
Monday,14 May 2012,20:44
Kategoria: Wydarzenie Monday, 14 May 2012, 20:44
Dzisiaj chciałem zamieścic kilka interesujących materiałów do obejrzenia. Co prawda długie jesienne wieczory już za nami ale naprawdę warto! Są to „pogadanki” i wywiady z Grzegorzem Braunem, Jadwigą Chmielowską oraz Władimirem Bukowskim. Wywiady łączy wspólny mianownik czyli prężnie działające radio Niepoprawne.pl (które ma zresztą konto na naszym frondowym blogowisku). Chłopaki z Niepoprawnego nie próżnują i co jakiś czas zapraszają do Cork ciekawych gości i w salce w kościele św. Augustyna (tzw. "polski kościół") organizują projekcje filmów po których następują długie nocne Polaków rozmowy. Pan Braun był już w Cork dwukrotnie. Za pierwszym razem z filmami „Eugenika. W imię postępu” oraz „New Poland”. Oba filmy polecam gorąco! Dzięki chłopakom z radia mieliśmy z żoną okazję pogawędzic kilka godzin z panem Braunem już po oficjalnym spotkaniu. Można by przegadac niejeden wieczór!
Pani Jadwiga Chmielowska przyjechała z filmem „Matka Zagłębia”. Film opowiada historię Teresy Kierocińskiej, pierwszej przełożonej zgromadzenia zakonnego Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus, która m. in. w czasie okupacji udzielała schronienia żołnierzom AK, ukrywała dzieci pochodzenia żydowskiego, niosła pomoc więźniom Auschwitz, prowadziła sierociniec, bezpłatną kuchnię, itp., itd. Niestety na to spotkanie nie udało nam się dojechac ale na szczęście rozmowę po projekcji filmu oraz wywiad z panią Jadwigą można obejrzec w sieci.
Niepoprawne nie ogranicza się jednak tylko do Zielonej Wyspy i ostatnio chłopaki udali się do Cambridge aby przeprowadzic wywiad z rosyjskim dysydentem i pisarzem Władimirem Bukowskim.
Niedawno gościli też w Cork Ewa Stankiewicz i Piotr Zarębski z filmem „Krzyż”. Póki co w internecie nie ma jeszcze relacji z długiej rozmowy po projekcji filmu (która przedłużyła się do późnej nocy i była kontynuowana przy porannej kawie :). Mam nadzieję, że wkrótce się pojawi.
Tutaj znajdują się obiecane linki:
1. Na początek link do strony radia Niepoprawne.pl
2. Dwa linki do materiału ze spotkania z Grzegorzem Braunem po projekcji filmu „Towarzysz generał idzie na wojnę” (prawie dwie godziny!):
http://www.youtube.com/watch?v=CZ2yPVT8_NM
http://www.youtube.com/watch?v=S5HOP82rsso
3. Linki do wywiadu z panem Braunem dotyczącym sytuacji w Polsce, na świecie i okolicach. W portowym miasteczku Ballycotton, w irlandzkim pubie przy irlandzkim stoucie (tak to się chyba pisze fonetycznie?):
http://www.youtube.com/watch?v=TdjlR_mKOTg
http://www.youtube.com/watch?v=jNL0655nhbQ
4. Wywiad z panią Jadwigą Chmielowską. Także w pubie przy piwku:
http://www.youtube.com/watch?v=3B6fQN74fjY&feature=results_main&playnext=1&list=PL7D1DAC69286A60F9
5. Rozmowa z panią Jadwigą po projekcji filmu „Matka Zagłębia” (wrzucam pierwszego linka z trzech – znajdziecie sobie):
http://www.youtube.com/watch?v=4jCB6hJ51DY
6. Wywiad z Władimirem Bukowskim:
http://www.youtube.com/watch?v=7gzmci6tOM4&feature=relmfu
Mam nadzieję, że zainteresują Was przynajmniej niektóre z tych materiałów. Naprawdę warto obejrzec. I mam nadzieję, że Niepoprawne zorganizuje jeszcze wiele spotkań z interesującymi goścmi. A na koniec zamieszczam nasze zdjęcie z panem Braunem, który jako zadeklarowany antydemokrata i monarchista został przez nas koronowany (wyciąłem ze zdjęcia naszego znajomego z Niepoprawnego bo nie wiem czy sobie tego życzy):
Odsłon: 182 Komentarzy: 17
Sunday,05 February 2012,21:13
Kategoria: Polityka Sunday, 05 February 2012, 21:13
Jakiś czas temu, z racji rozpoczęcia się procesu Breivika, miałem okazję zerknąć na materiał telewizyjny relacjonujący to wydarzenie. Przejrzałem też kilka artykułów na ten temat. Przyznam, że nigdy nie interesowałem się zbytnio sprawą Breivika. Historia jest na tyle straszna, że nie miałem nawet ochoty o tym słuchać. Kiedy dowiedziałem się o zdarzeniu w lipcu zeszłego roku, skłonny byłem raczej myśleć, że to jakiś wariat czy psychopata, który z zimną krwią przez półtorej godziny zabijał bezbronnych ludzi na jakiejś pięknej norweskiej wyspie w imię swoich chorych, bliżej mi nieznanych poglądów. Oczywiście przez chwilę zacząłem się zastanawiać czy aby nie jest to jakaś akcja prowokacyjna, która miałaby na celu np. ograniczenie naszych wolności obywatelskich w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa ale ostatecznie uznałem, że nie warto się tą sprawą zajmować, morderca powinien stanąć przed sądem, dostać możliwie najwyższy wyrok lub po stwierdzeniu choroby psychicznej powinien zostać umieszczony w zakładzie dla psychicznie chorych.
Sprawa ucichła lecz niedawno znowu zaistniała w mediach z powodu rozpoczęcia się procesu Norwega.
Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że robi się z tego jakiś telewizyjny show. Czytałem gdzieś, że rozważa się możliwość transmisji telewizyjnej tego procesu. Nie znam się na tym i nie wiem czy takie przypadki miały miejsc już wcześniej ale pokazywanie procesu człowieka, który strzelał do ludzi jak do kaczek, zadzwonił na policję, podał swoje dane po czym znowu wrócił do zabijania, wydało mi się czymś nieodpowiednim. Po co robić mu reklamę i ewentualnie inspirować jego potencjalnych następców?
Urywki z procesu, które miałem okazję widzieć kątem oka, wydały mi się jakieś takie „filmowe” tzn. wszystko było bardzo schematyczne: młody, zdrowy, oczytany, biały mężczyzna o nordyckiej urodzie, głoszący niepoprawne politycznie hasła, nie wyraża żadnej skruchy z powodu zabicia prawie osiemdziesięciu osób a wręcz przeciwnie ze spokojem, bez emocji oświadczajacy, że owszem, zabił tych ludzi ale nie czuje się winny bo działał w samoobronie a na końcu wstaje i z butą wykonuje gest kojarzący się z faszyzmem (sam Breivik ponoć tłumaczył, że symbolizuje on honor i wyzwanie rzucone marksistowskim tyranom w Europie). Wszystko to jakieś takie schematyczne i rodzące jednoznaczne skojarzenia. Podzieliłem się moimi obserwacjami z żoną, na co ona, przyzwyczajona w pracy do oglądania w przerwach angielskiego Sky News (czołowa wyspiarska telewizja kształtująca myślenie ludzi na Wyspach charakteryzująca się niesamowicie poprawną politycznie propagandą – ostatnimi czasy zajmowała się „obiektywnym” prezentowaniem przyczyn i przebiegu tzw. ”spontanicznych” rewolucji w krajach arabskich), stwierdziła, że wygląda to wszystko na szyte grubymi nićmi. Po co to pokazywać? Dawać pożywkę dla innych potencjalnych świrów? No i ta teatralność i schematyczność oraz ciągłe podkreślanie, że Breivik to „konserwatywny, skrajnie prawicowy obrońca chrześcijańskiej wizji Europy” (swoją drogą ciekaw jestem co ma on wspólnego z chrześcijaństwem? – na pewno nie metody). Naturalnie w naszych głowach zrodziło się podejrzenie, że to tragiczne wydarzenie oraz relacjonowanie procesu sądowego jest zdecydowanie na rękę wszelkim zwolennikom i propagatorom lewicowych haseł i idei głoszących potrzebę stworzenia społeczeństwa multikulturowego i świeckiego. Propagatorzy tych haseł oczywiście nie odrzucają religii w ogóle. Religia może być ale tylko i wyłącznie jako sprawa prywatna, no i nie chrześcijaństwo – a precyzyjniej mówiąc – nie katolicyzm. Najlepiej żeby była to jakaś synkretyczna forma religijności, łącząca w sobie elementy różnych religii, która oczywiście nie pretenduje do bycia religią prawdziwą odmawiającą lub umniejszającą wartość innych religii.
Stwierdziliśmy, że masakra której dopuścił się Breivik jest czymś wygodnym a wręcz mogłaby być czymś pożądanym przez owe środowiska, które nie ukrywajmy, mają wielki wpływ na np. kształtowanie prawa w naszym zachodnim świecie. Czy nie jest to idealna sytuacja żeby „przykręcić śrubę”? Już widzieliśmy oczami wyobraźni okładki i nagłówki rozmaitych postępowych pism typu: Prawicowy faszysta nawołuje do przemocy!, Widmo faszyzmu krąży nad Europą, Powiedzmy ‘nie’ chrześcijańskim fanatykom! itd.
O sprawie na jakiś czas zapomniałem aż do czasu kiedy przeglądając okładki magazynów w księgarni natrafiłem wzrokiem na angielskie pismo New Statesman. To co zobaczyłem przyprawiło mnie o zdumienie. Na górze strony dużymi czerwonymi (a jakże!) literami tytuł pisma, okładka cała biała z jedynym zdjęciem w czarnej ramce pośrodku. Na zdjęciu Breivik wyciąga rękę w owym sławnym za sprawą mediów geście. Pod spodem wielki tytuł (na czarno): The most shocking thing abort Anders Behring Breivik? Pod nim podtytuł (na czerwono): How many people agree with his opinions. Why it’s time to put mainstream Islamophobia on trial.
Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie propagandowa schematyczność tej okładki. Tak jak wspominałem wcześniej, oczekiwałem czegoś w tym stylu ale moje wyobrażenia były znacznie skromniejsze. Kupiłem tygodnik aby zobaczyć co o sprawie Breivika jest napisane w środku i mogę powiedzieć, że się nie zawiodłem.
Artykuł wstępny zatytułowano: From believing in absurdities to committing atrocities. Oczywiście, pomyślałem, na wstępie trzeba odpowiednio “ustawić” sprawę – jeśli ktoś uważa, że islamizacja Europy jest niebezpieczna oraz jeśli myśli, że cywilizację zachodnią niszczy się stopniowo, konsekwentnie i planowo poprzez kulturowy neomarksizm, dla którego islamizacja jest doskonałym narzędziem do destrukcji chrześcijańskiego kształtu Europy (islam ze swej istoty jest anty-chreścijański i nastawiony na walkę z chrześcijaństwem) to z dużym prawdopodobieństwem popełni jakąś „potworność”. Czytam dalej. Autor tekstu przytacza słowa Breivika, który co prawda przyznał się do popełnionych czynów ale nie czuje się winny bo działał w „samoobronie” w walce przeciwko „zdrajcą kraju”, którzy otworzyli Norwegię na multikulturalizm.
Następnie dziennikarz dokonuje pewnego zestawienia tego, co zrobił Breivik, z poglądami, które wyraża konserwatywna prasa. Autor pisze, że jest czymś wygodnym odrzucać punkt widzenia Norwega jako „rojenia narcystycznego szaleńca czy psychopaty” ale odrzuciwszy jego dziwaczną retorykę zobaczymy ponoć, że jest niewielka różnica między tym co głosi Breivik a tym co pisze się w konserwatywnej prasie. Autor stwierdza, że to raczej czyny a nie poglądy odróżniają go od innych prawicowych ideologii. Nie znam całościowych poglądów Breivika ale czy z tych, które wymienia autor, w sposób konieczny wynika przemoc? W artykule przywołuje się nazwiska takich ludzi jak Melanie Philips (brytyjska dziennikarka, która porzuciła lewicowe poglądy), Mark Steyn (kanadyjski pisarz i komentator polityczny), których wypowiedzi są cytowane w „manifeście” Breivika oraz wspomina się o neokonserwatywnym pisarzu Normanie Podhoretz (autor słowa „Eurabia”). Ludzie ci głoszą poglądy, z których Breivik po prostu wyciąga ostateczne konsekwencje – dodaje angielski dziennikarz a na koniec straszy tym, że niektórzy wręcz zachęcają do zbrodni innych fanatyków. Wymienia tutaj Sarkozego, którego charakteryzuje „wstydliwa demagogiczna kampania” wyrażająca niepokój z powodu imigracji i wpływu islamu (autor twierdzi, że Sarkozy chce w ten sposób pozyskać elektorat M. Le Pen). Autor wyraża zaniepokojenie, że część francuskiej prasy traktuje muzułmanów jak „obcą siłę” szerząc w ten sposób islamofobię poprzez „dezinformację i przeinaczenia” co oczywiście będzie skutkowało tym, że pojawią się nowi fanatycy typu Breivika. Koniec.
Przewracam kilka stron i czytam następny artykuł na ten temat Who are Breivik’s fellow travellers? Autorem tego artykułu jest niejaki Daniel Trilling (wkrótce ma się ukazać jego książka Bloody nasty people: the rise of Britain’s far right - mocny tytuł!). Na wstępie autor stwierdza, że byłoby lepiej gdyby Breivik okazał się niepoczytalny, wtedy nigdy nie stanął by przed sądem i nie wykorzystałby okazji do promocji swoich poglądów. Autor uważa za „paranoidalne” poglądy Breivika m. in. o tym, że zachodnia cywilizacja jest niszczona poprzez promocję multikulturalizmu – antyeuropejską ideologią nienawiści aranżowaną przez kulturowych marksistów, którzy zachęcają do islamizacji (kolonizacji) Europy w celu zniszczenia tradycyjnych chrześcijańskich wartości. Dalej autor ubolewa, że niestety Breivik nie jest odosobniony w swych poglądach, wiele skrajnie prawicowych grup w USA i Europie podziela jego poglądy (np. English Demence League). Następnie autor pisze o tym, że według Breivika środowiska związane (czy też realizujące jej program) ze Szkołą Frankfurcką spiskują przeciwko zachodniej cywilizacji promując multikulturalizm, homoseksualizm i kolektywistyczne idee ekonomiczne.
Tutaj autor dochodzi do osobliwej tezy, pisząc, że mało kto dzisiaj zauważa fakt, że takie teorie mają źródło w…antysemityzmie (to prawda, Marcuse i Adorno mieli żydowskie korzenie ale nie z racji pochodzenia a z racji poglądów uważani są przez konserwatystów za szkodliwych). Wyznawcy tych teorii twierdzą, że twórcami owej szkoły byli żydzi - kontunuuje dziennikarz (Breivik ponoć poświęcił temu zagadnieniu cały ustęp w swoim „manifeście”). I tutaj Trilling znajduje podobieństwo z nazistowskimi Niemcami – czystość etniczna, zdrada elit, obecność obcych „najeźdźców” – oto wspólny mianownik ze współczesną skrajną prawicą. Zdaniem autora prasa brytyjska nieustannie „sączy antymuzułmańskie treści” itd.
Wreszcie autor dochodzi do odkrywczej myśli: myślenie jednak, że każdy konserwatysta jest fanatycznym ekstremistą i potencjalnym mordercą może być inną odmianą paranoi (brawo!) jednak prawicowa ideologia „pasożytuje na mediach głównego nurtu”.
W podsumowaniu Trilling znajduje analogię między współczesną formą „islamofobii” a antysemityzmem w Niemczech w latach 20-tych i 30-tych. Według niego faszyzm odniósł wtedy sukces ponieważ bazował na strachu przed obcymi, zdobywając poparcie nawet tych, którzy nie uważali się za ekstremistów. Następcy Nazistów szerzą dzisiaj islamofobię (tak jak faszyści antysemityzm) i budują „całą mitologię” bliskiego upadku cywilizacji zachodniej. Koniec.
Tyle streszczenia. Przyznam, że poczułem się dziwnie kiedy zobaczyłem pytanie znajdujące się na okładce (How many people agree with his opinion?). Ile osób zgadza się z diagnozą Breivika? Nie wiem. Ja się zgadzam. Wiem natomiast tyle, że nie jest niczym dziwnym i wariackim twierdzić, że nasza cywilizacja niszczona jest w taki sposób o jakim neomarksiści typu Marcuse’a czy Gramsciego pisali otwarcie. Ten pierwszy nawoływał do „dezintegracji systemu” (uderzenie w kościół, rodzinę, szkołę, tradycyjne normy moralne i estetyczne) a ten drugi słusznie zauważył, że najskuteczniejsza rewolucja (stara forma rewolucji się wypaliła) to bezkrwawa rewolucja kulturalna bez użycia przemocy. Rewolucja ta ma na celu zmianę mentalną ludzi w taki sposób aby porzucili oni stare normy moralne, uwolnili się od opresyjnych instytucji (rodzina, kościół) i demokratycznie ustanowili nowy porządek. Ten dechrystianizacyjny program Gramsci nazwał „hegemonią kulturową” i otwarcie, choćby w swych „Zeszytach więziennych”, pisał o tym, że najpoważniejszym wrogiem nowej rewolucji jest Kościół katolicki i szkolnictwo. Czy poprzez wspieranie wszelkich ruchów broniących praw mniejszości, poprzez wspieranie homoseksualizmu, multikulturalizmu a także islamizacji (doskonałe narzędzie do walki z chrześcijaństwem) nie wprowadza się postulowanego przez włoskiego neomarksistę „ducha rozłamu”? Czy promowany wszędzie socjalizm nie służy do walki chrześcijaństwem? Gramsci wiedział, że nie może być zgody między chrześcijaństwem a socjalizmem bo socjalizm jest formą religii (doskonale wiedział o tym także chociażby Leon XIII o czym pisał w encyklice Rerum novarum). Trudno też nie zauważyć walki (choćby na poziomie stanowienia prawa) z „autorytarnymi strukturami” (kościół, rodzina), które mają niby prowadzić do nietolerancji, rasizmu, faszyzmu, nacjonalizmu, homofobii i oczywiście do antysemityzmu. Obecnie ideałem człowieka jest człowiek „tolerancyjny” wspierający wszelkie odmienności i mniejszości oraz walczący przeciwko wszelkiej dyskryminacji (kobiety, studenci, dzieci, młodzież, kryminaliści, mniejszości seksualne, etniczne, narodowe, imigranci itp.).
Trzeba być ślepym żeby nie zauważyć, że rewolucjoniści zmienili tylko powierzchowność, porzucili Marksa a sięgnęli po Gramsciego, wczoraj walczyli o demokrację socjalistyczną, dzisiaj walczą o demokrację liberalną. „Transformacja ustrojowa” (rewolucja) trwa więc dalej i ma się dobrze.
A islam? Trzeba być albo nad wyraz głupim albo celowo ukrywać swe zamiary, żeby nie widzieć, że ta „religia” z natury rzeczy nastawiona jest na walkę, konfrontację i zdobywanie terenu. Wystarczy napomknąć tu o początkach islamu czy też o tym, o czym mówi badacz islamu Jean Alcader, ze islam w swej istocie jest negacją chrześcijaństwa i uderza w podstawy naszej wiary (Chrystus – Bóg i człowiek zarazem, śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie, Bóg jako Trójca Święta – wszystko to dla muzułmanów jest kłamstwem).
Zastanawiam się więc, czy rewolucja nie osiągnęła obecnie kolejnego etapu, na którym będziemy piętnowani (a może wkrótce karani?) za popełnienie „myślozbrodni” (zagrożenie ze strony islamu, krytyka kulturowej rewolucji neomarksistowkiej), no bo przecież takie poglądy mogą prowadzić do podobnej zbrodni, którą popełnił Breivik. Oczywiście czyn Norwega trzeba potępić ale trzeba też głośno mówić o tym, że nie ma on nic wspólnego z chrześcijaństwem. Zastanawia mnie to, czy Breivik działał sam czy ktoś w jakiś sposób umożliwił mu, pomógł w dokonaniu masakry. Jeżeli działał sam, to oprócz rozgłosu nic nie zyskał a wręcz zaszkodził ludziom, którzy w tych samych miejscach identyfikują zagrożenie dla naszego zachodniego świata. Każda z takich osób może być teraz podejrzewana o bycie następcą Breivika. Nie da się też ukryć, że cała ta sprawa jest na rękę zachodniej lewicy. 
Odsłon: 856 Komentarzy: 123
Sunday,22 April 2012,14:47
Kategoria: Wydarzenie Sunday, 22 April 2012, 14:47
Ostatnio byliśmy na spotkaniu z Berriem Schwortzem, fotografem i członkiem amerykańskiej grupy badawczej STURP (Shroud of Turin Research Project), która w 1978 roku wspólnie z naukowcami z Włoch rozpoczęła prace nad badaniem Całunu Turyńskiego. Spotkanie odbyło się w kościele na Ursynowie z okazji wydania książki Grzegorza Górnego i Jausza Rosikonia pt. „Świadkowie tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych”.

Schwortz pracował m.in. w Narodowym Laboratorium Los Alamos przy konstruowaniu amerykańskiej bomby atomowej i pewnego dnia został zaproszony do grupy, która miała za zadanie udać się do Turynu w celu dokładnego przebadania Całunu Turyńskiego. Na początku Schwortz był zdziwiony, że jego, żyda, zaprasza się do badania chrześcijańskiej relikwii ale ostatecznie zgodził się dołączyć do grupy badaczy. Przygotowania do wyprawy trwały około dwóch lat. Podczas przygotowań specjaliści z najlepszych amerykańskich laboratoriów (m. in. z NASA) planowali eksperymenty, które miały pomóc w ujawnieniu sekretu pochodzenia płótna. Schwortz zaznaczył, że interesowało ich ono tylko i wyłącznie z naukowego punktu widzenia. Wśród grupy badającej Całun zaledwie kilka osób było osobami wierzącymi (trzech żydów, kilku protestantów i katolików), większość jednak była niewierząca co i tak nie przeszkodziło mediom przypiąć naukowcom łatki religijnych fanatyków.
Amerykańscy naukowcy (wraz z grupą z Włoch) mieli około pięciu dni na zbadanie Całunu. Mogli je fotografować, prześwietlać promieniami Rentgena, badać w ultrafiolecie oraz badać próbki krwi.
Wykładu Schwortza słuchało się ciekawie nie tylko z racji tego, że od lat zajmuje się on badaniem Całunu ale także dlatego, że okazał się osobą z dużym poczuciem humoru, która lubi wzbogacać swoje wykłady anegdotami. Okazało się, że z wyprawą grupy STURP do Włoch związanych jest wiele zabawnych historii i anegdot, które mogłyby z powodzeniem być częścią scenariusza filmowego. Schwortz opowiadał, że na wstępie napotkali oni problemy w postaci…włoskich celników. Jedna z osiemdziesięciu pięciu skrzyń ze sprzętem oznaczona była znakiem „radioaktywne” (aparat do robienia zdjęć rentgenowskich) w związku z czym celnicy nie chcieli wydać sprzętu.

Interweniować musiał miejscowy proboszcz, który zapytał celnika jak się nazywa, ten zapytał po co ksiądz go o to pyta, na co ten odpowiedział: szykuje się międzynarodowa afera i mamy zamiar obarczyć za nią ciebie. Nie obeszło się oczywiście bez łapówki ale ostatecznie, z małym poślizgiem, grupa odzyskała swój sprzęt. Inną ciekawą rzeczą było to, że Całun nie był badany w sterylnych warunkach laboratorium tylko w jednej z sal pałacu królewskiego w Turynie (wykład wzbogacony był o pokaz zdjęć Schwortza, które relacjonowały prace grupy STURP – kilka z nich pokazywało wielki stół, na którym leży Całun, wokół zgromadzeni naukowcy a nad nimi…sufit z pięknymi freskami).

Warunki były więc iście polowe a za ciemnię do wywoływania zdjęć Rentgena posłużyła…toaleta. Kolejna anegdota związana była z tym, że jeden z włoskich badaczy postanowił użyć zwykłej taśmy klejącej w celu ściągnięcia z Całunu pyłków. Pomysł sam w sobie nie był zły (później do niego powrócono tyle tylko, że użyto specjalnie zaprojektowanej do tego celu taśmy i urządzenia) jednak zwyczajna taśma omal nie spowodowała uszkodzenia płótna i zostawiła ślady, które wkrótce zebrały różne zanieczyszczenia zostawiając ciemne i lepkie plamy. W momencie, w którym włoski badacz chciał ściągnąć pyłki z twarzy na Całunie został brutalnie odciągnięty od stołu. Jedno ze zdjęć pokazuje jak jeden z kolegów pomysłowego Włocha tłumaczy mu, że zwykła taśma to nie najlepszy pomysł. Ponoć doszło wtedy prawie do bójki.
W końcowym raporcie, który ukazał się w 1981 roku, naukowcy zgodnie stwierdzili, że Całun jest odbiciem rzeczywistej postaci, która najpierw była torturowana a później poniosła śmierć krzyżową. Co ciekawe wizerunek na płótnie całkowicie odpowiada opisom z Pisma Świętego. Widać na nim ślady bicia, biczowania, ukoronowania cierniem, ukrzyżowania i przebicia boku między 5 i 6 żebrem. Wykluczono tezę, że obraz powstał ręką malarza (brak śladów farby), techniką wypalenia i nie jest też fotografią. Nie pochodzi też z epoki Średniowiecza co sugerowali niektórzy (średniowieczne są tylko łaty, którymi zaszyto nadpalone miejsca powstałe w wyniku pożaru w XVI wieku). Interesującą rzeczą jest to, że obraz mężczyzny na Całunie jest…negatywem fotograficznym, co odkryto dopiero wtedy kiedy zrobiono zdjęcie Całunowi i wykonano z niego negatyw, który okazał się pozytywem. Wizerunek jest w dodatku trójwymiarowy. Wyklucza to średniowieczne fałszerstwo. W średniowieczu nie znano nawet zasad perspektywy w malarstwie. Całun Turyński odpowiada także stylowi w jaki chowano zmarłych w czasach Jezusa. Znaleziono na nim także pyłki roślin endemicznych występujących tylko na terenie Palestyny.
Schwortz jak i pozostali naukowcy doszli do wniosku, że wszystko przemawia za tym, że Całun jest płótnem, w które owinięto ciało Jezusa. Wszelkie inne próby zdyskredytowania prawdziwości Całunu zostały obalone.
Ostatnią wątpliwością jaka trapiła Schwortza była kwestia tego, że krew na Całunie po prawie dwóch tysiącach lat wciąż jest czerwona a nie brązowa czy czarna. Był to ostatni element, który nie pasował do układanki. Kwestia ta nurtowała Schwortza 18 lat aż w końcu w 1995 roku chemik medyczny (również żyd) z grupy badającej płótno wyjaśnił mu, że krew człowieka dręczonego przez dłuższy czas zawiera znacznie większą dawkę bilirubiny. Tylko taka krew nie blaknie i nie czernieje. Po wyjaśnieniu tej kwestii Schwortz nie miał już żadnych problemów z uznaniem Całunu za płótno, w które owinięto ciało Jezusa.
Ciekawą rzeczą jest to, że media zainteresowane były jedynie informacjami, które miałyby pokazać, że Całun jest średniowiecznym falsyfikatem (np. fragment Całunu badano metodą aktywnego węgla i ogłoszono, że pochodzi on ze średniowiecza, okazało się jednak, że pobrany fragment to część średniowiecznej łaty o czym media już nie napomknęły). Widząc, że media poszukują tylko sensacji i nierzetelnie informują o badaniach Całunu, Schwortz postanowił założyć stronę internetową, która w uczciwy sposób informuje o efektach pracy nad pochodzeniem płótna. W ten sposób Schwortz dociera do milionów ludzi zainteresowanych Całunem.
Biorąc pod uwagę to, że Schwortz jest żydem i że wyniki naukowych badań przekonały go do tego aby uznać Całun za autentyczny, powstaje pytanie: czy spowodowało to jego nawrócenie? Schwortz nie odpowiedział na to pytanie wprost. Stwierdził tylko tyle, że przypadkowe zaangażowanie się w prace badawcze nad Całunem, które przerodziły się w wieloletnia przygodę, po raz pierwszy w życiu kazały zastanowić mu się nad jego wiarą i jego żydowską tożsamością. Żartobliwie stwierdził, że może paradoksalnie Bóg chce aby żyd świadczył o prawdziwości Całunu Turyńskiego.
Po spotkaniu można było nabyć najnowszą książkę Grzegorza Górnego i Janusza Rosikonia. Jedyne czego zabrakło to dyskusji i pytań po wykładzie.
Tutaj zamieszczam link do strony Schwortza dotyczącej badań nad Całunem:
http://www.shroud.com/

Odsłon: 213 Komentarzy: 8
Friday,16 March 2012,00:42
Kategoria: Polityka Friday, 16 March 2012, 00:42
Witam, dzisiaj będzie coś do obejrzenia. Wiem, że niektórzy nie lubią wpisów na blogach, które polegają na wrzucaniu linków ale uznałem, że ten materiał jest wręcz obowiązkowy. Pewnie wielu frondowiczów widziało go już dawno ale może ktoś jeszcze nie widział. A warto to wrzucic chocby dla jednej osoby.
Tak więc proponuję poświęcić 40 minut na obejrzenie skrótu „wykładu byłego agenta KGB (zalegendowanego jako dziennikarz) Jurija Bezmienowa (występującego także pod nazwiskiem Tomas Schuman). W wykładzie omawiane są techniki dywersji ideologicznej. Materiał pochodzi z czasów zimnej wojny, ale jest przerażająco aktualny także dziś”.
Polecam!
Oto link:
http://www.youtube.com/watch?v=ZMEtzlbpELA&list=PLFBD2319049146D85&index=4&feature=plpp_video
Odsłon: 414 Komentarzy: 11
Friday,03 February 2012,15:56
Kategoria: Religia Friday, 03 February 2012, 15:56
Pociągnę dzisiaj wątek, który zapoczątkował Wątpiący w swoim tekście pt. "Wieczna radośc?". Chodzi generalnie o problem taki: jak syn może byc szczęśliwy w niebie skoro jego matka jest w piekle? Przyznam, ze temat ten jest także dla mnie bardzo ważny. Poruszyłem go na marginesie także w dyskusji pod moim ostatnim wpisem pt. "Napominac? Ale jak?". Do tej dyskusji włączył się Włóczęga i podrzucił mi link do pewnej legendy chrześcijanskiej, która choc nie daje ostatecznego rozwiązania tego problemu, to jednak stara się odpowiedziec w ciekawy sposób na pytanie o co w tym wszystkim może chodzic. Oto legenda:
Matka świętego Piotra
Pewnego ranka, piętnaście ledwie dni po przybyciu Piotra do raju zdarzyło się, że jeden z aniołów stanął przed tronem naszego Pana, skłonił się siedem razy, a potem rzekł:
- Świętemu Piotrowi musiało przydarzyć się coś bardzo złego Nie chce jeść ani pić, oczy ma zaczerwienione, gdyż nie może zasnąć.
Nasz Pan natychmiast zerwał się z tronu i wyruszył na poszukiwanie Piotra. Znalazł go bardzo daleko, w najodleglejszym zakątku raju, Przycupniętego, jakby ze zmęczenia nie mógł utrzymać się na nogach. Szaty miał podarte, a głowę okrytą prochem. Widząc go w takim stanie, Pan usiadł przy nim.
- Co ci się stało. Piotrze?
Ale święty Piotr był tak zbolały, że nie zdobył się nawet na odpowiedź.
- Nuże, rzeknijże, cóż to tak cię zasmuciło? - zapytał jeszcze Pan.
Wtenczas Piotr zerwał sobie z głowy złoty wieniec i rzucił pod nogi Jezusowi, jakby chciał dać do zrozumienia, że już nie chce uczestniczyć w splendorze królestwa Bożego. Lecz Jezus zrozumiał, że święty Piotr zbyt jest strapiony, wiedział, co czyni, więc wcale się nie rozgniewał.
- Musisz powiedzieć mi, co cię tak dręczy - powiedział mu z najgłębszą tkliwością w głosie.
Święty Piotr skoczył na równe nogi.
- Muszę stąd odejść - wykrzyknął. - Nie mogę zostać i dnia dłużej w raju.
Pan próbował go uspokoić, jak czynił zawsze, kiedy św. Piotr był rozjątrzony.
- Nie zabronię ci odejść, najpierw przecież winieneś rzec mi, co cię tak trapi.
- Miałem starą matkę i dwa dni temu zmarła.
- Wreszcie znam powód twojego zmartwienia! Cierpisz, gdyż twoja matka nie znalazła się w raju?
- No właśnie - odparł przepełniony goryczą święty Piotr i zaczął płakać i lamentować. - Zdawało mi się, żem zasłużył, by spędzała ze mną wieczność.
Kiedy nasz Pan poznał przyczynę bólu apostoła, strapił i bardzo, wiedział bowiem, że matka świętego Piotra nie jest godna na raju. W ciągu swego życia myślała tylko o gromadzeniu pieniędzy dla siebie, biednym zaś, którzy stukali do jej drzwi, nie dała nigdy ani pieniążka, ani kromki chleba.
- Skąd masz pewność. Piotrze, że twoja matka czułaby szczęśliwa z nami?
- Któż może nie czuć się szczęśliwy w raju? - odparł Piotr
- Kto nie raduje się radością innych, nie może być szczęt wy w raju - rzekł Pan.
- Są więc inni, którzy nie zasługują, by przebywać tutaj - oznajmił uczeń, a Jezus pojął, że ma na myśli siebie i poczuł się zasmucony, gdyż doprawdy święty Piotr sam nie wiedział, co mówi. Przez chwilę trwał w milczeniu, czekając, by uczeń się skruszył i zdał sobie sprawę z tego, że jego matka nie może znaleźć się w raju, lecz czekał daremnie. Wówczas wezwał anioła, rozkazał mu zstąpić do piekła i sprowadzić do raju matkę święte go Piotra.
.- Pozwól, bym widział, jak będzie ją tu prowadził - rzekł święty Piotr.
Pan nasz ujął go za dłoń, zaprowadził na skalę, która sterczała stromo nad niezgłębioną otchłanią i pokazał, że wystarczy wychylić się odrobinę za krawędź, by zobaczyć piekło.
W pierwszej chwili święty Piotr nie mógł dostrzec nic. Zdawało mu się, że patrzy w mrok. Była to przepaść bez dna, mroczna i czarna. Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł, był anioł, który opuszczał się nieustraszenie w tę ciemność, z otwartymi skrzydłami, by nie opadać zbyt szybko.
Potem, kiedy wzrok mu przywykł, zaczął rozróżniać jakieś cienie. Zdał sobie wówczas sprawę z tego, że raj położony jest na szczycie góry i wznosi się nad niezmierną otchłanią, gdzie zamieszkują potępieni. Widział, jak anioł ciągle nie docierał do dna, chociaż był coraz niżej. Świętego Piotra przeraziła ta niekończąca się wyprawa.
- Żeby tylko zdołał wzbić się aż tutaj z moją matką! Zbawiciel patrzył na niego wielkimi, smutnymi oczami.
- Nie masz takiego brzemienia, którego by mój anioł nie dźwignął - rzekł.
Do gardzieli, która zagłębiała się w straszliwy mrok, nie docierało żadne światło, lecz anioł wniósł tam teraz odrobinę jasności.
Piotr zdołał dojrzeć nieskończoną pustynię pełną ostrych skal, a pośród stromych iglic stawy martwej wody. Ani źdźbła trawy, ani roślinki, najmniejszego śladu życia. Do wierzchołków tych ostrych kamieni przywarły dusze potępionych. Czepiały się skał w nadziei, że wymkną się z otchłani, lecz nie znajdując żadnego ratunku trwały jak skamieniałe z przerażenia.
Niektóre siedziały lub leżały z ramionami i oczami wzniesionymi ku górze w niewysłowionym i nękającym pragnieniu pięcia się. Inne zakrywały dłońmi twarze, by nie widzieć dokoła całego smutku i przerażenia. Jeszcze inne stały zanurzone w tych sadzawkach z martwą wodą, nie próbując nawet się z nich wydostać.
Lecz rzeczą najstraszliwszą była nieskończona liczba tych dusz. Zdawało się, że całe dno piekielnej otchłani składa się z ciał i głów. Świętego Piotra ogarnęła niecierpliwość.
- Zobaczysz, że jej nie znajdzie - mówił do Pana. Jezus ciągle patrzył na niego swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Wiedział, że Jego uczeń nie ma najmniejszego powodu, żeby się niepokoić o wynik wyprawy anioła. A jednak świętemu łotrowi wydawało się, że niebiański wysłannik nie zdoła znaleźć Jego matki pośród niezmierzonego kłębowiska potępionych.
W tym czasie anioł rozpostarł skrzydła i unosił się nad otchłanią, szukając Piętrowej matki. Oto dostrzegł go któryś z potępionych. Zerwał się na równe nogi.
- Zabierz mnie, zabierz mnie ze sobą!
I nagle zbudziło się życie. Miliony milionów dusz marniejących w piekle powstało, wznosząc ramiona i wzywając anioła, by zabrał je do raju błogosławionych. Ich krzyki dotarły aż do naszego Pana i do świętego Piotra, któremu serce drżało z trwogi.
Anioł unosił się z rozpostartymi skrzydłami nad potępionymi, by wypatrzeć tę, której szukał, ale rzuciły się do niego wszystkie dusze, jakby wciągał je wir. W końcu Boski posłaniec dostrzegł tę, którą miał zabrać. Złożył skrzydła i przeciął powietrze niby strzała. Święty Piotr wykrzyknął z radości, widząc, jak otacza ramieniem i unosi jego matkę.
- Bądź błogosławiony ty, który przynosisz mi matkę! Nasz Pan objął go prawie jakby chciał go napomnieć, by zbytnio nie oddawał się radości. Ale święty Piotr rozpłakał się ze szczęścia. Jego matka była zbawiona i myślał, że teraz nic już nie zdoła go z nią rozłączyć. A ta radość wzrosła ponad wszelką miarę, kiedy zobaczył, że kilkoro spośród potępionych, choć anioł mknął prędko, było szybszych niż wybrana i pragnąc wznieść się do raju chwyciło się tej, która zmierzała ku zbawieniu.
Wielka ilość dusz przywarła teraz do starej kobiety. Syn myślał:
- Jakiż to dla niej zaszczyt, że oto wybawia tylu nieszczęśliwych od potępienia!
Anioł nie uczynił nic, by ich odepchnąć. Nie wydawało sięby to brzemię mu ciążyło, wzbijał się, poruszając skrzydłami, jakby niósł do nieba ptaszynę.
Ale nagle święty Piotr zobaczył, że jego matka zaczyna odpychać dusze, które się jej czepiały. Kopiąc i gryząc spychała je z powrotem do piekła. Święty Piotr słyszał modlitwy, błagalne głosy, ale starucha nie mogła znieść, by inni zostali zbawieni. Odrywała od siebie jedną po drugiej te zbolałe dusze, które spadały na powrót W otchłań, podczas gdy mroczna gardziel rozbrzmiewała rozpaczliwymi okrzykami i przekleństwami.
Wtedy święty Piotr krzyknął do matki, błagał ją, by ulitowała się nad duszami nieszczęśliwymi i spragnionymi, ale ona zdawała się nie słyszeć i dalej je od siebie odganiała.
Święty Piotr dostrzegł wówczas, że anioł wzbija się wolniej i z większym trudem, choć przecież winno ubywać mu brzemienia, i ogarnęła go tak wielka zgryzota, iż nie mógł się już powstrzymać i padł na kolana. Jeszcze tylko jedna dusza była uczepione staruchy, młodziutka niewiasta, która błagała i zaklinała, by ona także mogła dostać się do raju. Anioł prawie już dotarł do skraju skały i święty Piotr mógł wyciągnąwszy ramię pochwycić swoją matkę.
Zdawało mu się, że anioł jednym uderzeniem skrzydeł wzbije się do wierzchołka, ale nagle przestał poruszać skrzydłami, a jego oblicze pociemniało niby noc. Starucha robiła, co mogła, by odepchnąć dziewczynę, która się jej uczepiła. Rozwierała palce biedaczki zaciśnięte na jej szyi i pchając, i drapiąc, zdołała oderwać nieszczęsną i rzucić w otchłań.
Kiedy dziewczyna spadła, anioł stracił wysokość i wydawało się, że już nie może utrzymać swego brzemienia ni rozpostrzeć skrzydeł. Patrzył na staruchę głęboko zasmuconymi oczami. Jego ramię otworzyło się mimowolnie, jakby teraz, kiedy została mu tylko ta kobieta, dźwigał ciężar zbyt wielki, i wypuścił ją.
Potem uderzywszy mocno skrzydłami wzbił się i dotarł do raju. Święty Piotr nawet nie drgnął. Klęczał łkając. Pan stał przy nim, nie odzywając się ani słowem.
- Święty Piotrze - powiedział po jakimś czasie - nigdy bym nie uwierzył, że możesz aż tak płakać w raju.
Wówczas apostoł Boga podniósł głowę i odparł:
- Cóż to za raj, skoro nadal dochodzą mych uszu lamenty najbliższych i czuję cierpienie bliźniego?
Twarz Pana pociemniała, tak że malowało się na niej ogromne zasmucenie, i rzekł Pan:
- Czyżbyś chciał dać wszystkim raj najczystszej i najwyższej szczęśliwości? Czyż nie pojmujesz, że po to właśnie zstąpiłem między ludzi i nauczałem ich, by miłowali bliźnich jak siebie samych? Lecz póki nie będą do tego zdolni, ani w niebie, ani na ziemi nie znajdzie się miejsce, gdzie nie dosięgłyby ich troski i cierpienia.
Odsłon: 333 Komentarzy: 12
Wednesday,29 February 2012,22:07
Kategoria: Religia Wednesday, 29 February 2012, 22:07
Gryzie mnie ostatnio pewien problem z cyklu: „jak być chrześcijaninem”. Zastanawia mnie to, jak mówić (upominać) ludziom o ich grzechach. Chodzi mi o ludzi, dla których pojęcia Bóg, Kościół, zbawienie, potępienie, grzech, pokuta, nawrócenie itp. to kompletnie puste pojęcia zaczerpnięte z jakiś przestarzałych mitów. Jeśli chodzi o napominanie wierzących to problemu nie ma. Każdy wierzący funkcjonuje w obszarze tych pojęć i poprzez nie postrzega rzeczywistość. Problem ten gryzie mnie dodatkowo dlatego, że w Biblii wielokrotnie możemy natrafić na zdecydowany nakaz upominania bliźniego. W Ewangelii według świętego Mateusza ( Mt, 18, 15-17) czytamy:
***
„Gdy brat Twój zgrzeszy (przeciw tobie), idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jako poganin i celnik”.
***
W innym miejscu (2Tm, 4, 2) święty Paweł napomina:
***
„(…) głos naukę, nastawaj w porę i nie w porę, (w razie potrzeby) wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz”.
***
A jeśli zajrzymy do Starego Testamentu (Kpł, 19, 17 oraz Ez, 3, 18-19) to może nam się nawet zrobić nieprzyjemnie:
***
„Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu.”
***
„Jeśli powiem bezbożnemu: «Z pewnością umrzesz», a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew. Ale jeślibyś upomniał bezbożnego, a on by nie odwrócił się od swej bezbożności i od swej bezbożnej drogi, to chociaż on umrze z powodu swojego grzechu, ty jednak ocalisz samego siebie. Gdyby zaś sprawiedliwy odstąpił od swej prawości i dopuścił się grzechu, i gdybym zesłał na niego jakieś doświadczenie, to on umrze, bo go nie upomniałeś z powodu jego grzechu; sprawiedliwości, którą czynił, nie będzie mu się pamiętać, ciebie jednak uczynię odpowiedzialnym za jego krew. Jeśli jednak upomnisz sprawiedliwego, by sprawiedliwy nie grzeszył, i jeśli nie popełni grzechu, to z pewnością pozostanie przy życiu, ponieważ przyjął upomnienie, ty zaś ocalisz samego siebie”.
***
Tyle cytatów. Moje wątpliwości ogniskują się wokół tego, czy te napomnienia mamy kierować do ludzi, którzy są członkami Kościoła czy do wszystkich, także do współczesnych pogan. No bo jeśli tylko do wierzących to problem (choć pozostaje) staje się trochę mniej gryzący. Jeżeli natomiast mamy obowiązek nastawać w porę i nie w porę i napominać także nie wierzących to sytuacja się komplikuje.
Piszę to, ponieważ jest mi szalenie trudno mówić i świadczyć o Bogu w dzisiejszym indyferentnym religijnie świecie. Co innego wśród osób wierzących. W takiej sytuacji od razu „wskakuje się” na pewien wspólny poziom porozumienia. Napominać można na nim do woli ale jak napominać ludzi, będących nieraz członkami najbliższej rodziny, dla których Bóg i grzech to, mówiąc kolokwialnie, „kosmos”? Jest to sytuacja straszliwie niewygodna psychicznie i duchowo. Co innego jak ktoś żyje i wychował się w środowisku wierzących. Jeżeli natomiast człowiek żyje w środowisku pogańskim, nawrócił się świadomie w dorosłym życiu to sprawa się komplikuje. Owszem, można (i trzeba) chodzić do kościoła, mówić, że jest się chrześcijaninem itp. Tyle tylko, że to kompletnie nie trafia do osoby, która żyje tak jakby Boga nie było. Czasem myślę, że łatwiej jest osobom takim jak choćby nasi frondowi Hiob czy Jacek Pol. Oni zostali wręcz dotknięci przez Pana Boga (mam na myśli cuda związane z przeżyciem ich dzieci), im łatwiej świadczyć. Przynajmniej tak mi się wydaje. A co zrobić jeśli człowiek (mówię tu także o sobie) uwierzył…hmm…tak bardziej „na rozum”? Trudno przecież przeprowadzać debaty na temat istnienia Pana Boga z kolegą czy członkiem rodziny, który całkowicie wykasował ze swojego umysłu problem problemów czyli Pana Boga? Przyznam, że czuję się bezradny a biblijne napomnienia dźwięczą nieustannie w głowie. W dodatku mam świadomość, że skoro „nie każdy kto woła do mnie Panie, Panie” wejdzie do Królestwa Niebieskiego, to co dopiero ktoś kto w ogóle nie woła „Panie”?
Do podzielenia się moim problemem skłoniła mnie także wymiana zdań z frondowym Teotymem. Pod którymś z wpisów (chyba Wątpiącego) rozmawialiśmy o tym, jak można być szczęśliwym w niebie ze świadomością, że mój syn, córka czy ojciec smaży się w piekle. Na wieki wieków. Teotym odżegnując się od moich (i Wątpiącego) emocji, stwierdził „na zimno”, że w niebie nie będziemy niczego więcej potrzebowali oprócz Pana Boga. Dobrze, „na rozum” to przyjmuję ale tak po ludzku bliższa jest mi postawa bohatera filmu pt. „Między niebem a piekłem”. Film trochę naiwny i mocno amerykański ale sama idea męża, który opuszcza niebo aby wyciągnąć z piekła żonę przemawia do mnie bardziej.
Podsumowując: czy te biblijne nakazy o upominaniu dotyczą tylko członków Kościoła czy wszystkich, także niewierzących? Drugie pytanie dotyczy kwestii „technicznej”: jak mamy mówić komuś kto żyje tak jakby Boga nie było o tym, że żyje w grzechu i powinien się nawrócić jeśli nie chce smażyć się na wieki w piekle? Przecież żeby to przyjąć to trzeba w ogóle uznać te pojęcia za coś, co odnosi się do rzeczywistości! Tak więc gryzące są dwie sprawy: nasza niesamowita odpowiedzialność za upominanie innych, której zaniechanie może spowodować, że to my stracimy życie oraz w jaki sposób mówić (świadczyć?) o Bogu wobec współczesnych pogan (zdając sobie oczywiście sprawę, że pogaństwem jesteśmy w jakimś stopniu przesiąknięci wszyscy)?
Macie jakieś pomysły?
Odsłon: 545 Komentarzy: 45
Monday,16 January 2012,23:36
Kategoria: Religia Monday, 16 January 2012, 23:36
Przeczytałem artykuł T. Terlikowskiego pt. Świrowanie w „teologii” dotyczące najnowszego numeru Znaku. Nie chciałbym się odnosić do głównego tematu poruszanego w artykule ale do pewnych wątków antropologicznych, o których wspomina pan Terlikowski. Wyłuskałem kilka cytatów z tego artykułu:
***
„Każdy świadomy swojej wiary chrześcijanin wie, że jest niegodną miłości istotą, kurzem i prochem, który wciąż popada w grzechy, śmieciem, który mógłby zostać odrzucony, ale który zostaje przyjęty i umiłowany – bez najmniejszej własnej zasługi – przez Boga. Normalność, zadowolenie z siebie, mieszczańskie, by nie powiedzieć faryzejskie uznanie, że jest się już sprawiedliwym, nie ma nic wspólnego z Ewangelią, w której podstawą nawrócenia jest zawsze uznanie własnej słabości i zwrócenie się do Boga. „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9, 12) – przypomina Jezus swoim uczniom.”
***
„Jeśli szczytem chrześcijaństwa jest normalność, to śmierć krzyżowa była bez sensu.”
***
„Chrześcijanin, i to w istocie niezależnie od konfesji, w tej sprawie bowiem istnieje konsensus, wie, że każdego z nas tragi grzech, że nikt z nas nie może osiągnąć świętości (a to ona, a nie mieszczańska normalność jest naszym celem) czy choćby zbawienia o własnych siłach. To Bóg daje nam łaskę wyzwalania się z bowiem właśnie nimi jesteśmy), a my możemy jedynie w pokorze i świadomości własnej nicości przyjąć Jego łaskę. Ale żeby tak było, to zamiast tworzyć teologię gueer (czy teologię złodziejstwa, rozpusty, bałwochwalstwa) musimy uznać naszą grzeszność i niegodność. Całkowitą!”
***
„(…)jak trudno na poważnie zastanawiać się nad pytaniem naczelnej „Znaku” Dominiki Kozłowskiej, która z zadęciem oznajmia, że teksty o inności „osłabią nasze zadowolenie z wypełniania moralnych zobowiązań”. Nie wiem, jak redaktorzy „Znaku”, ale we mnie takiego zadowolenia nie ma. A nie ma go, bowiem wiem od św. Pawła, a nie od queerujących teologów, że nikt z nas nie jest w stanie wypełnić Prawa. Wiem to zresztą również z własnego doświadczenia, i mam głębokie przekonanie, że jeśli ktoś uważa inaczej, to błądzi.”
Przyznam, że spodobał mi się ten iście protestancki ton wypowiedzi pana Terlikowskiego. Oczywiście pisząc „protestancki” delikatnie prowokuję bo zdaję sobie sprawę z tego, że taka antropologia wynika bezpośrednio z Pisma i także katolicy w pełni ją akceptują. No właśnie, teoretycznie tak ale jak jest w praktyce? Czasem wydaje mi się, że my, katolicy, myślimy jednak trochę inaczej. Podam przykład: w dyskusji pod ostatnim wpisem Włóczęgi jedna z dyskutantek (nie będę wymieniał kto, kto chce ten zerknie) na moje pytanie o to, jak mamy być radośni skoro widzimy, że tyle nam bliskich osób (i nie tylko bliskich) żyje daleko nie tylko od Boga i Kościoła ale w ogóle od jakiejkolwiek duchowości (co w kontekście zdania: „Poza Kościołem nie ma zbawienia” pozwala przypuszczać, że ich eschatologiczny los jest nie najweselszy), odpowiada, że zakłada, że będą oni zbawieni („po czyśćcu” czy odkupując winy za życia). No ale ja zastanawiam się: skoro my, wierzący jesteśmy śmieciami, prochem, który został przyjęty bez żadnej swojej zasługi (naszą zasługą jest tylko przyjęcie tego faktu do wiadomości i oddanie się Bożemu Miłosierdziu), to co pozostaje niewierzącym? Oni mogą być nazwani „dobrymi ludźmi” przez kogoś z zewnątrz ale przecież „bycie dobrym” do zbawienia nie wystarczy? Inna sprawa, że wedle słów Jezusa nikt nie jest dobry oprócz Boga.
I tutaj dochodzę do nurtującego mnie pytania, skoro nikt nie jest dobry a wszyscy zgrzeszyli i zasługują na potępienie, skoro nie możemy poszczycić się żadną zasługą, nie możemy uznać się w najmniejszym stopniu za sprawiedliwych, nie możemy uważać się też za „normalnych” (dobrych), mamy być niezadowolonymi z siebie, nie jesteśmy w stanie wypełnić prawa a musimy czuć się śmieciami to jak to psychicznie wytrzymać? Czy człowiek nie ma potrzeby czuć się ze sobą dobrze (w wielu znaczeniach tego słowa)? Czy właśnie nie stąd biorą się nasze koncepcje „dobrego człowieka” po to aby przesadnie nie poczuć się niegodnym śmieciem (czy to jest już pycha?)? No bo przecież trzeba otwarcie przyznać, że nie lubimy czuć się jak niegodny śmieć. A może właśnie powinniśmy przestać się oszukiwać i porzucić wszelkie próby bycia „dobrym”, stanąć w prawdzie, przyjąć z radością ten fakt? Może to dopiero jest chrześcijaństwo a nie jakaś forma religijnej etyki, która ma nam zapewnić dobre samopoczucie i doprowadzić nas do (auto) zbawienia? Może wtedy dopiero uwolnimy się od tej szarpaniny i wiecznego rozregulowania wewnętrznego w walce o to, żeby być dobrym (piszę „rozregulowania” no bo chyba nikomu się to nie udaje). Może trzeba zwiesić ręce i NIC nie próbować wołając tylko: De profundis clamavi ad te Domine?
Potraficie tak? Bo ja chyba nie. Jak sobie radzicie z tym, że jesteście śmieciami?
Odsłon: 547 Komentarzy: 67
Wednesday,21 December 2011,23:51
Kategoria: Teologia Wednesday, 21 December 2011, 23:51
Ech, trzeci dzień dyskutuję na F o złu, Bogu, wolności, predestynacji i staram się rozwikłać rozumem o co w tym wszystkim chodzi potykając się co chwila o jakiś element, który nie pasuje do układanki. Na dzisiaj koniec. Dzisiejszy dzień zakończę cytując Lwa Szestowa, który pewnie uznałby te nasze dywagacje za nieware funta kłaków :) Dobranoc!
"Unde malum? Pytają: skąd się wzięło zło? Liczne, choć dosyć jednostajne teodycee dają odpowiedzi na to pytanie, ale odpowiedzi, które zadowalają jedynie autorów teodycei (i czy rzeczywiście zadowalają?) oraz miłośników interesującej lektury. Pozostałych teodycee drażnią i rozdrażnienie jest wprost proporcjonalne do stopnia stanowczości, z jakim pytanie o zło pojawia się u człowieka.
Kiedy stanowczość pytania osiąga najwyższy stopień, jak na przykład u Hioba, wówczas myśl o teodycei zaczyna wydawać się bluźniercza. Wszelkie „wyjaśnienie” jego nieszczęścia jest dla Hioba jedynie zwielokrotnieniem rozpaczy. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, żadnych odpowiedzi. Niepotrzebne są też i pocieszenia. Hiob przeklina przyjaciół, którzy przyszli do niego, a przeklina ich właśnie dlatego, że są jego przyjaciółmi i jako przyjaciele chcą mu „ulżyć” — jeśli jeden człowiek może ulżyć drugiemu. Dla Hioba najgorsze ze wszystkiego jest owo „jeśli”. Skoro już pomóc nie sposób — to i pocieszać nie trzeba. Inaczej mówiąc, można spytać (niekiedy, jak w wypadku Hioba, pytanie jest koniecznością): skąd pochodzi zło? Ale odpowiadać na to pytanie nie wolno.
I tylko wówczas, kiedy filozofowie zrozumieją, że ani na to pytanie, ani na wiele innych pytań odpowiadać nie wolno, uznają jednocześnie, iż nie zawsze stawia się pytania po to, by na nie odpowiadać, że są pytania, których cały sens na tym polega, że nie dopuszczają żadnych odpowiedzi, gdyż odpowiedzi je zabijają. Niezrozumiałe? Więc — pocierpcie: nie do takich rzeczy człowiek się przyzwyczaja."
Odsłon: 287 Komentarzy: 4
Tuesday,29 November 2011,18:08
Kategoria: Teologia Tuesday, 29 November 2011, 18:08
W języku greckim rzeczy pierwsze nazywane są prota, rzeczy ostatnie zaś eschata. Żaden z tych terminów nie ma swego bezpośredniego odpowiednika w języku angielskim (dotyczy to również jęz. polskiego – przyp. tłum.). Używane w naukowej terminologii rozwinięcie odpowiednika drugiego z nich to „eschatologia” – określenie tego, co dotyczy końca czasów, rzeczy ostatnich. Protologia dotyczy tego, co miało miejsce na początku, czy nawet przed początkiem czasu. Innymi słowy, można by tu mówić o prologu i epilogu księgi. Jednak rzeczywistość naszego życia to nie księga, nawet jeśli jest nią Biblia.
Nie tak dawno pojawiło się serbskie tłumaczenie słynnego Raju utraconego Johna Miltona. Brałem udział w promocji tej książki i chociaż nie byłem w stanie odnieść się do niej jako poeta, mógłbym powiedzieć coś o teologicznym podejściu Miltona do całej tej kwestii. Chciałbym rozpocząć od porównania tego, jak zagadnienie to traktowane jest przez Miltona i jak podchodzi do niego Tradycja prawosławna.
Podejście Miltona jest protologiczne. Kładzie nacisk na biblijny początek czasu – na stworzenie i jego stan pierwotny. Ja natomiast postrzegam Biblię eschatologicznie, akcentując koniec czasu i końcowy stan stworzenia. Milton twierdzi, iż to, co wydarzyło się w przeszłości decyduje o tym, co następuje później. Według prawosławnej teologii z kolei, od tego, co wydarzyło się w przeszłości o wiele ważniejszym jest to, co ma nastąpić w przyszłości.
Gdy w czasie moich wykładów w seminarium duchownym roztrząsaliśmy tę kwestię ze studentami teologii, próbowałem wyjaśnić ją przy pomocy metafory ze znanego Europejczykom świata futbolu. Pozwólcie, że użyję jej teraz i tutaj. Weźmy za przykład postawę Maradony, Linnekera czy Stojkoviča w rozgrywanym przez nich meczu piłki nożnej. Ich przeciwnicy zdobyli jednego czy nawet dwa gole w pierwszej połowie meczu, co oczywiście w pewnym stopniu wpływa na styl gry całego ich zespołu. Jednak Maradona nie pokazał jeszcze na co go stać. Tuż przed końcem pierwszej połowy, bardzo sprytnie zdobywa pierwszego, a zaraz po tym, drugiego gola, doprowadzając do remisu. Oczekiwania kibiców gwałtownie rosną – skoro Maradona był w stanie dokonać tego dwoma prostymi strzałami w pierwszej połowie, czegóż można spodziewać się w drugiej połowie meczu, kiedy w końcu zacznie grać ostro, „po swojemu”?
Biblia opisuje cudowne działania Boga, a jednak cuda Boże, stworzenie, wybawienie ludu Izraela i tym podobne, nie są w niej najważniejsze. Cała księga zwrócona jest raczej ku czasom ostatecznym, ku temu co jeszcze uczyni Ten, który tak małym wysiłkiem dokonał tak wielkich rzeczy w minionej historii.
Tak więc to, czego Bóg dokonał na początku jest mniej ważne od tego, co z Jego woli nastąpi w przyszłości – w końcu czasów. Pieśń nad Pieśniami, cudowna księga o dwojgu zakochanych, opowiada o tym jak ukochany odchodzi, a jednak ciągle przytula swą umiłowaną. To doprawdy tak, jak w naszej relacji do Boga, tyle tylko, że ciągle jesteśmy w połowie drogi; Bóg przywołuje nas ku Sobie, do głębszej wspólnoty.
ROZUMIENIE CZASU
Przejdę teraz do kwestii rozumienia czasu w starożytności i w objawieniu biblijnym. Ogólnie rzecz biorąc, świat antyczny – za wyjątkiem Izraela, któremu dane było biblijne objawienie – uważał przeszłość za coś lepszego od teraźniejszości i przypisywał jej moc decydowania o przyszłości. Był kiedyś raj, który uległ stopniowemu zniszczeniu: naszym pragnieniem jest powrót do tego raju. Tak, na przykład, było w przypadku Odyseusza. On także chciał powrócić do swego raju utraconego, na swą wyspę. Wiele tu zbieżności z tym, jak zapatruje się na to Milton. W spiralnym obrocie koniec musi wrócić do swego początku.
Biblijne pojmowanie czasu jest całkowicie odmienne. Nasza tęsknota – w przeciwieństwie do charakterystycznej dla wszystkich istot ludzkich nostalgii Odyseusza – to tęsknota do przyszłości, do tego, co ma dopiero nastąpić. Nie koncentruje się na tym, co minęło, lecz skierowana jest na to, co przed nami. Raj nie jest za nami, a przed nami. Poszukujemy człowieka, którego Adam utracił w raju i w pełni jego chwały odnajdziemy go w przyszłości.
Weźmy za przykład syna marnotrawnego. Po odejściu z domu ojca doznał sromotnej porażki życiowej. Pewnego dnia nachodzi go tęsknota, by powrócić do ojcowskiego domu. Gdy wraca, witany jest przez ojca, który wychodzi mu na spotkanie. Zapytuję, czy powrót syna spowodowany był jego tęsknotą powrotu do przeszłości, czy też nadzieją, że ojciec wyjdzie mu na spotkanie? Obydwie odpowiedzi muszą być twierdzące. Jednakże z biblijnego punktu widzenia najważniejszym jest tutaj wyjście ojca na spotkanie powracającego utracjusza. Tak właśnie pojmuję eschatologiczne podejście Kościoła.
W Tradycji prawosławnej jest ono ilustrowane przez ikony, w których nie ma obecnej w sztuce Zachodu perspektywy sięgającej w głąb obrazu. Mamy tu do czynienia z perspektywą wychodzącą od postaci przedstawianej na ikonie i skierowaną na osobę patrzącego na nią. Artystom, absolwentom szkół sztuk pięknych, ta „odwrócona perspektywa” prawosławnej ikonografii może wydawać się bardzo dziwnym rodzajem perspektywy. Jej celem jednakże jest próba wskazania na to, że dla ubogacenia naszego codziennego życia, Bóg i święci wychodzą nam na spotkanie, tak jak gdyby niebo było już wśród nas.
Antyczny pogląd, który omawialiśmy już w odniesieniu do kwestii odzyskania raju, uzależniony był od pamięci o jakimś wydarzeniu z przeszłości. Prawosławne podejście w większym stopniu zależne jest od wezwania Ducha Świętego, który przychodzi do nas z przyszłości. Prawosławna tradycja liturgiczna łączy anamnezę, pamięć o przeszłości, z epiklezą, przyzywaniem Ducha Świętego. Pamięć, przeszłość i historia nie są obalane, lecz raczej powtórnie definiowane przez epiklezę (gr. epiklesis), którą zawsze powinniśmy pojmować eschatologicznie.
Reasumując, to koniec czasu rozstrzyga o jego początku, a nie początek o końcu. Księga Apokalipsy podsumowuje to znaną powszechnie frazą: „Jam jest Alfa i Omega, początek i koniec” (Ap 21,6). Żyjący w VII wieku, św. Maksym Wyznawca napisał, iż pierwsze szkice planów budowy domu nie decydują o jego końcowym wyglądzie. To wizja końcowego efektu pracy architekta decyduje o stadium początkowym, o tym jak rozwija się jej realizacja.
Upraszczając wyszukany język filozoficzny św. Maksyma można stwierdzić, że Wcielenie Chrystusa ma moc objaśniania tajemnic Biblii, jak również przybliżyć nam i pomóc zrozumieć misterium stworzenia. Tego stopnia pojmowania dostąpi ten, kto zaznał misterium krzyża i grobu. Prawdziwy zamysł Boga w dziele Jego stworzenia i w biblijnym objawieniu zrozumie natomiast ten, kto wkroczył w mistyczną moc Zmartwychwstania.
Ściśle rzecz biorąc, całe doświadczenie objawienia i Wcielenia, uwypukliło pojęcie czasu historycznego oraz procesu zmian historycznych. Przed Biblią, Nowym Testamentem w szczególności, nie było tego samego poczucia czasu historycznego czy rozwoju w historii. Świat starożytny i świat grecki obawiały się tak pojmowanej historii. Obawiały się tego, co nowe i nieoczekiwane; przyjmowały przeszłość jako stały pewnik. To właśnie dlatego najważniejszym dla nich był wszechświat, trwałość piękna i doskonałość świata, który badali starożytni Grecy.
Wspaniała cywilizacja indyjska również wykazywała bardzo podobną postawę unikania rozwoju historycznego. Dla Gautamy Buddy cały proces stawania się jest czymś, od czego trzeba uciekać i to właśnie w ucieczce od niego można dostąpić nirwany. Nieważne czy nirwana jest bytem czy niebytem. Ważne jest to, że rozstrzygającym dla Buddy było porzucenie procesu historii, procesu stawania się.
Dla Biblii historia jest jednym z wielkich Bożych błogosławieństw. Jest rezultatem stworzenia i tym, co daje znaczenie życiu i dramatowi człowieka. Chociaż Stary i Nowy Testament dały impuls i wsparły ideę postępu i kreatywności człowieka, nie mogły i nie zatrzymały się w tym punkcie. Historia bez eschatologii byłaby jedynie pozbawionym znaczenia i zakończenia ciągiem następujących po sobie wydarzeń. Jej znaczenie i waga są niekwestionowane, ale nie zatrzymujemy się na samym pojęciu historii. Gdyby syn marnotrawny powrócił, a jego ojciec nie wyszedł mu na spotkanie, wówczas powrót ten okazałby się nadaremny.
Wcielenie Chrystusa w historii było jej potwierdzeniem. Jednakże wraz z nastaniem eschatycznej rzeczywistości Zmartwychwstania, zostaliśmy uwolnieni z więzów historycznego zapisu, który ciągle postępuje i ciągle się rozwija. Oto dlaczego z cytowanego już powyżej fragmentu pism, św. Maksyma dowiadujemy się, że to Zmartwychwstanie nadaje znaczenie stworzeniu i decyduje o znaczeniu samego Wcielenia.
Eschatologia w naszym codziennym życiu oznacza wiarę w zmartwychwstanie, wiarę w wieczność życia. Nie mam tu na myśli wiecznego życia duszy czy świata. W języku Ewangelii to coś więcej – to anakephaleosis, zjednoczenie wszystkiego w całej historii. Do takiego rozumienia eschatologii doprowadza nas Duch Święty, który zstępuje do Kościoła i jest obecny w naszym codziennym życiu.
DUCH ŚWIĘTY I ŚWIAT, KTÓRY MA NASTĄPIĆ
Wielcy malarze, poeci czy piłkarze rodzaju Maradony, wszyscy wielce utalentowani ludzie rozumieją zwykle, iż bez względu na to, jak bardzo rozwijaliby swe zdolności, to czego dokonują w danej chwili powodowane jest natchnieniem. Nie jest to bezpośredni rezultat jakiegoś szczególnego talentu czy daru, doskonalenia się czy też usilnych starań, które poczynili rozwijając swe zdolności. To, że prawdziwie wielkie osiągnięcia i wielkie dzieła powstają w rezultacie natchnienia jest powszechnym doświadczeniem człowieka.
Nie oznacza to jednak, że nie musimy przysposabiać, doskonalić i rozwijać naszych talentów. Natchnienie bowiem, które odnosi się do eschatonu, do końca czasów, to coś więcej. Tym „czymś więcej” w naszym codziennym życiu jest obecność Ducha Świętego.
Jeśli Duch Święty nie jest obecny kiedy celebrujemy Boską Liturgię, dokonujemy jedynie rytualnych czynności. Nawet wydarzenie tak ważne jak męczeństwo, weźmy na przykład męczeństwo św. Polikarpa ze Smyrny, nie odróżniałoby się znacząco od cierpienia i śmierci każdego innego człowieka, gdyby nie błogosławił go Duch Święty. W Braciach Karamazow F. Dostojewskiego, mnich Alosza mówi Dymitrowi (w rzeczy samej, grzesznikowi), że są do siebie bardzo podobni. Alosza jako mnich może być stopień czy dwa stopnie drabiny wyżej od Dymitra, ale to prawie to samo. Pomiędzy nimi pozostaje bardzo mała różnica.
Wierzę, że współczesna, pod wieloma względami cudowna cywilizacja europejska, która posunęła się tak daleko do przodu, w rzeczywistości nie odbiega daleko on naszego zapóźnionego życia na Bałkanach. Gdzie brakuje oleju miłosierdzia, gdzie nie ma soli wiary, gdzie odczuwa się brak charyzmatów i owoców Ducha Świętego, a cichy, łagodny powiew wiatru nie przynosi głosu, który słyszał Eliasz (por. 1 Krl 19,12), wszystkie nasze osiągnięcia są niczym. Podstawowe pragnienia i głód ludzkiej egzystencji pozostają nienasycone.
Nawet jeśli człowiek nie grzeszy i nie popada w zło, pozostaje więźniem istnienia, więźniem natury, a nawet – albowiem to również natura – więźniem całego wszechświata. Bez Ducha Świętego pozostałby w tym stanie na zawsze. Eschatologia wskazuje, że człowiek nie jest więźniem kręgu czasu czy następstw wydarzeń, bowiem Chrystus przyszedł spoza czasu, z eschatonu, aby przerwać te okowy czasu i historii. Duch Święty sprawia, że ciągle otwarte są wrota do świata, który ma nadejść – do raju.
Poprzez Wcielenie Chrystus przyniósł człowiekowi Królestwo Boże, a poprzez Swe Zmartwychwstanie wzniósł ludzkie ciało do wysokości tronu Bożego. To przedmiot historii, to wydarzenie historyczne i najwspanialsze potwierdzenie historii człowieczeństwa. Gdyby jednak Duch Święty nie był posłany jako drugi Pocieszyciel (gr. Allos Parakletos) po to, aby niebiosa pozostawały otwarte i oczekiwało na nas miejsce po prawicy Ojca, Wcielenie Logosu pozostałoby wydarzeniem uwięzionym w historii i w jej historycznych zapisach. Co najwyżej, mogłoby dojść do procesu, który czyniłby historię wieczną. Doznanie końca czasu dla prawosławnego chrześcijanina nie jest jednak doświadczeniem uwieczniania historii. Byłaby to bowiem jednorodna i jednostajna wieczność pozbawiona ducha.
Marksista, którego poznałem w Belgradzie i który nie stał się jeszcze chrześcijaninem, powiedział: „Mówisz mi o chrześcijańskim mistycyzmie, a kojarzy mi się to z kotem, który wyleguje się na słońcu i jest po prostu znudzony życiem”. W odpowiedzi stwierdziłem, że to, co rozumiał pod pojęciem chrześcijaństwa, nie miało z nim nic wspólnego. Chrześcijaństwo to radość spotkania i dobrego wyboru. To szczególne doznanie miłości – ile byś jej nie smakował, ciągle pozostawia cię z uczuciem niedosytu. Nigdy nie doznajesz przesytu, ale czujesz się tak, jak gdybyś chciał wyjść ponad swe fizyczne ograniczenia. Poprzez Swe eschatyczne działanie, Bóg udzielił nam Siebie po to, abyśmy nie byli w Nim pozbawieni wolności.
Doznanie prawdziwej miłości to przeżycie eschatyczne, to doświadczenie końca czasu. Jest nim również uczucie nadziei. To samo można powiedzieć o postawie oczekiwania. Wynika to z faktu, że człowiek nie jest tym, czym się jawi, ale tym, czym dopiero jeszcze będzie. W głębi swej natury człowiek jest stworzeniem eschatycznym. Jeśli nie zgadzamy się z tym, a jako wolne stworzenia możemy się z tym nie zgadzać, skazujemy człowieka na uwięzienie i żadnej ulgi nie przynosi fakt, że granice więzienia są rozległe, sięgają nawet galaktyk czy też wieczności. Miłość pragnie wolności człowieka, chce, aby był nieskrępowany, aby był stworzeniem eschatycznym zwróconym ku końcowi czasu.
F. Dostojewski i H. Marcuse ukazują dwa rodzaje uczucia rozczarowania ludzką miłością. Dostojewski mówi, że miłość do człowieka przeżywamy całą naszą istotą, ale jednocześnie ciągle odczuwamy, że nawet kochając go w ten sposób, jesteśmy niezdolni do osiągnięcia tego, co chcemy osiągnąć dopóki prawdziwie nie umiłujemy Boga. Miłość Boga otwiera eschatyczny wymiar miłości człowieka. To właśnie dlatego, dla Boga i człowieka, te dwie miłości symbolicznie tworzą krzyż. Te dwie miłości, ta do człowieka i ta do Boga, nie są jedynie etycznymi przykazaniami, ale stanowią ontyczne podstawy człowieka, a ponadto są również dla niego krzyżem. Po usunięciu czy to pionowej, czy też poziomej części krzyża pozostaje jedynie zwykła belka. Oddzielając miłość człowieka od miłości Boga, tracimy nieodzowny dla niej wymiar eschatyczny, podczas gdy miłość Boga jest doprawdy niemożliwa bez miłości człowieka.
Herbert Marcuse – niemiecki marksista, który żył w Ameryce i próbował połączyć idee Marksa i Freuda – w usta jednego ze swych bohaterów wkłada słowa modlitwy: „Boże, wybaw mnie ode mnie samego”. Z chwilą kiedy Chrystus stał się człowiekiem, Bóg w odwiecznym ruchu miłości wyszedł z Siebie. Bóg jest ekstatyczny – w języku greckim termin ekstatikos oznacza dosłownie „wychodzić z siebie”. Jak mówi Pseudo-Dionizy Areopagita, Bóg ekstatyczny wychodzi z siebie, aby wyjść na spotkanie wszystkim, którzy wychodzą z siebie po to, aby Go spotkać.
To właśnie dlatego twierdzę, iż miłość jest doznaniem eschatycznym, eschatycznym rodzajem życia. Jednakże mówiąc o miłości w tym właśnie znaczeniu, mam na myśli miłość ukrzyżowaną. Miłość doznawana eschatycznie w życiu codziennym chrześcijan oznacza krzyż.
Chrześcijanin powinien być niespokojnym duchem, duchem rewolucyjnym, człowiekiem żyjącym ustawicznie na krawędzi ryzyka, spontanicznie. To dlatego stwierdzam, że człowiek to nie tylko homo faber, człowiek twórca, czy też homo sapiens, człowiek rozumny, ale również homo ludens, człowiek bawiący się. Nie tyle homo religiosus, człowiek religijny, o którym mówi Eliade, co bawiący się homo ludens, istota, która jednocześnie daje miłość i poszukuje jej – człowiek wspólnoty. „Wspólnota” i „społeczeństwo” to w języku greckim słowa bardzo do siebie podobne. Człowiek wspólnoty powinien być zatem również istotą społeczną, która żyje w łączności z innymi.
W najbardziej dokładnym tego słowa znaczeniu, wspólnota zakłada istnienie co najmniej dwóch ciągle otwartych na siebie ludzi – nieustannie i bez końca. Jeżeli dopuszczamy, że wspólnota może dobiec końca i w konsekwencji utracić swą eschatyczną możność przetrwania do końca czasu, wówczas dochodzi do jej zdeprecjonowania, lub nawet całkowitego zniszczenia. Bóg w swej istocie jest wieczną wspólnotą. Trójca Święta oznacza jedną wspólnotę trzech miłujących się nawzajem Osób.
Stworzenie świata jest skierowanym do nas wezwaniem do wstąpienia do tej wspólnoty. Historia to ruch, droga wiodąca do tego właśnie celu. Gdybyśmy mieli eschatyczny przedsmak prawdziwego, miłującego nas Boga, moglibyśmy zachować go tylko pod warunkiem, że miłujemy również naszych bliźnich. Rozumielibyśmy wówczas, że wspólnota, czy też społeczność w tym znaczeniu „wspólnoty”, nie zaniknie. Spośród wszystkiego pod słońcem, jedynym co prawdziwie nowe jest ta właśnie wspólnota miłości, która przez to, że pochodzi z końca, z eschatonu i jest wspólnotą Bożą, jest również nieskończona.
Z tego faktu wspólnoty wyciągam paradoksalny wniosek, że jako prawosławni chrześcijanie w naszej relacji do świata znajdujemy się zawsze w tragicznym położeniu. Jest to równie prawdziwe dla naszej współczesnej sytuacji, jak i w przypadku czasów minionych. Nasza historia, nawet kiedy jest pomyślna, zawsze jest historią ukrzyżowaną w tym świecie. Chrześcijańskie pojęcie historii ukrzyżowanej, czy też tragedii nie jest jednak takie same, jak to charakterystyczne dla starożytnej Grecji. Tragedia jest tym, co pomaga ludziom wyjść z siebie. Bóg wkroczył w tą tragedię, został ukrzyżowany i w ten sposób naprawdę z niej wyszliśmy. Tragedia krzyża stała się zmartwychwstaniem, które nie tylko obala rzeczywistość krzyża, ale też nie dopuszcza do ubóstwienia ukrzyżowania samego w sobie. Nie może do tego dojść, gdyż nie jest ono końcem, a jedynie bramą do zmartwychwstania, które – mimo to, że historia musi biec dalej swym naturalnym torem – jawi się jako urzeczywistniony w historii koniec.
Wiedza ta jest wiedzą daną nam przez Ducha Świętego. To właśnie dlatego w tak wczesnym tekście literatury patrystycznej jakim jest Didache (Nauka dwunastu Apostołów) zachowało się świadectwo, że chrześcijanie wzywali: „Niech przyjdzie Duch Święty, a ten świat przeminie”. Nie oznacza to, że byli przeciwko światu. Raczej nie byli przygotowani do tego, aby dać się pochłonąć przez świat, nawet jeśli był to świat stworzony przez Boga. „Jestem zraniony przez twą miłość”, mówi umiłowany w Pieśni nad Pieśniami, a zraniony przez miłość pozbawiony jest pocieszenia. Ten brak pocieszenia okazuje się jednak błogosławieństwem.
Pozwolę sobie ukazać to za pomocą przykładu. Gdy dorastałem w czasach komunizmu, komuniści mówili nam o tworzonym przez nich cudownym świecie – to miało być Królestwo Boże na ziemi. Niepokoiły nas te roztaczane przed nami wizje i obietnice, ale na szczęście to samo spotkało o wiele wcześniej Dostojewskiego. Pierwszą ofiarą komunizmu był w rzeczywistości pierwszy człowiek, Adam. Dlaczego Adam dał się zwieść, gdy Szatan szeptał mu do ucha, że może stać się równym Bogu? Dlatego, że człowiek został stworzony po to, aby w pewnym sensie być równym Bogu. Kłamstwa diabła i kłamstwa komunizmu były przekonywujące, ponieważ uderzały we właściwą, zgodną z prawdą, strunę ludzkiej istoty. Sposobem tym posługują się ci, którzy próbują napełnić ludzi tym, co zepsute.
To dlatego św. Jan Damasceński stwierdził, że Adam zgrzeszył przez to, że zmierzał ku Bogu w niewłaściwy sposób. Moje osobiste doświadczenie serbskiego prawosławnego chrześcijanina podpowiada mi, że diabeł jest wielce mocarnym pośrednikiem z dynamiczną zdolnością przyciągania ludzi. Wszystko to jednak traci znaczenie w porównaniu z wizją spotkania Boga, który wychodzi nam na spotkanie. Kiedy doświadczyłem tego w potoku gorzkich łez wylewanych za me grzechy – a doprawdy było to doświadczenie niezadowolenia nawet z własnego sukcesu – zrozumiałem, że diabeł jest w rzeczywistości bardzo słaby, a człowiek jest silniejszy zarówno od diabła, jak i od archanioła. A ponieważ chrześcijanie żyli w okowach reżimu, który narzucał się im nie tylko siłą, ale też poprzez bardzo atrakcyjną ideologię, zrozumiałem wtedy, dlaczego diabeł tak agresywnie ingeruje w nasze życie. Jest napastliwy, bo nie ma żadnej pewności czy zdoła pokonać człowieka.
Bóg z kolei nie jest wobec nas napastliwy. Zdarza się, że nawet się wycofuje, ponieważ jest tak pewien tego, iż człowiek jest skierowany ku Niemu. Miłość, podobnie jak prawda czy rzeczy ostatnie (gr. eschata), nie jest napastliwa. Z chwilą gdy uznajemy te realia, zaczynany żyć w niezachwianym przeświadczeniu, że nasze codzienne życie jest wieczne. Nie chcemy utracić tej pewności danej nam przez kotwicę wiary, którą, jak mówi św. Paweł, zapuściliśmy w trzecim niebie. W rzeczywistości jednak jesteśmy dręczeni nie tylko jako odrębne jednostki, ani też jako narody – Grecy, Serbowie czy Rosjanie – ale doświadczamy męczarni poprzez poszukiwania kotwicy historycznej pewności sukcesu i skuteczności.
ŻYJĄC W CZASIE ESCHATYCZNYM
W ostateczności pojmujemy, że Bóg okazuje nam Swą miłość przez to, że nie osiągamy sukcesu i nie pozwala nam na to, abyśmy byli z siebie zadowoleni. Miłość Boga pragnie abyśmy byli wolni od wszelkich idoli – fałszywych bogów. Nawet Bóg może być naszym idolem, a najgorszym ze wszystkich fałszywych bogów jesteśmy my sami. W czytanym na początku Wielkiego Postu Wielkim Kanonie, św. Andrzej z Krety wyznał: „Stałem się idolem dla samego siebie”. Św. Jan kończy swój list przestrogą: „Dzieci, strzeżcie się fałszywych bogów” (1 J 5,21).
Prawosławne eschatyczne podejście do życia, które jest liturgiczne i ascetyczne zarazem, to postawa prowadzącej do zmartwychwstania ukrzyżowanej miłości. Zmartwychwstanie nie nastąpi, jeśli nie przejdziemy przez doświadczenie ukrzyżowania. To właśnie dlatego eschata w naszym codziennym życiu nie jawi się jako odczucie szczęścia, wynoszone z cerkiewnego nabożeństwa poczucie zadowolenia i bezpieczeństwa. W rzeczywistości religia sama w sobie jest zjawiskiem niebezpiecznym. Może być usprawiedliwieniem złego postępku, alibi dla braku wiary, namiastką ukrzyżowanej miłości. Wszystko to dlatego, że człowiek może wrócić do ukrytych w nim przepastnych głębi i z tej perspektywy spoglądać na siebie jako ostateczny koniec i cel swego życia. Czyniąc to utraci rzeczywistość miłującego i cierpiącego Boga.
W naszym codziennym życiu możemy zapomnieć o Chrystusie. Możemy również zastąpić Boga wielką liczbą „bogów”. Naszym eschatycznym doświadczeniem jest jednak właściwy czyn ewangelicznej Marii, która wybrała to jedno, czego potrzeba (cs. jedinoje na potrebu). Doświadczyć Chrystusa – to pójść za Nim, tak jak uczynili to męczennicy opisani w księdze Apokalipsy. Nie oznacza to, że mamy się cofnąć i stać się biernymi wobec historii. To nie gnuśność, lecz oczekiwanie nieustającej krucjaty – nie w sile, lecz z daną nam przez Boga słabością.
W całej naszej słabości powinniśmy pamiętać o tym, że Duch Święty jest z nami i woła w nas „Abba, Ojcze”. Z perspektywy tej naszej zarówno epikletycznej, jak również liturgicznej i ascetycznym postawy, nie ma wielkiej różnicy pomiędzy świętymi, a grzesznikami; pomiędzy cnotliwymi, a upadłymi; tymi wyżej na drabinie, a tymi poniżej. Na czym polegała odmienność ukrzyżowanych wraz z Chrystusem złoczyńców? Podczas gdy obydwaj zgrzeszyli i obydwaj stanęli w obliczu zbliżającego się końca, tylko jeden z nich postrzegał to jako doświadczenie osobiste i zbawienne. W prawdziwym momencie pokajania – eschatycznej epiklezy (gr. epiklesis) – zawołał: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do Królestwa Twego” (Łk 23,42).
Tutaj właśnie napotykamy coś pośredniego pomiędzy anamnezą (gr. anamnesis), uobecniającym wspomnieniem i epiklezą (gr. epiclesis). Stanowi to przykład biblijnej dialektyki pomiędzy historią i eschatologią. Nie jest to jednak dialektyka dla samej dialektyki – nie jest to dialektyka ze względu na ewolucję, czy też jakieś rewolucyjne zmiany – lecz dialektyka ukrzyżowania i zmartwychwstania, dialektyka miłości i wiary.
Na zakończenie chciałbym przytoczyć myśl św. Marka Ascety, którą można podsumować w sposób następujący: perspektywa eschatyczna jest ciągłym światłem dla naszego życia. Bóg nie pośle nas do piekła za to, że jesteśmy grzesznikami i dopuściliśmy się grzesznych postępków, ani też nie skieruje nas do raju z powodu dobrych uczynków, albowiem zdecyduje o tym nasza wypływająca z miłości wiara. Będzie nas sądził, czy też raczej my sami będziemy się sądzić, według naszej odpowiedzi na miłość: miłość, która wychodzi nam na spotkanie, jaśnieje i przebija się do nas z końca, którym jest sam Bóg.
Taka postawa, taka otwarta reakcja na miłość, może być opisana jako obecna w naszym codziennym życiu eschatologia. Trudno nam postępować w taki właśnie sposób. Wielokrotnie, nawet jako chrześcijanie, dajemy pierwszeństwo pewności, kontroli i bezpieczeństwu, które dla eschatycznej obecności są złudzeniem i barierą. „Kiedy brakuje ci pewności, kiedy nie możesz się dowiedzieć czy też znaleźć pewnego oparcia, wtedy paradoksalnie jesteś naprawdę bardziej pewien, ponieważ jedynie Bóg jest twoją ostoją i twą mocą” – powiedział św. Jan Chryzostom, jeden z największych Ojców Kościoła. Nie jest to postawa beznadziejności, ani też lęku. Więcej tu podobieństwa do otwartości, którą dziecko okazuje innemu dziecku, albo swym rodzicom wiedząc, że jest kochane ponieważ również kocha.
Dla wielu dzieci ta miłość jest oczywiście tym, co je wypełnia. Daje im słodycz i radość. Kiedy dzieci dorosną, miłość ta niechybnie natknie się na doświadczenie krzyża. Jeśli są wierne swej miłości i po tym okrutnym doświadczeniu krzyża przejdą do radości zmartwychwstania, powrócą do dziecięcej otwartości. Będą żyć w czasie eschatycznym.
Odsłon: 310 Komentarzy: 10
Sunday,21 August 2011,17:18
Kategoria: Islam Sunday, 21 August 2011, 17:18
Przeczytałem „Światłość świata”, wywiad – rzekę z Benedyktem XVI. Na okładce umieszczono napis „sensacyjny wywiad z papieżem”. Uważam to za kiepski chwyt marketingowy, sensacji tam żadnych nie znalazłem a wręcz zrozumiałem o co mogło chodzić Jerzemu Nowosielskiemu, który po przeczytaniu którejś z książek J. Ratzingera i zapytany jak mu się podobała odpowiedział, że owszem, podobała mu się ale…za bardzo mu się wszystko zgadza . Akurat jeśli chodzi o papieża to może i dobrze :) No ale to tak na marginesie.
To, co od dłuższego czasu chodzi mi po głowie zostało jeszcze spotęgowane po przeczytaniu tej książki. Jakiś czas temu na frondowym blogowisku wywiązała się ciekawa dyskusja na temat dialogu międzyreligijnego (pod wpisem SzEmiego). Wraz z kilkoma uczestnikami dyskusji zastanawiałem się czy chrześcijanin może uznać islam za religię. Nie chodzi o to, czy islam jest w jakimś stopniu religią prawdziwą (bądź zawiera jakieś elementy prawdy) ale o to, czy my jako chrześcijanie, możemy w ogóle traktować islam jako religię a nie tylko twór kulturowy.
Problemu tego nie ma zdystansowany od wszelkich religii badacz różnych religii. Dla niego każda religia jest równoważna tzn. każda zawiera jakąś koncepcję Boga (bóstwa), świata, jego początku i końca, jakąś koncepcję człowieka, moralności i eschatologii. Jeśli jest niewierzący to każda religia jest tylko jakimś tworem kulturowym, który można badać i zestawiać z innymi religiami.
Chrześcijanin natomiast musi uznać, że w Chrystusie dokonało się ostateczne (oczywiście pozostaje jeszcze eschatologiczne objawienie się Boga na końcu czasów) objawienie się Boga na ziemi. Jak możemy uznać, że kilkaset lat później Bóg postanowił objawić się prorokowi Mahometowi? Po co? Czy rzekome objawienie się Boga Mahometowi dodało coś, wzbogaciło objawienie dane nam w Chrystusie? Inaczej sprawa ma się z religiami starszymi od chrześcijaństwa.
Wracając do „Światłości świata”. Czytam:
„Podczas mojej wizyty w Turcji mogłem pokazać, że czuję szacunek do islamu, ze uznaję go za wielka religijną rzeczywistość, z którą musimy pozostać w dialogu”.
Wielka religijna rzeczywistość? Dialog? Przyznam, że czegoś tu nie rozumiem. Może błąd w tłumaczeniu?
Zaglądam też w krótka kronikę pontyfikatu zamieszczoną na końcu książki. Czytam miedzy innymi:
„29 listopada 2006 – wizyta w meczecie Sułtana Ahmeda w Stambule – druga w historii wizyta papieża w świątyni muzułmańskiej.”
„6 listopada 2007 –spotkanie z królem Arabii Saudyjskiej Abdullahem Al Saudem, strażnikiem świętych miejsc islamu. To pierwsza audiencja saudyjskiego monarchy u głowy Kościoła katolickiego”.
„16 kwietnia 2008 – spotkanie z delegacją szyickich muzułmanów z Iranu. Stolica Apostolska i irańscy teolodzy zgodzili się już wcześniej co do wspólnej deklaracji na temat: „Wiara i rozum w chrześcijaństwie i w islamie”.
„6 listopada 2008 – spotkanie z uczestnikami pierwszej debaty katolicko-muzułmańskiej, której celem jest likwidacja napięć istniejących pomiędzy dwoma religiami.”
Wizyta w meczecie? Spotkanie z królem Arabii saudyjskiej w kontekście prześladowań chrześcijan w tym kraju? Rozum w islamie? Likwidacja napięć?
Przyznam, że nie rozumiem i pytam jeszcze raz: jak chrześcijanin może traktować islam jako religię? Co Wy na to?
No i jeszcze nie rozumiem jak jakakolwiek religia może dopuszczać kłamstwo (takija)? Wiadomo kto jest ojcem kłamstwa…nic nie sugeruję. Po prostu pytam.
Oglądałem też jakiś czas temu ciekawy film na temat prawdziwego oblicza islamu pt. „O czym zachód powinien wiedzieć”. Wyszukajcie sobie na Youtube. Polecam.
Odsłon: 1606 Komentarzy: 102
Sunday, 05 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
Friday, 16 March 2012
Friday, 03 February 2012
Sunday, 22 April 2012
