
Friday,16 March 2012,20:29
Kategoria: Ogólne Friday, 16 March 2012, 20:29
Jest to świadectwo mojego życia z dala od Boga, spotkania Go, nawrócenia i nawiązanej z Nim osobistej relacji.
Jest to też opowieść o wspólnocie carlsberskiej i ks.Blachnickim.
Tekst ukazał się w Nr 26 Biuletynu Informacyjnego, Ruchu Swiatło-Zycie w Archidiecezji Katowickiej.
Pochodzę ze Szczecina. Wychowywały mnie babcia i owdowiała mama, tata zmarł, gdy miałam 1,5 r. Mama określała się wierzącą, ale niepraktykującą katoliczką.
Już jako 10 letnie pacholę, niedługo po I Komunii św. zadeklarowałam, że Boga nie ma, więc do kościoła więcej nie pójdę. Na takie dictum Mama nic nie powiedziała, a babcia tylko zapłakała cichutko.
Tak zaczął się czas mojego ateizmu.
W domu wszystko kręciło się wokół mnie, wychowywano mnie jak księżniczkę – przyzwyczajono, że wszystko mi się należy. Byłam straszną egoistką, bez przesady powiem, że byłam bestią.
Gdy dorosłam, moim środowiskiem stała się szczecińska bohema. Mój pierwszy związek zawarłam na zasadzie: "wyszłam za mąż, zaraz wracam". Mój młody mąż miał dla mnie wartość jedynie użytkową, np. potrafiłam wyrzucić go chorego, z łóżka na podłogę, bo.. mi śmierdział.
Gdy wpadł w alkoholizm, zabrałam dziecko - łaskawie urodziłam mu córeczkę - i wymieniłam go na nowszy model.
Drugi był już trochę twardszy, więc awantury były na porządku dziennym, podczas jednej z nich ugodziłam go nożem.
Zabiłam też kilka moich nienarodzonych dzieci. Przed pierwszą aborcją miałam jeszcze opory, ale te szybko rozproszyło moje otoczenie /babcia już wtedy nie żyła/ - pójście na kolejną skrobankę stało się niczym wizyta u dentysty.
Zmieniłam zdanie na temat aborcji jeszcze przed nawróceniem, gdy przypadkowo trafiłam na wyświetlane slajdy, obrazujące, jak naprawdę wygląda ten zabieg. To był pierwszy szok, jakiego w życiu doświadczyłam, targały mną torsje.
Organizowałam antykomunistyczne manifestacje, rozdawałam bibułę w Stanie Wojennym. Podczas jednej ze manifestacji zostałam aresztowana, a w niedługim czasie aresztowano też męża. Po kilku miesiącach dostaliśmy propozycję „paszportu w jedną stronę”.
Skorzystaliśmy z niej i emigrowaliśmy do Niemiec. Tutaj los nas rzucił w pobliże Carlsbergu.
Szukając środowiska Polonii, odkryłam ośrodek ewangelizacyjny prowadzony przez ks. Franciszka Blachnickiego, któremu towarzyszyło kilka dziewcząt Wspólnoty żeńskiej i czterech niedawno wyświęconych księży.
Fajni ludzie, myślałam – tyle, że jacyś dziwni, jakby z innego świata. Modlili się kilka razy dziennie, zero bluzgów a poglądy na świat zupełnie nierealne. Mówili, że treścią ich życia jest Bóg. Nie rozumiałam tego - odbiło im, czy co? Przyglądałam im się z zaciekawieniem połączonym z politowaniem. Mimo wszystko dobrze się u nich czułam i lubiłam tam bywać. Z ks. Franciszkiem prowadziłam dysputy polityczne, o religii, wierze, nie było sensu ze mną rozmawiać, nie łapałam tego bluesa.
Pomagałam im, w prostych pracach domowych, mimo, że się wtedy kompletnie na tym nie znałam, nie potrafiłam sprzątać, gotować, itp.
Moje pierwsze bliższe spotkanie z Ojcem Franciszkiem:
Ja miałam 31 lat, Ojciec – trochę więcej, ponad 60. Prosił, żebym poukładała płyty winylowe, które przyszły w darach. Było ich bardzo dużo - układałam kilka godzin. Na drugi dzień przychodzi Ojciec i mówi: „Te płyty jednak przełożymy na inne miejsce”. Niewiele myśląc, odparowałam: „Coś ty, Ojcze – głupi jesteś? Sam sobie układaj.”.
Ojciec mnie nie ochrzanił - choć chyba powinien był - po prostu powiedział: „dobrze, poukładam.” i zabrał się do pracy.. Zaskoczyło mnie total – był chory i nie wolno mu było pracować fizycznie, trochę się przestraszyłam, że mnie wspólnota obsunie – zaczęłam więc pokornie prosić, żeby przestał, zapewniając gorliwie, iż nic się w gruncie rzeczy nie stało, że ja już wszystko zrobię. Uff – posłuchał wreszcie i sobie poszedł.
Ks. Franciszek był niesamowitą osobą - w stosunku do własnej osoby surowy i wymagający; w odniesieniu do innych - cierpliwy i wyrozumiały. Przyciągał do siebie i do Carlsbergu wiele osób podobnie jak ja potłuczonych przez los.
Niby miałam 31 lat, ale żadnych autorytetów i zachowywałam się jak duże dziecko. Nie potrafiłam przywidywać konsekwencji swoich działań.
Pewnego dnia u siebie w domu czytałam Legendy Góralskie – rozmowy z diabłem, Boruta, Rokita, td.
Pomyślałam – spróbuję czy to działa. Wykombinowałam warunek, po ludzku niemożliwy do spełnienia, postawiłam na stoliku zapalona świecę, poczekałam do godz. 24:00 i zaczęłam.
Zawołałam: „Jeżeli jesteś, pokaż się Lucyferze”. Nic, żadnej reakcji. Powtórzyłam.
W tym momencie w głowie , pojawił się jakby błysk - medalik przeszkadza. Faktycznie, miałam na szyi medalik jeszcze od chrztu. Nosiłam przez sentyment, jako rodzinną pamiątkę.
Zerwałam, i rzuciłam na podłogę. Świeca zgasła.
Pomyślałam - chyba coś się dzieje, fajnie jest, tylko nie widać nikogo. Niech i tak będzie.
Zaczęłam perorę - zapisze ci moja dusze jeśli dostane... Nic. Ponudziłam się jeszcze chwilę, zgasiłam świecę i poszłam spać.
Następnego dnia, pojechałam do Carlsbergu. Spotkałam ks. Kazika i opowiedziałam o mojej przygodzie.
Ksiądz zbladł i zaproponował egzorcyzmy. Powiedziałam mu - "Stuknij sie w główkę, mamy XX w. nie średniowiecze”. Wkurzona wróciłam do domu.
W nocy kontynuowałam spotkanie z Lucyferem. Wzięłam długopis, kartkę papieru. Zaczęłam pisać cyrograf: wymieniłam czego chcę, a jako dowód, iż zostałam wysłuchana - dołożyłam dwa warunki do spełnienia natychmiast: następnego dnia mam wygrać z mężem w szachy (grałam bardzo słabo), a w najbliższym czasie dostać dużą sumę pieniędzy (co najmniej 10 tys. marek) - wtedy podpiszę kwit własną krwią.
Rano, skłoniłam męża do gry – wygrałam. Zaczęło mi się podobać. Po południu, do mojej córeczki przyszła koleżanka i zabrała ją do siebie. Po upływie kilku minut przybiegła rozdygotana: „Jowita wpadła pod samochód”, wydusiła.
Poszliśmy tam z mężem – zdarzenie miało miejsce ok.300 m. od naszego bloku. Kierowca, młody chłopak, nie jechał szybko – ale nie miał szans, dziecko zbiegło z nasypu kolejowego prosto pod maskę. Po 5 min. było pogotowie. Pojechaliśmy do szpitala. Początkowo wydawało się, że to nic groźnego - mała nie krwawiła, niestety prześwietlenie pokazało pękniecie czaszki.
Dziecko było przytomne, ale po pewnym czasie „odjechało”. Dopiero wtedy zaczęłam się bać.
Jest decyzja lekarzy – córka zostanie zawieziona do Kliniki Specjalistycznej, na oddział IOM, stan jest ciężki.
My musieliśmy zostać – czasie przyjechała Policja. Krótkie przesłuchanie kierowcy, później rozmowa z nami. Dali nam formularze do wypełnienia - mieliśmy ubiegać się o odszkodowanie, wina kierowcy była bezsporna. Mąż został jeszcze, dopełnić formalności, ja poszłam do domu.
Wtedy (to było, jak przebłysk w głowie) usłyszałam: "Umowy dotrzymałem, pieniądze dostaniesz, czekam.". Zatkało mnie. Wrzasnęłam "NIE!" na całą ulicę. Mijający mnie przechodnie patrzyli ze zdziwieniem. Krzyczałam: "Ty, gnoju, ty bandyto, bydlaku...".
Wpadłam do mieszkania, chwyciłam telefon, z trudem wykręciłam numer do Carlsberga. Odebrał ks. Kazimierz. Mówię: "Kazik, stało się coś strasznego. Jowita miała wypadek, proszę módlcie się, ja przecież nie umiem".
Nie wiem czy minęła godzina. Ksiądz Franciszek (we wspólnocie nazywany Ojcem) przysłał auto i zabrano nas do Ośrodka.
Pobiegłam prosto do kaplicy. Ze wszystkich sił, całym swym jestestwem - wyrzekałam się Lucyfera i jego mocy. Powiedziałam: "Boże, jeżeli Ty naprawdę jesteś, ratuj proszę moje dziecko. Głupia jestem, wiem - ale ja naprawdę nie wiedziałam, iż moja zabawa może być groźna. To miały być tylko takie jaja."
Następnie poszłam do domu Wspólnoty. Ojciec rozmawiał ze szpitalem. Stan córki był krytyczny, cztery wewnętrzne pęknięcia czaszki.
Ks. Kazimierz rozumiał (nie wiedziałam jak, ale czytałam to w jego oczach), że to efekt moich wygłupów - nie usłyszałam jednak słowa wyrzutu, wręcz przeciwnie, dużo serdeczności.
Zapłakałam z żalu, dopiero gdy się położyłam spać.
Rano - telefon ze szpitala, dziecko odzyskało przytomność – woła mamę. Któryś z księży pojechał z nami do Kliniki. Mała była mizerna, ale pojawiła się szansa. Został z nią mąż, byli w szpitalu prawie miesiąc. Przez cały ten czas mieszkałam w Ośrodku. Po powrocie "moich" z Kliniki, mieliśmy jeszcze jakiś czas zostać w Carlsbergu, dlatego pojechałam do mieszkania po trochę maneli.
Był początek grudnia, śnieg - przed blokiem, na krzaku kwitła piękna czerwona róża. Jeden tylko kwiat. Wiedziałam, że to dla mnie - od Tego, którego jeszcze nie znam.
I tak to właśnie weszłam na drogę nawrócenia.
Ponieważ żyłam z mężem bez ślubu kościelnego, a nauka Kościoła nie aprobuje tego typu związków postanowiłam „nie grzeszyć”, i zaproponowałam ówczesnemu mężowi separację od łoża.
Już wtedy mieliśmy dwoje dzieci – bo jeszcze w Polsce, na prośbę męża urodziłam mu synka.
Mąż początkowo zaakceptował moje pomysły, ale na dłuższą metę miał dosyć mojego uświęcania się i .. zabierając dzieci, wyprowadził się.
Całą rodzinką mieszkaliśmy wtedy w ośrodku. Tam żyło się naprawdę biednie, bywały dni, gdy nie bardzo wiedziano co do garnka włożyć.
/Poznałam wtedy smak zupy z pokrzyw/.
A wszystko to, w kraju, gdzie dostatnio żyły nawet osoby otrzymujące zasiłek socjalny.
Niestety, carlsberski ośrodek nie otrzymywał żadnych państwowych dotacji, utrzymywano się autentycznie z "co łaska".
Minęło jeszcze dużo czasu, zanim przeżyłam spotkanie z Miłującym mnie Jezusem – kilka lat po śmierci ojca Franciszka.
Byłam dla Carlsbergu prawdziwym utrapienie - przychodziły mi do głowy najdziksze pomysły, które natychmiast, bez zastanowienia wcielałam w życie. Jedynie Ojciec miał, niezrozumiałe dla mnie pokłady cierpliwości.
Zawsze serdeczny, uśmiechnięty, żadnego gestu zniecierpliwienia - nazywał mnie "Słoneczkiem Carlsberskim".
Pewnego dnia, w rozmowie z Ojcem (był to wtorek), powiedziałam, że chyba wycofam się z tej całej "imprezy".
Ksiądz prosił, żebym była cierpliwa – zapewnił, że zawsze mogę na niego liczyć. W piątek nagle zmarł...
Zapłakana stałam nad jego zwłokami. Powiedziałam - "W konia mnie zrobiłeś. Tobie się oczy zamknęły, to mnie się teraz otworzą".
Przeczucie mnie nie zawiodło.
Następne lata były trudne i piękne zarazem.
Zaczęłam poznawać i modlić się tekstami biblijnymi. Przekonałam/upewniłam się, że w Hostii jest prawdziwie i realnie Jezus obecny.
Przemieniałam się, rodziłam na nowo.
Po śmierci Ojca Franciszka wspólnota z Carlsbergu zastanawiała się, czy mogę dalej zostać.
Mimo nawracania nie potrafiłam wyzbyć się moich przyzwyczajeń i nadal byłam nieprzewidywalna. Kiedyś, przed 1990 r., po głośnym zamachu dokonanym przez islamistów na dyskotekę w Berlinie, podczas Mszy w Carlsbergu, do kaplicy wchodzi Arabka w czadorze.
Konsternacja. Napięcie. Przy ołtarzu szept: „Wszystko w porządku, to Renatka”.
Ostatecznie chyba przekonał ich ks. Jacek Herma: „Jeżeli jest to dzieło ludzkie, to lepiej żeby się rozpadło szybciej. Jeżeli to dzieło Boże – przetrwa nawet Renatkę.”
Przez 7 lat żyłam w celibacie. Pan uczył mnie czym jest czystość. Następnie spotkałam mojego obecnego męża, który również miał skomplikowaną przeszłość. Po kilku latach Sąd biskupi potwierdził, że sakrament małżeński męża był nieważnie zawarty i wreszcie mogliśmy stanąć na ślubnym kobiercu, przed Bogiem. Nastąpiło to, w kaplicy domu Ruchu Swiatło-Zycie, w Katowicach.
Obecnie mieszkamy 50 km od ośrodka i na miarę swoich obowiązków, staramy się gdy tylko jest to możliwe uczestniczyć w życiu Wspólnoty.
Jaki był Ojciec Franciszek?
Przede wszystkim bardzo wyrozumiały, troszczący się, aby „nadłamanej trzciny nie złamać”.
Gdy dawałam się we znaki wspólnocie, przede wszystkim psując opinię ośrodkowi, w bliższej i dalszej okolicy, rozważano - czy jednak mnie nieco nie oddalić. Ojciec uciął to jednym zdaniem: „Trzeba dać Bogu i Renacie czas na wzrost łaski Bożej”.
Nie lubił poufałości, szczególnie ze strony kobiet. Gdy leżał w szpitalu, razem z ówczesnym mężem, pojechaliśmy go odwiedzić. Był na ścisłej diecie, zabrałam więc kwiaty zamiast słodkości, i jak to bywa w zwyczaju, pochyliłam się i ucałowałam policzki chorego.
Kiedy ksiądz już wrócił do domu, serdecznie całowanie go na Dzień Dobry i Do Widzenia, stało się moim stałym zwyczajem. Po pewnym czasie Ojciec poprosił – „czy Renata mogła by mnie już nie całować?”. Zapytałam: „A w rękę?” Tutaj zaznaczę, że był to z mojej strony heroizm, bo nigdy w życiu nikogo w rękę nie pocałowałam.
Ks. Franciszek - „W rękę też nie lubię”.
Ja - „Czy dlatego że jestem nieczysta?”.
Ks. Franciszek zrezygnowany: "Jeżeli tak to Renata widzi, to niech już Renata całuje...”
Dla wielu osób lektura pism ks. Blachnickiego jest trudna.
Jednak jego homilie dla osób uczestniczących w niedzielnej Eucharystii, tzw. parafialnych katolików były proste i zrozumiałe.
Do osób uformowanych mówił bardziej głęboko i trudniejszym językiem.
Celebrowane przez niego Eucharystie były piękne – widziałam to już wtedy, jeszcze jako osoba niewierząca - przykładano na nich dużą wagę do poprawności liturgii i bogactwa śpiewów.
Tak jest zresztą nadal, w carlsberskiej kaplicy, pod tym względem nic się nie zmieniło.
Nie ma odprawianej Mszy, jest celebracja Eucharystii.
Ojciec miał też swoje wady, np. słabość do ludzi inteligentnych, wykształconych. Nie wykluczam, że przypłacił to życiem.
Kiedyś zaufał takim jednym „inteligentom”, oficjalnie emigrantom Solidarności, rzeczywiście pracownikom komunistycznego wywiadu, rodzinie Gontarczyków. Jolanta (miała stopień majora) i jej mąż Andrzej, przejęli kierownictwo drukarni w Ośrodku, jednocześnie urządzając tam swoją szpiegowską bazę. Dokładali starań, aby ograniczyć dostęp do drukarni osobom z zewnątrz, zarazem sabotując jej pracę.
Po śmierci ks. Franciszka pobyli jeszcze jakiś czas w Carlsbergu, a pewnego dnia błyskawicznie się ewakuowali – zaledwie dwie godz. przed przybyciem policji kryminalnej, która miała ich aresztować.
Pod koniec 1986 r. u niektórych osób pojawiły się podejrzenia w stosunku do Gontarczyków - rozmawiano o tym z Ojcem - odpowiadał: „Nie uwierzę, jeżeli nie zobaczę dokumentów”. Zmarł jeden dzień przed ich otrzymaniem. Mógł to być zbieg okoliczności, ale nie można też wykluczyć, iż agenci mieli w tym swój udział.
To co się w moim życiu dokonało, inaczej jak cudem nazwać nie mogę.
Dorosła osoba, poddała się wychowawczemu procesowi Boga i ludzi.
W wieku 39 lat, Narodziłam się na Nowo, jako Człowiek.
Powyższe odbyło się niejako poza moim udziałem, nie pomagałam w tym, raczej przeszkadzałam często. Ta zmiana była możliwa dzięki nadzwyczajnej Łasce Bożej.
Widzę też w tym wyraźną pomoc ks. Blachnickiego – mogę powiedzieć: Ojciec dotrzymał danego mi słowa.
Jestem bardzo chora - mam WZW typ C, ostatnie stadium - według opinii lekarzy, od kilku już lat żyję na przekór zasadom medycznym.
Widocznie Adonai daje mi czas na dalsze nawracanie się, dokłada kolejnych Łask, aby moją duszę upiększyć.
Cóż dodać jeszcze?
Fajnie jest iść przez życie z Jezusem i tylko żal zmarnowanych lat i boli świadomość tego, jak mocno krzywdziłam najbliższych. No i.. ta bezradność, iż wielu rzeczy już nie jestem w stanie naprawić - konsekwencje moich grzechów, mogę zawierzyć jedynie Bożemu miłosierdziu.
Odsłon: 552 Komentarzy: 14
Saturday,20 February 2010,14:18
Kategoria: Wiadomości Saturday, 20 February 2010, 14:18
Drugie śniadanie mistrzów.
Magazyn kulturalny.
Kilka słów o programie:
"Nowy program TVN24 "Drugie śniadanie mistrzów" będzie nadawany na żywo w soboty prosto z warszawskiej kawiarni Szparka, gdzie Marcin Meller będzie spotykał się ze znanymi osobistościami, by dyskutować o polityce i bieżących wydarzeniach."
W dzisiejszym spotkaniu udział wzieli: ks. Kazimierz Sowa, Maria Czubaszek, Dorota Wellman, Adam Ferency.
Nasuwa mi się refleksja, a jak wiadomo jestem bezpruderyjną "modernistką", że sama obecność księdza w Szparce – która to nazwa chyba jednoznacznie się kojarzy – jest pewnym kuriozum.
Tematem spotkania miała być szeroko rozumiana kultura. Między innymi poddano miażdżącej krytyce fakt ukarania przez KRRiT, radia Tok FM za "dowcip" opowiedziany przez Andrzeja Czeczota – ”stosunek kapłana z ministrantem nie jest śmiertelnym grzechem pedofilstwa, …” – na antenie w styczniu.
Ksiądz nie oponował. Milczał również wtedy, gdy padło stwierdzenie, że dużo cięższym kalibrem była publikacja w GN, w której przyrównano p.Alicję Tysiąc do hitlerowskich zbrodniarzy.
Tu mała dygresja – jak widzę kłamstwo wielekroć powtarzane staje się prawdą.
Nikt bowiem nie przyrównywał p. Alicji do hitlerowców.
Jestem przekonana, iż ci, którzy dziś powtarzali tą brednię nie zadali sobie trudu, aby zapoznać się u źródła z publikowanym materiałem.
Podczas "śniadania" rozważano też postulat, aby dać prawo do głosowania osobom 16 l., argumentując, iż są one dostatecznie dojrzałe do umożliwienia im wpływu na życie polityczne kraju.
A ja powiem – małolaty są fantastycznym materiałem do poddania ich medialnej manipulacji.
Na zakończenie, jedna z pań poleciła "Kaziowi" książkę – "W ŁÓŻKU Z…"
Krótka recenzja "dziełka":
Bezwstydnie szczere erotyczne opowiadania znanych pisarek wydane przez Świat Książki Serdecznie zapraszam do zagłębienia się w ten zbiór wyjątkowych, chwilami humorystycznych, często kąśliwych, a przede wszystkich przesyconych erotyką opowiadań, których autorkami są znane autorki bestsellerów obsypanych nagrodami literackimi, ukrywające się pod figlarnymi pseudonimami.
Nie muszę chyba dodawać, iż ksiądz nawet się nie zarumienił.
Podsumowanie ks.Sowy przez Klarcię.
Już mi nie chodzi o to, że księżulo występuje bez widocznych oznak kapłaństwa – choćby koloratki – ale w moich oczach jest obleśnym typem, karykaturą mężczyzny. Obserwując jego zachowanie, czułam niesmak.
Nie poszłabym do tego typu księżula na Eucharystię – choć teoretycznie wiem, że i u takiego gostka nasz Pan jest obecnym.
Nie przystąpiłabym u niego do Sakramentu Spowiedzi, nawet w chwili śmierci – tutaj mam świadomość, że narażam się tradsom.
Klarcia gardzi takim księdzem. ![]()
Odsłon: 1123 Komentarzy: 49
Monday,02 August 2010,01:02
Kategoria: Ogólne Monday, 02 August 2010, 01:02
Tyle złego słyszymy o tym, jak to źle są Polacy w Niemczech traktowani.
O rzekomej dyskryminacji i innych nieprzyjemnych historiach. Postanowiłam więc podzielić się tutaj swoim własnym doświadczeniem.
Gdy musieliśmy opuścić Polskę zdecydowaliśmy się wyjechać do Berlina, bo nie potrzebna była wiza wjazdowa. Miał być to tylko jeden z etapów naszej podróży, bo Niemców się baliśmy. Propaganda (szczególnie mocna na tzw. Ziemiach Odzyskanych) zrobiła swoje. Nie znaliśmy języka, mieliśmy ze sobą tylko 100 DM, dwoje małych dzieci (synek taszczył pluszowego psa, swojej wielkości), po 2 walizy na osobę, mąż dodatkowo olbrzymi plecak – gdy więc wysiedliśmy na
Berlin ZOO, utrudzeni podróżą – choć po raz pierwszy w życiu czujący się wolnymi ludźmi – uradziliśmy, że zgłosimy się na policję *, tak będzie najprościej. Wpakowaliśmy się do komisariatu, położyliśmy nasze paszporty na blacie i mąż powiedział "politische emigrante" pokazując na siebie, mnie i dzieci. Pan policjant spojrzał przyjaźnie (szok) pokazał nam żebyśmy usiedli na ławce, zawołał kogoś i zaczeli coś tam między sobą szprechać. Zaraz ktoś przyniósł kawę dla nas i kakao dla dzieci, policjant postukał w klawisze jakiejś maszyny (później zrozumiałam, że był to komputer), wyskoczyła z niej kartka, wtedy on na migi pokazał nam, że zostaniemy zawiezieni do obozu, wyglądało to tak (do teraz pamiętam) – ręce kręcą kierownicą, słowa: "auto, lager, brum, brum". Chwyciłam za swoje walizki, a pan na to (też migami), że ja mam się dziećmi zająć, a walizki to on poniesie. Przywiózł nas do obozu, tam była ogromna rzesza cyganów, jak to zobaczyłam pobladłam, wyglądało na kilka godzin czekania, a synek słaniał się na nóżkach ze zmęczenia. Policjant zauważył moją reakcję, coś tam zagadał do gościa "sterującego ruchem", wziął za ręce dzieci i gdzieś poszedł. Wrócił po chwili z kwitem na przydział. Pożyczył nam wszystkiego dobrego (też na migi) i poszedł. Pracownik socjalny zaprowadził nas do pokoju, a następnie mnie do "prowianciarni".
I już pierwszego dnia, dałam plamę – starając się o prowiant dla dzieci powiedziałam, że mam niemowlaki, (moje dzieciaki 4 i 6 l.) nie bardzo radziły sobie z gryzieniem pokarmu, chciałam więc dostać odżywki. Następnego dnia sprawa sią rypła, przyszła do mnie pani i spytała – dlaczego kłamałam. Wtedy powiedziałam jej prawdę, a ona na to, że gdybym tak wczoraj powiedziała i tak by mi te odżywki dano. Zrobiło mi się cholernie głupio, jak chyba nigdy w życiu.
Od tej chwili, już kombinować nie próbowałam.
Z tego też czasu pochodzi anegdotka, która po dziś przetrwała w naszej rodzinie.
Dzieci wyglądają przez okno.
Córka – Toma, zobacz milicja.
Syn z poważną miną – nie, policja. Milicja leje pałom.
Mieszkaliśmy w Szczecinie, podczas stanu wojennego, w ramach nauki historii brałam czasem dzieci na manifestacje, żeby sobie zobaczyły jak życie wygląda. Widziały akcje ZOMO.
* – inni bali się wszelkiej władzy, więc kto nie znał języka (tak, jak my) a nie był samochodem, do obozu docierał taksówką. Koszt takiej eskapady – ok. 30 DM.
c.d.n.
Odsłon: 597 Komentarzy: 32
Wednesday,30 December 2009,01:47
Kategoria: Religia Wednesday, 30 December 2009, 01:47
Bóg jest przede wszystkim MIŁOSCIA.
Kocha nas bezwarunkowo – takich, jakimi jesteśmy. Wcale nie dlatego, że jesteśmy śliczni, wspaniali – bo i nie jesteśmy tacy – tyle dla Niego robimy, tak się poświęcamy.
Nie. On kocha nas, bo po prostu jesteśmy. Dwóch rzeczy Bóg nie może uczynić:
- nie może przestać nas kochać
- nie może narzucić nam swojej Miłości, czyli siebie.
Bowiem, nie tylko stworzył nas z Miłości do miłości, ale i obdarował prawdziwą wolnością – czyli możliwością wyboru. To jest niesamowite – nasza wolność pozwala nam odrzucić Stwórcę, Pana Nieba i Ziemi.
Wręcz poraziła mnie myśl, że Bóg obdarzył mnie możliwością odrzucenia Go.
O.Mokrzyck (jezuita) powiedział w swoich rekolekcjach – "Bóg podchodzi do człowieka z takim szacunkiem, jak do Monstrancji".
Czyli, Bóg nie zniewala nas, szanuje naszą wolę, nasze wybory i decyzje.
Czy Bóg jest obecny w piekle? Moim zdaniem – tak. On jest obecny wszędzie, w piekle też.
W piekle jest obecny, jako Miłosc odrzucona – Ten, który w geście miłości wyciąga swoje ręce i pozostają one puste, bo człowiek mówi Mu swoje NIE.
Następny temat będzie traktował o grzechu.
Odsłon: 606 Komentarzy: 22
Wednesday,23 December 2009,19:38
Kategoria: Kościół Wednesday, 23 December 2009, 19:38
Nawiązując do wypowiedzi na FF:
http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&igwat=1&id=3084820#form
http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&igwat=1&id=3084886#form
Prezentuję zbliżenie Tryptyku – do tej pory, jedyny w swoim rodzaju – a przy okazji widok carlsberskiej kaplicy, w szerszej perspektywie.
Cały wystrój kaplicy – ikony, ambona, ołtarz, krzyż procesyjny, tabernakulum – jest dziełem jednej z pań posługujących na rzecz Ruchu Swiatlo-Zycie, Jolanty Szewczyk.

Odsłon: 449 Komentarzy: 7
Sunday,13 December 2009,22:19
Kategoria: Fronda Sunday, 13 December 2009, 22:19
Usunelam poprzedni temat, bo kto mial go przeczytac – ten przeczytal.
Czy zostana wyciagniete z tego wnioski?
Nie wiem – co mialam do powiedzenia, powiedzialam.
Tych kilka slow pisze tylko dlatego, aby nie podejrzewano Redakcji Portalu o niecne dzialanie, czyli kasowanie niewygodnych jej (byc moze) wpisow.
Odsłon: 404 Komentarzy: 1
Tuesday,12 May 2009,15:45
Kategoria: Kościół Tuesday, 12 May 2009, 15:45
Moim zdaniem – nie. Chcąc ich wprowadzić w ryt trydencki, to jak zacząć budowę domu od dachu. Im najpierw trzeba umożliwić spotkanie z Bogiem w codzienności ich życia. Właśnie skończyłam czytać książkę – " Dialogi z męczennikami". Jest to historia powołania i męczeństwa dwóch franciszkanów, którzy posługiwali w Peru. Ostatnim terenem (skąd zostali porwani przez komunistów) było miasto Pariacoto.
O.Zbigniew tak mówił o ludziach z jego placówki:
" Tam jest największa bieda. Byliśmy świadomi, że musimy zadbać zarówno o kondycję duchową, jak i fizyczną.Na każdym kroku oczekują pomocy materialnej; w większości wypadków jest to uzasadnione.(…) Zajęliśmy się wspomaganiem szkół. (…) Dotychczas blisko 2/3 młodzieży kończy edukację na poziomie odpowiednika polskiej szkoły podstawowej, ale dziewczęta najczęściej jeszcze wcześniej. W wieku 14-15 lat zostają żonami i matkami, po ślubie cywilnym lub bez…(..) Słowo uczy, ale przykład pociąga… Staraliśmy się nie tylko inicjować, ale też fizycznie uczestniczyć w usprawnianiu ich życia, a przy tej okazji lepiej ich poznawać, budzić wzajemne poszanowanie dobra wspólnego i cudzego (strasznie kradną, a czego nie podprowadzą to zniszczą – dop.mój), wreszcie zaufania, potrzebnego też w przekazie prawd wiary… Wszystko powoli, raczej towarzyszenie i inspirowanie, a nie bezpośrednie ingerowanie."
O ewangelizacji dzieci i realiach podczas sprawowanej liturgii:
" Chcieliśmy zająć się dziećmi nie tylko dla promocji wiary, ale także edukacji, awansu społecznego, o czym mówiłem już wcześniej. Gdy tylko udało się zdobyć cukierki, to za nie można było "kupić" wszystkie dzieci. Starsze – obrazkami, taśmami z muzyką, filmami, potem staraliśmy się też zainteresować ich książkami."
O.Michał tak opowiada o Mszy św.
Odprawiał ją każdej niedzieli, specjalnie dla dzieci. Stale przychodziło na nią ponad 120. Coraz lepiej udawało mu się utrzymywać je w ryzach podczas akcji liturgicznej. Chyba, że …
" W czasie kazania jeden pan, obok kościoła narobił takiego hałasu, że nie słyszałem sam siebie, zaś dla dzieci był to powód do śmiechu i wyładowania się. Poprosiłem siostrę, by poszła i upomniała go, by przerwał na godzinkę. "
Gość siostrę spławił wulgarnymi słowami i jeszcze bardziej wzmocnił warkot silnika.Gdy po Mszy ojciec poszedł z nim porozmawiać usłyszał - "nie wierzę, jestem daleko od Kościoła".
W kościele podczas Mszy przebywał pies. Spał pod Ołtarzem, albo przy Tabernakulum. Zachowywał się na ogół cicho, ale gdy poczuł innego psa lub fałszywego człowieka, przeraźliwie ujadał i trzeba było przerwać liturgię do czasu, aż się uspokoił. Ale ojciec cieszył się, że przynajmniej mają tylko jednego psa – ten innych do świątyni nie wpuszczał – , bo… w innych kościołach było ich dużo.
" Naszym parafianom przybliżamy świat, zasady kultury chrześcijańskiej, włączamy ich do przygotowania liturgii, jednocześnie korzystając z ich tradycji.(…) dzieci wykonały taniec zwany kondorem, przynosząc do ołtarza dary ofiarne, m.in. wino i chleb do konsekracji oraz to, co wyraża tę ziemię: kwiaty, jukę, banany, pomarańcze i inne owoce. "
A tak wygląda praca z młodzieżą w Polsce:
W zagłębiu narkotyków
"– Łódź jest miastem, w którym są ogromna bieda i wielki alkoholizm. Wystarczy troszkę zejść z Piotrkowskiej. Obok nas jest największa dyskoteka w mieście, zagłębie narkotyków. W sobotę zabawa, a w niedzielę Msza o uzdrowienie – opowiadał mi kilka miesięcy temu Remigiusz Reclaw, jezuita, animator wielu ewangelizacyjnych akcji. A może to zagłębie narkotyków przez jeden wieczór zamienić w zagłębie dobrej zabawy i modlitwy? – pomyślał ks. Misiak. I zakasał rękawy sutanny. Siedzimy w jego pokoju. Przy ścianie ogromny obraz Bożego Miłosierdzia. W pokoju ruch. Mnóstwo młodych. Wchodzą, wychodzą. Sporo z nich mówi o łódzkim przebudzeniu. Młodzi z diakonii ewangelizacyjnej nie wychodzą na ulice z hasłem: „Brunetki blondynki, ja wszystkie was dziewczynki… nawracać chcę”.
Adoracja w czasach techno
" Kilka miesięcy temu ks. Michał zorganizował w bełchatowskim klubie Manhattan dyskotekę, która cieszyła się ogromnym powodzeniem. W klubie zorganizowano salę do adoracji i spowiedzi. – Jezus wchodził w różne miejsca, wchodził tam, gdzie był grzech. A my kontynuujemy tę robotę – wyjaśnia kapłan. I opowiada historię z Bełchatowa: Jedna z dziewczyn oderwała się od roztańczonego tłumu. Przyszła tu, by zapomnieć o dramatycznej sytuacji rodzinnej. Była już niemal uzależniona od amfetaminy. Ze zdumieniem przeczytała kartkę: „Cisza”. Otworzyła nieśmiało drzwi i zobaczyła swoich rówieśników, którzy klęczeli przed krzyżem. Zwykła sytuacja: krzyż, grupa młodych. A dla niej było to przełomowe doświadczenie. Dziś sama jeździ po szkołach i daje świadectwo. Kilka miesięcy temu podpisała Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. Radykalnie zmieniła życie. Wielu kręci głowami: Po co pchać się w opanowane przez mafie dyskoteki? Po co inwestować w środowisko pełne dopalaczy? Po co… Sceptykom usta zamykają statystyki: w czasie jednej nocy w Bełchatowie księża wyspowiadali 115 ludzi. Najczęściej tych, którzy dotąd kościoły omijali szerokim łukiem. W Łodzi wyspowiadało się ponad 350 osób. Do „kaplicy” w łódzkim klubie wszedł młody, świetnie ubrany facet. Stanął i zdębiał. Zobaczył młode piękne dziewczyny adorujące krzyż. Po chwili rozpłakał się. – Przychodzę do Heaven co tydzień – opowiadał – Po to, by „zaliczać panienki”. Na każdej dyskotece miałem ich kilka. Szliśmy do ubikacji… Teraz widzę, jak bardzo jestem niegodny, by tu stać – szlochał. – Czy sam słucham takiej muzyki? Nie – odpowiada ks. Michał. – Dlaczego więc tam idę? Powód jest jeden. Bo tam są młodzi. "
http://www.goscniedzielny.wiara.pl/wydruk.php?grupa=6&art=1259222570&dzi=1104785534&katg=
Odsłon: 663 Komentarzy: 18
Tuesday,12 May 2009,00:53
Kategoria: Wiadomości Tuesday, 12 May 2009, 00:53
Niektórzy już myśleli (na FF), że mnie zabanowano. A ja tylko wyjechałam na wczasy z Jezusem. Czułam wyraźnie, że jeśli nie naładuję duchowych akumulatorów, to całą dotychczasową Łaską Bożą i posługę uczniów Pańskich nieaniołki wezmą. Wybyłam więc w środowisko, gdzie oddycha się wiarą bezustannie. Gdzie Jezus jest autentycznie Panem tych, którzy poszli za Nim. Włączyłam się w codzienność Wspólnoty – pracę i modlitwę.Pierwszego dnia zajrzałam jeszcze w internet, w następnych zabrakło mi już czasu i sił.
W Ośrodku carlsberskim jest nieliczna (obecnie) załoga, a pracy multum.
Codzienna Jutrznia, Eucharystia i Nieszpory, wspaniale zanurzały mnie w obecność Bożą. Chodziłam spać normalnie (przed północą) i wstawałam normalnie, jak człowiek. Niesamowitym wrażeniem było oderwanie się od wiadomości medialnych – rozumiem teraz dlaczego zakonnice i zakonnicy tak młodo wyglądają. Po prostu zero stresu, a przy tym stała obecność Ducha Swiętego jest najlepszym kosmetykiem.
Niestety, obowiązki domowe (choć mam w nich duże luzy) sprowadziły mnie na powrót w realia. Ale powzięłam jednak decyzję bywać częściej w Centrum Ewangelizacyjnym, co na pewno przyniesie korzyść zarówno mojej duszy, jak i bliskiemu otoczeniu.
Jeśli więc nie będzie Klarci na Portalu, to będzie znaczyło, że się odchamia.
Odsłon: 444 Komentarzy: 5
Wednesday,25 November 2009,20:17
Kategoria: Kościół Wednesday, 25 November 2009, 20:17
Cytat kard. Carlo Martini – z jego książki "Coś tak osobistego. Rozważania o modlitwie":
" Błogosławieni, którym udaje się interpretować własne życie jako Dar Boży i unikać narzekania na obecne czasy w porównaniu z minionymi.
Negatywny sąd o teraźniejszości jest jedną z chorób ducha starości. "
***
Benedykt XVI:
" W klasztorach XII wieku metoda teologiczna związana była głównie z wyjaśnianiem Pisma Świętego, świętych kart, by się wyrazić jak autorzy tamtych czasów; uprawiano szczególnie teologię biblijną. Wszyscy mnisi byli bowiem wiernymi słuchaczami i czytelnikami Pisma Świętego, a jedno z ich głównych zajęć polegało na lectio divina, to jest modlitewnej lekturze Biblii. Według nich nie wystarczyło zwykłe czytanie tekstu świętego, aby odkryć jego głęboki sens, jedność wewnętrzną i nadprzyrodzone przesłanie. Należało jeszcze praktykować „lekturę duchową”, prowadzoną w posłuszeństwie Duchowi Świętemu. Tak więc w szkole Ojców Biblia interpretowana była w duchu alegorycznym, aby na każdej karcie tak Starego, jak i Nowego Testamentu odkryć, co mówi Chrystus i Jego dzieło zbawienia. Ubiegłoroczny Synod Biskupów poświęcony „Słowu Bożemu w życiu i misji Kościoła” zwrócił uwagę na znaczenie duchowego podejścia do Pisma Świętego. (…)Benedyktyński uczony z ubiegłego stulecia Jean Leclercq tak właśnie zatytułował esej, w którym przedstawia charakterystyczne cechy teologii monastycznej: „L'amour des lettres et le désir de Dieu” (Umiłowanie słów i pragnienie Boga). W istocie pragnienie poznania i miłowania Boga, który wychodzi nam naprzeciw przez swoje Słowo, które mamy przyjąć, rozważać i wprowadzać w czyn, prowadzi do starań o pogłębienie teksów biblijnych we wszystkich ich wymiarach. Istnieje jeszcze inne podejście, na które kładą nacisk ci, którzy uprawiają teologię monastyczną, mianowicie intymna postawa modlitewna, która powinna poprzedzać, towarzyszyć i uzupełniać studium Pisma Świętego. Ponieważ w ostatecznym rozrachunku teologia monastyczna jest słuchaniem Słowa Bożego, nie można nie oczyścić serca na jego przyjęcie, przede wszystkim zaś nie można nie zapalić go zapałem, aby spotkać Pana. Teologia staje się zatem rozważaniem, modlitwą, wysławianiem i pobudza do szczerego nawrócenia. Wielu przedstawicieli teologii monastycznej osiągnęło na tej drodze wyżyny przeżycia mistycznego i stanowią zachętę także dla nas do karmienia naszego życia Słowem Bożym, na przykład przez uważniejsze słuchanie czytań i Ewangelii, zwłaszcza podczas niedzielnej Mszy św. Ważne jest również wygospodarowanie sobie czasu na codzienną medytację Biblii, aby Słowo Boże było lampą, oświetlającą naszą codzienną ziemską wędrówkę. "
( Cytat z Katechezy podczas audiencji ogólnej 28 października 2009 r.)
Odsłon: 528 Komentarzy: 14
Saturday,14 November 2009,16:22
Kategoria: Wiadomości Saturday, 14 November 2009, 16:22
Dziś poświęciłam nieco czasu, aby prześledzić wydarzenia w Polsce związane z epidemią, która jednak krajowi zagraża.
Włos się jeży.
RPO, występujący w końcu w waszym imieniu, jest totalnie olewany i wydaje się to nikomu nie przeszkadzać.
.
Nawet nie wiem – czy mamy w Niemczech podobnego rzecznika?
Po prostu do tej pory, ani mnie, ani moim bliskim znajomym ktoś taki nie był potrzebnym.
.
Oglądałam program (TVN24) z udziałem p.Kochanowskiego.
Zachowanie dziennikarza było skandaliczne.
W Niemczech jest nie do pomyślenia, aby państwowy urzędnik został w ten sposób przez jakiegokolwiek dziennikarza, publicznie podobnie potraktowany.
Tłumaczenia p.Kopacz i jej przedstawicieli, również nie są najwyższych lotów.
Ministerstwo Zdrowia niby tak się troszczy o bezpieczeństwo swoich obywateli – to czemu nie stara się zakupić szczepionki bez utrwalaczy?
.
Gwoli wyjaśnienia – jest bardzo droga i dostępna w wąskim zakresie.
.
Zamiast tego, coś mędzą o żądaniach gwarancji na specyfik.
Ze niby, ministerstwo nie chce ponosić odpowiedzialności w razie powikłań i podania sprawy do sądu.
A jest w ogóle taka możliwość w Polsce?
Ile już mieliście sądowych pozwów z powodu, wystąpienia powikłań po jakimś specyfiku?
Jakże inaczej postąpiły władze Francji.
Zakupiono Pandemrix i na oczach telewidzów, zaszczepili się – ichnia minister zdrowia i dziennikarze.
***
Teraz z innej beczki.
Szpital, w którym leżał i zmarł pacjent na grypę, wprowadził zakaz odwiedzin chorych.
Po jaką cholerę?
Rodziny mogą jedynie dostarczyć swoim bliskim pampersy (sic!)
.
To może też i papier toaletowy?
W cywilizowanych krajach, pampersy, podpaski, itp. są normalnie na wyposażeniu szpitali.
.
Nie można przynieść żywności, ani napojów.
Mogę sobie wyobrazić, jak się czują pacjenci, przy polskich standardach szpitalnego wyżywienia.
I znowu będę truć, ale muszę podkreślić, że tu – coś takiego nie mieści się w głowie.
Nie ma zakazu odwiedzin, nawet chorych leżących na grypę.
Już nie mówiąc o zamknięciu całego szpitala.
***
Kolejny kwiatek. Mama poszła do szpitala (zakaźny) z dzieckiem – podejrzenie grypy i zapalenia płuc – małą odesłano do domu.
Kobieta poprosiła o zrobienie testu, odpowiedziano jej, że nie ma takich możliwości, że może zrobić sobie takowy odpłatnie (gdzieś tam); zrobiła – koszt ponad 300 zł – test był dodatni. I co? Nic, została z chorym dzieckiem w domu.
Dzieckiem, mającym zapalenie płuc – czy mogą liczyć na pomoc, w razie pogorszenia zdrowia u małej?
A co stanie się, jeżeli rodzice też się zarażą?
Może jesteście (czytający ten tekst) przyzwyczajeni w ten sposób funkcjonować – ja mam lekki szok.
Odsłon: 428 Komentarzy: 19
Klara (oporna uczennica Pańska)
Pan mnie wysłuchał i na wolność wyprowadził. Niczego się nie boję, bo Pan jest ze mną; * cóż może uczynić mi człowiek? Pan jest ze mną, mój wspomożyciel, * z góry będę spoglądał na mych wrogów. Adres e-mail: renklar@yahoo.de
Friday, 16 March 2012
