
Friday,18 May 2012,16:45
Kategoria: Aborcja Friday, 18 May 2012, 16:45
Link do czesci poprzedniej:
http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/autorytety_w_sluzbie_powszechnego_oglupienia._36065
Do wpisu znowu zainspirowala mnie moja nieoceniona dyskutantka (wspomniana w czesci poprzedniej), ktora dzis popelnila cos, co moglbym nazwac ¨aksjomatem glupoty¨. I tak, jak twierdzenia ¨mysle wiec jestem¨ nie trzeba udowadniac, gdyz zawiera dowod samo w sobie, tak jej dzisiejsze twierdzenie ¨Tabletki antykoncepcyjne nie wpływają na płodność¨ zawiera samo w sobie dowod na glupote wypowiadajacego te slowa. Proponuje uznac, ze tabletki antykoncepcyjne wogole nie maja nic wspolnego z plodnoscia a sa zazywane jako suplement diety wzbogacajacy ja o egzogenne hormony plciowe natomiast etymologia slowa ¨antykoncepcja: ¨(anty- + łac. conceptio "poczęcie") to jakies nieporozumienie:) (to taki zart oczywiscie, gdyby moja dyskutankta probowala wziac to na powaznie). Obrazu tragedii dopelnia jej kolejne zdanie wypowiedziane niespelna dwie godziny po cytowanym powyzej: ¨¨Jeżeli stosuję antykoncepcję to znaczy, że na ten moment w życiu chcę płodność zablokować¨.
Jaki ma sens dyskutowanie z kretynem(ka) - wszak mysle, ze wobec przytoczonych powyzej sformuowan moge pelnoprawnie uzyc tego terminu okreslajacego pewien stan umyslu czlowieka (za slownikem jezyka polskiego: ¨człowiek ograniczony, tępy¨)? Ano mozna dowiedziec sie, na jakich autorytetach ow czlowiek bazuje a po zebraniu wiekszej ilosci prob pokusic sie o korelacje obserwowanych symptomow kretynizmu z cytowaniem konkretnego autorytetu. I jak zwykle, moja dyskutantka mnie nie zawiodla i przytoczyla kilkoro. Ponownie wiec przyjrzyjmy sie, co madrego w kwestii rzekomej nauki maja nam do powiedzenia ¨autorytety¨:
I tak, magazyn ¨Wprost¨ w artykule ¨Sumienie farmaceuty¨
http://www.wprost.pl/ar/234385/Sumienie-farmaceuty/?O=234385&pg=2
przytacza na cytaty m.in. Prof. Marka Wichrowskiego, kierownika Zakładu Bioetyki z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, apropos poczatkow czlowieka:
– To jest kilka komórek! Ze względów, które jest bardzo trudno zrozumieć, w Kościele nastąpiła eskalacja obłędu w związku z początkiem życia. Powstanie zygoty to nie jest początek człowieka. Ponad 50 proc. kobiet zachodzi potencjalnie w ciążę – nie następuje implantacja w ściance macicy, a 14.-15. dnia organizm odrzuca tę potencjalną ciążę. Nie potrafimy obliczyć nawet, ile takich potencjalnych osób „umiera". Jak Kościół radzi sobie z tymi duszami? – pyta retorycznie. – W tym przypadku nie pojawia się życie, nie ma cierpienia. Kościół przyjmuje, że życie ludzkie zaczyna się już w wyniku połączenia dwóch komórek.
I tak, (zeby nie powtarzac argumentow z poprzedniej czesci wpisu obajacych jego bredzenie o tym, kiedy zaczyna sie czlowiek wg. nauki a nie takiego czy innego Kosciola) uracze pana profesora kilkoma argumentami natury stricte logicznej. I tak, skoro pan profesor przyznaje, ze ¨to jedynie kilka komorek¨ to bez watpienia zalozyl, ze nie mowi o komorkach matki ani ojca ale o komorkach przynalezacych wlasnie do kogos, kto jest przedmiotem (uzyje jego sformulowania) ¨potencjalnej ciazy¨. I dalej, jesli mamy komorki, ktorych przynaleznosc do kogos (zapewne pan profesor wolalby stwierdzenie ¨czegos¨, co i tak nie zmieni logiki wywodu) mozemy okreslic, to z logiki wynika, ze ten ktos/cos musi byc faktem a nie ¨potencjalnym faktem¨ - wszak nie mozna okreslic przynaleznosci czegos do kogos, kto nie istnieje. Pozostaje wiec pytanie, do kogo pan profesor przypisuje przynaleznosc owych ¨paru komorek¨, tak, aby przypadkiem nie zaprzeczyl samemu sobie? Jesli pan profesor bedzie chcial sie tu wyłgac i twierdzic, ze to jednak komorki matki (bo chyba nie bedzie probowal umieszczac komorek ojca w organizmie matki) to poprosze go o NAUKOWE ustalenie, czyj genotyp owe komorki posiadaja i czyj program rozwoju realizuja (przeciez czyjs musza, skoro aktywnie sie dziela na blastomery). A gdyby pan profesor posunal sie do kolejnego łgarstwa i chcial argumentowac, ze owe komorki moga realizowac ¨niczyj¨ program rozwoju na tej samej zasadzie, jak nowotwory a przeciez rozbieznosc w sekwencji DNA matki i jej komorek jest markerem nowotworu, to poprosze pana profesora o zastanowienie sie, czy istneje jakikolwiek nowotwor, ktory w swoim programie rozwoju (jesli mu w nim nie przeszkadzac i zapewnic warunki rozwoju) doprowadzi do odtworzenia kompletnej i funkcjonalnej postaci doroslej osobnika swojego gatunku.
Wobec powyzszego okazuje sie, ze pan profesor bioetyk ze swoja argumentacja kompletnie lezy nie tylko na plaszczyznie logiki, ale rowniez na poziomie zalozen do swojej argumentacji, gdzie ewidentnie nie odrobil ¨lekcji¨.
I tak, wezmy jego zdanie: ¨Ponad 50 proc. kobiet zachodzi potencjalnie w ciążę – nie następuje implantacja w ściance macicy, a 14.-15. dnia organizm odrzuca tę potencjalną ciążę. Nie potrafimy obliczyć nawet, ile takich potencjalnych osób „umiera" Prosze, oto przyklady jak obliczamy, ile ¨potencjalnych osob¨ umiera: N Engl J Med 1988; 319:189-194 oraz Am J Reprod Immunol 1997 May;37(5):359-64. Nawiasem mowiac, gdyby odrobil lekcje to wiedzialby, ze jego 50% to kolejna bzdura. Zachecam pana profesora do lektury :)
Kolejny blad w zalozeniach tyczy sie terminu ¨potencjalna osoba¨, ktorego pan profesor najwyrazniej uzywa sobie beztrosko jako synonimu ludzkiego zycia/czlowieka. Poprosilbym wiec o kwantyfikator (kryterium), kiedy stajemy sie ¨czlowiekiem¨ a do ktorego punktu jestesmy jeszcze ¨potencjalnym czlowiekiem¨. Wazne jest, aby byl to kwantyfikator spojny i ze wszechmiar logiczny, bo mam nadzieje ze jako bioetyk pan profesor popiera zasade uniwersalizmu w wyznacznaniu praw pochodnych od faktu bycia czlowiekiem a prawa do zycia w szczegolnosci. Uprzedzajac ewentualne ¨strzaly¨ pana profesora chcialbym go poinformowac, ze takie np. istnienie mozgu czy ukladu nerwowego nie spelnia zasady uniwersalnego kwantyfikatora, gdyz posiadaja (uklad nerwowy uwienczony wyksztalceniem mozgu) zwierzeta zgrupowane w kilkunastu taksonach i bynajmniej nie czyni to z nich ludzi. Natomiast jesli chcialby pan profesor przyjac tutaj funkcjonalnosc mozgu (np. wyksztalcenie swiadomosci) to dobrze, aby zdawal sobie pan profesor sprawe z faktu, ze mozg ludzkiego noworodka jest o wiele mniej funkcjonalny niz takiego np. jednodniowego konia. I tak, kon juz na tym etapie potrafi chocby okreslac polozenie swojego ciala w przestrzeni, koordynowac ruchy wszystkich konczyn a przede wszystkim wie, gdzie konczy sie jego cialo a zaczyna srodowisko zewnetrzne. Tymczasem ludzki noworodek nie rozpoznaje nawet wlasnego dotyku wiec o jakiejkolwiek swiadomosci mowic nie mozna, tak samo jak o pamieci deklaratywnej, ktora jest warunkiem koniecznym istnienia swiadomosci (wiecej do poczytania tu: Pediatr Res. 2009; 65: 255-260, Cogn Process. 2010; 11: 9-20). Jesli wiec dostaniamy od pana profesora jakies spojne i logiczne kryterium pozwalajace na uznanie bytu za czlowieka, bede zobowiazany. Jesli zas pan profesor dojdzie do wniosku, ze wyznaczenie takiego kryterium jest niemozliwe to uprzejmie prosze w takim wypadku o porzucenie narracji ¨potencjalny czlowiek ¨ kontra ¨czlowiek¨ gdyz brak istnienia kryterium rozrozniajacego dwa stany wyklucza zdefiniowanie owych dwoch stanow jako rozniacych sie czyli panski zwrot ¨potencjalny czlowiek¨ to jakas fikcja i/lub jedynie chwyt semantyczny dobry dla logicznych i naukowych ignorantow.
I na koniec, jesli pan profesor uswiadomi sobie wszyskie powyzsze kwestie, prosze o zastanowienie sie, na ile tak wysmiewane przez Pana stanowisko Kosciola w sprawie poczatku zycia czlowieka jest stanowiskiem logicznym a na ile panskie teorie maja charakter jakiegos ¨obledu¨ (to panskie slowo) ideologicznego.
I jeszcze jeden ¨autorytet¨, Dr Grzegorz Południewski, ginekolog i prezes Towarzystwa Rozwoju Rodziny. Oto fragment jego wypowiedzi w kontekscie dialogu wierzacy / niewierzacy farmaceuta a klauzula sumienia:
¨Grzegorz Południewski, ginekolog i prezes Towarzystwa Rozwoju Rodziny, jest wyraźnie zirytowany pomysłem klauzuli sumienia dla aptekarzy¨.
– Farmaceuci katoliccy zapomnieli, że ich uczestnictwo w procesie leczenia jest związane z dystrybucją leków. Nie wyobrażam sobie, żeby farmaceuta ingerował w to, co ja przepisuję pacjentce. Odpowiedzialność za leczenie ponosi lekarz, nie farmaceuta.
Marta uważa, że jakąś odpowiedzialność jednak ma:
– Jako farmaceuta przy okienku jestem po to, żeby podtrzymać organizm przy zdrowiu i życiu. Nie jestem po to, żeby wydawać środek „po stosunku", bo to nie jest lekarstwo.
Dr Południewski dziwi się, skąd wzięła taką definicję zdrowia.
– Według Światowej Organizacji Zdrowia zdrowie to komfort psychiczny, społeczny i fizyczny. W takim układzie osoba, która nie chce być w ciąży, zabiega o swoje zdrowie, bo wiąże się to z komfortem psychicznym.
Skupiajac sie na wytluszczonym powyzej fragmencie, gdzie pan doktor dziwi sie definicji zdrowia podanej przez farmacetke, pragne panu doktorowi pokazac bezsens jego (cytowanej za ponoc WHO) definicji zdrowia. Wedlug tejze wszystkie nowotwory w swoim pierwszym bezobjawowym stadium nie sa choroba gdyz w niczym nie burza poczucia komfortu (wszak czlowiek o nich nie wie). Poprosze wiec pana Dr Poludniewskiego, aby zarowno oswiecil WHO, ze ich definicja nie przystaje do realiow oraz aby zaczal myslec samodzielnie (bynajmiej tytul doktora do tego zobowiazuje) -wowczas nie bedzie sie musial dziwic ale byc moze bedzie ogarnial istote rzeczy.
Odsłon: 96 Komentarzy: 2
Monday,14 May 2012,18:15
Kategoria: Aborcja Monday, 14 May 2012, 18:15
Witam. Tym razem bedzie o autorytetach albo jak kto woli, o argumentacji ¨ad verecundiam¨, jaka posluguja sie dyletanci z buziami pelnymi frazesow na temat nauki. Najpierw, tytulem prologu pewien problem natury filozoficznej, mianowicie kto jest bardziej niebezpieczny dla otoczenia: ¨autorytet¨, ktory swoimi tytulami naukowymi uwiarygadnia absurdy czy (parafrazujac Lenina) ¨pozyteczny idiota¨, ktory wnioskuje od takowego ¨autorytetu¨ bez jakiejkolwiek mozliwosci weryfikacji tezy. Zastanawiajac sie nad ta kwestia uznalem, ze wiekszym szkodnikiem jest ¨autorytet¨ gdyz bez niego zaden fanatyczny dyletant sie nie ostoi. Jesli mozna wiec zrobic cokolwiek w dobrej sprawie, to nie przekonywac dyletanta naukowymi argumentami (przeciez i tak ich nie zrozumie wiec tak samo jak dyskusja ze slepym o kolorach, argumentacja ad rem w tym przypadku nie ma sensu) ale zbic z pantalyku jego autorytet a cala sprawe upublicznic.
Co sklonilo mnie do ninjeszego wpisu? Ano dyskusja, jaka pare dni temu odbylem na Frondzie z pewna dama, ktora raczyla forsowac teze, iz ludzkie zycie zaczyna sie od etapu implantacji, powolujac sie na pewien ¨autorytet¨ a pozniej, po modyfikacji bronionej tezy, nawet kilka ¨autorytetow¨. Nie bede znecac sie nad mloda kobieta i nie podaje linka (zainteresowani tematyka sadze, ze i tak sledzili dyskusje) ale warto zacytowac jej twierdzenia zebrane w przeciagu zaledwie jednego dnia. I tak:
1) ¨nie życie zaczyna się w momencie implantacji, ale ciąża¨
2) ¨zaplodnienie jest pierwszym etapem ciazy¨
3) ¨ zapłodnienie jest jedynie pierwszym etapem życia, co wcale nie gwarantuje powstania ciąży¨
a nastepnie cytat, rzekomo na poparcie swoich tez, niejakiego pana Dr. Cholewy, ginekologa z Zabrza (ze strony www. jego gabinetu):
4) ¨ Zapłodniona komórka (zygota) to jeszcze nie początek nowego życia.¨
Srednio inteligentny czlowiek zauwazy, ze wymienione wyzej zdania stoja ze soba w sprzecznosci a jesli sa wypowiedziane przez jedna i ta sama osobe w ciagu jednego dnia, moga jedynie swiadczyc o ograniczonych zasobach intelektualnych wypowiadajacego sie. Warto jednak zadac pytanie, skad bierze sie taka degrengolada w umyslach mlodych ludzi? Przeciez sami nie wymyslaja takich bredni ale biora je od roznej masci autorytetow, ktore wybieraja sobie dowolnie, tak, aby pasowaly do ich swiatopogladu (jak widac powyzej, mozna czasem przedobrzyc, szczegolnie kiedy nie ogarnia sie wlasnych wypowiedzi). Jak wiec wspomnialem na wstepie, zbierzmy wypowiedzi owych autorytetow cytowanych przez wspomniana dyskutantke ¨do kupy¨ i przepuscmy przez sito krytyki. Na poczatek pan Dr. Cholewa z Zabrza. Aby nie byc posadzony o wyciaganie zdan z kontekstu, zacytuje caly akapit i podam link http://ginekolog.med.pl/Zaplodnienie.html:
"Zapłodniona komórka (zygota) to jeszcze nie początek nowego życia. Teraz przez parę dni wędruje przez jajowód, nieustannie dzieląc się, przy czym jednocześnie nie zwiększa swojego rozmiaru. To etap bruzdkowania, którego efektem jest wielokomórkowy zarodek. Przesuwany jest ruchami rzęsek pokrywających nabłonek jajowodów i skurczami mięśniówki jajowodów. Wydzielina produkowana przez nabłonek ułatwia poślizg komórki. W ostatnim stadium bruzdkowania powstaje blastocysta, czyli jajo płodowe - pęcherzyk składający się z dwóch warstw. Trofoblast pełni funkcje ochronne i odżywcze, z embrioblastu powstaje ciało zarodka. Przez kilka dni pobytu w macicy zarodek odżywia się tzw. mleczkiem macicznym - substancją wydzielaną przez śluzówkę. Jednocześnie enzymy wydzielane przez jajo powodują nadtrawienie błony śluzowej macicy. Zarodek zagnieżdża się w wytrawionym zagłębieniu, endometrium je obrasta. Proces ten zwany implantacją lub zagnieżdżeniem rozpoczyna się mniej więcej po 6 dniach od owulacji, ale w zależności od tego, jak długo zarodek znajdował się w jajowodach, rozpocząć się może od 4 do nawet 12 dni od jajeczkowania. Jajo płodowe usadawia się zazwyczaj w ścianie macicy niedaleko od ujścia jajowodów.¨
Najwyrazniej dyskutantka nie doczytala wczesniejszego akapitu z tej samej strony pana Doktora, gdzie (z niemalym zdziwieniem) znalalem zdanie:
¨Na cykl menstruacyjny składa się kilka faz - aby mogło powstać nowe życie, czyli dojść do zapłodnienia, każda z nich musi przebiegać bez zarzutu¨
Wobec powyzszego ciezko mi pojac intencje pana dr. Cholewy, skoro w swoim tekscie przeczy sam sobie, pomimo zawarcia szczegolowego opisu ciazy i zaplodnienia. Faktem jest zas, ze sytuacje wykorzystuja ¨ideologiczni¨ dyletanci i cytuja pana doktora w najlepsze. Jesli jednak ktos wzial sobie do serca pierwsze z wytluszczonych zdan autorstwa dr. Cholewy to wypada zapytac, czym wg. niego jest zygota i czyje komorki powstaja z jej ¨nieustannego dzielenia sie w czasie wedrowki przez jajowod¨? Czy sa to komorki matki? A moze komorki ojca? A czy nie przypadkiem toti - i pluripotencjalne komorki nowego czlowieka (lub ludzi, jesli dojdzie np. do ciazy monozygotycznej w wyniku podzialu blastuli), z ktorych wyroznicuja sie jego przyszle narzady i tkanki? Czy moze ktos uwaza podzialy zygoty (przekazujace i utrwalajace unikatowy genom konkretnego potomka/ow) za element cyklu zyciowego ktoregos z rodzicow lub chcialby zakwalifikowac je jako element fizjologicznych zmian ktoregos z narzadow/organow matki? Mam nadzieje, ze absurdalnosc wykluczenia zygoty i blastuli ze stadiow rozwojowych nowego czlowieka widac juz dostatecznie wyraznie ale gdyby ktos nie czul sie przekonany, to warto wrocic do teorii samorodztwa, ktora zostala obalona jakies dobre 150 lat temu. I tak, wiemy ze zycie danego osobnika czy komorki nie powstaje samoistnie ale z innej zywej komorki, zgodnie z cyklem zyciowym danego gatunku. Sa to absolutne podstawy wszelkich nauk biologicznych i mam prawo wymagac, aby osoba twierdzaca, ze ma o nich pojecie, znala zarowno podstawy oraz wszelkie ich implikacje. Skoro mamy wiec ciaglosc zycia a zywa komorka powstaje tylko i wylacznie z innej zywej komorki to problem zdefiniowania poczatku nowego osobnika sprowadza sie do okreslenia roznic miedzy komorkami rodzicow (w przypadku gatunkow rozmnazajacych sie plciowo) oraz komorek potomstwa. I tak, od ponad 50 lat (za przyczyna m.in. panow Watsona i Cricka) wiemy, ze materialem genetycznym czlowieka jest DNA i tenze material genetyczny wyznacza tozsamosc danej komorki (te doktryne przyjela np. medycyna sadowa). Innymi slowy, sekwencja DNA, wraz z czynnikami regulujacymi jej ekspresje, wyznacza zarowno program rozwoju danej komorki oraz przynaleznosc osobnicza i nie da sie naukowo dowodzic w XXI wieku, iz komorka zawierajaca genom potomstwa (dobrany dzieki losowej segregacji chormosomow w komorkach generatywnych obojga rodzicow, poprzedzonej rekombinacja homologiczna) jest dalej komorka matki lub ojca i realizuje program rozwoju osobnika rodzicielskiego. W sukurs przychodzi tez zwykla logika, ktora mowi, iz jesli czlowiek posiada w swoim cyklu zyciowym stadia rozwojowe, to kazde stadium musi wywodzic sie ze stadium poprzedniego a to, ktore nie ma swojego poprzedniego stadium musi byc tym pierwszym i zarazem poczatkiem zycia danego osobnika. Oczywiscie znajda sie ¨logicy¨, ktorzy beda chcieli uznac oocyt i plemnik z osobna na stadia zyciowe (z ktorych przeciez per se zaden osobnik nie powstanie) i w ten sposob rozmyc granice zycia osobniczego. O tym podejsciu i jego absurdach chetnie podyskutuje, ale wracajac do kwestionowanego zdania dr. Cholewy, jaki sens ma przenoszenie granicy zycia ze stadum zaplodnienia do jakiegos stadium pozniejszego? Nie wierze, iz ludzie nie zdaja sobie sprawy z istnienia stadium rozwojowego poprzedzajacego np. blastocyste (tu moja dyskutantka chciala widziec poczatek zycia) - tego ucza w szkolach a juz z pewnoscia na pierwszym roku studiow medycznych na przedmiocie ¨embriologia¨. Czy jako argument za przesunieciem poczatku zycia stawiamy warunkowosc rozwoju, czyli ze np. bez implantacji w endometrium macicy nie rozwinie sie czlowiek dorosly? Oczywiscie to prawda, ale pragne zauwazyc, ze takich warunkow koniecznych w rozwoju czlowieka mamy nieskonczenie wiele wiec doprawdy nie rozumiem, dlaczego poczatkiem zycia osobniczego ma byc wlasnie ten, wybrany dowolnie? Jesli juz, to proponuje wybrac pierwszy ze wszystkich warunkow koniecznych, t.j. zaplodnienie komorki jajowej - wowczas unikniemy wszelkich problemow z subiektywnym zakladaniem sobie poczatku w sposob dowolny. Prosze tez zauwazyc, ze jesli ktos posluguje sie tytulem naukowym i prowadzi gabinet ginekologiczny reklamowamy na swojej stronie internetowej, na ktorej podaje (byc moze nawet nieswiadomie, przez przejezyczenie/przeoczenie) falszywe informacje, musi sobie zdawac sprawe z faktu, ze moga one byc wybiorczo wykorzystane przez ludzi pokroju mojej dyskutantki a propagowane -rzutowac na wybor dokonywany przez potencjalne pacjentki (np. mloda kobieta rozwazajaca tzw. antykoncepcje ¨dzien po¨). Srodowiska tzw. pro-choice, jak widac na przykladzie, zrobia z tego uzytek a to, ze w tym samym tekscie, ktory cytuja, znajduje sie zaprzeczenie karkolomnej tezy - tego nawet nie doczytaja lub celowo pomina.
Teraz moze inny z plejady autorytetow mojej rozmowczyni, pan profesor Szmatowicz - pionier polskiego zaplodnienia in vitro. I tak, w filmie ¨Eugenika - w imie postepu¨ G. Brauna http://www.youtube.com/watch?v=fmp68vMdNJA&feature=related%C2%A0
pan prosefor zapytany o poczatek czlowieka oswiadcza, ze z tym pytaniem nalezy pojsc do filozofow a nie do naukowcow, gdyz nauka nie okresla, kiedy zaczyna sie czlowiek. Otoz panie profesorze, takie pytanie lezy jaknajbardziej w polu dowodzenia naukowego z prostego powodu: zycie ludzkie jest faktem, ktory kiedys sie zaczyna a kiedys sie konczy. Wyjasnianiem natury faktow zajmuja sie wlasnie nauki scisle a filozofia moze conajwyzej wypowiadac sie o kwestiach pochodnych jak stosunek czlowieka do faktow. Idac dalej, skoro zycie jest faktem i czlowiek jest faktem to musi miec swoj poczatek a lezy on bynajmniej nie tam, gdzie ktos autorytatywnie uzna, ale tam, gdzie rzeczywiscie lezy a zadaniem naukowca jest odkrycie tego punktu. Skoro zas wiedza z zakresu embriologii, dziedziczenia i ekspresji genow czy podzialow komorek jest ogolnie dostepna, wskazanie pierwszego stadium rozwojowego czlowieka naprawde nie jest problemem. Mozna oczywiscie nie byc tego swiadomym, mozna udawac glupka, mozna zbywac temat (vide - idz zapytaj filozofow) lub milczec ale to nie zmienia rzeczywistosci i faktow. I o ile nie spodziewam sie po czlowieku, ktory stosuje procedury negatywnej selekcji eugenicznej, przyznania wszem i wobec, ze zamrozone lub unicestwione zarodki to w rzeczywistosci ludzie, to dziwie sie jego sluchaczom, iz nie dostrzegaja tego ewidentnego konfliktu interesow i zadowalaja sie takim autorytetem bez chocby chwili refleksji.
Nazwisko prof. Szmatowicza pojawilo sie w kontekscie innego argumentu mojej rozmowczyni, mianowicie uzasadniala ona implantacje jako poczatek zycia rzekomym zdaniem wypowiedzianym przez profesora, iz ponoc 75% zarodkow nie przezywa implantacji. Nie wiem, czy to rzeczywista wypowiedz i argument profesora czy jedynie nadinterpretacja ¨sprawozdawczyni¨, ale odniose sie to tego pseudoargumentu tak czy inaczej. Jesli przyjmiemy, ze rzeczywisice 75% ciaz na wczesnym etapie konczy sie niepowiedzeniem to od razu przypominaja mi sie czasy wyzu demograficznego i szkoly podstawowej. W klasie mialem przynajmniej kilkoro kolegow i kolezanek, ktorzy posiadali dwojke lub trojke rodzenstwa urodzonego rok po roku. Zakladajac czas pologu jako okres bezplodnosci oraz 75% odsetek niepowodzen (i to na etapie implantacji, nie mowiac o dalszych etapach ciazy) na kazdy cykl jajnikowy, wychodzi na to, ze posiadanie czworki dzieci rok po roku to prawdopodobienstwo wygrania w totolotka. Postanowilem wiec zweryfikowac, skad bierze sie owo magiczne 75% i znalazlem pewna prace z New England Journal of Medicine (jedno z bardzo wysoko impactowanych czasopism naukowych), konketnie z roku 2001: N Engl J Med 2001; 345:1400-1408, gdzie czytamy:
¨Only 50 to 60 percent of all conceptions advance beyond 20 weeks of gestation.2 Of the pregnancies that are lost, 75 percent represent a failure of implantation and are therefore not clinically recognized as pregnancies.2¨
Czyli po pierwsze nie jest prawda, jakoby 75% ciaz nie przechodzilo procesu implantacji ale 75% z 40-50%, ktore nie osiagaja 20-tego tygodnia. To zasadnicza roznica, bo okazuje sie, ze o nieefektywnej implantacji mozna mowic w przypadku najwyzej 35% ciaz, zgodnie z tekstem pracy. Po drugie, ow podany odsetek nie stanowi tresci badan wlasnych ale jest cytatem innej pracy z tego samego czasopisma z roku 1988: N Engl J Med 1988; 319:189-194, ktora okreslala ow odsetek na podstawie badania gonadotropiny kosmowkowej. Z ciekawosci przejrzalem Pubmed w poszukiwaniu nowszych prac, wykorzystujacych inne makery ciazy i oto co znalazlem: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/9196793 (rok 1997)
Badania wykorzystywaly EPF (ang. early pregnancy factor, ktory jest markerem heterogennym w porownaniu z sama gonadotropina) i oto, co ustalily:
¨The results of this study demonstrated that EPF activity is detected in 35 women's sera out of 70 women within 2-7 days after ovulation, and 28 women out of the 35 were pregnant, which was known by follow-up, and 7 were not pregnant, possibly due to either false positive results or embryo loss because of preimplantation failure, thus causing no pregnancy. The other 35 out of 70 had no EPF activity and 34 of them were not pregnant, which was known by follow-up, but one case became pregnant, which was false negative result.¨
Zatem uwzgledniajac powyzsze doniesienia oraz odsetek prob falszywie negatywnych mozna orzec, ze o problemach okoloimplantacyjnych skutkujacych smiercia zarodka mozemy mowic w najgorszym przypadku u 20% badanych, przy czym w tej wartosci zawieraja sie rowniez ewentualne falszywie pozytywne wyniki testu. Pozostawiwszy jednak problem ustalenia faktow naukowych (ktore z pewnoscia sa dalekie od 75% niepowodzen przy implantacji zarodka) zastanowmy sie raczej, co to wogole za argument, iz zycie czlowieka zaczyna sie od implantacji zarodka gdyz tego procesu nie przezywa chocby i postulowane 75%? Czy moze ma to oznaczac, ze przed implantacja zarodek nie zyl i nagle ozyl, gdyz zagniezdzil sie w sluzowce macicy? A moze nastapil cud inkarnacji o oto blastocysta zostala zywym czlowiekiem, ot tak sobie? Moze analogicznie, w sredniowieczu (kiedy smiertelnosc noworodkow i niemowlat wynosila niekiedy i 50%) trzeba bylo stwierdzic, ze zycie ludzkie zaczynalo sie mniej wiecej od trzeciego roku po urodzeniu - wszakze spory odsetek ludzi nie dozywal tego etapu rozwoju wogole?
W dyskusji pojawily sie jeszcze inne argumenty ¨od autorytetu¨. I tak, cytowany magazyn Focus przytocza rozmowe trzech panow naukowcow, opatrzona przez redaktora tytulem ¨Zapłodnienie to nie początek człowieka. Kiedy więc tak naprawdę stajemy się sobą? http://www.focus.pl/nauka/zobacz/publikacje/granice-zycia-czlowieka/nc/1/
Kim sa owe autorytety: dr Krzysztof Łukaszuk, specjalista od zapłodnienia in vitro z kliniki Invicta, prof. Jacek A. Modliński, embriolog z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN oraz prof. Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Posluchajmy czy raczej zobaczmy, jak wygladala owa upubliczniona ¨pogawedka¨:
Prof. Stepien: ¨Propozycja dodania fragmentu „od momentu poczęcia do naturalnej śmierci” nie została przyjęta przez uchwalające konstytucję Zgromadzenie Narodowe, ale nie można z tego wysnuwać wniosku, że życie jest chronione dopiero od chwili, kiedy człowiek się urodzi. Według orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 1997 roku, życie ludzkie jest chronione także w okresie prenatalnym i co do tego nie ma dyskusji. Jednak w artykule 38 użyte zostało określenie „każdy”. Powstaje pytanie: kto to jest „każdy”? Czy w okresie prenatalnym możemy powiedzieć, że zarodek jest „każdym”? Nie jestem biologiem i nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. O ile jednak znam twórczość prof. Kolendy, krakowskiego genetyka i informatyka, to on powiada tak: w okresie prenatalnym następuje rozwój pewnej jakości i w żadnym etapie zarodek nie ma innej jakości. Nie jestem biologiem i nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. O ile jednak znam twórczość prof. Kolendy, krakowskiego genetyka i informatyka, to on powiada tak: w okresie prenatalnym następuje rozwój pewnej jakości i w żadnym etapie zarodek nie ma innej jakości.¨
Prof. Modlinski: ¨Ma. Istnieje pewna granica i jest nią, przynajmniej w moim przekonaniu, moment uaktywnienia genów zarodkowych. Uważam, że wniknięcie plemnika do komórki jajowej jest raczej swego rodzaju podjęciem de novo procesów życiowych komórki jajowej, ale nie rzeczywistym początkiem istoty ludzkiej jako takiej. A to dlatego, że przez jeszcze przynajmniej dwa albo trzy podziały zygoty – co trwa od dwóch do trzech dni, geny matczyne i ojcowskie funkcjonują niezależnie. Dlatego też niektórzy naukowcy sugerowali określenie tego etapu rozwoju zapłodnionej komórki jajowej jako stadium przedzarodkowe, a zarodek w tym stadium – niezbyt semantycznie fortunnym – mianem „przedzarodka”.
Redaktor: Czyli na początku nie jesteśmy sobą, ale hybrydą DNA matki i ojca?
Prof. Modlinski: Hybryda to w tym przypadku niezbyt dobre określenie. Mamy tu do czynienia raczej z koegzystencją genomów. I dopiero potem, pod wpływem rozmaitych bodźców, dochodzi do uaktywnienia genomu zarodkowego. Moment ten jest różny u różnych zwierząt, np. u myszy dokonuje się to na poziomie dwóch komórek.
Redaktor: A u człowieka?
Dr Lukaszuk: Przyjmuje się, że na etapie ośmiu komórek. Taki zarodek, jeśli stworzymy mu odpowiednie warunki do rozwoju, ma szansę rozwijać się i w efekcie dojdzie do narodzin dziecka.
Na poczatku zajme sie twierdzeniem dr. Lukaszuka. Najwyrazniej pan doktor nie mowi calej prawdy (lub prawi trizumy), twierdzac, ze osmiokomorkowy zarodek ma szanse sie rozwijac po zapewnieniu mu warunkow rozwoju. Otoz jednokomorkowy zarodek czyli zygota rowniez ma szanse sie rozwijac i w efekcie doprowadzic do narodzin dziecka, jesli tylko zapewni mu sie (lub nie bedzie sie ingerowac w takowe) warunki rozwoju. Najlepszym dowodem na to jest sam pan dr. Lukaszuk, ktory zapewne wzial swoj poczatek z jednokomorkowego zarodka a po kilkudziesieciu latach od tego zdarzenia jest w stanie brac udzial w przytoczonej rozmowie.
Przejdzmy teraz do prof. Modlinskiego (bedzie to nieco dluzszy wywod). Wypada pochwalic profesora za to, ze dodal, iz ¨jego zdaniem¨. Nie bronie panu profesorowi prawa do posiadania wlasnego zdania ale uwazam za swoj obowiazek sprostowanie jego wypowiedzi oraz wytkniecie w niej sprzecznosci tudziez niescislosci. I tak, nie mozna wogole mowic o jakims uruchomieniu de novo procesow zyciowych komorki jajowej z prostej przyczyny: taka komorka caly czas zyje i przejawia wszelkie procesy zyciowe zarowno przed jak i po wniknieciu don plemnika. Mozemy mowic o np. produkcji bialek de novo czyli w tym kontekscie z nowej, swiezotranskrybowanej matrycy mRNA lub transkrypcji de novo czyli produkcji nowych odcinkow RNA na bazie DNA i domyslam sie, ze o ten proces panu profesorowi chodzilo. Nastepnie nalezy sie zdecydowac czy do etapu ilus komorek ¨geny ojcowskie i matczyne funkcjonuja niezaleznie¨ czy dopiero po jakims czasie ¨dochodzi do uaktywnienia genomu zarodkowego¨ (ktory sklada sie na tym etapie z przedjadrza meskiego oraz zenskiego zamknietych w jednej komorce). Nie mozna dowodzic, ze geny funkcjonuja a nastepnie, ze ich uaktywnienie ma miejsce pozniej. Byc moze problem lezy w definicji slowa ¨funkcjonowac¨. Dla mnie jako biologa pojecie funkcjonowania genow to stan ich odczytu lub rearanzacji, ktory sprowadza sie do ich ekspresji (zarowno na poziomie produkcji zakodowanych bialek jak i niekodujacych transkryptow takich jak tRNA, rRNA czy microRNA) oraz wszelkich modyfikacji genomu np. poprzez metylacje i innego rodzaju imprinting a takze replikacji DNA, ktorej mechanizm jest wpisany i zalezny od samej sekwencji danego DNA oraz jego odpowiedniej struktury. I tak, nie jest prawda, ze geny matczyne i ojcowskie funkcjonuja niezaleznie w samej zygocie oraz przez pierwsze jej podzialy. Gdyby geny zlokalizowane w obydwu przedjadrzach (meskim i zenskim) mialy funkcjonowac niezaleznie, to obawiam sie ze zamiast potomnych, diploidalnych blastomerow otrzymalibysmy komorki o roznej ploidalnosci, zawierajace jedynie geny matczyne lub jedynie ojcowskie (w dodatku spora czesc dezaktywowanych przez odziedziczone z komorek generatywnych pietnowanie rodzicielkie, co unimozliwiloby prawidlowy rozwoj zarodka - vide zjawisko tzw. disomii uniparentalnej). Tymczasem podzial zygoty na potomne blastomety jest zsynchronizowany z replikacja DNA obydwu przedjadrzy i prowadzi do powstania komorek potomnych diploidalnych, zawieracych chromosomy homologiczne pochodzenia matczynego i ojcowskiego. Innym przykladem wspolnego funkcjonowania jest wymiana protaminy –bialka zwiazanego z DNA plemnika na inne bialko wiazace DNA i regulujace jego aktywnosc (zarowno replikacyjna jak i transkrypcyjna) -histony. Histony wiazace sie do ojcowskiego DNA pochodzacego z plemnika sa eksprymowane na bazie DNA matczynego a caly proces ma miejsce juz w przeciagu pierwszych minut po polaczeniu sie plemnika i komorki jajowej. Warto tez dodac, iz calkiem niedawno wykazano dzialanie matczynych mechanizmow kontroli i naprawy DNA wobec dostarczenia uszkodzonego DNA meskiego w plemniku - mamy wiec klasyczny cross-talk miedzy meska i zenska czescia genomu.
Jezeli zas prof. Modlinski chcialby, z niejasnych przyczyn (o tym za chwile), uwazac za poczatek nowego zycia pierwsza transkrypcje de novo w obrebie zarodka, to wypada zauwazyc, ze stapa po przyslowiowym ¨cienkim lodzie¨. Owszem, nie ma bezposrednich dowodow na transkrypcje de novo w pierwszych godzinach czy dniach po zaplodnieniu a lawinowy skok produkcji mRNA obserwuje sie u czlowieka od stadium 4-8 komorek. Jednak fakt, iz nie ma bezposrednich dowodow bynajmniej nie swiadczy o tym, ze taki proces mozna wykluczyc. Istnieja solidne przeslanki, iz jest mozliwy –wspomne chocby o osobliwym, malutkim transkrypcie regulujacym inaktywacje genow lezacych na jednym z chromosomow X u dziewczynek, nazywanym Xist, ktory byc moze pojawia sie juz na etapie zygoty (praca zrodlowa: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1715845/ Potwierdzenie tego faktu przeczyloby tezie o braku wlasnej transkrypcji a brak mozliwosci stuprocentowej, negatywnej weryfikacji tej i podobnych tez bierze sie z problemow technicznych i/lub niewystarczajaco czulych metod tudziez nieuwzglednienia wszystkich mozliwych transkryptow (np. w technikach real-time PCR). Jesli nawet zalozyc, ze przez pierwsze godziny po zaplodnieniu zadna transkrypcja de novo nie ma miejsca, warto zauwazyc, ze ewidentnie ma miejsce proces odwrotny, mianowicie degradacja wiekszosci matczynych transkryptow pozostajacych w oocycie i bynajmniej proces ow jest stumulowany zaplodnieniem (polecam: http://dev.biologists.org/content/136/18/3033.full Skoro istota degradacji pozostalych w oocycie transkryptow mRNA pochodzenia stricte matczynego jest osiagniecie stanu tzw. ¨transcriptional quiescence¨ koniecznego do ustanowienia nowego transkryptomu, mamy ewidentny etap rozwoju zygoty w kierunku roznicowana wlasnych struktur zamiast struktur matczynych/ojcowkich. Dlatego zupelnie nie rozumiem, na jakiej podstawie prof. Modlinski uznal wogole, ze kwantyfikatorem nowego zycia ludzkiego jest ¨moment uaktywnienia genów zarodkowych.¨. Wszak nawet bez dowodzenia jakichkolwiek form aktywnosci genomu zarodkowego nie sposob nie zauwazyc, iz po zaplodnieniu (konkretnie fuzji czesci plemnika i oocytu) zmienia sie diametralnie fizjologia obydwu komorek a zaczyna zupelnie nowy program rozwoju komorki z nich powstalej, o zupelnie innej predestynacji niz ta okreslona wczesniej dla obydwu komorek osobno. O tym, czym sie rozni plemnik przed zaplodnieniem od ¨plemnika¨ po zaplodnieniu pisac chyba specjalnie nie musze. Apropos oocytu, ktorego budowa i fizjologia do tej pory sugerowala pewna celowosc – mianowicie zaplodnienie przez prawidlowo zbudowany plemnik, zauwazmy, ze dochodzi do zmian odwracajacych owa celowosc o 180 stopni. Przykladowo, po zaplodnieniu ma miejsce modyfikacja otoczki przejrzystej oocytu, ktora uniemozliwia ponowne zaplemnienie innymi plemnikami. Rowniez po zaplodnieniu dochodzi do unikatowego i niepowtarzalnego na zadnym innym etapie rozwoju osobniczego fenomenu -zmiany cyklu komorkowego z mejotycznego na mitotyczny. W koncu, w wyniku zaplodnienia dochodzi do przeksztalcenia wysokozroznicowanych komorek (oocytu i plemnika) w komorke totipotencjalna, mogaca w fizjologicznych warunkach odtworzyc calego osobnika ludzkiego. Od momentu fuzji plemnika z oocytem kazdy nastepny etap rozwoju, kazdy nastepny podzial komorek i kazdy nastepny proces biochemiczny zachodzacy w zygocie i komorkach potomnych dziala w konkretnym celu a jest nim, krotko mowiac, nowy czlowiek. Oczywiscie po drodze moze dojsc do roznego rodzaju patologii, ale ufam, ze te kazdy wytrawny medyk czy biolog jest w stanie sklasyfikowac jako odstepstwo od zadanej raz fizjologii.
Wobec powyzszego zastanawiam sie, z jakich powodow prof. Modlinski nie chce zauwazyc wymienionych wyzej faktow ale stawia sobie granice rzekomej ¨nowej jakosci¨ zarodka na moment transkrypcji de novo genow zarodkowych? Zeby bylo ciekawiej, na to jedno z wielu rownie istotnych etapow (czy innymi slowy warunkow koniecznych) w rozwoju czlowieka chcialby przypiac nowomowe typu ¨stadium przedzarodkowe¨? Jest to dokladnie ta sama kategoria wyznaczania granicy zycia osobniczego, jaka opisywalem przy omawianiu zdania ze strony dr. Cholewy, mianowicie dowolne przebieranie w warunkach koniecznych rozwoju czlowieka jako rzekomym poczatku jego zycia. Panowie doktorzy i panowie profesorowie – prosze uswiadomcie sobie, ze w ontogenezie czlowieka punkt uruchamiajacy nowy program rozwoju, ktorego celem jest odrebne od rodzicow ludzkie zycie wypada na dlugo przed implantacja oraz przed startem transkrypcji (ktorego nie mozna nawet z calkowita pewnoscia okreslic w czasie). Wasza dziwna terminologia oparta o dzielenie przyslowiowego wlosa na czworo (w dodatku nielogicznie) nie zmienia tego faktu a jedynie wprowadza zamet pojeciowy i oglupienie, ktorego efekty mozecie obserwowac u mlodych ludzi takich jak dziewczyna zacytowana na poczatku niniejszego wpisu. Poddaje pod przemyslenie i licze na wycofanie sie z Waszych karkolomnych tez.
Odsłon: 413 Komentarzy: 17
Sunday,15 April 2012,00:28
Kategoria: Fronda Sunday, 15 April 2012, 00:28
Link to poprzedniej czesci:
http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/ateizm,_iq_i_¨racjonalisci¨,_cz.1_35458
Zgodnie z zapowiedzia, dzis druga odslona cyklu o tym, jak nie powinno wygladac wnioskowanie ¨naukowe¨oraz jak zachowac minimum krytycyzmu wobec prac naukowych, ktore sie czytuje zeby ¨dowalic¨ ludziom wierzacym (ponoc to Ci z nizszym IQ - o czym za chwile). No chyba, ze ktos ma z gory ustalona teze a nie ma pojecia o metodyce pracy naukowej lub czyta tylko streszczenie - na to juz nic nie poradze :D
Wracamy wiec do tezy niejakiego Torresa wspomianej w czesci pierwszej: (...) ateiści średnio mają wyższe IQ niż wierzący¨ i prac, na ktore Torres powolywal sie jako dowody na jej slusznosc. Po kolei:
http://en.wikipedia.org/wiki/Flynn_effect
Tu mozemy przeczytac jedynie o pewnym fenomenie, iz ludzie wraz z czasem podnosza swoje przecietne IQ i w zwiazku z tym wartosc 100 pkt normalizowana dla dzisiejszej populacji jest wyzsza niz taka sama wartosc osiagana w testach sprzed kilkunastu lat. Owszem, zagadnienie ciekawe ale w calym tekscie slowo ¨atheism¨ lub ¨religion¨ nie pada ani razu. Skad zatem link znalazl sie jako rzekome potwierdzenie tezy - mozna jedynie zgadywac.
¨Dowod¨ nr. 2:
http://www.racjonalista.pl/kk.php/t,6076
Jak wspomnialem wczesniej- portal Racjonalista to dla mnie skompromitowane zrodlo wiedzy naukowej ale ze tym razem nie jest to radosna tworczosc naczelnego ale tlumaczenie pracy wydanej w czasopismie ¨Intelligence¨ o IF=3,6 http://davesource.com/Fringe/Fringe/Religion/Average-intelligence-predicts-atheism-rates-across-137-nations-Lynn-et-al.pdf, proponuje do niej zajrzec i sprawdzic, co rzeczywiscie zawiera. I tak, w streszczeniu widzimy zdanie:
¨We find that in a sample of 137 countries the correlation between national IQ and disbelief in God is 0.60.¨
a w czesci ¨Wyniki¨ mamy:
¨Row 1 gives the correlation of 0.60 for the total sample and is highly statistically significant (p<0.001). To examine whether this relationship holds across the whole range of national IQs we have divided the nations into two groups of thosewith IQs between 64–86 and thosewith IQs between 87–108. Row 2 gives the data for the 69 countries with IQs between 64–86. In this group only 1.95% of the population are non-believers. There is a range between <1% and 40%, and the correlation between the two variables is only 0.16.Row 3 gives the data for the 68 countries with IQs between 87–108. In this group 19.99% of the population disbelieve in God. There is a range between <1% and 81%, and the correlation between the two variables is only 0.54 (p<0.001). Thus, most of the variation in religious disbelief is among the higher IQ nations.¨
Chcialem sprawdzic, czy Torres wogole zrozumial o co chodzi z korelacja 0,6, bo przeciez takie wyrazenie to pewien skrot myslowy oczywisty dla ludzi obeznanych ze statystyka ale dla laikow znaczy mniej wiecej tyle co zdanie np. : ¨Konkurencyjnosc wynosila 8,64¨. Wobec tego zadalem mu pytanie, czy moglby wyjasnic sens owej wartosci i niestety nie doczekalem sie odpowiedzi, a specjalnie na jego prosbe stworzylem bloga na innym portalu, gdyz zarzekal sie, ze wroci do dyskusji na neutrealnym gruncie. Jako ze minelo pare dni a Torresa ani widu ani slychu to moze wyjasnie: owo 0,6 to wspolczynnik korelacji r a po podstawieniu danych z oryginalnej pracy rzeczywiscie wynosi 0,596xxx. Wszystko sie wiec mniej wiecej zgadza, rowniez do wniosku autorow nie mozna miec zastrzezen - pokazali, ze w krajach o wyzszej sredniej IQ mamy wiekszy odsetek ludzi niewierzacych. No ale czy ten poprawny wniosek mozna w swietle badan przelozyc na wniosek Torresa: ateiści średnio mają wyższe IQ niż wierzący?? Owszem, jedynie pod pewnym warunkiem. Jezeli w pracy stoi napisane, ze w krajach o najwyzszym srednim IQ odsetek ateistow nie przekraczal 20% to trzeba zrobic zalozenie, ze o wysokim, srednim poziomie IQ dla kraju decyduje wlasnie owe 20% jego ludnosci a reszta wierzacych zdecydowanie zaniza srednia. Nie ma innej mozliwosci, jesli pod wzgledem IQ roznia sie zasadniczo od ateistow a mimo tego srednia wartosc IQ dla kraju plasuje sie bardzo wysoko. Praca w zaden sposob nie rozstrzygala czy tak jest w rzeczywistosci a jedynie pokazala pewien fakt, ktory mogl wynikac z mnostwa innych powodow lub ich wzajemnej kombinacji (np. zroznicowanie kulturowe, zaszlosci historyczne itp.). Jesli upieramy sie przy tezie Torresa to zrobmy symulacje dla Singapuru (nr. 1 pod wzgledem sredniego IQ=108). W kraju zyje 13% ateistow i 87% wierzacych. Autorzy pracy zalozyli sobie pulap niskiego IQ charakterystycznego dla populacji z przewaga wierzacych ponizej 86 pkt. (stwierdzili, ze w krajach o srednim IQ<86 zyje srednio jedynie 1,95% ateistow). Gdyby te tendencje mialy byc prawdziwe dla Singapuru, to aby kraj osiagnal sredni wynik 108 pkt, 13% obywateli-ateistow powinno miec IQ = 255 kazdy!!! zakladajac srednia IQ = 86 dla calej reszty. Obawiam sie, ze Singapur jako kraj uznany w 2010 za swiatowego lidera edukacji oraz bedacy w czolowce najbogatszych na Swiecie raczej nie wytrzymalby takich roznic spolecznych. Mowiac bardziej oglednie - taki rozlad cechy jest niemozliwy. I od razu wniosek: przyjecie magicznej wartosci 86 pkt IQ jako sredniej dla populacji ludzi wierzacych niezaleznie od kraju to wierutna bzdura.
¨Dowod¨ nr. 3:
www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0160289608001013
Streszczenie pracy w oryginale mowi nam m.in:
¨The present study examined whether IQ relates systematically to denomination and income within the framework of the g nexus, using representative data from the National Longitudinal Study of Youth (NLSY97). Atheists score 1.95 IQ points higher than Agnostics, 3.82 points higher than Liberal persuasions, and 5.89 IQ points higher than Dogmatic persuasions. Denominations differ significantly in IQ and income.¨
Zostawmy dochod i bogactwo (o tym bylo juz wystarczajaco w czesci pierwszej) i skupmy sie na zwiazku wyznania z IQ, ktory tutaj zostal przebadany bezposrednio. Pragne zwrocic uwage na slowo-klucz ¨systematically¨ czyli w tym przypadku ¨generalnie¨. Autorzy podzielili sobie wierzacych bodajze kilkudziesieciu wyznan obecnych na terenie USA na wyznania ¨dogmatyczne¨ (np. katolicyzm, islam) oraz na ¨liberalne¨ (np. protestanci) oraz wylaczyli ateistow i agnostykow jako osobna grupe. Nastepnie do abstraktu pracy wyciagaja informacje, jakoby ateisci byli (statystycznie istotnie) najinteligentniejsza z tak zestawionych grup. W tym momencie czesc ¨racjonalistow¨ zapewne odpuszcza sobie dalsze czytanie oraz myslenie, skoro tak szybko znalezli wygodne dla nich konkluzje. Ja jednak prosze, aby mimo wszystko czytac prace w calosci. Autorom nie mozna zarzucic klamstwa, niemniej dochodzac do tabeli 6 warto zapytac, dlaczego nie pochwalili sie w abstrakcie faktem, ze w ich badaniach ateisci zostali o 2,35 punkta w tyle za Anglikanami i o 1,35 pkt w tyle za Zydami (odchylenia standardowe sa jeszcze mniejsze niz w parze ateisci - agnostycy, wiec mamy rowniez istotnosc statystyczna)? Najprostsza odpowiedz brzmi: bo wowczas praca nie bylaby tak ¨nosna¨ i ciezko byloby sformulowac tzw. ¨take-home message¨. Ateisci okazali sie srednio mniej inteligentni niz dwie inne grupy wyznaniowe, w dodatku o porownywalnej liczebnosci. Czy to cos szczegolnego? Chyba niekoniecznie, ale juz wiadomosc ze ateisci zostawili w tyle wszystkich wzietych do kupy wyznawcow religii... to juz cos. A ze sa grupy wyznaniowe inteligentniejsze od ateistow? - to puszczamy przyslowiowym ¨malym druczkiem¨ dla wytrwalych czytelnikow. Warto nadmienic, ze zestawienie wyznawcow dogmatycznych i liberalnych do dwoch wspolnych grup i porownanie ich z samymi ateistami powoduje nawet szescdziesieciokrotne roznice w liczebnosci.
Czy zatem ktorys z wymienionych przez Torresa ¨dowodow¨ na prawdziwosc jego tezy jest nim rzeczywiscie? Byc moze dla osoby, ktora przeczyta je pobieznie lub bez glebszego zastanowienia ale z wnioskowaniem uprawnionym w nauce maja sie nijak do tezy glownej.
Odsłon: 320 Komentarzy: 16
Friday,13 April 2012,23:53
Kategoria: Fronda Friday, 13 April 2012, 23:53
Witam.
Dzisiaj bedzie o IQ, ktore wedlug redakcji i zapewne czytelnikow portalu ¨Racjonalista¨ rozni ateistow od wierzacych, jak nietrudno sie domyslec - na niekorzysc wierzacych. Cala dyskuja zostala zapoczatkowana na watku o Calunie Turynskim:
przez niejakiego @Torresa. Wysunal on dosc smiala teze, mianowicie ¨(...) ateiści średnio mają wyższe IQ niż (nie)wierzący¨ (owo ¨nie¨ to zapewne pomylka, co wynika z pozniejszych wywodow Torresa). Jak slusznie zauwazyl jeden z dyskutantow, @Madziar, byc moze cytat z Pisma Sw. ¨Wysławiam Cię Ojcze, Panie nieba i ziemi, bo zakryłeś te sprawy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom¨ pasowalyby idelanie do tej sytuacji. Tymniemniej inni dyskutanci, w tym i ja, bylismy zainteresowani zrodlami owych rewelacji i oto Torres podal kilka z nich:
http://en.wikipedia.org/wiki/Flynn_effect
http://www.racjonalista.pl/kk.php/t,6076
http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0160289608001013
Widzac link do portalu Racjonalista przypomnialem sobie niegdysiejsza dyskusje z ichniejszym ¨delegatem¨ na Fronde, ktory probowal sprzedac newsa jakoby ateizm byl skorelowany z najwyzszym poziomem zycia obywateli http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/palikot_bedzie_protestowal_przeciwko_presji_biskupow_w_islamskim/strona/6
Autorem owego dziela oraz ustalenia ¨korelacji¨ byl sam naczelny Racjonalisty, pan Agnosiewicz: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4224/k,2 Coz, przyjrzalem sie wowczas napredce danym wejsciowym, na ktorych bazowal autor -byly to liczna ludnosci danego kraju, % niewierzacych oraz miejsce w rankingu Human Development Report. Ku mojemu zaskoczeniu najbardziej wiarygodna dana okazala sie liczba ludnosci. Jesli zas chodzi o % ateistow, dane wejsciowe (ktore musialby zostac wziete do okreslenia takiej korelacji) wygladaly przykladowo tak: Norwegia: 31-72%, Szwecja: 46-85%, Kanada: 19-30% oraz Mongolia 9%, Wietnam 81%, Kazachstan 11-12%. Co wazniejsze, pierwsze trzy kraje z rozrzutem danej X szacowanym na okolice 2sigma to akurat kraje z czolowki rankingu HDR wiec z przypisanymi skrajnymi wartosciami Y natomiast trzy ostanie kraje z bardzo dokladnymi odsetkami niewierzacych to kraje z dolnego ekstremum. Pierwszy problem to taki, jak policzyc jakakolwiek korelacje bazujac na danych wejsciowych X z rozrzutem rzedu polowy swojej wartosci, ktore dodatkowo stanowia o skrajnych wartosciach Y? Druga sprawa - czy ewentualne usrednianie do obliczen (np. 51,5% dla takiej Norwegii) jest uprawnione? Trzeci problem odkrylem po przepuszczeniu wartosci Y przez program statystyczny. Mianowicie 48 pozycji rankingu HDR przypisane wybranym do zestawienia krajom nie dalo rozkladu normlanego w tescie Shapiro-Wilk natomiast ciag liczb od 1 do 48 dawal rozklad normalny. Czyby wiec ktos pominal kraje o srednich wartosciach rankingu HDR do swojej statystyki? Szybkie sortowanie wartosci w Excelu potwierdzilo moje obawy: o ile kraje z dwoch pierwszych dziesiatek rankingu HDR znalazly sie w zestawieniu w komplecie, to posuwajac sie dalej mamy wieksze luki a pod koniec zestawienia przeskoki o cale dziesiatki. Czy ktokolwiek jest w stanie odpowiedziec na pytanie, jak bazujac na takich danych wejsciowych mozna obliczyc jakakolwiek korelacje i na jej podstawie wyciagnac wniosek:
¨Zasadniczo więc istnieje silna korelacja między stopniem rozwoju kraju (zwłaszcza poziomem zamożności) a odsetkiem ateistów w danym kraju. ¨
Zeby bylo jeszcze smieszniej, ranking HDR raczej slabo odzwierciedla poziom zamoznosci. Gdyby tak bylo, to jakim cudem taka Szwecja z PKB per capita na poziomie 43,668 USD jest na miejscu 2 rankingu a Dania, z dochodem wyzszym niz Szwecja bo wynoszacym az 56,263 USD jest dopiero na miejscu 17, ustepujac takiej Francji z dochodem 42,413 USD a nawet Kanadzie (39,658 USD, 4 miejsce w rankingu) a Kataru z dochodem 59990 USD wogole nie ma w zestawieniu (ciekawe, jaki tam mamy odsetek wyznajacych religie, he?). Jak wygladalby ranking, gdyby takie Niemcy (82 mln ludzi) rozbito na katolicka, bogata Bawarie oraz ateistyczny, biedny DDR?
Moj adwersarz niestety nie byl w stanie w jakikolwiek sposob odniesc sie do poruszonych wyzej problemow i choc sprobowac obronic teze naczelnego Racjonalisty, ktora wczesniej posilkowal sie jako argumentem i nadawal jej atrybuty naukowosci. Zamiast tego uslyszalem pozniej zarzut, ze kwestionuje wszystkie badania naukowe z przypisow pod artykulem pana Agnosiewicza (sic!!) skoro nie zgadzam sie z wnioskiem koncowym artykulu. Wsrod naukowcow taki tekst moglby byc odebrany w kategorii dobrego zartu ale obawiam sie, ze ow czlowiek mowil jaknajbardziej powaznie i byl nadal przekonany zarowno o wysokiej wartosci artykulu pana naczelnego oraz o bezzasadnosci moich watpliwosci. Potwierdzil to niejako w slowach:
¨(...)ty także zmieniasz swój sposób prowadzenia dyskusji z merytorycznej na wyśmiewczą i próbujesz ośmieszyć wszystkie badania które pokazują że świat jest trochę inny niż go przedstawiają porzywódcy religijni¨
Coz, obawiam sie, ze mialem do czynienia z typowym przykladem dyletanta, ktoremu wystarczy zapodac wnioski z ¨badan¨ zgodne z jego (byc moze uformowanym przez ¨zapodajacego¨) swiatopogladem a ten bez jakiegokolwiek rozumowej mozliwosci weryfikacji tychze bedzie ich bronil jak niepodleglosci. Ponadto, widzac jak na portalu ¨Racjonalista¨ powstaja owe ¨badania¨ jako orez dla swoich czytelnikow, odtad na widok kazdego linku do tego portalu polaczonego z haslem ¨nauka¨ lub ¨badania¨ zapala mi sie przyslowiowa czerwona lampka. Z tego wlasnie powodu postanowilem poswiecic troche czasu i zweryfikowac dane zrodlowe przytoczone przez Torresa we wspomnianej na wstepie dyskusji. W koncu nie tylko portal ale i temat podobny - IQ ateistow i wierzacych. O tym napisze juz w drugiej czesci wpisu.
link do kolejnej czesci:
http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/ateizm,_iq_a_¨racjonalisci¨,_cz._2_35473
Odsłon: 763 Komentarzy: 12
Wednesday,25 January 2012,01:13
Kategoria: Ogólne Wednesday, 25 January 2012, 01:13
link do poprzedniej czesci:
http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/homoseksualizm,_homofobia_i_nauka,_cz._2_33440
Kontynuujac, ustalislimy ze w klasyfikacji homoseksualizmu jako patologii lub fizjologii logika nakazuje rozpatrywac skutek a nie objaw, dokladnie tak samo jak w przypadku kazdego innego stanu czy uwarunkowania. Potraktowanie akurat homoseksualizmu jako wyjatku od reguly pociaga ze soba caly szereg sprzecznosci i absurdow. Przyjrzyjmy sie im po kolei, sledzac implikacje uznania homoseksualizmu za ¨wersje zdrowia¨ czlowieka.
Kontekst ewolucyjny.
Jednym z zalozen teorii ewolucji jest to, ze kierowana mechanizmami doboru i selekcji naturalnej, nie tworzy nonsensow. Bynajmniej, nonseny ewolucyjne nie daja podstaw do stworzenia nowych gatunkow. Nie znaczy to oczywiscie, ze patologie nie moga utrzymywac sie w danej populacji przez dlugi czas, niemniej obnizaja one szanse na sukces ewolucyjny danych osobnikow. Niekiedy mozliwe jest poswiecenie czesci populacji a nawet uwstecznienie czesci czynnosci zyciowych pewnej grupy osobnikow dla dobra pozostajej czesci, czego przykladem moga byc zwierzeta zorganizowane w spolecznosci, takie jak mrowki czy pszczoly. U tych gatunkow funkcje rozmnazania plciowego sa zredukowane u czesci samic, ktore spelniaja funkcje robotnic przejmujacych zgola inne zadania w spolecznosci. Jesli chcielibysmy przyrownac to samo zjawisko do ludzkiego homoseksualizmu i zastanowic sie, jaki kontekst ewolucyjny moglby sie z nim kryc, trzeba rozpatrzyc trzy mozliwosci. Pierwsza - ze homoseksualisci to byc moze zaczatek nowej galezi ewolucyjnej naszego gatunku. Niestety, ta okazuje sie slepa uliczka gdyz po pierwsze - nie zidentyfikowano poki co zadnego czynnika o charakterze dziedzicznym waunkujacego homoseksualizm a po drugie - taki czynnik z definicji utrudnialby dalsze rozmnazanie sie, co wyklucza dane osobniki z definicji gatunku lub znacznie komplikuje ten warunek dajac przewage ewolucyjna osobnikom heteroseksualnym. Druga mozliwosc - celowe uwstecznienie dla dobra reszty populacji, tak jak w przypadku robotnic u owadow. Hipoteza bardziej racjonalna, o ile znajdziemy jakiekolwiek korzysci, jakie dla populacji ludzkiej niesie homoseksualizm. Ciezko niestety o porownanie zachowan homoseksualistow do pszczelich robotnic oraz ciezko o znalezienie zadan/czynnosci pozadanych z racji calej populacji, ktore mogliby wykonywac jedynie homosekualisci. Przyznam sie, ze slyszalem jedna teorie zorientowana w tym kierunku, mianowicie opisujaca homoseksualizm jako relikt dawnych czasow, kiedy to heteroseksualni jaskiniowcy wyruszali na polowania w celu zapewnienia pozywienia swoim kobietom i dzieciom a homoseksualni mezczyzni zostawali w ramach ochrony rodzin heteroseksualistow (wszak dysponowali meska sila, ktorej mogli uzyc w razie zagrozenia). Teoria ciekawa, niestey posiada pewien slaby punkt. Otoz jak przekonac homoseksualiste, aby odczuwajac pociag do mezczyzn pozostal w jaskini z kobietami, do tego marnujac okazje obcowania z obiektem swojego pozadania? (po powrocie heteroseksualisci zajmija sie przeciez swoimi kobietami i dziecmi). Gdyby jeszcze ktos udowdnil taki mechanizm u zwierzat, u ktorych wg. zrodel LGBT homoseksualizm wystepuje u ponad 500 gatunkow? Coz, ogromne pole do popisu a mimo tego nie slyszalem o probie dowiedzenia podobnej teorii.
Tu mala dygresja apropos homoseksualizmu u zwierzat - niektorzy probuja z tego wyprowadzic teze jakoby homoseksualizm byl w zwiazku z tym uznany za norme. Niestety, wystepowania tego samego stanu patologicznego u zwierzat i czlowieka nie znosi znamion patologii a swiadczy jedynie o tym, ze zwierzata borykaja sie z podobnymi problemami. Przeciez w zwiazku z faktem, ze na reumatoidalne zapalenie stawow lub cukrzyce typu pierwszego choruja rowneiz myszy nikt nie postuluje wykreslenia tych stanow z listy chorob u ludzi.
Wracajac do kontekstu ewolucyjnego i trzeciej mozliwosci racjonalnego uzasadnienia istnienia homoseksualismu - kazde racjonalne ewolucyjnie przedsiewziecie nie powstaje ad hoc ale charakteryzuje sie istnieniem przystosowan mu sprzyjajacych. Czy czlowiek posiada przystosowania do homoseksualnego trybu zycia? Obawiam sie, ze najpierw musielibysmy uporac sie z istnieniem przystosowan do heteroseksualnego trybu zycia u homoseksualistow, takich jak istnienie macicy u lesbijek (mozemy uznac, ze pochwa funkcjonuje w ramach ¨przyjemnosci¨ stanowiacej sens zycia), cyklu jajnikowego czy wydzielania prolaktyny a takze spermatogenezy u homoseksualistow lub problemu budowy anatomicznej i histologicznej odbytu w niczym nie zdradzajacej przystosowan do odbioru ejakujatu. Mozemy zawsze na upartego stawiac teze, ze macica u lesbijek to narzad szczatkowy a w ewolucji homoseksualistow zwyczajnie odbyt nie nadazyl za mozgiem wiec nalezy czekac.... Ale tutaj patrz pkt. 1 i slepa uliczka ewolucji..
Jeszcze o przystosowaniach.
Dyskutujac o przystosowaniach do homoseksualismu, niektorzy uparcie myla przystosowania z mozliwosciami. I tak, pojawiaja sie argumenty ze przeciez homoseksualisci jakos sobie radza wiec sa przystosowani do swojego trybu zycia. Jesli przyjac te sciezke argumentacji to owszem, radza sobie rowniez wszyscy masochisci, fetyszysci i inni. Czy to oznacza, ze sa przystosowani do swoich parafilii? Stosunek z deska (posiadajaca sek) jest takze mozliwy ale czy fizjologiczny i czy mozna mowic o przystosowaniach w tym przypadku?
Kontekst spoleczny
Temat zostal wywolany niejako przez @Leszka71 w poprzedniej czesci, mianowicie napisal On:
¨W dyskusjach o homoseksualizmie jest podnoszony inny argument dotyczący normalności tego zjawiska. mianowicie przedłużony akt kopulacji dokonywany również poza okresem płodności wskazuje na równoległe inne niż rozmnażanie podloże seksualności, na budowanie więzi społecznych.¨
Jest oczywistym, ze akt kopulacji u czlowieka nie sluzy jedynie rozmnazaniu, gdyz ludzie moga i uprawiaja seks poza okresami naturalnej plodnosci. Takie wspolzycie buduje wiezi (czy powinny byc nazywane spolecznymi, to kwestia dyskusyjna). Otoz czlowiek jest organizmem na tyle rozwinietym i na tyle skomplikowanym, ze proces jego doboru naturalnego jest po pierwsze dlugi (na jego poczet zaliczmy wszystkie doswiadczenia i wyplywajace z nich uwarunkowania do czasu osiagniecia dojrzalosci plciowej) a po drugie zlozony. Niemniej znowu powracamy do ujecia czlowieka jako istoty biologicznej, ktora niewatpliwie jest. Poped seksualny nie funkcjonuje sam dla siebie ale w pewnym konkretnym celu. Dokladnie w tym samym celu sluzy on budowaniu i cementowaniu stabilnego zwiazku, ktory da oparcie przyszlemu potomstwu. Zatem o ile u czlowieka wiezi miedzy osobnikami sa bardzo wazne, z istnienia tych wiezi musi cos pozytywnego dla gatunku czy populacji wynikac. Wiez jako wiez nie ma zadnego sensu kiedy niczemu nie sluzy. I tak, mozna mowic o budowaniu wiezi poprzez wspolne spozywanie alkoholu czy palenie jointa (dawniej tzw. fajki pokoju). Co wynika z tego rodzaju wiezi? Obawiam sie, ze niekoniecznie cos pozadanego wiec nikt nie ma oporow przed nazwaniem alkoholizmu czy narkomanii uwarunkowaniem patologicznym. Co dla populacji ludziej wnosi istnienie wiezi opartej na wzajemnym pociagu plciowym osob tej samej plci? Owszem, mozna dyskutowac a argumenty sprowadza sie zapewne do jednego - spelnienie indywidualnych potrzeb dwoch osob do bycia szczesliwymi. Niestety, indywidualne szczescie to zaden kwantyfikator fizjologii/patologii (wszak zoofil takze jest szczesliwy po swoistym spelnieniu) a z owym szczesciem rowniez bywa roznie...
Czy homoseksualisci sa szczesliwi?
Podczas dyskusji o wlasnie przystosowaniach i przeciwwskazanich czlowieka do homoseksualizmu natrafilem na prace Hatzenbuehler M opublikowana w czasopismie Pediatrics w maju 2011, zatytulowana: ¨The social environment and suicide attempts in lesbian, gay, and bisexual youth.¨. Autorzy prezentowali wyniki dotyczace tendencji samobojczych w badanej probie ponad 31 tysiecy studentow, w ktorej zawieralo sie okolo 1400 homoseksualistow. Zastosowano kryteria wyrozniajace tzw. supportive i non-supportive enviromnent (opierajace sie na polityce antydyskriminacyjnej w college-u czy istnieniu preznych organizmacji homoseksualistow) i w wielka pompa oznajmiono, ze srodowsko ¨wspierajace¨ powoduje spadek ilosci samobojstw (czy raczej tenencji/prawdopodobienstwa samobojstw) o 1/4. Ten news zostal ochoczo podchwycony przez rozne srodowiska (tak samo jak wyciagniety do abstractu pracy przez samych autorow), ktore niestety przeoczyly pewien istotny szczegol- mianowicie iz tendencje samobojcze ogolem byly w owej badanej probie 5-krotnie wyzsze u homoseksualistow niz u heteroseksualistow a istnienie wspierajacego srodowiska zmniejszalo je o rzeczone 25%. Czyli zamiast 500% potencjalnych samobojcow mamy jedynie 400% wiecej u LGBT.. Poprosilem o skomentowanie tego wyniku pewnego znanego skadinad aktywisty i w odpowiedzi uslyszalem, ze powodem jest zapewne
Zinternalizowana homofobia
Co to takiego? Stan, w ktorym osoba homoseksualna odczuwa awersje do samego siebie w momencie obiektywnego skonfrontowania swojej postawy z otaczajaca go rzeczywistoscia. Innymi slowy, kiedy homoseksualista doznaje swiadomosci swojej wlasnej odmiennosci od wiekszosci spoleczesntwa. Za periodykiem Medycznego Towarzystwa Gejow i Lesbijek
http://psychology.ucdavis.edu/rainbow/html/JGLMApre.pdf
¨Most children who grow up in the U.S. internalize societal heterosexism from an early age. Consequently, lesbians and gay men usually experience some degree of negative feeling toward themselves when they first recognize their own homosexuality in adolescence or adulthood. This sense of what is usually called internalized homophobia often makes the process of identity formation more difficult and can pose psychological challenges to gay men and lesbians throughout life (3 - 8). In the course of recognizing their homosexual orientation, developing an identity based on it, and disclosing their orientation to others — the process usually termed coming out — most lesbians and gay men successfully overcome the threats to psychological well-being posed by internalized homophobia. They manage to reclaim disowned or devalued parts of themselves, developing an identity into which their sexuality is well integrated (5).¨
Reasumujac, mamy wiec stan niezawiniony przez reszte spolecznestwa (ciezko obwiniac kogos, ze jest heteroseksualny lub homoseksualny) a dotykajacy przykrymi konsekwencjami jedynie jednostki homoseksualne. Dalej, mamy podane ze metoda radzenia sobie z problemami natury psychczicznej jest ¨coming out¨ czyli ujawnienie i zaakceptowanie swoich odmiennych sklonnosci. W porzadku - osoba uznaje, ze warto zgodzic sie z odczuwana przez siebie natura, ujawnia sie, trafia do ¨supportive environment¨ i zaczyna udzielac sie w jakims klubie gejowskim (jedno z kryteriow przyjete w metodyce Hatzebuehlera) a mimo to .... odsetek sklonnosci samobojczych u takich osob jest 400% wyzszy od sredniej. Czy nie jest to przypadkiem jakis powazny objaw, nie podpadajacy pod ¨wersje zdrowia¨?? Sytuacja jest powazna bo mowimy o ludzkim zyciu. A skoro srodowiska LGBT twierdza, ze winowajca jest zinternalizowana homofobia to jak mozna pomoc takiemu czlowiekowi? Ano na kilka sposobow (kiedys podpowiedzianych mi przez blogera @Matematyka):
1) wyplenic homoseksualiste z homoseksualisty - wowczas likwidujemy przyczyne zinternalizwoanej homofobii. Ale ...zaraz zaraz.. przeciez takie dzialanie to przejaw homofobii i dyskryminacji w czytej postaci!!!
2) przekonwertowac cala reszte spoleczenstwa na homoseksualistow - wowczas likwidujemy warunki do zaistnienia zinternalizowanej homofobii. Ale..obawiam sie, ze heteroseksualisci maja wtedy sluszne prawo protesteowac a gatunek ludzki mialby problemy.
3) izolowac homoseksualistow od heteroseksualistow. Ale ..to zbyt drastyczne, niehumanitarne i ograniczajace wolnosc zarowno jednych jak i drugich.
4) uznac, ze homoseksualizm ma jednak znamiona patologii i szukac metod pomocy ludziom o te pomoc proszacym.
Uprzedzajac ewentualny pytania czy zgryzliwe uwagi - bynajmniej nie zartuje i traktuje problem homoseksualistow cierpiacych z powodu swoich niechcianych i nieakceptowanych sklonnosci powaznie. Problem w tym, ze uznajac arbitralnie homoseksualizm za cos absolutnie fizjologicznego (i kwestionujac wszelkie terapie reperatywne jako szarlatanstwo, bo przeciez nie mozna leczyc czegos, co choroba nia jest) praktycznie uniemozliwiamy znalezienie pomocy przez ludzi, ktorym coming-out akurat nie pomogl w kondycji psychicznej.
A u was Murzynow bija....
To lubiany i powszechnie stosowany chwyt retoryczny. Jesli nie mozesz obronic w dyskusji swoich argumentow, szybko wyszukaj rzekomych niekonsekwencji na innym poletku u adwersarza i uzyj jako argumentu w biezacej dyskusji. I z takim czyms spotkalem sie rowniez przy okazji podobnej tematyki. Poszlo o celibat. Skoro homoseksualizm wypaczajacy biologiczny sens popedu plciowego jest patologia, to taka sama patologia musi byc zycie we wstrzemiezliwosci plciowej, gdyz staje ono wbrew naturze czlowieka. Niby tak, ale czy przypadkiem homoseksualisci nie argumentuja, ze przeciez homoseksualizmu sie nie wybiera ale sie z takim rodzi / wyksztalca niezleznie od woli? Skoro wiec nie mamy wplywu na wlasna orientacje seksualna czy uprawnione jest nazywanie patologia swiadomych, altruistycznych wyborow nad ktorymi czlowiek caly czas sprawuje pelna kontrole? Jesli odpowiedz brzmi ¨tak¨ i uznajemy celibat za patologie to prosze jedynie o odrobine konsekwencji. Przykladowo, oddawanie krwi jest czynnoscia, pomimo ze czesto altruistyczna, wybitnie niefizjologiczna. Naruszamy ciaglosc lozyska naczyniowego, narazamy sie na ryzyko infekcji no i do tego uszczuplamy pule wlasnej, jakze potrzebnej tkanki. Nie ma sprawy - jesli wiec swiadome wybory moga byc klasyfikowane jako patologia to za taka sama uznajemy zarowno celibat jak i honorowe krwiodawstwo. Mam nadzieje, ze widac juz absurd takiego ujecia sprawy? Zachowania altruistyczne sa charakterysytyczne dla tzw. gatunkow wyzszych a z pewnoscia czlowieka. Co altruistycznego jest w czynnym homoseksualizmie?
Odsłon: 685 Komentarzy: 23
Monday,23 January 2012,00:28
Kategoria: Fronda Monday, 23 January 2012, 00:28
Witam. Chcialbym zaprezentowac druga odslone cyklu wpisow poswieconych naukowej klasyfikacji homoseksualizmu. Tym razem, procz dyskusji nad samym zjawiskiem chcialbym rowniez pochylic sie nieco nad problemem dowodzenia prawdziwosci tez w nauce oraz prob przedefiniowania terminologii na potrzeby filozofii srodowisk skupiajacych LGBT.
Na poczatek wypadaloby przedstawic punkt wyjscia niniejszej dyskusji, czyli podstawowe definicje. I tak, definicja gatunku dla tzw. organizmow wyzszych (m. in. czlowieka) brzmi: gatunek to zbior osobnikow, ktore moga sie swobodnie ze soba krzyzowac i dawac plodne potomstwo. Nastepnie wypada przypomniec okreslenia podstawowych czynnosci zyciowych charakterystcznych dla organizmow wyzszych, do ktorych zaliczamy odzywianie, oddychanie, wydalanie, rozmnazanie a niekiedy takze ruch oraz percepcje zmyslowa. Na koniec pozostaje zdefiniowanie kryteriow uznania danych zjawisk za fizjologiczne lub patologiczne. I tak, zjawiska fizjologiczne to takie, ktore dzialaja w ramach wymienionych wczesniej podstawowych czynnosci zyciowych wraz ze wszystkimi mechanizmami istniejacymi na potrzeby ww. czynnosci. Z kolei zjawiska patologiczne to takie, ktore zaburzaja lub utrudniaja w jakikolwiek sposob podstawowe czynnosci zyciowe oraz wspierajace je mechanizmy. Mam nadzieje, ze powyzsze podstawy sa na tyle jasne i logiczne, ze nie podlgaja dalszej dyskusji. Przejdzmy zatem do szczegolow.
Czym poslugujemy sie przy klasyfikacji zjawiska fizjologicznego i patologicznego?
Z powyzszego logiczne wydaje sie, ze musimy patrzec na skutek, jaki dane zjawisko niesie dla podstawowych czynnosci zyciowych. Sam objaw bez zwiazku ze swoim skutkiem moze byc odbierany jedynie w kategoriach subiektywnej uznaniowosci, ktora z nauka nie ma nic wspolnego. i tak, wezmy na przyklad cechy takie jak kolor oczu lub lewo/praworecznosc. Ktos moze uznac, ze niebieskie oczy to cos normalnego, inny ze to wynaturzenie gdyz norma sa oczy czarne. Dywagacje tego drugiego nie maja sensu kiedy spojrzymy na skutek posiadania niebieskich oczu - zapewniaja taka sama percepcje wzrokowa jak oczy czarne i nie rzutuja na zadne czynnosci zyciowe. Przyjmujemy wiec, ze sa one ¨wersja zdrowia¨ i normalna wariacja barwy oczu u ludzi, bez znamion patologii. Podobnie - posiadanie lewej reki jako reki dominujacej w niczym nie wplywa na zdolnosci ruchowe czlowieka tak dlugo, jak dlugo czlowiek posiada obydwie, sprawne rece. Jak w takim ujeciu prezentuje sie homoseksualizm?
¨Wersja zdrowia¨ czy patologia?
Z twierdzeniami, iz homoseksualizm to ¨wersja zdrowia¨ lub tez normalna orientacja seksualana spoktalem sie juz wiele razy w komentarzach na Frondzie i nie tylko. Co wiecej, spotkalem sie tez z zarzutami jak to niby mozna porownywac normalna orientacje seksualna z dewiacjami seksualnymi. Przyjrzyjmy sie wiec, jak prezentuje sie homoseksualizm w kontescie naukowej i logicznej klasyfikacji norma/patologia.
Wyznacznikiem homoseksualizmu jest poped plciowy skierowany do wlasnej plci. Jest to objaw, ktory moze byc uznawany przez jednych za norme a przez innych za odstepstwo od normy. Z naukowego punktu widzenia odczucia ludzi co do objawu samego w sobie nie maja zadnego znaczenia, tak samo jak w przypadku koloru oczu czy leworecznosci. Idziemy zatem do skutkow, jakie powoduje homoseksualizm. Nie da sie ukryc, ze utrudnia (choc nie wyklucza) podstawowa czynnosc zyciowa jaka jest rozmnazanie. Wypacza biologiczny sens popedu plciowego, ktory jest mechanizmem sluzacym rozmnazaniu sie czlowieka. Mam nadzieje, ze nikt nie bedzie chcial kwestionowac sensu istnienia popedu plciowego jako wlasnie mechanizmu sluzacego przedluzeniu gatunku? Gdyby jednak ktos postanowil sie uprzec i argumentowac, ze przeciez poped plciowy moze sluzyc u czlowieka zupelnie czemus innemu niz rozmnazanie, jak np. zapewnieniu sobie przyjemnosci to coz... taka argumentacja ma bardzo krotki zywot. Bo co sie stanie, kiedy uznamy przyjemnosc za jakas czynnosc zyciowa? Konsekwencja wymagalaby, aby na norme uznac wszelkie sposoby zapewnienia sobie przyjemnosci niezaleznie od sposobu jej zapewnienia. I tak, norma musi byc pedofilia, masochizm, sadyzm, nekrofilia, zoofilia i wszystkie podobne o ile tylko prowadza do czyjejs subiektywnej przyjemnosci, ktora traktujemy jako cos nadrzednego w stosunku do reszty. Niestety, do takich wnioskow prowadza proby wypaczania logiki i sensu, ktorym nadaje sie dodatkowo atrybuty naukowosci. No bo skoro powiedzialo sie ¨A¨ to trzeba rowniez ¨B¨ a potem.... wroce do tego tematu pozniej, bo najwyrazniej coniektorzy juz mowia ¨B¨ i wcale sie z tym nie kryguja. Kontynuujac glowny watek,
Logika nakazuje uznanie homoseksualizmu za odstepstwo od normy.
Tyle mozna powiedziec na bazie powyzszego, nie wdajac sie w szczegoly. A wdajac sie w szczegoly? Skoro mamy do czynienia z wypaczeniem popedu plciowego a ten jest zakorzeniony w ludzkiej psychice to logika kazalaby widziec homoseksualizm jako zaburzenie psychiczne o blizej nieskalsyfikowamym lub tez niejednolitym podlozu. I taka wlasnie klasyfikacja homoseksualizmu obowiazywala do roku 1973, w ktorym to Amerykanskie Towarzystwo Psychologiczne (APA) postanowilo metoda glosowania wykreslic homoseksualizm z listy chorob psychicznych. Jak owo glosowanie odbylo sie, mozna przeczytac tu: http://www.equip.org/articles/is-homosexuality-an-illness- W skrocie, pomijajac wczesniejsze ekscesy na sympozjach APA organizowane przez homoseksualnych aktywistow, formularze do glosowania rozeslano do 25 tysiecy czlonkow, ktorych zapytano czy homoseksualizm powinien byc wykreslony z listy. Jedynie 25% wogole odeslalo swoje formularze (byc moze reszta uznala, ze samo glosowanie nad ustaleniem faktow ¨naukowych¨ jest kompromitacja) i wsrod owych 25% za wykresleniem opowiedzialo sie 58%. Ta decyzja stala sie poczatkiem przedefiniowywania pojec zwiazanych z tematem bez jakiejkolwiek podstawy. Decyzje APA jako uznanego w swiecie ogranu skupiajacego specjalistow podchwycily inne organa i odtad zaczal panowac poglad, jakoby wybitni naukowcy udowodnili, iz homoseksualizm jest wersja zdrowia czlowieka. Tymczasem owi ¨naukowcy¨ (uzycie cudzyslowu celowe, gdyz zaden szanujacy sie naukowiec nie bedzie ustalal faktow metoda glosowania) zwyczajnie potraktowali problem niczym wybory, gdzie nie trzeba niczego udowodnic a jedynie pozyskac wiekszosc dla swoich pomyslow. Ktos nieobeznany w nauce i metodyce naukowej powie: ¨dobrze, skoro wiekszosc specjalistow tak uwaza to nie mozna podwazac ich zdania na ten temat¨ albo, zeby bylo jeszcze smieszniej, wyjdzie z zalozenia jakoby dowodem bylo czyjes stanowisko w danej sprawie. Niestety, nawet tu czeka na nich niespodzianka. Otoz cztery lata pozniej magazyn TIME postanowil zbadac, jakie umocowanie wsrod czlonkow tego samego APA miala wczesniejsza decyzja. Oto, co ustalil:
¨The journal sent questionnaires to 10,000 members of the A.P.A., and compiled the first 2,500 responses. Of those answering, 69% said they believed "homosexuality is usually a pathological adaptation, as opposed to a normal variation," 18% disagreed and 13% were uncertain.¨
http://www.time.com/time/magazine/article/0,9171,948045,00.html
Coz, okazuje sie, ze ¨specjalisci¨ maja w wiekszosci zgola odmienne zdanie od wersji podanej publice do wierzenia. O tym jednak cicho i malo kto stara sie wrocic do zrodel sensu i wyjasnienia, skad nagle zmiana w klasyfikacji homoseksualizmu. Czy cos spektakularnego wydarzylo sie w tym czasie, co nakazywaloby przedefiniowac pojecia? Jakas para homoseksualistow spolodzila potomstwo, aby moc uznac ze homoseksualizm to jednak jedna ze sciezek fizjologicznego rozwoju czlowieka? Czy u homoseksualostow pojawily sie przystosowania natury anatomicznej, histologicznej czy jakiejkolwiek innej wychodzace naprzeciw ich orientacji? Otoz nie, ktos jedynie wymyslil, ze moznaby zaglosowac nad klasyfikacja danego stanu biorac za punkt wyjscia objaw a nie skutek. O konsekwencjach tej decyzji a takze o paradoksach jakie ona niesie, o braku przystosowan i jednoczesnym istnieniu przeciwwskazan, o probach argumentacji typu ¨a u was Murzynow bija¨ (vide celibat i jego niefizjologicznosc), oraz o ujeciu sprawy w kontekscie ewolucyjnym napisze niebawem w nastepnej czesci.
Link do czesci 3:
http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/homoseksualizm,_homofobia_i_nauka,_cz._3_33492
Odsłon: 622 Komentarzy: 22
Friday,01 June 2012,02:17
Kategoria: Polityka Friday, 01 June 2012, 02:17
Ostatnimi czasy Fronda zamiescila artykul o micie rzekomego przeludnienia. Zwolennicy tej teorii postuluja dzialania zmierzajace do ograniczenia liczebnosci naszego gatunku i znajduja poklask wsrod ¨postepowego¨ spoleczenstwa. Pytanie, czy zatem wyznajacy owa teze to ludzie kierujacy sie jakimis racjonalnymi przeslankami czy moze tzw. pozyteczni idioci. Mam nadzieje, ze niniejszy wpis pomoze ustosunkowac sie do tego nurtujacego pytania. Pytania niezwykle waznego, gdyz stawka jest przeciez ludzkie zycie - albo to, ktore w imie slusznosci pogladu nalezy ograniczyc, albo to, ktore zmierza do zaglady wskutek biernosci wobec rzeczywiscie postepujacego problemu. Opcji posredniej brak. Sprobujmy zatem przyjrzec sie jednemu z argumentow wytaczanych przez zwolennikow przeludnienia, mianowcie
Niemoznosci wyzywienia wzrastajacej liczby ludzi na Ziemii.
Ziemia ma ograniczone zasoby. Ta teza zdaje sie byc truzimem niemniej juz nie takim truzimem, jesli mowimy o biomasie. Tu jedynym z ograniczen jest po pierwsze doplyw energii z zewnatrz. Na to, bo mowa o Sloncu, nie mamy jako ludzie akurat zadnego wplywu i nalezy przyjac teze, iz wraz z koncem naszej gwiazdy z pewnoscia skonczy sie zycie na Ziemii jakie znamy. Drugim ograniczeniem jest szybkosc obiegu pierwiastkow tworzacych zwiazki organiczne. Na ten parametr akurat mozemy wplywac w ograniczonym stopniu, nie wdajac sie w szczegoly. Wypadkowa tych dwoch czynnikow decyduje o tempie, z jakim biomasa na naszej planecie moze sie odnawiac a wraz z nia trwac i nasz gatunek (coraz bardziej liczny). Pytanie, czy rzeczywiscie dotarlismy juz do punktu krytycznego? Mam nadzieje, ze z pomoca przyjda tu pewne dane:
Przyrost liczby ludnosci na Swiecie (http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/77/World-Population-1800-2100.png)

Widzimy zatem znaczny wzrost wspolczynnika funkcji liczby ludnosci od czasu po roku 1960 (niebieska linia). Wypada wiec sprawdzic, jak w takich warunkach ksztaltowala sie globalna produkcja zywnosci. Zrodlo: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Food_production_per_capita_1961-2005.png na podstawie http://earthtrends.wri.org)

Co widzimy? Ano produkcja zywnosci nie tylko nie spada wraz z silnym wzrostem liczebnosci ludzi w latach 1960-2005 ale ....rosnie w przeliczeniu na glowe kazdego mieszkanca naszej planety. Innymi slowy, im wiecej nas tym wieksza nawiazke zywnosci produkujemy (bo srednia globalna wielkosc zoladka raczej nie zwieksza sie na przestrzeni 40 lat). Ktos powie ¨no dobra, pokazcie dane za ostatnie 6 lat bo wykres konczy sie na 2005¨. Prosze bardzo, oto dane z szacunkow FAO (http://www.fao.org/worldfoodsituation/wfs-home/csdb/en/) dotczace produkcji, konsumpcji i zapasowzboz jako jednego z podstawowych skladikow odzywczych (zarowno wykorzystywaych bezposrednio oraz jako pasza dla zwierzat hodowlanych):

Dane potwierdzaja tylko to, co widzielismy na poprzednim wykresie - wzrost konsumpcji (jest nas przeciez wiecej na Swiecie) i idacy mu w sukurs wzrost produkcji a do tego mniej wiecej stala nadwyzka zapasow. Wniosek - zywnosci nie ubywa ale przybywa. Zatem z wszystkich przytoczonych tu danych wynika, ze:
Kurczenie sie zasobow zywnosciowych to wierutna bzdura na kolkach.
Czy zatem szybko moga sie skurczyc? Coz, jesli czlowiek wymysli, ze lepiej zabetonowac cala glebe zamiast pozwolic trawie (i innym roslinom) rosnac to ..moze. No ale to wcale nie takie proste, po pierwsze. Po drugie - mamy jeszcze oceany, ktore sa wrecz nieocenionym zrodlem biomasy i w wiekszosci niewykorzystanym, o czym swiadczy chocby zjawisko eutrofizacji. W skrocie, chodzi o przedostawanie sie nadwyzek zwiazkow biogennych (np. nawozow) do wod, w ktorych powoduja masowe zakwity glonow. ich masa jest na tyle duza, ze brakuje kolejnego ogniwa pokarmowego mogacego ja zasymilowac. Skutek jest taki, ze obumarle szczatki glonow i sinic opadaja na dno i tam, przy ograniczonym dostepie tlenu, zajmuja sie nimi mikroorganizmy beztlenowe (i procesy gnilne). Zanim chemobionty ¨zwroca¨ owa mase biogenna do obiegu, minie setki o ile nie tysiace lat a dno glebszych zbiornikow poktyje siarkowodor. Niestety, ale to przyklad z jednej strony na marnotrawstwo zasobow naturalnych a z drugiej - braku konsumentow wobec wysypu pozywienia. Niemniej wracajac do pytania, na ile wszelkie znaki na Ziemii i Niebie wskazuja, ze bedziemy cierpiec globalny glod z uwagi na zbyt duza liczebnosc? Spojrzmy na ekonomie (wolny rynek ponoc nie klamie).
Cena ziemii rolnej.
Gdyby zywnosc miala byc towarem deficytowym to kazdy czlowiek chcialby sobie zapewnic mozliwosc wlasnej, niezaleznej produkcji a do tego potrzebuje ....ziemii. Zywnosc (i ziemia rolna) bylaby priorytetem wycenianym przez rynek znacznie wyzej niz kawalek miejsca do spania i jedzenia. A jak jest obecnie? Przegladam ogloszenia i widze, ze metr2 dzialki budowlanej w srednim miescie moge sobie kupic za 40-100 PLN natomiast mert2 dzialki rolnej nawet za 2 PLN. Cena dochodzi do 30 PLN (ale jedynie w sytuacji, kiedy rysuje sie szanse przekwalifikowania na dzialke budowlana). Przyznam sie, ze nie sledzilem tych relacji w innych krajach ale spojrzalem napredce na te dane: http://www.ers.usda.gov/Briefing/landuse/aglandvaluechapter.htm , z ktorych wynika ze ceny ziemii rolnej zalezaly raczej od stop procentowych a nie ilosci ludzi na swiecie. Srednio 2000 USD za akr to jakies 7 PLN za metr2 na nasze czyli...bardzo podobnie.
Limity produkcyjne
Czy w przypadku braku zywnosci ktos o zdrowych zmyslach bralby sie za odgorne ograniczenie jej produkcji? Obawiam sie, ze rozsadne spoleczenstwo pokazaloby mu szybko, gdzie raki zimuja. Mamy zatem dwa wyjscia - albo nasze EU-nijne spoleczenstwo jest w wiekszosci (demokratycznej) glupie albo nie mamy problemu z globalna podaza zywnosci (trzecia mozliwosc to oczywiscie kombinacja obydwu powyzszych, do ktorej stety i niestety osobiscie sie sklaniam). Jesli zywnosci jest zbyt malo to nikt nie wymyslalby kar dla rolnika za zbyt obfite plony, zbyt wielkie zasiewy, zbyt duze poglowie swin czy zbyt wydajna produkcje mleka. Notabene, takiego absurdu nie wymyslil nawet batiuszka Stalin (za to wprowadzil raczej kartki) a wszystkie nadwyzki szly przemielone na konserwy dla wojska z 10-letnim okresem przydatnosci do spozycia. Co prawda polityka trzymania rzadzonych krotko za morde przyniosla szokujace efekty jak glod na Ukrainie przy braku jakiegokolwiek powstania tamtejszej ludnosci ale ..nie sadze aby ludnosc dzisiejszej Europy pozwolila sobie na cos podobnego. Dlatego niestety uwazam, ze zarowno eurokraci co to wymyslili system doplat za posiadanie arealow zamiast produkcji rolnej (i system doplat wogole) oraz popierajacy ten pomsyl wyborcy eurokratow nie grzesza inteligencja. Wszyscy stapaja po bardzo kruchym lodzie. Jakie moze byc logiczne wytlumaczenie systemu doplat bez wzgledu na produkcje? Ano takie, ze chodzi o utrzymywanie stanu gotowosci przez rolnika w razie pilnej potrzeby dostarczenia plodow rolnych. Innymi slowy, aby bylo komu uprawiac i nawozic ziemie bo kiedys moze byc potrzebna i aby ten ktos przypadkiem nie zmienil pracy. Tyle, ze zapomnieli eurokraci o jednym szczegole - mianowicie na papierze moga zarzadzic, iz za rok plony, zbiory, produkcja mleka, miesa itp. ma wzrosnac o 100% a w realu wzrosnie o tyle, ile sie da. I tak, nie mozna w miesiac czy rok zwiekszyc poglowia swin o 200.000 sztuk kiedy rokrocznie polityka wymuszala redukcje o np. 20.000. Nie da sie nagle produkowac 10 mln litrow mleka kiedy poglowie krow spadlo o 50% i obecnie daja 5 mln. Nie da sie obsiac milionow hektarow pol zbozem, kiedy ziarna wystarcza na setki tysiecy. Papier wszystko przyjmie, natura juz nie. I wystarczy jeden kataklizm, jedna kleska suszy a po niej powodz lub jedna zaraza aby polityka limitow produkcyjnych odbila sie wszystkim czkawka. Istotnie, lepiej juz chronic wlasny rynek np. clami zaporowymi na zywnosc produkowana rowiez na rodzimym rynku lub prowadzic skup interwencyjny (i posiadac zmagazynowana zywnosc) niz corocznie krasc podatnikom bajonskie sumy pieniedzy przewyzszajace wielokrotnie koszta interwencji i magazynowania aby pozniej rozdysponowac je rolnikom z narzuconymi limitami lub jedynie arealami, ktorzy w razie problemow nie sprostaja podazy. Tak czy inaczej, polityka UE nie wskazuje na to, aby ktokolwiek powaznie traktowal problem niedoboru zywnosci.
Biopaliwa.
Nosny temat. I modny, ¨zielony¨, slowem - trendy i cool. Ale przepraszam, jedno male pytanie - czy aby nie Ci sami ludzie, ktorzy postuluja przymusowe dodawanie do paliw bioomponentow (5, 10 a nawet 20%) z kukurydzy, rzepaku, soi, trzcny cukrowej, nie wciskaja nam ¨glodnych¨ kawalkow o glodzie z powodu przeludnienia? No coz, nie widzialem jeszcze czlowieka ktory rozwinalby srednia moc w ciagu godziny chocby 5 koni mechanicznych (za Tuwimem mozna powtorzyc: ...i chocby przyszlo tysiac atletow i kazdy zjadlby tysiac kotletow...) ale o ile pamietam to kultowy FIat 126P rozwijal tych koni 27. Dzisiejsze samochody rozwijaja ich grubo ponad 100, przejada na nich w godzine ponad 100 km i do tego celu potrzebuja jakies 5-10 litrow paliwa. Czlowiek zadowoliby sie z pewnoscia mniejsza iloscia oleju rzepakowego a w przypadku dylematu ¨zjesc czy byc glodny za to w samochodzie¨ z pewnoscia wybralby ¨zjesc¨ zamiast jazdy samochodem. Ostatecznie przeciez podmiotem jest czlowiek a nie auto. Tak wiec, panowie politycy, uprasza sie Was o odrobine powagi i jesli chcecie zarzadzic dodatek biokomponentow w paliwie wyprodukowanych kosztem zywnosci to jednoczesnie nie probujcie forsowac teorii o niedoborze zywnosci. Skoro mozna z niej robic paliwo dla samochodow to znaczy tylko tyle, ze dla ludzi musi byc jej wystarczajaco duzo. A moze zywnosc jest zbyt tania i nalezaloby w ten sprytny sposob podniesc jej cene i umozliwic konsumpcje jedynie tym, ktorych i tak stac na samochod? Ale, ale ... czy aby nie dochodzimy powoli do sedna sprawy???
Komu i dlaczego moga przeszkadzac ludzie?
Mysle, ze innym ludziom a dokladniej rzecz ujmujac - tym, ktorzy uwazaja sie za elite. Maja wszystko, czesto kosztem .... klikniecia myszka (tak wlasnie banki tworza pieniadz bez pokrycia, ktory pozniej pozyczaja na realny procent) i bardzo zalezy im na utrzymaniu takiego stanu rzeczy. Oczywiscie potrzebuja jakiejs liczby ludzi, aby mogla na nich pracowac a oni odpala nieco swoich wirtualnych pieniedzy (wszak pracownicy maja u nich kredyt, ktorego pokrycie wypracowuja sami na biezaco wiec jest z czego). I tak, elita reglamentuje swoim poddanym samochody, cukierki, chleb, ubrania poprzez kontrole podazy pieniadza na rynku. Ale problem powstaje wowczas, kiedy dookola znajduje sie zbyt wiele ludzi, elicie akurat do niczego niepotrzebnych. Przeciez pewnego pieknego dnia ta rzesza ludzi moze pojsc po rozum do glowy, zorganizowac sie i powiedziec cos w stylu: ¨od dzis nie uznajemy waszych pieniedzy a jedynie swoja prace¨ i przestac sie wymieniac praca za pieniadze bankierow. Pieniadze, ze ktore nikt nie chce sie wymianiac staja sie bezwartosciowe a wlasciciele tych pieniedzy traca jakakolwiek wladze. Chwile pozniej owe rzesze ludzi stworza swoj wlasny pieniadz i okaze sie, ze bankierzy nie maja pokrycia swoich srodkow platniczych w czymkolwiek (wszak caly system rezerw czastkowych oparty na dlugu/kredycie nie ma oparcia w realnych dobrach). A kiedy to wyjdzie na jaw, ludzie zaczna zastanawiac sie jakim prawem owe elity i korporacje posiadly ziemie, nieruchomosci, surowce itp. i zaczna owo prawo kwestionowac. Zrobi sie niewesolo dla ¨elity¨. Dlatego elita zrobi wszystko, aby ludzi nie bylo zbyt wiele (tylko tyle, ile potrzeba aby na NICH pracowalo i dalo sie upchnac w ramy systemu ¨rzadz i dziel¨) i wymysli kazdy sposob, aby jakos to umotywowac. A to widmo glodu jako skutku nadmiernego rozmnazania sie ludzi, a to globalne ocieplenie i podatek za emisje gazow (gdzie wszelkie zmiany klimatu maja byc antropogenne a ostatecznie wprost proporcjonalne do liczny ludzi), w koncu aborcje jako prawo wyboru kazdej oswieconej kobiety. Lubia tez dawac przyslowiowa rybe zamiast wedki glodujacym i jednoczesnie uzaleniajac przydzial tej ryby od ¨polityki kontroli urodzen¨. W sumie na miejscu elity tez balbym sie o wlasny tylek - stanowiac malutki odsetek populacji a skupiac 90% wszystkich dobr na naszym globie..... oj, niebezpiecznie moze byc a juz szczegolnie, kiedy zamiast dbac (jak na elite przystalo) o rownomierny rozwoj calego globu produkuja pieniadz bez pokrycia jedynie na swoje potrzeby... Przyklad zywnosci pokazuje bezsprzecznie, ze cos na tym swiecie jest nie tak, jak logika nakazuje. Przy nadwyzce zywnosci mamy glod? Przy niespelnionych ludzkich potrzebach mamy bezrobocie? A to wszystko przy niesamowitym skoku cywilizacyjnym w ostatnim wieku? Zdaje sie zatem, ze albo kuleje wymiana, albo srodki wymiany sa ¨lipne¨albo ktos nieuczciwie wycenia prace innych - to takie trzy wnioski bez wdawania sie w szczegoly.
Luzne przemyslenia zwiazane z tematem.
Co to znaczy ¨rodzina wielodzietna¨?
Od ilu dzieci takowa sie zaczyna? Warto przemyslec, gdyz ostatnio osoba posiadajaca trojke dzieci jest postrzegana jako ewenement. Tak wiec, przy sredniej dlugosci zycia w naszym kraju (ok, 75 lat) zwykla zastepowalnosc pokolen zapewnia nam jakies 2,13 dziecka na pare. Poniewaz czesc par nie rozmnaza sie z takich czy innych wzgledow a czesc ludzi nigdy nie laczy sie w pary, nalezy przyjac ze dopiero trojka dzieci zapewnia nam utrzymanie stalej liczebnosci. Coz, czy dzisiejszy swiat zdaje sie racjonalnie pozwalac na posiadanie trojki dzieci? Ile to teraz kosztuje (czasu wyjetego z innych ¨obowiazkow¨, pracy, pieniedzy) pomimo ze gro zadan odwalaja za nas maszyny i komputery? Czy to nam tak bardzo pozmienialy sie priotytety, czy swiat zwariowal czy to taka a nie inna polityka okreslajaca, ze szary czlowiek ma miec jedynie czas na prace i pieniadze na siebie? Jak dawali rade nasi przodkowie jeszcze sto lat temu, bez pralek, lodowek, samochodow czy komputerow?
Kto tak naprawde sie rozmnaza?
Okazuje sie, ze czlowiek jako czesc przyrody ozywionej podlega, czesto nieswiadomie, jej prawom. I tak, strategia na przetrwanie gatunkow bytujacych w ciezkich i trudnych srodowiskach, zagrozonych duza smiertelnoscia bylo ... intensywne rozmnazanie sie . Z kolei gatunki poddane nieco mniejszej presji selekcyjnej rozmnazaja sie w sposob relatywnie ..umiarkowany. Patrzac na Europe, Ameryke Pln czy Japonie zastanowmy sie, czy wlasnie nie mamy zywego przykladu na dzialanie tego prawa. Dla kontrastu - warto spojrzec na Afryke, Indochiny czy srodkowy wschod. Czy istnieje szansa, ze po unormowaniu sie warunkow bytowania tamze rozmnazanie nie zacznie przegrywac z konsumpcja?
Odsłon: 883 Komentarzy: 30
Thursday,01 March 2012,01:29
Kategoria: Fronda Thursday, 01 March 2012, 01:29
Witam w Nowym Roku. Niestety, juz jego pierwszy dzien pokazal, ze ¨stare¨ ma sie niezle i zmian bynajmniej nie widac. Mam na mysli wyczyny frondowych trolli. Po cichu liczylem, ze z biegeim lat jakos sie ucywilizuja i posiada pewna, dosc pozadana w dyskusji ceche jaka jest uczciwosc i minimum honoru. I tu nasz niezawodny troll (jak sam siebie okresla na pewnym poczytnym portalu) Elvgreen szybko wyprowadzil mnie z bledu. I tak, ow dziennikarz z onetowej laski byl uprzejmy popelnic artykul na moj temat zatytulowany : ¨Jebaka-teoretyk czyli Marcin 30006¨ i umiescic go na swojej malo popularnej stronie internetowej imitujacej Fronda.pl. Zeby zbytnio nie omawiac tresci, gdyz ta w swojej wymowie stanowi wrecz arcydzielo ¨dziennikarstwa¨, oddajmy glos samemu autorowi. Oto print-screen z jego strony z dnia 1 stycznia 2012:

Co zatem trzeba zrobic, aby zasluzyc na miano ¨jebaki-teoretyka¨. Ano nic prostszego, jak wdac sie w dyskusje z Elvgreenem :) To naprawde proste, wystarczy znalezc temat, w ktorym zaistnieje roznica zdan z wymienionym dyskutantem. I tak, niegdys spieralsmy sie w kwestii czy karcenie fizyczne dzieci jest odpowiednim srodkiem wychowawczym. Dla Elvgreena bicie i karcenie to synonimy (wnioskowalem, ze skoro tak, to musi znac tylko bicie lub nie zna ani jednego ani drugiego pojecia z autopsji). Zadal mi pytanie jak zatem odroznic karcenie od bicia, na ktore odpowiedzialem, iz roznia sie po pierwsze motywacja i intencja (tu zawsze troska o dobro dziecka i ochrona przed zagrozeniami) a po drugie skutkami ocenianymi w dluzszym okresie. Moja definicja najwyrazniej nie spodobala sie ale Elvgreen postanowil pojsc w off-topa i koniecznie dowiedziec sie, czy mam dzieci. Coz, to zaden argument w dyskusji wiec odmowilem odpowiedzi na pytanie co Elvgreen szybko zinterpretowal jako odpowiedz ¨nie¨. W nastepnych dyskusjach (zawsze w momencie, kiedy tracil grunt pod nogami) wracal do tego tematu i dopytywal sie o moje dzieci z wlasciwa sobie, glupawa ironia. Po pewnym czasie jego dociekania zamienily sie w pewnosc, okraszona rownie glupawymi zaczepkami jak ta ponizej:

Byl laskaw nawet wywnioskowac z mojego awatara, ze z pewnoscia nie mam nie tylko dzieci ale nawet dziewczyny (taki z niego jasnowidz-amator). Jako, ze ignorowalem jego prowokacje a w Elvgreenie cisnienie wzbieralo (w miedzyczasie przeciez zbieral baty w dyskusji na racjonalne argumenty, o czym za chwile), facet w koncu nie wytrzymal i dal upust swoim negatywnym emocjom w stylu dotad niespotykanym. Tak wiec nie tylko naklamal na moj temat publicznie (nic nowego) ale na dodatek zostalem ¨jebaka-teoretykiem¨. W momencie, kiedy odbieralem to malo zaszczytne miano, obok mnie na sofie siedziala moja kochana Zona z nasza malutka Coreczka. Na poczatku pomyslalem, ze w ramach rozrywki pokaze jej to arcydzielo dziennikarstwa z moim komentarzem w stylu ¨Spojrz, Kochanie, gdzies tam daleko w Poznaniu siedzi przed kompem jakis kretyn, ktory w zyciu nie widzial nas na oczy ale domaga sie uznania, ze nie istniejecie a nasze pozycie malzenskie okresla per ¨jebanie¨. Szybko jednak zreflektowalem sie, ze przeciez dla mojej Zony to zadna rozrywka, bo widziala w swoim zyciu juz sporo glupkow, prymitywow i chamow wiec niepotrzebnie zaprzatac jej glowe jeszcze jednym aby jej obraz swiata byl bogatszy. Pomyslalem, ze moze zamiast Jej warto zainteresowac pania Katarzyne Kozanecka z portalu Onet.pl, ktora dwa lata temu rozpisywala sie w superlatywach o naszym trollu: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ludzie-onetu-elvgreen,1,3352724,wiadomosc.html
¨Jest bardzo aktywnym użytkownikiem serwisu, czasami publikuje więcej niż jeden artykuł dziennie. Tematyka, jaką porusza, jest dość szeroka - od ekonomii, poprzez politykę, tematy ogólnospołeczne, kulturalne, po felietony na podstawie doświadczeń z własnego życia oraz z życia rodziny. Ma wyraziste poglądy - i choć można się z nimi nie zgadzać, to nie sposób obok artykułów Elvgreena przejść obojętnie.¨
Jestem wrecz pewny, ze pani Katarzyna nie przeszlaby wobec tego artykulu obojetnie ale pomyslalem... coz, kobieta Bogu ducha winna, chciala napisac artykul o Elvgreenie w jaknajlepszej wierze i to nie jej wina, ze w miedzyczasie facet bardzo obnizyl loty. Po co stresowac ja w Nowym Roku?
I tak stwierdzilem, ze moze nalezy powtorzyc za Sw. Szczepanem ¨Panie, wybacz mu bo nie wie, co czyni¨ Gdyby jednak zrozumial, co czyni (a jest promyk nadziei, bo podobno zmienil tytul swojego felietonu) to trzeba mu powiedziec ¨idz w pokoju i nie grzesz wiecej¨ bo slawa Twoich czynow szybko Cie dogoni. Wybaczam Ci, Elvgreen i pilnuj sie nieco bardziej na przyszlosc.
A teraz pokrotce, dla tych co nie w temacie, o pozostalych klamstwach Elvgreena w ww. artykule. Klamstwo o rzekomej niemoznosci wyjasnienia roznicy miedzy skutkami leczenia chorych na raka a zaplodnienia in vitro dosc obbszernie opisalem tu:
Nawiasem mowiac, blog odwiedzilo grubo ponad 2000 osob, w tym redaktorzy pewnego periodyku firmowanego przez profesora UJ i poprosili mnie o przelanie czesci moich tez na papier. Artykul wydany w lipcu 2011 roku, naklad 2500 egz. plus powielony w wielu mediach elektronicznych. Jestem wdzieczny i jednoczesnie dzieki temu widze sens pisania na Frondzie. Szukaj, Elvgreen, moze sie dowiesz czegos ciekawego (do nabycia rowniez w EMPIK-u) :)
Kolejne klamstwa tutaj:
http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/nowe_klamstwa_elvgreena_32027
a co do kwestii Tokio i Nowego Jorku w kontekscie rzekomego przeludnienia i braku zywnosci, odsylam do zrodla czyli toczacej sie dyskusji (tam Elvgreen wystapuje pod nickiem zarowno wlasnym jak i Flickr3, gdyby admini nieopatrznie go wycieli, sluze kompletnymi print-screenami)
http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/bezsens_kontroli_populacji_17995/strona/1
Warto zauwazyc, ze skrytykowal moj ¨truizm¨ i upieral sie przy istnieniu problemu przeludnienia. Nastepnie, kiedy dostal dane pokazujace, iz przy geometrcznym wzroscie liczebnosci ludzi na swiecie wzrasta rowniez produkcja zywnosci per capita oraz dane BS mowiace o 3400 kcal dla kazdego mieszkanca Ziemii na chwile obecna, uznal, ze dalej tezy bronic sie nie da wiec ... Dolozyl co nieco od siebie do opisu mojego ¨truzimu¨ (aglomeracje Delhi) coby wypaczyc sens wypowiedzi a truzim (ktory wczesniej krytykowal za samo bycie truizmem) nagle przestal byc truizmem i .....gotowe :P Polecam goraco...
Odsłon: 633 Komentarzy: 16
Thursday,24 November 2011,22:44
Kategoria: Fronda Thursday, 24 November 2011, 22:44
Niebieski troll zdemaskowany ponad rok temu nadal klamie w najlepsze. Tym razem postawil na inna taktyke, mianowicie zalozyl strone, ktora skupia sie na relacjonowaniu frondowych dyskusji, oczywiscie z pewnymi "komentarzami adautorskimi". Coz, jedyny sposob aby pokazac swoim fanom, ze jednak nie zebralo sie batow w dyskusji i bylo zupelnie inaczej :) Z ciekawosci zajrzalem na ow portal i ze zdziwieniem przezytalem relacje Elvgreena, jak to niby prowadzil ze mna dyskusje. Chcialem odpisac tamze pokazujac wszelkim czytelnikom, do jakiego stopnia autor jest niewiarygodny i zwyczajnie łże, niemniej dodanie komentarza wymaga rejestracji a tego robic nie zamierzam. Tak wiec, skupie sie na klamstwach tutaj, jesli ktos chcialby to zweryfikowac z rzeczywistoscia.
Wezmy przykladowo podstrone: http://dvd.civ.com.pl/afrond/index.php/artykuly/138-cud-odrosnietej-nogi
Oto, co napredce znalazlem na swoj temat:
"Marcin jest za biciem dzieci, stąd moja złośliwość"
Od dawna prosilem o cytat, w ktorym rzekomo jestem za biciem dzieci. Do dzis nie otrzymalem. Moze zatem wykaze sie na wlasnej stronie i wrzuci?
Ten fragment odnosci sie do dyskusji, ktora Elvgreen skompromitowal sie ponad rok temu, kiedy to nie potrafil zakumac jak jest roznica pomiedzy in vitro a ratowaniem dzieci chorych na nowotwory:
"Ale takie tłumaczenie prowadzić musiałoby analogicznie do konkluzji, że ratowanie dzieci chorych na raka (nowoczesna medycyna czyni cuda), też przyczynia się do osłabienia gatunku, więc może zakażmy ratowania dzieci chorych na choroby genetyczne. Gdy mu to wyjaśniłem, zaczął uciekać w jakiś pseudonaukowy bełkot. "
Prosze, dla zainteresowanych ow "pseudonaukowy belkot":
Tam Elvgreen pisal pod nickiem "Druga Wolta" i niestety jego wypowiedzi zostaly usuniete, co uwazam za glupote adminow - kazdy moglby zobaczyc na ile niekumaty to osobnik i jak klamie. Oczywiscie nie pisal, ze chodzi o choroby genetyczne ale o nowotwory ogólnie. Po drugie osoby obciazone genetycznie w stopniu uposledzajacym funkcje zyciowe nie rozmnazaja sie dalej wiec wyimaginowany problem nie istnieje -co rowniez zostalo mu wyjasnione (do zweryfikowania w podanym linku). No chyba, ze komus przyjdzie do glowy wlasnie stosowanie technik IVF :)
Tu relacjonowanie dyskusji sprzed miesiaca, gdzie Elvgreen byl laskaw cytowac badania na popracie swoich tez. Jedyny problem to taki, ze owe badania dokladnie jego tezom przeczyly a oto jak calosc zrelacjonowal:
"Powołałem się na jakieś badania w kontekście bicia. Stwierdziłem, że bicie jest złe. We wskazanych badaniach znalazł, że 75% ludzi otrzymywało kary cielesne i przeważająca większość z nich uważa, że została dobrze wychowana. Wysnuł z tego wniosek, że bicie (kary cielesne) nie są złe. Jakby coś piernik miał do wiatraka.
a dyskusja wygladala tak (tu wpisy Elvgreena rowniez usuniete):
Elvgren insynuowal mi, ze jestem skrzywdzony i krzywdze innych poniewaz bylem karcony przez rodzicow. Zapytalem sie, na jakiej podstawie rzuca takie insynuacje. Odpowiedzial, ze ma prawo do takiego wniosku opierajac sie na badaniachMillward Brown SMG/KRC z 2008 r, z ktorych rzekomo mialo wynikac, ze "Badania wykazują, że osoby bite biją a bicie jest krzywdzeniem". Zajrzalem do tych badan i oto co znalazlem: "W grupie osób, które doświadczyły w młodości kar fizycznych, tylko 8% oceniło, że kary te negatywnie wpłynęły na ich dalsze życie, 32% osób uznało, że nie miały żadnego wpływu, a 43%, że miały wpływ pozytywny – “wyszło im na dobre”. Nie potrafiło dokonać jednoznacznej oceny 17% osób.¨
Zapytalem wiec: "Powiedz, przeczytales choc te swoje badania? Jesli tak, to jakim cudem wyszedl Ci wniosek, ze dzieci karcone fizycznie sa krzywdzone? Bo z tych ¨badan¨ akurat wynika cos odwrotnego :P "
Tutaj nasz klamca sie zapienil i zaczal cos bredzic o tym, ze "¨Każdy uważa, że został dobrze wychowany, a to musi prowadzić do wniosku, że był dobrze wychowywany." To samo zreszta powtorzył na swojej stronie. Tymczasem, w cytowanych badaniach pytanie o wychowanie i jego ocene (tymbardziej w zestawieniu z karceniem) nie padlo wogole wiec Elvgreen dopowiedzial sobie cos na potrzebe swojej argumentacji. Nagle jego dopowiedzenie stalo sie ..faktem, ktory zapewne rowniez wynika z badan :)
I to tyle bardzo pobieznie o wiarygodnosci frondowego trolla z niebieskim avatarem :)
Odsłon: 859 Komentarzy: 25
Sunday,10 July 2011,18:30
Kategoria: Polityka Sunday, 10 July 2011, 18:30
Akurat w tytule dobrze pasowal skrot pewnej partii politycznej ,ale rownie dobrze w nawias mozna wstawic inne skroty... nie o partie chodzi w tym przypadku. Wybory tuz tuz, zapewne po wyborach czekaja nas przepychanki sejmowe: kto z kim i za ile (za co) w koalicji, targi polityczne, podbieranie poslow i robienie przez nowowybranych poslow dobrej miny do zlej gry. Bo coz, oto posel staje przed dylematem - czy glosowac zgodnie z sumieniem czy moze podporzadkowac sie zalozonej odgornie dyscyplinie klubowej (ktos powie, ze polityka to gra zespolowa) czy moze podkulic ogon i nie stawic sie na glosowanie pod pretekstem... posel moze wybrac z wielu opcji czy i jesli tak, to jak umyc rece od odpowiedzialnosci.
Tymczasem nikt nie zauwaza, ze w tak zwanej ¨polityce¨ ginie nadrzedny sens demokracji posredniej czyli sens istnienia poslow i poslanek. Maja oni reprezentowac nasze interesy. Jak czesto mamy wrazenie, ze reprezentuja cos dokladnie odwrotnego? Patrzac nawet na badania opinii publicznej, kiedy wiekszosc opowiada sie za rozwiazaniem przeciwnym do tego optowanego przez towarzystwo z Wiejskiej, to pytanie - czyje interesy reprezentuje sejm??
Czy mozemy cos w zwiazku z tym zrobic? Tak, nalezy wrocic do zrodel demokracji czyli wladzy ludu. Kiedy wielkie spolecznosci nie mogly zebrac sie w jednym miejscu w celu podjecia wspolnej decyzji, wybieraly swoich przedstawicieli. Z czasem slowo ¨przedstawiciel¨ stracilo sens, gdyz suweren czyli narod stracil nad swoimi przedstawicielami jakokolwiek kontrole poza momentem wybrania ich. Czy ktos zadal sobie pytanie, na ile wobec postepu technicznego moglby wygladac powrot do demokracji bezposredniej? Mamy internet, komputery, bazy danych, przez internet mozemy rozporzadzac swoimi finansami, dokonywac zakupow, nawet podpisywac dokumenty poprzez podpis elektroniczny.
Dlaczego nie mozemy wiec glosowac nad ustawami, ktore bezpodrednio nas dotycza?
Dlaczego musimy byc zdani na laske przedstawicieli, ktorzy z kolei robia laske, ze zjawia sie wogole na glosowaniu (mimo, ze ta czynnosc lezy w zakresie ich obowiazkow, sowicie oplacanych)?
Dlaczego przestajemy miec jednoczesnie kontrole nad swoim przedstawicielem oraz kontrole nad ustawami przyjmowanymi w naszym imieniu (przeciez to my dalismy mandat poslowi, ktorego wybralismy)?
Proponuje domagac sie zmiany konstytucji, ktora zapewni zwyklym obywatelom mozliwosc sprawowania wladzy ustawodawczej, na poczatek rownoleglej do wladzy parlamentu. Czy jesli obywatele zloza przykladowo projekt obywatelski (wymagajacy kilkaset tysiecy podpisow), projekt, ktory cieszy sie poparciem wiekszosci spoleczenstwa to dlaczego jacys ¨przedstawiciele¨ maja orzekac, czy taka wlasnie jest wola narodu? Narod moze sie wypowiedziec sam a na obecnym etapie techniki argumentacja, ze nie pozwalaja na to mozliwosci techniczne, jest przynajmniej smieszna. Rozwiazanie jest bardzo proste - inicjatywa ustawodawcza nalezy zarowno do parlamentu, prezydenta jak i do narodu po zebraniu odpowiedniej ilosci podpisow pod projektem ustawy. Projekty obywatelskie sa glosowane przez obywateli na drodze ogolnonarodowego glosowania, w ktorym wszyscy zainteresowani moga sie wypowiedziec poslugujac sie podpisem elektronicznym. Nie moze byc tak, ze wola narodu jest ignorowana lub odsuwana na blizej nieokreslona przyszlosc przez grupe 460 osob. Czy sa one madrzejsze od calego narodu? Otoz nie, w wielu przypadkach ich IQ jest nawet nizsze od przecietnego Polaka. W koncu, podobno wszyscy obywatele sa rowni wobec prawa. Prawo zas stanowi suweren czyli narod. Czy aby przypadkiem obecny system nie wykreowal nam rowniejszych oraz suwerenu samego w sobie, ograniczajacego sie do wladz partyjnych? Czas z tym skonczyc.
Odsłon: 207 Komentarzy: 0
Friday, 13 April 2012
Monday, 14 May 2012
Sunday, 15 April 2012
Friday, 18 May 2012
