Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Pochwała głupoty

Kategoria: Kultura Thursday, 19 April 2012, 18:53

Czyli, jak oczekiwać przełomu

 

Wiosenne przesilenie (wiosna nasza!)

 

Tygodnik Uważam Rze przechodzi do sekty smoleńskiej! Zamach!

.

.

 

Sukces na prawicy (nudy, można opuścić)

 

 

Długo by opisywać krętą i czasem dramatyczną drogę dziennika w „wolnej Polsce”, po decyzji premiera Mazowieckiego, oznaczającej względną niezależność redakcji od państwowego właściciela.

 

Odtąd pismo powoli, ale konsekwentnie przesuwało się na prawo i nigdy nie obniżyło lotów do poziomu, który Gazeta Wyborcza osiągała w tydzień.

 

W 2006 roku, pod rządami „strrrasznych Kaczorów”, trwała w najlepsze wojna polsko-polska. A PO z partii bliskiejPiS ideowo, autorki marzenia o IV RP i specjalistki od gospodarki, uosobienia rozsądku i umiaru, przeradzała się w demagogiczną, wrzaskliwą zgraję sfrustrowanych polityków, przedstawianych w mediach głównego nurtu, jako zbawcę od kartofeln.

 

 

Rzepa zachowywała wówczas umiar, przyzwoitość i zmysłtaktyczny. Nie dała się zepchnąć na „prawicowy margines”, przechodziła obronną ręką przez różne burze, chociaż nie uniknęła wpadek. Zwiększała wpływy i nakład.

 

Ewenementem był jej sukces pod wodzą prawicowego, ultrakatolickiego naczelnego, Pawła Lisickiego. Pracował on tam ponad dwadzieścia lat, cierpliwie, bez rozgłosu, osiągając stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. Znany głównie, jako eseista, roztrząsający kardynalne problemy natury Boga i człowieka. Oraz niuanse i meandry ortodoksji w Kościele Katolickim.

 

 

O zmyśle medialnym świadczy prowokacja z jesieni 2007 roku. Opublikował na blogu prześmiewczą „spowiedź agenta Tomka”. Medialni kretyni, dyszący żądzą krwi Kaczorów, potraktowali to poważnie.

 

 

Lisicki ich skompromitował ale dowiódł jeszcze czegoś: istnienia teflonowej powłoki, jaką posiadają protegowani wpływowego środowiska medialnego. Genialny eksperyment socjologiczny.

 

 

I ten człowiek stał się nagle, może nie rekinem, ale szczupakiem medialnego biznesu.

 

 

To był jednak czas zwykły. Czas walki politycznej. Czas gierek demokratycznych. I bezkrwawych gier operacyjnych.

 

No, może niezupełnie bezkrwawych.

 

 

Czasem ktoś chciał popełnić samobójstwo. Ale go odratowali. Czasem kogoś zabili nieznani sprawcy, ale to pewnie jacyś kryminaliści. Albo syn niespełna rozumu. Kogoś przejechała ciężarówka ze żwirem, ale wypadki chodzą po ludziach.

 

To był czas zwykły. Kiedy trudno odróżnić agenta wpływu od głupca. I pożytecznego idioty od członka lobby, które sobie może kupić za 3 miliony ustawę sejmową.

 

 

Można uprawiać uczciwą publicystykę, ale nie należy ulegać zbytnio manii teorii spiskowych. Chronić image człowieka rozsądnego, którego zapraszają do telewizji.

.

 

Nadszedł jednak czas próby (powaga)

 

 

Katastrofa Smoleńska.

 

Ten splamiony krwią najlepszych synów Polski papierek lakmusowy przyzwoitości, odwagi i pryncypialności. Patriotyzmu i miłości prawdy. Najdroższy z możliwych papierek lakmusowy wrażliwości na Znak, który był dany.

 

Wigilia Święta Miłosierdzia Bożego, na nieludzkiej ziemi.

 

Jeszcze jeden wagon katyński. Albo absurdalna katastrofa, przejaw polskiego nieudacznictwa i naburmuszonego uporu.

 

Ludzie rozsądni muszą zachować spokój. To tylko zwykła katastrofa. Nie ulegajmy paranoi. Dajmy im szansę. Dajmy szansę Putinowi, żeby okazał się przyzwoitym człowiekiem.

 

Dajmy szansę Tuskowi, żeby okazał się twardym, polskim premierem.

 

Dajmy szansę prokuraturze, specjalistom lotniczym, odpowiedzialnym ministrom, dowództwu Biura Ochrony. I zastępcom dowódców, którzy zginęli.

 

Niech się Państwo sprawdzi.

 

Niestety.

 

Było pełno głupców. Którzy od początku wiedzieli swoje. Jak to głupcy. Czuli, że coś tu śmierdzi.

 

Od początku.

.

 

Rzepa pod presją (opowiedziane bez należytego współczucia)

 

W tej nowej sytuacji, kiedy wszystkie demony polskiego piekła harcowały, jak podpici balangowicze zwołani przez fejsbuka, Rzepa znów się wyróżniała.

 

Zastosowała sprawdzoną metodę umiaru i rozsądku. Odcinała się od kompromitujących ekscesów tych rozsądnych i dowcipnych i tych histerycznych, w prasie i na Krakowskim Przedmieściu.

Z taktem, elegancko zatykając nos, dystansowała się od głupców.

 

Teorie spiskowe, to nie jest rzecz dla ludzi z lepszego towarzystwa. Zamach to słowo nieeleganckie.

 

Pisarz wybitny może, ale niezbyt mądry, (a może nawet głupi, ale bądźmy miłosierni) publikuje jakieś niewczesne, niewyważone wiersze. Patronuje grupce młodych poetów, których nie potrafi uchronić przed kiczem nekrofilii. Marnuje swój talent na eseje historyczne, w których podważa właściwie podstawy naszej cywilizacji.

 

Zrobimy mu kocówę w kilku numerach i komentarzach naczelnego?

 

Nie wszystko idzie, jak należy. Ale nie przesadzajmy. Nie krzyczmy tak głośno.

Żyjemy w normalnym państwie, mamy wielkie osiągnięcia. To wydziwianie tradycjonalnej inteligencji i jej samozwańczego guru to dowód jej niedostosowania i nieudacznictwa. Z żywymi naprzód iść!

 

 

Trochę Horubały, Skwiecińskiego i Warzechy.

I dla równowagi trochę Ziemkiewicza, Wildsteina i Masłonia.

 

Pluralizm. Dyskusja różnych punktów widzenia. Umiar. Utrzymać się w głównym nurcie rozsądku.

 

Nie do końca się udało. Wykupili wydawnictwo. Szurnęli najlepszego redaktora.

Na szczęście, zamiast wyrzucać z szalupy najczarniejsze „murzyniatka”, udało się zbudować solidną krypę i przesiąść się na nią.

 

Mamy więc Uważam Rze. Cieszmy się wszyscy. Czym by był rynek bez tego synka Rzepy? Ale konkurencja nie śpi.  Trzeba uprawiać mieszankę rozsądku i przytomności umysłu. Bo sytuacja jest dynamiczna.

.

 

Zwycięstwo głupoty (w poetyce głupka)

 

Gazeta Polska – to oszołomy. Od początku żerowali na Katastrofie, nie uważali na nuty. Przed wyborami 2011 ogłosili wprost tezę o zamachu. Co za głupota!

 

I te oszołomy, do kłótliwej spółki z ojcem Rydzykiem spowodowały cud. Kretyńska teza o zamachu, smoleńska religia, anachroniczny mit i mroczny karnawał psychodelicznego tańca wspólnoty dają znać o sobie.

 

Zaczynają być na tyle silne, że trzeba się z nimi liczyć.

 

Trzeba potraktować je poważnie i rozsądnie. Jak, nie przymierzając, redaktor Karnowski. Tyle czasu czekał cichutko, aż się zdenerwował. Lepiej późno, niż wcale.

 

Ale pan redaktor nie zauważył, że się spóźnił. Wypadało by przynajmniej oddać sprawiedliwość głupkom. Oszołom Sakiewicz dostał za swoją głupotę i brak cierpliwości owację na ogromnym wiecu politycznym.

 

Wiec polityczny!

 

Redaktor Karnowski elegancko to przemilczał, ale redaktor Mazurek odnotował z niesmakiem i zagroził, że więcej pod pałac nie pójdzie.

 

 

No nie wiem.

Mazurek! Czyś ty się spóźnił na kolegium i nie zauważyłeś, że teza o zamachu teraz już jest rozsądna? Weź się, chłopie, ogarnij!

 

 

Na tym kolegium, do przykładania oszołomom  z GP, został wyznaczony mistrz Łysiak.

 

 

Mistrz trochę się poszkapił. Niby przyłożył po mistrzowsku. Ale nie zauważył, że taka poetyka już została spalona przez Niesiołowskiego i Palikota. Ja wiem, mistrz był pierwszy. Kiedyś Ojca Rydzyka potraktował tak, że szczęka opadała.

 

 

Wtedy to było chamskie i płaskie ale przynajmniej świeże i oryginalne. Teraz to już żenada i palikotyzm. Smutek. I to wszystko podobno w celu zapobieżenia „zwalczania się Polaków”.

 

Poza tym Mistrz próbował wbić klina między redakcję a jej środowisko. Między komiczną sektę obłąkańców i rzesze religijnych patriotów.

 

 

Tak, jak w przypadku Ojca Rydzyka, Mistrz znów nie rozumie pewnej ważnej rzeczy. Środowisko Gazety Polskiej to efekt odwagi, talentów organizatorskich i ciężkiej pracy naczelnego, całej redakcji GP i zgromadzonego wokół niej środowiska. Nic mi nie wiadomo o monopolizowaniu i dzieleniu na swoich i obcych. Mistrz miałby wybór: zorganizować jeszcze jeden klub GP, jeszcze jedno koło Solidarnych 2010. Albo założyć własne Stowarzyszenie Łysych Bojowników o Wolność Słowa.

 

Wydaje mi się, że pojawienie się Mistrza na Krakowskim Przedmieściu w towarzystwie „Jego środowiska” wywołało by wśród uczestników „wiecu politycznego” prawdziwą euforię. Wiem, to utopia. Mistrz jest samotnym wilkiem i wszystkie wojny z Salonem prowadzi i wygrywa sam.

 

Czasem zaś, stosownie do swoich, jedynie słusznych poglądów, zajmuje się czynnością, zalecaną podobno przez pewnego Oberfurera. Czyli zwalczaniem pewnych Polaków. Nie będę podawał więcej przykładów. Uszanuję prawo Mistrza do jedynie słusznego osądu tych „Polaków”.

 

Uważam Rze  ma inne „charyzmaty”. Nie organizuje akolitów. Nie wzywa do demonstracji. Robi dobry tygodnik opinii i dobry interes. Uczciwe, wyważone dziennikarstwo też jest potrzebne. W tłumie przenikliwych(jak Mistrz) uchowają się nawet tacy, co, gdyby potknęli się o dowód zbrodni, kopnęli by go w krzaki, oglądając się trwożliwie wokół. Niech sobie piszą. Jako przeciwwaga „głupców”, którzy nie czekają, aż się potkną, tylko nosem psa myśliwskiego podejmują trop natychmiast.

.

 

Zakończenie (marny bonus dla cierpliwych)

 

Nie jestem pisiorem. A byłem na tym wiecu. Czasem nie chciało mi się klaskać wtedy, kiedy wszystkim się chciało. No i co z tego?

 

Czy to ma być przedmiotem kabotyńskich rozważań, pt: Co mnie raziło pod pałacem?

 

CS Lewis w Listach starego diabła do młodego opisuje sytuację, kiedy pobożniś na nabożeństwie zżyma się na sąsiada z ławki, że fałszuje. Nabożeństwo zmarnowane!

 

To właśnie jest ten przypadek, który się przytrafił redaktorowi Mazurkowi. Lewisa czytał? Aaa? Zapomniał? A Mistrzowi?

 

Nie widziałem tam ani Łysiaka, ani Mazurka, ani Lisieckiego, ani tym bardziej Skwiecińskiego. Nie szkodzi. Nie robiłem listy. Kto chce, ten chodzi. Ale demonstracyjne ujadanie na jedną z najbardziej od bardzo dawna udanych demonstracji Wolnych Polaków albo na jej organizatorów i współautorów zwycięstwa Prawdy, to nie tylko małoduszność. To głupota. I to nie ta, z tytułu tego tekstu.

 

Czytam Uważam Rze i Gazetę Polską. Czytam Łysiaka i Wencla. Lisickiego i Sakiewicza. Nawet czasem śmieję się z dowcipów Mazurka.

 

Dlatego proszę: Panowie z Uważam Rze, nie starajcie się prześcignąć w oszołomstwie i sekciarstwie tych z GP. Jesteście nowicjuszami! Na razie musicie się duuużo uczyć!

 

Idzie przełom! Wszystkie ręce na pokład! Zamiast się kłócić, kto jest rozsądny a kto oszołom, kto większy patriota a kto większy pies na pieniądze, kto jest mistrzem, a kto podrzędnym poetą, może Panowie Prawica wreszcie się weźmiecie do kupy?!

 

Czy mało wam tej jednej katastrofy? Czekacie na następny znak? Następnego znaku nie będzie!

 

Za działania, do których was wezwał TEN, będziecie rozliczeni.

Odsłon: 299 Komentarzy: 8


Refleksje wokół jednego żartobliwego zdania

Kategoria: Polska Tuesday, 04 December 2012, 21:19

Motto

Dwa wybuchy w helu na podmienionym horyzoncie? ;)
Mój korespondent




Dostałem list od kolegi. Na neutralny, biznesowy temat.

 

Kolega jest człowiekiem rozsądnym, fachowcem dobrym, a nawet wybitnym. O poglądach politycznych nie rozmawiamy. Ze znajomymi, z którymi nie jest się zbyt blisko, można rozmawiać o dzieciach, o samochodach, o wakacjach, o …pogodzie.

 

O tym, że są idiotyczne przepisy. Bez zbytniego wnikania, kto je uchwalił.

 

O zbyt dużej emeryturze agenta Tomka. Bez wyjaśniania, że go wywalili z pracy za skuteczność.
O terminach zapisów do neurologa na jesień. Bez żadnych aluzji do pana/pani minister.

 

No i o pracy. Tak, o pracy to możemy rozmawiać wiele godzin. To jest nasz żywioł.

 

Do dziedziny, którą się zajmuje mój kolega nie dotarła jeszcze polityka współczesna. Ta z łam gazet. Bo do niektórych naukowców, czy ogólniej - fachowców - już tak.

 

Profesor Andrzej Zybertowicz opowiedział, co się wydarzyło podczas prelekcji pewnego naukowca. Wystąpienie, wobec kolegów z branży, skupiało się na warunkach eliminacji korupcji. Nagle, jeden ze słuchaczy, szeptem rzucił do sąsiada:

 

                - To pewnie jakiś pie….ny pisior!

 

Profesor Zybertowicz potraktował ten incydent, jako przyczynek do swoich socjologicznych teorii. Ja mam mniejsze ambicje. Stosownie do swoich socjologicznych kwalifikacji. Ograniczam się więc tylko do odnotowania, że nie wszyscy mają takie szczęście, jak ja. Nie wszyscy mogą zajmować się dziedziną, w której nie będą kwalifikowani z racji swoich merytorycznych poglądów, jako pisiory. Ściśle mówiąc, excusez le mot, jako pie….one pisory, dalej w tekście - pp.

 

Mamy już pp socjologię, ba, pp aerodynamikę.
Mamy oczywiście pp ekspertów, immanentnych ignorantów, na których używają sobie blogerzy salonu24.

 

Mamy (od dawna) pp dziennikarzy, pp pisarzy i pp poetów.

 

Mamy pp agentów służb, których się wywala za skuteczność. Ich patronem już po wsze czasy nie pozostanie polski James Bond, Marian Zacharski. Który za złapanie za guzik paru agentów rosyjskich, kiedy guzik się urwał, musiał wyjechać z kraju.

 

I nawet nie super szeryf Mariusz Kamiński, któremu wybito z głowy propaństwowość i współpracę z premierem z wrogiego obozu.

 

Zostanie nim skromny agent Tomek, z za dużą emeryturą.

 

Strach pomyśleć, co to będzie, gdyby pp wygrały wybory! Będziemy mieli pp rząd i pp sejm. Porządni ludzie już się boją.

 

Na razie cieszmy się więc, że nam to jest oszczędzone i wracajmy do naszego motta, autorstwa bezpartyjnego fachowca.

 

Takie zdanko… Żart. Ale … czy to żart piętrowy czy płaski?
Sarkazm, czy persyflaż? Subtelny dowcip, czy sygnał pogardliwego lekceważenia?

 

Zdanie za krótkie, żeby sobie wyrobić pogląd. Takie czasy. Wieloznaczność jest dobra w ściśle zdefiniowanym kontekście. Niejednoznaczna wypowiedź w niejednoznacznym kontekście - to labirynt możliwości. Źródło nieporozumień.

 

Postanowiłem sprawdzić.

 

List pierwszy

 

Drogi,

 

„Dwa wybuchy w helu na podmienionym horyzoncie? ;)”
Dokładnie DWA, słownie dwa.

 

To oczywiście nie przesądza jeszcze tezy o zamachu. Mógł np. wybuchnąć bimber, którym się upił generał Błasik. Nie ma wprawdzie dowodu, że go wiózł. Ale nie ma też dowodu, że go nie wiózł.

 

No dobrze, żart za żart. A teraz żarty na bok.

 

Notabene, nie wiem, czy wiesz, że wybuchy zostały odkryte na podstawie wykresów przytoczonych przez Anodinę. Tylko Anodina ich nie skomentowała. Zrządzeniem losu, opublikowała dość dokładne, w dobrej rozdzielczości, z podaniem skali czasowej, zapisy parametrów lotu. I zajęła się analizą psychologii II pilota oraz wpływu na nią dwóch kluczowych czynników: pancernej brzozy i pijanego generała.

 

Miller próbował poprawić po Anodinie. Wykres zepsuł, schował skalę i w ogóle, zachował się. Ale zupa się wylała.

 

A może miała się wylać?

 

W końcu „wszyscy” i tak dawno wiedzą, co się stało. Tylko udają, że nie wiedzą (rzą).

 

Nie mamy pewności na 100%, że to zamach, ale wykrycie wybuchu tę tezę uprawdopodabnia.

 

Rozumiem, że dopóki nie podadzą tego w TVN, nie uwierzysz?

 

A teraz zagadka:

 

„Gdy już republikanie dojdą do władzy, Murzynek Bambo Obama zostanie ogłoszony najgorszym prezydentem od czasów Roosevelta, może się zdarzyć, że jego jakiś doradca zostanie skazany, jako szpieg Sowietów.

 

Bo np. będzie nowa zimna wojna i Amerykanie uznają, że trzeba … Ruskim  pokazać ruski miesiąc.

 

Ogłoszone zostaną taśmy z przebiegiem i rozszyfrowane rozmowy z „lotem nr 1”. Podjętych zostanie wiele innych spektakularnych akcji, od których zatrzęsie się cala mainstreamowa prasa światowa.”

 

Czy to jest pp rozumowanie?

 

PP?  OK.

 

No to weźmy rozsądne rozumowanie (RR):

 

Adam Michnik uważa, że JEDYNĄ przyczyną katastrofy jest WYLOT samolotu nr 101 z Okęcia. Koniec. Kropka. 10 kwietnia 2010 trzeba było nie lecieć.

 

To jest najmniej absurdalna opinia, jaką znam. Jest po prostu absurdem zmieszanym z hucpą. Nie wiem, czy więcej hucpy, dlatego znam bardziej absurdalne.

 

Np. Hypki, do spóły z blogerką salonu24,  o wdzięcznym nicku Lilou, twierdzi, że Binienda i Nowaczyk to jacyś nieznający się na rzeczy ignoranci. Skompromitowali się. Jako argument blogerka podała … Małysza. I miała setki komentarzy, większość ją popierających.

 

Ale, jeśli chodzi o Michnika, to: Prawda, czy fałsz?

 

I czy to Ci wystarcza?

 

Podejrzewam Cię podle właśnie o to: „A niech was wszyscy diabli”, jak powiedział Felicjan Dulski.

 

OK. Baw się dobrze.

 

Co z zagadką?

 

Jak myślisz, czyjego jest autorstwa ten oszołomski tekst o przyszłych wypadkach ze światowej polityki?  

 

Dla ułatwienia: NIE MÓJ. Tzn. trochę go podkręciłem, żeby zyskał na wyrazistości, a Ty, żebyś  nie mógł zapytać wujka G. Bo facet jednak uważa na nuty. Jest mainstreamowy. Ale sens był prawie dokładnie taki.

 

To trawestacja wypowiedzi znanego eksperta spraw międzynarodowych. Bez nazwisk.

 

„No i jeżdżą ciężarówki ze żwirem”. Znasz to powiedzenie? Pochodzi z książki pewnego pp dziennikarza. Wojciech Sumliński, „Z mocy bezprawia”. Został aresztowany na podstawie pomówienia funkcjonariusza WSI. Mimo braku innych dowodów, jego proces ciągnie się od czterech lat.

 

Żaden z nas nie jest expertem. Ani Hybkim, ani wolnym.

 

Ale jesteśmy wolnymi ludźmi, nie (… tu w liście jest określenie, które teraz nie przeszło przez cenzurę polityczną, ze względu na ostrożność procesową. przypis.KR ), to możemy jeszcze normalnie pogadać?


 

Nie wiedziałem, czy dostanę odpowiedź na ten list. Ale dostałem. Korespondent nie odniósł się do mojej analizy. Odrzucił jednak imputowanie mu określonych poglądów. 

 

Fakt. Nie znam jego poglądów. Drążę więc dalej.

 

List drugi

 

(O Twoich poglądach) - nie wiem nic.

 

Z wyjątkiem:

a)     Że szydzisz z FAKTU o wybuchach

b)     Że, według Twoich własnych słów, jesteś stronnikiem hipotezy „pancernej brzozy”.

 

W którym miejscu odczytałeś coś więcej?

 

Chyba, że tu:

 

„Podejrzewam Cię podle właśnie o to: „A niech was wszyscy diabli”, jak powiedział Felicjan Dulski. OK. Baw się dobrze.” 

 

Sens tego zdania – hipotezy jest taki, że Ciebie, być może,  ta sprawa nie interesuje. Masz swoją rodzinę. Swoje środowisko. I swoją pracę.

 

Nie chce Ci się mieszać do „idiotycznych przepychanek”. To jest właśnie jeden z celów ludzi organizujących przestrzeń publiczną. Jedni mają być nabuzowani na Kaczora i Macierewicza, inni mają mieć wszystkiego „potąd”, być „naczyniem pełnym”, które nie przyjmuje już informacji..

 

Bo na podstawie tego „nic”, co wiem, traktuję Cię, jako kogoś, z „drugiej strony”, ale nie przeciwnika, albo łotra. Po prostu kogoś, kto w dobrej wierze daje wiarę tej hucpie, która dla mnie jest po prostu nie do zniesienia.

 

Nie trafiłem? Ba.

 

W PRLu, przynajmniej na imieninach u cioci, rozmawiało się o polityce. Były spory, ale MOŻNA było rozmawiać.

 

A w „wolnej Polsce”?

 

Wiozłem kiedyś znajomego i na moją jakąś  żartobliwą uwagę, typu, „noooo, w naszej demokracji to typowe, że się coś twierdzi wbrew oczywistości”, odpowiedział ni z gruchy, ni z pietruchy:

 

- a ja i tak będę głosował na Platformę! Czy mam wysiąść?

 

Żartował. Pojechaliśmy dalej i atmosfera się nie popsuła. Do kwestii „oczywistości” już nie wróciliśmy.

 

Nasze rozmowy jakby jałowieją. Pewnych tematów się nie porusza. A kolejny temat  może również okazać się zbyt ryzykowny.

 

Jest i powiększa się jakaś dziwna przepaść.

 

Kilka lat temu spotkaliśmy się w gronie dawnych członków Solidarności, które trzymało się razem przez cały stan wojenny. Byliśmy jakby „jednego ducha”.

 

Dotąd nasze spotkania były zawsze okazją do ostrych sporów politycznych. Ostrych, ale z zachowaniem szacunku i przekonaniem, że adwersarz jest człowiekiem dobrej woli.

 

Było to kilka dni przed wyborami w 2007 roku. Tego dnia w ogóle nie rozmawialiśmy o polityce. I to było nasze ostatnie spotkanie.

 

- Nie przyszedłem pana nawracać.  (Ks.Twardowski)

 

Kiedyś nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi. Ksiądz? Teraz już rozumiem. Nie da się nawrócić opowiadając „swoją” prawdę. Tak, prawda jest jedna. Ale każdy musi JĄ odkryć sam.

 

Prawda jest jedna. I każdy musi ją odkryć sam. Dopóki jest otwarty na prawdę, prawdę po prostu, bez epitetów, nic nie jest stracone.


Epilog

 

Burza w szklance wody, prawda?

 

Fakt. Z kolegą jakoś się dogadamy. Ale kto odpowie za kompletną dewastację infrastruktury symbolicznej państwa? Państwa, które nie broni najprostszych pojęć i wartości niezależnie od tego, kto je wyznaje?

Które powinno być, jak mityczna Temida, ślepe na osobę, bo rozpatruje tylko argumenty? 

 

No tak, ale jak rozstrzygnąć, kto za to odpowiada? 

W pp logice odpowiada ... ktoś.

W (rr) logice - kto inny.

 

Ufff.

 

Boże, miej w opiece naszą Ojczyznę.

 

Przewodnik po moim blogu


Odsłon: 517 Komentarzy: 20


Generalissimus Zygmunt B. i Wikipedia

Kategoria: Kultura Friday, 03 February 2012, 21:45

z Żołnierzami Wyklętymi w tle ...

Stefan Kisielewski jest autorem pewnego komentarza z lat osiemdziesiątych, pełnego gryzącej ironii, na temat praw Polaków do niepodległości. Niestety nie dysponuję oryginałem, czytałem to w jakiejś podziemnej publikacji, zacytuję z pamięci. (Może ktoś podrzuci namiary?)

 

Tekst w poetyce Lisa, nie ośmiela się naśladować papieża polskiej felietonistyki:

 

„Zachodni bojownicy o prawa Murzynów z Konga czy z innego Czadu strasznie się indyczą w sprawie niepodległości tych malowniczych krain. Organizują akcje protestacyjne przed ambasadami imperialistycznej Francji i Belgii, piszą sążniste manifesty i zbierają podpisy ludzi dobrej woli. Jednak w sprawie niepodległości Polaków nikt się nawet nie zająknie.

Żaden nawiedzony pies z kulawą nogą nie zaszczeka: „Niepodległość dla Polski!”. Ale, między Bogiem a prawdą, po co Polakom niepodległość?”

 

Koniec niby cytatu. Przepraszam, nie mam oryginału i jestem zmuszony stręczyć podróbkę.

 

Echa tego komentarza słyszę w felietonach znakomitego następcy Kisiela, Stanisława Michalkiewicza, który jest wynalazcą określenia o „mniej wartościowym narodzie tubylczym”.

 

Tak mi się skojarzyło. Skąd? 5 tys znaków. Jak dobrze pójdzie. Cierpliwości.

Otóż ostatnio chciałem się nieco podciągnąć w filozofii. I szukałem bliższych danych o guru polskiego i światowego postmodernizmu, najważniejszego gościa ostatniego Kongresu Kultury Polskiej, profesora Zygmunta Baumana.

 

Najpierw oczywiście sprawdziłem w polskiej Wikipedii. Uderzyło mnie, że nie ma tam żadnych danych biograficznych, podanych „jako takie”. Przypomniało mi to przypadek poseł Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej. Po uzyskaniu przez nią prominentnej pozycji w Platformie Obywatelskiej, z jej życiorysu w Wikipedii zniknęła wzmianka o jej wstydliwym epizodzie z marca ’68.

 

Początkowy passus mający związek z życiorysem naszego bohatera brzmiał tak:

Zygmunt Bauman (ur. 19 listopada 1925 w Poznaniu) – polski socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu(ponowoczesności, płynnej nowoczesności, późnej nowoczesności). Znawca i interpretator Holocaustu. Nagrodzony m.in. nagrodą im.Theodora W. Adorno i nagrodą Księcia Asturii w dziedzinie komunikacji i nauk humanistycznych, zwaną też "hiszpańskim Noblem".

 

Zdjęcie

Notabene, pod zdjęciem profesora jest następujący podpis:

„Zygmunt Bauman podczas uroczystości wręczenia Złotej Pieczęci Miasta Poznania”

Czy to hasło encyklopedyczne, czy sprawozdanie z benefisu?

Polscy wikipedysci, dzielący się na zwolenników zachowywania standardów i na „bezstronnych redaktorów”, rozważających, w którym miejscu, żeby zachować proporcje, należy umieścić wzmiankę o współpracy ze służbami (czy też o pracy w służbach), dyskutują zawzięcie już od pięciu lat. Bez dojścia do porozumienia. Pięć lat. W międzyczasie moja córka doszła już do klasy maturalnej.

 

„Kontrowersyjne” fakty z życiorysu, zredagowane w 348 słowach, prawdopodobnie wskutek tej gorącej dyskusji, umieszczone są w efekcie na końcu hasła, pod maskującym tytułem: „Druga wojna światowa i lata powojenne”, zaraz po rozważaniach stricte filozoficznych i „wróżbiarskiej” wypowiedzi naszego autorytetu intelektualnego o przyszłości Europy. Może w nadziei, że nikt tu już nie dobrnie?

                               Źródło: Polska Wikipedia                     

 

Szukajmy dalej. A co mówi anglojęzyczna Wikipedia?

Tam SĄ zachowywane standardy. Notka bibliograficzna na 848 słów znajduje się na początku. Ponad dwukrotnie więcej, niż w zakamuflowanej - polskiej.

 

Skupię się na tym, czego nie ma w polskiej wersji, te nowe fragmenty wytłuszczam (tłumaczenie własne):

 

Bauman zgłosił się do służby w kontrolowanej przez Sowiety Armii Wojska Polskiego, gdzie pracował jako oficer polityczny,  biorąc udział w bitwach o Kołobrzeg i Berlin. (…)

 

Według pół-oficjalnych enuncjacji historyka z polskiego Instytutu Pamięci Narodowej (chodzi o Piotra Gontarczyka. przyp.mój) w konserwatywnym piśmie Ozon w maju 2006 roku, od 1945 do 1953 Bauman pełnił podobną funkcję w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW),  formacji utworzonej w celu zwalczania nacjonalistów ukraińskich i resztek Armii Krajowej.
Jak twierdzi pismo, Bauman wyróżnił się jako dowódca oddziału, który schwytał wielu żołnierzy podziemiaPonadto autor przytacza dowody, że Bauman pracował jako informator(TW – przypis mój)  Informacji Wojskowej od 1945 do 1948 roku. Jednak charakter i zakres jego współpracy pozostają nieznane, a także dokładne okoliczności, w których współpraca została przerwana.

 

W wywiadzie dla The Guardian, Bauman potwierdził, że był zagorzałym komunistą w trakcie i po II wojnie światowej i nigdy nie robił z tego tajemnicy. Przyznał jednak, że przystąpienie do służby w Informacji Wojskowej w wieku 19 lat było błędem. Ale była to tylko "głupia" praca biurowa i nie pamięta (podkreślenie moje) o żadnym fakcie donoszenia na kogokolwiek.
(…)

 

Podczas służby w KBW Bauman najpierw studiował socjologię w warszawskiej Akademii Nauk Społecznych. Poszedł na studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim  (…)

W KBW Bauman w 1953 roku dosłużył się rangi majora (w wieku 28 lat! Głupia papierkowa praca i taka kariera! Przyp. mój), kiedy nagle został karnie zwolniony po tym, jak jego ojciec zwrócił się do Ambasady Izraela w Warszawie z prośbą o wizę emigracyjną.

 

Tu ciekawy jest odpowiedni fragment polskiej Wikipedii:

„a z którego został usunięty w 1953 pod zarzutami politycznymi.”

Koniec cytatów.

Refleksje zrodzone z lektury obu wersji są dwojakiej natury.

O postaci Zygmunta Baumana i o Wikipedii

Zacznijmy od treści, którą analizowaliśmy, abstrahując od tego, przez jakie pułapki musieliśmy się przedrzeć.

Zygmunt Bauman.

Jedna z najwybitniejszych postaci postmodernizmu. I jego wstydliwa część życiorysu. To dla niego twardy orzech do zgryzienia.

 

Jego legenda: Głupota roboty papierkowej, przypadkowość oraz „bezwartościowość” służby komunistom nie wytrzymuje krytyki nawet na podstawie tej krótkiej, encyklopedycznej treści.

 

 

Obejmując w wielkim skrócie jego drogę życiową, można by powiedzieć, że od studenta z naganem doszedł do zaszczytu generalissimusa polskiej kultury i tę godność odebrał opowiadając anegdoty z wysokości kongresowej mównicy w najlepszym oskarowo-amerykańskim a jednocześnie postmodernistycznym stylu.

 

Ten człowiek, pasowany na czołową postać polskiej elity intelektualnej, fetowany na Kongresie Kultury Polskiej, zachowuje się jak chłopiec, złapany na gorącym uczynku. Nie pamięta. Lekceważy. Banalizuje. Przyparty do muru, mówi o Żołnierzach Wyklętych, których zwalczał z bronią w ręku, jako  terrorystach.

Z uwagi na jego aspiracje, całkowicie to go kompromituje. Można się zadumać nad kondycją polskiej kultury, jeśli najwybitniejszy jej przedstawiciel– to były zupak, chodzący na wykłady z naganem w kieszeni, do dzisiaj mający problem ze swoją przeszłością.

Ale jako  oficer polityczny i członek dowództwa oddziału zwalczającego podziemie niepodległościowe, trzeba przyznać, to niezwykle uzdolniony, inteligentny, groźny przeciwnik. Przełożeni docenili jego walory i skierowali go już w czasie służby na studia. Kierunek został wybrany zgodnie z jej wymogami.

Błyskotliwa kariera (major w wieku 28 lat) została przerwana nie wskutek nieprawomyślności ideologicznej i utraty wiary w ideały komunizmu, lecz w wyniku utraty zaufania przełożonych. Kontakty rodziny ze światem zachodu, zwłaszcza z Izraelem, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych wykluczały w latach stalinowskich pracę w tak drażliwych strukturach, jak walka z polskością.

Z takimi przeciwnikami musieli walczyć nie tylko Żołnierze Wyklęci ale każdy Polak, któremu były drogie Bóg, Honor i Ojczyzna. Bezwzględni i przekonani o swojej ponadnarodowej misji, kształceni na najlepszych uczelniach, uprzywilejowani.

Wikipedia

Takie wnioski można wyciągnąć czytając uważnie tekst angielskiej Wikipedii. Przekaz nieco drewniany, mamy chwilami wrażenie, że autor nie bardzo wie, o czym mówi. Te historie z zamierzchłej przeszłości, to poplątanie losów tych dziwnych, zaciekłych Polaków…

Ale stara się zebrać dostępne informacje. I to mu się chyba udaje.

Standardy go ratują. Te standardy są zresztą explicite podane w części dyskusyjnej hasła. Wiadomo, jakie kryteria będą decydowały o zdyskwalifikowaniu fragmentów tekstu: Przede wszystkim brak źródeł dla podawanych faktów. Chroni to redagujących Wikipedię przed bezpłodnymi dyskusjami, czy dany fragment umieścić na końcu, czy jest za dużo na temat nieistotnego fragmentu życiorysu itp.  

Standardy, wpływające na intelektualną formację ludzi zajmujących się angielską Wikipedią mają udział w tym, że to wersja bardziej wiarygodna.

Nie chodzi tu o jakąś naukową analizę biografii. To subiektywna ocena postaci na podstawie krótkiego tekstu. Plus trochę wiedzy, znajomości realiów życia i doświadczenia.

Czyli – po prostu - czytanie ze zrozumieniem.

Nie chcę tu wnikać w zapewne wielkie zasługi administratorów i autorów polskiej wersji Wiki. Bez Wiki życie byłoby trudniejsze a odpowiedzi na szybkie pytania – trudniejsze. Ale ta konfrontacja dwóch wersji pierwszego z brzegu, nieco tylko kontrowersyjnego hasła– sądząc nie po intencjach, ale po wyniku, jest miażdżąca.

Czy fakt, że najczcigodniejszym przedstawicielem polskiej kultury na Kongresie we Wrocławiu był właśnie Zygmunt Bauman ma jakiś związek z faktem, że między polską a angielską wersją Wikipedii jest taka „maleńka różnica”?

Epilog

I tu aż się prosi zapytać, na cholerę Polakom taka porządna wersja Wikipedii?

Po co nam lustracja, po co oddzielanie ziaren od plew? Po co nam prawdziwe, niekłamane postaci z jednej bryły, które nigdy nie uległy a mimo zapowiedzi Marszałka Piłsudskiego, nie zwyciężyły?

Po co nam sprawiedliwość, prawda o historii, o przyczynach Katastrofy Smoleńskiej?

Po co nam polskość, patriotyzm? To dobre dla Anglików, Niemców, Francuzów. No i Rosjan.

Ale nie dla „mniej wartościowego narodu tubylczego”.

Tak? Oj, coś się komuś roi. I chyba bardzo się pomyli.

Polacy, trzymajcie standardy, pracujcie solidnie ale z roztropnością i męstwem.

Bo wasze niechlujstwo, zbytnia, służalcza ostrożność, zapatrzenie na obce, zachodnie wzory  a naśladowanie ..całkiem innych, z innego kierunku, zostanie kiedyś obnażone.

A zwycięstwo będzie tych, co nie ulegli!

PS:

Niestety 9 tys. :(

Przewodnik po moim blogu

Odsłon: 805 Komentarzy: 31


Zarządzanie Absurdem

Kategoria: Kultura Friday, 02 November 2012, 23:01

Absurdalny rozsądek, rozsądny absurd

Świątynia Zeusa w Akragas

Ten wpis dedykuję Romualdowi Bartkowiczowi

który robi właściwy użytek z poczucia absurdu

Co zostało docenione przez jurorów konkursu na blog Roku 2011

 

1.      To nie jest tekst o Katastrofie. Ale zaczynamy od rozważań na jej temat.

Często, ostatnio coraz częściej, stanowczo za często, mam takie uczucie. Uczucie, podkreślam. Uczucie absurdu. I, okazuje się, nie tylko ja.

Absurd. Słownikowo, to niewinna rzecz. Teatr absurdu? Równie niewinna, takie fajne błazny, mówią trochę niezrozumiale i bez sensu, ale jest w tym coś tajemniczo …głębokiego? Dowcipnego? Zdradzają poczucie smaku lub absmaku, wszystko jedno, ale to klasa!

Bohaterowie Pirandella, Gombrowicza, Mrożka, Różewicza, ci tam… arlekiny od Carné… niebieskie ptaki od Felliniego… safandułowate łotry od Starszych Panów…

Ilu tam jeszcze, już pozapominałem, mógłbym odtworzyć dawne fascynacje. Ale nie… wystarczy, że zrobiłem aluzję do całej tej cyganerii, tej niepozbawionej talentu i prawdziwych osiągnięć międzynarodowej bohemy, która chciała imponować bezkompromisowością i łamaniem skostniałych reguł a stała się zwolna …klasyką, pomnikową galerią i przedmiotem zazdrosnych westchnień pogardzanych snobów, którzy mieli być prześladowcami a okazali się akolitami.

No właśnie, snoby…

Może to jest właściwy klucz do zrozumienia zasady tej formy wyrazu?

Wspólnota wrażliwości na absurd?

Czy jest nam dana z natury, czy też wykształcona w toku przebywania we właściwym towarzystwie?

Oskard Wilde twierdził, że droga do prawdziwej kultury prowadzi przez królestwo absurdu (ups…o pardon), snobizmu.

Czyżby?

A może to tylko genialne przeczucie prawa psychologii społecznej, które głosi, że dziesiąty obserwator, który widzi krótszą kreskę ale słyszy od poprzedników, że kreska jest dłuższa, obserwuje i zeznaje, że faktycznie, jak się przyjrzeć, to kreska – dłuższa?

Jak to się stało, że oglądamy klasyczny teatr absurdu w życiu realnym?

Przypominam encyklopedyczne wyjaśnienie: zostają w nim odwrócone tradycyjne role przypisane tragizmowi i komizmowi – tragizm staje się nośnikiem treści komicznych, a komizm – tragicznych.

 

Kwestia zamiany ról tragizmu i komizmu prowadzi nas do Katastrofy Smoleńskiej.

I nie do jednej, ogólnie przyjętej wspólnoty wrażliwości na absurd. Ale co najmniej dwóch.

Ale po kolei.

Katastrofa. Wydarzenie historyczne, nieporównywalne z żadnym innym.

 

Po pierwsze - Bezprecedensowa liczba ofiar z najwyższych kręgów władzy i elit niepodległościowych. Zdekapitowano Państwo Polskie.

 

Po drugie - Rozpętana wokół niej orgia kłamstwa, manipulacji, nienawiści, podłości, „zdrady i zaprzaństwa”. I po prostu: zwykłego pętactwa. Ostra polaryzacja społeczna. Na świadomą mniejszość i na usypianą i słodko śpiącą większość.

 

Po trzecie - Swoisty, najdroższy, jaki można sobie wyobrazić, papierek lakmusowy.
Ujawnia charaktery, stopień mądrości/głupoty, męstwa/tchórzostwa, szlachetności/podłości polityków, publicystów i ekspertów, prawdziwych i fałszywych przyjaciół zagranicznych.
Pokazuje, jak na dłoni, mechanizmy polityki; wewnętrznej i zagranicznej. Rzeczywistą pozycję Polski. Demaskuje stopień degrengolady duchowej poszczególnych ludzi i całych grup społecznych.
No i rezerwy ducha narodu, pokłady moralnej energii. Determinację, zdolność organizacji, pomysłowość. Wytrwałość i talent, miłość prawdy i empatię dla „zdradzonych o świcie”.

 

Studia nad tym aspektem Katastrofy nie zakończą się wraz wyjaśnieniem jej przyczyn. Historycy, socjologowie, publicyści, filozofowie a może nawet teologowie będą pisać doktoraty i prace habilitacyjne. Już piszą!

 

 

Tak, tak, drodzy chłopcy od podawania piłek, to nie jest wypadeczek, który się wam wypsnął i który da się zamazać, zatupać, zapomnieć. Żeby wszystko wróciło do normy i było, „jak dawniej”.

 

Bo wiadomo, marzycie, żeby tego nie było. Zupełnie, jak mały chłopiec, który spalił dom, bo bawił się zapałkami.

Oj mamo! Żeby znów nas kochali i podziwiali, jacy to europejscy jesteśmy. Jacy przystojni, jak świetnie się prezentujemy w telewizorze!

 

To nie jest odchodzący w niepamięć incydent. To zbrodnia wołająca o pomstę do nieba. I mściciel nieubłaganie przyjdzie.

 

Boicie się pojedynku z Komandorem? Bo Don Juan był łajdakiem, ale miał swój łajdacki honor i konsekwencję. I zapłacił najwyższą cenę strącenia do piekła. Was - strącą do piekła, jako durnych jak pasożyty  zdrajców i zaprzańców.

 

To obśmiejemy. Jak zwykle. Nasi chłopcy się rzucą i załatwią. Komandor? Absurd. Wykreujemy kolejną wersję absurdu. Po to się przecież zatrudnia fachowców!


2.      Pierwsza oficjalna wspólnota wrażliwości na absurd

 

Zanim pokażę oficjalną, niejako urzędową wspólnotę wrażliwości na absurd, pokażę, jako obserwator uczestniczący, wrażliwość własną.

Na początek wypowiedź profesora Andrzeja Zybertowicza.

„W Polsce po roku 2005 nasiliła się rozbieżność politycznych wyobrażeń świata. Szczególnie nasiliła się w odniesieniu do katastrofy smoleńskiej. Po obu głównych stronach sporu występuje niezdolność do rzeczowego patrzenia na katastrofę. Na czym takie rzeczowe spojrzenie miałoby polegać? (…)”

Dalej profesor przypomina, że muszą istnieć „okoliczności bezsporne” – tj. niezaprzeczone przez strony sporu. Bez takiej minimalnej zgody nie można dojść do żadnych wiążących ustaleń.

Cały wywód w Gazecie „Codziennie” - 14-15 stycznia.

Zastanówmy się nad tym, kto, w okresie po 10 kwietnia pamiętnego roku, próbował budować przestrzeń uznawanych przez wszystkich „okoliczności bezspornych”. I jaki absurd kreowano.

Wywołajmy do tablicy jednego eksperta i dwóch mężów stanu: Bardzo szybki ekspert, Bardzo odpowiedzialny minister od zagranicy, równie odpowiedzialny - od wojska. Obecnie po wygranych w cuglach wyborach na senatora królewskiego miasta Krakowa.

Krakowianie, nie chcieliście przenosić sobie stolicy? Bardzo słusznie. Teraz macie stolicę absurdu… Ale mniejsza z tym.

Jaka była jedyna prawda, przyjęta od pierwszych minut po katastrofie? Taki, zastanawiająco często powtarzający się motyw zaczynający się od słów: „A dla mnie sprawa jest prosta”:

Piloci usiłowali lądować na siłę. Byli pod presją prezydenta. Naciskał ich dowódca.
W domyśle: polski b..ałagan skrzyżowany z ruskim bardakiem. Razem dał katastrofalny wynik.

 

Największa siła tego motywu, że zawiera elementy prawdy

Niektóre bezsporne, ale tak ogólne, że nikogo nie obciążały, co najwyżej, jak się wyraził pewien frondowy bloger, - „nas – Polaków”, inne nieżyjących, którzy nie mogli się bronić.

 

Ja to kupowałem. Nie mieściło mi się w głowie, żeby „Ruskie” odważyli się posunąć do „takiego czynu”. Absurd.

 

Czekałem. Wszystko się wyjaśni. Pomijając mistyczny wręcz wymiar niewyobrażalnej katastrofy, szukałem w tym racjonalności, rozsądku. Żałoba, żałobą, ale teraz już państwo porzuci nędzne gierki i zacznie działać.
Przecież to też ludzie zasłużeni w odzyskiwaniu wolności. Jest szansa na zgodę narodową. Uzyskują przecież teraz szansę na wzięcie odpowiedzialności!

 

NATO, zdjęcia satelitarne, Unia, nareszcie te wszystkie bzdurne przepisy, te serwituty, jako koszt się opłacą, „nasi” się spiszą. Spokojnie!

Po pierwszych czułościach między Putinem i Tuskiem (które też kupiłem w dobrej wierze) państwo „zaczęło się sprawdzać”.

Niczego nie wyjaśniano.

Żadnych faktów. Żadnych ustępstw. Trumien nie otwierać. Sekcje? Co za różnica? Ten, czy nie ten?

 

Bałagan w wojsku, brak szkolenia. Piloci, rozbisurmanieni, jak dziadowskie bicze, naciskani przez pijanego (to na deser, później, po przygotowaniu artyleryjskim) dowódcę, chcącego się przypodobać Prezydentowi, dopięli swego. Wylądowali.

Taką opowieścią karmiono mnie od pierwszych minut po katastrofie. Pamiętam. A może mi się śniło?

Moja nieufność rosła. I rosło poczucie absurdu. Bez dowodów oskarżać pilotów? Dowódcę? Już wiadomo? Nowe wiadomości służyły wzmacnianiu tej już sformułowanej opowieści.

Jeszcze czekam. Może się jednak okaże. No dobrze, popełnili błędy. Ale JAKIE?

Postępowali zgodnie z zapowiedziami  nagranymi w czarnych skrzynkach. Mieli zejść do 100 m. Dostali pozwolenie.

Na czym polegał KONKRETNY błąd?

Anodina wyjaśniła: brzoza, błędna wysokość.

 

Opowieść śmierdziała kłamstwem na odległość, ale trzeba było mieć smoleńską obsesję i węch nekrofila.

Zaś oficjalna wspólnota wrażliwości na absurd była oparta na jej przyjęciu, czyli wykazaniu się rozsądkiem i przyzwoitością oraz na poddawaniu się uczuciu absurdu przy napotkaniu każdej wątpliwości w stosunku do jej elementów.

 

Teraz całe to wyjaśnienie wali się w gruzy. Znów nie wiemy, na czym polegał błąd. Nie istnieje żaden element opowieści. Ani brzozy, ani generała, trzeźwego, czy pijanego, nawet błędnej wysokości. NIC.

Jakie są dziś „bezsporne okoliczności”? Mniejsza z tym. Przecież to pojęcie stworzone na użytek pisowkiej propagandy.

No dobrze, ale teraz jaka obowiązuje wersja, panowie?

 

 

3.      Budowanie nowej, drugiej oficjalnej wspólnoty wrażliwości na absurd

 

Teraz trzeba zbudować absurd potężniejszy. Nie ma innego wyjścia. I panowie spod znaku rozsądku, umiaru i przyzwoitości piszą rozsądnie:

A dla mnie sprawa jest prosta

PiotrZW (anonimowy bloger Frondy)

Włączyłem Internet, a tam czytam, że polscy uczeni zbadali, że gen. Błasiak (tak w tekście! Przypis mój)  nie mówił nic w kabinie pilotów, z czego wynika, że musiał to być ruski zamach, w związku z czym trzeba wznowić śledztwo. To podawały, jako czołową wiadomość, wszystkie polskie portale.

Wyłączyłem komputer i zacząłem się zastanawiać, na ile otaczający mnie świat jest absurdalny, a na ile ja po prostu jestem niedostosowany.
16.1.2012

Piotr Stasiński, GW

Zdumiewająca jest jednak sprawność, z jaką wciąga w smoleńską obsesję politycznych oponentów, media, dużą część opinii publicznej. Antoni Macierewicz, autor najbardziej karkołomnych teorii spiskowych (…)

Kłótnie o "bombę" czy wrak tupolewa toczą się w rodzinach. Wuj jest znawcą konstrukcji kokpitu, a kuzyn - fonoskopii. Ojciec czuje psychologię generała, bo kiedyś był w wojsku. Babcia nigdy nie uwierzy ruskim, bo dziadek był na Syberii
21.1.2012

 Adam Michnik – najstarszy, zgodnie z dobrą regułą pierwszeństwa, wypowiada się na końcu.

… to pokolenie wychodzi na ulice naszych miast w sprawie bezpłatnego i niekontrolowanego internetu, a nie w sprawie wyjaśnienia, kto i kiedy znajdował się w kokpicie samolotu podczas tragicznego lotu. Religia smoleńska przeżywa swój zmierzch. Kolejne hipotezy konfliktu rozniecanego wokół katastrofy smoleńskiej - zamach bombowy, sztuczna mgła, obecność w kokpicie osób spoza załogi - przestają budzić emocje. Staje się oczywiste, że nie chodzi tu o ustalenie prawdy materialnej.
3.2.2012

Wszystko jasne?

Skomentuję tylko środkowy głos „pistoleta średniej wielkości”.

Każdy zwrot z tej błyskotliwej tyrady - to cios w idiotów: w wuja, ojca, babcię (zwłaszcza babcię, moherka jedna!). Jest czymś w rodzaju symbolicznego ciosu w serce absurdu a jednocześnie w serce starego oszołoma, który łaknie i pragnie prawdy i sprawiedliwości. Kiedy będzie nasycony?

Pan pistolet nie pozostawia wątpliwości: NIGDY.

Śledztwo nigdy nie da pełnej informacji, bo wszyscy bezpośredni świadkowie nie żyją, więc trzeba mozolnie analizować dowody pośrednie. A każdą nową wątpliwość łatwo zamienić w podejrzenie.

Tak! Jeśli pojawi się wątpliwość, nie wolno nabierać podejrzeń! To absurd.

Co więc robić? Jaka jest historia na dziś?

Pora przejść do naszego tematu. Mówiłem: to nie jest tekst o Katastrofie Smoleńskiej.

To naukowa rozprawa z tezą.

 

4.      Drugie twierdzenie Lisa (pierwsze też było i  się zgubiło. Ale się znajdzie!)

 

Zasada rosnącego absurdu

Zarządzanie psychologią tłumu przy pomocy absurdu w celu wytworzenia odpowiedniego przekonania wymaga jego ciągłego zwiększania.

 

 Inaczej przedsięwzięcie się zawali. Prawdopodobnie to niczego nie gwarantuje i przedsięwzięcie i tak się zawali, ale później i z większym hukiem. Ale co sobie pożyjemy to nasze. A i tak spadniemy na cztery łapy.

 

Dowód.

Przepisuję od pana Pistoleta:

Śledztwo nigdy nie da pełnej informacji …

I od „Cadyka”:

Religia smoleńska przeżywa swój zmierzch. Kolejne hipotezy konfliktu rozniecanego wokół katastrofy smoleńskiej - zamach bombowy, sztuczna mgła, obecność w kokpicie osób spoza załogi - przestają budzić emocje.

No tak, ale oni tak jakoś ogródkiem piszą. I ludzie rozumni i przyzwoici nie wiedzą, co myśleć.

Jak to przestają budzić emocje? Ale konkretnie, co mamy myśleć? Nic?

Musimy jeszcze poszukać u „cadyka”. Wszystko w porządku:


Jestem zdania, że były dwie istotne przyczyny katastrofy. Pierwsza: ten samolot nie powinien wystartować z Warszawy; po drugie - nie powinien lądować na lotnisku w Smoleńsku. Warunki atmosferyczne nie zezwalały na jedno i drugie.

Rozumiecie głupki? To są właśnie „bezsporne okoliczności”!

 

Skoro okazało się, że piloci nie lądowali w Smoleńsku, Błasika w kokpicie nie było a z brzozą też chyba się nie dało ściemnić, to … nieważne! A kto chce tu mieć jakieś pytania, ten kiep i musicie znów go zatupać, zapluć a nawet, jak trzeba, obsikać. Tylko na wesoło! Howg. Czy jakoś tak. Powiedział Czerwony.

Jeśli nie widzicie tego rosnącego absurdu, to … ja lepiej nie umiem udowodnić Drugiego Twierdzenia Lisa.

 

Epilog

W piątym wieku przed Chrystusem żył sobie w Akragas na południowym wybrzeżu Sycylii poeta i filozof Empedokles, myśliciel, który na dziesięć wieków przed Św. Augustynem i dwadzieścia dwa wieki przed Kartezjuszem był filozofem – pluralistą, a dwadzieścia pięć wieków przed Einsteinem zakładał skończoność prędkości światła. Otóż tenże grecki filozof głosił w czterech słowach prostą zasadę:

 Rzecz słuszną należy powtarzać.

Jeśli Katastrofa Smoleńska już się Wam znudziła, wiedzcie, że „im” właśnie o to chodziło.

Cała strategia tajnej frakcji powiększania, stosownie do potrzeb,  absurdu -TFP(sdp)A - polega na zmęczeniu szarego człowieka i wyrobieniu w nim przekonania, w zależności od jego wrażliwości, że:

Albo  „to do niczego nie prowadzi”,

Albo „nigdy się nie dowiemy”

Albo „tym się zajmują tylko oszołomy zbijający kapitał polityczny na nieszczęśliwym wypadku, w którym zginęło paru pisiorów i niestety, tylko jedna kaczka”.

Przewodnik po moim blogu

Odsłon: 585 Komentarzy: 53


Panel o postmodernizmie

Kategoria: Fronda Monday, 16 January 2012, 23:19

Panel o postmodernizmie

Aktualizacje:

Środa 7 marca, 10:50

Już myślałem, że Panel na razie zamarł i...właściwie się nie pomyliłem.

Włóczęga ogłosił bardzo dobry wpis podsumowujący i ...Moderacja trochę go potraktowała po macoszemu.

 

A sądzę, że ranga wpisu jest, z całym szacunkiem dla wpisów tam wiszących od dłuższego czasu, nieporównywalna. No cóż. Moderatorzy, też ludzie. A poza tym tak nas uhonorowali, że widocznie teraz powiedzieli, basta! Wisiał pół dnia na Widelcu, pół dnia w grupie Kościół. I starczy.

A wpis powinien być w kategorii Kultura. Moim skromnym zdaniem, skandalem jest, ża na głównej stronie brak miejsca na grupę "Kultura".

 

Przygody tego wpisu z Frondą ...to swoiste pendent do jego tezy, miłej memu sercu, że mówiąc parafrazą - pewnego tytułu i pewnego bon motu - "Droga do zbawienia prowadzi przez Królestwo Kultury"

I jak tu realizować zalecenia Włóczęgi? Skoro Fronda uważa, że ważniejsza jest polityka? Nie chodzi o rozstrzyganie, czy myć ręce, czy nogi. Grupa "Kultura" zmieściła by się nie wypychając żadnej z istniejących grup. I tak główna strona blogowiska nie mieści się na ekranie.

 

Ale ad rem.

Włóczęga zastanawia się nad sposobami dotarcia do "przeciętnego człowieka", tzw. Człowieka Dobrej Woli (CDW), zwanego złośliwie, politycznie niepoprawnie ale chyba bardziej prawdziwie, pożytecznym idiotą (PI). Ponieważ oba skróty są w użyciu, nie tylko na panelu, ale i w innych dyskusjach, podaję obydwa.

 

Kultura! Poprawić, odśmiecić, rekultywować zdewastowaną kulturę. I dotrzeć z nią do CDW/PI. Praca Herculesa. Ale Nec Hercules, contra plures! Czy my jesteśmy wystarczająco plures? Zdania są podzielone. Zwłaszcza, że jak zauważa Autor, sami potrzebujemy i nawrócenia i odchwaszczenia od postmodernizmu i zapewne innych chorób dzisiejszego czasu.

 

Zgadzam się z wyrażonym w komentarzu pod wpisem zdaniem Włóczęgi, że wszystkie drogi Nowej Ewangelizacji trzeba wykorzystywać.

Środa 22 lutego, 10:45

Toczy się dyskusja pod wpisem Ewagriusza, która ma trochę dziwny charakter. Ta cecha, mimo swej dziwności, jest częsta na Frondzie.

W zbyt małym stopniu dotyczy wpisu.

Ale dotyczy przynajmniej postmodernizmu. Elfi bez powodzenia próbuje przekonać tia, że postmodernizm - to nic dobrego. Ja dopowiadam, stronniczo i mało rycersko z jeszcze mniejszym powodzeniem.

I tak juz zostanie.

A dodatkowo toczy się pod linkiem do wpisu a nie samym wpisem. Ale to już taka ciekawostka.

Podaję więc link do linka.

UZUPEŁNIENIE PANELU O POSTMODERNIZMIE I ZAPROSZENIA

Panel woła o nowy wpis apologetyczny. Albo trzeba z(a)mykać. Post. Nie wpis. Wielki Post się zaczyna.

Wtorek 14 lutego, 13:00

Ukazał się podsumowujący dyskusję wpis Ewagriusza na jego blogu (silva-rerum-ewagriusza.blogspot.com).

Ewagriusz porusza "tam" trzy kwestie: 

źródło tych gorących i pasjonujących dyskusji podczas Panelu - "pragnienie opisu naszych czasów"),

kilka dodatkowych pytań o postmodernizm, 

szczególnie interesujący Go aspekt: duchowość.


Zacytuję tu tylko najbardziej znamienny fragment, który szczególnie trafia mi do przekonania. 

"Jeżeli dwie osoby mają dwa różne zestawy poglądów, nie są w stanie się porozumieć. Co prawda każda z nich może zmienić zdanie, ale nie wiadomo dlaczego; proces ten wymyka się naszemu poznaniu. (...)
Dalej Ewagriusz podaje przykład pozytywny:  dwóch wychowawców o odmiennych poglądach, którzy porozumiewają się w imię dobra wychowanka.

A dalej - o postmodernizmie:

"W sytuacji sporów politycznych czy kulturowych, postmodernistyczne "zawieszenie" poglądów jest niemożliwe. Co więcej, brak racjonalnych argumentów do rozstrzygnięcia. A skoro brak siły argumentu, pozostaje argument siły. Niekoniecznie musi to prowadzić to "totalitaryzmu", ale na pewno nie prowadzi do krainy obywatelskich swobód i wolności." 

Trudno o bardziej celne i skrótowe podsumowanie sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.

Również, (last, but not least), wobec upartej i równie nieprzekonywującej apologii postmodernizmu przez tia.

Chociaż wydaje mi się, że tia broni po prostu raczej pewnych przydatnych technik analizy tekstu i dość banalnej postawy "tolerancji" niż istoty prądu umysłowego, który jawi się jako złowrogi zew nadciągających czasów.


Cały tekst Ewagriusza: krótki, jasny i utrzymany w starym, dobrym stylu mędrca, któremu warto oddać ostatnie słowo.

Ewagriusz:

Nie tylko postmodernizm

 

Piątek 3 lutego, 13:00

Dyskusje przeniosły się w inne rejony. Postmodernizm już nie frapuje. Nawet apologeci stracili zapał apologetyczny.

Na razie więc róbmy swoje na innych niwach.

Ale Panel ciągle jest otwarty!

Mam złą wiadomość. Nikt nie przyjął odpowiedzialności za moderację, więc dalej tu tkwię, jak moderator tymczasowy, niczym "móżdżek z nóżek w opakowaniu zastępczym".

Z braku cząstkowego nawet podsumowania prominentnych panelistów wklejam tu swój komentarz z ostatniego wpisu Leszka71, w odpowiedzi na miły memu sercu tekścik mojego ulubionego frondowego poety, Henryka Krzyżanowskiego:

Najpierw On, Henryk:

"o.Boheńskiego czytałem jednym tchem - czy to Zabobony czy np Listy do ojca - kapitalne! A ośmielony przez Ciebie przyznam, że przy x.Tischnerze niechybnie zasypiałem."

Teraz ja, jak zwykle, długo i przemądrzale:

Widzisz, mój problem z filozofią polega na tym, że muszę mieć ją odpowiednio przyrządzoną.

W stanie "czystym" przelatuje przeze mnie niczym surowe jajko...

Ojciec Bocheński nie jest typowym filozofem, stąd prawdopodobnie nasza wspólna nim fascynacja.To MĘDRZEC. Tak, jak Sokrates, Arystoteles, Św.Tomasz, CK Norwid, CS Lewis no i nasz Biały Olbrzym.


Są też osoby pretendujące do tego miana, którzy nie sprostali zadaniu, jak Kołakowski, Miłosz, ks.Tischner  czy ludzie z drugiego szeregu, którzy ze swoją mądrością zostali na etapie matury(...).
Wszyscy ci mistrzowie paradoksu, wirtuozi ironii i papieże prowokacji kiedyś cytowani na wyrywki, dzisiaj zostali zapomniani i przywaleni nowymi stertami gazet.

Nowi kandydaci prą na szkło i nie zważają, że po nich nawet stare gazety nie zostaną. Bo ja się o ich wyczynach dowiaduję przypadkiem, z drugiej ręki.
Ja nie szukam "prawdy samej w sobie", czy "czystego rozumu", nawet poddanego krytyce, tylko Mądrości.

I w filozofii współczesnej, może się mylę, ale więcej jest spekulacji, transformacji, gry symboli i struktury (zawsze zbyt prostych) i - last but not least - poszukiwania oryginalności.

Więcej - niż mądrości. Więcej programów naprawy niż wyników.

Być może niewiele zostanie dobrego w humanistyce po strasznym wieku XX -tym? A on - jakby się wcale nie skończył. Ja mam wrażenie, jak by trwał dalej, powtarzający się jako swoja farsa.

I Leszek71, jako mój filozoficzny guru, umacnia mnie w tym przeświadczeniu, nie mówiąc już o bardziej radykalnych a równie znakomitych panelistach. I mimo żarliwej obrony jedynego apologety.

Ale, jak opadnie piana, parę dobrych pomysłów i dwie idee na krzyż, może się ostaną. Zobaczymy. Z góry, mam nadzieję :)

Poniedziałek 30 stycznia, 21:15

Kolejny wpis Leszka71 - na Widelcu (wczoraj był na Komentarzu!). Moderacjo niskie ukłony!

Różnica między postmodernizme a modernizmem to odejście od prawdy absolutnej, ale wcale nie obniżenie temperatury sporów.

Teraz bowiem kładzie się akcent na przekonywanie o swojej racji a nie na wspólne docieranie do prawdy. To zastanawiająca uwaga. I łatwo odnależć dowody na nią w debacie. Jeśli się chce zobaczyć. Postmoderniści będą jednak twierdzić, że jak jest źle, to nie wina postmodernizmu. Czy ten spór jest możliwy do roztrzygnięcia?

Na tym poziomie abstrakcji, na którym toczona jest debata, ja się gubię. Wolałbym teraz zejść nieco do omawiania przykładów. Patrz moje postulaty z soboty.

Ale ...

coraz mniej komfortowo czuję się, jako moderator, Szanowni Paneliści, proszę nie być skromnymi i zgłosić się na tę zaszczytną funkcję. Moderację Pierwszego Panelu Frondowiska darmo oddam w dobre ręce!

 

Sobota 28 stycznia, 23:26

Panel się toczy zwykłym trybem. Dyskusja u Geoffa. Wygląda to trochę tak, że otwiera się coraz nowy lokal a dyskutanci przenoszą się do niego i ...dyskutują po troszę o ..tym samym.

Ja rzadko się odzywam. Dawno zostałem w tyle. 

Elfi nie mi daje zipnąć i jeśli gdzies odezwę się ze swoimi zastrzeżeniami co do potępiania w czambuł "buntu" daje mi taką odprawę, że uciekam :)

Włóczęga broni bezkompromisowo idei "Demiurga", który w dziejach obserwuje grzeszników i wie, co przeskrobali. Nie ma zmiłowania ani okoliczności łagodzacych!

Matematyk drąży podstawy żelazną logiką już od kilku lokali i nie daje tia spokoju.

Poczekajmy więc cierpliwie, aż panel się znów wyjdzie na prostą.

Nie ośmielam się na podsumowanie, bo dyskusja jest na takim poziomie, że nie sięgam. 

Jednak Panel woła teraz o fachowe, spokojne i ...bezstronne podsumowanie. Czy przyznamy rację w kilku sprawach bohaterskiemu i niezmordowanemu tia?

Nieśmiało pytam, czy Leszek71, Włóczęga lub Ewagriusz zrobili by małe podsumowanie tego etapu. Bo jest chyba dość dużo ciekawych spostrzeżeń.

Co do mnie, to zwróciłem uwagę na wypowiedzi KonradaTomasza.

Poruszył on dwa wątki, które są mi bliskie:

1) Co wyciągać z postmodernizmu, jako cenne dla chrześcijaństwa? Na to częsciowo dał odpowiedź Leszek71 we wpisie

 O pożytkach współczesnej filozofii

a także Włóczęga obiecuje w lutym taki wpis.

Ale jest chyba miejsce dla pociągnięcie tego wątku. A może wstępne podsumowanie?

2) Rozdzielenie

"etosu" postmodernizmu, a także podstaw filozoficznych, aksjologii, co jest ważne, ale może umykać niespecjalistom, zwłaszcza wobec żarliwej i nieustępliwej obrony tia (uznanie za wytrwałość :) )

oraz

skupieniu się na SKUTKACH. Ponieważ, powiedzmy to sobie wprost, to właśnie skutki są przyczyną tego Panelu!

Zapraszam KonradaTomasza do dłuższej wypowiedzi. :)

Czwartek 26 stycznia, 21:30

Panel idzie.

Nowy wpis Geoffreya, w odpowiedzi tia.

A drugi wpis tia ma ciekawe fragmenty. Mają one wprawdzie luźny związek z tematem, ale ...czekam z ciekawością, co z tego wyniknie, bo już się zgłaszają następni. Ale jazda!

Środa 25 stycznia, 21:00

Wszystko w porządku, Tia prowadzi dyskusję na dwa fronty.

Moderacja powiesiła go na Widelcu. Obok wisi wpis Leszka 71 który zaproponował Grażynie Sudoł zorganizowanie kolejnego Panelu o Modlitwie.

Pozdrawiam bratni panel!

Oto linki:

Grażyna Sudoł:

Modlitwa do ćwiczeń duchowych"

Leszek71:

Modlitwa niejedno ma imię

To mamy już dwa, jednocześnie trwające panele. To dopiero wydarzenie intelektualne i duchowe jednocześnie.

Środa 25 stycznia, 0:30

Panel dalej się toczy! Oby tylko moderacji się nie znudziło. Tia ogłosił kolejny wpis: Oto link:

 

Wtorek 24 stycznia, 20:00

No to spadliśmy w czeluście i czekamy, kto nas wyciągnie. Jedyna nadzieja, że znajdzie się nowy (lub stary) panelista, który napisze tak mocno, że Moderacja zmięknie.

Na razie - ten, kto nas znalazł, na pewno nie postąpił zgodnie z instrukcją 11 linijek niżej. Po prostu, czysty przypadek. Witamy, tu się pracuje! Help yourself.

Właśnie zauważyłem, że Moderacja robi psikusy. W końcu zrobiła porządek z Kategoriami. Ukłony.

Pustosan został zasiedlony - znaczy kategoria "Konkurs" przestała istnieć. Bez ostrzeżenia. Czuję się tak, jak by ktoś podczas snu poduszkę wyrwał mi spod głowy. Taki jest los gości, którzy nie płacą. Tych co płacą, nie lepszy, ale oni mogą reklamować. A co ja  mogę?

Zostaję do odwołania w kategorii Fronda. Nie mam dokąd iść.

Odezwę się.

Poniedziałek, 23 stycznia, 19:20

Panel trochę przysiadł. To normalne. Po takich emocjach!

Tia wisi dalej na widelcu, tak, jak i Leszek71. Ale dyskusja na razie zwiędła.

Jeśli chodzi o mnie, to trochę jestem rozczarowany argumentacją tia. Myślałem, że bardziej zachwali mi postmodernizm.

Ale jak mam jechać na samej tolerancji i głosowaniu prawdy, to przepraszam, beze mnie. Jeszcze poczekam, może coś wyczytam ciekawszego na spokojnie, po ponownej lekturze. Może się odniosę bardziej calościowo.

Włóczęga zapowiada się na luty z nowym wpisem. Więc proszę się uzbroić w cierpliwość.

Jak tylko wyrzucą mnie ze strony głównej, zgodnie zapowiedzią, zmienię kategorię na "Konkurs".

Niestety ta kategoria utraciła status "klikanej". Akurat teraz. Chyba dlatego, żeby nam utrudnić. Trzeba teraz wydziubdziać na klawiaturze. Ale co tam!

Podaję na wszelki wypadek isntrukcję.

Klikamy na kategorię "Islam" (bo najkrótsza, ale jak ktoś nie lubi, to na dowolną). I zmieniamy "Islam" na "Konkurs" na końcu adresu na pasku górnym. I już po kłopocie. Zapraszam w razie czego. Bedą newsy.

Piątek 20 stycznia, 23.35

Tia * wisi na Widelcu. Wpis Leszka ** również.

Ale Tia wisi na głównej stronie portalu. Już, jako trzeci wpis Panelu.

Zjem własne sznurowadła, jeśli coś bałaknę kiedykolwiek, że Moderacja ignoruje Panel.

Ukłony za promowanie ciekawych i kompetentnych dyskusji. Lubię Frondę!

Piątek 20 stycznia, godz.20.35

Z refleksem szachisty anonsuję nowe wydarzenie Panelu:

Wpis prawdziwego postmodernisty, a w każdym razie apologety postmodernizmu tia

tia:

POSTMODERNIZM, CZYLI OKIEM QUASI(?)-FENOMENOLOGICZNYM

Ma poczucie humoru, umie się wyrażać w sposób przystępny, jest niezmordowany w komentarzach do wpisu.

 

Leszek71 argumentuje jako filozof,

Matematyk interesuje się aksjologią postmodernizmu,

Elfi nie daje się zwieść etosem i wskazuje na praktykę.

Co z tego wyniknie? Czyta się, jak sprawozdanie z zawodów szermierczych. Jeśli ktoś lubi szermierkę.

 

Piątek, 20 stycznia, 0.26 

Pierwszy wpis nieco przyjazny :) postmodernizmowi. Leszek71 wyprzedził tia, który ma moralny obowiązek afirmować.

To bardzo ciekawa sytuacja. Tia! Teraz musisz!

Leszek71:

O pożytkach współczesnej filozofii.


 

 

 

1.       Wstęp. Początek panelu i pierwsze wrażenia.

Udało się. Mimo sceptycznego milczenia Administracji. Mimo zerowego wsparcia przez oprogramowanie portalu. Którzy/które mają ciągle bardziej przyziemne problemy, niż obsługa fanaberii nawiedzonego blogera.

 

Mamy precedens.

 

Panel o postmodernizmie wszedł nawet na pierwszą stronę portalu i gościł tam pewien czas.

 

Dzięki Włóczędze, Chcącemu i Leszkowi71, którzy uczynili mi zaszczyt, przyjmując moje zaproszenie zrobili użytek ze swojej wiedzy, pasji i talentu, żeby zainicjować dyskusję na temat „zespołu chorobowego”.

 

Właściwie pod każdym wpisem panelu dyskusja była gorąca. Ale dyskutanci nie tyle się nie zgadzali, co prześcigali się w zarzutach w stosunku do przedmiotu debaty i wynajdywali coraz to nowe wady i grzechy tego prądu umysłowego, który ja, jeszcze kilka tygodni temu traktowałem, jak nic nie znaczący wykwit lewactwa.

 

Uważałem go za na poły zwariowany, na poły cynicznie komercyjny pomysł na zaistnienie beztalenci i ludzi chorobliwie ambitnych. Którzy z trochę tajemniczych i trochę banalnych powodów są wspierani przez światowe i krajowe mediodajnie dla lemingów, młodych i starych imprezowiczów.

 

Czyżbym zaspał? Może trochę. Miałem jednak dobry powód. Muszę się usprawiedliwić.

 

W Encyklopedii Białych Plam, w tomie XIV, wydanym przed siedmioma laty, ksiądz Stanisław Kowalczyk dał krytyczną ale dość powściągliwą ocenę tego prądu umysłowego, który został namaszczony, jako prąd filozoficzny przez niejakiego J.-F.Lyotarda w 1979 roku. Dla mnie to wczoraj, chociaż zdaję sobie sprawę, że dla dla większości Frondowiczów to gdzieś zaraz po Powstaniu Styczniowym.

 

I mogę dać świadectwo, że w stanie wojennym, związana z podziemnym „Tygodnikiem Mazowsze”,  socjolog Wanda Osińska, z którą wówczas knułem i przez którą umieściłem nawet pewną notkę w Tygodniku,  fascynowała się Zygmuntem Freudem, nie jako słynnym psychoanalitykiem, ale jako inspiratorem nowych koncepcji socjologicznych i politycznych. Jak wiadomo ten organ „Solidarności” regionu Mazowsze, był kuźnią kadr późniejszej Gazety Wyborczej. Kółko się zamyka.

Teraz widzę, że byłem niemal świadkiem narodzin potwora, który wówczas miał oblicze kartki drukowanej na powielaczu, według tekstu żony mojego kolegi z pracy i knucia. Jednak jej manifestów nie traktowałem poważnie. Pomysł, żeby jako inspiracji do analizy socjologicznych schorzeń społeczeństwa polskiego pod jaruzelską okupacją czerpać od specjalisty od libido i tłumienia podświadomych popędów wydawał mi się dziwaczny, jeśli nie komiczny.

Powagę wymuszały poważne okoliczności rozmowy i autorytet znajomej z doktoratem.

Ot, podziemny pluralizm ideowy. Sieroty po marksizmie udawały się każdy w swoją stronę.

Jedni w stronę widocznego z daleka Olbrzyma w Bieli z czerwonymi plamami krwi na sutannie.

Inni, pozostawali zdezorientowani, w swojskim tłumie co przytomniejszych humanistów. Coraz bardziej zakłopotani patrzyli na kolegów - łajdaków wysługujących się  zupakom.

Kombinowali po swojemu. Znajdowali inspiracje we Freudzie, Derridzie i Levinasie.  No i przypominali sobie o swoich wygnanych profesorach: Kołakowskim i Baumanie.

 

I tak, po prawie trzydziestu latach, obudziłem się w wartkim nurcie nieco cuchnącej rzeki, napełnianej bez trudu przez jednookiego potwora, bawiącego się tym, jak dziecko z kopenhaskiej fontanny.

 

2.       Dyskusja.

 

Nie pretenduję oczywiście do jakichkolwiek podsumowań tej części dyskusji. Jako samozwańczy moderator próbuję nie przeszkodzić w swobodnym jej rozwoju. I zadać parę, jak najmniej głupich, pytań.

Na początek, chciałbym zamiast podsumowania zamieścić dwie wypowiedzi.

Uważam je za warte przytoczenia, jako, być może, punkt wyjścia do dalszej części Panelu. Ale to już zależy od Was, Drodzy Frondowicze. Nie byłem w stanie prześledzić wszystkich komentarzy. Zwłaszcza pod „podstawowym” wpisem Leszka71, która miała bardzo już specjalistyczny charakter. Jeśli jakieś komentarze pod wpisami panelu ktoś z czytelników niniejszego uznał za ciekawsze, zapraszam do wklejania ich tutaj.

Ogłaszam konkurs na najciekawszy komentarz panelu, który jednocześnie kieruje dyskusję na nowe tory i otwiera nowe aspekty jej przedmiotu. A może nawet na nieco inne do niego podejście?

Ale do problemu "konkursu" wrócę jeszcze na końcu.

Teraz kandydaci na nowe motta panelu, z moimi podkreśleniami kluczowych dla mnie fragmentów:

Ewagriusz:

Chociaż doceniłbym (razem z tia) Derridę (zresztą, hermeneutykę - część - również), to nasuwa się pytanie: dlaczego tak często Derrida jest mimo swego sprzeciwu zaliczany do postmodernistów?

Może istotne jest i to, również w definicji postmodernizmu, że jest - wraz z częścią przynajmniej filozofii analitycznej - zwrotem ku językowi, zajmowania się tylko językiem. Tzw. zwrot lingwistyczny, który ma miejsce i gdzie indziej; śledziłem go na przykład w metodologii historii.

(…) zajmując się językiem (co jest OK), wielu zgubiło rozważania o świecie (ontologię), w tym o samym człowieku. Humanistyka mówi o "się", o strukturach itd., a gdzieś zanika podmiot, człowiek, jego specyficzne doświadczenia, radości, lęki i poszukiwania sensu. Ale już widać "światełko w tunelu", wiele światełek :-).

 

Włóczęga:

pewne pomysły, czy metody nawet z postmodernizmu można ocalić i włączyć do dorobku wiedzy i kultury

(…) trzeba wrócić (…) do ducha tamtego świata  (sprzed Oświecenia). A z późniejszych epok zaczerpnąć to, co się da ocalić i wkomponować w starą wizję świata.”

Zaznaczone fragmenty maja wspólny rys, o który, przyznam się, „walczyłem”, nawet nieco na „oślep” w dyskusji. I okazuje się, że miałem dobrą intuicję.

Jeden Panelista i Jeden Komentator, który nie przyjął zaproszenia do Panelu i skromnie zajął pozycję „prostego dyskutanta” zgodzili się co do tego, że i postmodernizm ma pewien dorobek.

Być może w dalszej części panelu moglibyśmy zająć się tym tematem? O tych światełkach? Po chrześcijańsku: optymistycznie!

Chodzi tu nie tylko o przyjęcie „ekumenicznej” postawy w stosunku do prądu, który w swej najbardziej prymitywnej wersji ma fizjonomię „artystek” K i N, reżyserki nie lubiącej czystej bieli i niezłamanej niczym czerni, recenzenta uczulonego na polskość i byłego sprzedawcy filtrów do wody, zafascynowanego Żiżkiem.

Ten ostatni, miał chwalebny okres, kiedy pisał niegłupie teksty zupełnie z innej bajki. Ale dochody miał takie, że zamiast wydłubywać kit z okien, musiał zajmował się czymś pożytecznym. Dopiero, kiedy odkrył, że zamiast odfiltrowywania bardziej opłacalne jest podtruwanie, stać go nawet na filtry ze złota.

Nie, nie chodzi tylko o to, by jeszcze raz wykazać wszystkie błędy postmodernizmu.

Chodzi o otwartość, kompetencję i chrześcijańską gotowość do ocalenia każdego cennego źdźbła zboża w morzu kąkolu.

Taka postawa przyświeca mi zawsze, kiedy ginę w obronie romantyzmu. Polskiego romantyzmu, który ocalił tradycyjny sarmatyzm od zapomnienia.

3.       Uwagi organizacyjne.

Zapraszam więc do dalszej dyskusji w ramach Panelu wszystkich chętnych. Szablon wpisu jest, jaki widać. Tytuł, który ma ten wpis, może być dowolny. Ponieważ jest to wpis moderacyjny, ten - ma tytuł taki, jak sam Panel.

Zastrzegam tylko dwie rzeczy: żeby każdy wpis Panelu miał podtytuł „Panel o postmodernizmie”, oraz na końcu miał linki do innych wpisów Panelu.

Można dawać linki dowolne, które zdaniem panelisty wiążą się z tematem. Chcący dał tu dobry przykład i opracował linkownię swoich wpisów. Jak się okazuje, drąży temat wytrwale i bez wielkiego rozgłosu.

Taka elementarna solidarność dyskutujących blogerów.

No i przykład dla innych inicjatyw panelowych. Niech to będzie dobry początek: większego zintegrowania Frondowiska, uporządkowania dyskusji na ważne tematy i ułatwienia śledzenia dyskusji przez gości.

Na razie umieszczam ten wpis w dziale „Fronda”. Chcę dać sobie szansę, żeby Redakcja potrzymała go chociaż chwilę na głównej stronie. Potem, jak spadnę w czeluście, zmienię kategorię na „Konkurs”.

"Konkurs" - to frondowy „pustostan” i postanowiłem go zasiedlić dla paneli. Proszę o nie umieszczanie wpisów panelowych w tej kategorii. Niech to będzie na razie kategoria dedykowana dla wpisów moderacyjnych. Nie będę już ogłaszał nowych wpisów moderacyjnych dotyczących tego panelu. Będę modyfikował ten.

Jeśli oczywiście dyskusja się dalej potoczy. Ale właściwie dlaczego miały by zaraz zamrzeć, kiedy tak żywo się zaczęła? Nie wiem. Pożyjemy zobaczymy.

 

Historia Panelu:

Niewinny wpis o skutkach przegięcia lewaków przerodził się w dyskusję o modernizmie. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Pyrrusowe zwycięstwo prowokacji.

Opracowanie długiej i pasjonującej dyskusji dla pisma "Humanistyka". To ciężka praca. Udalo sie ogłosić pierwszą część.

Polska Hipnoza i perspektywy przebudzenia

Jeden z dyskutantów przyjął zaproszenie do Panelu i tym samym mieliśmy quorum.

 

Włóczęga:Teologiczne aspekty błędów postmodernizmu

Właściwie wpis inicjujący. I niedoceniony

Duch_czasu,_czyli_o_postmodernizmie_raz_jeszcze

Moja próba zilustrowania zjawiska przy pomocy przykładu z życia:

Rów marianski

 

Ochotnik. Z polecenia Włóczęgi. Serdecznie witany. Opracował cały zestaw linków do swoich wpisów związanych z tematem.

Chcący:

Postmodernizm w muzyce. No cóż. Ja tam mówię prościej. Łomotanina i siekanina. Czasem coś dobrego. Ale nic nie narzekać na bluesa!

Muzyka_rewolucji_obyczajowej_lat_60.
 

 

Następny panelista! Specjalizujący się w filozofii i teologii.

Leszek71: Spojrzenie z lotu ptaka na filozofię XX wieku.

Wzbudził najżywszą, bardzo specjalistyczną dyskusję. 

Fenomen na Frondzie: Prawdziwa debata filozoficzna w starym, "scholastycznym stylu". Chyba nigdy takiej na Frondowisku nie czytałem. Przynajmniej w zakresie filozofii. Rozmowa między adwersarzami, którzy:

a) Mają głęboką wiedze na temat

b) Fundamentalnie się nie zgadzają

c) Cały czas dyskutują bez emocji, zaciekawieni odpowiedzią na swoje argumenty. Odnosza się do treści swoich wypowiedzi. Gdyby tak się dało dyskutować o bardziej przyziemnych sprawach i nie wylatywac od razu na pierwszym zakręcie. Uczta. Nie ośmielam sie opracowywac tej dyskusji, to by było komiczne już uzurpatorstwo, ale nauczyłem się tyle, ile moja tępota na to pozwoliła. Serdecznie polecam.

Nie sztuka skakać na pochyłe drzewo. Sztuka atakować, kiedy broni tia!

Serdecznie polecam i wpis i dyskusję! Uczta. Na moim panelu! Dziękuję Leszku71, dziękuję tia!, Dziękuję wszystkim komentatorom. ANI JEDNEGO TROLLA. Po prostu trolle robią słupka.

Filozoficzny_krajobraz_wieku_xx

 

Chcący wyjaśnia jedną z zasad filozofii tradycyjnej:

Dlaczego_prawda_jest_jedna

** Dalsze Wpisy Leszka71

ROLA FILOZOFII W KULTURZE

Pozytywy postmodernizmu. Coś, co zostanie z postmodernizmu, po opadnięciu całej piany: podejście do podmiotu poznania, do narzędzia poznania, jakim jest język. Metafizyka działania i bycia częścią świata. Nowe, nieznane horyzonty.

Czy zdążą się jeszcze objawić, kiedy niektórzy wieszczą upadek?

Warto przeczytać, zamiast przebijać się z mozołem przez Derridę :) :

O pożytkach współczesnej filozofii

* tia:

POSTMODERNIZM, CZYLI OKIEM QUASI(?)-FENOMENOLOGICZNYM 

Jedyny apologeta postmodernizmu. Śledźcie dyskusję!

Na razie ciągle jego na wierzchu. Panowie Tradycjonaliści! Pozwolicie na to?

Żeby postmodernista, nawet tak sympatyczny, był na wierzchu? Weźcie się do kupy!

Ale, jako bezstronny sędzia (akurat, stronniczy, jak licho!), ogłaszam: Na wierzchu tia:

tia:

Postmodernizm i jego ono.

(??? przypisek mój) 

Geoffrey:

Wahadło między skrajnościami, przeciw którym buntują się kolejne zastępy odkrywców.

Według tia - nieporozumienie. A sam pisał o Sinusoidzie Krzyżanowskiego. Kto to rozsądzi?

Wahadło

Leszek71:

Podejście - według istoty. Ale nie wiem, jak to się robi :)

W każdym razie Leszek71 opisuje istotę postmodernizmu, jako spór przekonujących się posiadaczy prywatnych prawd.

Zupełnie, jak debaty telewizyjne polityków. Ale to na pewno nie wina pana Baumana!

Chcecie się poinformować w sprawach poważnych, bez kończenia kursu filozofii wspólczesnej? Tylko u nas!

ANTYFUNDAMENTALIZM POSTMODERNIZMU – WGLĄD EIDETYCZNY

Ewagriusz:

Wpis podsumowujący duskusję - od strony podstaw filozoficznych. Z bynajmniej nie retorycznymi pytaniami, budzącymi niepokój. Odpowiedzi brak. tia, możesz przestać o tej tolerancji i zstanowić się nad tym? (przypis 7 marca 2012)

Nie tylko postmodernizm

Włóczęga:

To już dwa podsumowania, każde inne.

Człowiek Dobrej Woli, czyli Wojna o Kulturę

Ktoś jeszcze?

Teksty związane:

ZacheuszNaDrzewie:

Marksizm kulturowy czy...

Tomasz Koszarek:

Istota Postmodernizmu jako zagrożenie dla współczesnego świata

 

Przewodnik po moim blogu

Odsłon: 952 Komentarzy: 32


Rów mariański

Kategoria: Filozofia Saturday, 01 September 2012, 11:23

Czyli między jasełkami a balangą

 

Panel o postmodernizmie

 

Rów mariański

Laureat nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Niels Bohr mawiał, że nie ma nic bardziej praktycznego, niż dobra teoria.

A ja właśnie miałem okazję przysłuchiwać się dyskusji teoretycznej o postmodernizmie.

I nawet pierwsze sprawozdanie opublikowałem. Na forum Kwartalnika „Humanistyka”.

 

Może będą jeszcze następne. Inni dyskutanci niech się już boją, co uczynię z ich wypowiedziami.

Już nie napiszę o postmodernizmie: „Cokolwiek to znaczy”.  Mam teraz porządną informację: Co do genezy, analogii do innych systemów ideowych, stanów ducha związanych z nim.

Co do cech immanentnych i cech drugorzędnych. Ojcowskich i macierzystych systemów ideologicznych.

Długich i wyczerpujących list charakterystyk. Ojców założycieli. Demaskatorów i diagnostów. Autorów najkrótszych formuł.

Taki dar otrzymałem. Ni z tego ni z owego na dwa tysiące dwunastego. Około Nowego Roku.

Już mi się przydarzały takie dary. Ale pierwszy raz zdobyłem się na opracowanie dyskusji i wtrącenie swoich, niezbyt mądrych uwag.

Dziękuję! Dziękuję, Włóczęgo, Ewagriuszu i Elfi.

No i innym komentatorom. Którzy też brali udział w części bardziej praktycznej.

 

No właśnie. Praktyka. Dobra teoria jest praktyczna, ale mnie, jak to inżyniera, zaraz korci, jak by tu ją zastosować.

No i… wyobraźcie sobie uzyskałem jeszcze jeden dar. Okaz.

Ale po kolei. Cierpliwości. Tu nie McDonald’s, tu trzeba poczekać. Danie na zamówienie. 20 minut. O czym to ja…

Aha, okaz.

Prawie 3 lata temu byłem na filmie „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Potem przeczytałem notkę - recenzję na pewnym portalu filmowym.

Ani portalowi ani recenzentowi nie zamierzam robić teraz reklamy. Dlatego - celowo – nie będzie żadnych linków. Tym bardziej, że właśnie ów recenzent będzie bohaterem tego tekstu. A nie chcę stawiać go pod pręgierzem. Nie chodzi o niego, ale o pewne zjawisko, które on, w sposób wręcz podręcznikowy, sobą uosabia.

Recenzja budziła mój sprzeciw i ten sprzeciw wyraziłem, odnosząc się merytorycznie do notki, liczącej 3 tys. znaków we wpisie czterokrotnie dłuższym.

Takie są prawa polemiki. Żeby rozprawić się z krótką bzdurą lub kalumnią, trzeba więcej tekstu, niż sama bzdura.

Podobnie, żeby wyciągnąć ciężarówkę z dołu - potrzeba trzydziestotonowego dźwigu. Żeby ją tam wtrącić, nie trzeba nic. Co najwyżej zapomnieć zaciągnąć hamulec.

Tak. Hamulec. Ale teraz przecież jest wielką wartością, nie mieć żadnych hamulców.

Z recenzji zacytuję kilka charakterystycznych zdań. Na jedno, trzy lata temu, nie zwróciłem uwagi. Nie pamiętam dlaczego. Było bowiem chyba najbardziej haniebnym zdaniem z tej notki.  Może chciałem rozpaczliwie nie zauważyć moralnego poziomu recenzenta, nie palić mostów dialogu z nim?

Ale nie uprzedzajmy wypadków. Oto ów akapit:

 

„Resztki energii wysysa z filmu fuszerka realizatorów – tempo jest bowiem ślamazarne, a napięcie znikome. Aby podkręcić akcję, na ulice zostają wysłane czołgi i zomowcy z gumowymi pałami. Aż boję się pomyśleć, jakich gadżetów używają w sypialni członkowie ekipy filmowej, skoro tyle uwagi poświęcają narodowemu cierpieniu we wszystkich możliwych wydaniach”

 

Czy to zdanie wymaga komentarza? Wydaje się, że ono mówi samo za siebie. Wydaje się. Ale ja mam już doświadczenie.

Spodziewam się „spokojnych” reakcji. „O co się rozchodzi? Taki żarcik.”

 

Na wszelki wypadek skomentuję. Kto wie, o co chodzi, może opuścić ten fragment.

W recenzji filmu o męczenniku, nawet „likwidatorskiej”, przyjmijmy na chwilę, że faktycznie film marny, (a moim zdaniem bardzo dobry, jeśli nie wybitny), otóż w takiej recenzji, pan recenzent ma perwersyjne skojarzenia. Przypomina mi przysłowiowego szeregowego, któremu wszystko się kojarzy z d… Maryni.

Dzisiaj to takie modne… Patriotycznie nastawionym, powiedzmy, że zbyt egzaltowanym, niech im będzie, tym czujnym krytykom, a więc, powiedzmy, zbyt egzaltowanym poetom zarzuca się nekrofilię. Zupełnie wbrew właściwemu znaczeniu tego słowa. Prawicowi krytycy też się czasem do tego określenia przyłączają. Oni też nie wiedzą, co ono znaczy?

Historycznie prawdziwe i artystycznie uzasadnione dla pokazania ducha czasu, w którym żył ks. Jerzy, uliczne realia nasz recenzent kojarzy z seksualnymi zboczeniami realizatorów. Taki niewinny żarcik.

Rok przed Katastrofą Smoleńską – mamy wynalazcę tej poetyki. Jeszcze bez słowa - klucza. Szybko pisał, szybko kojarzył. Brak hamulców moralnych. Brak zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

Koniec komentarza.

 

Notka utrzymana w tym „szampańskim” nastroju jest ciągle oficjalnym stanowiskiem owego portalu.

Jednak, jakby nie była wredna i głupia, miała ta pożal się Boże recenzja jedną cechę, która ją broniła przed ostatecznym wyrokiem: Do kosza! To był niezależny pogląd wyrażony w nieskrępowany sposób o istniejącym produkcie filmowym. Takie miał zdanie pół anonimowy recenzent. Podpisujący się głupawym nickiem.

Mieliśmy do czynienia z sytuacją, w pewnym sensie tradycyjną: Ktoś nakręcił film. Ktoś wyraził opinię. Ja wyraziłem opinię o opinii.

 

Co w tej sytuacji jest nietradycyjne? Każdy miał to opublikowane tam, gdzie na to zasługiwał.

 Debata przez Rów Mariański.

 

Trzeba jednak trafu, że z okazji zbilżającego się Nowego Roku ów portal wysłał mi list. Podpisany przez naszego recenzenta. W tzw. międzyczasie zrobił on na tym portalu karierę i przemienił się z półanonimowego, wojewódzkiego pistoleta w oficjalnego przedstawiciela firmy, mającego nie tylko swoje imię i nazwisko, ale nawet fotkę.

Portal popiera młodych, niedouczonych, z wielkich, zatłoczonych miast i wyludnionych wsi, którzy mają szybkie pióro i właściwe skojarzenia. List krótki i jak zwykle, błyskotliwy. 864 znaki. Facet ciągle robi postępy.

I co ma mi do zaproponowania ów portal w osobie naszego recenzenta?

Zacytujmy kawałek. I skomentujmy. Teraz komentarz będzie konieczny.

 

„Wielkimi krokami zbliża się osławiony 2012 rok. …. (bla bla bla)….. w glorii chwały powróci Obcy, którego po ponad 30 latach znów spuści ze smyczy sam Ridley Scott. Hobbit wyruszy w "Niezwykłą podróż", a Jamesowi Bondowi niebo spadnie na głowę ("Skyfall"). Nie wspominając już o tym, że Andrzej Wajda przyrządzi nam "Wałęsę" w bogoojczyźnianym sosie własnym (podkreślenie moje). …(bla, bla bla…)… Czego Wam i sobie życzę.”

 

Recenzent pisze w znajomym tonie. Prawda? Czy okaże się przewidujący?

Ja bym nawet się przychylał do tego przewidywania, oczywiście z zupełnie innych pozycji.

Bądźmy spokojni. Nawet, jeśli Mistrz nakręci gniota, nasz nonkonformista nie odważy się na takie ryzykowne skojarzenia. Ale to nie (non)konformizm docenionego przez portal młodego talentu jest tu istotny.

 

Mamy nową sytuację: Pisze on o tematyce nieistniejącego jeszcze filmu: „Bogoojczyźniany sos własny”.

Zatrzymajmy się na chwilę nad tym zwrotem. Autor zdradza tu wyraźny absmak w stosunku do tematyki patriotycznej.

 

Bo przecież nie wiemy do końca, czy Wajda nie nakręci jednak „kolejnego arcydzieła”.

Każdego innego reżysera, Hoffmana, Zanussiego czy horribile dictu, Wieczyńskiego można by podejrzewać o przyrządzanie bogoojczyźnianego sosu, ale Wajdę?

Albo pan recenzent, teraz już oficjalny, nie zna historii kina i dorobku Mistrza, co wykluczam, albo…

Albo nasz bohater wyraża po prostu, z góry,  swój negatywny stosunek do każdego filmu o tematyce patriotycznej. W którym znajdzie się najsłabsza choćby afirmacja polskości, ofiary, walki o wolność...

 

Bingo! Oto okaz postmodernisty!

Proszę sobie oglądać, na razie wstęp wolny, w ramach promocji. Jedyny koszt: musicie dalej słuchać mojego marudzenia.

Zawsze marzyłem, żeby zostać przewodnikiem po ZOO.

Proszę o uwagę, Drodzy Zwiedzający!

Opis postmodernizmu w dyskusji moich gości doprowadził do pewnego konsensu:

Określono go (również), jako stan umysłu człowieka, który utracił wiarę w Boga, tę starą, tradycyjną wiarę Ojców, w szczególności, Ojców – Wolnych Polaków, którzy walczyli za Boga, Honor i Ojczyznę i ginęli z Jego imieniem na ustach. I zachowali nadzieję na spotkanie Go. Zachowali honor. Ale utracili Ojczyznę.

A później utracił on, ten biedny człowiek, wiarę drugi raz: wiarę w świetlaną przyszłość, jako realizację lewicowych idei, które okazały się okupionymi strasznymi ofiarami obłąkańczymi marksowskimi mirażami. Mirażami nie na pustyni lecz w wielkim obozie koncentracyjnym, pełnym zbrodni, kłamstwa i upodlenia.

Ci, co się nie nawrócili na Starą Wiarę błądzą teraz po manowcach postmodernizmu.

Och, jak świetnie się mają w tym błądzeniu!  

Och, jak im współczuję!

Objęli rząd dusz nad innymi rozczarowanymi i zepchnęli tych „nawróconych” na margines.

Albo raczej dali objąć rząd dusz tym, co zawsze w historii byli ochotnikami: ludzi gotowych na wszystko, zdolnych, inteligentnych, odważnych, bezwzględnych. Bo żądnych władzy i płynących z tego profitów: pieniędzy i rozrywki.

 

Rozrywka. Balanga.

 

To jest wspólny mianownik wszystkich błąkających się bez celu, owiec bez pasterza.

Zagłuszyć strach przed jutrem, przed rozpaczą, przed brakiem nadziei, miłości.

Trzymać się, nie jestem byle śmieciem, jakich widzę na mieście!

Zdyscyplinowana praca ponad siły. Zdyscyplinowana na tyle, żeby się utrzymać w głównym nurcie. Żadnych eksperymentów! Żadnych niepewnych inwestycji. Maksimum 3 tys znaków. Skojarzenia modne i niezbyt głębokie. Bo głębia to już ryzyko samo w sobie.

Szybka kariera.

Zasady? Pewnie. Tak bezpieczniej. Ale bez przesady.

Ryzyko? Tylko ściśle skalkulowane. Każde inne – to zbrodnicza fanfaronada.

Ale potem: balanga!

Używki miękkie lub twarde, najlepiej dozwolone, ale jak nie, to trudno, trzeba coś mieć z życia. Łatwe kobiety (lub mężczyźni, zróbmy tu ukłon w stronę parytetów), głośna muzyka. Żadnych zobowiązań. Bo kariera.

I tak w kółko. Week. Łyk-end. Week. Łyk-end.

Bóg, Honor, Ojczyzna – to przebrzmiałe, śmieszne, nikomu niepotrzebne bredzenie.

Opowieści o Wolnych Polakach? Zbutwiałe, nieczytelne księgi.

Filmy o patriotach, o świętych, o męczennikach „sprawy”? Obciachowe jasełka. Nawet na wagary nie warto iść, żeby je zobaczyć.

Rozrywka! Obcy, Niebo na głowę, w ostateczności Hobbit. Ale żadnych sosów!

 

Oj, oj, oj.

Ale się rozpędziłem. Skąd mi to???

A wy? Jeszcze jesteście, czy już machnęliście ręką i poszliście sobie?

Dla tych, co zostali, bonus. Rozdaję duże długopisy z napisem BALANGA.

A propos.

 

Postmodernizm to zbyt szacowne określenie. Postmoderniści mogą być nawet z niego dumni.

A ja bym nie dawał im nawet takiej satysfakcji. Zawziąłem się.

Proponuję inne terminy. Mniej neutralne a bardziej wyjaśniające istotę rzeczy. Nie spodobają się, to proszę zaproponować lepszy. Urządzam konkurs.

Imprezjonizm vel Imprezonizm. To – kierunek filozoficzny. Wyznawcy: imprezoniści.

Balangolizm (zupełnie, jak mongolizm) to stan ducha.

 

Linki do wypowiedzi Panelu o postmodernizmie:

Włóczęga:

DUCH CZASU, CZYLI O POSTMODERNIZMIE RAZ JESZCZE

Ciekawe rozważanie o naszym bohaterze, czyli imprezjonizmie, na gruncie Królowej Nauk: Teologii.

Muszę przemyśleć. Będę dyskutował. Zapraszam do dyskusji.

Chcący:

MUZYKA REWOLUCJI OBYCZAJOWEJ LAT 60

Kultura lat sześćdziesiątych. Znów może się pokłócę. Ale na razie posiedzę cicho.

Dlaczego prawda jest jedna

Leszek71:

Filozoficzny obraz XX wieku


Odsłon: 873 Komentarzy: 51


Silny Vaclav i bezsilny Lech

Kategoria: Kultura Tuesday, 20 December 2011, 22:03

Dwóch Vaclavów. Dwóch Lechów.

Vaclav. Lech.

Tak, to paradoks naszej postmodernistycznej epoki. Dwóch pierwszych prezydentów - dwóch sąsiedzkich państw, uwolnionych spod sowieckiej kurateli i obłędnej ideologii. Jeden z  chusteczką z białego aksamitu w kieszonce i czerwonym goździkiem w butonierce, drugi z sarmackimi wąsami i Matką Boską Częstochowską w klapie.

 

I dwa imiona, jak symbole czeskości i polskości.

 

Kiedy w czasach stanu wojennego jeździliśmy do Czech na „naukawe” konferencje, z zazdrością odwiedzaliśmy czeskie sklepy, z zazdrością piliśmy czeskie piwo i z wyższością patrzyliśmy na gremialnie wywieszane czerwone chorągiewki z okien praskich mieszkań.

 

U nas trzeba było dyscyplinowanych karami porządkowymi dozorców. Tam – wszyscy byli zdyscyplinowani.

 

Cała ta czeska opozycja wydawała się nam jak nieco szwejkowska i jak Szwejk zabawna. Mieściła się na jednej kanapie i wydawała się nie mieć żadnego społecznego oparcia.

 

Dziwny socjalizm żywiący się knedlami bez warzyw. Kiedyś miał ludzkie oblicze, które jeszcze dekadę temu nas fascynowało. Demonstrując w marcu 1968 Marszałkowską, pod ośrodkiem Kultury Czechosłowackiej krzyczeliśmy do spoglądających na nas sprzed wejścia, z minami pokerzystów, pracowników Ośrodka: „Cała Polska czeka na swego Dubczeka!”.

 

Teraz to oblicze zasłonięto powtykanymi wszędzie czerwonymi chorągiewkami i pozawieszano upokarzającymi hasłami o wiecznej przyjaźni ze Związkiem Z(d)radzieckim a Dubczek był tylko nic nie znaczącym zaopatrzeniowcem w jakimś Pe-Gie-eRze.

 

A my? My, panowie szlachta, mieliśmy „swojego” papieża, „swojego” Wałęsę w Arłamowie, jak Piłsudskiego w Magdeburgu i komunę, która reprezentowała „siły pokoju i socjalizmu”, które tak się bały, że tymczasowo chroniły się przed bezbronnymi ludźmi w czołgach i amfibiach. „Nasza wiosna” wprawdzie się nieco opóźniała, ale tylko patrzeć…

 

Kanapa Karty 77 patrzyła z podziwem na wielki Związek Wolnych Ludzi, który wprawdzie został skrępowany linami, ale wydawało się, że w każdej chwili zerwie pęta…

 

A wtedy… Pokażemy Pepiczkom, jak się organizuje wolny kraj!

 

A ja? Szukałem, swoim zwyczajem, zalet tam, gdzie gołym okiem można było tylko zobaczyć  płaski krajobraz dwóch różnych krajów.

 

Twierdziłem, że Czesi lepiej przechowali etos pracy, ładu, porządku i dyscypliny, który im samym przynosił wymierne korzyści w życiu codziennym, a był, jak znalazł, po odzyskaniu niepodległości. No i my też mogliśmy przyjechać do tego gospodarczego pół - zachodu na zakupy.

 

Dowcip o polskim psie, który przekracza zieloną granicę w kierunku południowym, żeby sobie podjeść i psie czeskim, który biegnie na północ, za Olzę, żeby sobie poszczekać, brzmiał w wydaniu polskim wyniośle i dumnie.

 

Moje uwagi koledzy zbywali wzruszeniem ramion.

 

E tam, daj spokój, te Pepiczki po prostu nie mają kręgosłupa!

 

A jednak! Co to, prorok jakiś byłem?

 

Wprawdzie nie przewidziałem, że to Czesi zrobią dekomunizację, prawdziwą lustrację i reprywatyzację. Że będą wybierać prawdziwych mężów stanu, rzeczników swoich interesów na prezydentów, że pogonią partię komunistyczną tak, że jej kapcie spadną.

 

A my ugrzęźniemy w jakimś cuchnącym bagnie niemożności a nasi byli rezydenci stref zdekomunizowanych i dyżurni katolicy tak się usamodzielnią, że będą służyć głównie sobie. I to jest najuprzejmiejszy wariant.

Nie, tego nie przewidziałem nawet w snach. Ale darzyłem tych „śmiesznych Pepiczków” upartym respektem.

 

I nie dlatego, że w lecie 81-szego, po wyczerpującej beskidzkiej wędrówce, przeszliśmy granicę w Cieszynie i .. poszliśmy po prostu na dobry obiad ze wspaniałym piwem.

 

Zawdzięczam to …Teatrowi Domowemu, który w stanie wojennym spopularyzował czeskich pisarzy Havla i Kohouta.

Jeden z jego twórców, aktor i reżyser Andrzej Piszczatowski zmarł w kwietniu tego roku. Odszedł do Domu Ojca, tam będzie grał w Jego Teatrze Domowym.

Trzeba odnotować z aprobatą błyskawiczny refleks kierownictwa Teatru Telewizji, które zamiast ciekawostkowych „Róż i Magnolii” wystawiło Havla z okazji jego śmierci.

 

Klimat wystawionej sztuki Audiencja, Protest, odtworzony wspaniałą grą zarówno Mariusza Benoit, jak przede wszystkim, Władysława Kowalskiego, przypomniał mi oglądaną, właśnie w Domowym, „Degrengoladę”.

 

Ale pamiętam już za słabo. I chyba nie tylko ja. Muszę jeszcze raz do niej wrócić. Bo Andrzej Piszczatowski zrealizował potem słuchowisko radiowe. Dostępne w Internecie.

 

Degrengoladę, oglądałem w ursynowskim mieszkaniu znajomych, już jako już drugi spektakl, po „Kabarecie”.

 

Który notabene oglądałem w pruszkowskim domu pewnego partyjnego kolegi.

 

Kabaret był typowo polską szarżą ułańską, takim zuchowatym popisem, że co to nie my, co tam, komuniści, którzy w końcu będą „wisieć zamiast liści”. Wielkość twórców Domowego polegała właśnie na tym, że umieli później zerwać z tą ozdrowieńczą dla polskiej duszy fanfaronadą. Na krótką metę była, jak ibuprom. Na dalszą, jak usypiający narkotyk.

 

Na szczęście twórcy Domowego otrząsnęli się szybko z szoku po uderzeniu obuchem. Chcieli podrążyć sens czasu. I w polskiej literaturze go nie znaleźli.

Mimo, że szukali. Znaleźli go u naszych braci – Czechów. Havla i Kohouta.

 

Wiwisekcję duszy człowieka zniewolonego. Bez pogardy. Bez uproszczeń i wywyższania się, jak Piotr Wierzbicki, w „Traktacie o gnidach”. Bez mętnej, zaprawionej oparami alkoholowego koszmaru małej, czy dużej, kto to rozezna, Apokalipsy.

Znaleźli literaturę opisującą rozsądnie, sine ira et studio, po czesku, czas i ludzi. Ludzi współczesnych postawionych wobec odwiecznych dylematów. Nie wielkich, anachronicznych, na siłę uwspółcześnianych, na miarę królów. Tylko małych, na miarę ludzi słabych, skorumpowanych i zniewolonych. Ale tęskniących przecież do prawdy i wolności.

Przynajmniej niektórzy.

 

Literaturę piękną i prawdziwą.

Pouczającą.

 

P o u c z a j ą c ą,  bo analiza duszy „typowego, przyzwoitego Czecha” być może lepiej pomogła rozwiązać rzeczywiste problemy kraju w chwili wyzwań na miarę dziesięcioleci, niż polskie: „komunistów pogonimy a potem, jakoś to będzie”.

Z jeszcze gorszą alternatywą: „najpierw udzielimy komunistom wybaczenia, wypłuczemy dusigroszy z forsy przy pomocy „genialnego planu”, potem wyplenimy odwieczne polskie wady, a potem się zobaczy”.

To zastanawiające, że musiało upłynąć dwadzieścia lat, żeby mogło powstać kilka polskich sztuk, które może w ogóle próbowały zmierzyć się z tymi problemami. I nie miauczeć.

No cóż. Uczmy się od Czechów.

 

A ja?

 

Lubię czeskie piwo. Niebo w gębie. Nie lubię cienkiego piwa Lech. I mogę się pochwalić jeszcze jednym dobrym wyczuciem. Nie lubiłem go, zanim jego reklamiarze skompromitowali się w Krakowie, licząc na widok z Wawelu i wojewódzkie poczucie humoru jego konsumentów. I zanim posłużyło, jako materiał happeningowy młodych, źle wychowanych z opuszczonych wsi i przeludnionych miast.

 

 

Vaclaw Havel nie żyje. Niech Bóg, w którego nie wierzył, okaże mu swoje miłosierdzie.

 

Garść danych o repertuarze Teatru Domowego za Encyklopedią Solidarności 

Kabaret – premiera 1 XI 1983.

Do tekstów: Gwido Zlatkesa, Tadeusza Szymy, Stanisława Balińskiego, Ryszarda Kapuścińskiego, Krzysztofa Popowicza i autorów anonimowych;

z piosenkami: Jana Pietrzaka, Piotra Szczepanika, Jacka Kaczmarskiego, Krzysztofa Popowicza, Jana Krzysztofa Kelusa i autorów anonimowych (tzn. anonimowych, ze względu na bezpieczeństwo, teksty krążące w odpisach znaliśmy wcześniej. Zgrzebne, brutalne i niecenzuralne pod każdym względem. Teraz w interpretacji Emiliana Kamińskiego nobilitowane. Przyp.mój).

Reżyseria: zbiorowa. Aktorzy: Ewa Dałkowska, Emilian Kamiński, Maciej Szary, Andrzej Piszczatowski. Przedstawień ok. 60, widzów ok. 4 tys.

http://www.opcjanaprawo.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1786:qteatr-domowyq-teatr-stanu-wojennego-1&Itemid=10

Andrzej Piszczatowski:

„Widzowie siedzieli na czym popadnie: "czcigodni" na krzesłach, "zwyczajni" na podłodze. Myślę, że ani widzowie, ani my – nie spodziewaliśmy się, że to wspólne przeżycie będzie tak mocne, tak wzruszające i dla nas wszystkich tak ważne; że zdecyduje o tym, jak przeżyjemy najbliższe parę lat... Nasze zalecenie: udajemy, że to uroczystość rodzinna – proszę nie klaskać, jeżeli państwo zechcecie, możecie na koniec zaśpiewać "sto lat", zostało "zlekceważone" – oklaski były. Cóż... siła nawyku.”

Degrengolada – premiera XI 1984

w mieszkaniu Marty i Andrzeja Piszczatowskich na Ursynowie Warszawie.

Tekst: Pavel Kohout. Tłumaczenie: Andrzej S. Jagodziński.

Reżyseria: Maciej Szary.

Aktorzy: Zygmunt Sierakowski, Maria Dłużewska, Maria Robaszkiewicz, Joanna Ładyńska, Piotr Machalica, Marek Frąckowiak, Kazimierz Wysota, Maciej Szary, Andrzej Piszczatowski, Jerzy Gudejko, Bogdan Szczesiak. Spektakli ok. 60, widzów ok. 4 tys.

http://www.opcjanaprawo.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1745:qteatr-domowyq-teatr-stanu-wojennego-2&Itemid=10

 

Largo Desolato – premiera IX 1985

w mieszkaniu Joanny Ładyńskiej i Kazimierza Wysoty, na Stegnach w Warszawie.

Tekst: Václav Havel tłumaczenie Andrzej S. Jagodziński).

Aktorzy: Joanna Ładyńska, Andrzej Piszczatowski, Maciej Szary, Bogdan Szczesiak, Kazimierz Wysota, Marek Frąckowiak, Zygmunt Sierakowski. Przedstawień ok. 50, widzów ok. 3 tys. 

Andrzej Piszczatowski:

Bardzo chcieliśmy wystawić polską sztukę współczesną, ale nie mogliśmy znaleźć niczego, co opisując obecną sytuację, nadawałoby się do domowego wnętrza. Myśleliśmy, że może temat jest dla polskich dramaturgów zbyt świeży, ale przecież do dzisiaj nie doczekaliśmy się dramatu z prawdziwego zdarzenia o stanie wojennym. Zresztą sytuacja zmieniała się i to, pozornie, na korzyść reżimu. Wszystkich ogarniało poczucie beznadziejności, wydawało się, że władza komunistów trwać będzie bardzo długo, a droga do wolności musiałaby być drogą kolejnego, okupionego krwią powstania.”

 

Odsłon: 2002 Komentarzy: 47


Pyrrusowe zwycięstwo prowokacji

Kategoria: Polska Friday, 25 November 2011, 18:21

11 listopada 2011 roku. Przejdzie do historii, jako dzień - cezura.

Jako dzień zarysowania się wspólnoty…

Jak to się stało?

Rok temu wydawało się niektórym, zwłaszcza młodym, niedouczonym z wielkich miast, bliskim organizatorom blokady, że stoją naprzeciw siebie „antyfaszyści”, poruszeni impulsem moralnym, młodzi oburzeni.

 

Z drugiej strony,  „faszyści”, ekstremistyczna grupa. Niezbyt liczna, ale jednak, na tyle, że poczucie zagrożenia i bicie na alarm o niebezpieczeństwie odradzania się przedwojennych upiorów „faszyzmu” jest usprawiedliwione.

 

W tym roku, dzięki doświadczeniu z roku poprzedniego i dłuższemu przygotowaniu się strony „antyfaszystowskiej”, „osiągnięto więcej”. Do akcji ściągnięto posiłki spośród pożytecznych idiotów z kraju oraz zaprawionych bojówkarzy z Niemiec. Zapewniono logistykę, bazy wypadowe, fachową konsultację prawną, przygotowano staranniejszy scenariusz i narrację. I zameldowano się w Ratuszu z wnioskiem z miesięcznym, maksymalnie dozwolonym wyprzedzeniem. Sukces organizacyjny.

 

Najprawdopodobniej przygotowano również prowokację z podpaleniem wozu transmisyjnego -przesłaniem dla zagranicy. Stosownie do europejskich standardów, zadyma, którą warto pokazać w telewizji,  zaczyna się dopiero wtedy, gdy coś się porządnie pali. Zabawy w berka z policją na ulicach, to jakaś żenada. A tu musi być mocny przekaz: w Polsce odradza się faszyzm!

No to trzeba było im to dać.

 

Zwróćmy uwagę: Minęło wiele dni i nie słychać jakoś o sprawcach tego oburzającego wybryku.

 

Senator Zbigniew Romaszewski pisze w Naszym Dzienniku:

„Jak na placu, na którym było zgromadzonych już co najmniej 200 policjantów, kilku, najwyżej kilkunastu  s z c z e n i a k ó w (podkreślenie moje) mogło dokonać podpalenia samochodu? W odległości 20-30 m od samochodu stał oddział 20-30 policjantów prewencji i co? I nic. Czekano na straż pożarną.”

Koniec cytatu.

 

Ja bym tu podstawił inne słowo. Na literę p. Jedno z najstarszych słów świata. Prowokator.

Pamiętam pierwsze miesiące stanu wojennego.

 

Gazety i czasopisma pod ścisła kontrolą. Wychodzą jakieś całkowicie apolityczne i nniegroźne dla włądzy. „Niewidomy spółdzielca”. „Mówią wieki”.  Takie się kupowało w kiosku.

W „Mówią wieki” duże, historyczne opracowanie o prowokatorach. Każdy mógł czytać między wierszami.

 

Mieliśmy wówczas w pamięci działających podczas nielegalnych demonstracji prowokatorów. Tych obecnych i tych dawniejszych.

Z demonstracji pod Politechniką Warszawską w marcu 68 –mego. Nawołujących: Idziemy pod KC!

 

Albo aranżujących „dyskusję” pod płotem. Na szczęście tak nieudolnie, że ludzie szybko się od nich odsuwali. Śmierdziało ubecją na kilometr.

 

 

Teraz ktoś widział na stacji Metro Centrum policjantów w cywilu zorganizowanych w tajną grupę uderzeniową. W momencie ujawnienia się jakichś lewackich zadymiarzy, szybko założyli kamizelki odblaskowe z napisem „Policja” i spacyfikowali zadymiarzy. Działali profesjonalnie i pro publico bono. A więc można.

 

Podobna grupa jest sfilmowana komórką na którejś z uliczek Śródmieścia. Tyle, że atakuje spokojnie idących ludzi. zmierzających w stronę Marszu Niepodległości. Jeden z atakujących, ten, który „nie zdążył” założyć kamizelki, pryska gazem w twarz nie stawiającego oporu młodego człowieka. Każe mu się położyć na ziemię, po czym kopie kilkakrotnie w twarz. Obok jego koledzy w kamizelkach. Sprawa staje się głośna. Pobity dostaje 3 miesiące bezwarunkowego aresztu.

Przypadek ze skopanym po twarzy jest podręcznikowy. Z podręcznika prowokatora.

 

Zofia Romaszewska, kierowniczka Biura Interwencyjnego KOR na szkoleniu dla działaczy Solidarności na jesieni 80-tego tłumaczyła scenariusz zatargu z milicją.

„Jeśli policja kogoś pobije i poszkodowany poskarży się, regułą bezwzględną jest oskarżenie go o pobicie policjanta”.

 

Używała wówczas uparcie określenia „policja”.  Dzisiaj to określenie stało się prorocze.

 

Takiej grupy nie było w najbardziej newralgicznym punkcie „faszystowskiej” demonstracji? Ażeby od razu spacyfikować podpalaczy?

 

W programie u Pospieszalskiego zapytany wprost o incydent z pożarem wozu transmisyjnego rzecznik policji, wyraźnie sprawę zbagatelizował.

- Całe szczęście, że mieliśmy do czynienia tylko ze szkodami materialnymi. Samochód, rzecz nabyta.

Taki był sens wypowiedzi.  Wyraźnie nie chodziło o to, by kogoś konkretnego „wkręcać” w tę aferę. Ta władza jest jednak łagodna. Niewinnych, jak nie musi, nie karze. Wystarczą migawki w telewizji. Fajerwerki na ulicach, żeby fotogenicznie wyglądały, muszą trochę kosztować.

Sukces bojówek i prowokatorów być może okaże się zwycięstwem pyrrusowym.

Nawet niektórzy pożyteczni idioci spostrzegli, że coś jest nie tak.

Ale ważniejsze jest to dziwne poczucie wspólnoty.

Zgodnie występują „narodowcy”, „korwinowcy”, „jurki”, „kaczorowcy” i „ziobryści”. Razem z „normalnymi, pragmatycznymi ludźmi”. Niektóre „ostrożne” szacunki sięgają 100 tysięcy manifestantów.

 

Wyłamują się tylko narodowcy od Paxu. Pan Engelgard. No tak. Narodowcy tak mają. Zawsze muszą coś skrytykować. Albo Powstanie Warszawskie w rocznicę, albo manifestację w Święto Niepodległości, albo demonstrację na Krakowskim w miesięcznicę Tragedii Smoleńskiej. Stosownie do kanapy, na której siedzą.

 

Ale trzeba oddać im sprawiedliwość. Osaczani przez lewaków i policję zdołali zgromadzić na manifestacji piłsudczyków, monarchistów, solidarnościowców, kibiców i … zwykłych, spokojnych ludzi, których zwykle nic nie rusza. Teraz ruszyło. I zrobiło się kilkadziesiąt tysięcy.

Inne patriotyczne organizacje też organizowały manifestacje. Ale żadna nie cieszyła się takim powodzeniem, jak ta – „faszystowska”.

W jednym szeregu idzie „pisior” z wymyślającym mu od wampirów lub  nekrofili „narodowym” publicystą.

Z tyłu - nieodróżniający dżumy od cholery Janusz Korwin Mikke pod rękę z pewnym profesorem prowincjonalnej uczelni, który nie dostał po gębie za podłe insynuacje od „kaczorysty”.  Obok zwolennik Ziobry, wprowadzający w życie postulat jednoczenia prawicy. W wigilię jej podzielenia.

 

Wszyscy oni strasznie kręcą nosem na nieelegancję swoich towarzyszy z szeregu, którzy wprawdzie nie mają szalików, ale są „bezbłędnie” identyfikowani, jako „kibole”. No i za bardzo plugawią piękną mowę ojczystą. Pięknoduchowie nie pomną, że sami tak mówią, jak są w swoim gronie. Ale tak na ulicy? Nie wypada. J e s z c z e  nie wypada. „Kibole” są po prostu w awangardzie przemian językowych.

 

Cały ten tłum Polaków świetnie odróżnia renegatów zza kordonu.

Jaka jest najbardziej specyficzna cecha Polaków? MP. To mistrzowie paradoksów.

Oskard Wilde to mały pikuś. Potrzebują poczuć oddech jakichś „antyfaszystów”  na plecach.

Paradoksalna wspólnota. Polski paradoks.

 

Nic byśmy o tym nie wiedzieli, gdybyśmy mieli polegać na tradycyjnych środkach masowej perswazji. 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich ostro je skrytykowało.

Ale nie z nami te numery, Bruner ... w kominiarce!

W stanie wojennym nic nam Dziennik Telewizyjny nie wmówił, to nam wmówi „Na szkle zaciemniane”? Mamy swoje, prywatne, internetowe media. Jeszcze nie Chiny, jeszcze wolne!

 A pani Zofia znów organizuje Biuro Interwencji. Teraz pod egidą PiS. Narodowcy będą też wydziwiać?

Świat się kręci…

 

PS

Dodatek dla młodych, niedouczonych, z wielkich miast.

Polacy N I G D Y nie walczyli z faszyzmem. Ani z nazizmem. Walczyli z Niemcami i z Sowietami.

Odróżniali „dobrych Niemców” i Niemców. „Dobrych Rosjan” i Sowietów. Zdecydowanie więcej było dobrych Rosjan. Żaden Rosjanin, nawet „niedobry” nie okazywał nam pogardy. Co najwyżej zdradzał kompleks.

„Faszysta” i „Antyfaszysta” – to stalinowski wymysł, właściwie rusycyzm, żeby zakryć podobieństwo dwóch lewicowych, zbrodniczych, szatańskich reżymów.

Moje poprzednie pokolenie, dziadkowie, babcie, ciocie, wujkowie i rodzice, przeżyli wojnę. Na wschodzie i w centralnej Polsce. Znam to z ich opowiadań.

Terminy te mają prawo obywatelstwa we Włoszech, gdzie rządzili faszyści. A walczyli z nimi kawiarniani komuniści - antyfaszyści. Jedni i drudzy przy Niemcach i Sowietach jawili się, jak niegrzeczni chłopcy przy bandytach. Ja to jeszcze pamiętam. Jeszcze zdążyłem poznać Włochów, którzy przeżyli wojnę na froncie wschodnim. I włoskich komunistów.

Pozdrawiam Was, drodzy pożyteczni idioci. Życzę wam szybkiego oprzytomnienia.

 

 Przewodnik po moim blogu

Odsłon: 2527 Komentarzy: 163


Wybór między Maciejem a Adamem

Kategoria: Polska Tuesday, 15 November 2011, 12:56

Odrabiałem zaległość, czyli odpowiedź na „dobre pytanie”.

 

Marek Jurek głosił prawdę i chrześcijańskie wartości ( mówię to bez cienia złośliwości - wprost przeciwnie, szanuję tego gościa) i przerąbał wybory do cna. Co pan na to, panie Kris?

Adrem2

 

Zanim jednak zdążyłem to zrobić, Adrem2 wygłosił taki „celny komentarz”

 

Na całe szczęście zdecydowana większość Polaków to normalni, pragmatyczni i spokojni ludzie (podkreślenie moje), którym (excusez le mot, to nie ja! Lis) …. wiszą wszelkie ekstremizmy i fundamentalizmy.

 

Czy między owym „dobrym pytaniem” a „celnym komentarzem” jest jakiś związek?

 

Ja skupię się na komentarzu.

 

Adrem wrzucił do jednego worka kilkadziesiąt tysięcy „ekstremistów” z „Marszu Niepodległości” z polskimi lewakami w kolorowych chustach na twarzach i niemieckimi lewakami ze środkami przymusu bezpośredniego w rękach.

 

Taki pasztet. Pół na pół. Pół konia, pół zająca.

 

Bo „celny komentarz” pochodzi z okresu „przed”, zanim otworzyła się puszka manipulacji, prowokacji i oszczerstw po Święcie 11-tego i Marszu Niepodległości.

 

Problem „ekstremizmu” kilkudziesięciu tysięcy ludzi, głównie młodych, którzy wybrali taki sposób uczczenia Święta Niepodległości skomentuję krótko: uważam za hańbę sposób rozgrywania tej godnej szacunku inicjatywy przez tych, którzy są jej wrodzy.

 

Pominę również milczeniem młodych ludzi, którzy naprawdę wierzą w zagrożenie faszyzmem w Polsce. Mimo, iż uważam to za głupotę, okazuję szacunek ich zaangażowaniu. Jeśli dają się oszukiwać manipulatorom z lewackich kręgów, ich przebudzenie może okazać się zyskiem dla sprawy narodowej. Ktoś, kto poruszany jest prawdziwym impulsem moralnym nie jest stracony. Stracony jest ten, kto popełnia grzech przeciw Duchowi.

 

„Narodowcy”, wspierani przez kilkadziesiąt środowisk prawicowych oraz wiele osobistości świata kultury, nauki, polityki, sportu, środowisk kombatanckich – szli w Marszu Niepodległości, zaś lewacy spod znaku Gazety W. i Krytyki P. przeszkadzali. Nawet Niemców zaprosili. Ponura wschodnia historia Targowicy powtarza się jako zachodnia, żałosna farsa.

 

Nie wiem zbyt wiele o narodowcach. W zeszłym roku postanowiłem sprawdzić osobiście, co to za ludzie, jak będą maszerować i jak się zachowywać.

 

Świętowaliśmy więc  r a z e m  11 listopada. Wnioski z mojej obserwacji uczestniczącej były następujące: „Narodowcy” to „normalni, pragmatyczni i spokojni ludzie”, podobnie, jak kibice klubu Hutnik, którzy razem z nimi maszerowali. A zachowywali się lepiej, niż moje wnuki u babci na imieninach.

 

W tym roku mamy strawę dla „oficerów wyszkolenia bojowego” – spalony wóz transmisyjny TVN 24. Podobnie, jak w przypadku profanacji pomnika w Jedwabnem stawiam jednak dolary przeciw orzechom, że sprawców nie poznamy.

 

Nie byłem tam, ale korzystam z relacji bezpośrednich rodziny i znajomych. Śledzę pilnie relacje ze środków masowej perswazji, z Internetu.

 

Ani ja rok temu, ani moi informatorzy, do których mam zaufanie, w tym roku, nie mogliśmy przez największe szkło powiększające dostrzec powodu dla którego „Narodowcy” a nawet „kibole” a także wszyscy „normalni, pragmatyczni i spokojni ludzie”, nie mieliby prawa demonstrować w ten sposób swojego przywiązania do niepodległości i patriotyzmu. Tak, jak go pojmują.

 

Chyba po to są święta narodowe?

 

Komentator A2 uważa jednak inaczej.

 

Nie rozróżnia lewaków, kochających zadymy i burdy od młodych, patriotycznych chłopaków. Niestety o orientacji narodowej, która zawsze środowisku GW pachniała brzydko.

 

Nie wiem, czy są bardzo mądrzy, ani wystarczająco dobrze ułożeni. Ale nie mam żadnych podstaw dopuszczać niskie pobudki ich obecności na Marszu czy brak dobrej woli.

 

A to jest dobry początek. O wiele lepszy, niż wielbienie zadym, używanie darmowych gwizdków i szukanie antysemitów w każdej szafie. Czyli siano w głowie i trawka w ustach.

 

Być może A2 nigdy nie widział z bliska żywego ekstremisty i uwierzył propagandzie na słowo. Nie wiadomo przecież, czy narodowcy ukradli rower, czy może im go ukradli, więc najlepiej się nie mieszać, być rozsądnym i umiarkowanym.

Zachował się więc, jak nie przymierzając, Felicjan Dulski.

- A niech was wszyscy diabli!

To typowa reakcja zagubionego obserwatora, nierozróżniająca wroga od przyjaciela w kłębowisku ścierających się ciał.

 

Można by na tej konstatacji poprzestać, ale… cóż A2… Popatrzmy, jak się komentuje politykę na prominentnych blogach i w ambitnych, zasłużonych czasopismach opinii. Prawicowych, oczywiście. Po co tracić czas na czytanie lewackich bzdur?

 

Dlatego każdy wyciek wyrazistych osobowości z konduktu martyrologiczno-insurekcyjnego, jakim jest dzisiejsze Prawo i Sprawiedliwość, to wiadomość dla Polski ze wszech miar dobra.  (…)

Jałowienie PiS-u, które poza infantylnym hasłem, że Polacy zasługują na więcej, niczego sensownego nie było w stanie zaproponować w ostatnim czasie, jest procesem logicznym. 

Kultura organizacyjna tej formacji z daleko posuniętą homogenicznością, oparta na groteskowym i niewyszukanym kulcie jednostki…(…)

Itd. I tym podobnie.

Maciej Eckhardt

 

Te elukubracje polityczne a właściwie partyjniackie, które „nie straciły na aktualności do dzisiaj”, bo faktycznie z PiSem mamy problem, można tylko uzupełnić „słynnym cytatem” z profesora Adama Wielomskiego, monarchisty, popierającego, a jakże, Marsz Niepodległości (zresztą wspólnie ze wspomnianym wyżej Maciejem E.!).

Grządkę monarchistyczną w zasłużonym czasopiśmie Adam Wielomski odziedziczył po chyba ostatnim poważnym polityku tej proweniencji, po jego wejściu do parlamentu, z list – PiSu właśnie (!), Arturze Górskim.

 

 „Politycy Polski Plus (…) występują w różnych programach publicystycznych, z powagą głosząc najskrajniejsze pisowsko-smoleńskie teorie. Nie wierzę, że uwierzyli w „spisek” i „zamach” i Bóg jeden wie, co jeszcze. 

Zapewne(podkreślenie moje) kierownictwo PiS wysyła ich i zmusza do tych wypowiedzi, aby ich upodlić. Nie chcieliście uwierzyć w „mgłę”? To będziecie o niej opowiadać na prawo i lewo, aby każdy wiedział, jak Prezes traktuje zdrajców i apostatów.”

 

To zdanie – wzorzec. Każdy antypisowiec powinien je sobie przyswoić.

Chociaż lepsze i krótsze i tak samo „trafne” jest zdanie niegdyś błyskotliwego, dziś już tylko coraz bardziej zagubionego i chwilami, ku mojej rozpaczy, żałosnego, Janusza Korwina Mikke, że wybór między PO i PiS to „wybór między dżumą a cholerą”.

 

Proszę dobrze wczuć się w tę poetykę. Czy TAK powinna wyglądać dyskusja polityczna na prawicy?

"Najlepsze wzory". Gdzie ich szukać?

To jest moja zagadka. Bo nie jestem pewny. Może ja też jestem zadżumiony?

 

Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że niektórzy prawicowi publicyści bezwiednie przesiąkli  p e w n ą  poetyką. Natomiast sądzę, że logika i zakres tematyczny publicystyki prawicowej powinien się skupiać na problemach Polski właśnie. A nie na kolejnych burzach w szklance wody oraz chwaleniu swoich plisich piórek.

Odpowiedź na „dobre pytanie” jest w zasięgu ręki. Czy w atmosferze takich „merytorycznych rozważań” jest w ogóle miejsce na problemy, którymi żyje Marek Jurek?

Na szczęście jest parę ożywczych, jak łyk świeżej wody, wpisów, jak cykl blogera Rzeczy Wspólne.

Coś na temat, bez durnych spekulacji wrzucanych odruchowo na pierwszą stronę. I podłych insynuacji pod logo monarchistycznym, ku jego pohańbieniu.

 

To ja już wolę „klasyka” i domyślam się bystro, że wybór między Kaczorem a Ziobrem – „politykiem bez poglądów”, to wybór między dżumą a cholerą.

 

A może wybór między Maciejem a Adamem, wszystko jedno którym, to o wiele gorszy wybór?

Ładnie? No i co z tego wynika?

Niewiele. Publicystyka Wolnych Skojarzeń oraz Dziennikarstwo Niskobudżetowe, czyli DNo dalej będzie kwitło.

 

 

Odsłon: 244 Komentarzy: 9

Procedury Korporacyjne

Kategoria: Ekonomia Thursday, 27 October 2011, 12:09

czyli Diabeł siedzi w szczegółach

Mam na koncie trochę zaległych zobowiązań blogowych. Zajęcia zawodowe, ale … uczciwie mówiąc, emocje powyborcze opadają i patrzę na tę całą łomotaninę „The day after” z coraz większym zniechęceniem. I nie ja jeden.

Ale i obserwacja zwykłej, codziennej krzątaniny też budzi różne refleksje. Nawet małe incydenty też coś mówią o duchu czasów. Paranoja?  Niech będzie. Dam więc jej świadectwo.

Opowiem, jak prowadziłem kurs z tematyki informatyczno - biznesowej .
Organizator: pewna firma,  mierząca wysoko, prowadząca szkolenia z różnych dziedzin biznesu. Wynajmująca pomieszczenia w prestiżowym gmachu w Warszawie kojarzonym w całym świecie. Najwyższa półka.

  1. Ogólne wrażenie „prawie dobre”. Jedna dobra decyzja, która ratuje sytuację.
    Mieliśmy specjalnego opiekuna
    , przemiłego i operatywnego pana Dobromira (imię wymyślone, ale chyba dobrze?). Zajmował się sprzętem, witał uczestników, prowadził na obiad, pilnował przerw. Ustawiał rzutnik, wołał obsługę do psującego się sprzętu. Próbował otwierać, (ze zmiennym szczęściem, ale to nie jego wina), pozamykane wejścia. Był z nami. Dyskretny i akuratny.

 

  1. Ale ta widoczna ofiarność została wystawiona na ciężką próbę. Przez korporacyjne procedury. A właściwie luki w tych procedurach.
    Firma – organizator kursu, której główna recepcja  znajdowała się w odległości 50-ciu kroków od sali zajęć, jednak za nieprzekraczalną ścianą z elektronicznym zamkiem - zostawiła go samemu sobie, pewnie zgodnie ze swoimi procedurami. Mimo luk w nich.

    Objawiało się to stopniowo, ale do końca napięcie narastało.

 

  1. Pierwsze zaskoczenie: To ten gmach i to siedziba tej firmy? Łał. I zaraz – uff. A więc wszystko na miejscu.  Aha. Wszystko pod kontrolą.
    Pod koniec dnia pytam w recepcji, czy dobrze wjeżdżam. Bo jednak trochę za duże zamieszanie. Muszę zjechać na dół, żeby się dostać do udzielonej mi uprzejmie szafy na ubranie wierzchnie.
    Odpowiedź twierdząca.  
    Jednak drugiego dnia nie zostawiam już jesionki. Na wszelki wypadek.

 

  1. Rzutnik na sali nie daje się uruchomić. Podobno oni przyjmują, że prowadzący „oczywiście” ma swój. Nie trzymam standardów. Zmieniany Dwa Razy przez krzątającego się Dobromira. Muszę zainwestować w rzutnik? Ale ekran też jakiś przestarzały. Ciężko go ustawić, za bardzo odstaje od ściany z powodu długiej odnogi trójnogu i w małej salce traci się niepotrzebnie jeszcze więcej miejsca. Strach pomyśleć, ile tu kosztuje metr kwadratowy. Sądząc po wielkości salki na dziesięć osób, każdy metr jest na wagę złota.

 

  1. Salka NIEPRZYSTOSOWANA do prowadzenia warsztatów. Dziesięć osób, którzy się tłoczą przy trzech stołach, żeby coś widzieć.

 

  1. Wszechobecne zamki elektroniczne. Czujemy się uwięzieni w klatce. Wracając z obiadu - dzwonimy do recepcji, która nas odsyła do opiekuna. Czekamy. Ale opiekun chyba nie powinien prowadzić nas na smyczy? Bo faktycznie – nie prowadzi. Niektórzy się zerwali.
    Dzięki pomocy przypadkowych ludzi „dobrej woli” – (widzą lekko zrozpaczony tłumek za szybą, więc wpuszczają) - wchodzimy. W międzyczasie pojawiają się pomysły, żeby podsadzić kogoś, żeby wcisnął przycisk z drugiej strony szyby.

 

  1. Trzeciego dnia w recepcji NIC NIE WIEDZĄ o kursie. Gdzieś dzwonią, nie mogą nikogo złapać. Czekamy, ja i niektórzy uczestnicy. Atmosfera staje się absurdalnie żartobliwa. Odwołali nas? Zwolnili pana i teraz nie wpuszczą? A co z nami?
    Zdaję sobie sprawę, że ta prestiżowa recepcja, to siedziba centrali, a ja jestem wynajęty przez mniej prestiżową filię, której centrala robiła właściwie łaskę. Ma inne, bardziej prestiżowe sprawy, nie jakieś szkolenia.

 

  1. W końcu każą zjechać na dół i wjechać windą w innym miejscu. Na szczęście pan Dobromir jest na stanowisku, za szybą przy wyjściu z windy – w tym innym miejscu.
    Ja, ze swoim zaskoczeniem – to w końcu mały pikuś. Jestem od prowadzenia kursu, jak … wiadomo. Ale ze mną są uczestnicy. Potem będą wypełniali ankiety. Ale tylko niektórzy. Komu się chce wypełniać jakieś ankiety?

 

  1. Podsumowanie:
    1. Gmach – najwyższa półka - (noblesse oblige!) . Korporacyjne procedury. Kompetentny i ofiarny pracownik.  To z jednej strony.

A z drugiej?

  1.  
    1. Sala, w której jest niewygodnie, rzutnik, który źle świeci, klatka na szczury, które chcą uczestniczyć w wyścigu, ale się szamocą za szybą.

 

  1. I pytanie, nie na temat: Jeśli w najbardziej prestiżowej firmie wszystko idzie „prawie dobrze”, to czemu się dziwić, że wyżej? I dlaczego tak jest? Gdzie jest błąd?
    Jakości merytorycznej kursu skromnie nie poruszam. Powiedzmy, że w normie. I cieszmy się z tego.

 

 

Odsłon: 294 Komentarzy: 9


1 2 3 4 5 6 7 8 9 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.