:59
Mam świetnego adwersarza, który krytykując moje wpisy na blogu natchnął mnie myślą, aby obnażyć pewną zdradliwą koncepcję, z jaką spotykam się często w rozmowach na tematy ekonomiczne.
Otóż często obrońcy państwa (statolatrycy - czyli poganie jak pisałem wcześniej) zarzucają wolnemu rynkowi, że zniszczy słabych i biednych, a pomoże silnym, którym pomoże się bez przeszkód bogacić, a biedni sczezną pod płotem... to dokładny cytat.
Zastanówmy się, czy na pewno ten scenariusz "wilczego kapitalizmu" jest w ogóle wykonalny?
Weźmy osobę zdolną, obrotną i pozbawioną zasad moralnych (pozbawiam ją zasad moralnych na potrzeby mojego adwersarza).
I ta osoba zaczyna produkować telefony, które są brzydkie, drogie, a na dodatek nie dzwonią... i taki bubel zostaje wystawiony na wolnym rynku. Co z nim zrobi wolny rynek? Zabije producenta? Stłucze mu tyłeczek?
Nie! Rynek zostawi go w tymi telefonami, żeby sobie je potrzymał w kieszeni. Bo nikt nie kupi dobrowolnie bubla.
I tyle jest władzy producenta na wolnym rynku.
Ale statolatrycy idą dalej: kapitalista okrutny produkuje może nie całkowite buble, bo jakimś cudem ludzie kupują to, co wyprodukował. Jakoś dziwnym trafem nie zagłębiają się w szukanie przyczyn, skąd kapitalista wziął ten swój kapitał.... Mogłoby się okazać, że wcale ńie ukradł pierwszego miliona, a raczej przez wiele lat ciężko pracował, na wakacje nie jeździł, skromnie się prowadził i po prostu oszczędzał. Na dodatek mogłoby się okazać, że jeszcze całą rodziną uprawiali ten sport. Ale to takie prostackie... Więc statolatrycy przyjmują dla spokoju (swojego) sumienia, że kapitalista kapitał po prostu ma! I teraz zaczyna drugi etap swojego rozwoju i... wyzyskuje ludzi! Z czego kapitalista ma wyzyskać tych biedaków, którym płacić powinien ZUS, PIT, VAT, CIT... To już nieważne. Dla statolatryków oczywiście, bo jakoś mój adwersarz zupełnie nie zauważa, że powtarza stare, sowieckie, komunistyczne, marksistowskie, jakobińskie zarzuty. Tak, to są ciągle powtarzane miliony razy kłamstwa, których za radą bodajże Goebelsa się po prostu nie weryfikuje, bo... tak jest łatwiej!
No więc kapitalista wyzyskuje, czyli... zatrudnia gościa, który nie jest zadowolony ze swojego życia na zasiłku (bo jeśli jest zadowolony, to przecież na rozmowę kwalifikacyjną nie przyjdzie) i szuka jakiejś roboty. Powiedzmy, że szuka pracy, bo to bardziej szlachetnie brzmi. Jakoś się złożyło, że zawodnika z zasiłku nikt poza tym parszywym kapitalistą nikt zatrudnić nie chciał. Nawet dobrzy urzędnicy nie chcieli mu dać etatu, bo "stworzone" przez siebie miejsca pracy już dawno rozdzielili wśród swoich kolegów i rodziny. Nie było wyjścia. Trzeba było iść do kapitalisty. No i teraz się zaczyna! Kapitalista powinien zatrudnić pracownika legalnie, z ZUS-em, wszystkimi przywilejami i kosztami przysługującymi zaszczytnej pozycji "człowieka pracującego".
Mój adwersarz idzie drogą urzędniczą, więc "wie" dokładnie, co pracownikowi "się należy": pensja, ZUS, urlop i... 8-godzinny dzień pracy oczywiście, bo jak sam mówi "niektórzy ludzie nie wytrzymują dziesięciu godzin pracy".
I teraz już najłatwiej osądzić kapitalistę, że dając pracę na 10 godzin dziennie, bez ZUS, na śmieciową umowę, wyzyskuje biednego pracownika jak się patrzy! Nie porównujemy z tym, co jest, czyli z biedą, z sytuacją niepożądaną przez pracobiorcę, który wybiera wszak dobrowolnie pracę u kapitalisty jako sytuację lepszą od tej, jaką ma. Mój adwersarz idzie dalej: on "wie" nie jak "jest", on wie, jak "powinno być". Stary, oklepany błąd logiczny większości inteligentów. Zapominamy, że kapitalista żadną miarą nie ma szans na zatrzymanie zatrudnionego na takich warunkach pracownika, jeśli ktokolwiek zaproponuje mu lepsze warunki.
Tymczasem mamy przemoc zinstytucjonalizowaną, ustawiczną, zmonopolizowaną. Przemoc, przed którą nie wolno się nam bronić nawet słowami, nawet w myślach. Bo naruszymy jej integralność.
Ta przemoc, to koncepcja państwa, czysto wirtualny twór, wysysający z ludzi wszelką myśl nawet przed obroną. Bo przed państwem nie wolno się nawet w myślach bronić, gdyż łamiemy w ten sposób prawo przemocy.
Ta przemoc zupełnie się nie pytając pracobiorcę, zabiera mu 70-80% jego dochodu, nie dając mu ŻADNEJ alternatywy, poza sądem, więzieniem, a w sytuacjach krańcowych (Korea Płn., Chiny itp.) również obóz pracy, obóz koncentracyjny albo po prostu śmierć.
Przyznacie, że nie słyszeliście o takich możliwościach praktykowanych przez kapitalistów. Jak słyszeliście, to powiedzcie!
A jak to działa?
Grupa ludzi, podpisujących się jako "państwo" dopuszcza się różnego rodzaju przemocy: konfiskaty mienia w podatkach, kradzieży w postaci inflacji, wymuszeń przez kontrole podatkowe i nie tylko... przy wielkim wsparciu propagandowym i reklamie na koszt ofiar przemocy.
Kto pada ofiarą tej przemocy? Przede wszystkim osoby aktywne zawodowo, kandydaci na milionerów, osoby pracowite, zdolne i obrotne.
Uprzywilejowana grupa z monopolem na przemoc biadoli przy tym, że ofiary przemocy oszukują na podatkach, ukrywają dochody, palą papierosy bez banderoli i piją wódkę bez płacenia akcyzy...
Wmawia się nam przy tym, że "państwo" ma prawo pobierać podatki z wyłącznością na swój teren, bez możliwości dopuszczenia konkurencji, np. prywatnej. To znaczy, można mieć prywatnych ochroniarzy, jak się zapłaci podatki za utrzymanie policji kontrolującej prędkość, ścigającej pijaków, ale nie np. złodziei i morderców. Tymi przypadkami musi się już zająć "obywatel" sam. I to bez broni, bo oczywiście nie ma prawa nawet jej do posiadania, nie mówiąc o noszeniu. Za to każdy policjant ma prawo do noszenia pistoletu przeciwko obywatelom, bo jak policjant spotka nożowników na przystanku autobusowym, to już powinien go obronić obywatel, bo policjant sam się nie obroni. Np. zapomniał zabrać z domu pistolet...
Koncepcja nieistniejącego w rzeczywistości państwa jest wspaniale pokazana w jednym z odcinków filmu "Kapitan Kloss" odcinek ma tytuł "Poszukiwany Gruppenführer Wolf". W filmie tym czterej oficerowie niemieccy tworzą wirtualną postać Gruppenführera Wolfa, w której imieniu wydają rozkazy i... wyroki śmierci. Genialna wizualizacja! Tylko za Gruppenführera Wolfa podstawić państwo i mamy obnażony cały system kłamstwa! Brakuje tylko kapitana Klossa, który rozszyfrowuje spisek hitlerowców. Ale właśnie ci podpowiadam, jak to działa...
Odsłon: 538 Komentarzy: 43
Wednesday,05 September 2012,23:19
Kategoria: Religia Wednesday, 05 September 2012, 23:19
Jest wiele rodzajów pogaństwa, niektóre z nich są uprawiane w Kościele Katolickim. Ogólnie pogaństwo oznacza, że człowiek oddaje cześć nie Bogu, ale bożkowi. A bożek jest np. stworzony przez człowieka.. Może to być posążek, jak choćby figurka świętego Antoniego. Jeśli w nim pokładamy nadzieję, jeśli drewnianej figurce oddajemy cześć, to popełniamy grzech. Powie nam to każdy ksiądz katolicki. I jest to forma pogaństwa uprawiana przez osoby prymitywne. Jednak ludzie inteligentni, przepraszam, osoby wykształcone, a na pewno osoby formalnie wykształcone uprawiają inny rodzaj kultów, do których się za żadne skarby nie przyznają. W każdym razie, jeśli by się je spytać otwarcie o ich "przekonania religijne". No bo kto się przyzna otwarcie, źe pokłada swoje nadzieje, oddaje swoje życie bożkowi? To takie staroświeckie... Nie jestem specjalistą od bożków. Niemniej trochę czytałem i swój rozum mam. I moje rozumowanie chętnie pokażę, a pod surowy osąd krytyków poddam. Krytyków często osłoniętych nickami, co tylko dodaje im wiarygodności. Bo zamaskowanymi zostając, szczerymi do bólu czasem się okazują, za co jestem im wdzięczny. Widzę dwa rodzaje kultu pogańskiego, które chcę tu opisać. Pierwszy to statolatria, czyli uznawanie państwa za obiekt kultu. Według Wikipedii, (niby wikipedia żaden autorytet, ale przecież dla internautów to piszę), jest to kult scentralizowanego państwa. Niby miał to być parareligijny kult państwa faszystowskiego, ale czy tylko faszystowskiego? Powszechne modlitwy do (wszak nieistniejącego jako osoba) państwa tyJpu: państwo powinno... państwo nie może pozwolić, państwu należy się szacunek... Jakoś nikt nie mówi o narodzie, którego też nie ma jako osoby, ale są przynajmniej osoby jako takie. Ale państwo jest właśnie otaczane kultem, nie naród. Państwo jest co prawda bytem prawnym, jego personalizacja jednak sięga absurdu. Jedynymi jego przedstawicielami są urzędnicy, jakby kapłani, oni jednak nie są nigdy przez statolatryków wzywani do jakichkolwiek powinności. W przeciwieństwie do księży katolickich, których się często wzywa do czynienia tego, co "powinni" robić według statolatryków, którzy wszak mogliby sobie takie czepianie darować od strony logicznej, bo to nie ich religia jest. A przy okazji... ciekawe, że księżom się każe różne rzeczy robić, jakby krytykanci mieli świadomość, że księża mogą wiele, a urzędasy to wiadomo... nic nie mogą, bo i co? Musi im ktoś pozwolić, tylko kto? I tu się okazuje, że właśnie ten obywatel nazywany dla niepoznaki "petentem", musi udzielić swojej zgody, żeby urzędas mógł coś od niego chcieć. Bo gdyby obywatel zapomniał się, że ma być petentem i wypadł z roli, a zaczął się poczuwać do swojego obywatelstwa i pogonił urzędasa? Więc urzędas czuje podświadomie mores i ustawicznie przypomina obywatelowi, jakie są jego powinności, żeby sobie przypadkiem swoich świętych, podmiotowych praw nie przypomniał. Ale inteligenci to co innego... Oni wiedzą lepiej, że nie mają praw, bo przecież państwo. To świętość, bóg, co może wiele... Dać zapomogę, przywilej, ordery... za zagrabione lub ukradzione pieniądze (bo księża muszą za "co łaska", ale państwo to hoho... Innym powszechnie obserwowanym przeze mnie kultem pogańskim jest kult matki ziemi, specjalnie piszę małymi literami. Ukrywający się pod nazwą ekologów poganie są gotowi składać jej ofiary z ludzi. Istnieje cała teologia tego kultu, okryta szatami naukowości, a pozbawiona jej logiki. Z kultem państwa ma wiele wspólnego, bo bez państwa nie mogłaby istnieć, więc ekorełigia jest jakby podrzędnym kultem. Jednak jej religijność jest jakby bardziej oficjalna. Na przykład państwo musi udawać, że chroni obywatela (choć chroni tylko swoich kapłanów - urzędasów), a kult matki ziemi - ekologia wcale się nie kryje, że dąży do zniszczenia człowieka. Niby się wypyszcza, że to "dla dobra ludzkości", ale jakby się nie kryje, że to o jakąś inną ludzkość chodzi, tą przyszłą, a więc... tak! Nieistniejącą! Tak czy inaczej, religia ekologów jest całkowicie antychrześcijańska! Nie tylko każe zabijać ludzi w imię "równowagi ekologicznej" , w której rozmnażanie się komarów jest pożądanym ekologicznie zjawiskiem, choć nikt pożytku z komarów nie ma (zainteresujcie się tym, że do dziś mimo odkłamania DDT nie jest ono stosowane do zabijania tych szkodników), ale propaguje pogląd, ze ludziom nie należy się dać rozmnażać, bo zaburzają równowagę ekosystemu.... Jest dużo gorzej! Ekopoganie zakazują dwóch podstawowych powinności i powołań ludzkich: czynienia sobie ziemi poddaną i.... działania jako takiego. W tym zakresie współpraca ekopogan ze statolatrykami kwitnie. Obie religie pogańskie łączą się w wysiłkach zatrzymania ludzi działających. Niedziałających nie pobudzają do działania, ale działającym zakazują tej podstawowej powinności człowieka nie tylko wierzącego, ale myślącego. Widzieliście ekologów zachęcających do jakiegoś postępu technicznego? Albo podających pomysły jakby tu poprawić ludzką egzystencję? No, formalnie tak, bo przecież "człowiekowi żyje się lepiej w łączności z naturą", choćby był głodny, obdarty i chory. Ale od chrześcijańskiego postępu w miłosierdziu, współpracy i dążeniu do poprawienia warunków ludzkiej egzystencji dzieli ją przepaść pojęciowa i mentalna. Oczywiście, jak często bywa przy fałszywych religiach, zwłaszcza opartych na przemocy, propagandowe wsparcie jest ogromne. Wszak płacą za nią ofiary przemocy, poszkodowani, nie inicjatorzy i autorzy przemocy. Jest jeszcze nadzieja w tym, że niektórzy ludzie zamiast posługiwać się miałkim intelektem i ubieganiem o uznanie swojej pozycji "intelektualnej" zastosują najprostsze narzędzie człowieka rozumnego - zdrowy rozsądek, tak niepopularny w dzisiejszych czasach.
Odsłon: 1136 Komentarzy: 22
Monday,30 April 2012,12:18
Kategoria: Ekonomia Monday, 30 April 2012, 12:18
Jeszcze raz: tak jak firmy nie istnieją, tak cele nie są ważne. Cel nie tylko nie uświęca środków, a przypomnijmy sobie, że to podstawowe odkrycie chrześcijaństwa, ale cel nie może cię zmotywować do działania. To jest po prostu niemożliwe. Choćby z tego powodu, że zawsze znajdziesz się w sytuacji, w której dojdziesz do wniosku, że ten cel cię wcale nie interesuje, albo stracił dla ciebie wartość.Nie jest ważny cel, ale kierunek!
Odsłon: 103 Komentarzy: 1
Thursday,01 March 2012,04:17
Kategoria: Ekonomia Thursday, 01 March 2012, 04:17
Gdy oglądamy filmy lub wiadomości, jesteśmy karmieni przemocą. To znaczy, tak się nam wmawia, że oglądanie filmów pełnych krwi czy gwałtu jest właśnie rozwijaniem w sobie przemocy. I może jest, chociaż w ostatnim czasie mam co do tego poważne wątpliwości. Oglądając takie bowiem obrazy jak „Helikopter w ogniu”, gdzie walczący żołnierze rozwalają się jeden po drugim (19 martwych Amerykanów kontra 1000 martwych Somalijczyków) doznawałem różnych uczuć, nie pobiegłem jednak do komórki, nie wyciągnąłem siekiery i nie miałem nawet chęci zaciukać sąsiada.
Wmawia się nam, że jeśli oglądamy zabijających się gangsterów, to rozwijamy w sobie przemoc. Jednak jest prawdziwa przemoc, którą się nie tylko próbuje, ale rozwija w nas na co dzień. I nie jest to przemoc, którą widać gołym okiem. Ubrana w szaty anioła światłości udaje niewiniątko, udaje dążącą do szczęśliwości procesję, której jedynym celem jest troska o „wspólne dobro”, o „lepszą przyszłość” i o „szczęście dla wszystkich”. Ta przemoc jest wszechobecna, jej owoce oglądacie w telewizji codziennie i nie robicie dosłownie NIC, żeby jej stanąć na drodze, choć nie wymaga to wyciągania noża ani rewolweru z szafy, jedyną bronią jest otwarcie gęby, żeby ją zatrzymać. Ale tego nie robicie, a takich jak ja wyśmiewacie, że są nawiedzeni i nie dostosowani do życia.
Przemoc, o której mówię, jest przede wszystkim systematyczna. Nie ustaje i wzrasta z dnia na dzień. Gorzej niż Święta Inkwizycja zabija powoli i bez przerwy. Święta Inkwizycja bowiem była tamą, blokującą rozwój absurdu. A ta przemoc zabija w sposób prawie niewidzialny i ofiar są miliony. Nie ofiar wirtualnych, jak w grach komputerowych. Są to ofiary, którym zabiera się życie dosłownie i w sposób fizyczny, a jeszcze więcej jest tych, którym zabiera się życie w sposób niewidoczny. Po świecie krążą miliony zombie, żywych trupów, które już nie chcą nic, tylko cudzego życia.
Ta przemoc zaczyna się przy obiedzie, przy herbacie, w tramwaju lub w naszych komentarzach, które szczodrze wygłaszamy przy dzieciach. Są to poduszczające do przemocy frazy, bezczelne i pozornie niewinne, niszczące jak afrykańska trucizna, zabijająca powoli, a pewnie.
Jak ją rozpoznać? Są tu stałe fragmenty gry. Jak w footballu, posłuchajcie swoich rozmów. Spotkacie w nich takie frazy jak:
- ktoś POWINIEN SIĘ tym zająć,
- ktoś POWINIEN coś z tym zrobić,
- kto na to POZWALA?
- to NIE MOŻE tak wyglądać!
- tym biednym ludziom ktoś MUSI pomóc!
- tych ludzi trzeba ZMUSIĆ, żeby zaczęli w końcu coś z tym robić!
- należy poprawić BEZPIECZEŃSTWO pracy!
W wyniku tych wyroków padają firmy, zamykane są fabryki, produkcja przenosi się do innych krajów, ludzie zmieniają miejsca zamieszkania (już oficjalnie milion Polaków opuściło ten kraj!).
Kto jest wykonawcą tych wyroków? No, są etatowi wykonawcy. Nie konkurują na rynku, ich cena jest przez NICH określona i nie martwią się o wypłatę. Bo oni mają monopol na przemoc, przekazany im przez Was (bo już nie przeze mnie). Ich liczba przekroczyła już pół miliona w Polsce i rośnie. Oddaliście im władzę nad swoim życiem i swoją rodziną. Nad swoim dobrobytem i zdrowiem, nad swoimi domami i miejscami pracy. Nad swoimi pieniędzmi oraz nad swoją starością. Będzie biedna i trudna, bo sami tego chcecie.
W wyniku tej przemocy następuje właśnie teraz największy w historii świata transfer bogactwa. Biedni biednieją, bogaci się bogacą. Na waszych oczach! Oznajmiają Wam to w TV i powtarzają Wasze frazy:
- rząd MUSI uporządkować te kwestie!
- rząd MUSI coś z tym zrobić!
- rząd NIE MOŻE tego tak zostawić!
- rząd nie może do tego DOPUŚCIĆ!
- trzeba poprawić BEZPIECZEŃSTWO (na drogach, w pracy)
- urzędnicy DOPUŚCILI do powstania nadużyć…
- rząd powinien STWORZYĆ miejsca pracy,
- banki powinny STYMULOWAĆ gospodarkę…
Wykonawcy tej przemocy nie zostaną zwolnieni przez klientów, ani przez pseudo demokratyczne wybory. Te mogą czasem zmienić fasadę, ale nie rdzeń budowli. Oni mają status „mianowanych” wykonawców wyroków. Waszych wyroków, bo Wy im dajecie poparcie. Nikt ich nie może zwolnić.
Jak to sprawdzić? Test i dowód jest bardzo prosty, jeśli dowiadujecie się, że was sąsiad, brat, szwagier otrzymał „pracę” w Urzędzie Miasta, w Urzędzie Skarbowym, czy na innym stanowisku biurokratycznym, to co robicie? Smucicie się, że się ktoś następny zeszmacił? Zrywacie z nim kontakty? Nie zapraszacie na kawę? Czy raczej cieszycie się po cichu, że macie „wtyczkę”? Że coś będzie można „załatwić”? Zazdrościcie może i pytacie, jak można „wkręcić” waszego syna?
Sami odpowiedzcie sobie na te pytania i… Nawróćcie się!
Odsłon: 404 Komentarzy: 4
Sunday,16 October 2011,21:04
Kategoria: Ekonomia Sunday, 16 October 2011, 21:04
No cóż… długo musiałem czekać, by ktoś podał jakiekolwiek argumenty za tym, że branie dotacji nie jest grzechem, przyznam, że sam nie umiałem się wyrwać z kręgu swoich myśli i nie umiałem spojrzeć na zagadnienie inaczej. Jednak znalazła się osoba, która podjęła wysiłek myślowy i poddała w wątpliwość mój tok rozumowania. Osobą tą, która wykonała niemożliwą dla mnie zmianę układu odniesienia w rozważaniach jest o. Fabian Błaszkiewicz, któremu spieszę oddać wielki szacunek. Wiem, że nie lubi wazeliny, ale to nie jest wazeliniarstwo. Dla mnie zagadnienie etyczności brania dotacji było poważną blokadą myślową i jestem ogromnie wdzięczny za jej przełamanie. Tak więc, źródło tej mądrości nie płynie z mojej głowy ani serca.
Znalazły się trzy argumenty za tym, że przedsiębiorca biorący dotacje (unijne czy państwowe, w tym momencie nie ma to już znaczenia), nie popełnia grzechu. Dla mnie jest to bardzo ważne, bo poruszone wcześniej kwestie naprawienia wyrządzonej szkody są trudne do wykonania.
1. Przedsiębiorca biegający się o dotację nie różni się w swoim postępowaniu od przedsiębiorcy szukającego inwestora, wspólnika czy „anioła biznesu”.
Ja to rozumiem tak, że zmieniamy układ odniesienia. Nie traktujemy brania dotacji jako systemu (który jest niemoralny i tu nie ma żadnych głosów usprawiedliwiających go), a patrzymy na proces brania dotacji biorąc jako punkt odniesienia przedsiębiorcę jako osobę. Tu popełniłem błąd, bo osoba jest punktem wyjścia do wszelkich rozważań duchowych i tylko brak przygotowania teologicznego może mnie usprawiedliwiać (pocieszam się, że wielu księży popełnia takie błędy i się nie wstydzą, choć to żadna pociecha). Więc jako osoba, przedsiębiorca ma prawo ubiegać się o fundusze na rozwój swojego dzieła, swojej twórczości.
2. Próbowałem się bronić podkreślając niewątpliwe dyletanctwo i niemożność trzeźwej oceny sytuacji przez urzędnika. To jest argument trudny do obalenia, bo głupotę urzędniczą każdy zna z doświadczenia, a opowieści, jak przedsiębiorcy potrafią wprowadzić w błąd urzędnika są w Internecie powszechnym zjawiskiem. Drugim więc argumentem było porównanie przedsiębiorcy do artysty, który stara się zdobyć fundusze na swoją twórczość. Nie ma w tym nic złego, a przepaść mentalna i merytoryczna między artystą a sponsorem bywa wielka. Do tego dochodzi niejednoznaczność oceny, czasem to mecenas ma więcej oleju w głowie i lepiej ocenia sytuację oraz możliwości twórcy, a czasem to twórca jest mózgiem w tej relacji. Tak czy inaczej, mój argument padł.
3. Aby dokończyć dzieła podważenia mojego sposobu argumentacji (być może logicznej, ale opartej na innym układzie odniesienia), dodać można uwarunkowanie związane z poziomem wolności, a raczej jej braku w dzisiejszej Polsce (i Europie). Obaj zgodziliśmy się, że warunki działania są dziś w Polsce bliższe totalitaryzmowi niż wolności. Z tego wynika dość daleko idące zaburzenie oceny moralnej wielu działań. Niedotrzymanie umowy, wprowadzanie w błąd rozmówcy ma inny wymiar moralny w wolnej relacji między ludźmi, niż w relacji niewolnik-ciemiężca. Więc moja argumentacja, która niestety (z czego się szczerze cieszę) była zbyt logiczna i idealistyczna, może być dobra w sytuacji, gdy będziemy mieli kiedyś wolny rynek. Wtedy jednak nie będzie dotacji i będziemy mieli z tymi wątpliwościami spokój.
Wnioski z tego rozważania są daleko idące:
1. Muszę się zacząć starać o dotacje. Jest to myśl wielce niemiła. Nie mam bowiem parcia na kasę, ale mam poczucie misji. A misję sobie zdefiniowałem i chcę zbudować Centrum Aplikacji Polimerów Płynnych. Może nazwę zmienię, ale o czymś takim marzę od początku swojej działalności i konsekwentnie je buduję w Kole. Z dotacjami pójdzie szybciej, choć czuję gorycz, pogardę i niesmak związany z tym chorym systemem. Muszę być konsekwentny w swoich działaniach. Inaczej będzie to marnowanie talentów, jak wskazał mój poprzedni adwersarz, co samo w sobie nie stanowi argumentu, ale jest poważnym impulsem do działania po usunięciu moich argumentów.
2. Dotacje mogą być powodem do grzechu. Nie wiem jeszcze, jakie niebezpieczeństwa mi grożą, będę się z Wami dzielił doświadczeniami i obserwacjami. Na pewno można okłamać, przeinaczyć, ukoloryzować rzeczywistość… nie wiem co jeszcze.
3. Nie będę płacił łapówek ani szukał dróg na skróty i może to spowoduje, że nie dostanę dotacji. Właściwie, to uświadomiłem sobie, że jestem narażony na pokusę lenistwa, bo nienawidzę dokumentów i biegania po urzędach. Ale w tym mam wprawę i będę delegował tę robotę innym osobom.
Pozostaje sprawa nagrody, którą ogłosiłem na Facebooku. Na dziś wynik jest taki, że jestem winien o. Fabianowi 300 zł za trzy argumenty. Jeśli są dalsi chętni, to zapraszam, konkurs uznajcie za ciągle otwarty.
Odsłon: 483 Komentarzy: 30
Sunday,18 September 2011,01:12
Kategoria: Ekonomia Sunday, 18 September 2011, 01:12
Łatwo się przekonać, że zagadnienie niemoralności i szkodliwości dotacji nurtuje mnie od dłuższego czasu. Zaczęło się od dotacji unijnych, ale analizując tematykę i studiując literaturę znalazłem, że postawiona teza pasuje do wszelkiego rodzaju dotacji.
Zagadnienie to było już przeze mnie poruszane w moich wcześniejszych wpisach w roku 2009 i 2010. Od tego czasu prowokuję na różnych forach dyskusję, żeby jakiś zwolennik dotacji dał mi argumenty, żebym sam mógł z czystym sumieniem wziąć dotację. Ale nie spotkałem dotąd żadnego przekonującego argumentu za dotacjami, raczej przekonuję się, że jest to zło w najczystszej postaci i wierzący chrześcijanin (a więc i katolik) nie może uczestniczyć w tym procederze bez zaciągnięcia winy grzechu, a może nawet kilku grzechów. Zaznaczam, że pragnę, aby moje argumenty były absolutnie racjonalne, pozbawione emocji. Niech dołączą do mnie wszyscy „racjonaliści” niewierzący w istnienie Boga i chwalący się krytycznym umysłem. Zapraszam do polemiki i do krytyki moich argumentów, inaczej będę musiał je promować bardziej energicznie.
Pragnę zwrócić uwagę, że grzechu brania dotacji nie można popełnić "mimochodem" ani "niechcący". Nie można wziąć dotacji tak, jak się bierze darmową opiekę medyczną (też wątpliwa sprawa moralnie) czy emeryturę. O dotacje trzeba wystapić, trzeba uzasadnić konieczność ich przydzielenia mojej firmie, w oparciu o racjonalną i prawdziwą argumentację. Jeśli to grzech, jest to grzech świadomie popełniany.
Każdy człowiek jest powołany do przedsiębiorczości. Do wykorzystania swoich naturalnych talentów i umiejętności. Realizując to powołanie, człowiek zaczyna współuczestniczyć w dziele stwarzania świata razem z Bogiem. Wyzwala bowiem twórczą energię, którą dostał do dyspozycji i nie ma prawa jej marnować.
Realizując ten postulat ma prawo do wynagrodzenia. Wszak „Godzien jest robotnik zapłaty swojej.” (1Tm 5:18), i ma prawo otrzymać cenę za swoje usługi lub produkty, zaakceptowaną przez klienta w wolnej transakcji handlowej. Nie ma górnej wysokości tej ceny dopóki, dopóty nikt nie jest zmuszany do zawarcia transakcji siłą. To prawo kończy się według mnie tylko w takim wypadku, gdy ktoś zmusza innych, by jego usługi kupowali. To już nie jest zresztą sprzedaż tylko wmuszanie i jestem przeciwko temu nawet wtedy, gdy sprzedaję firmom maszyny opatrzone znakiem CE za cenę znacznie wyższą niż maszyny nie wyposażone w całe to „służące bezpieczeństwu” oprzyrządowanie. Chociaż i w tym wypadku moja konkurencja może dostarczyć przecież urządzenie tańsze.
Póki nie ma dotacji, przedsiębiorca może zakwalifikować się jako dbający o dom swojego pana „sługa wierny i roztropny”, który został ustanowiony nad służbą, „żeby na czas rozdał jej żywność” (Mt. 24:47) bo wszak dobiera sobie współpracowników i wyznacza im zadania. Pan Jezus pyta: „Któż jest tym sługą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowił nad swoją służbą, żeby na czas rozdał jej żywność?” (Mt. 24:45) Ja dziś na to pytanie Pana Jezusa odpowiem: przedsiębiorca!
Niemniej, przedsiębiorca korzystając z dotacji umieszcza się po stronie sługi, który mówi sobie: „Mój pan ociąga się z powrotem, i zaczyna bić sługi i służące” (Łk. 12:45), nie wykonuje więc woli swojego pana.
Są przecież łatwiejsze sposoby na wzbogacenie się, można wykorzystać innych do tego, bo przecież głupi politycy zabiorą im pieniądze a dadzą jemu na obojętnie czy fajną czy niefajną działalność, to można pochwalić się nawet „skutecznością” i „przedsiębiorczością”. Wiele osób widzi to kłamstwo, widzi, że przedsiębiorca z dotacji nie zasługuje na szacunek, ale nie umie tego zwerbalizować. Ja próbuję.
Człowiek ma wiedzę, co chce robić, a człowiek wierzący ma obowiązek rozpoznawać swoje powołanie. Więc każdy, kto się nie przygotował, niech szykuje się na wielką chłostę (Łk. 12:47).
Przedsiębiorca, który wypiera się swojego powołania biorąc dotacje, staje po stronie grabieżców a nie przedsiębiorców, nie podlega więc już rozważaniom o dążeniu do bogactwa jako celowi, poruszanym w Łk. 12:13-21, bo to jest wyższa szkoła jazdy, a tu chodzi o podstawy.
Dotacje są możliwe tylko w systemie państwowego interwencjonizmu. W takim systemie nie ma miejsca na subiektywne i wolne decyzje. Jesteśmy zobowiązani do miłowania bliźniego jak siebie samego. Czy miłość bliźniego dopuszcza do brania udziału w procesie, w którym niezależne decyzje mojego bliźniego są zastępowane moimi decyzjami w połączeniu z decyzjami urzędnika przyznającego dotacje? W tym systemie nie ma miejsca na wolne i niezależne decyzje konsumenckie i inwestycyjne, a także oszczędnościowe. Prowadzi to do zaniku pojęcia osoby jako samodzielnego podmiotu decyzji moralnych. Subiektywności nie należy tu mylić z subiektywizmem etycznym. Przez subiektywność rozumiem osobę, która jest świadomym podmiotem w działaniu, gdy subiektywizm etyczny twierdzi, że prawda moralna jest subiektywna i jest tworem ludzkiej świadomości. W systemie dotacji nie ma miejsca na działanie odpowiadające ludzkiej godności. Wszyscy są z niej odarci: i biorący dotacje przyznający się do nieudacznictwa, i urzędnik, i konkurenci pozbawieni szansy równego konkurowania, i klienci pozbawieni prawdziwej informacji o kosztach produkcji, mający szansę kupić taniej produkt, którego nie można taniej wyprodukować.
Załóżmy, że firma składająca wniosek o dotacje jest firmą funkcjonującą. Jeśli jest trupem, pomoc dotacjami ekonomicznemu nieboszczykowi chyba kwalifikuje się do Przykazania 5. Zwolennicy dotacji zasłaniają się argumentami, że firma może poprawić swoją pozycję konkurencyjną. Ale po co? Kto każe jej być bardziej konkurencyjną za pomocą nie uzyskanych ze sprzedaży swoich wyrobów lub usług pieniędzy? Czy klientom zależy na zwiększeniu tej konkurencyjności? Nie, bo gdyby im zależało, to by kupili więcej wyrobów tej firmy i umożliwili jej zwiększenie konkurencyjności na zasadzie „kto ma, temu będzie dodane” (Mt. 13:12). Więc kto jest zainteresowany zwiększeniem konkurencyjności? Właściciel niekonkurencyjnej firmy, bo zazdrości drugiemu właścicielowi „niesprawiedliwej” przewagi. Pożąda tej przewagi, ale jej nie ma, sięga więc do dotacji. Jest to często grzech chciwości, polegający nie na zwiększeniu wysiłków w celu zarobienia większej ilości pieniędzy, ale przez chciwość posiadania większej ilości pieniędzy bez koniecznej do osiągnięcia celu pracy (patrz też p. 5).
Własność prywatna rodzi się z pracy. Mój konkurent musi wyprodukować swoje wyroby nie korzystając z dotacji, ma więc wyższe koszty niż ja, jeśli skorzystałem z dotacji. Odbierając mu klienta zabieram owoce jego pracy, gdyż nie skorzystałem z własnej pracy, inwencji i umiejętności, a ze skonfiskowanych innym ludziom (częściowo jemu samemu) przez rząd pieniędzy. Jestem więc winny kradzieży. Co innego, gdybym odebrał mu klientów pracując ciężej lub sprytniej, wymyślając wydajniejszy proces technologiczny lub zatrudniając mądrzejszych pracowników. Wtedy zmiana układu kosztowego byłaby moją zasługą i była wypracowana uczciwymi metodami. Takie zwycięstwo nad konkurentem mógłbym ogłosić jako sukces osobisty i zespołowy.
Biorąc dotacje, pozbawiłem konkurenta sprawiedliwie wypracowanych przez niego i jego pracowników dochodów, moi pracownicy dostają premie, ale przecież nie zapracowali na nie. To są pieniądze z kradzieży.
Przedsiębiorca musi się wysilić, żeby pokonać w konkurencyjnej walce innego przedsiębiorcę. Rola państwa jest w tym procesie rolą sędziego, pilnującego by walka konkurencyjna odbywała się zgodnie z zasadami, które powinny być takie same dla wszystkich graczy. Dotacje są nierówną walką, przywilejując wybranych graczy przy naruszeniu zasad. Ale przede wszystkim jest łatwiejszym zadaniem przekonać nie znającego się na rzeczy w ocenie produktu i niezaangażowanego osobiście urzędnika (zakładając nawet jego profesjonalizm urzędniczy i uczciwość), niż klienta. Klient jest najczęściej sam użytkownikiem produktu lub usługi i nie da się nabrać na sztuczki kilkakrotnie. Jeśli produkt nie spełnia jego oczekiwań, nie będzie się kierował „dobrem społecznym”, lecz własnym interesem i przy najbliższej okazji zrezygnuje z leniwego dostawcy. Klient wykłada też własne pieniądze. I głosuje nimi codziennie, wybierając różnych dostawców i testując różne produkty.
Urzędnika można nabrać na piękne słówka i patriotyczne frazesy, gładko sformułowane opisy nieistniejących lub nieistotnych zalet produktów. Zakładając nawet, że nie są tu stosowane otwarte kłamstwa, jest to droga leniwego i ospałego przedsiębiorcy, nie zasługującego na swoje pieniądze.
======================
No, może starczy tego na dziś, nie będę przecież pisał traktatu filozoficznego i teologicznego… dołożę, że grzechy te nie są łatwe do naprawienia. Osoba, która popełni grzech pobrania dotacji nie może naprawić szkody wyrządzonej innym ludziom, gdyż jest ona rozproszona, co bardzo się podoba szatanowi, gdyż trudno wskazać bezpośrednie ofiary tego procederu. Niemniej, szkody są istotne i rzeczywiste. I trudno się wycofać z grzesznej działalności. Można tylko załagodzić wyrzuty sumienia, ale gdzie tu miejsce na żal za grzechy i postanowienie poprawy?
Zapraszam do polemiki i do argumentacji. Będę wielce ucieszony, jeśli przekonacie mnie i innych, że dotacje są dobre. Zaraz po nie pobiegnę i złożę wniosek o ich przyznanie.
Odsłon: 1501 Komentarzy: 18
Monday,07 March 2011,10:29
Kategoria: Tradycjonalizm Monday, 07 March 2011, 10:29
Po raz kolejny, odwiedzając Londyn z możliwością zwiedzania (zawsze podróżuję służbowo), wpakowałem się na imprezę. Poprzednio były to pogrzeb „prawie świętej” Diany oraz ślub księcia Wiliama z jego wieloletnią flamą, która (dzięki Bogu) w końcu została awansowana do roli prawowitej żony, co może skończyło przynajmniej publiczną część kultu zepsucia rodziny królewskiej. Tym razem, może ze względu na prawo stopniowania, wrąbałem się w samo centrum kultu „fuck everybody”, czyli demonstracji siły LGTB, zwanego dla niepoznaki „paradą równości”. Na Trafalgar Square, tuż pod National Gallery, która powinna być ośrodkiem kulturalnym, widać było wielki napis „proud to be LGTB”, który mnie załamał, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego. W międzyczasie musiałem oglądać stada obscenicznie i ostentacyjnie upacykowanych dziwaków obojga płci, nawołujących do „równości wobec prawa”, jakby jej nie mieli. Budziła się we mnie wtedy wielka chęć sięgnięcia po bejsbolowego kija i przyrąbania tym ludziom i dziwiłem się wewnętrznie, skąd we mnie taki atawistyczny ciąg do przemocy. Owszem, miałem na sobie koszulkę z napisanymi słowami „biały, wierzący, hetero, szczęśliwy, PRZEPRASZAM”, ale nie to było powodem mojego niemal załamania.
Jak zawsze, wielkie emocje zmuszają do myślenia, w tym przypadku nastąpiło prawie nadprzyrodzone oświecenie, napływ (mam nadzieję) uporządkowanych myśli, które wywołały tak wielki wewnętrzny żal, że muszę go przelać na papier.
Widząc tych ludzi, w większości młodych, uświadomiłem sobie, że przyczyną, dla której budzą się we mnie tak wielkie emocje jest jakby próba ODARCIA mnie i ich, ze wszelkiej GODNOŚCI. Bo to zgromadzenie miało wszelkie symptomy tłuszczy: hałaśliwą muzykę, niby-przyjazne zachowania, połączone z brakiem wszelkich oznak uporządkowania. Zrozumiałem wtedy, że setki lat ludzkość pracowała nad jakimś wyzwoleniem się z okowów naturalizmu, chcąc jakoś uczłowieczyć i zapanować nad żądzami, a ci tutaj po prostu chcą mnie wepchnąć z powrotem w jakieś zezwierzęcenie i jeszcze każą być z tego „dumnym”, jakby było z czego. Oni są „dumni” z tego, że ulegają przy każdej okazji żądzom, dążeniu do realizacji zaspokojenia seksualnego na wszelkie sposoby i czynią z tego swój znak rozpoznawczy. I pod pozorem „radości” połączonej z wywijaniem kolorowymi flagami nie widzą, że rozsiewają wokół siebie smród zagłady społeczeństwa. Zaiste, kolorowe były te stroje i tępe wyrazy twarzy, pokrytych często grubymi warstwami makijażu.
Otóż co nam oferują nasi „równi” towarzysze spod ukradzionego znaku tęczy? „Wyzwolenie”? Od czego? Od struktur? Od uporządkowania? Od zasad? Żądanie równości wobec prawa nie jest niczym, czego ci kolesie już by nie mieli, zwłaszcza w kraju takim jak UK i mieście takim jak Londyn, gdzie od zawsze parada (pojedynczych lub grupowych) dziwaków na ulicy nie budziła żadnych emocji wśród publiczności.
Jako heteryk mogę być uznany za ziarno, które ma inny projekt kiełkowania. Oni podobno mają swój projekt kiełkowania i tylko wszyscy potrzebujemy „wolności kwitnienia”, prawda? Tylko przyjęcie takiego założenia prowadzi do wniosku, że jesteśmy zdeterminowani naturalistycznie, co oznacza ukierunkowanie oddolne i zakłada, że zostajemy sprowadzeni do roli rośliny. W takim klimacie nie jest możliwe dążenie do dyscypliny, ograniczającej zamierzenia natury. Nie jest możliwe uczłowieczenie zwierzęcia.
Tylko, że „rośliny” spod znaku LGTB mają wdrukowany program samozagłady, gdyż redukując ad absurdum, nie mogą się rozmnażać, choćby spółkowali dziesięć razy dziennie.
Może paść pytanie, czy w takim razie czuję się lepszy? Pokorna odpowiedź musi być jedna: TAK ! Czuję się lepszy, ze względu nie tylko na moje dziecięctwo boże, godność, której tłuszcza LGTB nie musi akceptować, choć jest to godność bezwzględna. Czuję się lepszy, bo chcę zapanować nad swoim zezwierzęceniem, nad żądzami i popędami, mam zamiar walczyć z nimi nie tylko jako z grzechem sprzeciwiającym się woli Boga, ale czując się czymś więcej niż zwierzakiem, chcę porządkować świat. A jedyne miejsce, gdzie mam pełną kontrolę nad światem jest we mnie. Więc będę porządkował swoją duszę i swoje serce, z całej siły. I nie mogę zaprzeczyć, że z tego powodu muszę czuć się lepszym niż ci, którzy tego wielkiego wysiłku nie podejmują. Inaczej logiczna skala wartości musiałaby ulec zaburzeniu.
Nie sądzę, by wiele osób przeczytało te wynurzenia i cieszę się niejako, że ten blog zainstalowałem na Frondzie, gdzie głównie boży wariaci zaglądają. Ale mam nadzieję, że choć trochę komuś pomogę przecierając szlaki rozumowego pokonania przeszkód stojących na naszej drodze do pełniejszego człowieczeństwa.
Odsłon: 397 Komentarzy: 11
Sunday,22 May 2011,15:12
Kategoria: Ekonomia Sunday, 22 May 2011, 15:12
Chciałem napisać tekst o podobnej treści, ale jestem inzynierem. I uczono mnie, żeby nie wymyślać od nowa czegokolwiek, bo to strata czasu i pieniędzy. A przecież Jan M. Fijor napisał kilka lat temu artykuł, który nic nie stracił ze swojej aktualności.
=============================================
W Polsce nadal bardziej ceni się biedę, przeciętność, nijakość niż bogactwo i przedsiębiorczość. Nie potępia się u nas życia na cudzy rachunek, stereotypem stała się aprobata nędzy i pogarda dla przedsiębiorczości. Na meneli patrzymy z tolerancją graniczącą z przyzwoleniem, potępiając ludzi czynu za to, że się zbytnio bogacą.
Antybogacki
To, że prof. Tadeusz Kowalik, Ryszard Bujak czy Zygmunt Wrzodak dopatrują się w bogactwie i przedsiębiorczości braku moralności można od biedy zrozumieć. Lewica, której panowie ci są zwolennikami jest tradycyjnie przeciwnikiem ludzi bogatych. Nie tylko zresztą w Polsce. Gorzej jednak, gdy przeciw ludzkiej inicjatywie, bogactwu i przedsiębiorczości występują politycy uchodzący za prawicowych i konserwatywnych. Jan Krzysztof Bielecki, premier kraju, polityk wywodzący się z ugrupowania, które miało w Polsce tworzyć wolny rynek opowiada pół żartem (w wywiadzie dla Gazety Wyborczej), że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Czy trudno się dziwić, że mniej prorynkowo zorientowany Lech Kaczyński (PiS) czy nawet Jan Maria Rokita (PO) prowadzą krucjaty przeciwko przedsiębiorcom – jedną przeciwko Janowi Kulczykowi, drugą przeciwko Aleksandrowi Gudzowatemu – o to, że walczą o swoje interesy i nie godzą się na niekorzystne dla nich decyzje polityczne. Prof. Jerzy Osiatyński, w czasach gdy tworzył polskie prawo podatkowe podkreślał wielokrotnie, że musi mieć ono wbudowaną komponentę „sprawiedliwości społecznej”. Waldemar Pawlak, w czasach gdy był premierem żartował sobie, i to na zjeździe Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w 1993 roku, z prywatnych przedsiębiorców, że gdyby byli tacy dobrzy, to by przecież nie bankrutowali. Jak tu nie bankrutować jeśli ma się przeciwko sobie takiego premiera i ekonomistów, którzy tolerują takie wypowiedzi. W rezultacie antywolnorynkowego nastawienia kolejnych ekip, wyuczonego siłą rzeczy w czasach realnego socjalizmu, przykręcanie śruby wolności gospodarczej stało się po 1989 roku głównym motywem władzy, traktującej przedsiębiorczość i ludzką inicjatywę jako zło konieczne. Każdy kolejny rząd dokładał przedsiębiorcom swój haracz i dlatego mamy dzisiaj więcej bezrobotnych i mniej przedsiębiorców niż mieliśmy ich lat temu 15. Zresztą walka z ludźmi, którym się powiodło jest wdzięcznym motywem politycznym. Przynosi politykowi popularność i głosy tych, którym brakuje inicjatywy, pomysłu, albo chęci do pracy. Marek Belka został premierem tylko dlatego, że zamiast ciąć podatki, z cięć się wycofał. Jerzy Hausner, który podatki obniżał, został odsunięty na boczny tor. Znany ekonomista amerykański, Thomas Sowell, uważa, że gdyby bezrobocie i bieda były karane czy choćby napiętnowane, liczba ludzi żyjących w biedzie i bezrobotnych zmalałaby co najmniej o połowę. W Polsce na razie jednak maleje liczba ludzi bogatych, co nic dobrego (dla biednych i bezrobotnych) nie wróży. „Mimo ewidentnych dowodów – mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha – rządzący polską politycy (co wyznał przed paroma laty jeden z braci Kaczyńskich – przyp. JMF) nie rozumieją zasad ładu gospodarczego”. Dlatego np. ekonomista Waldemar Kuczyński uważa, że postęp jaki się w Polsce dokonał po 1989 roku nie należy zawdzięczać wolności gospodarczej i przedsiębiorczości Polaków, lecz raczej korzystnej koniunkturze globalnej.
Medialny bicz
W żmudnej pracy nad utrwalaniem antyprzedsiębiorczego stereotypu, dzielnie sekundują politykom media, które – zamiast uczyć ludzi przedsiębiorczości i ukazywać płynące z niej korzyści – chętniej zajmują się nagonką na ludzi bogatych, aktywnych, przedsiębiorczych. W prasie czy w radio częściej napotkać można porady o tym „jak otrzymać pomoc społeczną” czy inny zasiłek niż „jak założyć własną firmę czy zwiększyć produkcję”. Tylko nieliczne pisma głównego nurtu (Nczas, Dziennik Polski, Gazeta Polska i Wprost) i dziennikarze (Rafał Ziemkiewicz, Bogusław Wasztyl) programowo bronią ludzi interesu, których pozycja w rankingu hierarchii medialnej znajduje się zwykle daleko za związkami zawodowymi, emerytami, chłopami, a nawet marginesem społecznym. Nędza, upadłość, zło to medialne hity wpływające skuteczniej na poprawę czytelnictwa czy wzrost oglądalności niż opisy czyichś zmagań z biurokracją, konkurencją czy z własnymi słabościami. Chętniej więc robi się program ubolewający nad losem biedaka z okolic Tarnowa (TVP2), któremu okrutny wicher powalił drzewo demolując skromną stodółkę (n.b. wiatrołom leżał na niej 16 lat, aż spróchniał.) niż o ciężko pracującym stolarzu czy właścicielu ciężarówki, którzy od rana do nocy uganiają się za klientami. I słusznie; kto by takiego gniota chciał oglądać?! Coraz więcej programów telewizji komercyjnej utwierdza widzów w przekonaniu, że źródłem bogactwa narodu jest czujny celnik (program TVN „Granica”) rzucajacy sie do rwacej rzeki w lutym b.r. za ukrainskim „przemytnikiem” wiozącym ze soba kilka kartonów papierosów poza akcyzą, czy urzędnik inspekcji pracy (też TVN, „Uwaga!”), który uniemożliwi czyjeś samozatrudnienie w celu zmniejszenia składki ZUS. Napiętnowaniu jednej z sieci sprzedaży kosmetyków, „Gazeta Wyborcza” poświeciła cały tydzień! Chodziło o to, że firma ta – przedstawiana jako symbol krwiożerczego kapitalizmu – nie zatrudnia sprzedawców na etacie, czyli na swoje ryzyko, lecz w charakterze podwykonawców, czyli na ich ryzyko. Czytelnicy są pewnie wdzięczni gazecie, która znajduje usprawiedliwienie dla braku ich przedsiębiorczości, biorąc ich jednocześnie w obronę przed chciwymi kapitalistami. A to, że w wyniku nagonki stracić może pracę kilka tysięcy „podwykonawców”, to ma już inne znaczenie. Za kilka miesięcy będzie nowy wdzięczny temat: „masowe bezrobocie wśród sprzedawców kosmetyków wywołane bezwzględną walką o zysk.”
Kościół
Ludzie są bogaci nie bez powodu – pisała bojowniczka o wolność gospodarczą, Ayn Rand. Źródłem bogactwa jest praca, przedsiębiorczość, pomysłowość, ryzyko, ale przede wszystkim – jak mawiał Ludwik von Mises – „pragnienie i umiejętność zaspokajania ludzkich potrzeb”. Wszystkie te cechy zasługują na miano cnoty. I chociaż Balzac pisał, że za dużymi pieniędzmi kryje się często ludzka krzywda i cierpienie, to jednak gros fortun pochodzi z działalności społecznie pożytecznej. Henry Ford dorobił się majątku z chwilą, gdy produkowane przez jego firmę pojazdy stały się dostępne niemal dla każdego. Bill Gates został krezusem dlatego, że przyniósł komputery „pod strzechy”. Bogactwo spółki McDonald’s pochodzi stąd, że daje ona tanio, szybko i smacznie jeść. Dlatego pytanie zadane przez ks. Romana Sieronia z internetowej oficyny Opoka: „czy bogaty może się zbawić?”, sprowadzić należy de facto do pytania: „czy na zbawienie zasługuje człowiek z inicjatywą, przedsiębiorczy, dbający o interesy innych ludzi?” Proponowana przez ks. Sieronia odpowiedź: „tak, pod warunkiem, że odda swoje bogactwa biednym”, to właściwie zachęta do zniszczenia biznesu, który mu to bogactwo przyniósł. Majątek w rękach dobrego przedsiębiorcy wart jest więcej (także dla społeczeństwa) niż gdyby go rozparcelować i rozdać tzw. biednym. W swojej słusznej trosce o ludzi słabych i pokrzywdzonych, Kościół traci niekiedy właściwą perspektywę. W szczycie fali strajków robotniczych związanych z zamknięciem w 2002 roku Fabryki Kabli w Ożarowie, prymas Józef Glemp wygłosił homilię,w której napiętnował ludzi biznesu za to, że zbyt wiele uwagi przykładają do pieniędzy i zysków, a zbyt mało do losu robotników, którzy w wyniku likwidacji zakładu znajdą się na bruku. Kardynał nie zauważył niestety, że praprzyczyną kryzysu, który doprowadził do upadłości zakładu był raczej brak dbałości o zyski i pieniądze.
Hipokrytycy
Największymi oponentami obniżki podatków są w Stanach Zjednoczonych…Warren Buffett i George Soros, obaj biznesmeni, obaj miliarderzy w dolarach. U nas podobną postawę reprezentuje multimilioner, Jerzy Urban i zamożny populista, Andrzej Lepper. Do grupy energicznych wrogów kapitalizmu i ludzkiego bogactwa należą autorzy poczytnych powieści (John Irving, Gabriel G. Marquez), gwiazdy filmowe (Kim Bassinger, Susan Sarandon), piosenkarze (Barbra Streisand), wzięci adwokaci (Alan Dershowitz, Hilary Clinton) i tysiące innych nababów świata show biznesu, nauki i kultury, pod każdą szerokością geograficzną. Gabrielowi Garcia Marquezowi czy Wisławie Szymborskiej, przy całym szacunku dla ich dorobku artystycznego, z okrągłym milionem dolarów od komitetu Nagrody Nobla, łatwiej jest piętnować chciwość ludzi biznesu. Reżysera i literata, Andrzeja Żuławskiego stać na krytykę „konsumpcjonizmu” i „materialnego stylu bycia” dzięki temu, że bogaty podatnik francuski, i uboższy polski, łożą na produkcje jego „kasowych” (produkowanych z kasy państwa) filmów. W podobnej sytuacji znajdują się inni wrogowie bogatych, twórcy żyjący z budżetówki, Kazimierz Kutz czy prof. Ireneusz Krzemiński. Michał Wiśniewski z „Ich troje” zarabia miliony nie dzięki temu, że – jak tego chce – „ludzie powinni żyć skromnie i nie zabijać się za pieniędzmi”, ale właśnie dlatego, że jego publiczność ciężko pracuje i stać ją na pójście na koncert czy kupno płyty.
Twój sąsiad milioner
Steven Forbes ocenia, że mniej więcej 10 proc. uczestników „listy najbogatszych Amerykanów” magazynu Forbes nie czuje się na niej komfortowo. Dla reszty, być bogatym jest niewątpliwie powodem do dumy. Bogactwo jest tam bowiem synonimem ciężkiej pracy, umiejętności, uznania społecznego, a nawet łaski Boskiej – słowem, jest pochodną zasług i uznania. W Polsce znalezienie się na liście „najbogatszych” jest powodem do wstydu, zażenowania, strachu, najczęściej wszystkich tych czynników jednocześnie. Jedną z największych sensacji wydawniczych ostatniej dekady jest w USA książka dwóch socjologów, T. Stanleya i W. Danco Sekrety amerykańskich milionerów, opisująca zachowanie się i zwyczaje bogatych Amerykanów. Książka ta zburzyła tradycyjny stereotyp milionera: bezwzględnego krwiopijcy, rozbijającego się rollce-royce’ami, obwieszonego złotymi rolexami i brylantowymi spinkami, szastającego pieniędzmi na lewo i prawo, i to przeważnie pieniędzmi, które zagrabił lub odziedziczył. Pomijając fakt, że aż 83 proc. milionerów w USA dorobiło się majątku własną pracą, okazało się, że typowy milioner to człowiek bogobojny, pracujący po 80-100 godzin tygodniowo właściciel firmy betoniarskiej, transportowej czy agencji ubezpieczeniowej, żyjący skromnie, poruszający się samochodem używanym, stroniący od nonszalancji, łożący hojnie na dobroczynność, wierny mąż i wzorowy rodzic. Mimo swej uniwersalności, polskie wydanie książki cieszy się mniej niż umiarkowanym powodzeniem. Aż 80 proc. Polaków uważa za Ryszardem Bugajem i Janem Krzysztofem Bieleckim, że drogą do bogactwa jest wygrana w toto-lotka, układy polityczne, czasem też oszustwo i kradzież. Różnimy się tu zasadniczo od Irlandczyków, Anglików, Chilijczyków, a zwłaszcza Amerykanów, dla których wciąż podstawowym warunkiem zamożności jest pomysłowość, ciężka praca, ryzyko i przedsiębiorczość. Czy to oznacza, że Chilijczyk, Irlandczyk czy Amerykanin kochają bogatych? Oczywiście, że nie. „Ludzie są wszędzie tacy sami – mówi guru od bogactwa, Amerykanin, Robert T. Kiyosaki – nie lubią lepszych, ładniejszych, a zwłaszcza bogatszych od siebie”. Irlandczyk, Chilijczyk czy Amerykanin rozumieją jednak, że walka z ludźmi przedsiębiorczymi – a takich wśród krezusów jest najwięcej – to strzelanie sobie w stopy. „Mądre narody – mawia król amerykańskiego radia, Rush Limbaugh – we własnym interesie roztaczają nad nimi ochronę, narody głupie ich niszczą”. Bogactwo nie jest bowiem źródłem biedy, ono jest jej wrogiem.
Jan M. Fijor „Wprost” 2004-07-31
oryginał znajduje się tutaj.
Odsłon: 1940 Komentarzy: 11
Tuesday,17 May 2011,21:12
Kategoria: Ekonomia Tuesday, 17 May 2011, 21:12
Nie sprawdzałem specjalnie, bo po co się denerwować... ale ile osób zadaje sobie pytanie, ile z ich dochodów pochłonie obsługa kredytów, jakie są zaciągnięte na budowę stadionów na Euro 2012?
Może się pomylę o rząd, a więc 10 razy, ale załóżmy, że ktoś zaciągnął na stadion w Warszawie 2 miliardy złotych kredytu. Zakładając, że stadion przyniósłby 20 milionów zysku rocznie (nieźle by sobie radził, choć nie wierzę za bardzo), to kredyt byłby spłacany przez 100 lat. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z czytających tego bloga był na tyle głupi, żeby inwestować w coś, co zwróci się w 100 lat... przecież wtedy będzie w Polsce jego prapraprawnuk... jeśli jeszcze będzie Polska wtedy...
Ale załóżmy, że będzie, to nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie generował takiego zysku tylko po to, żeby spłacać jakiś głupi kredyt. Raczej zarządca stadionu będzie prowadził go tak, żeby pokryć jedynie odsetki od kredytu. Powiedzmy, że odsetki wyniosą 7%, jak na dom. Wtedy co rok trzeba będzie spłacać 140 milionów. Czyli każdy z pracujących Polaków (powiedzmy dla ułatwienia 14 milionów, choć jest ich ponoć 16,5 miliona), to każdy pracujący musi zapłacić rocznie 100 złotych odsetek tylko od stadionu warszawskiego. A przecież to nie jest jedyny stadion pobudowany na te igrzyska, a poza tym trzeba jeszcze utrzymać jednego niepracującego Polaka.
Nie jest ważne, czy te liczby są bardziej czy mniej realne, jeśli tylko się zgadza rząd (czyli dla niematematyków - ja też nie jestem matematykiem, że zgadza się ilość zer), to daje pojęcie (może), z jak wielkimi liczbami się musimy zmierzyć.
Kto jeszcze jest sympatykiem Euro 2012, poza bezrobotnymi, rencistami i emerytami? Na dziś ponad 30% Polaków pracuje na czarno, czyli na swoim, bo nie płacąc podatków, nie płacą odsetek od stadionów. Ech... może ja się mylę o 2 rzędy i stadion w Warszawie kosztuje mniej... choć chyba się nie mylę.
O ILE WIĘCEJ BĘDĄ KOSZTOWAŁY STADIONY NA EURO 2012 (w mln zł)
Gdańsk - o 194 (całkowity koszt - 896)
Wrocław - o 339 (całkowity koszt - 853)
Poznań - o 25,5 (całkowity koszt - 537)
Warszawa - o 694 (całkowity koszt - 1.900)
Kraków - o 49,4 (całkowity koszt - 348)
Chorzów - o 110 (całkowity koszt - 370)
Odsłon: 364 Komentarzy: 3
Sunday,15 May 2011,03:06
Kategoria: Ekonomia Sunday, 15 May 2011, 03:06
Czasem najlepsi ekonomiści nie są ekonomistami.
Jedna z najsłynniejszych sztuk w historii Zachodu została napisana przez niemieckiego pisarza Johanna Wolfganga von Goethego (1749-1832). Jego dwuczęściowy dramat, Faust, jest uznawany za jedno z największych dzieł literatury niemieckiej. Ten skomplikowany i momentami niepokojący tekst, to historia młodego naukowca, Fausta, który zawiera pakt z diabłem, Mefistofelesem. W zamian za usługi Mefistofelesa, mające na celu umożliwienie mu spełniania jego ambicji, Faust zakłada się z diabłem o swoją duszę.
W trakcie całej sztuki Faust prosi Mefistofelesa o pomoc w osiągnięciu kilku pozornie dobrych celów. Jednak za każdym razem Faust, gdy przywołuje moc diabła, otrzymuje więcej niż to, na co się z diabłem umówił. Na przykład, w jednej ze scen Faust staje się właścicielem dobrze prosperującego majątku. Jego spokój zakłóca jedynie starsza para, która posiada tytuł własności do obszaru będącego enklawą na ziemi Fausta. Faust prosi Mefistofelesa o przeniesienie ich. Diabeł spełnia jego prośbę, jednak robi to w sposób nieprzewidziany przez Fausta: dom starszej pary zostaje spalony, a para zostaje zamordowana.
Jednak na początku części drugiej w sztuce pojawia się niespodziewanie motyw ekonomiczny. W towarzystwie Mefistofelesa, Faust pojawia się na dworze władcy, którego królestwo doświadcza ruiny finansowej z powodu rozrzutności rządu. Zamiast naciskać na władcę aby stał się bardziej odpowiedzialny w kwestii zysków z podatków, Mefistofeles - w przebraniu klauna z dworu - sugeruje inne podejście, takie, które jest niepokojąco zbliżone do naszych czasów.
Zauważywszy, iż walutą tego królestwa jest złoto, Mefistofeles utrzymuje, iż pod ziemią należącą do władcy znajduje się z pewnością duża ilość nieodkrytego złota. Zatem utrzymuje on, iż władca może wydać weksle o wartości złota, które ma zostać odnalezione, tym samym tworząc świeże źródła finansowe dla rządu i rozwiązując problemy z zadłużeniem.
Władca i jego skarbnik, co nie jest zaskoczeniem, są zachwyceni tym pomysłem. Oznacza to, iż monarcha może uniknąć trudnych wyborów ekonomicznych podczas gdy, w tym samym czasie, zapewni królestwu środki pieniężne, których ono tak pilnie potrzebuje. Następnie Mefistofeles zalewa dwór papierowymi pieniędzmi, a Faust jest wychwalany zarówno przez władcę jak i przez lud.
Rezultat jest jednak inny od oczekiwanego. Po pierwsze, wydanie papierowych pieniędzy nie rozwiązuje problemu związanego z rozrzutnością władcy. Przeciwnie - władca i jego dwór stają się jeszcze bardziej ekstrawaganccy wiedząc, że zawsze mogą wydrukować więcej papierowych pieniędzy, które pokryją ich wciąż rosnące wydatki. Po drugie, diabeł subtelnie lecz całkowicie zmienił podstawę waluty królestwa. Zamiast zakorzenić się w trwałości, jaką oferował namacalny i ceniony majątek, waluta staje się oparta na lichych papierowych obietnicach. Zatem, długoterminowa stabilność finansowa i silne ograniczenia rozrzutności rządu zostają poświęcone dla krótkoterminowego zysku.
Goethe ukończył pisanie drugiej części Fausta w 1832 roku. Nowoczesna ekonomia była wówczas jeszcze w powijakach. Jednak spostrzeżenia Goethego docierają do serca trzech naszych najtrudniejszych do rozwiązania, długoterminowych problemów ekonomicznych.
Jeden z nich dotyczy wpływu pieniądza fiducjarnego. W zasadzie, pieniądz fiducjarny to waluta, którą rząd uznaje za prawny środek płatniczy, nawet jeśli nie ma on wartości sam w sobie. Na przestrzeni lat pieniądz fiducjarny był zwykle raczej wyjątkiem niż regułą. Większość walut była oparta na dobrach fizycznych, w szczególności złocie. Pieniądz fiducjarny, przeciwnie, jest głównie oparty na wierze wystarczającej ilości osób w to, iż dana waluta zostanie zaakceptowana w celach transakcji ekonomicznych.
Taka wiara może jednak zostać łatwo zachwiana. Tegoroczne problemy związane z euro są dobrym przykładem tego, co dzieje się gdy ludzie zaczynają tracić wiarę w pieniądz fiducjarny. Wyrażenie „złoty człowiek” podkreśla wiarę jaką ludzie zawsze łączyli z walutą opartą na dobrach, w szczególności w czasach trudnych pod względem ekonomii.
Drugi problem dotyczy pokusy, z jaką mierzą się rządy starając się rozwiązać swoje problemy związane z deficytem. W 2009 roku rząd federalny Ameryki odnotował deficyt w wysokości 1,4 biliona dolarów. Stanowi to 10 procent produktu krajowego brutto Stanów Zjednoczonych, poziom, jakiego nie osiągnięto od czasów Drugiej Wojny Światowej. Dla polityków, którzy dostaną wybór pomiędzy ograniczeniem wydawania środków, ich pożyczaniem lub wywoływaniem inflacji w zakresie możliwości zdobycia pieniędzy, trzecia opcja jest zwykle najbardziej pociągająca. Ponadto, podobnie jak władca Goethego, dokładnie to zrobiły rządy zachodnie pomiędzy rokiem 1945 a 1980: krótkoterminowa ulga została okupiona długoterminową niestabilnością finansową.
Lecz, prawdopodobnie, największą lekcją z Fausta Goethego jest fakt, iż oszukiwanie samego siebie jest nieodłączną częścią każdego niemądrego czynu, włączając w to te o wymiarze ekonomicznym. Kiedy tylko rządy wybierają zaspokojenie iluzji ekonomicznych zamiast trudnych ekonomicznych prawd, podobnie jak Mefistofeles stosują podejrzane środki, takie jak doprowadzenie do inflacji, lub też zadłużenie sektora publicznego, które sprawiają, iż nieprzemyślana polityka ekonomiczna wygląda na mniej obciążającą dla tych, którzy na dłuższą metę będą musieli płacić za nie cenę.
Oszukiwanie samego siebie jest szczególnie wyraźne w wielu przypadkach odpowiedzi rządów europejskich na trwający kryzys gospodarczy. Całkiem niedawno kilku polityków europejskich zachwalało wyższość europejskiego modelu społecznego nad tym, co wielu mieszkańców Europy kontynentalnej wyśmiewało jako „anglosaski kapitalizm”. Jednak w chwili obecnej rządy w całej Europie walczą o to, żeby uniknąć losu Grecji. Ponadto, robią to rozważając - a w niektórych przypadkach wprowadzając - działania dotychczas nie do pomyślenia: obniżenie deficytu budżetowego poprzez zmniejszenie rozległych działań państw opiekuńczych, do których wielu Europejczyków było przyzwyczajonych przez długi czas.
W tych czynnościach rządy te ostatecznie uznają prawdę początkowo przesłonioną przez kryzys euro: cały chaos spowodowany przez ostatnie problemy związane z euro spowodowany jest bardziej systematycznymi kwestiami związanymi z ekonomiczną niedolą Europy.
Jedną z tych kwestii jest kilkadziesiąt lat niskiego wzrostu gospodarczego. Jak zauważył ostatnio prezydent Czech Vaclav Klaus, „średni roczny wzrost gospodarczy w krajach strefy euro wyniósł 3,4 procent w latach 70, 2,4 procent w latach 80 , 2,2 procent w latach 90 i tylko 1,1 procent w od roku 2001 do 2009.” „Podobny spadek,” dodaje Klaus, „nie wystąpił nigdzie indziej na świecie.”
Drugim problemem jest głęboki spadek demograficzny Europy. Według aktualnych prognoz, na przykład, do roku 2030 odsetek populacji Hiszpanii powyżej 65 roku życia wzrośnie z obecnego poziomu 17 procent do 25 procent. Oznacza to mniejszą liczbę osób pracujących, aby utrzymać rosnącą liczbę emerytów.
Kiedy niski wzrost gospodarczy oraz spadek demograficzny połączy się z kwestią europejskich krajów opiekuńczych - hojnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi i na wypadek bezrobocia zapewnianymi przez państwo; wczesnym odejściem na emeryturę oraz szczodrymi państwowymi emeryturami; szeroko zakrojonym zatrudnieniem w sektorze publicznym; ustawodawstwem, które wyżej stawia bezpieczeństwo zachowania stanowiska pracy niż elastyczność rynku pracy - coś w końcu musi zostać poświęcone. Grecja osiągnęła ten poziom. Pozostała część Europy robi wszystko, aby uniknąć podążenia w tę otchłań za Grecją.
Mimo to, wiele rządów europejskich podąża w dół ścieżką reform, z ledwie ukrytą niechęcią. Na przykład we Francji rząd prezydenta Sarkozy'ego chce zwiększyć urzędowy wiek emerytalny z 60 do 62 lat. Nie jest to radykalna reforma, która uderzyłaby wielu. Premier Hiszpanii Zapatero działa przeciwnie - obcina emerytury, wynagrodzenia urzędników służby cywilnej oraz programy socjalne. Zapowiedział również reformę rynku pracy, coś, co Międzynarodowy Fundusz Walutowy określił jako desperacką potrzebę Hiszpanii. Jednak, jak poprawnie zauważa Economist, Zapatero „nie wykazuje jakiejkolwiek chęci do wprowadzenia reform wobec związków. Zrobi to, co musi zrobić, lecz zawsze będzie to minimum wykonane bez entuzjazmu.”
Bez wątpienia odzwierciedla to niechęć wielu polityków europejskich - lewicowych i prawicowych - do tego aby przyznać, iż powojenny europejski wysiłek aby kraj mógł zapewnić takie zabezpieczenie gospodarcze, jakie tylko jest możliwe napotkał niemożliwą do poruszenia przeszkodę w postaci realizmu ekonomicznego. Spornym jednak jest - aczkolwiek zasugerowanie tego jest wysoce niepoprawne politycznie - iż odzwierciedla to również pracę potencjalnie śmiertelnego ogniwa pomiędzy demokracją (lub pewną kulturą demokracji) oraz państwem opiekuńczym.
Pewnym usprawiedliwieniem demokracji jest to, iż zapewnia ona nam sposoby na wyrównanie polityki rządu z wymogami obywateli oraz na pociągnięcie rządów do odpowiedzialności gdy ich decyzje nie są zgodne z życzeniem większości. Lecz co dzieje się gdy niektórzy obywatele zaczynają postrzegać te mechanizmy jako środki do zachęcenia wybranych urzędników do tego, aby wykorzystali państwo do zapewnienia im czego tylko zapragną, jak na przykład nieograniczonego zabezpieczenia gospodarczego? A co dzieje się, gdy wielu wybranych urzędników uważa, iż to właśnie oni są odpowiedzialni za zapewnienie wymaganego zabezpieczenia, lub też bardziej cynicznie, uzna programy opiekuńcze za użyteczne narzędzie do pozyskiwania zwolenników, na których będą oni mogli polegać podczas głosowania?
Końcowy efekt nie powinien nikogo dziwić: spirala powiększającej się opieki społecznej, której ani politycy ani coraz większa liczba beneficjentów nie ma zamiaru przerwać do momentu, aż wszystko stanie się tak niemożliwe do opanowania, że nie będzie żadnej innej alternatywy.
Problemem, jak Alexis de Tocqueville opisał to w Democracy in America, („Demokracja w Ameryce”) jest to, że opinia publiczna, w szczególności to, co nazywa „opinią powszechną” jest „siłą dominującą” w przypadku demokracji. Współczesny francuski filozof Pierre Manent posuwa się jeszcze dalej twierdząc, iż w demokracjach „to nie dogmat stanowi wspólną opinię; to wspólna opinia stanowi dogmat.” Wynika z tego, iż jeśli wystarczająca ilość osób będzie chciała rozległych programów socjalnych w demokracji, możliwości polityków aby się przeciwstawić, na przykład, 51 procent populacji pragnącemu stopniowo złupić pozostałe 49 procent, są ograniczone. Opieranie się temu jest równe z zaryzykowaniem odrzucenia podczas wyborów lub, jak widzieliśmy, buntowniczych biegów w amoku na ulicach Aten.
Wielu dwudziestowiecznych naukowców zastanawiało się jak zająć się tym problemem demokracji i wciąż powiększającej się opieki ze strony państwa. Na przykład zwycięzca nagrody Nobla, ekonomista Friedrich von Hayek w trzecim tomie swojej książki Law, Legislation and Liberty („Prawo, ustawodawstwo i wolność”) przedstawił serię zasad konstytucyjnych, które, jak sądził, mogą ograniczyć tendencję kraju demokratycznego do podążania w tym kierunku. Kilkadziesiąt lat wcześniej niemieccy ekonomiści zajmujący się rynkiem, tacy jak Walter Eucken, Franz Bohm, i Wilhelm Röpke szczegółowo omówili cały system zasad konstytucyjnych, jakie, jak uważali, sprawią, iż państwa demokratyczne staną się wystarczająco silne, aby stawić opór byciu zdobytym przez grupy interesów, a jednocześnie wystarczająco ograniczone aby powtrzymać rządy przed rozszerzaniem swoich sił ekonomicznych poza pewną ilość fundamentalnych funkcji.
Lecz jeśli dwudziesty wiek nauczył nas czegokolwiek, to na pewno tego, iż nawet najsolidniejsze ustalenia konstytucyjne nie są w stanie osiągnąć takich celów w ustrojach demokratycznych, którym brakuje polityków oraz obywateli, którzy odkryli ogromną niesprawiedliwość w wykorzystywaniu państwa do tego aby wspierało ich samych, nieustannym kosztem innych. Ponadto, wprowadzanie takiej polityki nie wymaga nawet poparcia zdecydowanej większości populacji. W większości ustrojów demokratycznych ludzie mogą zyskać władzę polityczną wyłącznie poprzez zawiązanie wystarczająco dużych koalicji wsparcia, opartych na szeregu obietnic, niejednokrotnie niepasujących do siebie, złożonych czasem zdecydowanie różniącym się od siebie grupom interesów. Rządy demokratyczne, po tym jak zostaną wybrane, są pod ogromnym naciskiem aby użyć swoich sił politycznych w celu faworyzowania swoich różnych wyborców jeśli nie chcą aby ich niegdysiejsi zwolennicy obrócili się przeciwko nim.
Zatem, wymienianie się przywilejami i dotacjami przez różne grupy jest nieuniknione w demokracji jeśli rząd pragnie zachować wspierającą go koalicję. W takich okolicznościach powiększanie się państwa opiekuńczego mające na celu nagradzanie konkretnych zwolenników, to pokusa, której trudno się oprzeć. Jak skomentował to Röpke: „Zwiększanie zakresu państwa opiekuńczego nie tylko jest łatwe, lecz także jest jednym z najpewniejszych środków aby demagodzy zyskali głosy i wpływ polityczny, a dla wielu z nas jest to najzwyklejsza pokusa jakiej można ulec, nie ryzykując własnym kosztem, a także kosztem naszej reputacji związanej z hojnością i uprzejmością.”
Podobnie, rządy demokratyczne starające się zmniejszyć zakres państwa opiekuńczego ryzykują zrażeniem konkretnych grup ze wspierającej je koalicji. To może wystarczyć, aby zapewnić pokonanie danego rządu w kolejnych wyborach. Dokładnie to przydarzyło się rządowi Gerharda Schrodera i Socjaldemokratycznej Partii Zielonych w Niemczech po tym jak wprowadzili oni reformy dotyczące opieki społecznej w latach 2003-2005. Nie jest zaskoczeniem, iż wiele rządów nie opowiada się za zachowaniem statusu quo, pomimo świadomości długoterminowych konsekwencji gospodarczych. Na nieszczęście dla Europy, ten status quo już nie jest wystarczający pod kątem podatkowym.
Czy to oznacza, iż zmniejszanie zakresu państwa opiekuńczego wymaga ograniczenia demokracji? Odpowiedź brzmi „nie”. Większość reżimów autorytarnych, począwszy od hitlerowskich Niemiec, a skończywszy na Wenezueli Chaveza, pokazała wykorzystywanie z ogromną chęcią hojnych planów socjalnych, mających na celu udobruchanie dużej części populacji. Innymi słowy, to nie jest tak, jakby tylko demokracja była łączona z państwami opiekuńczymi, a lekarstwo nie musi polegać na obniżaniu demokratycznych standardów lub instytucji.
Początkiem właściwej odpowiedzi jest uświadomienie sobie, iż zdolność demokracji do przetrwania długotrwałej niedbałej postawy wobec delikatnego despotyzmu państwa opiekuńczego wymaga dwóch rzeczy. Pierwszą jest przesunięcie bodźców do gospodarczej mobilności i zabezpieczenia tak, aby leżały one w sektorze prywatnym a nie w stawaniu się odbiorcą państwowej szczodrości. Zadanie to jest bardzo trudne kiedy większość populacji korzysta już z pewnej części krajowego dochodu. Jest ono jednak przyćmione przez ogrom drugiego wyzwania: rozwinięcia kultury moralnej i politycznej, która podkreśli nieodpowiedniość faktu, iż politycy i obywatele wykorzystują kraj, aby żyć na cudzy koszt. Oznacza to konfrontację oszukiwania samego siebie, które jest tak nieodłączną częścią politycznego dyskursu w dzisiejszej Ameryce i Europie, zarówno na poziomie elit jak i ludu.
Jeśli badania opinii publicznej się nie mylą, bardzo możliwe, że, w kwestii kultury, jest już za późno dla większości Europy. Nowoczesne europejskie państwo opiekuńcze powraca do końca wieku dziewiętnastego, kiedy to Otto von Bismarck, bezwzględny „Żelazny Kanclerz” Cesarstwa Niemieckiego wprowadził państwowe ubezpieczenie społeczne, nie ukrywając, iż miał na celu udobruchanie powiększającej się niemieckiej przemysłowej klasy robotniczej oraz wciąż rosnącej liczby Socjaldemokratów, których wybrała ona do niemieckiej władzy ustawodawczej. Zdecydowanie zbyt wielu Europejczyków obecnie zwyczajnie przyjmuje szczodre państwo opiekuńcze jako część ekonomicznego krajobrazu. Faktem jest, iż coraz więcej starszych mieszkańców Europy Zachodniej nie ma motywacji do tego aby się zmienić. Ich podejście można opisać jako "Apr?s moi, le déluge."
Jednak Ameryka, to inna kwestia. Tylko sama intensywność oporu przeciwko ustawom dotyczącym służby zdrowia, wprowadzanym przez Administrację Obamy dotyczyła wielu kwestii. Jednak z pewnością odzwierciedliło to fakt, iż miliony Amerykanów zwyczajnie nie chcą iść tą drogą, co Europa Zachodnia. Udany długoterminowy opór będzie jednak zależał od tego, czy Amerykanie zrozumieją, że związek pomiędzy demokracją a państwem opiekuńczym musi zostać zerwany i jedyna droga do osiągnięcia tego celu na długi okres czasu prowadzi przez stawienie czoła naszemu ekonomicznemu oszukiwaniu samych siebie oraz ponowne odesłanie Stanów Zjednoczonych do niektórych najlepszych aspiracji towarzyszących ich założeniu - miłości do wolności, przyjęcia cnót niezbędnych dla zachowania tejże wolności oraz niechęci do zrzucania na państwo odpowiedzialności, jaką wolni mężczyźni i kobiety mają wobec siebie nawzajem.
SAMUEL GREGG jest Dyrektorem Badawczym Instytutu Acton. Jest autorem kilku książek, w tym On Ordered Liberty, („O uporządkowanej wolności”), The Commercial Society, („Społeczeństwo handlowe”), która przyniosła mu nagrody oraz Wilhelm Ropke's Political Economy („Ekonomia polityczna Wilhelma Ropkego”). Fragmenty tych prac pierwotnie pojawiły się na ThePublicDiscourse.com Instytutu Witherspoon.
JESIEŃ 2010
Tekst ten został opublikowany za zgodą autora, dr Gregga.
Uwaga techniczna:
tekst w oryginale można zobaczyć: http://www.civitate.org/2010/10/the-city-fall-2010-full-edition/
“Democracy, Deficits and the Devil”, The City, Vol.33, no.2, 2010, pp.44-50.
Wytłuszczenia w tekście: MMB
Wykład można zobaczyć tutaj: http://www.pafere.org/artykuly,n1051,dr_samuel_gregg__money_deficits_democracy_and_the_devil_our_economic_selfdeceptions.html
Odsłon: 251 Komentarzy: 2
Wednesday, 05 September 2012
Tuesday, 15 May 2012
Monday, 30 April 2012
