
Monday,21 November 2011,12:30
Kategoria: Poezja Monday, 21 November 2011, 12:30
świat się nie zmienia
nie kurczy się ziemia
nie zwija się bezkres
nie skraca się czas
to, co przed nami
jest Życiem bez granic
i po za horyzont
tych pojęć i lat
a nie zmieści serce
z tych rzeczy nic więcej
nie pojmie ich głowa
ni oko na kształt
nie spojrzy niebieski
bo byt nasz tu ziemski
jest właśnie za ciaśnie
skurczony wśród dat
gdy to, co przeminie
rozpryśnie za chwilę
nadejdzie wśród wyżyn
nadbiegnie nasz PAN
gdy otrze łzę w oku
przeminie protokół
wymaże przewinień
i zbrodni i kar
dosięgnie nas wreszcie
o to MIŁOSIERDZIE
dopadnie jak złodziej
kołacze do bram
"Otwórzcie!" choć z drżeniem
bo właśnie nadejdzie
spragniona godzina
Miłości Bezczas
Odsłon: 257 Komentarzy: 0
Tuesday,08 March 2011,23:34
Kategoria: Modlitwa Tuesday, 08 March 2011, 23:34
+
3 sierpnia, środa
kto był dzisiaj w kościele, ten wie o co chodzi :)
Najpierw wraca zwiad z ziemi Kanaan i ogólnie zwiadowcy rozsiewają ploty, że „nie damy rady.” Tylko Kaleb zachował wiarę i męstwo. Anatomia kłamstwa, które ma swoje źródło w kompleksie, raczej w zakompleksieniu.
Udaliśmy się do kraju, do którego nas posłałeś. Jest to kraj rzeczywiście opływający w mleko i miód, a oto jego owoce. Jednakże lud, który w nim mieszka, jest silny, a miasta są obwarowane i bardzo wielkie. Nie możemy wyruszyć przeciw temu ludowi, bo jest silniejszy od nas... I rozgłaszali złe wiadomości o kraju, który zbadali, mówiąc do Izraelitów: "Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu. a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach". Wtedy całe zgromadzenie zaczęło wołać podnosząc głos. I płakał lud owej nocy...
1. „Nie możemy... bo...” lęk, a może i lenistwo, czyli lęk przed wysiłkiem, lęk, który szuka usprawiedliwienia stąd właśnie to „bo...”; racjonalizacja klasyczna.
2. „Rozgłaszali złe wiadomości...”; może plotki, może po prostu jęczenie, w każdym razie takie marudzenie, które ma spowodować, że innym udzieli się moje uczucie; że nie znajdzie się nikt, kto „będzie lepszy” ode mnie i zaryzykuje wyzwanie. Problem w tym, że znalazł się Kaleb.
3. „Ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu” no i co z tego?
4. „W porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza”; no i wyszedł kompleksik; czyli główne źródło; co ciebie dziś blokuje, przed „wielkimi czynami”?; Jaka wydaję się sobie?; Dlaczego nie robię tego, co do mnie należy?
5. „I takimi byliśmy w ich oczach” to już daleko idąca projekcja; byli tam 40 dni i akurat zdołali załapać ich język, yhm... to jak patrzę na siebie rzutuje nie tylko na to jak inni na mnie patrzą, bo faktycznie jak stanęli przed nimi wylęknieni, to tamci poczuli, że mogą nimi pomiatać.
6. „ I płakał lud owej nocy...” czyli udało się zwiadowcom pogrążyć lud w rozpaczy. Bomba! Jaka była ich misja od Boga? Po pierwsze misja zwiadowcy, po drugie: misja mobilizacji ludu do zdobycia Kanaanu; czyli misja PRZEKONYWANIA; oni naprawdę przekonali Izraelitów, tyle, że do czegoś kompletnie innego niż zamierzył Bóg;
czyli talent dany od Boga zadziałał, ale oni w drugą stronę skierowali ostrze, w strone przeciwną do Bożego zamiaru...
co na to wszystko Pan Bóg?
Poślij ludzi, aby zbadali kraj Kanaan, który chcę dać synom Izraela Jak długo mam znosić to przewrotne zgromadzenie szemrzące przeciw Mnie? Słyszałem szemranie Izraelitów przeciw Mnie. Powiedz im: «Na moje życie - mówi Pan - postąpię z wami według słów, któreście wypowiedzieli przede Mną. Trupy wasze zalegną tę pustynię. Wy wszyscy, którzy zostaliście spisani w wieku od dwudziestu lat wzwyż, wy, którzyście przeciwko Mnie szemrali, na pewno nie wejdziecie do kraju, w którym uroczyście poprzysiągłem wam zamieszkanie, na pewno nie wejdziecie, z wyjątkiem Kaleba, syna Jefunnego, i Jozuego, syna Nuna. Poznaliście kraj w ciągu czterdziestu dni; każdy dzień teraz zamieni się w rok i przez czterdzieści lat pokutować będziecie za winy i poznacie, co to znaczy, gdy Ja się oddalę. Ja, Pan, powiedziałem! Zaprawdę w ten sposób postąpię z tą złą zgrają, która się zebrała przeciw Mnie. Na tej pustyni zniszczeją i tutaj pomrą»
1. „Który chcę dać synom Izraela” po co zwiadowcy to pozostanie tajemnicą, ale istotniejsze jest CHCĘ DAĆ; Bóg obiecał kraj i tak miało być! To się miało stać! Trzymać się Bożej obietnicy! Nie muszę się przejmować słabością skoro Bóg mi dał! Bóg mi obiecał! Tak zrobił Kaleb: Wtedy próbował Kaleb uspokoić lud, który zaczął się burzyć przeciw Mojżeszowi, i rzekł: "Trzeba ruszyć i zdobyć kraj, na pewno zdołamy go zająć". I nie było w tym nic z brawury.
Wyzwanie Boże zawsze mnie przekracza. Bo nie rzecz jest w moich siłach. Tylko w Mocy Boga. Zatem „paliwem” każdej ekspedycji, którą wyznaczył mi Bóg nie jest moja zdolność, czy siła tylko moje zaufanie.
2. „Na pewno nie wejdziecie, z wyjątkiem Kaleba” obietnica wypełniła się tylko w życiu tego, który zaufał; tylko ufne serce usposabia do przyjęcia obietnicy; to jest jedyna konieczna dyspozycja by wypełnić plan Boga;
3. „Poznacie, co to znaczy, gdy Ja się oddalę” kara dotkliwa; grzech Izraela polegał na tym, że w działaniu, które nawet nie nastąpiło, nie wzięli pod uwagę pomocy Bożej, która jak widać nie miała być „pomocą” lecz fundamentem! Jak często mi się wydaje, że ja coś... w Nim poruszamy się i jesteśmy; i na innym miejscu mówi Pismo: przenikasz mnie Panie i znasz, sęk w tym, że nic bez Bożej Obecności się nie dzieje! Nic! Tylko ja mogę rękami – jak dziecko – przykryć oczy i udawać, że nie widzę, lub... z niewiary w Bożą pomoc, Obecność nie brać Go pod uwagę.
Kara Boga nie jest zemstą. Klasycznym „fochem.” On pokazuje co się dzieje gdy naprawdę się oddala. Izraelowi „się wydawało,” że nie działa, On pokarze co się dzieje gdy naprawdę się oddala. By pragnienie Jego Obecności w ich głębi zaczęło krzyczeć...
I teraz dopiero gdy na tym tle spoglądamy na KOBIETĘ KANANEJSKĄ widać cały geniusz Bożej myśli. Kobieta z Kanaanu bije wiarą na głowę kumpli Kaleba; mówi o tym sam Jezus: Niewiasto! Wielka jest Twoja wiara! Kobieta z Kanaanu, który mieli zdobyć... :) Widać jaki głęboki sens miała pozorna zabawa Jezusa w „ciuciubabkę”; nic nie było w stanie wystawić jej wiary na próbę, nawet „zbywanie” ze strony Jezusa;
To takie robocze studium biblijne z dziś. Ojciec Święty zachęcał, by czas wakacji poświęcać na przełużoną i pogłębioną lekturę Słowa Bożego. w Nim naprawdę znaleźć można odpoczynek. Zapraszam wszystkich do lektury i do dzielenia się.
Odsłon: 368 Komentarzy: 4
Friday,19 November 2010,14:17
Kategoria: Poezja Friday, 19 November 2010, 14:17

udaję się w drogę
drogę do głębi duszy
drogowskazem jest milczenie
źródło dobroci słowa
Oby tylko Chrystus był głoszony!
niech mi Chrystus wystarczy
z Nim pragnę cierpieć odpocząć
pragnę się wyrzec
wszystko uznaję za śmieci
Oby tylko Chrystus był głoszony!
świętość niech będzie waszą troską
na wszystko patrzcie przez pryzmat Chrystusa
modlić się to otworzyć serce
tylko kochać wierzyć i ufać
Oby tylko Chrystus…
kilka osób było zamieszanych w powstanie tego tekstu, z takich bardziej znanych warto wymienić Ojca Ignacego i św. Pawła
Odsłon: 411 Komentarzy: 7
Thursday,18 November 2010,22:32
Kategoria: Historia Thursday, 18 November 2010, 22:32
Wyruszam w drogę…
Mieszkając w Poznaniu, w miejscu gdzie krystalizował się charyzmat służby polskim emigrantom, nie sposób nie otrzeć się o ślady obecności Sługi Bożego o. Ignacego Posadzego. Historia jego życia dowodzi, że Wszechmocny czyni wielkie rzeczy za pomocą skromnych środków, hojnie obdarowując tych, którzy Jemu zawierzyli. Mówią o tym pamiątki zgromadzone po Ojcu, zdjęcia z przeróżnych zakątków ziemi. Po prostu żywy człowiek, osadzony w konkretnej rzeczywistości, rozpięty między własną słabością, (o której niejednokrotnie wspominał) a męstwem, przedziwną odwagą… Człowiek niesiony przez kontynenty, oceany, by dotrzeć wszędzie tam, gdzie biją polskie serca. Wreszcie człowiek obdarzony niebywałą pokorą i poczuciem misji, którą zawsze spełniał w głębokim posłuszeństwie i miłości do całego Kościoła. Oby tylko Chrystus był głoszony! Właśnie ta jego „zewnętrzna rzeczywistość” prowadzi nas dalej. Każe pytać i wyruszyć…
…w drogę do głębi duszy.
O. Ignacy nie był, bowiem, zwyczajnym „obieżyświatem”, tym bardziej łowcą przygód – nie! Żądza ofiary z siebie, radosne poświęcenie sił, wygód i życia dla dobra Polonii stanowiły kamienie milowe jego szlaku, które nam – duchowym córkom – pozostawił, szlaku, na który nas zaprosił. Jako człowiek ukształtowany przez łaskę posiadał bezbłędną intuicję zdolną wczuć się w Boże pragnienie. Właśnie przez niego Bóg zapragnął okazać swoją troskę o polskich emigrantów, wyraźnie inspirując poprzez kard. Augusta Hlonda. Wskazywały na to także „znaki czasu”. Kraj i naród posiadający bardzo silnie ukształtowaną tożsamość religijną nie mógł nie otoczyć opieką tych, którzy z niego – z różnych powodów – wyjeżdżają. O misjonarzy polskich woła i błaga osiem milionów Polaków na obczyźnie. Czy mogłaby Ojczyzna odmówić opieki duchowej swym najnieszczęśliwszym dzieciom? – pisał Ojciec.
U skromnych początków Towarzystwa Chrystusowego (w 1932 r.) staje, więc o. Ignacy Posadzy jako pierwszy przełożony generalny i zarazem nowicjusz Zgromadzenia. Powstającego dzieła nie złamała ani szalejąca zawierucha II wojny światowej, ani wieloletnie, chytre zabiegi „bezpieki”. Także dziś, mimo, że minęło ponad 25 lat od śmierci o. Ignacego, nic nie wskazuje na to, by jego charyzmat miał pójść w zapomnienie. To znaczący dowód autentyczności misyjnego powołania. Dziś, gdy klękamy w małej kaplicy u Księży Chrystusowców w Poznaniu, przy doczesnych szczątkach Ojca odkrywamy to, co było istotą, swoistą duszą jego charyzmatu, bo wcale nie liczba miejsc, które odwiedził stanowi o jego sile. Towarzyszy nam przeczucie – towarzyszą nam słowa, które tak często i tak chętnie swoim duchowym dzieciom powtarzał: Wasze życie ma być oparte na skalistych fundamentach… i tu, uparcie wymieniał trzy wartości: modlitwa, umartwienie, miłość… Zastanawiające? Piękne! Człowiek, który całe życie był w drodze, nie popadł w żadnym jego momencie w aktywizm! Gwałtownik Królestwa Bożego pozostał wierny pokornej, prostej modlitwie. Powtarzał, że milczenie jest źródłem dobroci słowa. A zatem kierunek priorytetowy, który w swoim życiu obrał, nie wiódł wcale na zewnątrz, lub na oślep – „byle przed siebie”. Jego droga wiodła go w pierwszej kolejności do głębi duszy. Tam, na dnie serca przebywał ze swoim Panem i Królem. Tam, wsłuchiwał się w rytm bicia Boskiego Serca, którego przez całe życie pragnął być heroldem.
Oby tylko Chrystus…
Można więc być pewnym, że to właśnie w wyciszonym, skupionym na Chrystusie wnętrzu o. Ignacego Posadzego eksplodowała siła – Moc z wysoka, która pchnęła go do wyłącznej służby Bogu i polskim emigrantom.
Odsłon: 454 Komentarzy: 5
Monday,15 November 2010,21:39
Kategoria: Historia Monday, 15 November 2010, 21:39
W jednej z gablot naszego domu zakonnego, w małym pudełeczku znajduje się białe zawiniątko. Pod nim napis: „Ostatnia łza Ojca Założyciela”. Zdążyła ją, w weronikowym geście zebrać jedna z sióstr, kiedy w śnieżny, wtorkowy poranek 17 stycznia 1984 roku odchodził do wieczności sługa Boży Ojciec Ignacy Posadzy.
Jedno jest pewne: o. Ignacy nie „uszył” charyzmatu służby wśród Polonii na własne potrzeby, a Boży plan działania w wielu punktach go przerastał. Jednak mawiał, że triumfem Chrystusa jest dźwigać słabych. I właśnie tymi słowami Sługa Boży wpisał się w epokowe dziedzictwo świętych swojego czasu. Czy nie jest to echo małej drogi św. Teresy od Dzieciątka Jezus, z którą Ojciec (rodząc się w 1898 roku) dosłownie minął się na ziemi? Czy te słowa w wyjątkowy sposób nie rezonują z prawdą o niezgłębionym Bożym Miłosierdziu, którą to ogłosiła światu św. siostra Faustyna? W swoim właściwym i pełnym kształcie Miłosierdzie objawia się jako dowartościowywanie, podnoszenie w górę, wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku – powiedział Jan Paweł II podczas ostatniej pielgrzymki do Polski w 2002 roku, sam uczynił on naukę o Bożym Miłosierdziu koroną swojego pontyfikatu. Wszyscy oni zdają się, więc mówić jednym głosem. W charyzmacie Posadzego jest jednak pewien rys specyficzny, którym do dziś naznaczone są życie i służba chrystusowców i "szarych szeregów" sióstr misjonarek…
Emigracja, sama w sobie, zawsze jest pęknięciem: więzi społecznych, rodzinnych, pęknięciem osobowości, która usilnie stara się dostosować do tego co „nowe” (nie zawsze pamiętając o korzeniach). To pęknięcie ma szansę wydać piękne i dorodne owoce. Jeżeli ziarno nie obumrze, zostanie tylko samo… Przez jego wąską szczelinę, nie bez bólu, kiełkuje nowa, młoda roślina. Kryzys przeżywany na obczyźnie, ból rozłąki i aklimatyzacji w nowym środowisku, ta bezbronność może popchnąć człowieka w ramiona samego Stwórcy. Tak banalne wydaje się stwierdzenie: jak trwoga to do Boga, bo w istocie taka postawa zewnętrznie ma w sobie coś banalnego, jednak zawsze za nią skrywa się ludzki dramat. Dramat, który zna tylko Bóg. Trudno przyznać się – nawet – najbliższym do porażki, klęski. Tymczasem niedola człowieka zawsze porusza Boga do głębi, zawsze woła o Jego bliskość. W duchowej trosce o. Ignacego o Polskich emigrantów jest coś z tego samego wzruszenia, które znamy z kart Ewangelii. Oto Jezus płacze na śmiercią Łazarza… Posadzy jakby spojrzał głębiej na nędzę Polaków opuszczających kraj, zajrzał w samo sedno, przecież: "Kto zmienia Ojczyznę zmienia nad sobą niebo, ale nie zmienia w sobie serca".
TO BE CONTINUED :)
Odsłon: 566 Komentarzy: 7
Monday,10 May 2010,22:25
Kategoria: Ogólne Monday, 10 May 2010, 22:25
20 sierpnia
Po całym dniu skręcania w domu mebli „koncernu szwedzkiego” wybieramy się przed siebie. Po Mszy Świętej wsiadamy do metra, spotykamy tam też Polaka, którego nieomal nie wryło, że słyszy od nas bez czajenia język polski i pyta nas: „Ale przepraszam, jakiego wy jesteście wyznania?” Dzięki jego uprzejmości kupujemy cztery bilety, po 1 euro każdy i wsiadamy. Wstępny cel: Thisio, by zobaczyć wieczorem podświetlony Akropol. Jak się okazuje, jest to strzał w dziesiątkę. To dla mnie jeden z „tych” wieczorów. Takie Ateny chcę znać i pamiętać.
Wkraczamy na deptak, który wygląda zupełnie inaczej niż wtedy gdy byłyśmy tutaj w dzień. I znów uderza pewien kontrast: po jednej stronie deptaku w bladym świetle nikłych świecowych płomieni ogródki kafejek i restauracji. Po drugiej Afryka – w sensie dosłownym. Ciemnoskórzy mężczyźni sprzedający ichniejsze rodzime produkty przemysłu galanteryjnego. Jest ich cała masa. Kilku azjatów sprzedaje wachlarzyki i zabawki. Środkiem spokojnym krokiem, w różne strony przemykają tłumy, par głównie. Jakby nie umawiane spotkanie trzech kontynentów. Właśnie tutaj, co wieczór, na Place. Każdy bez trudu wpasowuje się w wyznaczone wcześniej i „z góry” miejsce. Odgrywa co wieczór przeznaczoną sobie rolę. Więc Plaka jest w jakimś sensie sceną dramatu. Jedynym scenarzystą zdaje się tu jednak być wyłącznie – zasobność portfela i w tym sensie to dla mnie także klasyczna grecka tragedia, z klasycznym konfliktem tragicznym. Europa – do niej, chcąc nie chcąc, mentalnie należę.
Poddajemy się nurtowi, który prowadzi ku górze i z czasem zaczyna się on przeżedzać. Kończy się też pas luksusu, rozumianego według rozmaitych kategorii. Ściany deptaku stanowią teraz podnóża dwóch wzgórz. Po prawej wykopaliska świątyni Pana (ale bożka, nazwa może być myląca), po lewej już się wznosi masyw Akropolu. Pośrodku jednak, na Areopagu oddano cześć Naszemu Jedynemu Bogu. Stąd św. Paweł ogłosił Dobrą Nowinę o Zmartwychwstaniu Chrystusa światu antycznemu. To było zderzenie.
Idąc dalej… powietrze zaczynają wypełniać dźwięki muzyki, głównie gitarowej, gdy kończy się „strefa wpływów” jednego grajka zaczyna następny. I tak dochodzimy do miejsca gdzie zaczyna się kamienna droga podprowadzająca pod Areopag. U szczytu naszym moczom ukazuje się coś niebywałego. To samo Miasto, które znamy jakby „z dna”: brudnych chodników, śmierdzących zakątków ulic, nocą przystraja się i wysyła ku niebu nieskończoną liczbę luksów. Chce się trwać w tym widoku tak po prostu. Obieramy sobie w miarę wygodne kamienne siedzisko. Każda myśli o czym chce… każda na dnie serca, czy duszy pozostaje ze swoją tajemnicą. Ludzie poszukują takich miejsc, nie jesteśmy tu same. Dlaczego będąc „ponad” inaczej patrzymy na sprawy? Miejsce, które w dzień jest świadkiem gwarnych przepychanek tysięcy turystów wieczorem, w nocy zamienia się w świątynię dumań przeróżnych. A może wychodząc wyżej tak naprawdę każdy z nas, czasem nieświadomie daje się porwać „ku Niemu”?
Wieczór podarował nam jeszcze jeden moment zachwytu. Już po drodze na stację metra spotykamy siedzącego na wzorzystym dywanie młodego mężczyznę. Właściwie przyciąga nas nie on sam, ale jego muzyka. Eter wypełniają ciepłe, metaliczne dźwięki płynące z to dotykanego, to muskanego dłońmi instrumentu o kształcie przypominającym pokrywę dużego gara. Magnetyzuje mnie wręcz pasja z jaką wydobywa kolejne brzmienia, napięcia kadencji, które jakby nie chcą się rozwiązać, wreszcie końcowa pozwala spocząć. Jego muzyka wprowadza w ciszę.
Odsłon: 233 Komentarzy: 0
Saturday,10 April 2010,22:01
Kategoria: Ogólne Saturday, 10 April 2010, 22:01
kronika wydarzeń minionych, czyli nasze pierwsze dni na misjach, z łezką w oku ;)
5 sierpnia 2009 roku…
Nadziwić się nie mogę – tak inny to świat. Naprawdę: taka gigantyczna, wielopoziomowa wieś – tyle, że z tak zwanym „klimatem” Chociaż nie można powiedzieć, żeby to miasto jakieś ładne było. Euforyczny zachwyt miesza się we mnie z silną i chyba oczywistą tęsknotą za ludźmi, których pozostawiłam. Na razie wszystko jest na tyle egzotyczne, że niewiele mam czasu na roztrząsanie nostalgicznych poruszeń, chociaż nie, czas w sensie ścisłym w zasadzie by był… chwilami akcja toczy się tak leniwie, że Siostrę „coś bierze”. Cierpliwości!
6 sierpnia
Znów spokojny, choć gwarny wieczór, kocham ten czas, czuję się wtedy dziwnie wypoczęta, upał przestaje dręczyć. W dzień nachalne powietrze wyciska z organizmów ostatnie krople wody, soli mineralnych i… życia. Strużki spływają po twarzy z „niby-orzeźwieniem”, ale niestety – mają słony smak. Teraz na niebo powoli wytacza się jakiś inny niż u nas w Polsce owal księżyca, rozprasza mrok do tego stopnia, że niebo zmienia swój kolor z ciemnego, głębokiego granatu na mętny, matowy niebiesko-szary. Dochodzące odgłosy miasta to jednocześnie uczestnictwo i dystans. Tak wiele spraw, z którymi nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego dzieje się tuż pod moim oknem. Nad oknem czasem też. Wieczorne życie Aten znajduje soją arenę na tarasach. Większych, mniejszych…całe rodziny, a czasem po dwie osoby, różnie. Gośka wczoraj chwaliła się, że siedziały do nocy na balkonie i łoiły na gitarze „stare przeboje” na zmianę z ekipą z innego balkonu, tyle że chyba już nie polską, hm… taki to świat.
Dziś udało nam się z Siostrą zrobić wstępne indywidualne rozeznanie terenu, była to też ciekawa lekcja języka. Odwiedzałyśmy mniejsze i większe sklepiki w poszukiwaniu drobiazgów koniecznych i tych mniej – ale przydatnych. Najdziwniejszy był facet w spożywczym, który nietypowo jak na Greka patrzył na nas spode łaba jak na intruzów. Potem dopiero zorientowałyśmy się, że to pewnie dlatego, że swobodnie wybierałyśmy sobie rzeczy, które były za ladą. Po prostu uwielbiamy też Greków, którzy całymi godzinami wysiadują na ulicach w „męskich” jak to określa Siostra kafejkach. Patrzą się na nas jakby widzieli duchy, czasem zaczepiają, (ja sas itepe itede). Wlepiają w nas te swoje często pogodne i głębokie ślepska. Czasem silą się na jakieś strzępy polszczyzny. Ogólnie miło. Katoliki, katoliki! Wielka mi sensacja!
Spotkałyśmy też w supermarkecie batiuszkę, który nawet się do nas przyznał, w końcu jesteśmy od jednego Pana Jezusa! Troszkę się nasłuchałam o nich. Naprzeciw naszego kościoła jest prawosławne biuro do walki z herezją. Mają przewieszony przez balkon sztandar z hasłem: „Albo Ortodoksja, albo śmierć” Generalnie też jestem za radykalizmem.
7 sierpnia
Pralka kupiona! Proza życia.. wracałyśmy do domu z tobołami, jak wielbłądy. W sklepach ludzie są naprawdę dla nas bardzo życzliwi. Dziś poznałyśmy Sofie w sklepie z przecenami i łamaną angielszczyzną udało nam się zakupić haczyki na ścierki do naczyń. Wow!
Męskie kafejki znów pełne – zauważamy już pewnych „stałych bywalców”. Acha! Nasi też mają specyficzną tradycję – wystają napici pod kościołem – też niezmienny skład. Naszą uwagę zwraca młoda dziewczyna. Sama wśród tylu pijanych facetów i sama też w stanie nieważkości. Czy wystarczy modlitwa, czy wystarczy rozłożyć ręce? Mijamy też na ulicy grubego batiuszkę, ale nie był zbytnio miły. Kończę, bo dziś Pierwszy Piątek i 20.15 jest polska msza święta. A! jeszcze jedno, dziś zjadłyśmy pierwszy gotowany we własnej kuchni obiad: rybę z paczki (bardzo dobrą) i ziemniaki (mrożonki) śródziemnomorskie, trochę sałatki z pekińskiej, jak głosił napis na folijce – wyprodukowanej w Polsce. Fajnie, bo udało nam się miło porozmawiać – takie zawiązanie wspólnoty, w oparciu głównie o doświadczenia mające miejsce ponad 2000 km stąd : p.
Modlę się o to, by we wspólnocie było dobrze. Musimy liczyć nawzajem na siebie. Musimy nauczyć się żyć razem jak bracia jeśli nie chcemy zginąć razem jak szaleńcy. Nie pamiętam kim był człowiek, który wypowiedział te słowa, ale zastanawiam się czy nie był zakonnikiem.
Wieczór. Bilans dnia dzisiejszego: zerwana żaluzja, urwana spłuczka. Tak samo jak w lekturze mojej młodości, w „Znaczy Kapitanie”: Znaczy za silny! Nie umiem dobrze opisać serii tych przekomicznych sytuacji. Wszystko byłoby o wiele prostsze i nie umniejszam wcale mojej winy, gdyby spłuczka była normalnie umieszczona za sedesem, ale nie, Grecy mają na to oczywiście swój nowatorski sposób. I tak cały kibelkowy mechanizm umieszczony jest piętro wyżej, na stryszku. A nam, zwykłym śmiertelnikom objawiona jest tylko niewielka część tego genialnego systemu w postaci łańcuszka wystającego z sufitu. Jakże łatwo więc wobec tego zgrzeszyć brakiem wyobraźni. Postanowiłam pokornie zwiesić głowę i wyartykułować z siebie to, mniej więcej zdanie: Siostro przełożona, poproszę o pokutę. A Halinka na to z typową dla siebie obojętnością dla spraw bagatelnych i drugorzędnych powiedziała: Tu nie pokuty trzeba. Tu trzeba rozumu – to już sama dodałam sobie od siebie – jako żem „podmiot domyślny” raczej.
Nawiozłyśmy też po kościele różnych rzeczy od kobitki, która likwiduje tutaj mieszkanie. 1500 różnych drobiazgów, kwiatki na taras, cztery karekle tzn. krzesła. Mamy tu już na starcie naprawdę wielu dobrodziejów.
8 sierpnia
Targ faktycznie obłędny… kolory, zapachy dotąd nieznane. Jak Jozue z Kalebem po powrocie z pierwszego zwiadu w kraju Kanaan – oszołomieni. Ateńczycy na tarasach wcinają swoje suwlaki. Księżyc się zmniejsza. Nie chce mi się pisać, idę spać. Dobranoc!
c. d. n.
Odsłon: 330 Komentarzy: 1
Thursday,30 September 2010,10:31
Kategoria: Religia Thursday, 30 September 2010, 10:31
„… małe dzieci wielbią Cię Twoim wrogom na przekór” Ps 8
Nigdy nie mam takiej tremy jak wtedy, gdy idę na spotkanie dla maluchów… Są obezwładniająco prawdziwe. Nie dadzą się nabrać na żaden z chwytów jeśli za nim nie stoi całość mojego serca. Wymagają ode mnie „totalności”, a to poprzeczka postawiona wysoko… Co więc mnie paraliżuje?
Mieliśmy raz katechezę w kościele. Tak by „odczarować” zakazane na codzień miejsca. Największą popularnością cieszyła się ambonka, z mikrofonem oczywiście i krzesełko w konfesjonale, z wyposażenia zakrystii – zdecydowanie dzwonki. Jak zdumiony był Kuba., gdy ks. Krzysztof wyciągnął z tabernakulum kustodię z najprawdziwszym Panem Jezusem, który jest Białym Chlebem… „A ja zawsze myślałem, że to jest zegarek!”
Jest taka mała Wercia. Rozmodlona, naprawdę… Rozbraja mnie gdy mówi do mnie: „Siostro zakonno!” (to nie jest moja „literówka” – to cytat dosłowny). Jej rodzina od dwóch miesięcy czeka na czwartego już malucha. „To przeze mnie! Ja się modliłam, żebyś miała dzidziusia.” - powiedziała mamie, no i tłumacz tu jej o bocianie, kiedy życie daje Bóg.
Fakty są takie. Nie czarujmy się. Dziecko obmyte wodą Chrztu, przez kilka dobrych lat swojego życia jest po prostu święte. Stąd ta celność spostrzeżeń, stąd ta sielska atmosfera w domu… Widzę to i w mojej rodzinie. Gdy pojawia się Maciek… kręcimy się wokół niego, nieświadomie adorując świętość. Być może to zbyt „bogomyślna” interpretacja, ale obawiam się, że właśnie dlatego diabeł wymyślił aborcję…
Przywykliśmy myśleć, że to „dziecięca” naiwność… A może dziecięca intuicja Prawdy. Właśnie takim Pan powierza swoje Królestwo. Takim ufa, bo w niczym Go „nie wyślizgają”. Te myśli przychodzą mi do głowy w 113 rocznicę… – ja powiem – śmierci, ale to przecież były narodziny – św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Świętej, której wiele zawdzięczam, która sama się za mną ugania, która pamięta, gdy ja zapominam :) Świętej, która mówiła:
"Potrzeba, abym pozostała małą i stawała się coraz mniejszą."
Odsłon: 398 Komentarzy: 6
Wednesday,20 January 2010,07:26
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 20 January 2010, 07:26
Wstaję. Trochę później niż zwykle. Brewiarz. Sennym człapaniem przesuwam się do kuchni. Kawa musi być, choć w zasadzie morderczo ożywił mnie chłód dostający się do pomieszczenia przez centymetrową szparę w drzwiach balkonowych. 8:07. Na dziedziniec szkolny tuż pod naszym domem wpada banda dzieci. Tak jak zwykle poruszają się z prędkością i logiką elektronów atomowych, jednakowoż wydzierając z siebie dużo więcej decybeli. Wake up! Nie ma co! 8:13. Pierwsza pacyfikacja. Jakaś profesórka nadaje przez mikrofon. 8:14. Pierwsze zwiastuny powodzenia. 8:15. Dziedziniec milknie. Moje uszy – mam wrażenie – zalewa jakiś balsam. Z wysokości czwartego piętra spozieram na podwórzec. Incredible! Stoją w rządkach. Milczą. Głos w mikrofonie zmienia się i odtąd nadaje jakiś bardziej piskliwy alikwot. Is to onoma tou Patros… (tłum. W imię Ojca…) potem jeszcze coś tam, coś tam, czego nie bardzo zrozumiałam, bo prawosławne, I już potem z grubej rury: Pater imon o en tis uranis (tłum. Ojcze nasz, któryś jest w niebie…). A nie jest to szkoła katolicka, chrześcijańska nawet nie. Ot zwykły „dimos” po naszymu „osiedlówka.” I tak tu u nas jest, u nas w Atenach, w każdej szkole co dnia. Europa dyskutuje, a greckie dzieci sobie tu cichcem, nie mówiąc nic nikomu znak krzyża na sobie kreślą, i to nie raz – po prawosławnemu! – trzy razy. Tylko cicho! Bo jak się w Strassburgu dowiedzą…
Odsłon: 386 Komentarzy: 5
Friday,16 October 2009,00:59
Kategoria: Religia Friday, 16 October 2009, 00:59
Rzecz dotyczy przypowieści Jezusowych, tej o zaginionej owcy zwłaszcza… Jezus używa znanego współczesnym symbolu równocześnie przemontowując go od środka.
Otóż to wcale nie jest tak jak nam się wydaje, wieki rozmiękczyły wymowę tej przypowieści, dziś już mało kto zna się na prawdziwym pasterstwie. Jednak okazuje się (bo sama tego nie wymyśliłam), że owszem, pasterz szuka owcy, która się zgubiła, szuka…Jednak wcale nie po to, by przywrócić ją stadu. Pasterz idzie ją zatłuc, gdyż jest popsuta i następnym razem inne wyciągnie ze stada.
Czujecie wymowę? Co chce powiedzieć nam Jezus o sobie? Ile naszych lęków jest w stanie uwolnić ten obraz? Ile czasu naszego życia straciliśmy już, siedząc w przysłowiowych „krzokach,” dygocąc ze strachu? A jednocześnie każdy nasz ruch sprawia coraz większy ból, powoduje coraz głębsze wbijanie się cierni w ciało… Jak może roztrzaskać nasz krzywy obraz Boga!
Bo właśnie wtedy gdy umieramy ze strachu przed objawieniem się naszej grzeszności, z lęku, że „się wyda.” Właśnie wtedy gdy szamoczemy się coraz bardziej świadomi, że sami nie damy rady się uwolnić. Właśnie wtedy przychodzi po nas On i zamiast spodziewanych batów bierze na ramiona. Pasterz Dobry – w głowie się nam to nie mieści.
Odsłon: 234 Komentarzy: 0
1
s. agnieszka mchr
siostra, misjonarka, organistka, emigrantka, rozpoczęła studenckie zmagania z teologią, w chwilach wolnych doskonali sztukę pieczenia ciast i ciasteczek
