Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Wynurzenia "niezbytinteligenta"

Kategoria: Polityka Wednesday, 16 May 2012, 23:14

Natłok obowiązków i codzienne zabieganie sprawiają, że mój blog leży odłogiem. I chociaż sporo refleksji i rozmaitych przemyśleń kołacze mi się po głowie, jakoś nie starcza mi samozaparcia, by przelać je na papier. Pardon - wystukać na klawiaturze...

 

Dzisiaj wszelako natrafiłem na "dziwo", które na stronie Newsweeka popełnił niejaki Mariusz Wysocki. Otóż opierając się na badaniach, które jakoby przeprowadzili starsi i mądrzejsi, i których wynikami nie omieszkali się podzielić z łaknącym wiedzy światem na łamach uczonych periodyków, dowodzi on, że.... (werble!)... ludzie prawicy nie są zbyt inteligentni (ta-dam!). Artykuł jest w zasadzie na tyle kuriozalny, że jedyną nań reakcją powinno być wzruszenie ramion tudzież szczera salwa śmiechu. Powinno, gdyby nie jedno małe "ale". To, o czym mowa we wspomnianym tekście, jest bowiem koncepcją, której nie powstydziłby się sam Orwell. Żyjemy przecież w świecie, w którym dewiacje przy zachowaniu pozorów naukowości (a tak naprawdę przy złamaniu wszelkich naukowych procedur) są na ideologiczne zamówienie uznawane za orientację lub normę. Pan Wysocki tudzież autorytety, na które się powołuje, postępują krok dalej: stwierdzają de facto, że poglądy idące w poprzek mainstreamowej (czytaj: lewicowej) ideologii są symptomem jakiejś - rzekomo naukowo "orzekalnej" - dysfunkcji! A jakiej jest tej "dysfunkcji" podstawowe kryterium? Otóż jest nim "akceptowanie wyłącznie określonego, odgórnie przyjętego koszyka wartości" i kształtowanie w oparciu o nie swojego oglądu rzeczywistości.

 

Skoro zatem zostało "naukowo dowiedzione", że posiadanie innych niż lewicowe poglądów jest intelektualnym deficytem, zastanowić się należy, kiedy "siły postępu" zadecydują o tym, że jest to konieczna do zadekretowania w kodeksach karnych myślozbrodnia...

Odsłon: 220 Komentarzy: 3


Baca i krach Europy

Kategoria: Świat Wednesday, 11 May 2011, 22:28

Czas jakiś temu odwiedzałem z młodzieżą gimnazjalną warszawską synagogę Nożyków. Po krótkiej pogadance na temat judaizmu, żydowskich tradycji i zwyczajów przyszła pora na pytania do prowadzącego. Wśród wielu, jakie wówczas padły, ktoś zadał również to:
- Proszę pana, czy jest pan Żydem?
- Z wyznania – nie. – odrzekł pytany.

Ta lapidarna odpowiedź uderzyła mnie z siłą gromu. Człowiek, który wystąpił w synagodze w roli naszego gospodarza, imponował wiedzą na temat szeroko pojętego judaizmu. Dzień wcześniej, gdy gościliśmy w synagodze z inną grupą, wdałem się z nim w polemikę dotyczącą składania ofiar i kultu świątynnego. Z zapałem bronił wówczas swojego, opartego na stanowisku rabinów, zdania. Obawiając się zapewne, że ja – nie Żyd, mogę w jakikolwiek sposób "zaatakować" religię jego ojców, starał się wykonywać zręczne "ataki uprzedzające", by wytrącić mi z dłoni oręż moich argumentów. On Żyd "etniczny", domyślam się, że ateista, bronił religii, której nie wyznawał. Bronił jej, bo religia ta jest fundamentem jego narodu, kultury, tradycji.  Bez niej nie byłoby jego.

Bardzo mi tym zaimponował. I jednocześnie zasmuciło mnie to, że wśród moich Rodaków postawa taka nie jest powszechna – że dzisiaj, A.D. 2011, przyznawanie się do polskości częstokroć uznawane jest za obciach.  W dobrym tonie jest deprecjonowanie wszystkiego, co narodowe, przy jednoczesnej szaleńczej pogoni za wzorcami zachodnimi, europejskimi. I jest coś zakrawającego na obłęd w tym, że owa enigmatycznie pojmowana "europejskość" oznacza w praktyce deptanie i szydzenie z wartości dla cywilizacji zachodniej konstytutywnych. A ze szczególną zajadłością ruguje się z przestrzeni publicznej wszystko, co nosi chociaż posmak chrześcijaństwa.

Słysząc odpowiedź naszego żydowskiego przewodnika przypomniałem sobie program, który widziałem dość dawno temu w telewizji. W programie tym (nosił tytuł, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, "Wieczór z Alicją") Alicja Resich-Modlińska rozmawiała z Bogusławem Lindą. W trakcie wywiadu prowadząca zadała aktorowi jakieś pytanie (nie pamiętam już niestety jego brzmienia) o wartości chrześcijańskie. Ten zaś, zaglądając pod stół, przy którym siedział, powiedział: "Czy są tu jakieś wartości?" Obydwoje interlokutorzy spuentowali tę scenkę perlistym śmiechem...

Na zakończenie tej gorzkiej, przynajmniej dla mnie, refleksji, pozwolę sobie przytoczyć pewien dość stary żart:

Wędrujący po górach turysta napotyka bacę. Ten, siedząc na drzewie, z zapałem piłuje gałąź, na której siedzi. Turysta ostrzega:
- Baco! Spadniecie!
- Ni spadne! – baca na to.
- Zobaczycie, że spadniecie.
- Ni spadne.
Widząc, że nic nie wskóra, turysta odchodzi. Po przejściu kilku kroków słyszy łomot. Odwraca się i widzi bacę, który podnosi się z ziemi i rozmasowując dolną część pleców mruczy sam do siebie:
- Prorok, cy co?

Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że w rolę bacy za wszelką cenę postanowiła się dzisiaj wcielić szeroko pojęta cywilizacja zachodnia. Obawiam się tylko, że jej upadek będzie na tyle bolesny, że na kilku siniakach się nie skończy...

 

 

Odsłon: 443 Komentarzy: 13

Żonglowanie zygotą - poradnik praktyczny

Kategoria: Aborcja Saturday, 29 October 2011, 16:32

"Proczojsowcu" roztomiły! W boju o świetlane jutro i nowy wspaniały świat nie raz przyjdzie ci się zetrzeć z ciemnogrodzkimi, antyaborcyjnymi talibami. Stając w szranki z onymi reakcyjnymi wstecznikami, samych siebie określającymi mianem "prolajferów", pamiętaj, by przestrzegać kilku prostych zasad.

 

1. "Prolajferzy" z uporem godnym lepszej sprawy konstruują swe niedorzeczne argumenty w oparciu o tzw. zdrowy rozsądek, pełnymi garściami czerpiąc przy tym z ustaleń szeroko pojętych nauk empirycznych, zwłaszcza medycyny i genetyki. Niech nie uśpi to twej czujności i niech ziarno niepewności nie zakiełkuje w twym sercu! Chociaż ich argumentacja jest na pierwszy rzut oka spójna i logiczna, nie możesz zapomnieć, że znaczną część wrażych hufców stanowią chrześcijanie. Ze wszech miar zasadne będzie zatem wszczęcie larum, że ich sprzeciw wobec aborcji jest narzucaniem swojego światopoglądu.

Pamiętaj! Nie ma znaczenia to, że uzasadniając swoje stanowisko nie odwołują się do swojej religijności ani nie podnoszą argumentów światopoglądowych. Istotne jest to, kim są (albo kim mogliby być), a nie to, co mówią. To wystarczy, by zarzucić im, iż dyskusję sprowadzają do sporu światopoglądowego.

 

2. Uparcie neguj człowieczeństwo istot rodzaju ludzkiego w prenatalnej fazie ich życia. To nic, że medycyna i genetyka ponad wszelką wątpliwość dowiodły, że człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia. Niech cię nie zraża nawet to, że twierdzą tak również proaborcyjni lekarze. Konsekwentnie używaj terminów typu "zygota", "zarodek", "zlepek komórek", "płód", a w ostateczności "potencjalny człowiek". A gdyby ktoś ośmielił się z tobą nie zgodzić lub, o zgrozo!, łeż ci zarzucić – patrz punkt 1.

 

3. Uporczywie obnażaj brak empatii, a nawet okrucieństwo "prolajferów". Wyszukuj marginalne acz drastyczne i działające na wyobraźnię sytuacje, które mają aborcję usprawiedliwić i uzasadnić. Zgwałcona ciężarna dziewięciolatka zawsze robi spore wrażenie, choć na niezorientowanych powinna wystarczyć zwykła ciąża pozamaciczna. Toż każdy normalny człowiek pochyli się i ulituje nad takim nieszczęściem!

 

4. Ochoczo porównuj ludzką ciążę z cyklem rozwojowym zwierząt i roślin. Proste pytanie typu: "Że niby kurze jajko jest kurą?" albo "Ha ha! Według pana kiełkujący żołądź jest dębem?" powinno zbić z pantałyku, a w sprzyjających okolicznościach zupełnie ośmieszyć osobnika, z którym przyjdzie ci się mierzyć. Jeśli zaś w przypływie bezczelności ośmieli się stwierdzić, że stawianie znaku równości pomiędzy człowiekiem a kurą czy dębem jest intelektualnym nadużyciem lub manipulacją – patrz punkt 1.

 

5. Jeśli nie uda ci się zakwestionować człowieczeństwa zygoty, zawsze możesz odmówić jej przymiotów osoby i w konsekwencji wynikających z tego praw. Dywagacje nad tego typu kwestiami są oczywiście domeną filozofów, zaś przyjęcie lub odrzucenie określonej koncepcji jest kwestią światopoglądu, jednak nie od dzś wiadomo, że "co wolno wojewodzie...". Twoim obowiązkiem jest zawsze i wszędzie wytykanie "prolajferom" sprowadzania problemu aborcji do poziomu ideologiczno-światopoglądowego. Sam możesz to robić bez ograniczeń. I tak nikt się nie zorientuje.

 

Ciąg dalszy napisze życie...

Odsłon: 324 Komentarzy: 5


Niełatwo być frajerem

Kategoria: Polityka Thursday, 20 October 2011, 14:32

Moje dzieciństwo i lata wszesnomłodzieńcze przypadły na okres schyłkowego PeeReLu. Moi Rodzice dołożyli wszelkich starań, bym zapamiętał ten czas w taki sposób, w jaki dzieciństwo powinno być pamiętane. I skłamałbym, gdybym powiedział, że Im się to nie udało, bo – rzeczywiście – lata szczenięce wspominam z wyjątkowym rozrzewnieniem jako beztroskie i szczęśliwe. A jednak... Pomimo wysiłków moich Rodziców, na wspomnienie tego okresu kładzie się pewien cień – cień wszechogarniającego, pardon my French, syfu. Syfu i beznadziei będących swoistymi znakami firmowymi tamtych czasów. Odbierałem je w sposób infantylny i dzisiaj wywołują one raczej uśmiech niż poirytowanie. Moje dzieci zaś przecierają oczy ze zdziwienia, gdy opowiadamy im z Żoną o produktach czekoladopodobnych w opakowaniach z etykietami zastępczymi i łykowatych pomarańczach kubańskich. Skoro jednak te, w gruncie rzeczy, drobiazgi potrafiły być dla mnie, kilkuletniego smarkacza, tak uciążliwe, to o ileż bardziej uciążliwym i przykrym doświadczeniem musiała być PRL dla pokolenia moich Rodziców (warto dodać: ludzi, którzy przez cały ten czas nigdy się nie zeszmacili i nigdy nie poszli "na skróty")?

Nie dziwię się zatem, że dla milionów ludzi, którzy mieli poczucie ugrzęźnięcia w otaczającym ich bagnie rzeczywistości, sierpień roku 1980 jawił się niczym jutrzenka. Nie dziwię się, że tak wielkie nadzieje pokładali w ludziach będących motorami tamtych wydarzeń. Nie dziwię się, że późniejsze doświadczenie stanu wojennego było swoistym chrztem ognia, który nadzieję tę zahartował i wzmógł. Nie dziwię się wreszcie, że rok 1989 jawił się w ich oczach jako przełom otwierający zupełnie nowy, lepszy rozdział ich życia.

Dla mnie, człowieka, który przesiąknął panującymi w rodzinnym domu poglądami, ale ze względu na młody wiek przypadła mu rola biernego obserwatora, paradoksalnie najtrudniejsze było zrozumienie tego, co wydarzyło się później. Skoro kilkadziesiąt lat Polski Ludowej było dla większości ludzi tak wielkim jarzmem, to skąd wzięły się te wszystkie skrupuły, by przy pierwszej sposobności jarzmo to definitywnie zrzucić? Dlaczego, do ciężkiej cholery, nie przeprowadzono dekomunizacji i lustracji? I nie chodzi mi tu wyłącznie o politykę "grubej kreski" i rozgrywki toczące się na szczytach władzy – te dość łatwo było wytłumaczyć jako wypadkową rozmaitych zakulisowych interesów i układów pomiędzy spadkobiercami PeZetPeeRu i tej części niegdysiejszej opozycji, która biesiadowała w Magdalence i zasiadła do Okrągłego Stołu. Moje niepomierne zdziwienie budził opór, na jaki idea poznania who is who i definitywnego rozliczenia z przeszłością napotkała wśród tak zwanych zwykłych ludzi. Oczywiście nie sposób przecenić tu roli, jaką odegrały przychylne establishmentowi i całkowicie od niego zależne media. Niech roli tej milczącym świadectwem będzie fakt, iż gwiazdy dziennikarstwa, na których ramionach spoczął wówczas ciężar, by "odpowiednie dać rzeczy słowo", dzisiaj jasno świecą na firmamencie medialnego rzemiosła, powszechnie są fetowane jako sui generis wzorce z Sevres, a ich pozycja "bezstronnych profesjonalistów" wydaje się być niczym niezagrożona.

Zostawmy to. Wróćmy do całej rzeszy anonimowych Kowalskich, którzy będąc ludźmi żywo zainteresowanymi, by ustrój "sprawiedliwości społecznej" wreszcie się załamał, a wiodącą siłę narodu szlag trafił, na pierwsze doniesienia o tym, że ich niedawni bohaterowie są po pachy umoczeni, zareagowali mocno alergicznie. Gdy na spiżowym obliczu Lecha Niezłomnego zaczęły pojawiać się pierwsze pęknięcia, a później zewnętrzna skorupa jęła odpadać ujawniając nieładną facjatę Bolka Kłamczuszka, ludzie ci (mam tu na myśli m.in. moich Rodziców i wielu spośród ich znajomych) opowiedzieli się po stronie tych, którzy uznali za stosowne podsycać psychozę rzekomych "polowań na czarownice". Dość łatwo uwierzyli ludziom, których w roku 1980. i 89. obdarzyli zaufaniem i których uznali za autorytety, a którzy teraz przekonywali, że oto próbuje dokonać się tzw. dzikiej lustracji, a ta może przynieść niepomiernie więcej szkód niż korzyści. Efekt? Gdy w 1992 r. podczas "nocy długich teczek" obalono rząd Olszewskiego, a pod Belwederem pojawili się manifestanci z kukłą "Bolka" żądający od Wałęsy, by rozliczył się ze swej przeszłości, ludzie ci niemal bez mrugnięcia okiem dali wiarę zmontowanej na poczekaniu historyjce o udaremnionej w ostatniej chwili próbie zamachu stanu (sic!).

Przez długi czas nie potrafiłem zrozumieć, skąd taka postawa. Z biegiem czasu, gdy obserwowałem transformację postawy moich Rodziców wobec kwestii lustracji (od raczej sceptycznej do zdecydowanie afirmatywnej), moje niezrozumienie stawało się coraz większe. Aż w końcu odkryłem, w czym rzecz, a rozmowa z Mamą potwierdziła moje przypuszczenia. Po kolei jednak...

W roku 1989 moi Rodzice bardzo szczerze i mocno zaangażowali się w działalność lokalnego Komitetu Obywatelskiego. Ich opór budziła tylko jedna rzecz: nie podobało się im, że nagle, niczym diabeł wyskakujący z pudełka, uaktywnili się również ludzie, którym, eufemistycznie rzecz ujmując, przed Okrągłym Stołem było bardzo "po drodze" z "wiodącą siłą narodu" lub jej przybudówkami. Tę gorzką pigułkę udało im się jednak wówczas przełknąć. Nie powiodła zaś im się ta sztuka w roku 1990, po pierwszych wyborach samorządowych. Moja Matka nie omieszkała wtedy publicznie wyrazić swojego niezadowolenia, że burmistrzem został człowiek, w którego życiorysie znaleźć można było epizody, powiedzmy, moralnie wątpliwe. To wystąpienie moich Rodziców (bo Tata wiernie Mamie sekundował) było ostatnim ich kontaktem z "działaczami" lokalnego Komitetu Obywatelskiego. Z pewnego oddalenia obserwowali odtąd, jak tocząca się na szczytach tzw. wojna na górze i jej późniejsze mutacje znajdują swe mikroodbicie na naszym lokalnym podwórku.

Czas płynął. Po drodze nastąpiła wspomniana wcześniej "nocna zmiana", wobec której moi Rodzice, odznaczający się wówczas ideowym "prowałęsizmem", w czambuł potępili knowania "olszewików". Jeszcze w 1995 roku zagłosowali na Wałęsę, chociaż wtedy był to już raczej, jak sądzę, głos oddany przeciwko Kwaśniewskiemu. Jednocześnie obserwowałem ich narastające rozczarowanie tym, czym okazywała się być III RP. Rozczarowanie, którego kulminacją było po latach uznanie, że Lech Wałęsa był jednym z ich największych życiowych rozczarowań, a w konsekwencji ich cicha wobec niego lojalność była piramidalną pomyłką. Ja jednak jeszcze przez jakiś czas nie potrafiłem pojąć, dlaczego zajęło to Rodzicom tak wiele czasu. Olśnienie przyszło zaś zupełnie niespodziewanie.

Oglądam czasem w Internecie amatorskie videorelacje z rozmaitych "spotkań z ciekawym człowiekiem". Kiedy zdarzyło mi się obejrzeć kilka takich imprez, w których jako widownia uczestniczyli ludzie współtworzący gdańską "stoczniową" Solidarność, zostałem nieomal porażony pewną dość natrętnie powtarzającą się obserwacją. Kiedy "gwiazda wieczoru" kończyła swoje wystąpienie i przychodził czas na pytania z sali, praktycznie za każdym razem na początku przeradzały się one w litanię rozlicznych żalów, które wylewali odstawieni na boczny tor solidarnościowi weterani. Melodia zawsze była ta sama: zostaliśmy oszukani, zmanipulowani, wykorzystani i wyrzucono nas na śmietnik historii zawłaszczając dokonania, których byliśmy współautorami. Czyli – dosadnie rzecz ujmując – daliśmy się sfrajerować...

Wreszcie zrozumiałem! Zrozumiałem, co "dolegało" moim Rodzicom! Otóż ich opór wobec atakującej ich co i rusz prawdy o ludziach, których niegdyś uznawali za autorytety, był głęboko ludzką niechęcią do przyznania się, że – podobnie jak stoczniowi solidarnościowcy – zostali wystrychnięci na dudka. To był najzwyklejszy w świecie odruch obronny przed uznaniem własnej słabości, jaką okazał się być ich szlachetny idealizm. Idealizm, który uczynił ich tak podatnymi na manipulację. I w tym kontekście przejawem wielkości moich Rodziców i ludzi im podobnych było dojście do punktu, w którym potrafili przyznać się przed "światem", ale przede wszystkim przed samymi sobą, że w którymś momencie – w zasadzie na własną prośbę – pozwolili się oszukać...

Kiedy zastanawiam się nad rzetelnością serwowanego nam obecnie medialnego przekazu, nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że istnieje pewne podobieństwo pomiędzy postawą moich Rodziców i wielu z dziennikarskich gwiazd, które zaczęły robić kariery na początku lat dziewięćdziesiątych. Otóż jedni i drudzy pozwolili się zmanipulować. O ile jednak maluczcy potrafili się przyznać do popełnionej omyłki (i w tym właśnie przejawiła się ich wielkość), o tyle telewizyjnym sławom, które z czasem nabrały przeświadczenia, iż są autorytetami i z tej racji ich słowa mają wagę prawd objawionych, składanie tak pospolitej samokrytyki nie uchodzi. "Swą omylność – będącą przecież ewidentnym przejawem słabości – to może obnażać jakiś tam 'Kowalski'... Ale my? Nieomylne wzorce cnót wszelakich? A ciemny lud przecież i tak wszystko kupi..."

Odsłon: 166 Komentarzy: 5


Moje codzienne "memento mori"

Kategoria: Rodzina Wednesday, 10 August 2011, 22:45

To może głupio zabrzmi, ale bycie ojcem zmusza mnie, bym każdego dnia ocierał się o śmierć. Z olbrzymią mocą dotarło to do mnie dzisiaj, gdy z Żoną dane nam było się przekonać, że chociaż Szymon jest naszym czwartym dzieckiem i niekiedy wydaje nam się, że nic już nas nie jest w stanie jako rodziców zaskoczyć, to jednak życie jest w stanie napisać scenariusz, w którym o nagły zwrot akcji nietrudno.

O takich dzieciach, jak nasze, zwykło się mówić, iż są to "żywe srebra": wszędzie ich pełno, wszystko ich interesuje, wszystkiego muszą dotknąć, o wszystkim mają swoje zdanie. I w zasadzie naturalną koleją rzeczy przy takich temperamentach jest to, że jesteśmy częstymi bywalcami okolicznych przychodni, ambulatoriów czy szpitali.

Złamana w dwóch miejscach ręka trzyletniej Zuzi (dzisiaj lat osiem) była szczęściem w nieszczęściu, bo skok na główkę z piętrowego łóżka mógł się zakończyć znacznie gorzej. Po spotkaniu półtorarocznego Kuby (dzisiaj lat dziesięć) z wrzącą herbatą do dzisiaj została mu co prawda na przedramieniu blizna, ale wziąwszy pod uwagę okoliczności całego zajścia cieszymy się, że nie nosi tej "pamiątki" na twarzy. Sześć lat później dane mu było z kolei przeżyć niezapomnianą "przygodę" podczas wyprawy do pokoju po czerwoną kredkę. Bliskie spotkanie żuchwy z parapetem zaowocowało złamaną "jedynką" i przegryzioną na wylot wargą. Trzyletni Mateusz w tym roku postanowił sprawdzić, czy schody w centrum handlowym są w stanie wytrzymać cios zadany... gałką oczną. Skończyło się "tylko" na pękniętej powiece i dwóch dniach spędzonych na izbach przyjęć w celu stwierdzenia ewentualnych urazów mózgu, oka i nosa. Dwa miesiące później udało mu się eksperyment powtórzyć, tym razem "atakując" jakiś murek potylicą. Starcie przed czasem wygrał murek, a na Mateuszowej głowie ostał się fantazyjny wzór na pamiątkę krawieckiego kunsztu chirurga z sandomierskiego szpitala.
Drobniejsze urazy zmilczę.

Przytaczam te sytuacje nie po to, by epatować jakimiś drastycznymi scenami. Po prostu wydarzenia te wróciły dzisiaj do mnie, gdy roczny Szymon postanowił pochwalić się nowonabytą umiejętnością. Otóż dzisiaj nasze najmłodsze dziecko nauczyło się otwierać okno. I w zasadzie zaledwie ułamka sekundy brakowało, byśmy przekonali się o tym za późno. W ostatniej chwili do pokoju weszła Zuzia i zastała szkraba stojącego na parapecie w otwartym oknie. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że uratowała swojemu bratu życie.

Pierwszą myślą, jaka przemknęła mi przez głowę, gdy się o tym dowiedziałem (nie było mnie podczas tego zajścia w domu) było: "To Szymonowy Anioł Stróż kazał jej w tym momencie wejść do pokoju." A w chwilę potem dotarło do mnie, że jesteśmy jako rodzina, pod szczególną Bożą opieką. Dotyczy to zwłaszcza nas, rodziców. Ból po stracie dziecka jest czymś, czego nie potrafię - i nie chcę - sobie wyobrazić. Dzisiaj wiem jedno - bez rozpostartego nad nim Bożego płaszcza człowiek bardzo łatwo może wypaść z trasy na życiowym zakręcie. A jeśli mimo to do tego dojdzie, tylko Bóg może ukoić jego ból i pomóc wrócić na właściwą ścieżkę. Lub wyznaczyć nową.


Pan jest światłem moim i zbawieniem moim,
kogo miałbym się lękać?
Pan jest obroną mojego życia,
kogo miałbym się trwożyć?
(Ps 27, 1)

 

Odsłon: 339 Komentarzy: 4


Palikotiada – maskarada

Kategoria: Polityka Thursday, 10 February 2011, 23:45

Nie jestem zbyt wnikliwym analitykiem sceny politycznej, niemniej staram się w miarę na bieżąco śledzić rozgrywające się na niej wydarzenia. I im bardziej zbliża się 9. października, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu dotyczącym pewnej specyficznej roli, jaką wg mnie przeznaczono do odegrania Januszowi Palikotowi i jego formacji.


Kiedy przed rokiem gorzelnik z Biłgoraja w błysku fleszy rozstawał się z PO i zakładał partię swojego imienia byłem niemal pewien, iż nie jest to nic innego jak tylko kolejna platformerska mistyfikacja – taka pozorowana secesja, obliczona na wyśrubowanie wyniku wyborczego. W czym rzecz? Po czterech latach rządów Platforma potrzebuje do zwycięstwa czegoś więcej niż tylko lęku przed dojściem do władzy PiSu. Nadzieje części z tych, którzy oddali na nią swoje głosy w 2007 r. licząc na spełnienie rozlicznych obietnic Donalda Tuska i jego ekipy zostały srodze zawiedzione i na ich poparcie A. D. 2011 raczej nie ma co liczyć. Tak zwany „żelazny elektorat” stanowi pewną stałą pulę głosów, która do zwycięstwa może się okazać niewystarczająca. Aby wygrać trzeba zatem ostro zawalczyć o nowe głosy (czemu służy oficjalna kampania i na co może się okazać, że najzwyczajniej w świecie nie starczyło czasu) albo… sprawić, by konkurenci dostali ich mniej. I właśnie tę drugą rolę przeznaczono, wg mnie, do odegrania Palikotowi – pozbawionemu jakichkolwiek skrupułów i zahamowań, a przez to wyjątkowo sprawnemu politycznemu harcownikowi. Scenariusz był (a w zasadzie nadal jest) prosty: założyć ugrupowanie, które wystartuje w wyborach jako rzekomy rywal PO. Ugrupowanie to nie będzie w stanie w znaczącym stopniu wpłynąć na decyzje platformerskiego żelaznego elektoratu, ewentualnie przechwyci część niezadowolonych, a przede wszystkim uderzy w wyborczy wynik którejś z parlamentarnych partii-konkurentek. Konkretnie – SLD.


Sojusz Lewicy Demokratycznej od pewnego czasu ma poważny problem z określeniem swej tożsamości. Jego działania przynajmniej od rządów Millera można streścić przysłowiem „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. I jakkolwiek z Kościołem jest Sojuszowi raczej nie po drodze, to jednak stara się – zapewne z obawy przed utratą głosów tej części elektoratu, która „stoi w rozkroku” – za bardzo hierarchom nie podpadać. Służy temu chociażby zarzucenie (a w każdym razie wyciszenie) antyklerykalnej retoryki i dość powściągliwe jak na tę formację podnoszenie kwestii społeczno-obyczajowych stojących w kontrze do katolickiej nauki społecznej.  A to z kolei bardzo się nie podoba twardogłowym lewakom, którzy traktują taką postawę jako sprzeniewierzenie się lub wręcz zdradę lewicowych „ideałów”. I właśnie do nich adresowana jest oferta Palikota – eksponująca przede wszystkim kwestie światopoglądowe dla niepoznaki jedynie przypudrowane kilkoma postulatami gospodarczymi. W zasadzie „program” Ruchu Palikota można streścić w jednym punkcie: „dowalić Kościołowi”. Fakt, iż na palikotowych listach wyborczych można spotkać takie nazwiska, jak Wanda Nowicka, Robert Biedroń czy Roman Kotliński – do niedawna kojarzone raczej z SLD – dobitnie, wg mnie, świadczy o tej właśnie chęci zagospodarowania głosów lewicowych radykałów. Swoją drogą na ironię zakrawa fakt, iż były szef komisji Przyjazne Państwo dzisiaj – jak rozumiem właśnie w imię tej „przyjaźni” – wznosi do góry sztandar z hasłami pogłębiającymi społeczne podziały.


Wszelkie antyplatformerskie medialne wrzutki w wykonaniu Janusza P., łącznie z niedawno wydaną książką-wywiadem, są jedynie zasłoną dymną, która ma przysłonić rzeczywisty cel jego wyborczej aktywności i uwiarygodnić jako konkurenta PO. Swoistą kulminacją tej hucpy jest teatralne załamywanie rąk przez platformersów i rozliczne „ochy” i „achy” nad tym, jakim to Palikot stał się niebezpiecznym konkurentem. A sytuacja jest, w moim odczuciu, dość czytelna: tego typu sygnały mając działać mobilizująco na elektorat PO, przede wszystkim mają zdopingować do udziału w wyborach niezdecydowanych i rozczarowanych polityką partii zasiadających w parlamencie. Umiejętnie podsycając antypisowską psychozę próbuje się popchnąć tych wyborców w objęcia Palikota, który rzekomo prezentuje sobą jakąś nową jakość. I jakoś nikt nie zaprząta sobie głowy tym, że będąc swego czasu jedną z najważniejszych figur w partii rządzącej (czyli de facto w państwie) i szefując komisji Przyjazne Państwo ex-poseł z Biłgoraja tak naprawdę nie wykonał żadnego wysiłku w tym kierunku, by „Polska rosła w siłę, a Polakom się żyło dostatniej” – ot po prostu koncentrował się na byciu kontrowersyjnym politykierem-celebrytą.


Dla Platformy oczywiście idealna byłaby taka sytuacja, gdy sama wygrywa wybory, a Palikot (urwawszy głosy SLD) do parlamentu jednak nie wchodzi. Wówczas zawiązuje spokojną koalicję z PSLem lub z przypartym do muru Sojuszem. Sam Ruch Palikota, jak sądzę, dość rychło przeszedłby wówczas do historii, a jego frontman ponownie znalazłby się w szeregach partii-matki.


Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, iż Ruch Palikota przekroczy próg wyborczy. Dla PO mogłoby to być o tyle komfortowe, że niejako z automatu zyskiwałaby sojusznika. Z drugiej jednak strony sytuacja takowa poprawia pozycję przetargową Palikota i być może wówczas rzeczywiście zdecyduje się on grać na własną rękę. Tak czy inaczej – niezależnie od tego, czy Janusz P. znajdzie się w sejmie czy nie – jestem niemal pewien, że będzie ciążył w stronę Platformy.


A ja, na kilka dni przed wyborami, z przykrością konstatuję, że po raz kolejny oddam głos na ugrupowanie, które zapewne nawet nie zbliży się do 5%...

Odsłon: 519 Komentarzy: 2


O masonerii bez zbędnych wstępów

Kategoria: Wydarzenie Tuesday, 27 September 2011, 16:13

W Polsce tematyka "okołomosońska" obłożona jest, nie mogę się oprzeć wrażeniu, swoistym tabu. Już sam fakt, iż ktoś zaczyna cokolwiek głośno na ten temat mówić, jest wystarczającym powodem, by do osobnika takowego podchodzić z należytym dystansem i ostrożnością. A jeśli, nie daj Boże, ośmieli się stwierdzić, iż masoneria wywiera albo chce wywierać wpływ na otaczającą nas rzeczywistość polityczną, gospodarczą, społeczną czy kulturalną, wówczas już z ponadstuprocentową pewnością można orzec, że to hołdujący teoriom spiskowym oszołom i ani chybi katobeton.

 

Co ciekawe - w krajach Europy Zachodniej masoneria zupełnie otwarcie przyznaje się do swych, że się tak wyrażę, "manipulatorskich" ciągot i jest to rzecz powszechnie wiadoma . Ale u nas...

 

Tadeusz Cegielski (fot. polskatimes.pl)U nas - znaczy się: w Warszawie - niedawno zakończył się XV Festiwal Nauki, na którym podczas debaty "Dziesięc mitów głównych związanych z wolnomularstwem" można było posłuchać m.in. prof. Tadeusza Cegielskiego, znającego tematykę, można rzec, od podszewki. Relację z tego wydarzenia (niestety niezbyt obszerną) zamieścił serwis naukowy PAP, więc nie będę się na ten temat rozpisywał - lepiej zajrzeć do źródła. Tutaj pozwolę sobie przytoczyć wzięte ze wzmiankowanego tekstu słowa prof. Cegielskiego:

 

"Zwrócił się do mnie przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych z pytaniem, czy nie zechcielibyśmy wspomóc starań Polski o wstąpienie do NATO. Rozmawialiśmy wtedy z wolnomularzem amerykańskim - głównodowodzącym sił NATO na terenie Niemiec. Dostałem nawet listę opornych senatorów, których miał on sondować, a potem dawał nam znać, czy akcja przynosi rezultat."

 

Od siebie tylko dodam, że z analogicznych powodów, dla których nie za bardzo wypada nazwać Normana Filnkelsteina antysemitą, profesora Cegielskiego głupio byłoby jednak podejrzewać, że wietrzy wszędzie masoński spisek...

Odsłon: 324 Komentarzy: 1


Idiota idiocie nierówny

Kategoria: Kultura Wednesday, 17 August 2011, 01:24

Gdy w 2007 roku ówczesna Rzecznik Praw Dziecka, Ewa Sowińska, podpuszczona (tak przynajmniej wynikało z jej późniejszych wyjaśnień) przez prowadzącego z nią wywiad dziennikarza Wprost chlapnęła głupotę o badaniu przez "psychologów z biura" preferencji seksualnych jednego z Teletubisiów, świat zaniósł się głośnym rechotem. A ja wraz z nim. Mając podówczas dzieci akurat w "teletubisiowym" wieku siłą rzeczy w ramach ojcowskiego obowiązku (nie ukrywam, że w tym konkretnym przypadku dość przykrego) kilkakrotnie zdarzyło mi się śledzić perypetie owych infantylnych telewizyjnych dziwolągów. Z niedowierzaniem zatem skrobałem się w łysinę jakim cudem komukolwiek przyszło do głowy, że któryś z Tulimisiów (jak mówiły o nich moje dzieci) posiada w ogóle jakąkolwiek seksualność.


Wieść o, eufemistycznie rzecz ujmując, niefortunnej wypowiedzi pani rzecznik szybko wróbelkiem wyfrunęła z naszego polskiego podwórka i, jako rzekłem, lotem koszącym omiotła bez mała cały glob. Rychło też powróciła wołem, bo jej pokłosiem, poza całą serią mniej lub bardziej złośliwych komentarzy, było m.in. to, że dziennikarz The Washington Post, Emil Steiner, przyznał Ewie Sowińskiej na swoim blogu trzecie miejsce jako Idiocie Roku 2007. (Tu rzecz warta odnotowania na marginesie: wszelkie media krajowe triumfalnie odtrąbiły wówczas, iż swój "brąz" pani rzecznik zdobyła z nadania The Washington Post, a nie w „prywatnym” rankingu jednego z dziennikarzy. Niby mała rzecz, ale...)


Tyle całkiem niezamierzchłej historii.


Przed kilkoma dniami producent popularnej Ulicy Sezamkowej, Sesame Workshop, zamieścił w swoim profilu na Facebooku - zupełnie na serio - oświadczenie, że bohaterowie programu, Ernie i Bert, nie mają orientacji seksualnej. Owa niedorzeczna z pozoru informacja była odpowiedzią na, również zupełnie "sieriozną", petycję (w chwili, gdy piszę te słowa, podpisaną już przez przeszło 9 tys. osób), by rzeczone kukiełki zawarły w programie "homoślub". Ta sprawa jest już przez mainstreamowe media komentowana bez typowej dla "sprawy Sowińskiej" złośliwości. Bo ta sprawa ma oficjalne "błogosławieństwo" środowisk homoseksualnych. Zgodnie z politpoprawnym kanonem drwić z niej zatem nie wypada - można się co najwyżej z aprobatą uśmiechnąć, a i to bezpieczniej nie, bo a nuż uśmiech okaże się być homofobiczny i trzeba będzie składać samokrytykę. Gotów też jestem postawić dolary przeciwko orzechom, że w tym przypadku jako żywo żaden tytuł idioty roku nie zostanie przyznany, chociaż, wydawałoby się, tylko w takich kategoriach wypadałoby o tej sprawie mówić. Rzecz to jednak nienowa, że "wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych"...

Odsłon: 398 Komentarzy: 15


Od poczęcia!

Kategoria: Pro life Thursday, 20 January 2011, 22:11

UWAGA! WPIS ZAWIERA TREŚCI DRASTYCZNE!

***

Podczas niedawnej rozmowy z kolegą z pracy jakoś tak bez ostrzeżenia wypłynęła kwestia aborcji. Kolega mój nie jest chrześcijaninem, więc ja instynktownie, gdy tylko temat się pojawił, opuściłem przyłbicę, chwyciłem miecz w dłoń i już miałem na koń siadać i w szranki stawać, gdy mój rozmówca stwierdził: "Ale wiesz co? Tu w zasadzie nie ma o czym dyskutować." Zamarłem ze stopą w strzemieniu. "No bo przecież sprawa jest oczywista." – dodał. Nie starlismy się w dyskusyjnym boju. Konkluzja przyszła równie szybko i spontanicznie, jak nagle i spontanicznie w toku rozmowy stanęlismy wobec rzeczonego problemu: w momencie zapłodnienia powstaje nowe życie przynależne do swego gatunku. Ergo: człowiek jest człowiekiem od poczęcia. Causa finita.

Dla mnie zaś, tak zupełnie przy okazji, rozmowa ta okazała się być bardzo pouczającą lekcją pokory…

Nieprzekonanym zaś poniższy film dedykuję. OSTRZEGAM, ŻE JEST TO OBRAZ DRASTYCZNY (należy się zatem liczyć z tym, że niebawem zostanie przez administratorów serwisu, w którym został zamieszczony, usunięty).

 

Odsłon: 2377 Komentarzy: 100


Święta Basia powszednia

Kategoria: Film Tuesday, 18 January 2011, 16:18

Jedyną miłością jest miłość bez miary.

 

św. Franciszek Salezy

 

Film "Basia" to historia o pięknym życiu i heroicznej miłości. Zapewne tutaj, na Frondzie, wielokrotnie była juz o nim mowa: czy to w materiałach redakcyjnych, czy we wpisach na forum i blogach. Zatem liczę na wyrozumiałość i proszę o wybaczenie, jeśli ten wpis jest powieleniem już istniejących. Uważam jednak, że takie – z jednej strony wyjątkowe, a z drugiej bardzo "zwyczajne" i ludzkie świadectwa – są, zwłaszcza współczesnemu, roszczeniowemu i pełnemu pretensji do życia człowiekowi, potrzebne. Opowiadanie czy recenzowanie tego obrazu nie ma sensu – trzeba go po prostu obejrzeć.

 

Odsłon: 486 Komentarzy: 2


1 2 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.