Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Smoleński "most"

Kategoria: Polityka Monday, 16 January 2012, 06:11

Jakie morderstwo jest prawie doskonałe?

Takie, które na pierwszy rzut oka wygląda jak samobójstwo. 

 

W przypadku katastrofy smoleńskiej tak właśnie "autorytety" każą nam na tę sprawę patrzeć  - złe warunki lądowania, niedoszkoleni piloci, jakaś wisząca w powietrzu atmosfera nieodpartego przymusu lądowania ze względu na „najważniejszą osobę na pokładzie”, czy naciski ze strony błąkającego się po kokpicie generała, którego sam oddech nad karkiem pilotów powoduje, że pilotom wysiadają bezpieczniki w logice myślenia, a cała wiedza i dotychczasowe doświadczenie w lotach, okazują się być nic nie warte... 

Walnęli w ziemię, więc mamy uwierzyć, że byli żółtodziobami, nie nadającymi się do odbywania takich lotów. 

 

Wszystko pasuje, prawda? Tylko jakieś oszołomy spod znaku „mohera” mogłyby się dopatrywać w tym jakichś tajnych działań ze strony tajnych służb, nieprzypadkowych „zbiegów okoliczności”, nie tylko w trakcie katastrofy, ale także w różnych „nagłych” śmierciach osób, które miały dostęp do tajnych informacji, których zawody i doświadczenie, mogłyby być pomocne, przy rozwiązywaniu tajemnicy przyczyn katastrofy.

 

Zatem co naprawdę się stało? 

 

Piloci – to samobójcy, co nie bali się sterować dużym pasażerskim samolotem, ale trzęśli portkami, przed generalskimi naszywkami? Mgła, która zgodnie ze „zwyczajem” tamtejszej okolicy „nagle” pojawia się w zagęstnionej postaci w słoneczny poranek, i jak szybko się pojawia, tak szybko się rozwiewa, gdyż na filmikach umieszczonych na Youtube, a kręconych już w kilkanaście minut po katastrofie, jej praktycznie nie widać? Mgła, której pojawienie się o godzinie 10.00, zdziwiło nawet tamtejszych mieszkańców?

 

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa... ?

 

Dla przypomnienia:

 

- Samolot był rządowy a nie prezydencki, więc troska o bezpieczeństwo lotu spoczywała na ekipie pana Tuska.

 

- Lot był służbowy, organizowany przez kancelarię PREMIERA, a nie prywatny Prezydenta, więc tym bardziej Rząd powinien zadbać o bezpieczeństwo najważniejszej osoby w Państwie, udającej się do kraju, który często nie przestrzega norm bezpieczeństwa, oczekiwanych według standardów choćby europejskich. 

 

- Lot był wojskowy a nie cywilny, ale ponieważ uznano, że cywilny, więc NATO nie miało podstaw, aby się wtrącać do śledztwa w sprawie katastrofy.

 

- Od samego początku datą rozpoczęcia uroczystości organizowanych przez min. Przewoźnika był 10 kwietnia 2011 - to Tusk wybrał wylot 7 kwietnia po uzgodnieniu tego terminu z Putinem; oczywiście to był przypadek, że nie chciał uczestniczyć w uroczystościach organizowanych przez głowę własnego państwa, a wolał te zorganizowane przez zaprzyjaźnioną „głowę” kraju, którego władcy od wieków w przyjaźni z Polską nie byli.

 

- Nie było 4 prób podejścia do lądowania, więc pilot był pewny swego „kursu i ścieżki”, uzgadnianej z kontrolerem z wieży.

 

- Kapitan Protasiuk biegle władał rosyjskim, więc doskonale wiedział, jakie komunikaty w tym języku przekazuje mu strona rosyjska.

 

- Nie było prawidłowych kart podejścia (te, które otrzymali piloci miały złe usytuowanie radiolatarni). Oczywiście to był „przypadek”.

 

- Nie było zakazu lądowania wydanego przez rosyjskiego kontrolera, za to był nakaz jego zwierzchnika, aby samolot wylądował pomimo złych warunków.

 

- Nie był podany rzeczywisty stan pogody przez stronę rosyjską PODCZAS lotu, pomimo iż nagle drastycznie się zmienił, a było wystarczająco dużo czasu, aby o tym załogę poinformować i wydać zakaz lądowania, ale...… patrz wyżej.

 

- Prędkość samolotu na końcowym odcinku lotu, to nie było sugerowane przez Rosjan ok. 180 km/h, z tego względu, że lecieli wtedy na autopilocie, a prędkość utrzymywana przez autopilota, to ok. 288 km/h (80m/s). Różnica 100 km/h, to prawie 1/3 rzeczywistej prędkości. Taki „drobny” szczegół, ale jakże potrzebny MAK, aby wyjaśnić, dlaczego samolot przebył w ciągu 18,3 sekundy odcinek 950 m pomiędzy miejscem, gdy kontroler podał: "2 na kursie i ścieżce", co oznacza, że samolot znajduje się 2 km od pasa startowego, a momentem sygnału bliższej radiolatarni (NDB), odległej o 1,05 km od pasa. W ciągu tego czasu samolot przeleciał jednak 1464 m (80 m/s x 18,3 s), czyli o około pół kilometra więcej, i takie też miał mniej więcej wydłużenie dystansu do progu pasa startowego, względem sugerowanego przez kontrolerów lotniska i w takiej też odległości od progu pasa nastąpiła katastrofa.

 

- Niezwykły odcinek 900 m, który samolot miał niby przebyć w zwolnionym tempie (pewnie ze względu na opór stawiany przez mgłę), to nie jedyny cud, który się dokonał nad Smoleńskiem. Na prostej do lądowania, na wysokości 350 m różnica pomiędzy wskazaniami wysokościomierza barycznego, a radarowego wyniosła bagatela… 160 m. MAK tłumaczył to „przypadkowym przełączeniem” dokonanym przez pilota. Pilot nie spostrzegł, że nagle przybyło mu 160 metrów? MAK twierdzi, że nie spostrzegł, bo nie śledził wysokościomierza barycznego a jedynie radarowy. Jeśli jednak śledził tylko wysokościomierz radarowy, to dlaczego nagle zjechał do ziemi na autopilocie? Samobójca?

 

- Komisja MAK sugerowała, że pilotów zmylił wąwóz przed lotniskiem. Ale mało kto wie, że takich zagłębień na trasie lotu było 6 (sześć!!), z czego dwa głębsze od „feralnego” wąwozu, więc przy posługiwaniu się jedynie wysokościomierzem radarowym samolot powinien lecieć po torze przypominającej sinusoidę.

 

- Czas przelotu przez marker NDB (wiązka fal radiowych o kształcie odwróconego stożka), zależy od wysokości na jakiej znajduje się samolot. Jeżeli na stenogramie czas przelotu przez pierwszy marker na wysokości 400 m wynosi 7,8 sekund, a przez drugi 2,1 sekundy, to podczas przelotu nad drugim markerem samolot musiał być na wysokości ok. 100 m, a nie, sugerowanej przez MAK – 20 m. Wynika z tego, że samolot odebrał ten sygnał wcześniej niż powinien. Pewnie z jakiejś radiolatarni na kółkach.

 

- Reflektory APM – o średnicy metra do półtora i mocy tysięcy Watów, które są widoczne w gęstej mgle, z pewnej wysokości z odległości paru kilometrów – były. Piloci nie narzekali na ich brak. Pewnie zbliżając się do lądowania, kierowali się na te jedyne widoczne punkty naziemnej nawigacji. A że one dostały nóg i uciekły trochę w bok od lotniska? Pewnie pobiegły za radiolatarnią…

 

- Stenogramy pokazują, że autopilot został wyłączony po 1 sekundzie od komunikatu nawigatora „20 metrów”. Biorąc pod uwagę, że teren wznosił się 5 m/s, komisja Mak zasugerowała, że autopilot został wyłączony na wysokości 10 m. Tymczasem przeprowadzony na przełomie VI/VII 2010 roku przez samą komisję MAK eksperyment na symulatorze wykazał, że nie da się wyłączyć autopilota na wysokości poniżej 20 m, ponieważ poskutkowałoby to natychmiastowym opadnięciem samolotu na ziemię. A przecież tak się nie stało – samolot poleciał dalej. Pewnie ta gęsta mgła podtrzymała samolot w powietrzu.

 

- W dniu katastrofy w relacji "na gorąco" rosyjska spikerka powiedziała: "Samolot zaczepił o korony drzew i spadł". http://www.youtube.com/watch?v=lZuEJ01yoes&feature=related „Korony drzew” przyczyną upadku? Korony drzew potrafią się pochylać przy każdym podmuchu wiatru, więc są najbardziej elastycznym elementem drzewa. Dziwne , że samolot o masie ok. 55 ton rozpadł się w wyniku kontaktu z czubkami drzew, przy czym na filmie Wiśniewskiego najgrubsze drzewa z okolicy katastrofy mają obwód co najwyżej męskiego uda. To tak, jakby przepiórka wleciała w zboże lecąc do gniazda. Może nadłamać parę ździebeł, ale przecież jej samej nawet piórka skrzydeł z tego powodu nie odlecą. 

 

- Brzoza nie mogła odłamać skrzydła samolotu, chyba, że brzoza była ze stali, a skrzydło z tektury (patrz DOPISEK 2), poza tym, okazuje się, że samolot w tym miejscu i momencie był kilkanaście metrów PONAD nią.

 

- Polski TU154M również nie przerwał linii elektrycznej, bo... był w tym czasie w zupełnie innym miejscu.

 

- Miejsce katastrofy, to parę oczek wodnych, mnóstwo krzaków, te niezbyt imponujące gabarytami drzewa, które były widoczne chociażby na filmie Wiśniewskiego. Zatem podłoże działające na opadające duże obiekty, przy osiąganiu przez nie poziomu gruntu, jak gąbczasty amortyzator, na którym samolot powinien się wręcz "ślizgać", wytracając swój pęd oraz ryjąc w nim głęboką bruzdę, niezależnie od tego, którą częścią samolotu by ostatecznie uderzył w ziemię – górną, dolną, bokiem, czy też stanął na niej jak świeczka, do góry ogonem (w tym przypadku powinien powstać krater). Czy ktoś na jakichkolwiek zdjęciach je zauważył, ale takich uczynionych w miejscu katastrofy? Te widoczne na jednym ze zdjęć, przy drodze, o które się bił Antoni Macierewicz, zostały dokonane PRZED ostatecznym upadkiem samolotu. PRZED, czyli do momentu zetknięcia się z koronami drzew, samolot był w całości.

 

- Samolot nie wykonał też „beczki”, więc nie mógł lądować "na plecach". Przynajmniej tak twierdzą niektórzy eksperci lotnictwa, ale oni na pewno się mylą, przecież na symulacji lotu wykonanej przez Rosjan i TVN wyraźnie widać, że tę „beczkę” zrobił po „ścięciu brzozy”.

 

- Na filmie "Saving the Day: Hero pilots, survivors describe jet's 'miracle' landing": http://www.youtube.com/watch?v=hzWCmyGqulQ&feature=watch_response o podobnej katastrofie Tu-154M w Rosji 7 września 2010 - również lądowanie w drzewach, po przekroczeniu pasa startowego. Na filmie jest symulacja lotu wraz ze ścinaniem drzew skrzydłami, które zachowały się prawie w nienaruszonym stanie. Im kontakt z wieloma drzewami nie zaszkodził, ale skrzydłom naszego samolotu tak. Oczywiście to przypadek.

 

- Nie było Lecha Kaczyńskiego w kokpicie,

 

- I wreszcie - okazuje się, że nie było gen Błasika w kokpicie, ani z butelką whisky, ani z odbezpieczoną bronią w ręce. „Wrzutka” mająca rozpalić opinię społeczną i skierować jej uwagę na poziom upojenia generała, a nie na poziom, na jakim samolot się znajdował w chwili przelotu nad brzozą, okazała się fałszywką.

 

- A żeby tego było mało – nie dopuszczono polskich specjalistów, zaraz po katastrofie, do sekcji zwłok ofiar, nie zabezpieczono należycie i nie oddano Polakom głównego dowodu – szczątków samolotu, nie oddano Polakom oryginałów czarnych skrzynek, a kokpit rozpłynął się w nicości...

 

Oczywiście to tylko „zbiegi okoliczności”, „nieszczęśliwe przypadki” i przecież nie wolno na podstawie takich przesłanek wnioskować o jakimś spisku, czy zamachu. Ktokolwiek taką insynuację by wysunął, narażony byłby w najlepszym wypadku na wyśmianie przez GW, albo dyżurnych redaktorów „Szkła kontaktowego”, czy innych, podobnych programów. Ten rechot jednak, przy bardziej wnikliwym przyglądaniu się sprawie, mógłby się jednak zmienić w groźny pomruk, który doprowadziłby dociekliwego do utopienia się w Wiśle, albo do wypadku samochodowego, albo samobójstwa, czego świadkami w minionych miesiącach byliśmy w przypadku dziwnych zgonów paru osób, mających pośredni związek z katastrofą.

 

Tylko dlaczego ciągle dręczy mnie myśl, że katastrofa smoleńska, to jednak nie był „przypadek”, a jeśli nawet, to ktoś skrzętnie wykorzystał "przypadkowe" okoliczności, aby doprowadziły one do katastrofy, która zaistniała?

 

 A może jednak to lotnisko było świetnie przygotowane? Na to, aby prawdopodobieństwo bezpiecznego lądowania samolotu było minimalne...

 

Przed przylotem samolotu prezydenckiego, usunięto z wieży nawigacyjnej szereg urządzeń, które były obecne podczas wcześniejszego przylotu Premiera Tuska. Wystarczyło zatem zagęścić mgłę, zmienić usytuowanie latarni na lotnisku, źle naprowadzić samolot emitując fałszywy marker NDB, który zmusił pilota do skokowego obniżenia wysokości, upewniać pilota, że leci "na kursie i ścieżce", podać fałszywą odległość od pasa i nie wydać polecenia zakazującego lądowania na tym, doskonale przygotowanym do określonego zadania lotnisku.

 

Nie były potrzebne żadne bomby próżniowe, czy konwencjonale, aby doprowadzić do katastrofy.

 

Morderstwo doskonałe... gdyż winą za śmierć można obarczyć zmarłych...

Można przecież tonącemu podać rękę, aby nie utonął, a można też przyglądać się jak tonie i... jak utonie obarczyć go winą, że znalazł się w wodzie... A znalazł się w niej, bo wcześniej specjalnie zepsuto most nad rwącą rzeką, przez który miał przejść o zmierzchu...

 

Szukanie teraz śladów po wyrwanych deskach, to naprawdę niebezpieczne zajęcie...

 

19.01.2012   DOPISEK 1

Żadne ze skrzydeł samolotu nie leciało OBOK samolotu, ale razem z nim i było połączone z kadłubem samolotu w taki sposób, aby zapewnić zarówno elastyczność konstrukcji jak i jej wytrzymałość. Energia kinetyczna samolotu w chwili zderzenia z brzozą dotyczyła zatem KAŻDEGO jego elementu, jego najmniejszej śrubki – warunek – jako CAŁOŚCI. Zachowanie się poszczególnych elementów samolotu w zetknięciu z przeszkodą zależy jednak od tego, jaka jest GĘSTOŚĆ tego elementu, z którym nastąpił kontakt – inaczej mówiąc, czy jest z plasteliny, drzewa, metalu, czy z Woogoo.

 

W omawianym przypadku nastąpiło zetknięcie się stopu duraluminiowego V95 o gęstości 2850 kg/m3 (czyli większej niż betonu, który ma 1800-2400 kg/m3) z drzewem o gęstości ok. 550 kg/m3, czyli mniejszej niż parafiny w postaci stałej (870-910 kg/m3). Przeciętnie wykształcony człowiek na pytanie: „Jeżeli uderzysz pałką z betonu w parafinę, to co się rozleci?” odpowie bez namysłu – „Parafina”. Nie rozumiem zatem, dlaczego nieprzeciętnie wykształceni ludzie mają trudność ze zrozumieniem, że coś gęstszego od betonu, z ogromną prędkością walącego w coś rzadszego od parafiny, samo nie ulega znacznemu odkształceniu, a z rzeczy uderzanej robi pasztet?


Można też zrobić porównanie samolotu z rozpędzoną ciężarówką. Proporcja uwzględniająca energię kinetyczną obydwu pojazdów (samochód - 3,5 tony, 90km/h, samolot - 78 ton, 288 km/h), wynosi 1:228. W tym przypadku zderzenie samolotu z sosną o średnicy 40 cm, to tak jakby ciężarówka zderzyła się z patykiem o średnicy… 1,7 mm! Mogłaby go zmieść nawet lusterkiem.

 

Jeżeli natomiast ktoś upiera się, że brzoza była ze stali, to przy uwzględnieniu gęstości stali (7500-7900 kg/m3), czyli ok. 13,6 razy większej od gęstości drzewa (550 kg/m3), takie metalowe drzewo stojące na drodze samolotu, powinno mieć średnicę ok. 1,4 cm. W przypadku ciężarówki byłby to drucik o średnicy 1 mm.

 

 Ponadto: jeżeli rozpiętość skrzydeł TU-154M wynosi 37,55 m, to brzoza nawet w grubszej wersji – o średnicy 40 cm, stanowi raptem 1/100 rozpiętości samolotu!!! Zatem uderzenie skrzydła, jeśli nawet rozpatrywać tylko jedno skrzydło, czyli ok. 20 m, to tak, jakby bardzo szybko uderzyć 20 cm metalową linijką w sosnowy patyk o średnicy 4 mm umocowanym w imadle. Taki eksperyment można sobie wykonać nawet w zaciszu domowym. Polecam go tym, którzy wierzą w pancerność brzozy i papierowe skrzydło samolotu. Wynik eksperymentu proszę przesłać do MAK, albo komisji Millera.

 

19.01.2012   DOPISEK 2

Link z opisem technicznym samolotu TU 154-M z 13.04.2010

http://samoloty.pl/index.php/encyklopedia-lotnicza/encyklopedia-samolotobby-309/zagraniczne-hobby-257/pasaierskie-hobby-240/rosja-zsrr-hobby-574/tupolev-tu-154-hobby-709

Znamienny opis:

Ten samolot był najlepiej wyposażonym, jeśli chodzi o awionikę, ze wszystkich Tu-154, które latały i latają obecnie. Załoga, oprócz standardowego wyposażenia, miała również do dyspozycji radiowysokościomierz, wysokościomierz barometryczny, dwa odbiorniki GPS (Global Position System), automatyczny system ostrzegania o niebezpieczeństwie oraz ILS (Instrument Landing System) – umożliwiający automatyczne lądowanie, zwłaszcza w trudnych warunkach i przy braku widzialności pasa. Niestety lotnisko, na którym tego tragicznego dnia lądowała „jedynka” nie było wyposażone w system lądowania kompatybilny z ILS samolotu, a pas startowy miał długość ok. 2 500 m, czyli tyle ile wynosi dobieg samolotu Tu-154M po lądowaniu

 
20.01.2012 DOPISEK 3

"Rzeczpospolita" dzisiaj podała, że znaleziono "Ciała 13 osób w miejscu kokpitu".

http://www.rp.pl/artykul/459542,794694-Katastrofa-smolenska--W-poblizu-kokpitu-Tu-154M-bylo-13-cial.html

Wojskowa prokuratura poinformowała "Rz" o tym, gdzie znaleziono ciała członków załogi samolotu, który rozbił się 10 kwietnia pod smoleńskiem. Obalają one teorię według której w kabinie oprócz załogi przebywał dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik. Opierała się na rozpoznaniu jego głosu i miejscu znalezienia jego zwłok w sektorze pierwszym, obok ciała nawigatora Artura Ziętka.

W sektorze tym znaleziono także 12 ciał i fragmentów ciał innych ofiar. Jedno z tych ciał należało do członka załogi (chodzi o nawigatora - red.) – poinformował „Rz" ppłk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Co więcej, okazuje się, że w tym sektorze nie znaleziono zwłok pilotów Arkadiusza Protasiuka i Roberta Grzywny oraz mechanika Andrzeja Michalaka. – Ciała pozostałych członków załogi znaleziono w sektorach 2 i 3 – informuje Rzepa.

W ubiegłym tygodniu "Rz"  ujawniła, że w ekpertyzie wykonanej przez krakowski Instytutu Ekspertyz Sądowych, nie przypisano żadnej wypowiedzi z kokpitu Błasikowi. Czy ta informacja, która podważa obecność gen. Błasika w kokpicie? – Moim zdaniem nie – mówił wczoraj "Gazecie Wyborczej" Jerzy Miller, były szef komisji badającej okoliczności katastrofy. – Wiadomo, czyje ciała znaleziono w kokpicie. Sektor pierwszy to kokpit. I wśród znalezionych tam ciał był gen. Błasik.

Adwokat wdowy po gen.Błasiku Bartosz Kownacki: – Te informacje dowodzą, że to, co mówi Jerzy Miller nie jest spójne. Sam fakt znalezienia jednego ciała przy drugim  nie upoważnia do stwierdzenia, że dana osoba była, lub nie, w kokpicie.

Fantastyczne... ten samolot nie prowadzili piloci! Według słów Jerzego Millera "sektor pierwszy to kokpit", a tam znaleziono gen. Błasika z nawigatorem i "12 ciał innnych osób". Trudno mi sobie wyobrazić tę sytuację - 14 osób w kokpicie, Błasik za sterami, navigator śledzi trasę, a co w takim razie robiły te "inne osoby"? Naciskały na Generała, aby wylądować w lesie? 

Odsłon: 352 Komentarzy: 12


Sprzedane Boże Narodzenie

Kategoria: Kultura Friday, 12 March 2010, 04:06

Dzisiaj wpadł mi w ręce dodatek do dziennika „Nowości” pt. „Świąteczne zakupy”. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, w tego typu dodatkach, dotychczas umieszczano kulinarne przepisy, więc zajrzałam, aby poznać może jakiś ciekawy przepis i… czytając jeden z artykułów zamieszczonych w tymże dodatku omalże nie spadłam z krzesła z wrażenia.

Artykuł miał tytuł: „Współczesna świąteczna rzeczywistość” i był to wywiad z dr Markiem Rokitą, antropologiem kultury i socjologiem. Trochę podejrzane było to, że nie podano przy tym, jaką uczelnię szanowny Pan Dr reprezentuje, ale tytuł naukowy gwarantował jakąś rzetelność przekazu.

No i czytam… i zdębiałam przy następującym fragmencie:

„Boże Narodzenie, a w zasadzie Gwiazdka, bo tak brzmi nowa nazwa grudniowych świąt, jest dziś przede wszystkim wydarzeniem ekonomicznym, a najważniejszymi zwyczajami są wręczanie prezentów i nieograniczona świąteczna konsumpcja”

Gwiazdka??? Nowa nazwa? Sięgam do kalendarza na przyszły rok, a tam jak wół jest napisane, że „Boże Narodzenie”, a nie jakaś „Gwiazdka” jest obchodzone 25 grudnia. Wydawca kalendarza się pomylił? A może po cichu, w Sejmie, uchwalono zmianę nazwy i na razie jeszcze nikogo o tym nie poinformowano? Nie, nic z tych rzeczy!

Więc skąd człowiek, który przed nazwiskiem umieszcza „dr” twierdzi, że te Święta teraz się inaczej nazywają?

Poszperałam w Internecie i zrobiło mi się jaśniej. Wydawcą gazety „Nowości” jest EXPRESS MEDIA Spółka z o.o.. Niby nic takiego, ale ze strony tej spółki dowiedziałam się, że właścicielem Spółki jest niemiecka firma Rheinische Post z Düsseldorfu.

A kim jest Pan dr Rokita? Otóż m.in. prowadzi zajęcia z rytmiki i tańca na Uniwersytecie Zielonogórskim na Wydziale WF oraz asystentem na Wydziale Socjologii we Wyższej Szkole Menadżerskiej w Legnicy, który napisał pracę doktorską pt. .” Wpływ wybranych zdolności motorycznych na wynik w sportowym tańcu towarzyskim.”

I tak oto Pan Doktor od tańca towarzyskiego stał się ekspertem od Świąt Bożego Narodzenia w dzienniku o nakładzie ok. 40 tysięcy, a wydawanym przez niepolskiego wydawcę, który na łamach tej gazety lubuje umieszczać rysunki pewnego satyryka, szkalujące Kościół Katolicki.

„Nowości” to pismo z województwa kujawsko-pomorskiego, a Pan dr Rokita mieszka w raczej dość od niego odległym miejscu. Skąd więc ta komitywa? Czyżby to był artykuł na zamówienie? Mało znany, tańcujący Pan dr Rokita, na mało znanej w Polsce uczelni pragnął sobie dorobić i zaproponowano mu napisanie artykułu, którego głównym przesłaniem będzie wylansowanie wśród Polaków nowej nazwy dla Świąt Bożego Narodzenia? Lansowania popartego autorytetem tytułu doktora jakichś nauk?

I to wszystko byłoby groteskowo śmieszne, gdyby nie fakt, że w jednym Pan dr Rokita miał rację – coraz częściej Święta Bożego Narodzenia ograniczają się do wręczania prezentów i nieograniczonej świątecznej konsumpcji.

I o to chyba chodzi, aby utrwalić tego typu nastawienie do tych Świąt w umysłach Polaków, proponując im nową nazwę, zupełnie oderwaną od ich religijnych źródeł. Aby na kartkach świątecznych zastąpić zanikający napis „Najlepsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia” na „Szczęśliwej Gwiazdki”.

Cezarowie starożytnego Rzymu mawiali, że ludowi, aby był szczęśliwy, trzeba dostarczyć „igrzysk i chleba”. Czyżbyśmy byli coraz bardziej podobni do pogańskiego pospólstwa rzymskiego wieków antycznych? Czy już sprzedaliśmy za świąteczne prezenty i słodycze pamięć o tym, co się niedługo narodzi w Betlejem?

Odsłon: 490 Komentarzy: 16

Senyszyn, czyli bełtanie mózgów

Kategoria: Polityka Monday, 27 September 2010, 05:50

Dzisiaj, tj. w niedzielę 26 września Pani prof. Joanna Senyszyn była gościem programu "Młodzi kontra" w TVPinfo. Młodzi zadawali ciekawe pytania, a Pani Profesor odpowiadała zgodnie z ograniczonym rozumieniem pewnych zasadniczych prawd, jak to na lewicowego polityka przystało.

 

1. Na zarzut, że popiera aborcję, Pani Profesor odpowiedziała, że: aborcji jako takiej nie popiera, bo to zabieg usuwający ciążę, ale za to popiera prawo każdej kobiety do wyboru i bezpiecznego przeprowadzenia takiego zabiegu.

 

STOP!

 

Zabieg? Więc dlaczego go nie popiera? Czy jakikolwiek "zabieg" dokonywany w innym celu niż pozbawienie kogoś życia, albo zapobieżeniu jego rozwoju, jest również obciążony jakąś oceną moralną? Można być "za albo przeciw" niemu? Czy można "nie popierać" zabiegu wyrwania zepsutego zęba, albo nastawienia złamanej nogi? Przecież "zabieg" przeprowadzony na ciele dorosłego człowieka, ma za zadanie go uzdrowić, uratować jego życie, albo polepszyć jakość jego życia, więc zdecydowanie każdy, kto jest zdrowy na umyśle i nie jest masochistą, będzie "za" takim zabiegiem. Dlaczego więc, w przypadku aborcji można być jednak "za albo przeciw", co Pani Profesor przez swą wypowiedź potwierdziła? Przecież to "tylko" usunięcie ciąży, więc według Pani Profesor czegoś nieistotnego, zbędnego, co można traktować na równi z usunięciem zepsutego zęba. Ja jednak nie widzę gremiów, które by występowały w obronie czyichś zepsutych zębów, nawet w obronie spróchniałej ze starości jedynki w górnej szczęce szanownej Pani Profesor. Co jednak odróżnia ten "zabieg" od innych? Cóż w nim takiego szczególnego? Może jednak poprzez „zabieg aborcji” dokonuje się rzecz straszna, której Pani Profesor, pomimo swej inteligencji, nie potrafi dostrzec? A może dostrzega, bo przecież jest „przeciw”, dlaczego więc dopuszcza wspierane przez prawo „za”?

 

Aby uzmysłowić sobie pokrętność myślenia Pani Profesor można podać poprzez analogię, że również złodziejstwo jest rzeczą straszną i każdy człowiek, wychowany na etyce chrześcijańskiej, przytoczy przy tym przykazanie „Nie kradnij”, więc będzie „przeciw”. Konsekwentnie idąc tokiem myślenia Pani Profesor, powinniśmy jednak uważać, że każdy człowiek ma prawo do kradzieży i sam powinien o tym decydować, czy tego dokona, czy nie. I ktoś przy tym mógłby zauważyć, że przecież każdy może ukraść i często to robi, jak ma okazję, a jego sumienie przy tym nie wrzeszczy. Owszem – tu mamy wolny wybór, czy popełnimy grzech kradzieży , czy nie, ale… nie mamy PRAWA sankcjonowanego przez Państwo do kradzieży! Gorzej – gdy ukradniemy, to możemy się spodziewać kary za ten występek. W przypadku kradzieży, zło jest potępiane i karane, a nie wspierane i ułatwiane poprzez regulacje prawne! I obojętnie, czy chodzi o kradzież bułki w supermarkecie, czy samochodu sprzed domu sąsiada.

 

Dlaczego „zabieg przerwania ciąży”, prowadzący do śmierci człowieka, a który ewidentnie jest czymś bardziej moralnie obciążającym niż kradzież cudzego mienia, ma być wspierany i ułatwiany przez Państwo?

 

2. Pani Profesor na pytanie o legalizację „małżeństw” homoseksualistów, odpowiedziała, że po prostu Państwu bardziej zależy na związkach usankcjonowanych.

 

STOP!

 

„Państwu bardziej zależy na związkach usankcjonowanych”? To lewicowcy nagle dostrzegają wartość sankcjonowania jakichś związków? Jaką? Jak to się ma, wobec powszechnie w mediach lansowanych, „wolnych związków” par heteroseksualnych? Przykład pierwszy z brzegu? Ostatnio w TV wyświetlana jest reklama jednego z operatorów telefonów komórkowych, gdzie kobieta odrzuca bukiecik ślubny i wybiera wolny związek. W przypadku par heteroseksualnych sankcjonowanie nie jest ważne? Ważniejsze jest życie ”wolne”, bez wzajemnych zobowiązań i tylko tak długo, jak długo pali się w lędźwiach namiętność? W tym przypadku Państwu nie zależy na sankcjonowanych związkach, czemu daje wyraz chociażby tworząc prawo „zasiłkowe” prowadzące do masowych rozwodów ludzi biednych i ich życie w konkubinacie?

 

3. Pani Profesor na pytanie, dlaczego lewica chce, aby już w przedszkolach indoktrynowano dzieci wprowadzając zajęcia promujące homoseksualizm, odpowiedziała, że dzieci są teraz indoktrynowane religijnie.

 

STOP!

 

Indoktrynacja to proces systematycznego i świadomego wpajania pewnych poglądów, które są dobre dla tych, którzy je głoszą, jako narzędzie manipulacji masami, ale niekoniecznie dobre dla tych, którzy tej manipulacji są poddawani. Wiara prostych ludzi w takie poglądy kończy się dla nich z reguły jakimś mniejszym, czy większym nieszczęściem, ich upadkiem. Tak było, gdy w Niemczech zapanowały „jedynie słuszne poglądy” lansowane przez Hitlera, a w Rosji Towarzysza Lenina. Jakie nieszczęścia z tego wynikły, to jeszcze niektórzy wiedzą i pamiętają.

 

Czy religią się indoktrynuje? Nie! Nawet ateista musi przyznać, że nauczanie religijne prowadzi do wychowywania człowieka w duchu pewnych prawd i praw, których przestrzeganie prowadzi do ładu i spokoju w społeczeństwie. Do podnoszenia go z upadku i upodlenia, do przywrócenia mu wiary we własną wartość, jako niepowtarzalnego człowieka. Przecież jeśli pominie się czysto religijne trzy pierwsze przykazania, to czy pozostałe siedem nie powinny obowiązywać wszystkich, nawet tych, którzy nie wierzą w istnienie Boga? Cóż złego jest w nauczaniu, że należy szanować rodziców, że nie należy kraść, cudzołożyć, mordować, kłamać ani zazdrosnym wzrokiem spoglądać na dobra bliźniego? Czy ci, co pragną wyprowadzić religię z nauczania dzieci, przypadkiem nie pragną w to miejsce wprowadzić odmienne wartości? Takich praw, które pozwolą bez wyrzutów sumienia przeprowadzić eutanazję na niedołężnych rodzicach, nie oddawać ukradzionego (np. przejętych przez Państwo niezgodnie z prawem majątków właścicieli ziemskich, czy Kościoła), rozdmuchają przemysł antykoncepcyjny, po to tylko, aby wprowadzić później nieograniczoną niczym aborcję, czyli zabijanie nienarodzonych? Praw, które pozwolą kłamać politykom w imię „wyższych racji państwowych”, czyli ich własnego prywatnego interesu? Praw, które odbiorą dzieci rodzicom, aby oddać je na „wychowanie” osobom, które skutecznie je zindoktrynują w duchu „jedynie słusznej ideologii”? Które sprowadzą moralnie zdrowe rodziny do „stajni rozrodowych”, dostarczających dzieci do adopcji przez pary homoseksualne, a w dalszej perspektywie takie rodziny zniszczą?

 

Pani Profesor! Czy o to Pani chodzi? Aby w imię swoich partykularnych, partyjnych interesików, zniszczyć wszystko, co dobre i wartościowe pojawiło się w naszej polskiej kulturze, co było spoiwem Narodu, co pozwalało mu przetrwać kataklizmy dziejowe?

 

Pani Profesor Senyszyn!

 

Dlaczego Pani nienawidzi Polski i Polaków?

 

Odsłon: 638 Komentarzy: 31


Nienawidzić, to "nie widzić" - o dzisiejszej Ewangelii

Kategoria: Religia Sunday, 09 May 2010, 03:22

Dla każdego, co nie bardzo wie, jak czytać Biblię…

Zapewne kiedyś widziałeś obrazki 3D, które, na pierwszy rzut oka, są tylko zestawem kolorowych kropek ułożonych mniej lub bardziej regularnie. Gdy nie wiesz jak na nie patrzyć, to widzisz tylko ten wzorek z kropek. Gdy wiesz, że należy patrzeć "przez nie", jak przez firankę, czyli punkt skupienia wzroku powinien znajdować się za kartką (!), to nagle z tej gmatwaniny kropek wyłania się fantastyczny, trójwymiarowy obraz. To jest trudne i nie każdy potrafi tak patrzeć.

Tak samo jest z Biblią. Gdy nie wierzysz, że treści w niej zawarte są przekazem samego Boga, to nie masz "klucza" do ich odczytania. Widzisz w Biblii tylko pewne historyjki, mniej lub bardziej ciekawe, czasami nudne, czasami wręcz gorszące, czasami sprzeczne ze sobą.

Gdy jednak przyjmiesz, że te "historyjki" nie są przypadkowe, że one coś opowiadają o rzeczywistości bożej, to niby oderwane sprawy nagle zaczynają się układać w logiczną i spójną całość. Nie upieramy się wówczas przy literalnym rozumieniu przekazu, jego dosłowności, ale patrzymy na niego jak na uniwersalne alegorie, które coś opowiadają nam o prawach życia człowieka i istnienia świata, i który należy traktować kompleksowo – nie wyrywać „kąsków”, ale łączyć je w spójną całość.

Takim dobrym przykładem będzie czytanie z Ewangelii z tej niedzieli, czyli 5.09.2010. Jest tam taki fragment: "Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem.(…) Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem".

Jeżeli ktoś nie wniknie "poza" treść dosłowną, to co zobaczy? Że po pierwsze jest to sprzeczne z przykazaniem miłości Boga, bliźniego i samego siebie. Po drugie, że Chrystus namawia do czynu haniebnego, czyli nienawiści najbliższych. Po trzecie, że każe nosić jakiś krzyż. Co do tego trzeciego zarzutu, to można co najwyżej zauważyć – "no tak przecież każdy go ma, bo tak czasami nazywamy kręgosłup".

Co jednak zobaczymy, gdy się głębiej zastanowimy nad tymi słowami? Przecież to TRZECIE przykazanie Chrystusa! To przykazanie, które daje wolność i konieczny dystans do siebie i innych ludzi, nawet nam najbliższych!!

Chrystus każe nam kochać siebie i bliźnich, ale czy czasami nie jest tak, że w tej "miłości" się zatracam? Że stawiam na piedestale drugiego człowieka i nie potrafię się od niego oderwać, bez niego żyć samodzielnie? Czyż nie jest tak, że tak bardzo kocham swoje "JA", że wpadam w narcyzm i każde słowo krytyki boleśnie rani moją urażoną dumę?

Dlatego, aby nie przeholować z „miłością”, padły te słowa o "nienawiści". To słowo zostało dobrze przetłumaczone w języku polskim. Bo cóż ono oznacza? Jeżeli się na kogoś złoszczę, gniewam, to czasami mówię mu: "zejdź mi z oczu", nie mam ochoty go widzieć.

Dlatego Chrystus mówi – nie masz „widzieć” drugiego człowieka, czy siebie jako coś najważniejszego w Twoim życiu. Drugiego Boga. Masz bliźniego i siebie miłować, ale z dystansem, który nie pozwala na przesłonięcie Chrystusa.

A co z krzyżem? Wiemy, że Chrystus na nim umarł, aby wypełniło się Pismo i w ten sposób została pokonana Śmierć. Droga do Zmartwychwstania, którą nam wskazuje Chrystus, wiedzie poprzez Krzyż. Niekoniecznie dosłowny, bo może nim być wszystko, co pragniemy odrzucić z naszego życia, co nam uwiera i doskwiera, przeszkadza w miłym i wygodnym życiu. Jeżeli przyjmiemy go, to nawet podcieranie pupy obłożnie chorej staruszce matce, nie będzie niemiłym obowiązkiem, ale pełnym miłości do rodzica, ale równocześnie zdrowego dystansu do jego ciała, aktem miłosierdzia.

Odsłon: 598 Komentarzy: 7


Cesarzowi co cesarskie

Kategoria: Polityka Thursday, 26 August 2010, 04:23

Dzisiejsza decyzja biskupów diecezjalnych w sprawie krzyża, o wystosowaniu apelu skierowanego do prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, premiera, prezydenta Warszawy oraz przewodniczących partii o powołanie komitetu, który zająłby się formą upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej, nie jest, jak wielu z dyskutantów stara się to przedstawić „chowaniem głowy w piasek” przez biskupów, ale „oddaniem cesarzowi co cesarskie”. Jest niezwykle mądrym posunięciem, w sytuacji, gdy, jak słusznie zauważyli, cała sprawa dotyczy „sposobu upamiętnienia wydarzeń smoleńskich, nie samego krzyża”.

 

Bo tak jest w istocie. Stojący przed Pałacem Krzyż jest symbolem, którego używają tam stojący ludzie, pragnący, aby nasz Rząd i Prezydent w sposób należyty, stosownie do wagi wydarzenia, upamiętnił ofiary tej niezwyczajnej katastrofy. Nie jest to zatem spór o krzyż, o jego obecność w przestrzeni publicznej, jak to starają się nam narzucić media i facebookowe happeningi, ale spór o formę PAMIĘCI po tych, którzy zginęli. To, że „używa się” przy tym krzyża? A co przeciętny człowiek, wychowany w tym kraju, we wierze katolickiej, ma „używać”, aby czuł się mocny w swym trwaniu w prośbie skierowanej do WŁADZY? Islamski Półksiężyc albo Gwiazdę Dawida? Przecież przez wieki, to Krzyż dla Polaków był tarczą i ochroną w chwilach zawieruchy. Również tej.

 

Przypomnijmy fakty.

 

Krzyż został postawiony przez harcerzy na czas żałoby. Żałoba się skończyła, więc krzyż (wtedy jeszcze niepoświęcony) powinien zostać usunięty. Ale Rząd tego nie przeprowadził. Dlaczego? Bo wkrótce miały się odbyć wybory na prezydenta, więc Rząd, kierowany przez PO, obawiał się, że usunięcie krzyża spowoduje spadek notowań dla kandydata z PO. Więc krzyż został. Wrósł w przestrzeń publiczną i przez parę miesięcy, nie niepokojony przez nikogo, stał się jej stałym elementem.

 

Więc przeciętny Polak wtedy myśli – krzyż stoi, więc Rząd nic nie ma przeciwko niemu, prawdopodobnie akceptuje tę formę pamięci po ofiarach katastrofy, a ponieważ prosty, drewniany krzyż nie może tam stać wiecznie, bo w końcu się rozleci ze starości, więc zapewne zostanie zastąpiony w tym miejscu czymś innym, co godnie upamiętni niebywałą stratę znamienitych Polaków.

 

Więc przeciętny Polak akceptuje również to, że pod krzyż przychodzą ludzie i się pod nim modlą, bo to naturalne, że pod krzyżem można się modlić.

 

Więc przeciętny Polak nie widzi też przez parę miesięcy nic zdrożnego w tym, że pod krzyżem palą się znicze, leżą świeże kwiaty i stoją różne zdjęcia z ofiarami katastrofy. Żałoba państwowa trwała tydzień, ale ludzka wszak może trwać o wiele dłużej.

 

Więc przeciętny Polak ufnie czeka, że jak tylko skończą się powodzie, a nowy Prezydent zostanie wybrany, to nadejdzie czas, gdy Prezydent zajmie stosowne stanowisko w tej sprawie i odnosząc się do katastrofy, w której zginął jego poprzednik, zapewni, że to co się stało było wielką stratą dla polskiego narodu i należy to godnie upamiętnić. Że rozpisze konkurs na formę upamiętnienia wydarzenia. Że do jury konkursu będą również zaproszeni przedstawiciele rodzin ofiar katastrofy.

 

Więc przeciętny Polak słucha wypowiedzi Prezydenta, obserwuje wydarzenia po tym następujące i doznaje szoku.

 

Bo dla Prezydenta to jest „tylko krzyż”, który należy usunąć, gdyż jest bez wartości.

 

Bo w przestrzeni otoczenia Pałacu Prezydenckiego „nie ma miejsca” na jakąkolwiek formę upamiętnienia tej tragedii, gdyż „zaburzyłoby” to jego układ architektoniczny.

 

Bo „zaburzenie” otoczenia państwowego budynku jest świętością, której nie wolno ruszać, za to upamiętnienie w jej przestrzeni narodowej tragedii jest profanum, które by ją „skalało”.

 

Bo pod oknami już urzędującego Prezydenta dochodzi do gorszących scen, którym nie zapobiega ani Straż Miejska, ani Policja, nad którymi ma władzę.

 

Bo wbrew dogmatowi o „nienaruszalności” Pałacu Prezydenckiego, pośpiesznie, bez należytej oprawy montuje się na jego ścianach tandetną tablicę, która upamiętnia ludzi składających hołd ofiarom katastrofy, ale nie jej ofiary.

 

Więc przeciętny Polak, myśli, że został oszukany przez Rząd i Prezydenta.

 

Że Rząd i Prezydent nie mają zamiaru w specjalny sposób upamiętnić ludzi, którzy zginęli w katastrofie.

 

Że jeśli jednak ich upamiętnią, to zrobią to tak, aby móc szybko o nich zapomnieć.

 

Że jeśli chcą, aby szybko o nich zapomnieć, to znaczy, że zależy im na tym, aby pamięć o zaginionych szybko zanikła, gdyż fakty związane z katastrofą są dla Rządu i Prezydenta „niewygodne”.

 

Że jeśli te fakty są „niewygodne”, to znaczy, że w jakimś stopniu ponoszą odpowiedzialność za katastrofę.

 

Że jedyne na czym zależy Rządowi i Prezydentowi to utrzymanie stanowisk. Za wszelką cenę. Nawet za ceną Prawdy.

 

I tak myśli przeciętny Polak.

 

Dlatego słusznie postąpili biskupi. To nie ich problem. To problem Rządu i Prezydenta.

Odsłon: 320 Komentarzy: 5


Walka krzyżem z krzyżem

Kategoria: Polityka Monday, 08 November 2010, 03:16

Ta myśl, rzucona do kamery telewizyjnej przez bpa Pieronka, że sytuacja pod Pałacem to objaw "walki krzyżem z krzyżem", jest, niestety, słuszna.

Oprócz efektu tematu zastępczego wobec nabrzmiewających problemów gospodarczych, w jakich znalazła się nagle po wyborach Polska, czy też tematu "sezonu ogórkowego", gdy ludzie bardziej myślą o wypoczynku od wszystkiego (mediów też) i należy czymś "podgrzać atmosferę", aby media miały o czym pisać czy pokazywać w TV, a ludzie się chcieli tym na tyle przejąć, aby kupić gazetę, czy włączyć TV i tam w przerwie pomiędzy kolejnymi reklamami, obejrzeć następny odcinek serialu pt. "Bronimy Krzyża", efektem ubocznym, a coraz częściej, myślę, zamierzonym i świadomie wywołanym jest właśnie ta "walka z Krzyżem".

Myślę, że jednak nie należy zbytnio dramatyzować – antykatolicy ujawnili swoje zaplecze ludzkie w wymiarze intelektualnym, kulturalnym i ideologicznym. Do chóru wyszydzaczy Krzyża dołączyło się wszakże SLD, ze swoją manifestacją zorganizowaną pod hasłem – wytrychem, czyli "rozdzieleniem Kościoła od Państwa". Wiemy zatem z kim mamy do czynienia.

Sprawa jest jasna. Jest opcja polityczna, która chce istniejący porządek wywrócić do góry nogami – mniejszość ma mieć decydujący głos wobec większości, gdyż większość, według tej salonowej i arcyliberalnej mniejszości, dławi ją swymi moherami i nie pozwala oddychać w tym "wyznaniowym" państwie, jakim jest Polska.

Nie dajmy się nabrać – tu nie chodzi o "wyznaniowość" aparatu państwowego, gdyż gdyby takowa była, to w wersji minimum posłowie głosowaliby zgodnie z sumieniem katolika, a nie jakby w chwili głosowania, nad ważnymi dla gorliwego katolika sprawami, chowali go wstydliwie pod ławę poselską. Zarzut "wyznaniowości" w sytuacji, gdy żaden przedstawiciel hierarchii Kościoła Katolickiego NIE ZASIADA W ŁAWACH POSELSKICH, jest czczym wymysłem liczonym na poklask gawiedzi, która od przestrzegania przykazań Dekalogu woli hucpę, łajdactwo, wyuzdanie i ciemne interesy.

Tak skrupulatnie nagłaśniana przez media sprawa, eskalowana na zlecenie rządzących elit, ma na celu jedno – zdyskredytowanie najważniejszego symbolu chrześcijaństwa w oczach przeciętnie religijnych ludzi, skłócenie ich w obliczu tego symbolu i oderwanie od Kościoła Katolickiego, a w dalszej perspektywie zmarginalizownie jego roli opiniotwórczej i historycznej w świadomości Polaków. Chodzi o doprowadzenie do sytuacji, gdy nowe "elity" będą się wstydziły wyznawać nie tylko katolicyzm, ale jakąkolwiek religię w ogóle, jako coś, co nie przystoi człowiekowi wykształconemu, jako coś, co spycha go do rzędu jednostek podejrzanych o ciemnotę umysłową.

Nie łudźmy się – pretensja Napieralskiego, że "w Polsce tylko jedna religia jest uprzywilejowana" nie ma na celu, w imię równości,  wprowadzenie identycznych "przywilejów" dla innych odłamów chrześcijaństwa, czy zgoła odmiennych od niego religii. Nie! On, jak Zapaterro, chce wyeliminować religię z życia przeciętnego człowieka w ogóle! Przecież jest spadkobiercą myśli komunistycznej, która głosiła, że religia jest "opiumem dla ludu". Co z tego wynikło, to wiemy, gdy się pilnie uczyliśmy historii i działania rewolucjonistów październikowych nie są nam nieznane.

Co w tej sytuacji robi PO? Właściwie niby nic, bo przecież według Tuska, nic się nie stało, nic straszliwego się nie dzieje, żadnej katastrofy nie ma. Nie ma powodu do interewncji. Przyzwala więc na facebookowe demonstracje w godzinach ciszy nocnej i SLDowskie na… Placu Konstytucji. Demonstracja jawi się więc jako "miękkie" przygotowanie do występów polityków lewicy. Pierwsze to show, a drugie to juz całkiem groźne dla tożsamości Polski formułowanie żądań, które mają na celu rewizję Konstytucji i zerwanie konkordatu.

Jedno i drugie to ciche przyzwolenie PO na ateizację Polski. Przy wprowadzaniu nowych ustaw, ją otwierającą, zawsze można się powołać a to na dyrektywy unijne, a to na głos młodzieży, która pragnie "postępu", a to na "rozsądne" głosy lewicy, które nagle staną się głosem większości Polaków (sondaże równiez to wykażą). Samo PO będzie miało czyste ręce jak Piłat. To nie ona. To lud chce zmian, nawet takich, które zaprowadzą go na zgubę. Usuwanie krzyży z ulic Warszawy zostało niezbyt chętnie przyjęte przez opinię publiczną. Więc teraz tego jednego krzyża pod osłoną nocy i zgodnie z zarządzeniem kierowanego przez PO rządu się nie doczekamy. Przeciez idzie jesień i zima.

A tam, pod Krzyżem, koczują w spiekocie lub deszczu, na wietrze i chłodzie ludzie we większości starsi i już zmęczeni. W końcu sobie pójdą.

A rząd do tego nie będzie ich zmuszał.

Odsłon: 955 Komentarzy: 32


Czy dyskutować z antykatolikami?

Kategoria: Fronda Tuesday, 03 August 2010, 03:45

Frondowicz @Gandalf wywołał mnie do odpowiedzi w komentarzu do artykułu http://www.fronda.pl/news/czytaj/komentatorzy_nie_zostawiaja_suchej_nitki_na_wyroku_przeciwko_gos

„Przeczytaj i napisz co o tym wszystkim sądzisz. Chodzi mi głównie o to co robić żebyśmy mogli tutaj normalnie rozmawiać a nie wiecznie użerać się z antykatolickimi propagandystami.”

Przeczytałam i odpowiadam.

Na początek zacytuję jedną z "myśli wyrachowanych" Franciszka Kucharczyka z "Gościa Niedzielnego":

"Wściekłość obrażonych jest dla skandalisty pożywieniem. Nie lepiej wziąć go głodem?"

Kluczową sprawą jest tu ta "wściekłość".

Jeżeli na czyjąś obrazoburczą odpowiedź zareaguję emocjonalnie, to karmię go swym oburzeniem. To mniej więcej tak samo jak z ekshibicjonistą – jego podnieta i zadowolenie płynie ze spodziewanej reakcji otoczenia na jego wyczyn. Co powoduje wyhamowanie jego zapędów? Moja obojętność, lub rzeczowa, chłodna uwaga na akt jego ekshibicjonizmu.

Z antykatolikami jest podobnie – liczą na nasze „święte oburzenie” oraz gwałtowną polemikę w obronie naszych wartości i przedmiotu wiary.

Dlatego zamiast oburzania się, nawoływania do niereagowania na ich popisy, najczęściej warto ich „olać” i prowadzić dyskusję tylko z tymi, którzy na tę dyskusję zasługują. Szkoda czasu na polemizowanie z poglądami, które są tylko i wyłącznie wyrazem wyładowywania na Frondzie swych antykatolickich frustracji, zamierzonym wywoływaniem fermentu. Takie wypowiedzi łatwo zidentyfikować.

Dla uspokojenia sytuacji można jednak od czasu do czasu (nie za często!) rzucić jakąś dowcipną (!!) uwagę na temat ich obecności, jednak nie „ad persona”, tylko ogólnie, gdyż nieskuteczne jest stawianie się na pozycji mentora i „strażnika” poprawności wypowiedzi wszystkich uczestników dyskusji, gdyż z prostej fizycznej kondycji, nikt nie jest w stanie „obskoczyć” wszystkich tematów od rana do wieczora i wyłapywać tych co „brużdżą”. Gdy problem będzie narastał i portal zacznie zmierzać w kierunku Onetu lub wp to wierzę w to, że zapewne właściciele i administratorzy tego portalu „coś” z tym zrobią :)

NIE przekreślam jednak nikogo. Chrystus powiedział: „jeśli miłujemy tych, którzy nas miłują, cóż za nagrodę mieć będziemy? Czyż i celnicy tego nie czynią?” (Mt 5,46) a także: „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9,13.12). Zatem ateiści i antykatolicy to z naszego punktu widzenia ludzie, którzy „się źle mają”, a zatem którym należy się szczególna, aczkolwiek specyficzna, nasza troska i miłość.

Myślę, że od czasu do czasu można się wdać w polemikę z nimi, gdy to co „rzucą” może być podstawą do sformułowania jakiegoś ogólnej uwagi wiążącej się z głównym tematem artykułu, albo gdy poruszą ciekawy, aczkolwiek kontrowersyjny wątek. Ważne w jaki sposób jest on podany – czy w formie napastliwej, ordynarnej wypowiedzi (bezwzględnie „olać”), czy podania problemu. Jednakże nasza odpowiedź powinna być w takim przypadku spokojna, beznamiętna i bez zbytniego angażowania się, prowadzącego do zacietrzewiania się w dyskusji. Gdy antykatolik zaczyna obrażać – kończymy polemikę. Tak samo, gdy na skutek jego agresji, sami mamy ochotę na „zdeptanie” przeciwnika. Wystarczy napisać „KOŃCZĘ DYSKUSJĘ Z TOBĄ” i być w tym konsekwentnym.

Ważne również abyśmy mieli na uwadze taką sprawę:

JESTEŚMY U SIEBIE I TO MY STERUJEMY DYSKUSJĄ. Ktoś z „nie naszej drużyny” może rzucać kąśliwe uwagi, ale to my MOŻEMY ZECHCIEĆ na nie odpowiedzieć. Nie musimy. Nie mamy obowiązku odpowiadania na każdy przytyk, każdą krytykę, każdą złośliwość. Możemy, gdy uznamy, że może warto dać odpowiedź. Warto podczas jej podawania wykorzystać jakiś stosowny cytat z Biblii. Antykatolicy z reguły nie znają jej i na takie argumenty „wymiękają” nie tylko z powodu ich celności. To skuteczny oręż, niestety, rzadko stosowany na tym portalu w dyskusjach.

Jeśli ktoś „nowy” chce bronić do upadłego swego katolickiego stanowiska wobec antykatolika w jakimś problemie to niech to robi, byle z kulturą i z punktu widzenia EWANGELICZNEJ MIŁOŚCI do rozmówcy. Czyli z szacunkiem i z próbą zrozumienia jego argumentów. Bez wyśmiewania osoby, ale z rzeczowością własnych wypowiedzi. Wystarczy jedna – dwie dłuższe dyskusje, aby wyrobić sobie zdanie na temat tego, czy warto wchodzić w takie dyskusje w przyszłości. Zaręczam, że po wejściu kiedyś w takie dwie, nie mam specjalnie na razie ochoty na więcej. Niemniej to było cenne doświadczenie, które mnie paru rzeczy nauczyło i dlatego daleka byłabym od nawoływania do banowania z byle powodu, czy bezwzględnego unikania dyskusji z tzw. „trollami”. Dla każdego nowego „frondowicza” – katolika, to jest jak przejście przez zakaźną chorobę, po której nabiera się odporności :)

Poza tym poznawanie zarzutów antykatolików pozwala na zmierzenie się z nimi – sformułowanie argumentów i poszukanie dokumentów. Z takimi samymi zarzutami można się spotkać w „realu” z jakimś znajomym, krewnym, co mnie się niedawno zdarzyło. Dość długa dyskusja z pewnym antykatolikiem na Frondzie uzbroiła mnie w argumenty, które przydały mi się później w dyskusji z krewniakiem.

Nam się czasami może wydawać, że powtarzanie po raz sto dwudziesty trzeci kontrargumentów na problem inkwizycji, wojen krzyżowych, holocaustu, aborcji, in-vitro, homoseksualizmu itd. jest jałowym zajęciem. Ciągle te same zarzuty i te same odpowiedzi. Ale tylko one są te same – zmieniają się ci, co je formułują oraz ci, co na nie odpowiadają. Te zarzuty ciągle istnieją w publicznej przestrzeni, są propagowane przez niechętne katolikom media i gremia. Nigdy nie dość spokojnej polemiki z nimi, rzeczowych argumentów. Nie wszyscy co wchodzą tu ze swymi „rewelacjami” są tylko mącicielami. Zapewne zdarzają się również i ci, co pod płaszczykiem wichrzycieli, starają się uzyskać na nie rozsądną odpowiedź. Czasami może się nawet wstydzą tego, że chcą na nie tę odpowiedź otrzymać. We własnym odczuciu, samo wejście na portal katolicki, to „obciach”. Więc niech na swe wątpliwości, spostrzeżenia otrzymają rzeczową odpowiedź na katolickim portalu, nawet w wyniku „ognistej” dyskusji.

.

„Miłość cierpliwa jest” (1 Kor 13,4).

Odsłon: 426 Komentarzy: 2


Ks. Gancarczyk - "więźniem sumienia"?

Kategoria: Pro life Monday, 03 May 2010, 17:05

Dzisiejszy wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach, który nakazał "Gościowi Niedzielnemu" opublikowanie przeprosin pod adresem Alicji Tysiąc, jawnie pokazuje pewną linię ideologiczną polskiego sądownictwa idącego z „duchem” laickiej i coraz bardziej komunizującej się Europy. Ponieważ, jak większość instytucji postkomunistycznych, w których nie przeprowadzono dekomunizacji, ton w tych gremiach nadają osoby, które służyły poprzedniemu systemowi albo ich potomkowie, więc nie należy się spodziewać wyroków, które byłyby sprzyjające Kościołowi Katolickiemu. Walka ideologiczna zapoczątkowana w czasach „realnego socjalizmu” nadal trwa, tak samo jak nadal trwają przy władzy osoby, które w tamtych czasach sprawowały funkcje decyzyjne.

 

Sprawa Alicji Tysiąc, jak powszechnie już chyba wiadomo, nie jest sprawą o jej urażoną godność, ale o podstawowe prawa, które w naszym, demokratycznym kraju mogą posiadać jego obywatele. Sprawą prawa do wolności sumienia i prawa do wygłaszania poglądów opartych na nauce Kościoła Katolickiego.

 

Jeżeli dojdzie do rozpatrzenia przez Sąd Najwyższy tej sprawy, a mam nadzieję że dojdzie, to w sposób ostateczny dowiemy się za jakim modelem państwa opowiada się nasza „trzecia władza”, gdyż „czwarta władza” jest już opanowana w większości przez nie sprzyjające Polakom gremia, które dawno opowiedziały się za antypolskością, antykatolicyzmem i antywartościami podawanymi w kolorowych opakowaniach.

 

Jeżeli Sąd Najwyższy wyda wyrok podtrzymujący wyrok poprzednich dwóch sądów, to są możliwe dwa scenariusze:

 

1. Poddanie się woli władzy świeckiej:

Ks. Marek Gancarczyk wypełnia wyrok – przeprasza i płaci karę (zapewne złożoną z datków jego stronników), ale tym samym godząc się na zasadność wyroku i uległość wobec rodzącego się na naszych oczach nowemu totalitaryzmowi.

 

2. Poddanie się woli Bożej:

Ks. Marek Gancarczyk uchyla się od wykonania wyroku – nie przeprasza i nie płaci kary. Pytanie – co za to grozi? Zamkniecie we więzieniu redakcji, czy czasopisma?

Jeżeli redakcji, to mielibyśmy do czynienia z pierwszymi więźniami politycznymi w wolnej Polsce !!! Jakie reperkusje tego faktu mogłyby powstać, to trudno sobie teraz wyobrazić, ale nie sądzę, aby przysporzyłyby one zwolenników przeciwnikom ks. Gancarczyka. Raczej odwrotnie – zradykalizowałyby poglądy osób jemu przychylnych oraz być może poruszyłyby sumienia tych „letnich”, a ks. Gancarczyk zapewne stałby się pierwszym „więźniem sumienia za Prawdę” w nowej Polsce! I… o ile jest realna możliwość zamiany grzywny na pobyt w "odosobnieniu", to ze względów na spodziewaną reakcję społeczną w tym przypadku, byłaby taka zamiana nieoceniona dla pokazania społeczeństwu prawdziwego oblicza obecnego sądownictwa w Polsce, który stara się zdeprecjonować tych, którzy głoszą Prawdę, a honorować swymi wyrokami niedoszłych morderców!

Czy dokonano by zamknięcia gazety? Cofnięcia jakiejś koncesji? A może zajęcia przez komornika jakichś dóbr redakcji? Czy to możliwe? Nie wiem. Nie znam się. Ale niewątpliwie próba zamknięcia czasopisma z powodów ideologicznych, które uzyskuje ostatnio najlepsze wyniki w sprzedaży, byłoby wydarzeniem w skali całego kraju o dość wyrazistym przesłaniu. Być może byłoby to impulsem do powrotu do wydawnictw poza debitowych (możliwości techniczne są teraz ogromne), które już przerabialiśmy ok. 30 lat temu. Czym to się wtedy skończyło? Upadkiem systemu, który nie pozwalał ich wydawać.

 

Podsumowując – jest takie przysłowie arabskie: „Psy szczekają, karawana idzie dalej”. Te pieski to takie „sądy” cywilne, które zależnie od koniunktury politycznej wydają takie, czy inne wyroki. Karawana to my – chrześcijanie, katolicy, którzy nieraz za swe przekonania cierpieli prześladowania. Ale pomimo nich szliśmy dalej. Dopóki będziemy się trzymać razem, żadna wataha najgłośniejszych piesków nam nie będzie groźna.

Odsłon: 377 Komentarzy: 4


Ateiści - mutantami?

Kategoria: Religia Thursday, 12 November 2009, 00:12

Czasopismo „Fokus” ogłosiło konkurs na najważniejsze wydarzenie roku 2009. Jednym z wydarzeń podanych do wyboru pt. „Wiara w neuronach” jest:

"Większość uczonych nie zajmuje się w pracy tym, czy Bóg istnieje czy nie.

Jednak specjaliści od neuropsychologii wykazali, że nasz układ nerwowy wyewoluował w taki sposób, iż jesteśmy z natury skłonni do wiary w zjawiska nadnaturalne. Doszukiwanie się we wszystkim przyczyn i ukrytych działań sprawia, że łatwiej jest nam uwierzyć w działanie siły wyższej niż w prawa nauki. A skoro tak, to ateiści zawsze będą w mniejszości – ich podejście do świata wymaga działania wbrew naturalnej intuicji".

 

Podjęłam małą próbę polemiki z tym „wydarzeniem”, bo pod płaszczykiem jego „naukowej” wymowy próbuje się przemycić pogląd, że naszą skłonność do wiary w Boga da się wytłumaczyć „naukowo” na gruncie neuropsychologii sugerując, że wiara jest wynikiem li tylko ewolucji układu nerwowego, powodującą, że możliwa jest specyficzna wymiana impulsów pomiędzy neuronami, odpowiadająca za intuicyjny (czyli wrodzony) sposób naszego myślenia, powodująca tę „skłonność”. A w rezultacie, jeżeli jest to TYLKO funkcja tak wyewoluowanego mózgu, to Boga nie ma, gdyż jest to, jak napisał Richard Dawkins, „Bóg urojony”.

 

„ateiści zawsze będą w mniejszości – ich podejście do świata wymaga działania wbrew naturalnej intuicji”

 

Ateistom przypisano tu „działania wbrew naturalnej intuicji”. Tylko, czy to są działania „wbrew”? Jeżeli mam intuicję, że ogień (brak Boga) mnie spali, to nie wchodzę do niego, bo zostanie po mnie kupka popiołu (brak zmartwychwstania po śmierci). Jeżeli, twierdzę jednak, że ogień to jedyna rzeczywistość, w której warto się znaleźć, to znaczy, że tej intuicji mi BRAKUJE.

 

Brak tej „naturalnej intuicji” powoduje, że ateista byłby wybrykiem natury, WSTECZNĄ MUTACJĄ rodu ludzkiego. Wsteczną, gdyż jeżeli ewolucja spowodowała pojawienie się skłonności do „wiary w zjawiska nadnaturalne”, to zgodnie z teorią ewolucji była to cecha niezbędna dla przetrwania gatunku ludzkiego – osobniki posiadające tę cechę były bardziej dostosowane, a także miały większe szanse przeżycia oraz wydania na świat potomstwa.

 

Jednakże cytowane zdanie sugeruje coś innego, to, że ateiści mają (!!!) tę naturalna intuicję, ale są "bohaterami", którzy wbrew niej ratują ludzkość przed nieszczęściami, które powoduje jej posiadanie. Tak jak matka, która wskakuje w płomienie pożaru, aby ratować znajdujące się w nim swoje dziecko. Ale zadajmy sobie uczciwie pytanie: Czy ateiści ratują nas przed nieszczęściami, czy raczej nas do nich doprowadzają?

 

Patrząc na to, co się obecnie dzieje z ludzkością, systematycznie obdzieraną z wiary w Boga i posłuszeństwu wobec Jego Przykazań, skłonna jestem powiedzieć, że działania ateistów są wbrew interesom rodzaju ludzkiego, antyewolucyjne.   Lansowana przez wszelkiej maści ateistów teza, że „jeśli Boga nie ma, to wszystko nam wolno” skutkuje komunizmem, nazizmem i ich dramatycznymi konsekwencjami, wzrostem liczby zabijanych dzieci, mających nieszczęście jeszcze się nie narodzić, eutanazją niedołężnych staruszków i termalnie chorych, absurdalną „tolerancją” dla jednopłciowych związków, rozpasaną seksualnością ukierunkowaną na „użycie”, reklamowaniem prezerwatyw, które ani przed ciążą ani przed HIV nie chronią w stopniu, który jest im przypisywany, eskalacją wojen, których głównym podłożem jest walka o roponośne złoża (jakoś tak „przypadkowo”, głównie na terenach je zawierających trwają nieustanne walki) – to wszystko i nie tylko, wskazuje na to, że cywilizacja, jaką znamy, przerabiana przez mutantów zwących się ateistami, może nie przetrwać, a przynajmniej nie przetrwać w takiej postaci, o jakiej się przyzwyczailiśmy myśleć, że jest „ludzka”.

 

"Większość uczonych nie zajmuje się w pracy tym, czy Bóg istnieje czy nie.”

 

Uczeni, w swej większości, mają za zadanie OPISAĆ ŚWIAT MATERIALNY – właściwości jego obiektów oraz zjawiska z ich istnieniem związane. Ci, którzy wychodzą poza to zadanie, to z jednej strony praktycy, którzy odkrycia naukowców przekształcają w rzeczy użyteczne i tych nazywamy inżynierami, natomiast z drugiej strony są to teoretycy, którzy starają się nadać sens tym odkryciom i tych nazywamy filozofami. Jest to oczywiście duże uproszczenie, ale taki jest mniej więcej podział ról w świecie nauki.

 

Nie ma nic zdrożnego w tym, że naukowiec jest równocześnie inżynierem i filozofem, ale często samo poznawanie rzeczywistości może być tak pasjonujące, że pozostałym dwóm dziedzinom nie poświęca zbyt wiele uwagi. Może jednak się też tak stać, że wyniki pracy naukowej skierują naukowca w stronę rozważań filozoficznych, gdy stara się nadać sens swym odkryciom. Kierunki tych rozważań mogą być różne – jeden skręci w stronę Richarda Dawkinsa, inny – Michała Hellera. Ten pierwszy należy do tych, którzy twierdzą, że nauki i religii nie da się pogodzić, ten drugi natomiast do tych, co twierdzą, że „fides & ratio” się wzajemnie nie wykluczają i potrafią to wykazać.

 

Pomiędzy tymi dwiema osobami stoi m.in. fizyk Albert Einstein, który nie wierząc w Boga osobowego, ale wierząc w duchowy porządek świata, stwierdził, że: „nauka bez religii jest kulawa, i odwrotnie, religia bez nauki jest ślepa”. I to było uczciwe stwierdzenie naukowca, który a priori nie zakładał, że Boga nie ma, ale że czasami jest potrzebny do dania odpowiedzi na pewne egzystencjalne pytania, na które nauka nie daje odpowiedzi, gdyż dać ich nie może.

 

„specjaliści od neuropsychologii wykazali”

 

Nie przekonują mnie wiadomości, w których ktoś oznajmia, że: „specjaliści od … wykazali”, nie podając źródła, gdzie można by zweryfikować to „wykazanie”. Gdy mam pytania: „Jak się nazywają ci specjaliści, w jakiej publikacji można o tym przeczytać?”, a nie znajduję na to odpowiedzi, to równie dobrze mogę uznać, że ktoś sobie tych „specjalistów” wymyślił i na takiej samej zasadzie mogłabym napisać: „specjaliści od zoologii wykazali, że jednorożce są zielone”.

 

„że nasz układ nerwowy wyewoluował w taki sposób, że jesteśmy z natury skłonni do wiary w zjawiska nadnaturalne.”

 

Załóżmy, że faktycznie tacy specjaliści byli i jakimiś naukowymi metodami wykazali, że mamy taką skłonność. Jeżeli mają tak doskonały warsztat poznawczy, to zapewne również wykazaliby, albo już tego dokonali, że mamy skłonność do podziwu rzeczy pięknych, do ciekawości przeszłości, do przewidywania przyszłości, do stawiania pytań o sens istnienia, do szukania prawdy, do skłonności zakochiwania się w płci przeciwnej itd. itp. Przecież to też należy do kategorii „zjawisk nadnaturalnych”. Zwierzęta tego wszystkiego nie czynią w taki sposób jak my, nie tworzą na bazie tych „skłonności” wspaniałych kultur, cywilizacji. Nie są badaczami, czy filozofami przyrody, a jedynie jej konsumentem.

 

Czego to jednak  dowodzi? Dowodzi tego, że układ nerwowy człowieka wyewoluował w sposób niespotykany u innych, znanych nam, stworzeń. Że jego skłonność do wiary w „zjawiska nadnaturalne” jest tą cechą, która zdecydowanie świadczy o wyjątkowości jego ewolucji i ta wyjątkowość powoduje, że „de facto” człowiek nie jest tożsamym ze zwierzęciem. Jego niepowtarzalność, jego samoświadomość istnienia i zdolność do zadania pytania o sens tego istnienia, na które satysfakcjonującą odpowiedź może uzyskać dopiero wtedy, gdy uwzględni się interwencję Boga w dziele stworzenia, stanowią o czymś, co nazywamy „człowieczeństwem”.

 

„Doszukiwanie się we wszystkim przyczyn i ukrytych działań sprawia, że łatwiej jest nam uwierzyć w działanie siły wyższej niż w prawa nauki.”

 

Poszukiwanie przyczyn istnienia jakiejkolwiek rzeczywistości i dociekanie, jakie działania sprawiają, że rzeczywistość jest taka, jaka jest – np. obserwowalna, mierzalna, jest przecież podstawą każdej nauki! To właśnie fundamentalne pytanie: „Dlaczego jest tak, jak jest?” jest motorem wszelkich odkryć! Gdy Newtonowi spadło jabłko na głowę, to zadał pytanie: „Dlaczego spadło?” i dzięki temu otrzymaliśmy prawo powszechnego ciążenia. Gdyby Fleming nie zauważył, że bakterie znajdujące się w pobliżu pleśni zostały zniszczone i nie zadał sobie pytania „Co było tego przyczyną?” nie mielibyśmy antybiotyków itd.

 

Poszukiwanie „ukrytych działań” tkwi również w podstawowym pytaniu o początek Wszechświata – czy był, a jeśli był, to co sprawiło, że nastąpił? Jeżeli przed Wielkim Wybuchem nie było czasu, przestrzeni ani grawitacji, a wszystko skupione było w obiekcie o nieskończenie małych rozmiarach, który nazwano osobliwością, to jak była przyczyna, że ta osobliwość zaistniała? Jeżeli nikt jej nie stworzył, to przecież musiałaby powstać przez autokreację. Jak to możliwe, że ta osobliwość powstała SAMA Z SIEBIE Z NICZEGO?

 

Jakie „prawo nauki” odpowie na to pytanie? Jakie "prawo nauki" odpowie nam na pytanie: "KTO lub CO sprawiło, że akurat TAKI "przypadek" nastąpił?"

 

Odsłon: 715 Komentarzy: 13


Pokusa i grzech

Kategoria: Religia Wednesday, 12 August 2009, 19:21

"Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę." (1 Kr 6,12)

Tak sobie pomyślałam, że często NIENAWIDZI SIĘ swój grzech, bo obezwładnia, nie sposób się od niego uwolnić, zapanował nad moim życiem itd. itp.

A tymczasem, jeśli go nienawidzę, to dlatego, że się tego grzechu boję. Boję się, że przyjdzie w niespodziewanym momencie i zrujnuje moje poukładane, spokojne i świątobliwe życie.

Tylko paradoks polega na tym, że im bardziej się go boję, tym bardziej go do siebie przyciągam, bo jego unikanie staje się moją obsesją. Owładnięta obsesją pilnowania się, aby nie dopuścić do siebie pokusy, która sprowokuje popełnienie grzechu, analizuję wtedy każdy szczegół swojego i innych zachowania pod względem wystąpienia ewentualnej pokusy.

Nie potrafiąc uwolnić się od nieustannego myślenia o możliwości popełnienia znienawidzonego przeze mnie grzechu, staję w sytuacji poczucia nieustannego kuszenia tym grzechem.

Przypomina to sytuację przez diabła kuszonego Jezusa na pustyni albo kuszonej Ewy w Raju.

Jezus przebywał na pustyni – w środowisku niedostatku, które sprzyjało popełnieniu grzechu wypływającego z niezaspokojonego pragnienia nasycenia się dobrami tego świata, żądzy władzy, czy ciekawością "eksperymentów" z własnym ciałem i życiem.

Ewa natomiast przebywała w Raju – środowisku, w którym niczego jej nie zbywało.

Jednak to nie Jezus, ale Ewa popełniła grzech, uległa pokusie! Zdawałoby się, że to dlatego, iż Jezus był Bogiem, a Ewa tylko człowiekiem, ale chyba nie chodzi tylko o to.

Czym się jeszcze zatem ich sytuacja różniła?

Jezus dobrowolnie wyszedł na pustynię, wiedząc, że tam MOŻE doświadczyć pokus, NIE UNIKAŁ ich. Ewa, nigdy sytuacji pustyni nie doświadczywszy, wiedziała, że JEST coś, czego NALEŻY UNIKAĆ (zrywania jabłek z konkretnego drzewa).

Jezus "przebywał w Duchu na pustyni", czyli w głębi serca trwał cierpliwie i UFNIE PRZY BOGU. To wystarczyło, aby w najgorszych warunkach – opresji i presji, odrzucić pokusy, gdy nadeszły. Dlatego nie musiał myśleć o nich przez 40 dni i nocy spędzonych na pustyni, ale gdy znalazł się w sytuacji konkretnych pokus, był gotów na ich zdecydowane odparcie, mając za oręż swe zaufanie Bogu. Więcej! Przez to, że się im oparł w tak ekstremalnie trudnej sytuacji, nigdy więcej szatan Go nie kusił w ten sposób. Bezwzględnie te pokusy pokonał!

Ewa, do czasu spotkania z wężem, uniknęła popełnienia grzechu, gdyż – "Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli". Nie była to więc decyzja serca, wypływająca z ufności Bogu, ale posłuszeństwo wynikłe z bojaźni przed śmiercią. Posłuszeństwo wymagające tylko drobnego wyrzeczenia – nie spożywania jabłek z jednego drzewa, przy obfitości innych. W konfrontacji z konkretną pokusą okazało się jednak, że brak w niej ZAUFANIA DO BOGA i Jego decyzji i to wystarczyło, aby odpowiedziała grzechem na pokusę.

Reasumując:

Nienawiść do własnego grzechu jest objawem lęku przed nim. Nie boję się popełnienia grzechu, gdy pokładam ufność w Bogu, że w najgorszej opresji mnie od grzechu uchroni. Nie obawiam się więc wchodzenia w sytuacje trudne. Jeżeli wejdę w sytuację trudną i pokonam pokusę, pokonam swą skłonność do popełniania grzechu w takich okolicznościach.

Jeżeli mam czyste serce, żadne błoto go nie skala, żaden piasek pustynny nie przysypie, żaden żar nie wypali.

Odsłon: 487 Komentarzy: 10


1 2 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.