
Friday,04 May 2012,22:44
Kategoria: Kościół Friday, 04 May 2012, 22:44
Dusza mistyczna – kapucynka, błogosławiona Maria Magdalena, żyjąca w wieku XVIII (Włochy), miała wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej. Pragnęła poznać, jakich udręk doznał Chrystus w nocy przed swoją śmiercią. Toteż Pan Jezus, spełniając jej życzenie, objawił jej co ucierpiał w tę noc po pojmaniu. Pan Jezus powiedział jej: Żydzi uważali Mnie za największego złoczyńcę i znęcali się nade Mną -
1.Powiązali liną moje nogi i ciągnęli Mnie po kamiennych schodach do lochu. Następnie wrzucili Mnie do cuchnącej ciemnicy, pełnej nieczystości.
2.Zdarli ze Mnie szaty i kłuli włóczniami.
3.Związanego sznurami ciągnęli po ziemi, rzucając od ściany do ściany.
4.Zawiesili Mnie na belce, na luźnym sznurze, który się rozwiązał i spadłem na ziemię. Tą torturą rozbity, płakałem krwawymi łzami.
5.Przywiązali Mnie do słupa i ranili Moje Ciało na różne sposoby. Rzucali we Mnie kamieniami i przypalali rozżarzonymi węglami i pochodniami.
6.Przebijali Mnie różnymi ostrymi narzędziami i rozrywali skórę i ciało.
7.Przywiązanemu do słupa podsuwali pod bose stopy kawałki rozżarzonego żelaza.
8.Na głowę wgnietli Mi żelazną obręcz i zawiązali oczy brudną szmatą.
9.Posadzili Mnie na stołek, na którym w siedzeniu było pełno najeżonych gwoździ, i one to wyryły w Moim Ciele głębokie rany.
10.Na Moje Ciało wylali rozpalony ołów i smołę, potem gnietli Mnie na stołku pełnym gwoździ, które coraz głębiej wbijały się w Moje Ciało.
11.Na Moje poniżenie i udrękę powtykali druty w miejsce wyrwanej brody.
12.Rzucili Mnie na belkę i przywiązali do niej tak ciasno, że zupełnie nie mogłem oddychać.
13.Gdy tak leżałem na ziemi, deptali po Mnie, a jeden z oprawców, stawiając nogę na Mojej piersi, przebił Mi cierniem język.
14.Do ust wlali Mi ohydne wydzieliny i obsypali najgorszymi wyrazami.
15.Związawszy Mi ręce do tyłu, rózgami wypędzili z więzienia.
Potem Pan Jezus powiedział :
Córko Moja, rozważaj codziennie objawione Ci cierpienia i ofiaruj je Ojcu Niebieskiemu za grzechy ukryte, bo one niezmiernie ranią Moje Serce. Szczególnie gdy dusze ukrywają je przy świętej spowiedzi. Pragnę, abyś wszystkim obwieściła tych piętnaście zakrytych cierpień, by każde z nich uczczono. Kto codziennie chociażby jedną z piętnastu tortur z miłością ofiaruje Bogu i gorliwie odmówi poniższą modlitwę, otrzyma nagrodę w Dzień Sądu.
M o d l i t w a
Mój Panie i Boże! Pragnę nieustannie czcić Twoje ukryte cierpienia i Twoją Najdroższą Krew przelaną w ciemnicy. Po niezliczone razy bądź uwielbiony, pochwalony i uczczony mój Panie Jezu, miłości najgodniejszy. Niech nieustannie czczą Ciebie Najświętsza Maryja Panna, chwalebne Chóry Anielskie i wszyscy święci. Niech wielbią Twoje Serce Przenajświętsze, Twoją Krew Najdroższą, Twoją Boską Ofiarę i Twój Przenajświętszy Sakrament. Chwałę, cześć i uwielbienie niech oddadzą Ci wszyscy ludzie i teraz i na wieki. Po wielokroć razy o mój Jezu pragnę Ci dziękować, czcić i uwielbiać jako akt wynagrodzenia za wszystkie przez Ciebie doznane zniewagi i pragnę należeć do Ciebie ciałem i duszą.
Tyleż razy żałuję za moje grzechy, przepraszam za nie Ciebie, o mój Jezu, Panie i Boże. Równocześnie proszę o przebaczenie i miłosierdzie nad nami. Twoje nieskończone zasługi ofiaruję Ojcu Przedwiecznemu na wynagrodzenie za moje grzechy i o odwrócenie kar, na które zasłużyłem. Mocno postanawia zmienić moje życie i proszę o Panie, aby ostatnia godzina mojego życia, jak również moich najbliższych oraz wszystkich grzeszników całego świata była pełna szczęśliwego pokoju. Proszę także o uwolnienie dusz czyśćcowych, tych mi najbliższych wszystkich w czyśćcu cierpiących.
To miłosne uwielbienie i wynagrodzenie ponawiać pragnę każdej godziny dnia i nocy, aż do ostatniej chwili mojego życia.
Proszę Cię, najukochańszy Jezu, abyś te moje szczere pragnienie w Niebie zatwierdził i nie dopuść, aby ktokolwiek przeszkodził mi w realizacji mojego postanowienia.
K o r o n k a
Na uczczenie piętnastu tortur Pana Jezusa przeżytych w ciemnicy.
Na początku Różańca:
Ojcze Niebieski ofiaruję Ci ukryte Męki, jakie Pan Jezus wycierpiał w nocy przed swoją śmiercią, na wynagrodzenie za grzechy moje i grzeszników całego świata.
Zamiast Ojcze nasz:
Najsłodszy Jezu, racz przyjąć skromny dar mojej miłości, przez który pragnę Cię pocieszyć.
Zamiast Zdrowaś Maryjo:
O mój Jezu, kocham Cię i uwielbiam za Twoje tortury i Krew przelaną w ciemnicy.
Na zakończenie trzy razy:
„ Któryś cierpiał za nas rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami”
Odsłon: 94 Komentarzy: 3
Wednesday,03 October 2012,10:59
Kategoria: Modlitwa Wednesday, 03 October 2012, 10:59
Obejmij mnie Panie
Ramionami z Twojego krzyża
Bo już nie mam sił
By dalej pójść
Na moją Golgotę
Ukryj mnie w ranie Twego Serca
Przed wrogiem potężnym i zjadliwym
Przed włócznią wbijaną wprost w serce
Ty wiesz jak boli niesprawiedliwość
I rany zadane przez zazdrość i nienawiść
Ty wiesz jak rani cierń
Wbijany wprost w serce przez kogoś
Kto nazywał się przyjacielem
Mój Cyrenejczyk woli po pracy na roli
Spokojnie zaszyć się w cieniu
Pod drzewem na swoim podwórku
Nie straszne mu kuksańce żołnierzy
Przymuszających go do podjęcia nie swojego krzyża
Który przecież był i jego
Moja Weronika zapomniała wziąć okulary i chustę
Więc nie widzi cierpienia
I nie ma czym otrzeć skrwawionej twarzy Ciebie
- Zbawiciela
Ukrytego pod maską bliźniego
Moje przydrożne niewiasty
Zapatrzyły się w wydumane losy
Serialowych bogiń
I wpatrując się każdego poranka
W swe odbicie w lustrze
Wypatrują podobieństwa
Do blond piękności
Po drugiej stronie ekranu
To jej miłostki wyciskają ich łzy
Bo tylko tamten świat jest dla nich realny
Kaci doskonale wiedzą jak uderzać
By bardziej bolało
Wszak ukończyli kursy
Na doskonałych dręczycieli
Czytając podręczniki kolorowych piśmideł
I zostali przeszkoleni przez samych mistrzów
- według wyszukanych w brutalności
Scenariuszy łowców Oskarów
Pozostała mi jedynie Twoja Matka
Tylko Ona zachowała wrażliwość
Taką samą jak przed dwoma tysiącami lat
I Ty
Bóg
Miłujący jak nikt dotąd
I mój krzyż
dopasowany ściśle do moich win
I możliwości
Moja droga krzyżowa
Z upadkami
I rozkrzyczaną publicznością
Żądną widoku cudzego cierpienia
Więc wołającą jak podczas Twojej
„Ukrzyżuj, ukrzyżuj!”
Panie
Daj siłę by dojść
Daj siłę
By wytrwać
Daj siłę
By nie pamiętać zranień
I niesprawiedliwych biczujących osądów
Wciskających na głowę koronę cierniową
I wbijających gwoździe w ręce i nogi
By zadawać rany i krzyżować bliźnich
Jeśli nie na Golgocie
To przynajmniej
W myślach i sercu
Panie
Odpuść im
Bo w swoim zaślepieniu
Nie wiedzą co czynią
I nie zdają sobie sprawy
Że raniąc bliźniego
Ranią przecież Ciebie
Odsłon: 184 Komentarzy: 8
Tuesday,03 April 2012,19:17
Kategoria: Polska Tuesday, 03 April 2012, 19:17
+++
pamięci ofiar katastrofy kolejowej pod Szczekocinami
W przerażającym mroku
Kołysani monotonnym turkotem kół
Wjechali w wieczność
I nic już nie będzie takie same jak przed chwilą
Dwie jednakowe obrączki
Znak że szli przez to życie razem
I razem odeszli w inne
Osierocony bagaż to nic
Gdy daremnie czeka ktoś na tego
Kto do niego spakował „jutro”
I nie mógł już je z niego uwolnić
By znów było wspólne
„Jutro” spakowane i nie uwolnione
Bo „dziś” bolesne i nieodwołalne
Choć jeszcze „wczoraj” pełne tęsknoty
I oczekiwania
Daremnego
A potem będzie cisza
Bez skrzypienia krzesła
I klikania jak co dzień
I niepotrzebna maszynka do golenia
Przed lustrem w łazience
I już na zawsze sucha
szczoteczka do zębów
Pusta filiżanka czeka
Daremnie
Jak zapomniana książka
Po którą mieli wrócić
Puste miejsca przy stole
I talerz na niedzielny rosół
Smutek rozstania
Który kiedyś
zamieni się w radość spotkania
I obecność bez pożegnań tak nagłych
Jak to i boleśniejszych
Od wszystkich ran
Jakie dotąd przyniosło życie
Kocham ciszę
Ale nie tę
która pozostaje po ustaniu kroków i słów
umilkłych na zawsze
Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum;
benedicta tu in mulieribus,
et benedictus fructus ventris tui, Iesus.
Sancta Maria, Mater Dei, ora pro nobis peccatoribus,
nunc et in hora mortis nostrae. Amen.
4 marca 2012
Odsłon: 175 Komentarzy: 11
Tuesday,03 April 2012,14:55
Kategoria: Rodzina Tuesday, 03 April 2012, 14:55
cd
- Synku, choćbym pazurami jak pilnikiem drapała kabłąk tej kłódki i zdarła ręce do łokci, nigdy nie uda mi się wyciągnąć cię z tego okropnego lochu – stwierdziła. Nie miała już złudzeń, że kiedykolwiek zobaczy syna na wolności.
W przypływie beznadziejnej rozpaczy przytuliła twarz do kłódki. Strumień łez popłynął na metal. Zasnęła zmęczona szlochem. Gdy nastał dzień i przez zakratowane okienko padły na kratę pierwsze promienie słoneczne, zdumiała się.
- Moje łzy sprawiły, że metal pokrył się rdzą! Wiesz co, synku? Choćbym miała tu wylać całe morze łez i tkwić bez promieni słonecznych o głodzie i chłodzie do końca życia, uwolnię cię. Dlaczego wcześniej nie rozważyłam tego rozwiązania? To takie proste! Przecież łzy są słone. Czyżby miały moc kruszenia żelaza? – szeptała uradowana.
Spojrzała w dół lochu. Syn stał z uniesioną głową, ale patrzył na nią zimnym, obojętnym wzrokiem.
- W głowie ci się pomieszało, matko – stwierdził z pogardą w głosie i położył się, otulony starą szatą księcia
Matka jednak nie wzięła tego sobie do serca. Na wszelki wypadek owinęła się pod ubraniem silną liną, którą znalazła porzuconą w kącie korytarza. Obawiała się nieco, że ktoś zauważy jej zniknięcie, ale jej niepokój był zbyteczny. Nie sądziła, że realizuje sprytny plan księcia i lina była jego niezbędnym elementem. Wytrwale wylewała łzy na kłódkę przez kilka dni. Pewnej nocy zauważyła, że metal, z którego zrobiony był kabłąk kłódki, skruszał i rozsypał się, więc bez trudu rozwarła ją i uniosła kratę.
- Synku, jesteś wolny.
- Co mi z tego? I tak nie wydostanę się z tego dołu bez pomocy z góry.
- Dziecko moje! Mam ukrytą linę, a siły jakoś z siebie wykrzeszę.
Kobieta wrzuciła linę. Uchwyciła mocno jej koniec, owinęła wokół najbliższej kolumny, ale na nic to się zdało, gdyż jej drugiego końca nie mógł uchwycić syn, bo była za krótka. Odwinęła więc ją, spuściła ponownie i z całych sił zaczęła wciągać syna na górę. Miłość do dziecka sprawiła, że nie czuła ani zmęczenia, ani ogromnego ciężaru. Zdarte, poranione dłonie krwawiły. W głowie kręciło się jej z potwornego wysiłku. Kiedy syn znalazł się już na górze, zupełnie wyczerpana zachwiała się i wpadła w otwór prowadzący do lochu, z którego przed chwilą uwolniła więźnia. Wysokość była spora, więc kruche kości kobiety połamały się.
- Synku …szepnęła resztkami sił ranna kobieta.
- Cicho, stara, zamknij się, bo zbiegną się straże. Nie po to wygrzebałem się z dołu, by do niego trafić z powrotem.
- Synku …ratuj …
Potworny ból odebrał jej świadomość.
Uwolniony jednak nie miał zamiaru uratować swej wybawicielki. Korzystając z tego, że na ścianach wypaliły się pochodnie, umknął pod osłoną nocy. Książę obserwował uciekającego więźnia przez okno swojej komnaty.
- Udało się! Dzielna kobieta – pomyślał, ale zaniepokoiło go to, że syn uciekał sam. Czyżby nie wszystko było po jego myśli?
Kiedy uciekinier był już bezpieczny poza murami miasta, książę pobiegł do lochów. Wezwał swego doradcę i wtajemniczonego rzemieślnika. Nachylił się nad wejściem i zauważył leżącą na dnie kobietę. Zawołał na pomoc strażników i sam po spuszczonej drabinie zszedł na dół. Panował tam mrok. Kiedy przybliżył się do leżącej, zauważył, że kobieta była nieprzytomna, ale gdy ujął ją za rękę, ocknęła się i szepnęła:
- Wróciłeś po mnie, synku. Wiedziałam, że nie jesteś taki zły, jak mówią.
Po policzkach spływały jej łzy. Z powodu cierpienia, czy szczęścia? Spojrzał na jej wychudzoną, pokrytą zmarszczkami twarz, promienną uśmiechem i szczęściem. Pomyślał, że dotąd nigdy nie widział piękniejszej kobiety. Współczucie i żal ścisnęły jego serce. Nigdy nie był skory do wzruszeń, ale nie mógł spokojnie patrzeć na to, jak umierała ta kochająca, dzielna kobieta. Dwie łzy spłynęły po jego policzkach.
- Wróciłem, mamo. Wróciłem! Jakżebym mógł zostawić cię tu samą? – skłamał po raz pierwszy i ostatni w życiu. Pocałował jej drobne, zniszczone dłonie.
- Wróciłeś, synku, mimo wszystko. Niech ci Bóg błogosławi za to, moje dziecko – wyszeptała szczęśliwa i zasnęła na zawsze.
Zgromadzeni zdumieli się. Czy coś łączyło ich księcia z tą biedną kobietą? Przecież nie był jej synem, tego byli pewni. Co się stało z więźniem? Dlaczego książę nie kazał go ścigać?
- Panie, dlaczego skłamałeś? – zapytał zaskoczony doradca księcia, wtajemniczony w spisek.
- Czy mogłem postąpić inaczej? Zrobiłbyś to samo na moim miejscu, jestem tego pewien. Ona we mnie widziała syna. Wierzyła, że on jej nie mógłby opuścić, gdyż ją kocha, bo ona nie potrafiłaby opuścić swego dziecka w takiej chwili. Tylko miłość matki do końca wierzy i ufa swojemu dziecku. Bezgranicznie i bez warunkowo.
- A syn?
- Jeśli ma resztki sumienia, pożałuje kiedyś tego, co uczynił. Ten cichy głos umierającej matki będzie z biegiem lat coraz głośniejszym krzykiem, aż mu kiedyś z żalu serce pęknie, jeśli je ma jeszcze. Nie ścigajcie go, ścigać go będą wyrzuty sumienia, a to gorsze, niż pobyt w najbardziej podłym lochu. Do końca życia nie zazna więc ani szczęścia, ani spokoju. To będzie dla niego najsurowsza kara za to, co uczynił swojej matce i jeszcze gorsze lochy, od tych w jakich tkwił dotychczas.
Książę polecił wyciągnąć zmarłą kobietę i urządził jej królewski pogrzeb. Prócz kilku zaufanych osób, które towarzyszyły mu w lochu, nikt nie wiedział, kim naprawdę była tajemnicza kobieta, która zasłużyła na takie względy władcy. Gdy go ktoś pytał, kim była, odpowiadał krótko – to była moja matka.
- Matka, miłościwy panie? Czyż nie pochowaliśmy ją już wiele lat temu?
- Kochająca kobieta, szlachetna, dzielna, ukochana matka. Czy to wam nie wystarczy? Po co pytać, czyja? Skoro mówię, że moja, to także moja.
Nikt, prócz starego doradcy, nie zrozumiał swego władcy.
- Stała się naprawdę twoją matką, kiedy otwarła ci serce na świat, którego dotąd nie zauważałeś.
- Masz rację, mój przyjacielu. Ona była moją matką. Urodziła mnie dla swych najbiedniejszych poddanych, których dotąd nie zauważałem i nie rozumiałem. Ona, zamykając swoje oczy, otwarła moje na inny świat – miłości, ofiarności, bezinteresownego poświęcenia. Czy siedząc na tronie, z dala od trosk wiedziałem o jego istnieniu? Dotąd wy mi służyliście. Po raz pierwszy to ja mogłem komuś coś uczynić nie jako władca, ale zwykły człowiek.
- Mądrze postąpiłeś mój panie, że pomogłeś w ucieczce temu człowiekowi. Gdyby tu nadal siedział, może nigdy nie dotarłoby do niego, że ma tak kochającą matkę? A tak, może dopiero po wielu latach zrozumie, co to znaczy kochać i jest żyć dla drugiej osoby? Widzę, że wierzysz w jego nawrócenie.
- Tak, bo ona tam w niebie uprosi je dla niego u Boga. Ta biedna kobieta naprawdę zasługiwała na królewski pogrzeb z powodu swej niezmiernej miłości do tak złego i niewdzięcznego dziecka.
- I ja będę codziennie zanosił modły za tego człowieka – obiecał doradca księcia.”
Mędrcy siedzieli zamyśleni. Jeden z nich przerwał milczenie.
- Masz rację, przyjacielu. Twardsze od kamienia i diamentu może być tylko serce okrutnego, niewdzięcznego człowieka, w którym nie ma nawet maleńkiej iskierki miłości.
17 listopada 2009.
Odsłon: 62 Komentarzy: 2
Saturday,03 March 2012,12:25
Kategoria: Rodzina Saturday, 03 March 2012, 12:25
(cd)
- Synku mój, gdyby to było możliwe, własnymi zębami skruszyłabym te kraty, abyś wyszedł na wolność. Nie mogę patrzeć, jak mija ci młodość w tych wilgotnych murach, gdzie nie dochodzą promienie słoneczne.
- Daj spokój, matko. Głupi byłem i już. Gdybym wiedział, że skończę resztę dni jak kret w ciemnej norze i że zamiast zaszczytów na dworze przy boku możnego komesa, spotka mnie kara, nigdy bym nie zaufał jego pachołkom, którzy za zdradę płacili złotymi dukatami. Straciłem je razem z wolnością. Co mi pozostało? Siedzieć w mokrym lochu jak szczur! Nie mam nawet wiązki suchej słomy i kawałka derki, żeby podczas snu okryć grzbiet.
- Wiem synku, ale ja też tu śpię bez tego, dobrze przecież o tym wiesz. Wypędzili mnie z naszego domu, zabrali wszystko co miałam, nie zostawili nawet dziurawej derki, która służyła naszej szkapie za okrycie w czasie mrozów. Nie mam nic, prócz tego, co mam na sobie, a i to wszystko stare, dziurawe i wytarte.
- To idź zarób albo ukradnij, wszystko mi jedno. Chcę, byś mi przyniosła jakieś cieplejsze okrycie i nie obchodzi mnie, jak je zdobędziesz.
- Już próbowałam, synku, poszukać pracy, ale każdy mnie odpędzał. Pluli na mnie, obrzucali kamieniami. Nawet kilka razy mnie obili kijami. Myślisz, że ktoś ma litość nad starą matką zdrajcy?
- To ukradnij, jest mi to obojętne, jak. Chcę mieć jakieś okrycie i wszystko mi jedno, jak je zdobędziesz. Możesz nawet żebrać. To twoje zmartwienie. Trzeba było mnie wykupić.
- Wykupić? Za co? Nigdy nie byłam bogata! Miałam kraść? Synku! Wiesz przecież, jakie surowe kary grożą za kradzież. Chcesz, żebym straciła dłoń, jeśli mnie złapią? Żebrać też nie wolno.
- A co ci, stara jędzo, po ręce? I tak, jak mówisz, nikt cię nie chce wziąć do pracy. A byłaś biedna, bo głupia. Inni kradli i jakoś mieli dwie dłonie, nikt im ich nie odciął, bo się nie dali złapać.
Kobieta zamilkła. Przerażały ją okrutne słowa syna. Nie na takiego bezdusznika o nieczułym sercu chciała go wychować. Po chwili ze smutkiem w głosie zapytała.
- Dlaczego nie poprosiłeś strażnika, kiedy rano przyniósł ci strawę? Przecież pytał cię, czy czegoś potrzebujesz!
- Jeszcze co! O nic nie będę nikogo prosić! Mam swój honor.
- Honor? A kazać matce kraść i żebrać? To pycha, nie honor. Znalazłeś się w więzieniu z własnej winy. Zgubiła cię chciwość. Kiedy zdradzałeś swojego pana kierowałeś się honorem? Nie ja kazałam ci bratać się ze zdrajcami.
- Co mi po twoich kazaniach, głupia babo! Jest mi zimno! Jeśli nie przyniesiesz mi jakiejś derki, nie odezwę się do ciebie do końca życia. Słyszysz? – wrzasnął rozwścieczony więzień.
- Dobrze, synku, spróbuję przynieść ci to okrycie. Może nikt nie zauważy – powiedziała kobieta cichym, stłumionym głosem, jakby słowa z trudem przecisnęły się jej przez ściśnięte gardło.
Po chwili książę usłyszał cichy szloch. Przerażał go ten człowiek i nie mógł zrozumieć, jak można być aż tak okrutnym człowiekiem i to dla własnej matki.
- Jak można tak traktować swoją matkę? Jak można żądać od niej tak wielkiej ofiary? Cóż to za wyrodny syn?! Gotów jest zaryzykować rękę matki! Nie wystarczy mu, że troszczyła się o niego od dziecka, choć nie był jej synem, a teraz przez niego skazana jest na bezdomność i głód? – myślał wzburzony tym, co usłyszał. Podjął więc decyzję, że za wszelką cenę postara się, by ten młody, zuchwały człowiek opuścił więzienie, choć na to z pewnością nie zasługiwał. By jednak nie narażać matki na niebezpieczeństwo złapania na kradzieży, zostawił pod filarem stary płaszcz, którym okrył dla niepoznaki swoje książęce szaty i cicho oddalił się. Nie uszedł jednak daleko, gdyż usłyszał krzyk strażnika, dochodzący z miejsca, w którym przed chwilą przebywał. Zawrócił. Okazało się, że strażnik zauważył matkę, która trzymała w ręku znaleziony płaszcz.
- Syn zdrajca, matka złodziejka! Straże, do mnie! – krzyczał, wyszarpując szatę z rąk kobiety.
- Zmiłuj się panie, ja nie ukradłam, znalazłam. Leżał pod tym filarem. Jest stary, spłowiały i nadgryziony przez mole. Co komu po takim odzieniu? Chciałam go dać synowi, bo mu w lochu zimno.
- Mógł poprosić, pytałem go rano. Nie chciał. Kłamiesz, kobieto! Ukradłaś, a za to odrąbią ci prawą dłoń.
- Zmiłuj się, panie. Weź ten płaszcz, który znalazłam, ale nie prowadź mnie do sądu. Mówię prawdę, zaklinam się na głowę mojego jedynego dziecka - błagała kobieta.
Książę wrócił i zbliżył się do strażnika oraz klęczącej przed nim matki zdrajcy.
- Puść ją wolno, mówi prawdę. To ja porzuciłem ten zniszczony płaszcz, aby nie musiała żebrać i kraść dla swojego wyrodnego syna.
Zdziwiony strażnik spojrzał na mówiącego i oniemiał z wrażenia. Oddał płaszcz kobiecie.
- Panie, ty wszystko słyszałeś? – zdumiała się przestraszona kobieta.
- Tak, dlatego wiem, że nie kłamiesz. Ten młody człowiek w lochu nie jest godzien nazywać się twoim synem. Nie zasługuje na twoją miłość. Jest podły, dlatego zgnije w tym więzieniu. Nie jest wart, bym mu okazał swą litość.
- Panie miłościwy. On nie jest zły, jest dobrym synem. Przemawia przez niego rozpacz. Znam go od dziecka, panie. Ulituj się nad nim. Zamknij mnie w tym lochu, bo i tak jestem stara i nikomu nie potrzebna, a jego wypuść. On jeszcze młody. Głupota i lekkomyślność przywiodły go do więzienia. Uwięź mnie, panie, a jego puść wolno. Będę cię błogosławić po kres moich dni – błagała klęcząca, zapłakana kobieta.
Książę wzruszył się jej postawą, jednak nie dał po sobie znać, że współczuje kobiecie, gdyż przyszła mu do głowy pewna myśl. Chciał chronić tę szlachetną matkę i nagrodzić jej lata poniewierki, jakie musiała znieść z powodu niewdzięcznego, złego syna. Przykro mu było patrzeć na jej cierpienie. – Czy może być większa miłość od matczynej? - pomyślał.
Kiedy wrócił do swych komnat, wezwał więc potajemnie rzemieślnika.
- Czy potrafisz tak niewidocznie uszkodzić łańcuch, kłódkę czy kratę, by nawet słaba kobieta mogła uwolnić więźnia?
- To nic trudnego, miłościwy panie. Pomyślę, jak to zrobić, ale najpierw muszę wiedzieć, co chcesz zamknąć na taką kłódkę – odparł.
- Więc poproszę cię o coś, lecz nie możesz nikomu zdradzić tej tajemnicy.
Narada nie trwała długo. Nazajutrz rzemieślnik udał się do więzienia, jednak niemal ciągłe czuwanie matki u krat skomplikowało mu pracę. Udał się więc do księcia, by zwierzyć się ze swych obaw.
- Panie miłościwy. Myślę, że nie będę mógł zmienić kłódki, gdyż natychmiast zauważy to matka skazańca. Wydaj, panie, polecenie, by nie mogła tam przebywać przez całą dobę, a uwinę się z moją pracą bardzo szybko, skoro sprawa taka pilna.
Książę zawołał strażników i polecił im, by zgadzali się na pobyt matki jedynie w nocy.
Kobieta była zrozpaczona. Nie miała domu oprócz więzienia, bo w nim był jej syn, a teraz pozbawiono ją i tego.
- Dlaczego wasze serca nie mają choć odrobiny litości?
- Odejdź kobieto, to rozkaz księcia. Do niego się udaj z prośbą o zmianę rozkazu.
Zrozpaczona kobieta na próżno próbowała dostać się przed oblicze litościwego pana.
- Gdzie leziesz, żebraczko? Mamy cię poszczuć psami? - odparła pałacowa służba i zatrzasnęła przed nią drzwi.
Rzemieślnik szybko uporał się z zadaniem. Książę, udając, że zmiłował się nad kobietą i z tego powodu zmienił rozkaz, pozwolił matce przebywać w więzieniu całą dobę.
Kiedy kobieta jak dawniej usiadła na posadzce przy kracie prowadzącej do lochu, zauważyła ogromną nową kłódkę.
(cdn)
Odsłon: 92 Komentarzy: 1
Friday,03 February 2012,10:49
Kategoria: Rodzina Friday, 03 February 2012, 10:49
Często dyskutuje się o macierzyństwie lub o macierzyństwie wzgardzonym i odrzuconym w przypadku aborcji. Przypominając tę już publikowaną kiedyś opowiastkę, pragnę pokazać piękno tego powołania - powołania do macierzyństwa ( tu - nie biologicznego, a przybranego), które przepięknie rozkitło mimo bólu zranienia...
Nie będę jednak teraz zdradzać zakończenia, gdyż może ktoś jeszcze nie zna tej historii Matki i jej przybranych synów.
Trzech mędrców rozprawiało o tym, co jest najtwardsze na świecie. Jeden z nich sądził, że skała, drugi twierdził, że twardszy od niej jest diament. Trzeci wysłuchał w milczeniu wywodów obu przyjaciół i po dłuższej chwili oznajmił, że jest coś od tych dwóch rzeczy twardsze.
- Cóż to takiego? Co może być bardziej twarde od skały i diamentu? – zdumieli się obaj mędrcy.
- Obaj jesteście w błędzie. Skała z biegiem lat zwietrzeje i pokruszy na drobne odłamki, które po latach zamienią się w piach. Diament, choć twardszy od skały, także wprawny jubiler potrafi z łatwością oszlifować. Jeśli popełni błąd, ten drogocenny kamień popęka i rozpadnie się na drobniejsze części. Jest jednak coś, co może zaskoczyć swą twardością wszystkich.
- Cóż to takiego? W jakim kraju można znaleźć ten minerał?
- Drodzy przyjaciele! Daję słowo, że może być w zasięgu ręki każdego z nas – odparł trzeci mędrzec.
- W zasięgu ręki? Nie rozumiem – zdziwił się ten, który sądził, że żaden z minerałów nie jest twardszy od diamentu.
- Widzę, że muszę opowiedzieć pewną historię moim znakomitym kolegom.
Mędrcy zamilkli zaciekawieni, a na ich twarzach łatwo można było zauważyć niedowierzanie.
Trzeci mędrzec zaczął więc swoje opowiadanie.
„W pewnym kraju żyła wdowa z synem jedynakiem. Właściwie nie był jej rodzonym dzieckiem, gdyż nie mając własnego, zaopiekowała się porzuconym niemowlęciem. Życzliwi odradzali jej, twierdząc, że kiedyś to dziecko niewiadomych rodziców złamie jej serce, lecz ona jednak pokochała bezimienną sierotę jak własne. Wychowała najlepiej, jak umiała, lecz żeby zapewnić kawałek chleba i czystą całą koszulę na grzbiecie, pracowała w pocie czoła u obcych od świtu do nocy nieraz tylko o suchej kromce chleba i kubku wody. Kiedy przybrany syn dorósł i ukończył szkoły, ruszył w świat na służbę do wielkiego księcia, lecz zamiast służyć mu wiernie, potajemnie go zdradzał, stając po stronie wrogów, którzy chcieli zagarnąć jego ziemie, a poddanych wziąć do niewoli. Kiedy jednak spisek odkryto, możni zdrajcy sprytnie wycofali się i wyparli udziału w spisku, zostawiając syna wdowy na pastwę losu. Zdradzony i wydany władcy młodzieniec nie mógł liczyć na litość rozgniewanego księcia. Jego gniew skupił się więc tylko na osamotnionym pojmanym spiskowcu. Skazano go na śmierć. Wiedząc jednak o tym, że jest to jedyny syn ubogiej poddanej, ulitował się nad nią i zamienił szubienicę na dożywotnie więzienie, by nie odebrać matce jedynej radości życia. „Nie będę karał matki dozgonną samotnością za winy syna”- wyjaśnił poddanym miłosierny książę, który najchętniej darowałby wolność lekkomyślnemu młodzieńcowi, lecz chciał, by jego los był przestrogą dla innych, którzy chcieliby w przyszłości okazać swemu władcy nieposłuszeństwo i za dobro odpłacić zdradą. Zrozpaczona matka, pozbawiona na starość opiekuna, całe dnie i noce spędzała w więzieniu, siedząc przy okratowanym wejściu do lochu, w którym więziono jej syna, by być blisko ukochanego dziecka. Żyła z tego, co przynieśli jej od czasu do czasu litościwi strażnicy. Były to przeważnie ogryzki chleba, którym pogardzili więźniowie lub nieco zupy, której nie dojedli strażnicy. Kobieta z pokorą przyjmowała tę pomoc, nie gardziła nią - szczęśliwa, że może być blisko uwięzionego.
Nieraz książę pod osłoną nocy w przebraniu przychodził pod celę, by sprawdzić, co się dzieje z wierną matką. Wzruszyła go miłość tej kobiety, więc wezwał do siebie doradcę.
- Serce mi pęka z bólu, gdy widzę tę kobietę dzielnie towarzyszącą swojemu dziecku. Wychudła, posiwiała, a jednak ciągle trwa przy nim. Tak kocha jedynie matka. W niej widzę swoją, która pewnie uczyniłaby to samo, gdybym to ja siedział w więzieniu. Niestety, nie miałem szczęścia zaznać jej miłości, gdyż zmarła, kiedy byłem małym chłopcem. Nie mogę dłużej patrzeć na cierpienie tej biednej kobiety. Ze względu na pamięć o swojej matce, muszę znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Co mi radzisz, przyjacielu?
Sędziwy doradca posmutniał, gdyż nie potrafił odpowiedzieć księciu. Sam bardzo współczuł matce skazańca. Najchętniej doradziłby swojemu władcy, by wypuścił mężczyznę, ale co powiedzą poddani? Czy nie będą skorzy do buntu, widząc taką pobłażliwość? Nie docenią miłosierdzia i pomyślą, że ich książę nie potrafi być surowy. Byle powód może wywołać rozruchy, pojawią się rozbójnicy napadający na leśnych traktach na podróżnych, gdyż nikt nie będzie się bał kary, a obowiązujące prawo będzie powszechnie lekceważone.
- Panie, znam cię od dziecka. To ja uczyłem cię rządzić tym państwem, kiedy niespodziewanie zmarł twój ojciec miłościwie nam panujący. Wiem, że kierują tobą szlachetne pobudki, ale nie jestem pewien, czy to wyjdzie ci na dobre. Co będzie, jeśli znowu znajdzie się ktoś, kto cię zdradzi i wyda wrogom? Czy będziesz bezpieczny, skoro ręce, które godziły w ciebie, są bezkarne? Czy i wtedy wybaczysz? I mnie wzrusza miłość tej matki. Nie ona zawiniła, a cierpi najwięcej jako matka zdrajcy, która utraciła nie tylko ukochane dziecko, ale też szacunek i na starość jedynego opiekuna. Czy widziałeś i słyszałeś, jak jej złorzeczą, kiedy wychodzi na plac przed więzienie? Sam nie wiem, co lepsze – pozostawić syna w więzieniu, czy go wypuścić, aby zaopiekował się matką gdzieś w odległej krainie. To ty, panie, jesteś władcą i wydajesz rozkazy, ale równocześnie jesteś niedoszłą ofiarą tego człowieka. Nie potrafię tym razem poradzić. Zrób to, co podpowiada ci serce. Jesteś nie tylko władcą, lecz też ojcem narodu, od którego poddani jak dzieci uczą się jak postępować. Musisz sam wybrać, miłościwy panie.
Książę zasępił się. Jeśli wypuści zdrajcę, narazi się na drwiny ze strony wrogów, jeśli natomiast pozostawi go w więzieniu, skaże na dalszą poniewierkę jego niewinną matkę. Długo krążył po komnatach, szukając rozwiązania.
Pewnej nocy zakradł się niepostrzeżenie do lochów. Straszne to było miejsce. W jego najdalszej części była komnata pełna różnorodnych narzędzi tortur. Litościwy książę tuż po objęciu tronu rozkazał wykuć potężne kraty, aby zakratować ten najbardziej okrutny zakątek więzienia, by odtąd nikogo w jego państwie nie poddawano torturom, bowiem jako dziecko był świadkiem torturowania uwięzionych zbójców. Kara była zasłużona, więc musiała być surowa, gdyż złoczyńcy w ten sam sposób traktowali kiedyś swoje ofiary, by wymusić na nich okup lub informacje o ukrytych kosztownościach, jednak ten widok tak bardzo wstrząsnął młodziutkim księciem, że postanowił odstąpić w przyszłości od tego typu kar. Nie zamurował jednak wejścia, by skazańcy mogli zobaczyć, co ich czeka, jeśli po odbyciu swojej kary powrócą do rozboju i krzywdzenia innych ludzi. Zarządził też, by raz w roku otwierano kratę i bakałarze przyprowadzali swoich uczniów, aby przestrzec ich, czym grozi łamanie obowiązującego w państwie prawa. Mądry władca nie pomylił się. Jego pomysł działał odstraszająco, więc wkrótce lochy opustoszały niemal całkowicie.
W ogromnym, zimnym i wilgotnym więzieniu pełnym przeciągów i dziwnych, złowrogich odgłosów, które strażnicy tłumaczyli jako jęki pokutujących za swoje grzechy zmarłych złoczyńców, pozostał po latach jedynie syn wdowy. Zamknięto go w głębokim lochu bez okien i drzwi, z jednym tylko zakratowanym otworem w suficie. Młody człowiek spał wprost na zimnych kamieniach posadzki, gdyż snop słomy dawno zbutwiał. Codziennie na sznurze opuszczano w głąb lochu dzban wody i bochenek. W niedziele i święta więzień otrzymywał w kociołku gotowaną kaszę lub zupę, nie mógł jednak liczyć na czyste odzienie.
Książę zbliżył się niepostrzeżenie do miejsca, z którego mógł niezauważony przez nikogo zobaczyć matkę skazańca, gdyż stał tam ogromny filar. Ukrył się za nim, gdyż usłyszał szept kobiety, która mówiła coś do więźnia.
(cdn)
Odsłon: 80 Komentarzy: 2
Tuesday,03 January 2012,12:17
Kategoria: Polska Tuesday, 03 January 2012, 12:17
Patrzą na nas przenikliwym wzrokiem
ze zniszczonych, starych fotografii
aby zbadać serca - czy jeszcze są polskie
i za pytać, czy ich śmierć nie była daremna.
Śpij spokojnie, żołnierzu wyklęty
będziem czuwać, jak długo sił starczy
bo wciąż dla nas i orzeł święty,
i dwie barwy – biała i czerwona.
Orzeł dumny jak kiedyś trzepocze
Skrzydła bielą w klatkach piersi naszych.
Biel jak dawniej – czysta bielą śniegów
A krwi czerwień różą nadal kwitnie.
Krwi przelanej z ochotą, z nadmiarem
Za Ojczyzny wolność, za przyjaciół życie,
Za te wiosek strzechy i miasta kochane,
Za zbóż łany pachnące chlebem smakowitym.
Za lasu mroczną głębię i cieni przestrzenie,
Gdzie Jagiełły wojska o zwycięstwie śniły,
Gdzie drzemią ciche powstańców mogiły
I dojrzewały plany bitew ze Szwedów potęgą.
Chociaż wstydem napawa - co głoszą niektórzy:
Że polskość – nienormalność, że pora zapomnieć
O wojennych ofiarach, o ranach, katuszy.
Nie wymażemy z serca Polski, nadal będzie wzrastać!
To czym żyli ojcowie - nie damy zagłuszyć,
Nie pozwolimy pogrześć mowy, zdeptać polskiej duszy!
Odsłon: 144 Komentarzy: 10
Monday,27 February 2012,15:21
Kategoria: Historia Monday, 27 February 2012, 15:21
(cd)
- Może powiedzieć o tym panu Hansowi? – zastanawiała się Rozwita.
- Coś ty! On jest też wariat! Nie widziałaś, jak kopał tych biednych ludzi! Mówią, że on był najgorszy, jak diabeł wcielony. Nie wychodziłam na ulicę, bo się bałam, nawet nie świeciłam światła. Stałam przy oknie za firanką i widziałam wszystko. Panią Mojrę wynieśli z domu albo nieżywą, albo nieprzytomną, bo wlekli ją po ziemi jak worek kartofli, trzymali za nogi, głową po ulicy, a potem wrzucili na ciężarówkę. Salcia i Berta były obite, aż trudno było je poznać, ale żyły.
- To tylko te trzy osoby zabrali?
- A gdzież tam! Rabina spalili w synagodze, Dawidka z rodziną wywieźli nie wiadomo gdzie. Na tym ich cmentarzu jest kilka nowych grobów, a właściwie takich kopczyków bez krzyża, bo to Żydzi. Nawet nie ma napisów, gdzie kto leży...
- To może lepiej będzie, jak znajdziemy sobie inną pracę, skoro to wariatka?- zapytały obie dziewczyny jednocześnie.
- Chyba tak, ja bym się bała, bo nie wiadomo, co jej jeszcze strzeli do głowy, to dopiero początek - odparła zatroskana sąsiadka.
Dziewczyny pożegnały życzliwą panią Gerlindę. Nikt w miasteczku nie ostrzegł ich, gdy przyszły w poszukiwaniu pracy do miasteczka z odległej o kilka kilometrów wsi, że ich pani jest „dziwna”. Pochodziły z małych gospodarstw, które z ledwością wykarmiały swych właścicieli i ich liczne rodziny, więc panny na wydaniu szły na służbę do miasta. Dziewczyny nie znały dobrze języka niemieckiego, mówiły gwarą i nie miały innej możliwości zarobienia sobie na posag, a bez niego było trudniej o dobrego męża. Teraz dopiero zrozumiały, dlaczego wszyscy mieszkańcy przyglądali się im z pewnym zainteresowaniem, jakby z oczekiwaniem na coś.
Postanowiły zaraz z rana podziękować za służbę, wrócić na wieś i to zrobiły tłumacząc, że są potrzebne w domu i na gospodarstwie. Waleska wypłaciła im zasługi, więc zabrały spakowane wcześniej rzeczy i pospiesznie opuściły kamienicę Mojry – Waleski, bo tak zaczęto nazywać dawną „ Zezowatą od Mojry”.
Tymczasem „Mojra – Waleska” popadała w coraz większy obłęd, mieszkańcy miasta udawali jednak, że tego nie zauważali ze względu na jej wuja, który z butą paradował od czasu do czasu po ulicach miasta, gdy przyjeżdżał z frontu na krótki urlop. Na świecie trwała wojną, której mieszkańcy powiatowej mieściny odczuwali tylko dlatego, że często któraś z rodzin żegnała syna, brata czy męża, który jechał na front. Coraz częściej w ubiorach kobiet dominowała czerń, w kościele odbywały się nabożeństwa żałobne, niekiedy ktoś wracał ranny, lecz jak dotąd były to jedyne oznaki toczonej na świecie wojny.
Mojra – Waleska, jak już teraz mówiono głośno, nie zważając nawet na wuja Hansa, dostała pomoc w postaci dwóch dziewczyn z Polski. Jedną z nich, Rozalię, Mojra – Waleska wzięła do pomocy w sklepie, gdyż mówiła po niemiecku. Pracowały za pożywienie, którego gospodyni nie wydzielała, ale też nie rozpieszczała ich zbytnio. Nawet tę cechę charakteru Mojry przejęła Waleska. Pewnego razu weszła niespodzianie do sypialni, w której Józia myła okna. Wydawało się jej, że dziewczyna wzięła z szuflady sznur pereł.
- Nie na twoją brudną szyję takie cudo, ty pokrako! A może chciałaś ukraść? – wrzasnęła z furią na dziewczynę, choć ta niczego nie wzięła.
- To popatrz i zaraz daj na miejsce. Takie jak ty nigdy nie będą mieć pereł, to choć popatrz. To „łzy oceanu”, dostałam je od narzeczonego z Hamburga – krzyczała na zdumioną i przerażoną Józię, która podała jej trzymaną w ręku ścierkę, którą właśnie
wycierała parapet. Dziewczyna patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami.
Mojra - Waleska zajrzała do szuflady i wyciągnęła z niej, jak myślała, jedwabną halkę z wystrzępioną koronką i zrobiła identyczny gest, jaki kiedyś wykonała Mojra.
- Weź sobie! miałam dać Salci, ale z ciebie też jestem zadowolona.
Józia popatrzyła na panią z jeszcze większym zdumieniem, wzięła podaną rzecz i obejrzała ją dokładnie. To, co w oczach Mojry – Waleski było jedwabną halką, okazało się bezwartościowym gałgankiem, kawałkiem jakiejś bluzki czy sukienki, lecz dziewczyna wiedziała, że musi grać rolę, jaką narzuciła jej pani, więc podziękowała. Po chwili Mojra – Waleska podeszła do szafy i wyciągnęła z niej jakąś sukienkę.
- Może jeszcze przyda ci się ta sukienka? Już nie jest modna, a ty pewnie nie myślisz o modzie! No bierz, jak daję, bo się jeszcze rozmyślę i dam komu innemu.
Tym razem była to rzeczywiście sukienka, dziewczyna podziękowała i wyszła. Opowiedziała o wszystkim Rozalce. Mówiły po polsku, sądziły bowiem, że nikt ich nie zrozumie.
- Może lepiej uciec, ja się boję, miała takie dziwne oczy, jakby wpadła w jakiś obłęd.
- Ale nie zrobiła ci nic złego?- spytała Rozalka.
- Nie, ale się przestraszyłam.
W tej chwili zauważyły jakąś kobietę, która przysłuchiwała się ich rozmowie. Poznały sąsiadkę Gerlindę, kobieta podeszła do nich i powiedziała polsku.
- Nie musicie się mnie bać, ja wszystko słyszałam. Nikomu o tym nie powiem! Ta kobieta naprawdę jest szalona. To była biedna, prosta dziewczyna, ale pomieszało się jej w głowie, gdy wuj dał jej ten dom i sklep po Żydówce, która tu kiedyś mieszkała przed wojną. Musicie uważać, lepiej jednak zostańcie, bo jeśli uciekniecie, każdy będzie mógł was zastrzelić. W razie czego uciekajcie do mnie. Ten szał szybko jej mija, jest spokojna, dotąd nikomu nic złego nie zrobiła.
Rozmowa uspokoiła dziewczyny, stały się jednak czujne. Mijały miesiące, lata, front przybliżał się nieuchronnie, część mieszkańców pospiesznie pakowała dobytek i ukryła się w okolicznych lasach, część wyjechała w głąb Niemiec. Obie dziewczyny wróciły do swoich, więc Mojra Waleska została sama. Chodziła samotnie po pustych pokojach. Nie zauważyła, gdy do domu wtargnęli pijani żołdacy rosyjscy. Zaglądali wszędzie, rozrzucając zawartość szaf. Dwóch wyszarpało drzwiczki kredensu, choć klucz leżał obok. Jeden z nich wyjął ze zdziwieniem filiżanki z pozłacanym brzeżkiem.
- Zołoto, smotri![1]- zawołał zdumiony swego towarzysza i zaczął obijać pozłacane krawędzie porcelanowych filiżanek. Kawałki porcelany ze złotym brzegiem wsypywał do chlebaka.
Kiedy potłukł cały komplet, ruszył w kierunku kuchni, lecz natknął się na obłędny wzrok gospodyni. Coś zaklął w swoim języku, kopnął jakieś krzesło, które przewróciło się z hałasem i wyszedł. Na ulicy padł pojedynczy strzał, wojak zatoczył się i upadł. Z żołnierskiego plecaka wysypały się na bruk kawałki filiżanek – te ze złotym brzeżkiem.
Mojra przyglądała się mu z balkonu. Rozwiane rzadkie włosy w „nijakim” kolorze rozwiewał styczniowy wiatr. Patrzyła na płonący rynek, podpalony przez Rosjan.
Mijały lata, w odbudowanych lub wybudowanych od fundamentów kamienicach na rynku zamieszkali ludzie mówiący z innym akcentem, w gwarze lub po polsku. Zmienił się kolor flag wywieszanych z okazji innych, niż poprzednio powodów i tylko Mojra – Waleska ( a może już tylko Mojra?), jak dawniej przez otwarte okno obserwowała wszystko, co się działo na ulicy i skrawku rynku. Czasami siadała na balkonie w starym koronkowym kapeluszu Żydówki i dłonią skrępowaną koronkową rękawiczką, w której było więcej dziur, niż ażurowych kwiatów stanowiących niegdyś jej wzór, gwałtownie gestykulowała, jakby z kimś rozmawiając lub tocząc spór. Początkowo wzbudzała ciekawość nowych mieszkańców miasteczka zdegradowanego do rangi małej mieściny na skraju województw, bez znaczących urzędów. Z biegiem lat wrosła w pejzaż ulicy jako stały jej element na podniszczonym, lecz ciągle pięknym balkonie lub w oknie dawnego sklepu, z łokciami na brudnej atłasowej, wyszywanej poduszce, ze wzrokiem utkwionym w puste miejsce po spalonej synagodze. Czasem wpatrywała się w dal szukając wzrokiem sklepu Dawidka, po którym nie został nawet kawałek muru. Była czymś w rodzaju miejscowej dekoracji – do dnia, gdy znikła tak nagle i tajemniczo - jak Mojra, z która się utożsamiła.
Jesień 2001 roku.
Odsłon: 95 Komentarzy: 8
Saturday,25 February 2012,18:44
Kategoria: Historia Saturday, 25 February 2012, 18:44
(cd)
Waleska przyjrzała się dokładnie nieznajomemu, który nie budził w niej zaufania. Pokręcił się po wszystkich pomieszczeniach i poszedł z wujem do garderoby za sypialnią. Zaciekawiona udała się za nimi i ze zdumieniem zauważyła, że Uwe, jak nazywał majstra wuj Hans, ruszył w kierunku przestawionej bieliźniarki, którą odsunął, zerwał kilim ze ściany, wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i wytrychów i zaczął manipulować przy zamku w drzwiczkach skrytki.
- Waleska, może znalazłaś gdzieś kluczyk do tych drzwiczek? – zapytał przymilnie wuj Hans.
- A co tam jest?- zapytała dziewczyna, udając zdziwienie, że znaleźli jakąś skrytkę.
- Papiery, dokumenty, które Mojra kazała mi zabrać, ale zgubiła kluczyk. Prosiła, bym jej posłał pocztą do tej ... Ameryki – kłamał bez zająknięcia.
–Nie znalazłam. Czy to coś ważnego? – zapytała z niewinną miną.
– Nie wiem, ale chyba tak, skoro trzymała to wszystko tak ukryte – wuj irytował się coraz bardziej, widząc bezradność sprowadzonego majstra.
W końcu majster podważył drzwiczki łomem. Wuj zobaczył, że wewnątrz niczego nie ma, więc zaklął głośno, zapominając o obecności Waleski.
– Gdzie ta Żydówa to schowała? – wycedził przez zęby. Nie wierzę w to, że kazała zrobić sejf, jakby nie miała czegoś do schowania! - pieklił się wuj, czerwony ze złości.
- Może zabrała ze sobą te papiery, a potem w drodze zgubiła, a nie pamięta, że zabrała? – powiedziała ze spokojem Waleska, zadowolona, że zdążyła w ostatniej chwili ukryć wszystko w swoim dawnym mieszkaniu, nie wyglądało bowiem na to, że wuj zostawiłby jej zawartość sejfu.
- To nie było możliwe, Mojra bardzo się śpieszyła, więc musi to gdzieś być. A może zrobiłeś jeszcze jeden taki schowek, tylko nie chcesz pamiętać! – zwrócił się do majstra rozzłoszczony Hans.
- Co bym nie chciał pamiętać, tylko jeden taki schowek zrobiłem w tym domu, a latem odnawialiśmy ściany we wszystkich pokojach i nic podobnego nie widziałem!
-To może pod podłogą?
- Chyba nie, bo pani Mojra sama kazała mi posprawdzać, czy podłogi są dobre, więc sprawdzałem.
- A może gdzieś w szopie? – wypytywał wuj.
- Pani nie chodziła nigdy do żadnej szopy, bo bym widziała, ona nawet nie sprawdzała, ile ma węgla, tylko Salcię posyłała – wtrąciła zaniepokojona nieco Waleska, bała się bowiem, że wuj zacznie szukać w jej pokoju.
Poszli więc do piwnicy i składu towarów, ale tam nie było śladu żadnych skrytek..
- Jeśli coś znajdziesz, powiedz mi o tym, nie pożałujesz – rzucił na odchodnym wuj.
Było już późno, więc obaj mężczyźni wyjechali pośpiesznie, a Waleska odetchnęła z ulgą. Podeszła do kuchennego okna i spojrzała z zadowoleniem w kierunku swojego dawnego mieszkania. Teraz była już pewna, że był jakiś związek wuja Hansa ze zniknięciem Mojry, zaczęła się więc jego obawiać. Zaniepokoiła się, że się domyśli, że pusty sejf to jej sprawka, więc postanowiła porozmawiać z Rozą Kraft o sklepie Mojry. Pomyślała, że poprosi ją, by na początek pomogła jej w prowadzeniu sklepu, by nie wzbudzić podejrzeń wuja swą nagłą samowystarczalnością.
Roza ucieszyła się i powoli wprowadziła Waleskę w tajniki kupiectwa. Dziewczyna okazała się pojętną uczennicą, gdyż cieszyła się, że w końcu będzie mieć coś własnego.
Mijały miesiące. Pewnego piątku zazgrzytały na wykładanych granitową kostką tego powiatowego miasteczka gąsienice czołgów, Rzesza przesunęła swe granice na wschód, lecz Waleska nie myślała o tym. Od rana do wieczora przebywała w sklepie ubrana w elegancką suknię Mojry, wieczorem przebierała się w jedwabny szlafrok dawnej właścicielki kamienicy, siadała w jej saloniku, na jej kanapie i przeglądała jej fotografie lub książki, których było sporo na półkach oszklonej biblioteczki. Niewiele z tego rozumiała i nie wszystko, co zrozumiała, podobało się jej, ale czytała, ... bo kiedyś to czytała Mojra, tak właśnie ubrana, na tej kanapie, o tej porze dnia, gdy wracała ze sklepu.
Pewnego dnia przyjęła dziewczynę do pomocy w sklepie. Wybrała właśnie tę, która była podobna do rudej Ryfki. Często przyzywała ją jej imieniem, co początkowo denerwowało Bertę, ale później przywykła do tego i zaczęła tolerować dziwactwo Waleski, gdyż płaciła dobrze i nie była dla niej zła. Przyjęła też kucharkę i sprzątaczkę w jednej osobie, którą w roztargnieniu nazywała Salcią. Podobnie jak Berta, dziewczyna sklepowa – Rozwita, też przyzwyczaiła się do tego dziwactwa swojej pani i reagowała i na swoje i na to „ odziedziczone” po Salci imię. Obie dziewczyny dowiedziały się bowiem o swoich poprzedniczkach, więc nie próbowały „walczyć” o swe imiona.
Zauważyły jednak coś, co je zaniepokoiło. Waleska coraz bardziej zamieniała się w Mojrę. Już nie tylko chodziła jedynie w jej rzeczach, ale z czasem przestawała reagować, gdy ktoś zwracał się do niej używając jej imienia, lecz tylko na imię Mojra. Berta przeraziła się, gdy pewnego wieczoru pani ubrana w jedwabną nocną koszulę Mojry, włożyła kapelusz i naszyjnik z pereł. Waleska długo wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze, poczym zaczęła rzucać w lustro słoiczkami z kremami i buteleczkami perfum, z wściekłością powtarzając „Waleska, Waleska, ciągle Waleska”. Brzęk tłuczonego lustra wywołał z kuchni Bertę i Rozwitę, które jadły kolację, jednak gdy zauważyły swoją panią w takiej furii, wycofały się z pośpiechem. Waleska uspokoiła się nieco i poszła spać, ale dziewczyny postanowiły powiedzieć o wszystkim sąsiadce.
Pani Gerlinda przeraziła się na dobre, gdyż już od dawna zauważyła, że z Waleską dzieje się coś niedobrego. Przestała chodzić do kościoła, a w sklepach spożywczych pytała, kupując różne rzeczy, czy są koszerne.
- Pewnie opętał ją duch Mojry – stwierdziła po chwili zastanowienia.
- To Mojra nie żyje? – zapytała zdziwiona Berta.
- Przecież jest z Ryfką i Salcią w Ameryce! – dodała Rozwita.
-A pewnie, w tej Ameryce za parkiem, na górce, skąd się nie wraca!
- Na jakiej górce? - zapytała zdumiona Berta.
- To nie wiesz, że wszystkich Żydów w listopadzie tamtego roku wyrzucono z miasta i zabito? Nie wiem, czy ktoś ocalał. Zakopali ich na cmentarzu żydowskim, ale oficjalnie mówi się, że wyjechali do Ameryki. Podpalono synagogę i sklep Dawidka. Całą akcją kierował wuj Waleski i pan Kraft, mieli rozkazy z Berlina, tak mówili – snuła opowieść sąsiadka. A ile dobra wywieźli z tego domu! Resztę dostała Waleska, bo to krewna pana Hansa, ale o tym nie mówcie nikomu, bo nas wszystkich sprzątną. Za byle co można się dostać do takiego obozu, niby pracy, więc nikomu nic nie mówcie, ale pani trzeba się bać, bo to wariatka. Dobrze, że mi powiedziałyście. Już dawno zauważyłam, że z nią jest coś nie tak, jak zaczęła do was mówić jak do tamtych nieboszczek. Jak by co się działo, to uciekajcie. To na pewno wariatka.
(cdn)
Odsłon: 74 Komentarzy: 2
Friday,24 February 2012,14:28
Kategoria: Historia Friday, 24 February 2012, 14:28
(cd)
- Szanowna pani kupi węgla i drew na opał, sam zaniosę do szopy! – zagadnął chudy wyrostek patrząc jej prosto w oczy z wielkim niepokojem.
- A skąd wiesz, że już nie ma?
- Bo to, łaskawa pani, przywozimy co miesiąc do tego domu, a wczoraj nikogo nie było, więc pan Miller przysłał mnie dziś - odparł niepewnie, miętosząc w dłoniach brudną czapkę.
- No dobrze, możesz wyładować. Wiesz chyba gdzie?
- Co mam nie wiedzieć, to ja zawsze znoszę wszystko! – zawołał z radością.
Waleska nie targowała się z chłopcem długo, a gdy po godzinie wrócił, dorzuciła mu markę za wniesienie opału do szopy.
- To ja jeszcze podwórze pozamiatam, jeśli sobie pani życzy.
Dziewczyna skinęła głową, a chłopiec z wdzięczności posprzątał podwórze. Waleska wiedziała, że Mojra targowała się o każdy fenig i nigdy nie dawała chłopcu napiwków. Pomyślała, że to dobrze mieć pieniądze, na które nie musiało się pracować, ale obiecała sobie, że w przyszłości powinna jednak ograniczyć wydatki. Nie wiedziała, jak będzie zarabiać na swoje utrzymanie, skoro nie wypada jej się teraz najmować do sprzątania i prania u bogatych mieszkańców miasta, ponieważ jest właścicielką drogiej kamienicy.
Po śniadaniu, po raz pierwszy zjedzonym w tak pięknym otoczeniu, wróciła do swojego dawnego mieszkania po pierzynę, z której nie chciała zrezygnować, choć w sypialni były trzy puchowe kołdry. Szukając poszwy, natrafiła w szafie na mały kluczyk, który nie pasował do żadnych drzwi, więc pomyślała, że pewnie w domu jest jakiś schowek, o którym nic nie wiedziała. Postanowiła, że go odszuka, gdyż była bardzo ciekawa, co zawiera. Miała nadzieję, że znajdzie jakieś pieniądze, gdyż te, które dostała od wuja, kończyły się. Kupiła przecież opał, już marzła, ale przecież musiała codziennie jeść. Trzeba też było zapłacić za prąd.
Klucz był tak schowany, że pewnie Gertruda nie zauważyła go, a Waleska postanowiła, że nie powie o nim wujowi.
- Dość już wzięła sobie, reszta jest moja – powiedziała półgłosem, po raz pierwszy przyznając się przed sobą samą, że nie pała miłością do tej pewnej siebie przyszywanej ciotki. Postanowiła pochować cenniejsze przedmioty przed jej wścibskim okiem i nie dzielić się już niczym więcej.
Musiała jednak wyjść na zakupy, gdyż w kuchni nie było już nic do jedzenia. Wyszukała w szafie grube, wełniane palto, ciepły szal, wzięła botki z kożuszkiem w środku i wyszła z domu. Zimny wiatr wiał prosto w twarz. Ludzie przyglądali jej się dziwnie, ale nie zauważyła w ich oczach drwiny, lecz jakiś szacunek, jak się jej zdawało, bo kłaniali się i odpowiadali na jej pozdrowienia. Kupiła chleb w piekarni, mleko i masło u kobiety na rynku. Przechodząc obok sklepu starego rzeźnika Nawratila, pomyślała, że wystarczy jej pieniędzy jeszcze na kawałek mięsa i kiełbasę, więc wstąpiła i kazała sobie odważyć wybrany towar.
Po powrocie do domu skarciła się za rozrzutność. Nie wiedziała przecież, czy Mojra zostawiła jakieś pieniądze prócz tych w portfelu, zaczęła więc jeszcze z większą uwagą przyglądać się wszystkim meblom, sądząc, że to one kryją w sobie tajemniczy schowek. Jej wzrok padł na kolorowy kobierzec wiszący nad kanapą w garderobie za sypialnią. Zauważyła, że jego prawy dolny róg nie jest przybity do ściany. Dotknęła tkaninę i wyczuła pod nią niewielką wypukłość. Odgięła róg kobierca i krzyknęła z radości – były to małe metalowe drzwiczki z dziurką na klucz. Wyciągnęła z kieszeni fartucha mały kluczyk znaleziony między pościelą. Pasował, więc przekręciła go w zamku.
Za małymi drzwiczkami był schowek, w którym dziewczyna zobaczyła stos banknotów, pudełka z biżuterią i jakieś dokumenty. Nigdy nie widziała tak wielkiej ilości pieniędzy. Jej ręce drżały, gdy dotykała banknotów, które mogły wystarczyć jej na długie lata, jeżeli będzie z nich rozważnie korzystać. Jednocześnie pomyślała, że jeśli Gertruda dowie się o znalezisku, zabierze – jeśli nie wszystko, to bardzo dużo z tego, co było w schowku. Zamknęła więc go i starannie zamaskowała, przesunęła nawet bieliźniarkę, by ktoś przez przypadek nie odkrył tajemnicy. Doszła do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli przeniesie swój skarb w takie miejsce, w którym „ciotka” nie będzie szperać – do swojego dawnego mieszkania. Poszła więc tam, by znaleźć najlepszy schowek dla znalezionych pieniędzy i biżuterii.
W dawnym mieszkaniu miała taki schowek pod podłogą. Przy oknie, pod stołem poluzowała kiedyś dwie deski. Pod nimi była luka, w której umieściła metalowe pudełko po czekoladkach, które przyniósł jej wuj Hans. Przechowywała w nim dotąd wszystkie swoje pieniądze, które zarobiła u Mojry lub dostała od wuja. Nigdy nie było tego wiele – kilka lub kilkanaście marek, które i tak były dla niej majątkiem.
Postanowiła więc tam schować wszystko to, co znalazła. Wróciła do kamienicy i weszła do sklepu, by wyszukać odpowiednie metalowe pudełko na pieniądze. W sklepie panował nieporządek. Na podłodze leżały porozrzucane różne opakowania, ktoś rozsypał po podłodze goździki i cynamon, które rozsiewały wokół ów niezwykły orientalny zapach, jaki unosił się tylko w sklepach kolonialnych. Dla Waleski był on symbolem czegoś nieosiągalnego, nigdy nie było ją stać na tę odrobinę luksusu.
Powróciły wspomnienia z dzieciństwa pod wpływem zapachów unoszących się w sklepie. Pierników nigdy nie piekła, raz tylko wuj, gdy była jeszcze dzieckiem, kupił na odpuście na świętego Walentego lukrowane serce z piernika, z przyklejonym w środku obrazkiem aniołka, innym razem na Mikołaja dostała od gospodyni farorza[1] piernik w kształcie tego świętego ozdobiony kolorowym lukrem. Pachnący, cieszący oko swymi barwami piernik był dla niej symbolem lepszego świata, w którym na święta piecze się ciasta, dzieci dostają prezenty i nie muszą pracować na swoje utrzymanie. Żal jej było zjeść te pachnące cuda, niewiele brakowało, by spleśniały, ale tego smaku nigdy nie zapomniała.
Waleska poukładała pudełka na półkach, pozamiatała podłogę i sięgnęła po gramofon, który zauważyła w witrynie. Szyby były całe, gdyż Ryfka zdążyła zamknąć okiennice, Waleska zaś nie otwierała ich, gdyż dotąd nie wiedziała, co zrobić ze sklepem. Wprawdzie zniknęło bardzo dużo towaru, ale i tak to, co zostało, w jej oczach było wielkim majątkiem. Postanowiła więc poradzić się wuja. Tymczasem posprzątała w sklepie i wzięła jedno duże metalowe pudełko na banknoty i drugie na klejnoty. Zawinęła swój skarb w chustę i przeniosła do swojego dawnego mieszkania w oficynie. Ostrożnie wsunęła pudełka pod podłogę, położyła z powrotem deski i nasunęła chodniczek - szmaciak.
Wróciła do domu Mojry. Przenikliwe zimno panujące na dworze przeniknęło do mieszkania, więc rozpaliła w piecach. Po południu ktoś zapukał do drzwi. Był to wuj z nieznanym robotnikiem. Hans wyjaśnił, że dom wymaga drobnego remontu, więc sprowadził majstra, który dawniej poprawiał tu i ówdzie w tym domu. Teraz też będzie wiedział, co należy sprawdzić, co zreperować.
Odsłon: 119 Komentarzy: 5
Wednesday, 03 October 2012
Tuesday, 03 April 2012
Tuesday, 03 January 2012
Monday, 27 February 2012
Friday, 04 May 2012
