Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Przemiana Łabędzia w Brzydkie Kaczątko.

Kategoria: Aborcja Wednesday, 29 February 2012, 11:09

Dzień czwarty - „Leming w akcji”.

 

Od rana w pracy czatował na Patryka, lecz dopiero około 14.00 udało mu się go złapać w kąciku dla palących. Podszedł nieśmiało i zapytał, czy ma ogień. Patryk przypalił mu papierosa i przez chwilę palili w milczeniu.

- Jak to możliwe, że dopiero teraz się tu spotykamy? Długo pracujesz w urzędzie? - zapytał bezczelnie.

- Długo.

- Sławek – przedstawił się.

- Patryk.

- Wiesz – mam do Ciebie taką małą prośbę - bez zbędnych ceregieli przeszedł do rzeczy.

- No – tak też mi się zdawało, że nie przypadkiem to spotkanie. Wal.

- Naprzeciw Twojego pokoju pracuje taka blondynka.

- Kaśka

- Tak, Kasia. Podoba mi się. Ale jej nie znam i nie wiem jak podejść, żeby nie spalić. Mógłbyś zajrzeć do akt i dać mi jej adres?

- I co – numer telefonu, może też rozmiar buta?

- A to i rozmiar butów zapisujecie? Może być – buty jej kupię.

- Jest ochrona danych – nie wiedziałeś?

- Wiedziałem. Ale gdybym miał jej adres, to wiesz – jakieś kwiaty mógłbym wysłać, albo pizzę zawieść wieczorem. No jak będzie? Zajrzysz do teczki?

- Szwagra nie możesz zapytać?

- Nieużyty jest.

- Mam wspierać konkurencję?

- ???

- Mi też się podoba.

No, to by mu pasowało – wyrwać laskę Jarkowi rękami tego Patryka. Humor wyraźnie mu się poprawił.

- To może skoczymy po pracy na piwo. Bądź co bądź mamy wspólne zainteresowania, a to już coś?

- Kpisz, czy o drogę pytasz?

- No nie daj się prosić. Chcę pogadać.

- Gdzie?

-„Pod Niedźwiedziem”.

 

Zadowolony był z siebie. Los najwyraźniej się do niego uśmiechał. Na spotkaniu z Patrykiem wyjaśnił mu w czym rzecz i że bynajmniej nie zamierza stawać do konkurencji o względy Kaśki. Dowiedział się też, że w czwartek rano Kaśka razem z Jarkiem planują wspólny wyjazd w delegację oraz, że ona mieszka na Walecznych 8. Ta druga wiadomość mogła okazać się kolejnym zdobytym punktem w batalii o małżeństwo siostry, gdyż na Walecznych mieszkał także Marcin, toteż bezpośrednio po spotkaniu z Patrykiem udał się do Marcina. Samochód zostawił na początku ulicy. Uznał, że w ten sposób lepiej będzie mógł ocenić otoczenie. Nic szczególnego jednak nie zauważył. Wszedł do Marcina, chwilę pogadali o codziennych sprawach, po czym zapytał kolegę, czy nie zna przypadkiem sąsiadki. Marcin miał zmieszaną minę, gdy go informował, że przed jej domem często widuje samochód siostry. No tak – w takiej małej dziurze niczego się nie da ukryć. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Dlatego nienawidził tego miasta. W dalszej rozmowie zdołał ustalić, że wybranka serca Patryka ma psa – białego pudla, na którego chucha z niezwykłą starannością. Zawsze rano przed wyjściem do pracy wypuszcza go na podwórko na jakieś pół godziny. I to było to, czego potrzebował. Pomyślał, że jeśli w czwartek rano ten pies jej ucieknie, to chyba nie powinna jechać w tę delegację. Nie zostawi psa na pastwę losu. Wciągnął Marcina w swój szczeniacki projekt i wszystko zaplanowali. Rano ktoś otworzy bramę, zwabi psa i go ukradnie. Będzie wyglądało na to, że pies uciekł. A potem jakoś się ułoży. Już widział Kaśkę w ramionach Patryka, gdy z wdzięczności za opiekę nad pupilem obdarza go swymi wdziękami. Pozostało parę technicznych kwestii do obmyślenia, bo psem nie mógł się zając ani Marcin, ani on sam. Znała ich obydwu, więc trzeba było znaleźć kogoś, kto zgrabnie wykona to zadanie. Czuł się, jakby uczestniczył w centrum dramatu szpiegowskiego i trochę go to bawiło.

 

W doskonałym humorze udał się do siostry. Właściwie to już mógł jej przyobiecać happy end.

- A moja siostra znów cały dzień grała na grzebieniu – stwierdził w wejściu.

- Bo co?

- Bo wyglądasz jak wkurwiony Szopen po koncercie lub Janusz Palikot na co dzień. I od święta zresztą też.

Nadąsała się. Ściągnęła usta w dzióbek, co niechybnie oznaczało, że się gniewa.

- No, rozchmurz się. Chciałem Ci tylko powiedzieć, że faceci zwykle nie bywają ślepi i zwracają uwagę na pewne drobiazgi. Nie możesz tak wyglądać, jeśli chcesz ratować swoje małżeństwo. Ogarnij się trochę. Tamta z urzędu, choć chuda słomka cizia blond, zawsze jest jakoś uczesana. Wygląda na to, że Twój mąż nie ma specjalnie wygórowanych oczekiwań. No już, uśmiechnij się. Wszystko będzie dobrze. Nie chciałem Ci dokuczyć.

Zjedli obiad, pogadali chwilę. Powiedział jej, że szuka nowej pracy i że nie chce już pracować w urzędzie. Poradziła mu, żeby zawiózł swoje CV do firmy „Ekostat” na Kołobrzeskiej. Już dawno planowała, że będzie tam pracował. Zaraz, jak tylko skończył studia, miał tam załatwione miejsce, ale Jarek uparł się, żeby w urzędzie. Może jeszcze uda jej się przekonać właściciela firmy, żeby go zatrudnił. Oczywiście nie miała pojęcia, jakie pieniądze wchodzą w grę, ale skoro zdecydował i prawie wypowiedział umowę Jarkowi, to dobrze, żeby się gdzieś zaczepił.

- Gdzie masz dzieci? - zapytał stojąc już w drzwiach.

- Zuza u koleżanki, a chłopcy bawią się na podwórku.

- Pozdrów je ode mnie.

Po powrocie do domu odpalił komputer. Sprawdził pocztę, przejrzał kilka stron w internecie, zajrzał na blog „swego ulubieńca” (tu przestraszył się jak zwykle) i włączył grę. Wieczorem w łóżku próbował typować, który z synów Asi lepiej nadaje się do uprowadzenia pudla. Padło na Janka, który chociaż młodszy, wydawał mu się bystrzejszy i taki bardziej zawadiacki. Postanowił, że to zadanie może wykonać tylko dziecko. W razie wpadki, bez trudu się wywinie, mówiąc np. że pies mu się podobał i chciał go tylko pogłaskać.

Odsłon: 182 Komentarzy: 5


Przemiana Łabędzia w Brzydkie Kaczątko.

Kategoria: Kultura Monday, 27 February 2012, 10:56

Dzień trzeci - „Wpadka Pierwszego”

 

W pracy na korytarzu dyskretnie obserwował ją. Jeszcze nie miał żadnego planu, ale na wszelki wypadek postanowił się zorientować w sytuacji. Bardzo szczupła, wręcz chuda, włosy rozjaśnione na blond – zdecydowanie nie była w jego typie. Miał trochę za złe szwagrowi, że tak fatalnie wybrał. Czym ona oddycha? Może nie oddycha wcale?

 

Przeszedł się po korytarzu. Na przeciwko jej pokoju były kadry. Kto tam pracuje? Sasinowska? Nie, ta stara służbistka w niczym mu nie pomoże. Patryk? A, ten. Został jeszcze po poprzedniej ekipie. Pomimo, że urząd był dość starannie czyszczony, jakoś się uchował.

Gdy nalewał wody do szklanki, spostrzegł, że Patryk wychodzi z pokoju i kieruje się w stronę kącika dla palących. Nie znają się, a chyba czas najwyższy.

 

Wrócił do domu dość późno. Po drodze z pracy zawiózł swoje CV do kilku firm. Nie miał złudzeń, ale uznał, że przynajmniej powinien spróbować.

Wszedł do osiedlowego sklepiku, aby uregulować dług w zeszycie. Przy ladzie stał Darek, a ekspedientka zapisywała jego zakupy. Coś go podkusiło i nie cofnął się. Chciał, żeby Darek miał świadomość, że on widział, iż robi zakupy na zeszyt. Ale miał głupią minę - ledwie wymamrotał „cześć” i już go nie było. Uregulował swój dług i wziął Tyskie oraz papierosy. Nie palił, ale jutro mogły mu się przydać w pracy.

Wrócił do domu. W głowie miał mętlik. Nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Włączył komputer i jakoś odruchowo, niemal bezwiednie wyszukał blog Palikota. Z ekranu komputera spojrzało nań „nowe Słońce”, ale jakoś tak krzywo, pod kątem. Może dlatego, że ze zdjęcia? Czy w Biłgoraju nie ma fryzjera? - zastanowił się. Całkiem może być, że nie ma, zresztą i o grzebieniu też chyba nie słyszano. Tak. Im dalej na wschód, tym gorsza wiocha. Chyba za wysokie progi na Palikota nogi?

Trochę się tym strapił, bo wiele wskazywało, że jego paczka znajomych szykuje się do błyskawicznej zmiany frontu, zaś jemu samemu nie bardzo ta zmiana odpowiadała. Pomyśli o tym kiedy indziej.

 

Dziś dla odmiany posłuchają razem z sąsiadką „Myslowitz”. Wrzucił płytkę i rozkręcił aparaturę, ile fabryka mocy dała. Włożył słuchawki, żeby nieco zminimalizować efekt i zadowolony usiadł w fotelu. Odleciał. Niestety, tylko na krótką chwilę. Z zamyślenia wyrwało go walenie w drzwi. Otworzył. Przed nim stała sąsiadka, ale nie ta z dołu, lecz z góry.

- Na Boga, niech pan to ściszy. Nie można w domu wysiedzieć.

- Dobrze. Już wyłączam. - Uśmiechnął się do sąsiadki i puścił jej oko. Natychmiast się rozchmurzyła i odeszła.

 

Posłuchamy innym razem - postanowił. Tymczasem wyciągnął pudło z rodzinnymi fotografiami i zaczął leniwie przeglądać. Nie było ich aż tak znowu wiele. Co ciekawe, na żadnej chyba nie było jego ojca. Ojca właściwie nie pamiętał. Ponoć odszedł, gdy miał trzy lata. Po jego odejściu temat ojca stanowił tabu w domu i w zasadzie nigdy go nie wspominano. Zupełnie, jakby w ogóle nie istniał. Tylko ze swojego dowodu osobistego wiedział, że ojciec miał na imię Aleksander. Nigdy też nie odwiedzali dziadków ze strony ojca. Ich też nie znał i nigdy nie widział. Mieszkali gdzieś na wsi w podlaskim, ale dotąd nie interesował się nimi. Dopóki matka żyła, to chociaż nie pracowała, w zasadzie niczego im nie brakowało. Matkę stać było, by utrzymać dom i jednocześnie Asię na studiach dziennych. Aura tajemnicy wokół osoby ojca zaczynała go nakręcać. Kim był, jaki był? Dlaczego odszedł?

W pamięci pozostały mu jakieś obrazy z dzieciństwa, były one jednak bardzo niewyraźne i nigdy nie udało mu się ułożyć z nich żadnej logicznej całości. Pamięta, jak matka z siniakiem pod okiem płakała w kącie przy oknie. To chyba wtedy ojciec odszedł? Może przyczyną była przemoc domowa? Pamięta też, że matka darła się na Asię, gdy ta pewnego razu wypomniała jej, że ojca z nimi nie ma i że jest to jej wina. Nic z tego nie wynikało, a Aśka wszelkie jego późniejsze próby sprowadzenia rozmowy na temat ojca zwyczajnie zbywała. Myślał o ojcu, bo przypomniał mu się facet ze sklepu na Hallera. Kim był ten facet i dlaczego mu się przyglądał? Ta twarz - jakby znajoma, choć ma pewność, że nie spotkał nigdy tego człowieka.

 

Wieczorem, przed samym pójściem do łóżka, zadzwonił do niej.

- Cześć siostrzyczko.

- Cześć Lemingu.

- No nie martw się już. Nawet leming może czasami pomóc. Nie powinnaś przypadkiem gdzieś wyjechać z dziećmi na jakiś czas? W końcu masz wakacje, a snując się po domu i tak niczego nie wskórasz. Może pojedziemy na tydzień w góry? Wezmę urlop, zresztą i tak chyba będę zmieniał pracę. No co?

- Sama nie wiem. Pomyślę i dam Ci znać. Ale dzięki, że o mnie myślisz i chcesz pomóc. Śpij dobrze.

- A może potrzebujesz czegoś? Jutro po pracy wpadnę uregulować dług. Kupić Ci coś na mieście? Może załatwić coś? Pomyśl, co mogę dla Ciebie zrobić?

- Idź spać.

 

Gdy leżał już w łóżku i robił ostatni przegląd wydarzeń dnia, jego uwagę przykuł incydent ze sklepu. Darek – człowiek sukcesu. Nadawał ton całej paczce. To on polecał filmy warte obejrzenia, artykuły do czytania. Wyznaczał trendy mody i decydował prawie za wszystkich, co wypada, a czego nie wypada myśleć. Świetna praca, zawrotna kariera i zakupy na zeszyt w sklepie osiedlowym? Coś tu nie gra. I ta tleniona blondynka. Co zrobi z ta blondynką? Prześpi się z nią? Nie kręciła go ta perspektywa. W tych sprawach był dość staromodny. Pamięta, jak Asia tłumaczyła mu sens czystości seksualnej. Miał chyba 12, może 13 lat. Patrzył w nią jak w obrazek i wszystko, co powiedziała, zakodował gdzieś głęboko, chociaż może niekoniecznie wszystko to do końca zrozumiał. Jednak nigdy nie gustował w przypadkowych kontaktach seksualnych. Traktowano to u niego jak takie małe, drobne dziwactwo. Poza tym z niczym nie odstawał od grupy, więc jakoś mu to uchodziło. No, żeby to się teraz nie obróciło przeciwko niej. Musi wyrwać tę tlenioną i zwyczajnie ją uwieść, żeby ratować małżeństwo siostry. Nawet nie tyle o małżeństwo chodzi, ile o jej dobre samopoczucie. I żeby ten uśmiech, razem z optymizmem wróciły na swoje miejsce. Inaczej świat mu się zawali i kto wie – może nawet niebo spadnie na głowę? Lemingi chyba nie lubią, jak niebo spada. Wolą raczej błogi spokój – pomyślał sennie. I zasnął.

Odsłon: 104 Komentarzy: 1


Przemiana Łabędzia w Brzydkie Kaczątko.

Kategoria: Aborcja Saturday, 25 February 2012, 15:04

Dzień drugi – „Łabędź w prozaiczny sposób odkrywa, że jest lemingiem”.

 

Obudził się koło południa. Jeszcze miał w pamięci urywki dyskusji, jaką wczoraj toczyli przy piwie, ale tak naprawdę nie to burzyło jego dzisiejszy spokój. Teraz znacznie wyraźniej niż wczoraj pamiętał twarz siostry. Tak, była wyraźnie przygnębiona. Gdy stał już w drzwiach i szykował się do wyjścia, kątem oka spostrzegł, że z oczu spływają jej łzy, które szybko wytarła, jakby za wszelką cenę chciała je ukryć przed nim. Niestety, wiedział, jaka może być przyczyna tych łez i było mu jakoś nieswojo z tego powodu. Właściwie to czuł się nawet winny. Z drugiej strony ta silna, zawsze optymistycznie nastawiona do życia Aśka, biorąca wszystkie przeszkody jak rasowy koń na wyścigu, w takim stanie mogła wywołać prawdziwe trzęsienie ziemi w jego jako tako poukładanym życiu.

 

Aśka, Asia, Joasia – jego druga matka. Potrzebował jej uśmiechu i optymizmu na równi z powietrzem. Właściwie to gdyby uczciwie wyznaczyć tę kolejność, to Aśka była pierwszą matką, przed tą, która zawsze siedziała nieszczęśliwa i tłukła się bez sensu po domu. Tak ją zapamiętał. W szlafroku, rozczochrana, ciągle skrzywiona. Mało rozmawiali ze sobą. Nawet w ostatnich dniach, kiedy umierała na raka w szpitalu. Nie umiał z nią nawiązać kontaktu, nie było żadnej serdeczności we wzajemnych relacjach. Płakał po jej śmierci, ale równie szybko się otrząsnął. Prawdziwym jego światem i podporą była zawsze starsza siostra. To ona odprowadzała i odbierała go z przedszkola, odrabiała z nim lekcje, cieszyła się każdym jego sukcesem w szkole. Dbała o niego, rozmawiała z nim, zawsze była ciekawa, co robił, gdzie i z kim był. Ona kupował mu ubrania za pierwsze pieniądze, jakie zarobiła. Po śmierci matki zamieszkał z nimi. Jarek, mąż Aśki był równym gościem. Oboje łożyli na jego utrzymanie, dzięki czemu skończył studia w jako takim spokoju. Jarek załatwił mu awans w urzędzie w zamian za milczenie. Wprawdzie nie było to oficjalnie powiedziane, ale należało się domyślać, że zależy mu na tym, aby żona pozostała w błogiej nieświadomości. Teraz pewnie już wie, stąd te łzy. Pójdzie, porozmawia z nią, wytłumaczy jej, że.....

Co jej powie? Wiesz, to nic takiego – Twój mąż ma kochankę, pobawi się i wróci do Ciebie.? Śmieszne. Co można powiedzieć komuś w takiej sytuacji, aby go pocieszyć. Ciekawe, czy wie o jego awansie?

 

Otworzyła mu drzwi w szlafroku. Roztrzęsiona, z włosami w nieładzie wyglądała prawie jak matka. Ten widok sprawił, że nogi się pod nim ugięły i zupełnie zapomniał, co miał powiedzieć.

- Cześć siostra.

- Wejdź.

Powlokła się do pokoju, usiadła na kanapie i zakryła twarz dłońmi. Myślał, że płacze, więc milczał, patrząc na nią i zastanawiając się intensywnie, od czego właściwie najlepiej zacząć. Po chwili opuściła ręce i jej wzrok spoczął na nim.

- Co się stało?

- Proza życia mnie dopadła – odpowiedziała, siląc się na dowcip. Jarek ma babę i zanosi się na rozwód.

- E tam – przesadzasz. Pobawi się i wróci do Ciebie. Żadna nie może Tobie dorównać. Ta słodka idiotka z urzędu nadaje się tylko na parę nocy.

Gorzej nie mógł zaintonować. Teraz w oczach siostry pojawiła się wściekłość.

- Wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś? Ty lemingu. Sprzedałeś mnie za awans, który Ci załatwił. Nie wierzę!

Więc jednak wiedziała. Wszystko wiedziała, jak zawsze. Było mu głupio. Próbował jeszcze ratować sytuację.

- Nie płacz, to przecież nie moja wina. Nic by to nie zmieniło, gdybym Ci powiedział.

- Zmieniłoby! Teraz on się wyprowadza do niej i chce rozwodu.

No tak – sytuacja jest rzeczywiście trudna.

- Wiesz, idź już. Ty i tak mi nie pomożesz. Ze wszystkim muszę uporać się sama. Popłaczę jeszcze dwa dni i później jakoś się pozbieram. I pamiętaj – jesteś tylko zwykłym, sprzedajnym lemingiem.

Mówiła z żalem, który łamał mu serce. Wyszedł zbity z tropu. Co ma teraz zrobić? Jak może jej pomóc? Porozmawia z nim. Ale co mu powie? Może i jest lemingiem, ale nie zostawi siostry samej. Wyjął telefon i wybrał numer szwagra.

- Cześć. Wiesz co – nie chcę pracować na tym nowym stanowisku. Nie chcę od Ciebie niczego i niczego nie chcę Tobie zawdzięczać – wypalił. Załatw to jakoś. I mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy z tą dziewicą, co to połowa urzędu...a zresztą. Trzymaj się.

Jarek oddzwonił za chwilę.

- Możesz zrezygnować z tego stanowiska, ale tamtego też już nie dostaniesz.

 

Nie miał wyrzutów sumienia, choć trochę skłamał w sprawie dziewicy. Faktycznie nic o niej nie wiedział, nawet nie bardzo mógł skojarzyć, jak wygląda. Tym bardziej, że nigdy nie interesowały go sprawy innych, a o romansie szwagra wiedział, bo w urzędzie huczało. Ale co tam. Zburzył szwagrowi nieco spokój i był zadowolony, choć w głębi duszy nie potępiał go. Gdyby nie fakt, że to jego siostra cierpiała z tego powodu, byłby gotów zaakceptować i nawet pochwalić istniejący układ. Zapalił silnik w samochodzie. Ruszył przed siebie. Pomyślał, że po drodze zajedzie do sklepu. Na mieście był niewielki ruch. Niedziela. Zatrzymał się przy sklepie na Hallera i wysiadł z samochodu. Wszedł do środka i stanął za jakimś gościem w mocno sfatygowanym ubraniu. Przewracał oczami i gapił się bezmyślnie na wystawę, jakby ją pierwszy raz w życiu widział. Wtem facet przed nim odwrócił się i spojrzeli na siebie – obaj, nie wiadomo z jakiego powodu stanęli jak wryci. Nie znał go, nie widział nigdy wcześniej tego człowieka, ale wydał mu się znajomy. Tamten wymamrotał „przepraszam” i wyszedł. Będąc już przy drzwiach, dyskretnie się za siebie obejrzał i znowu ich oczy na ułamek sekundy spotkały się.

 

Dziwny, przygnębiający dzień. I ten leming! Ten żal Asi, jej łzy i przygnębienie. Wszystko może znieść, ale jej w takim stanie nigdy nie widział i nie spodziewał się zobaczyć. Z drugiej strony patrząc tak obiektywnie, to przecież żadna rewelacja. Ludzie się pobierają, potem rozwodzą, potem znów i jakoś tak to się wszystko kręci. I czego tu płakać? Znajdzie sobie innego, fajniejszego faceta. Joasia mimo swego wieku wygląda świetnie. Może wyciągnąć ją na jakąś imprezę, jakiś grill albo to pubu? Nie, nie pójdzie. To tradycjonalistka. Świetna babka, ale w głowie ma jakoś inaczej poukładane. Skąd ona to ma? W domu nigdy nie chodzili do Kościoła. Nawet przed Pierwszą Komunią matka pytała go, czy chce iść. Chciał, bo wszyscy z klasy szli. A Aśka po kryjomu, chowając się przed matką, czytała jakieś katolickie książki.

Aż dziwne, że się ze sobą bez trudu dogadują, pomimo, że tak wiele, a właściwie wszystko, ich dzieli.

Odsłon: 308 Komentarzy: 5

Przemiana Łabędzia w Brzydkie Kaczątko.

Kategoria: Kultura Friday, 24 February 2012, 17:54

Dzień pierwszy - „Jak dobrze być lemingiem.”

Obudził go dźwięk radia, które starsza sąsiadka, mieszkająca na dole rozkręciła chyba na cały regulator. Najpierw był trochę zły, ale później pomyślał, że w sumie chyba już wstanie, gdyż koniecznie musi nadrobić zaległości z całego tygodnia, a nazbierało się ich nieco. Leżąc jeszcze w pościeli, zastanowił się, od czego zacznie. Może najpierw Wirtualna Polska? Nie. Może Gazeta Wyborcza – wczorajszy numer leży na stoliku nietknięty. Z gotowym planem jak strzała wyskoczył z łóżka. Błyskawicznie wciągnął spodnie i złapał koszulkę. Ale co to? Dopiero teraz zorientował się, że sąsiadka na dole słucha Radia Maryja. Zdenerwował się. Nagle uleciał gdzieś cały optymizm, którym przed chwilą zdawał się emanować.

- Co za kraj? Gdzie ja muszę żyć i jakie katusze znosić? Człowiek nie może nawet w sobotę odpocząć, bo stara  dewotka rozwali te swoje pudło na cały regulator. Ech życie. Nie cierpię tej rozgłośni i tego głupiego Rydzyka. Jak można słuchać czegoś takiego? (Nigdy nie słuchał tej rozgłośni, ale co z tego? Wie, że jest głupie, bo głosi nienawiść i antysemityzm.) Zamiast się modlić, to zajmuje się polityką i...jątrzy przeciwko..ach. Co tu dużo mówić. Dno kompletne.

Włączył telewizor i leniwie przerzucał kanały. Na TVN24 zobaczył pogodną twarz premiera, z którego emanował spokój i opanowanie. Mówił chyba coś o emeryturach, ale w sumie to mało interesowało go, o czym premier mówi. Nie musiał słuchać, aby wiedzieć, że ma rację i mówi mądrze. To dziwne, ale widok tej twarzy i ciepły ton głosu uspokoił go, dodał otuchy oraz wlał w serce przekonanie, że w tym kraju wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa – wszystko jest dobrze, a życie jest piękne. W głębi serca odmówił poranny pacierz: „dzięki Ci, Słońce Peru, że jesteś, że swoim istnieniem ogrzewasz beznadzieję naszej polskiej, zaściankowej codzienności”.

Podniesiony na duchu udał się do kuchni. Postawił wodę na gazie i otworzył lodówkę. Chwilę się przyglądał, po czym wyjął piwo. Tak, musi się napić, aby w ciszy zastanowić się nad dalszym planem dnia. Tyskie (wszyscy jego znajomi lubią tę markę) powoli spływało mu do żołądka. Kiedy skończył piwo, pomyślał, że mógłby coś zjeść, ale w lodówce niestety, niczego nie znalazł. Poszedłby do sklepu, ale właściwie nie ma kasy na zakupy. Znowu na zeszyt? A co, jak spotka w sklepie Darka? Wziął portfel – przeliczył gotówkę. OK. Jak spotka Darka, to kupi tylko Tyskie, na to jeszcze wystarczy.

W sklepie spotkał Darka.
- Serwus! Jak po imprezie?
- OK, tylko głowa mnie trochę boli. A co u Ciebie?
- A w sumie to nic nowego. A słyszałeś, że wiek emerytalny mają podnieść do 67? Nie wierzę, co za głąby w tym rządzie. I to ja na nich głosowałem.


Słyszał coś rano w telewizji o emeryturach, ale … się nie przysłuchiwał. Kurcze, co ma teraz odpowiedzieć?
- No co Ty? Pierwsze słyszę! Ale mimo wszystko nie chciałbyś, aby Kaczory rządziły?
Darek roześmiał się.
- No nie, co to, to nie. Ale Palikot ma niezły program. W końcu nowa jakość na scenie politycznej.
- No.

Kupił Tyskie i wrócił do domu. Nie wiadomo, z jakiego powodu był zły na siebie. Śniadania nie zje, ale to chyba nie o to chodziło. Jaki właściwie program ma ten Palikot? Dotychczas myślał, że to taki burak, obciachowiec z zabitej dechami wsi, z którego naśmiewali się do rozpuku. A teraz okazuje się, że może nawet go popiera. No, może nie tak zaraz jego samego, ile ten jego program. Legalizacja marihuany – to może być, chociaż sam osobiście nie jest zainteresowany. Co jeszcze? Co ten dupek ma jeszcze w swoim programie? Dobrze by wiedzieć, co się popiera.

Znowu włączył telewizor. Przerzucał programy, ale nie trafił na Palikota. Włączył komputer i  znalazł jego blog. Całkiem logicznie i do rzeczy pisze: likwidacja pozwoleń na budowę, abolicja podatkowa. Ale czy to on pierwszy, który całkiem dobrze obiecuje? Trudno. Mus to mus. Teraz Palikot będzie moim „słońcem” - postanowił z cieniem ironii , po czym znużony wysiłkiem intelektualnym położył się na łóżku i zasnął. Nie przeszkadzało mu już nawet ryczące na dole radio.

Spał ze dwie godziny. Obudził go telefon.
- No sie ma. Idziesz na grilla? Robimy u Marcina na działce.
Poszedłby, ale nie ma kasy.
 - Sam nie wiem. Mam trochę roboty w domu – wiesz, zaległości. Oddzwonię za chwilę.

Zadzwonił do siostry.
- Pożyczyłabyś stówę do końca miesiąca?
- Przyjdź, tylko żebyś się wyrobił do 18.00, bo później mnie nie ma. Co Ty robisz ze swoimi pieniędzmi, że ciągle pożyczasz? Tobie płacą w ogóle za tę Twoją pracę?

No to spoko –  konkretny plan, który miał na resztę dnia wprawił go w doskonały nastrój i teraz tylko to się liczyło.
Gdzieś w świadomości błąkał mu się obraz siostry, kiedy pożyczała mu pieniądze. Co to było? Czy mu się zdawało, czy miała zapłakane oczy?  

Odsłon: 138 Komentarzy: 7


Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (lub Przemocy – jak ją niektórzy określają).

Kategoria: Polityka Thursday, 01 March 2012, 21:31

Katecheza na Okoliczność WOŚP dla grupy Odnowy

Okazuje się, że temat jest dość rozległy i wcale nie taki łatwy do ogarnięcia, jakby się zdawać mogło.

Zaczniemy jednak trochę nietypowo, bo na pozór nie na temat.

1. Czy my w Odnowie możemy zajmować się kwestiami politycznymi i czy nie lepiej byłoby w to miejsce omówić inny temat, jakiś bardziej związany z duchowością? Ja uważam i mam po temu wiele danych, aby tak właśnie sądzić, że jednak powinniśmy sobie od czasu do czasu zagadnienia ściśle polityczne (a takim jest WOŚP) wyjaśnić na tym naszym skromnym forum. Dlaczego? Ponieważ przyjęty podział – materialne – duchowe - jest ściśle teoretyczny. W rzeczywiśtości tego podziału nie ma. Człowiek jest istiotą duchowo cielesną, duchem ucieleśnionym, ciałem uduchowinym, gdzie jego duchowe przymioty tj. intelekt i wola wiążą się z jego ciałem tak ściśle, że nawet mamy przyobiecane zmartwychwstanie naszych ciał. I wiadomo, że każdy zmartwychwstanie w swoim ciele, a nie np. ja w ciele swojej mamy. Ta więź naszego ciała z naszą duszą jest rzeczą bardzo oczywistą i dobra filozofia bardzo dokładnie i przekonująco to wyjaśnia. Z tej ścisłej, nierozłącznej więzi materialno – duchowej w świecie, której głównym, a właściwie jedym reprezentantem na ziemi jest człowiek wynika, że tak naprawdę cały świat stworzony jest głównie dla człowieka i że to człowiek i tylko on może wywierać wpływ na zmiany, jakie w nim zachodzą. Zasadniczo jest to też obowiązkiem człowieka, aby podporządkowywał sobie, swojemu panowaniu, czyli kształtowaniu rzeczywistości, która go otacza, wskazaniom intelektu (nie mylić z rozumem – to nie to samo), który z natury ukierunkowany jest na prawdę oraz prawej, wychowanej do prawości – czyli dążenia do obiektywnego dobra – woli. Człowiek ponosi odpowiedzialnośc przed swoim Stwórcą za aktualny obraz rzeczywistości, w której żyje. To nie jest tak, że ktoś z nas stanowi samotną wyspę, może się zamknąć w domu i poświęcić jedynie modlitwie. Modlitwa to owszem bardzo istotna część naszego życia duchowego – ona angażuje nasz intelekt (wiara) oraz wolę (nadzieja) w nawiązanie czy pogłębianie relacji z Bogiem. Jednakże ze wszystkich cnót największa jest miłość, ta zaś realizuje się na gruncie relacji międzyosobowych i zasadniczym jej terenem jest miłość bliźniego. To dopiero na tym terenie człowiek naprawdę spotyka się z Bogiem i jedynie poprzez miłość Bóg może dosięgnąć człowieka. Więcej na temat miłości będziemy mówić później. Na teraz wystarczy, że każdy z nas ponosi odpowiedzialność za świat i wszystko, co się na nim dzieje. W związku z tym nie ma takiej możliwości, aby się zamknąć i wykazywać obojętność – to jest po prostu niedopuszczalne. Człowiek, który kocha Boga musi interesować się drugim człowiekiem – jego kondycją moralną, jego stanem szczęśliwości, jego zdrowiem i sytuacją materialną. I musi stosownie do tego w swoim działaniu dobierać takie metody działania, aby swoim bliźnim pomóc. Dlatego sądzę, że jednak także w tym szcownym gronie powinniśmy zajmować się także tematami politycznymi, gdyż poprzez politykę realizuję się (bądź jest wręcz przeciwnie) dobro każdego człowieka.

 

2. Jak to się ma do WOŚP?

Otóż temu zagadnieniu towarzyszy wiele kontrowersji, które być może warto rozważyć, aby stosownie do wyników rozważań przyjąć konkretną postawę. Na pewno nie jest tu dobrą postawą obojętność. Zresztą w moralności nie ma czegoś takiego jak postawa neutralna – jest tylko zło lub dobro. Zaniechanie dobra jest już złem i nie przeciwstawienie się złu także jest złem. Każdy czyn człowieka rozpatrujemy z pozycji kilku istotnych elementów, które się nań składają: kto, co robi, czym i z czego, jak, gdzie, kiedy i dlaczego. I wszystkie te wymienione elementy MUSZĄ być obiektywnie dobre, aby nasza ocena danego czynu była pozytywna. Jeśli choć jeden z tych elementów nie jest dobry lub nawet budzi wątpliwości – to tym samym przekreśla to wartośc całego czynu i kwalifikuje go jako czyn zły. Musimy zatem przyjrzeć się WOŚP pod kątem: - celu, jaki przyświeca całej tzw. Imprezie. Jeśli chodzi o cele, to rozróżniamy cele tzw. deklarowane i prawdziwe. Tym się różnią jedne od drugich, że o ile te prawdziwe muszą się pojawić wcześniej czy później, o tyle te deklarowane już niekoniecznie. W tym przypadku celem oficjalnym, podanym do wierzenia pracującemu ludowi miast i wsi jest "ratowanie chorych na różne (co rok inne) schorzenia dzieci". J. Owsiak występuje tu jako dobrodziej wobec małych dzieci, ratujący ich życie i zdrowie (ale podczas przystanku Woodstock w 2010 r. wystawę antyaborcyjną jego ludzie, prawdopodobnie na jego żądanie zniszczyli, pomimo, że nie znajdowała się ona na terenie samego przystanku, ale przed wejściem). Zatem najpewniej nie chodzi jednak o wszystkie dzieci, ale jakieś może wybrane – na pewno tylko te, które miały szczęście się urodzić. Jeśli jednak chodzi istotnie o dobro – zdrowie i życie dzieci – to cel taki sam w sobie nie budzi wątpliwości. Czy jednak rzeczywiście o ten cel chodzi? Różne posępne kreatury, w tym ja podejrzewają, że poza tym celem jest chyba jakiś inny, ważniejszy dla sprawców całego zamieszania.

Z czego wynika to podejrzenie?

Po pierwsze – koszty organizacji zbiórki pieniędzy. Mówi się, że nakłady przewyższają przynajmniej dwukrotnie (niektórzy nawet, że czterokrotnie) sumę zebranych pieniędzy. Emisja telewizyjna wraz z obsługą – wozy transmisyjne w każdym miejscu Polski, gdzie odbywają się koncerty to koszt rzędu od 2 mln.(bardzo delikatnie – TVP raz do roku przekazuje sumę zainkasowaną za reklamę 3 min. w dzień Wigilii Bożego Narodzenia przed dziennikiem – w tym roku było to 1,5 mln. zł. na rzecz dzieci) do nawet 10 mln. zł. Teraz należy doliczyć koszty, jakie ponoszą samorządy lokalne na realizację imprez w terenie: np Sylwester w Łodzi, Warszawie czy Krakowie to koszt 3 do 4,5 mln zł. Przyjmując tylko 0,5 mln na każde miasto wojewódzkie mamy dodatkowych 8 mln. Tymczasem impreza odbywa się także w ogromnej ilości mniejszych miast. Do tego należy doliczyć koszty służb publicznych, zaangażowanych w organizację Orkiestry. Jeśli to wszytsko zliczymy, to wyjdzie nam, że koszty te są albo na poziomie tej sumy, która zostanie zebrana, albo nawet tę sume przewyższają. W efekcie społeczeństwo kupuje sprzęt szpitalom (jeszcze państwowym, ale kto wie, czy nie lada chwila - prywatnym) dwukrotnie drożej, niżby to miało się odbyć bez pośrednictwa Wielkiego Dyrygenta. I mimo wszystko bardzo to jest dziwne, że prywatna fundacja wyręcza państwo w jego podstawowych obowiązkach. Choć nie tak znowu bardzo wyręcza. Suma zebrana podczas ostaniej zeszłorocznej imprezy ma się jak dwa zł do tysiąca, jeśli zliczymy składki, jakie każdy z nas płaci na NFZ, więc skala tej pomocy nie powala raczej na kolana. A jednak jest dużo krzyku, hałasu i medialnej wrzawy wokół tego wydarzenia. Dlaczego? 10 % zebranej sumy oraz odsetki bankowe (pieniądze lokowane są w zagranicznym banku) fundacja przeznacza na cele statutowe: wynagrodzenie dla pracowników – przez cały rok, także w lutym, maju i październiku oraz organizację "Przystanku Woodstock" – jako podziękowania dla wolontariuszy (którzy prawdopodobnie do "charytatywnej" pracy są motywowani dodatkowymi punktami przy wyborze liceum – jeśli chodzi o gimnazjalistów). Argument, że młodzi uczą sie miłosierdzia raczej odpada. Czego zaś uczą się na "Woodstock", to chyba nie warto omawiać. Raczej napewno nie chcielibyście zobaczyć Waszych dzieci czy wnuków w tym miejscu.

Jeśli chodzi o cele statutowe WOŚP, to plącze mi się w głowie takie wspomnienie - pewna ciekawostka. Po wyborach parlamentarnych w 2007 r., które odbyły się pod hasłem "zabierz babci dowód", znalazłam w internecie taki raport – zresztą była nawet specjalna strona, która jakoś szybko zniknęła. W tym raporcie było m.in, co należy zrobić, aby wyborów nie wygrał PiS. Całej akcji patronował L. Balcerowicz, który kampanię wyborczą określił jako "medialny zamach stanu". Otóż jednym ze sponsorów tej kampanii była WOŚP, obok np. Fundacji Adenauera. Tak sobie ciekawostka

- środki – Jakie środki można wyszczególnić, jeśli chodzi o zbiórkę pieniędzy na "ratowanie chorych dzieci"? Mówiliśmy już – czerpanie z zasobów publicznych jest jednym ze środków.

Innym jest tzw. "dobra zabawa" przy okazji pomagania tym chorym dzieciom. Jak wygląda ta dobra zabawa? Udział w koncertach rockowych, z obowiązkowym piwem, a może i czymś jeszcze. Zresztą cała hucpa odbywa się pod hasłem "róbta, co chceta", byle byście dziś dali do puszki. Jak wrzucicie do puszki, to wszystko, co zrobicie jest już tylko dobre.

 

3. Wracając do prawdziwego celu całego zamieszania, wydaje się mało prawdopodobne, aby chodziło o ten oficjalny, deklarowany. Jak by nie było, służba zdrowia w Polsce jakoś działa, a wartość sprzętu, jaką OŚP przekazuje, nie jest taka znowu wielka. Jednakże przy okazji dzieje się coś innego. Otóż wokół Wilekiego Dyrygenta przez wszystkie te lata wytworzono pewien mit – jeśli ten człowiek ratuje chore, małe dzieci, i tak bardzo poświęca się dla nich (???? ja mam wątpliwości) to wszystko inne co robi, jest dobre. Dobra jest muzyka, którą promuje, dobry jest styl życia – na luzie, na haju, w wolnym związku, w trójkącie, czworokącie czy sześciokącie, tarzając się przy tym w błocie i przy okazji przeklinając, na czym świat stoi. To wszystko jest OK, bo robi to dobry – WSPANIAŁY, niemal ŚWIĘTY naszych czasów. I czy nam się to podoba, czy też nie, za tym sączonym, szczególnie do młodych, przekonaniem, stoi autorytet całego społeczeństwa. Bo jeśli całej akcji nadaje się taką rangę – angażuje publiczną TV, samorządy lokalne, w radiu i na bilbordach pełno jest reklamy tego gościa – to siłą rzeczy nie może to być nic złego. I nawet jeśli każdy z nas w swoim sumieniu i całym sercem nie akceptuje tego, co się dzieje przy okazji medialnej szopki, to i tak swoim autorytetem – nawet niekoniecznie pieniędzmi – wspiera to wszystko. Bo to jest w przestrzeni publicznej i za tym jest autorytet całego społeczeństwa. W takiej sytuacji bardzo łatwo jest ustawić w "odpowiedni" sposób pewne zjawiska – bo każdy, kto wypowiada się krytycznie na temat Orkiestry czy Dyrygenta, jest zacofany, zawistny i wręcz podły. I fenomen tego zjawiska można wyjaśnić tylko na gruncie politycznym, ale do tego znowu potrzeba trochę znajomości historii – tej najnowszej. My ją znamy, ale młodzi już nie. Ale to właśnie tym młodym dzieje się największa krzywda, bo to do nich jest adresowany przekaz "róbta, co chceta", a jakiś odsetek z nich zwyczajnie uwierzy, co zwichnie lub wręcz złamie im – jemu, jej (to może być Twoja córka, syn, wnuk) życie. Ideologia, jaka stoi za Orkiestrą, jest zaiste zabójcza, a przy tym dobrze, wręcz doskonale skalkulowana. Ta ideologia odwołuje się do najniższych instynktów młodych ludzi w sytuacji, kiedy już od dawna nikt nie przekazuje im rzetelnej wiedzy na temat tego, jak człowiek powinien funkcjonować w świecie. Zwróćcie uwagę, że obecnie rodzice wychowanie swoich dzieci scedowali na szkołę, zaś ta kształci jedynie ich umiejętności w zakresie poznania. Całkowicie wyłączone jest wychowanie woli młodego człowieka – nie ma w przestrzeni publicznej – oprócz Kościoła, któremu na tej samej zasadzie, co wytworzony został mit Owsiaka, wyłączono autorytet, ustawiając go w opozycji do postępu, niby-mądrości i do życia. Zatem młodym ludziem tak naprawdę dzieje się straszliwa krzywda – od wielu lat jest ona indoktrynowana do tego, by wieść życie według instynktu. Kiedyś wąż w Raju obiecywał Ewie, że jak skosztują owocu zakazanego, to będą jak Bóg. Dziś znakomita większośc ludzi na świecie, w tym znacząca część młodzieży funkcjonuje już tylko na poziomie zwierząt – z wyłączeniem swojego intelektu i woli.

 

4. Jak zatem walczyć o dobro w przestrzeni publicznej? Wydaje się, że środki mamy bardzo skromne, ale jednak je mamy. Proponuję, aby w dniu, kiedy Dyrygent będzie grał ze swoją "piekielną orkiestrą", udac się do Kościoła i w chwili, kiedy podejdą do nas kwestujący, nie uciekać ze spuszczoną głową, ale odważnie powiedzieć: "ja nie dam ani grosza do tej puszki. Mogę dac Tobie, jeśli potrzebujesz na batona czy czekoladę, ale nie do puszki. Nie uznaję zasady "życie za życie", nie popieram tej akcji, ponieważ jest z gruntu zła".

Odsłon: 2058 Komentarzy: 25


Kto ma internet, niech patrzy!

Kategoria: Aborcja Monday, 21 November 2011, 14:34

Linki o marszu jeszcze raz.

 

1) Marsz niepodległości – zapis całości:

http://www.youtube.com/watch?v=8zDBR-ikjIA&feature=youtu.be&hd=1

 

2) "Widziałem naziola- okiem blogiera" Najlepsze nagrania z pobicia przez policjantów:

http://www.youtube.com/watch?v=4iSwjKupCO0

 

3) Sąd dał wiarę płatnym bandytom oddalając wniosek o pokazanie nagrań z monitoringu:

http://www.youtube.com/watch?v=X-BUCmSBwxY&feature=player_embedded#!

 

4) Pobici przez policję - posłuchaj jak było naprawdę 11.11.11.

http://www.youtube.com/watch?src_vid=5Qzumniiseo&feature=iv&annotation_id=annotation_630337&v=Zx081lOg5Ko

 

    5) Policja pałuje przechodnia za posiadanie polskiej flagi:

http://www.youtube.com/watch?v=POgtdyLFp5g&feature=related

 

6) Ten sam przechodzień ze złamaną ręką boi się zgłosić pobicie:

http://pietkun.nowyekran.pl/post/37858,wideo-bili-mnie-umundurowani-policjanci

 

7) Policja podpala radiowóz:

http://www.youtube.com/watch?v=5Lah6IYAphU&feature=related

 

8) Prowokacja – pobicie "fotoreportera".

http://www.youtube.com/watch?v=tWCXBoodFTk&feature=related

 

9) Dwa sygnały policji?, prowokator daje znak podnosząc rękę, grupa zakłada kaptury i idzie za nim:

http://www.youtube.com/watch?src_vid=tWCXBoodFTk&feature=iv&annotation_id=annotation_32294&v=BHYRef5Jbvk#t=40s

 

10) Fotografia pokazuje dowód ustawki. Poszkodowany gawędzi sobie z oprawcami:

http://bejka.nowyekran.pl/post/37769,11-listopada-mialem-nosa.

 

 

11) http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2011/11/19/kto-ma-internet-niech-patrzy/

 

 

 

Nóż się w kieszeni otwiera!!!

Może należałoby zestaw tych filmów (dokumentalnych - a jakże) zgrywać na płytki i rozdawać tym wszystkim, którzy nie mają dostępu do internetu lub nie potrafią się nim posłużyć - czyli twardemu elektoratowi PO. Niech wreszcie przejrzą na oczy, bo i nas i siebie samych wyprowadzą na manowce, głosując tak beznadziejnie w każdych kolejnych wyborach.

 

 

 

Odsłon: 657 Komentarzy: 6


Unia Polski z Litwą cz.3

Kategoria: Historia Tuesday, 16 August 2011, 18:52

 

Jadwiga i Wilhelm


          W całym „epizodzie historycznym” (jeśli można tak określić to mimo wszystko wielkie i doniosłe wydarzenie), związanym z Unią Polski z Litwą, najmniej chyba znanym, a jednocześnie bardzo ciekawym wątkiem jest sprawa Wilhelma habsburskiego.


         Otóż Jadwiga, wobec trochę chyba niecnego postępowania swoich poddanych względem siebie, zatem z przekory, postanowiła, że zanim poselstwo polskie dobije o nią targu z Jagiełłą, ona będzie już prawowitą żoną Wilhelma.
Będący na usługach królowej Jadwigi, Władysław Opolczyk (który dodatkowo miał świadomość tego, że w razie gdyby sprawy poszły po myśli panów polskich, odebrano by mu posiadane przez niego lenna), pojechał na Węgry, gdzie u królowej Elżbiety bawił ojciec Wilhelma, Książę Leopold III Rakuski, upominający się o wypełnienie hainburskich ślubów. Tak więc wyznaczono dzień 15 sierpnia 1385 r. na dopełnienie małżeństwa królowej Jadwigi z Wilhelmem. Tego dnia miało się odbyć wesele, na którym Władysław Opolczyk miał być starostą i po którym młoda para miała zamieszkać razem. Zaplanowano zatem przyjazd Wilhelma w odpowiedniej otoczce, wszak „ślub” królowej nie mógł się odbyć po cichu. Kiedy więc w Krewie przywieszano pieczęcie do umowy z Jagiełłą, nazajutrz w Krakowie miał odbyć się wjazd Wilhelma na królewski zamek. :)))
Miała oczywiście królowa wielu wspólników w swym przedsięwzięciu; bardzo przychylnie na jej małżeństwo z niemieckim księciem patrzyło mieszczaństwo krakowskie, a nawet wśród polskich panów znalazł się jeden taki, Gniewosz z Dalewic, który w swoim własnym domu w rynku Krakowa zapewnił mieszkanie Wilhelmowi.
Tak więc przyjechał Wilhelm do Krakowa i podbił serce Jadwigi. Jadwiga, która do tej pory jedynie przez przekorę i zranioną dumę dążyła do małżeństwa z Wilhelmem, od tej pory zaczęła być motywowana dodatkowo uczuciem do swego wybranka. Z tym nie rachowali się panowie małopolscy, że na drodze ich politycznym planom stanie gorąca, szczera i odwzajemniona miłość królowej.
Królowa jawnie i uroczyście, z całym dworskim ceremoniałem, kazała urządzać zabawy i wstępne uroczystości przedweselne. Odbywały się one w domu Franciszkanów, w połowie drogi między Wawelem a kwaterą (tymczasową) narzeczonego. Królowa sama przychodziła na te zabawy ze swym dworem niewieścim. Czekano tylko na przyjazd Opolczyka.
Tymczasem Władysław Opolczyk obliczył sobie, że mimo wszystko sprawa Wilhelma jest wątpliwa i zaczął szukać szczęścia u Jagiełły.
Kiedy starosta weselny nie przybywał, Jadwiga wzięła sprawy w swoje ręce i wyznaczyła dzień 23 sierpnia 1385 r. na wjazd Wilhelma na Wawel.
Tymczasem panowie małopolscy powyjeżdżali na czas zabaw z Krakowa, co nie znaczy tym samym, że „opuścili” swoją królową. Siedzieli w pobliskich wsiach i z tej niewielkiej odległości obserwowali przebieg wydarzeń. Pamiętali o dn. 23 sierpnia i nie robili Wilhelmowi trudności, gdy uroczyście wjeżdżał na Wawel.
Tu pozwolę sobie wkleić cytat, gdyż swoimi słowami nie będę w stanie tak barwnie opisać tego, co wydarzyło się potem.


„...całe miasto było przekonane, że to naprawdę dzień wesela królowej. Jadwiga zawiadomiła o weselu urzędowo władze miejskie i poleciła, żeby w dniu tak dla niej radosnym, wypuścić więźniów z więzienia miejskiego. I można do dziś czytać w starej księdze sądowej krakowskiej zapiskę miejskiego pisarza, jako w wigilię św. Bartłomieja na wesele królowej wypuszczono tych a tych złoczyńców. Całe miasto się bawiło, z Wawelu grzmiały surmy i piszczałki, gdy pisarz miejski zapisywał to dla porządku; zapisywał we dnie, ale do zupełnego zamieszkania trzeba było poczekać jeszcze kilka godzin – do nocy.
Przed nocą byli w Krakowie małopolscy dostojnicy ze swymi orszakami i przyszli też na Wawel, na wesele swojej królowej. Co się tego wieczora tam działo, nie wiemy. Nikt z Polaków nie zostawił o tem najmniejszego wspomnienia na piśmie, ani też nie było żadnej ustnej tradycji. Dochowali tajemnicy ściśle! Nie byli tak powściągliwi towarzysze Wilhelma i pisarze niemieccy; od nich się też dowiadujemy, a zwłaszcza od współczesnego burmistrza wiedeńskiego, że Wilhelm musiał z zamku uciekać, spuszczony na linie z okien królowej. Nie pozwolono mu też mieszkać w Krakowie. Przebrany za kupca zdołał jednak utrzymać się w okolicy, na Czarnej Wsi i na Łobzowie; raz udało mu się nawet powrócić do kamienicy Gniewosza z Dalewic. Panowie polscy kazali go tam ścigać i posłali zbrojnych pachołków, żeby go uwięzić; ledwie zdołał wstawić do komina drabinę i po niej na dach się wydrapawszy, ujść pościgu.”


Widzimy, że motywacje, jakkolwiek różne, tak z jednej, jak i z drugiej strony były niezwykle silne. :))

Wilhelm mimo przeszkód porozumiał się z królową, ta zaś była zdecydowana zamieszkać z nim gdziekolwiek, byle dopełnić ślubów i zostać jego małżonką.
Panowie polscy pilnowali jednak swojej królowej, aby nie doszło do jej spotkania z Wilhelmem. Podejmowała Jadwiga próbę wyjścia kilkakrotnie, ale ani razu jej się to nie udało. Za każdym razem zjawił się w porę jakiś nieproszony świadek, a wycieczka królowej z pewnością zakończyłaby się wówczas uwięzieniem Wilhelma. Dotarło wreszcie do Jadwigi, że ona sama jest więźniem we własnym zamku. Jak pisze Koneczny, raz postanowiła przemocą utorować sobie drogę. Doszła do ostatniej bramy i kiedy zastała ją zamkniętą, a burgrabia nie chciał otworzyć, porwała topór od jednego ze strażników i zaczęła rąbać furtę bramy. Nikt z obecnych nie ważył się podnieść ręki na majestat królowej i nikt nie odebrał jej topora. Nadbiegł wówczas mieszkający na Wawelu podskarbi koronny, Dymitr z Goraja, i na kolanach błagał Jadwigę, aby zaprzestała. Jadwiga z płaczem, złamana i bardzo strapiona, wróciła do swoich komnat, mając za pocieszenie jedynie to, że nikt jej do ślubu z Jagiełłą nie będzie w stanie zmusić, jeśli ona sama nie zechce.

 

Odsłon: 166 Komentarzy: 2


„Antysemityzm” – czyli kto wywołuje wilka z lasu.

Kategoria: Świat Sunday, 14 August 2011, 15:29

 

Antysemityzm – uprzedzenie, nienawiść, wrogość i dyskryminacja Żydów oraz osób pochodzenia żydowskiego, postrzeganych jako grupa religijna, etniczna lub rasowa...”

Taką definicję podaje wikipedia i tej definicji będziemy się trzymać, choć zdaje się, że byłoby uzasadnione jej rozszerzenie. Tak się składa niestety, że dziś słowo „antysemityzm” jest swego rodzaju straszakiem i „łatką”, którą dość dowolnie przypina się różnym osobom w celu wyeliminowania ich z dyskusji.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Rozważania na temat antysemityzmu będziemy prowadzić według myśli Feliksa Konecznego na temat cywilizacji, rozumianej jako metoda życia zbiorowego. Wydaje się, iż na dzień dzisiejszy nie ma żadnej innej naukowej metody, w oparciu o którą można by definiować i ukazywać omawiane zjawisko.



W analizie historii Koneczny dochodzi do wniosku, że w sprawach ludzkiej myśli i ludzkich czynów istnieją pewne pary abstraktów, wzajemnie się wykluczających. Wokół nich powstają pewne zespoły pojęć. Osiem takich par dotyczy organizacji życia zbiorowego i dlatego mają one związek z tematem cywilizacji.

 

Personalizm

Gromadność

Emancypacja rodziny

Rodzina nie wyemancypowana z rodu

Indukcja (aposterioryzm)

Dedukcja (aprioryzm)

Historyzm

Negacja przeszłości

Jedność w rozmaitości (zróżnicowanie mile widziane)

Jednostajność

Organiczne podejście do problemów

Mechaniczne podejście do problemów

Dualizm prawa (prywatne i publiczne)

Monizm prawa (albo prywatne, albo publiczne)

Samorząd

Totalitaryzm

 

Z powyższej tabelki zajmiemy się omówieniem tylko jednego punktu, tj. personalizm kontra gromadność, gdyż tylko on bezpośrednio odnosi się do tematu wpisu. Czym zatem jest gromadność i jaka jest przyczyna tego, że funkcjonuje ona w metodzie życia zbiorowego?

Wszystkie semickie narody miały wspólnego Boga (Elohim, po arabsku EL), Stwórcę świata opisanego w Księdze Rodzaju, lecz kiedy żydzi mówią o Jahwe, myślą o bogu Abrahama i Jakuba, izraelskim bogu, który zawarł przymierze z narodem wybranym, Żydami. Bóg ten obiecał swojemu narodowi chwałę, swój gniew zaś miał skierować przeciw jego wrogom i ich bóstwom. Ten bóg należący tylko do jednego narodu jest monolatryczny a nie monoteistyczny. Biblia obfituje w dowody tego, że żydowska myśl religijna wahała się między monoteizmem, monolatrią i politeizmem. Ten ostatni, będący nie żydowskiego pochodzenia, ostatecznie znikł na wiek przed narodzeniem Chrystusa w wyniku silnego nacisku ze strony Proroków. Chrześcijaństwo przyjęło monoteistyczne, uniwersalne elementy Starego Testamentu, podczas gdy cywilizacja żydowska opiera się na monolatrii.

Właśnie to odniesienie do Boga (cywilizacja żydowska jest jedną z dwóch cywilizacji sakralnych!!!) decyduje o tym, czy w metodzie życia zbiorowego zdobędzie przewagę czynnik gromadnościowy, czy personalistyczny.

Żyd staje przed swym Bogiem najpierw jako Żyd, czyli członek narodu wybranego, wobec którego Bóg podjął pewne zobowiązania, potem dopiero jest jakimś konkretnym człowiekiem, który lepiej lub gorzej, lub nawet wcale nie odpowiada swemu Bogu na jego wezwanie, co zresztą i tak nie ma większego znaczenia, gdyż to przede wszystkim Bóg ma zobowiązania. W takiej postawie można już na tym etapie wyszczególnić pewne charakterystyczne cechy: gromadnościowy charakter relacji z Bogiem oraz pewien ekskluzywizm wywodzący się z faktu przynależności do narodu wybranego. Ten charakter relacji z Bogiem jest przenoszony na relacje z innymi ludźmi, stąd w fakcie bycia Żydem zawarty jest pewien ekskluzywizm, ale i gromadnościowe pojmowania świata ludzi: Żyd – nie Żyd.

Nieco inaczej wygląda to w cywilizacji łacińskiej, wyrosłej na gruncie religii chrześcijańskiej. Człowiek należący do Kościoła Katolickiego w relacji z Bogiem jest tylko tym konkretnym człowiekiem i nie ma żadnych przywilejów przed Bogiem z tytułu czy to przynależności do jakiejś rasy, narodu czy nawet osobistych czynów moralnych. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu antysemityzm, rozumiany tak, jak przedstawia nam go definicja „wikipedii”, nie ma wzięcia wśród przedstawicieli (coraz mniej licznych, niestety) należących do kręgu cywilizacji łacińskiej. Przeciętny, jako tako praktykujący katolik wzdraga się na samą myśl o możliwości postrzegania świata i ludzi przez pryzmat ich rasowej, narodowej czy religijnej przynależności. Wydaje się też dość logiczne, że ani termin, ani samo zjawisko nie mogło w kręgu cywilizacji łacińskiej zaistnieć, gdyż w niej nie ma właściwego dla antysemityzmu klimatu.

Mogło jednak to zjawisko zaistnieć w kręgu cywilizacji żydowskiej, gdyż właśnie w niej istnieje jedynie sprzyjający klimat, czyli takie postrzeganie ludzi, które na pierwszym miejscu wyszczególnia właśnie te zupełnie nie istotne elementy.

No cóż, wygląda na to, że bzdury piszę!!!

Antysemityzm nie mógł powstać jako postawa wśród samych Żydów, gdyż cokolwiek byśmy nie powiedzieli o drugim człowieku, nie sposób powiedzieć o całej populacji, że składa się jedynie z samych idiotów, którzy jedyne co potrafią, to szkodzić samym sobie.

Gdzież zatem pies pogrzebany?

O ile postawa antysemityzmu nie mogła wyrosnąć w kręgu cywilizacji żydowskiej, o tyle już samo pojęcie owszem. Żyd, który postrzega świat w kategoriach gromadnościowych, w takich właśnie kategoriach postrzega też każdy przejaw krytyki w kierunku wszystkiego, co się z byciem Żydem wiąże. I nie trudno tu zauważyć, że dzieje się tak właśnie dlatego, że on jest najpierw przedstawicielem konkretnego narodu, a dopiero później tym konkretnym człowiekiem. Każdy atak na niego jest zatem odbierany jako najpierw atak na bycie Semitą.

Fenomen antysemityzmu polega jednak na czymś zupełnie innym.

Oto w kręgu cywilizacji łacińskiej, a mówiąc ściślej w Polsce, daje się zaobserwować jakąś dziwną fascynację zjawiskiem antysemityzmu. Ta fascynacja jest tym większa, im dalej dany człowiek jest od Kościoła. I jest w tym oczywiście pewna prawidłowość, gdyż ten, kto nie praktykuje osobistej relacji z Bogiem, czyli nie staje przed Nim jako ten oto konkretny Jego syn czy córka, ma skłonności znacznie większe do uproszczonego postrzegania rzeczywistości. Co by nie mówić, religijność wyniesiona z Kościoła Katolickiego znacznie poszerza te horyzonty i bardzo niepokojący jest fakt, że młodzi ludzie z wypiekami na twarzy opowiadają sobie kawały na temat Żydów (jak to Hans zabawia dzieci itd.). Nie, wcale nie chodzi mi o to, że martwię się, aby nie doszło do jakiejś eskalacji nienawiści. Mówiąc oględnie i bardzo jednak trywialnie – wisi mi to. Bardziej martwi mnie ten „anty kulturalny” akcent, jakiś taki charakterystyczny rys w portrecie współczesnych Polaków, którzy mimochodem przejęli niskie i takie bardzo płytkie postrzeganie rzeczywistości oraz tendencję do trywialnego jej upraszczania. Tak, to jest bardzo smutne.

Z tychże powodów, które wyżej opisałam, zwracam się z apelem do wszystkich, którzy będą czytali ten wpis, abyście dokonali rewizji sposobu, w jaki postrzegacie sytuację na świecie czy w naszej Ojczyźnie. Nie dajcie się zwieść, że można ją wyjaśnić jednym, krótkim i prostym stwierdzeniem. Dbajcie przede wszystkim o to, aby Wasze spojrzenie było jak najszersze i nie tłumaczcie trudności życiowych czyjąś przynależnością narodową, rasową czy religijną. To bardzo prostackie podejście, które w dodatku nigdy nie rozwiąże żadnego problemu, a może jedynie komplikować sprawy. Ponadto, to nie jest w naszym, polskim dobrym tonie.

Odsłon: 923 Komentarzy: 23


Unia Polski z Litwą cz. 2

Kategoria: Historia Saturday, 13 August 2011, 23:38

 

Koronacja Jadwigi na Króla Polski

Kalkulacje polityczne panów małopolskich były mniej więcej takie, że najbardziej pożądaną przez nich rzeczą było, aby Jadwiga wstąpiła na tron Polski i została żoną Jagiełły. Jedynie w tym przypadku łączyłyby się bowiem na tronie polskim zarówno litewskie, jak też węgierskie roszczenia względem Rusi Czerwonej. Jednakże to Jagiełło był tą główną osobą, o koronację której teraz zabiegano, zaś związek Polski z Litwą rzeczą najważniejszą. Liczono się więc także z tym, że dla interesów Polski wystarczy zrobić Jagiełłę królem, zaś bez Jadwigi można się będzie obejść.

W marcu 1384 r. zjazd radomski wysłał do Budzynia prostego szlachcica z poselstwem, aby Jadwigę szybko przysłać do Polski, gdyż w przeciwnym razie może jej przepaść korona Polski. O ile więc wcześniej zwlekano i odkładano przyjazd Jadwigi do Polski, tak teraz widać już pewien pośpiech w poczynaniach z tym związanych. Królowa Elżbieta, zanim wyprawiła królewnę Jadwigę, najpierw wyprawiła do Polski Zygmunta Luksemburczyka z wojskiem, lecz ten nie zdołał nawet przekroczyć Karpat, gdy oznajmiono mu, że jego obecność w Polsce nie jest pożądana i z pewnością napotka tu zbrojny opór, jeśli tylko odważy się przekroczyć granicę.

Jadwiga przybyła do Krakowa 13 października 1384 r., zaś dwa dni później, w wieku 13-tu lat, została koronowana na KRÓLA Polski.

Jak pisze Koneczny, sens takiego postępowania w sprawie koronacji Jadwigi polegał na tym, że panowie małopolscy chcieli, aby ona sama posiadała pełną godność królewską i władzę oraz mogła panować ze swej osobistej mocy. Gdyby też wyszła za mąż, jej małżonek nie musiał już być wcale uznany królem Polski i jego osoba mogła nie mieć praktycznie żadnego znaczenia w rządzeniu krajem. To miało zależeć dopiero od woli samej królowej oraz narodu, czy małżonek Jadwigi zostanie obdarzony królewską godnością oraz możliwością wywierania wpływu na politykę państwa polskiego. Wówczas najpewniej liczono się z realną przecież możliwością, że mężem Jadwigi „mimo wszystko” zostanie Wilhelm habsburski i wobec tej możliwości zabezpieczono się koronacją Jadwigi na króla Polski po to, aby ewentualnego jej współmałżonka odsunąć od władzy.

W tym czasie Ziemowit Mazowiecki, zapewne powiadomiony przez Panów małopolskich o ich planach względem tronu polskiego, nie posyłał już swoich swatów na Wawel i nie rozpoczynał starań o rękę królowej, choć wcześniej, jak pamiętamy, wszczął wojnę domową z tego właśnie powodu i zajął wiele grodów, m.in. całe Kujawy. Można z tego wnioskować, że wykazał co najmniej pewne, jeśli nie całkowiete nawet zrozumienie dla planów dotyczących połączenia Polski z Litwą i że ponad swoje osobiste ambicje (miał być królem!) przedłożył dobro Ojczyzny.

 

W trzy miesiące po koronacji królowej Jadwigi stanęło w Krakowie poselstwo od Jagiełły z prośbą o rękę polskiej królowej (króla?), Akt ten w całym świecie wywołał niezwykłe zdumienie, zaś w Krzyżakach dodatkowo przerażenie. Jednak osobą najbardziej zdziwioną była sama Jadwiga, której panowie małopolscy o niczym nie uprzedzili. Zdaje się, że rozumowali oni, iż dowolnie będą mogli dysponować ręką królowej, o ile tylko wypłacą jej narzeczonemu, czy „poślubionemu na przyszłość mężowi”, wspominane 200 000 florenów.

 

I tu nastąpił pewien zgrzyt, gdyż królowa Jadwiga, jakkolwiek miała jedynie trzynaście lat, okazała niezwykłą siłę woli oraz bardzo wysokie poczucie godności osobistej. Ten pogański książę, na którego chrześcijańscy rycerze pod przewodem zakonu Krzyżackiego urządzali obławy, nie wydawał jej się właściwym kandydatem na męża dla siebie, córki pierwszego w Europie monarszego rodu. Wobec takiego stanu rzeczy postanowiła Jadwiga dochować wierności Wilhelmowi, podczas gdy polscy wielmożowie byli raczej gotowi zrzucić ją z tronu, niż odstąpić od rokowań i planów związanych z Jagiełłą.

Oznaczało to walkę królowej z poddanymi, młodziutkiej dziewczyny z zastępem polityków. Była to arcyciekawa walka, w której obie strony gotowe były na wszystko: używały podstępów i forteli, nie cofały się nawet przed gwałtem i przemocą, byleby tylko na swoim postawić.

 

Poselstwo z Litwy „o rękę królowej”, wobec braku jej osobistej zgody, załatwiono „nieco dyplomatycznie”, odpowiadając tymczasem, że ona sama zdaje się w podjęciu tej decyzji na swoją matkę i do niej to posłów posyła po radę dla siebie. Jakoż rzeczywiście pojechali posłowie na Węgry prosić matkę, Elżbietę Bośniaczkę, aby swym macierzyńskim autorytetem wpłynęła na Jadwigę i planom litewskim dopomogła, gdy tymczasem sama Jadwiga gotowała się do „spełnienia” małżeństwa z Wilhelmem.

 

Na Węgrzech bardzo gorąco plany Polaków poparł ówczesny biskup ostrzyhoński Dymitr, kardynał i legat papieski na Węgry i Polskę. Zapalił się on bardzo do myśli o nawróceniu Litwy, co mogło się dokonać bez przemocy i przelewu krwi. Kardynał wziął sprawy w swoje ręce i spowodował, że królowa Elżbieta sama przydała dwóch posłów od siebie i tak wzmocnione poselstwo wróciło do Krakowa. Nie wiadomo, czy to poselstwo było przyjmowane przez Jadwigę urzędowo, w każdym bądź razie panom małopolskim wystarczało, że jest zgoda matki, do której Jadwiga pozwoliła odesłać posłów. Wobec tego przystąpiono do dalszych układów z Jagiełłą i tak 14 sierpnia 1385 r. w Krewie zawarta została umowa z Jagiełłą, mocą której księstwo litewskie przestało istnieć jako osobne państwo, zaś Jagiełło wcielił do polskiej korony całą Litwę wraz ze wszystkimi lennymi księstwami ruskimi. Jako koronowany król Polski miał być Jagiełło nad Litwą najwyższym zwierzchnikiem. Wraz z Jagiełłą mieli przyjąć chrzest wszyscy jego pogańscy bracia i krewni, a chrzest Litwy miał odbyć się w katolickim rzymskim Kościele. Wszyscy Litwini od najznakomitszych począwszy, a na najprostszym ludzie skończywszy, mieli przejść na katolicyzm i jedynie ci, którzy już wcześniej zostali ochrzczeni we wschodniej cerkwi, mogli pozostać przy schizmie. Ponadto Jagiełło zobowiązywał się odzyskać dla Polski utracone ziemie: Ruś Czerwoną i Pomorze Gdańskie oraz z własnych środków wypłacić 200 000 florenów dla domu habsburskiego za zerwanie „ślubu” przez Jadwigę.

Odsłon: 213 Komentarzy: 17


Unia Polski z Litwą cz.1

Kategoria: Historia Tuesday, 08 November 2011, 22:18

 

Po nieco dłuższej przerwie postanowiłam wrocić do kontynuacji wpisów na temat historii Polski według interpretacji Feliksa Konecznego. Witam wszystkich serdecznie i pozdrawiam gorąco.



Wink

Wink

 

Po śmierci króla Ludwika węgierskiego dn. 11 września 1382 r. i wobec faktu, że Maria (jego córka) została wyniesiona na tron węgierski, do korony polskiej pozostało dwóch kandydatów: Jadwiga – druga córka Ludwika oraz Ziemowit mazowiecki.

Jadwidze, gdy kończyła siódmy rok życia, dano tzw. „ślub na przyszłość” z Wilhelmem habsburskim. Ślub ten oznaczał, że w przyszłości wystarczy tylko, aby młoda para oświadczyła, że trwa w zamiarze małżeństwa i aby zamieszkała razem, aby małżeństwo młodych stało się uznanym faktem. Między królem Ludwikiem a ojcem Wilhelma ułożono (układ hainurski), że młodzi zamieszkają ze sobą w 1383 r. Bez wspólnego zamieszkania te zaślubiny nie były ważne i nie miały mocy nierozwiązalnego sakramentu. Zastrzeżono, że w razie, gdyby któraś ze stron zerwała śluby, winna jest wypłacić drugiej stronie dwieście tysięcy florenów, co stanowiło na owe czasy olbrzymią sumę.

Wilhelm był świetnym kandydatem na tron węgierski – w posagu miał przynieść Węgrom łączność z krajami okalającymi całą zachodnią granicę Węgier: z Karyntią, Krainą, Gorycyą, Pobrzeżem istryjskim i z Triestem. Dziwne jest zatem, że na tron Węgier wybrano Marię i powód tego do dziś nie jest do końca wyjaśniony.

Z tego samego jednak powodu Wilhelm nie był dobrym kandydatem na tron Polski.

Także Maria, już jako królowa Węgierska i jej mąż, Zygmunt, zostali przez polską szlachtę odrzuceni na sześciu zjazdach: w Poznaniu, Gnieźnie, Brześciu Kujawskim,, Miłosławiu, Radomsku i Wiślicy.

Wobec tych faktów rozważano w Polsce możliwość małżeństwa Jadwigi z Ziemowitem, co dałoby się pogodzić za cenę wspomnianych 200 tys, florenów., które należałoby wypłacić Wilhelmowi. Matka królewien także wolała, aby każda z jej córek miała koronę dla siebie, więc zwolniła polskich starostów z przysięgi, jaką złożyli Marii w 1379 r.

W ten sposób wyznaczono koronację Jadwigi na najbliższe Zielone Świątki tj. na dzień 6 maja 1383 r. w Krakowie, przy czym z góry zaznaczono, iż tron Polski oddaje się Jadwidze, nie zaś Wilhelmowi.

Na wyznaczony dzień koronacji Jadwigi do Krakowa wybrał się Ziemowit, który choć wystąpił wspaniale, jak przystało na księcia i potencjalnego przyszłego króla, nie został wpuszczony do miasta. Dwie doby zabawił na Kleparzu, po czym zawstydzony cofnął się do Korczyna, gdzie doczekał się wiadomości, że Jadwiga z powodu powodzi na Węgrzech nie przybędzie do Polski. Ta sama powódź nie przeszkadzała jednak małopolskim panom pojechać do Koszyc i tam namówić matkę królowej, aby wysłała ją do Polski w listopadzie.

Ziemowit zaczął podejrzewać Małopolan o nieszczerość względem siebie i koronowany uprzednio według starej tradycji przez podniesienie na tarczy, jako król rozpoczął wojnę domową, do której jednak Małopolanie nie przystąpili.

Jadwiga miała przyjechać na Św. Marcina 1383 r. Pojechał po nią Sędziwój z Szubina, ale królewna nie przybyła, a królowa matka, Elżbieta Bośniaczka za powód podała zbyt młody wiek Jadwigi oraz postawiła warunek, że po ewentualnej koronacji Jadwiga wróci jeszcze na trzy lata do domu rodzinnego. Na taki warunek nie sposób było przystać, ale też panowie małopolscy nie gniewali się o tę zwłokę, chociaż dla pozoru brali udział w uchwałach grożących, że w razie jeśli Jadwiga nie przybędzie do Polski w ustalonym terminie, przepadną jej prawa do tronu. W gruncie rzeczy zwłoka w przybyciu Jadwigi była im na rękę, a wiele też wskazuje na to, że Elżbieta Bośniaczka miała od nich upoważnienie do takiego postępowania, czy nawet wręcz była doń zachęcana. Małopolanie nie życzyli sobie na tronie polskim Wilhelma habsburskiego i woleliby Ziemowita, jednakże w tym czasie w ich głowach powstała bardzo śmiała myśl polityczna, do realizacji której nie nadawał się ani jeden, ani drugi kandydat.

Na męża dla Jadwigi upatrzono Jagiełłę, Wielkiego księcia Litewskiego. Pomysł ten powstał wiosną 1383 r. i wtedy to zachowanie Małopolan względem Ziemowita zaczęło się zmieniać. Plany były dalekie i bardzo niepewne, toteż nie chciano Ziemowita przedwcześnie zrażać.

Przez cały rok 1383 nawet nie dano znać Jagielle o tym, że myśli się o jego kandydaturze na tron Polski, aż dopiero w marcu 1384 r. podjęli tę decyzję małopolscy wielmożowie, na czele których stali: Spytek Z Melsztyna, Jaśko z Tęczyna i Jaśko z Tarnowa. Litwa w tym czasie była w bardzo złej sytuacji. Sam Jagiełło skłonny był oddać ziemie litewskie Krzyżakom i zabiegał o zdobycie ziem na Rusi. Jagiełło wydał już Krzyżakom Żmudź oraz przystał na warunki stosunku lennego z Litwy. Mimo tego w następnym roku Krzyżacy wszczęli przeciwko Jagielle nową wojnę, gdyż inny książę litewski, Witold syn Kiejstuta, obiecał im jeszcze lepsze warunki.

Kiedy do Jagiełły dotarło poselstwo polskie z propozycją objęcia tronu, wówczas ten zaproponował Witoldowi zgodę, mimo że wygrał z nim bitwę pod Wilkiszkami. Istotnie była to dla Jagiełły niezwykła gratka. Na tron państwa wyznającego chrześcijaństwo od czterech wieków, do panowania nad społeczeństwem, które umiało się samo rządzić powoływano władcę z kraju, gdzie bez zezwolenia księcia nawet córki za mąż nie można było wydać i gdzie nie widziano jeszcze porządnej budowli.

Pomysł wielmożów małopolskich zakrawał na istne szaleństwo.

Była w nim jednak zawarta bardzo sprytna polityczna myśl: zawarcie spółki z Litwą przeciw Węgrom w rywalizacji o Ruś oraz zyskanie sojusznika w walce z Zakonem Krzyżackim. Chrzest władcy oraz całego narodu litewskiego miała wybić Krzyżakom poważny argument z ręki: zdawało się, że nie będą oni już potrzebni w tych stronach wobec faktu, że nie będzie pogan do nawracania. Te kalkulacje, jak wiemy, nie do końca się sprawdziły :))

Litwa również miała zyskać na tym połączeniu tronów polskiego z litewskim; dla Litwy oznaczało ono po prostu ocalenie.

Jak pisze Koneczny nie zachowało się z tego czasu żadne pismo, żaden akt, żadna notatka. Nie wiadomo, kto jeździł do Jagiełły z poselstwem. Wszystko odbywało się po cichu, gdyż nie wiedziano, czy osoba Jagiełły nada się na króla Polski. Plan był rzeczywiście bardzo śmiały, ale też i bardzo ryzykowny.

Odsłon: 940 Komentarzy: 6


1 2 3 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.