
Tuesday,09 March 2010,14:13
Kategoria: Kościół Tuesday, 09 March 2010, 14:13
Nie wyobrażam sobie katechumenatu polegającego na indywidualnej katechezie, w czasie której ksiądz tłumaczy kandydatowi do chrztu wyznanie wiary, a następnie go chrzci. Wiem, że jest to teoretycznie możliwe, a nawet się często zdarza, ale w takim wypadku zastanawiałbym się, jakie ten człowiek będzie miał doświadczenie Kościoła.
Indywidualne spotkania są potrzebne, ale jedynie jako część formacji katechumenalnej, która powinna odbywać się we wspólnocie złożonej z księdza i ludzi świeckich, odpowiedzialnych za przygotowanie kandydata do chrztu. W przygotowaniu tym nie chodzi tylko o przekazanie wiedzy religijnej i postawienie wymagań moralnych, ale także o danie katechumenowi nowego doświadczenia – doświadczenia wiary i wspólnoty, która tą wiarą żyje. Na tym polega inicjacja w chrześcijaństwo i taka jest fundamentalna rola katechumenatu.
Liczne gesty i ryty inicjacji, rozłożone w czasie trwania formacji, mają sprawić, że katechumen uzyska takie doświadczenie. Przyjmując chrzest, jest zobligowany do zmiany swojego dotychczasowego życia, dlatego tak ważne jest, aby spotkał na swojej drodze ludzi – świadków wiary – którzy staną się na tej drodze jego towarzyszami.
Solidnie i z powagą
Pierwsi chrześcijanie żyli nieustannie w poczuciu zagrożenia. Do momentu ogłoszenia przez cesarza Konstantyna edyktu mediolańskiego w 313 r. krwawe prześladowania były codziennością, a ideałem życia chrześcijańskiego był męczennik, czyli ktoś, kto oddał Bogu wszystko, co miał, nawet życie. Dlatego kandydatów do przyjęcia sakramentu chrztu przygotowywano bardzo solidnie – musieli przecież dokonać radykalnej zmiany życia, tak radykalnej, by byli gotowi umrzeć za wiarę. Temu właśnie służył katechumenat, trwający od dwóch do trzech lat, a czasami nawet dłużej. Drugim istotnym powodem dla solidnego przygotowania katechumenów była surowa dyscyplina pokutna Kościoła pierwszych wieków. Praktycznie nie było możliwe powtarzanie pokuty w wypadku popełnienia grzechów najcięższych, takich jak odstępstwo od wiary (apostazja) i morderstwo.
Pokuta była publiczna, możliwa jeden raz w życiu i trwała długo – często kończyła się dopiero na łożu śmierci, kiedy na znak pojednania ze wspólnotą Kościoła pokutnik przyjmował Komunię św. Z tego powodu w wieku IV ludzie, chcąc mieć pewność, że umrą w stanie łaski, mimo że uważali się za chrześcijan, odkładali przyjęcie sakramentu chrztu i trwali w katechumenacie czasem przez wiele lat. Św. Ambroży prawdopodobnie dożyłby sędziwych lat jako katechumen, gdyby nie został wybrany biskupem Mediolanu. To skądinąd wyjątkowy przykład przyśpieszonej inicjacji. Mimo zdecydowanego z początku oporu, przekonano go do przyjęcia funkcji, ochrzczono i prawdopodobnie tydzień po chrzcie wyświęcono na biskupa. Cesarz Konstantyn przyjął chrzest dopiero na łożu śmierci, chociaż przez całe lata uważał się za chrześcijańskiego władcę. Paradoksalnie zatem z powodu poważnego traktowania inicjacji zwlekano z przyjęciem chrztu.
Od początków chrześcijaństwa…
W IV w. również formuła wtajemniczania stopniowo ulegała zmianie. Rodzice zapisywali do katechumenatu swoje dzieci. Po upływie lat, kiedy zapisany w dzieciństwie katechumen dochodził do wniosku, że jest gotowy na przyjęcie chrztu, zgłaszał się do swojego biskupa. Ten organizował czterdziestodniowe rekolekcje, w czasie których wykładał kandydatom podstawy wiary. Formacja przedchrzcielna trwała więc czterdzieści dni poprzedzających chrzest, którego udzielano w Wigilię Paschalną. Tak narodził się Wielki Post. Jego pierwszym źródłem nie jest pokuta – akcentowana dzisiaj – ale właśnie przygotowanie katechumenów do chrztu. Do naszych czasów zachowały się piękne homilie katechetyczne wyjaśniające wyznanie wiary, na przykład pochodzące z połowy IV w. homilie św. Cyryla, biskupa Jerozolimy. W chrześcijaństwie zachodnim przyjęto, że przed chrztem katechumeni otrzymują instrukcję dotyczącą moralności i podstaw wiary, natomiast katechezę dotyczącą sakramentów otrzymują po chrzcie. Reguły tej przestrzegali m.in. św. Augustyn i św. Ambroży. Z kolei homilie Jana Chryzostoma i Teodora z Mopsuestii świadczą o tym, że na Wschodzie wtajemniczano katechumenów w sakramenty przed chrztem. Od początków chrześcijaństwa chrzczone są również dzieci chrześcijańskich rodziców. Euzebiusz z Cezarei pisze o ojcu Orygenesa, katechiście i męczenniku, który wyjmując syna ze źródła chrzcielnego, ucałował go w brzuszek.
Oto bowiem jego malutki syn stał się świątynią Ducha Świętego. Dzieci chrzczono jednak rzadko. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy św. Augustyn w ramach debaty teologicznej o grzechu pierworodnym wykazał, że chrzest zmazuje jego skazę. A ponieważ śmiertelność ludzi u schyłku starożytności była ogromna, chrzest małego dziecka stał się zabezpieczeniem jego wieczności i praktykowano go coraz częściej. Już w pochodzących z VII/VIII w. księgach sakramentalnych Kościoła rzymskiego, takich jak Sakramentarz Gelazajański Stary, gdy mówi się o chrzcie, chodzi o chrzest dzieci (łac. infantes), mimo że ryt udzielania sakramentu pozostał taki jak dla dorosłych. W naturalny sposób zanika stosowany wcześniej wobec dorosłych podział na katechumenów (gr. katechumenoi), czyli tych, którzy otrzymali już pouczenie i mieli prawo uczestniczenia w niedzielnej Liturgii Słowa, oraz na oświecanych (gr. fotidzomenoi), którzy wchodzili w okres bezpośredniego przygotowania do chrztu. W średniowieczu chrzczone są najczęściej dzieci, a inicjacja dokonuje się już po chrzcie, przede wszystkim przez kazania niedzielne i pouczenie rodziców.
Katechumenat czteroetapowy
Współcześnie po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa mamy dwa odrębne rytuały inicjacji: dla dzieci i dla dorosłych. Oficjalny dokument Kościoła, określający, jak powinna przebiegać inicjacja dorosłych, nosi tytuł „Obrzędy chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych” (Ordo initationis christianae adultorum), w skrócie OICA. Osobom dorosłym udziela się sakramentu chrztu, Eucharystii i bierzmowania w jednym rycie. OICA wyróżnia cztery etapy katechumenatu. Pierwszy z nich to etap sympatyka, czyli wstępnej ewangelizacji. Kościół poznaje kandydata do chrztu i głosi mu prawdę o Chrystusie jako Zbawicielu.
W tym czasie prowadzący katechumenat dobiera osoby świeckie odpowiedzialne za formację przyszłych katechumenów, gdyż później każdy z nich ma swojego opiekuna. Rolą odpowiedzialnego jest nie tyle przekazanie wiedzy, ile dawanie świadectwa. Kiedy kandydat jest gotowy wyznać wiarę w Jezusa jako Zbawiciela, zostaje dopuszczony do oficjalnego katechumenatu. Liturgia dopuszczenia do katechumenatu jest liturgią krzyża. Podczas Mszy św. stojący przed ołtarzem katechumeni wyznają wiarę i zostają naznaczeni znakiem krzyża na całym ciele. W mojej praktyce przygotowywania katechumenów sam jako celebrans znaczyłem czoło wybranych, a resztę ciała: uszy, plecy, usta, pierś, naznaczali poręczający za nich opiekunowie. Ten piękny ryt pokazuje, że katechumeni niejako całym ciałem, nie tylko intelektem, przyjmują wiarę w Chrystusa ukrzyżowanego. Katechumenat właściwy może trwać dowolnie długo, ale – jak mówi OICA – nie za krótko. Jest to czas otrzymywania instrukcji dotyczącej podstaw wiary i moralności chrześcijańskiej. Wtedy też katechumeni powinni poznać zręby Nowego Testamentu. Ważne jest również wprowadzenie w modlitwę, chociaż „Ojcze nasz” i Credo są uroczyście przekazywane katechumenom dopiero w następnym okresie – wybrania do chrztu, jako powierzenie im pewnej tajemnicy. Wspólna modlitwa opiera się na recytacji psalmów, czytaniu na głos Ewangelii, modlitwie wiernych ukształtowanej na wzór brewiarzowej. Ten etap kończy się zazwyczaj w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu. OICA, zgodnie z najstarszą tradycją Kościoła, zaleca, aby chrztu udzielano w Wigilię Paschalną.
Oddanie Symbolu
Trzeci etap to czas bezpośredniego wybrania do chrztu. Pokrywa się on z okresem Wielkiego Postu bezpośrednio poprzedzającego przyjęcie sakramentu. Wspólnie z odpowiedzialnymi prowadzący podejmuje wówczas decyzję o dopuszczeniu katechumenów do chrztu. Zgodę warunkuje również dojrzałość katechumena, która wyraża się w gotowości do zmiany życia i otwarciu na działanie Pana Boga. Ten etap rozpoczyna tzw. obrzęd wybrania, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, a kończy ryt Effatha w Wielką Sobotę. W dniu wybrania dopuszczeni do chrztu podczas Mszy Świętej zapisują własnoręcznie swoje imiona w księdze chrztów. Obrzęd ten nawiązuje do księgi życia Baranka zawierającej imiona wybranych, o której pisze św. Jan w Apokalipsie (por. Ap 21,27). Istotnym rytem na etapie wybrania są skrutinia, czyli uroczyste egzorcyzmy, mające przeniknąć katechumena (łac. scrutare – przenikać, badać) i otworzyć jego serce na Bożą łaskę. Chodzi o to, aby katechumen, któremu sakrament chrztu odpuszcza wszystkie grzechy, był dysponowany do jego przyjęcia i uznał, że potrzebuje Bożego przebaczenia i miłosierdzia. Kościół, przekazując wybranemu Symbol wiary, mówi: oto mój skarb, który od dzisiaj należy do ciebie. W podobny sposób przekazuje się Modlitwę Pańską jako następny skarb Kościoła, którym jest synowskie odniesienie do Ojca. Zazwyczaj jednemu i drugiemu przekazaniu towarzyszy homilia wyjaśniająca oba teksty. Przed liturgią, podczas której katechumen ma przyjąć sakramenty, wypowiada on Symbol wobec wspólnoty kościelnej. Ten ryt określany jest jako „oddanie Symbolu” Ostatni etap to okres mistagogii – wtajemniczania w sakramenty. Rozpoczyna go chrzest w Noc Paschalną, a kończy przystąpienie do pierwszej spowiedzi. W tym czasie wyjaśnia się ochrzczonym znaczenie pozostałych sakramentów: kapłaństwa, namaszczenia chorych, małżeństwa i – co moim zdaniem najważniejsze – przygotowuje się ich do odbycia pierwszej w życiu spowiedzi.
Powierzenie tajemnicy
Powszechną praktyką w pierwszych wiekach Kościoła było wypraszanie katechumenów za drzwi świątyni po Liturgii Słowa, a przed Liturgią Eucharystyczną. Kościół pierwotny uważał, że Eucharystia jest tajemnicą na tyle ważną i na tyle wielką, że tylko ochrzczeni mogą w niej w pełni uczestniczyć. Dużo później, kiedy już nie było katechumenów, diakon nadal przed rozpoczęciem tej części Mszy św. śpiewał: jeśli ktoś jest katechumenem, niech odejdzie, jeśli ktoś jest heretykiem, niech odejdzie (łac. si quis catechumenus sit – procedat, si quis hereticus sit – procedat). To wezwanie zachowało się do dziś w liturgiach wschodnich. Czasami zdarza się, że niektórzy używają w katechumenacie rozesłania katechumenów po kazaniu, odwołując się do argumentacji Ojców Kościoła. Przygotowując katechumenów, nigdy tego nie praktykowałem, sugerowałem jedynie, żeby uczestniczyli w modlitwie eucharystycznej w milczeniu i adoracji, trwając na swoich miejscach. Uważam jednak, że jest to bardzo mocny znak, także dla tych, którzy zostają w kościele. Podobnie odbywające się publicznie w Kościele podczas Mszy św. obrzędy katechumenalne uświadamiają obecnym na niej wiernym – ochrzczonym najczęściej w dzieciństwie – jak wielki dar otrzymali.
Osoby, które przygotowywałem do chrztu, wiele razy mówiły mi, że w ich odczuciu wiara przed chrztem nie jest tożsama z wiarą po chrzcie. To dwie różne wiary. Wiara jest bowiem darem rozwijającym się również po przyjęciu chrztu. Czym innym jest dar, który otrzymuję, a czym innym jego użycie. Scholastyczna teologia mówiła o tzw. Odżywaniu sakramentów. Udzielonego raz sakramentu chrztu, bierzmowania i kapłaństwa nie można powtórzyć, ale jeżeli nawet przyjęło się któryś z tych sakramentów bez właściwej dyspozycji wewnętrznej lub dyspozycja ta nie została jeszcze uaktywniona, nie znaczy to, że się ona nie uaktywni. Drzemiące w głębi nas ziarenko wiary rozwinie się pod wpływem sprzyjających okoliczności. Zdarza się, że taką okolicznością jest cierpienie, pod wpływem którego człowiek doświadcza duchowego przebudzenia. Bodźcem duchowego wzrostu może być również spotkanie z kimś religijnie żarliwym. Wtedy na otrzymane wcześniej ziarenko wiary trafia w końcu jakaś duchowa woda, dzięki której ono kiełkuje. Tak było również ze mną. Przez pierwszych 19 lat życia moja wiara była uśpiona. W dzieciństwie zostałem ochrzczony, potem przystąpiłem do Komunii św. i przyjąłem bierzmowanie. Z tego ostatniego pamiętam tylko tyle, że straszliwie nudziłem się w kościele i było mi bardzo niewygodnie. Pamiętam, że miałem na sobie za dużą granatową ortalionową kurtkę, której nie lubiłem. Pamiętam jeszcze słowa celebransa: „Idźcie, ofiara spełniona” (tak się wtedy mówiło) i moją pełną ulgi odpowiedź: „Bogu niech będą dzięki”. Dopiero kilka lat później, pod wpływem pewnego bolesnego doświadczenia, zacząłem zastanawiać się nad tym, co jest dla mnie w życiu ważne. W tym czasie dużo czytałem i chodziłem do kościoła w dni powszednie – na początku jeszcze bez przyjmowania Komunii św., bez spowiedzi, z którą bardzo długo zwlekałem. Potem wspólnota religijna, do której trafiłem, pomogła mi w życiu otworzyć się na więcej. Taka była moja indywidualna droga wtajemniczania w chrześcijaństwo. Są też inne drogi. W niektórych diecezjach amerykańskich istnieje na przykład praktyka nazywana Remembering Church, czyli, upraszczając wielopoziomową grę znaczeń tego wyrażenia „powtórne stawanie się członkami Kościoła”.
Kiedy osoby, które z jakichś powodów wcześniej odeszły od Kościoła albo ich związek z nim był znikomy, decydują się na powrót, przechodzą w okresie Wielkiego Postu i w okresie wielkanocnym katechezę. W środę popielcową przystępują do spowiedzi, ale rozgrzeszenie otrzymują dopiero w Wielki Czwartek. W tym czasie – od spowiedzi do rozgrzeszenia – od nowa poznają zasady wiary chrześcijańskiej i moralności. W Wielki Czwartek po rozgrzeszeniu uroczyście uczestniczą w liturgii Wieczerzy Pańskiej i przyjmują Komunię św. Po Wielkanocy przez katechezę powtórnie wprowadza się uczestników tego ruchu w tajemnicę sakramentów.
Więcej niż etyka
Mam wrażenie, że współcześnie w procesie inicjacji najtrudniejsze nie jest przygotowanie ludzi do chrztu, ale prowadzenie ich po chrzcie. Konfrontacja z własną grzesznością jest trudnym, często bolesnym i wymagającym dużego wysiłku procesem. Z duszpasterskiego doświadczenia wiem, że dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe trudności i przychodzą kryzysy. Niestety jako duszpasterze nie zawsze potrafimy pomóc w ich przezwyciężaniu. Głosząc kazania, zbyt często skupiamy się na pouczaniu i moralizowaniu, a nie na wtajemniczaniu i wyjaśnianiu znaków sakramentalnych. A przecież mężczyźnie, który w środę zdradził żonę, niedzielne kazanie o eutanazji czy aborcji z całą pewnością nie da sił do tego, aby więcej żony nie zdradzić. Siły nie da mu również pouczenie, że żony nie należy zdradzać, bo on to znakomicie wie. Potrzebuje zamiast tego nowych doświadczeń, które dadzą mu wewnętrzną siłę i motywację do zmiany swojego życia. Życia chrześcijańskiego nie da się zamknąć w kodeksie postępowania, jak uważała XIX-wieczna kazuistyka…
Ślad takiego moralizatorskiego języka można znaleźć nawet we współczesnym rytuale chrztu dzieci. Gdy podaję rodzicom chrzestnym paschał, aby zapalili od niego świecę chrzcielną, wypowiadam słowa: „Przyjmijcie światło Chrystusa. Podtrzymywanie tego światła powierza się wam, rodzice chrzestni, aby wasze dzieci, oświecone przez Chrystusa, postępowały zawsze jak dzieci światłości, a trwając w wierze, mogły wyjść na spotkanie przychodzącego Pana razem z wszystkimi świętymi w niebie”. Mam wtedy poczucie nieadekwatności tego, co mówię, do rzeczywistości, która się dokonuje. Zamiast opowieści o Bogu łaskawym i kochającym, który oświetla ścieżki ludzkiego życia i daje inną perspektywę życia, znowu nakaz: „rodzicu chrzestny, rodzicu dziecka, starajcie się, żeby to dziecko było dobrze poinstruowane, a ty dziecko w przyszłości bądź dzielne i wypełniaj przykazania”. Gdzieś tam tylko w tle obecny jest cenny wątek eschatologiczny. Rytuał pozwala celebransowi zmieniać język komentarzy, dlatego czasami opuszczam niektóre z nich, mówię własnymi słowami albo nie mówię nic i pozwalam coś znaczyć samemu gestowi. Jeśli podam paschał w milczeniu, a rodzice zapalą świecę chrzcielną, to ten gest sam w sobie znaczy często więcej niż jakikolwiek komentarz. Co więcej, jeśli słowa towarzyszące zapalaniu świecy nie będą odpowiednio dobrane, mogą osłabić znaczenie tego gestu. Dlatego tak ważne jest piękno liturgii, czytelność jej języka i znaków sakramentalnych.
Człowiek jest inicjowany nie przez to, że „weźmie się w garść”, bo został pouczony o tym, jak powinno wyglądać jego życie, ale przez to, że dostanie inny system doświadczeń. Inicjacja w chrześcijaństwo właśnie te nowe doświadczenia ma mu pomóc zdobywać.
Autor: Tomasz Kwiecień OP
Odsłon: 467 Komentarzy: 2
Tuesday,31 August 2010,13:13
Kategoria: Rodzina Tuesday, 31 August 2010, 13:13
Wobec dziecka, którego wyniki szkolne nie są zadowalające, postawa rodziców nie może ograniczyć się do powtarzania sloganu, ale powinni starać się zrozumieć zróżnicowane przyczyny tego faktu. Nie należy tylko zmuszać dziecka, by spędzało więcej czasu nad książkami. Może i nawet ślęczeć nad nimi długie godziny, ale jeśli jego umysł przebywa gdzie indziej – wszystko na nic.
Nauka i szkoła to bardzo ważne kwestie. Wszyscy rodzice pragną, aby ich dzieci odnosiły sukcesy w edukacji. Musimy jednak pamiętać, że dziecko jest warte więcej niż jego świadectwo szkolne. Nie powtarzaj dziecku, które się nie uczy: „Musisz się zabrać do pracy".
"Wielka szkoda psychologiczna wyrządzana dzieciom nie polega jedynie na tym, że zmusza się je, aby były prymusami w nauce, po to aby zdobyć naszą miłość i akceptację, ale także na niewybaczalnym błędzie polegającym na tym, że na świadectwie szkolnym opiera się całościowa ocena naszych dzieci." (Paolo Crepet)
Czy istnieje zatem „recepta" na ustanowienie sensownego, pozytywnego stosunku pomiędzy dzieckiem, nauką i szkołą? Prawdopodobnie tak, choć wchodzą tu w grę różne czynniki. Przede wszystkim, również i w tym względzie, zasadniczą rolę odgrywa przykład, który dziecko otrzymuje w domu. Jako rodzice powinniśmy pobudzać jego ciekawość, rozumianą jako pragnienie poznania. Trzeba pamiętać, że człowiek uczy się nie tylko w szkole. Dziś źródła są bardzo zróżnicowane. W szkole zasadniczą sprawą jest poziom nauczycieli. Dlatego jako rodzice, o ile to możliwe, powinniśmy wybrać szkołę dla naszego dziecka.
Sądząc po doświadczeniach szkolnych naszych dzieci, zazwyczaj korzystają one najbardziej z tych przedmiotów, których nauczyciele już od podstawówki byli w stanie ich zainteresować. Jeśli nauka i szkoła staną się dla dziecka źródłem przyjemności, będzie ono zmotywowane i chętnie się zaangażuje. Jeśli natomiast okażą się przyczyną frustracji, dziecko będzie się starało ich unikać.
Podejście do szkoły znacznie różni się u chłopców i dziewczynek. Te drugie zwykle z większą ochotą podchodzą do nauki i często osiągają bardzo dobre wyniki. Chłopcy natomiast mają zazwyczaj inną perspektywę i zainteresowania. Nauka jednak jest lub może stać się dla chłopca ważną „siłownią", gdzie kształtuje swój charakter, ćwicząc w sobie niektóre cechy istotne w życiu. Wytrwałość i porządek to tylko niektóre z nich.
Wolność ucznia jest zasadą fundamentalną: tylko wolność umożliwia rozwój spontanicznych odruchów, obecnych przecież w naturze dziecka. Dziecko musi zrozumieć różnicę pomiędzy dobrem a złem, a nauczyciel powinien zadbać o to, aby dziecko nie myliło bycia dobrym z siedzeniem nieruchomo, a złym z byciem aktywnym. Chodzi o to, aby stworzyć dyscyplinę służącą aktywności, pracy i dobru, a nie siedzeniu nieruchomo, bierności, uległości. Dyscyplina musi zasadzać się na pewnej swobodzie; nie można uważać, że zdyscyplinowany jest ten, kto siedzi cicho jak niemowa i nieruchomo jak paralityk: jeśli tak jest, znaczy to, że jest on osobą zastraszoną, a nie zdyscyplinowaną. Osoba zdyscyplinowana jest panem samego siebie, zdolna jest się kontrolować, kiedy konieczne staje się podporządkowanie regułom życia.
"Nie sposób przewidzieć konsekwencji tłumienia aktywności w momencie, gdy dziecko co dopiero zaczyna być aktywne: być może tłumimy w nim w ten sposób nawet samo życie. Ludzkość przejawia się w całej swej wielkości w wieku dziecięcym, jak słońce pokazuje się o świcie lub jak kwiat w momencie, gdy rozchyla swoje płatki: musimy nabożnie, z czcią szanować owe pierwsze przejawy osobowości." (Maria Montessori)
Trzeba zatem o problemach szkolnych z dzieckiem rozmawiać w konstruktywnej atmosferze i postarać się zrozumieć jego racje: trudności w kontaktach z nauczycielami, kolegami, którzy źle je traktują i się od niego izolują itp. Nie można ignorować także ewentualnych problemów zdrowotnych, choć dziś coraz rzadszych z uwagi na skuteczny system profilaktyki. Nie można pominąć jednak możliwych problemów ze słuchem lub wzrokiem, zwłaszcza w pierwszych latach szkoły podstawowej.
Ponadto rodzice powinni odbyć szczerą i wyczerpującą rozmowę z nauczycielami dziecka, aby mieć obraz jego zachowania w klasie, sposobu, w jaki uczestniczy w lekcjach, jego relacji z innymi dziećmi itp. Następnie można przystąpić do wzbudzania w dziecku pozytywnych zachowań, które umożliwią mu zdobycie niezbędnej motywacji. Dochodzimy w tym miejscu do sedna sprawy: jeśli nie przekonamy dziecka o ważności nauki i tego, jak istotne jest zaangażowanie się w nią, wszelkie nasze wysiłki pójdą na marne.
Wszyscy wiemy, że nauka wymaga trudu, wytrwałości, zaangażowania, wyrzeczeń: wszystkich tych cech, które jako rodzice musimy dziecku przekazywać. Jeśli nam się to nie uda, trudno egzekwować je od dziecka. Warto odrabiać razem lekcje i weryfikować jego metodę nauki. W szczególności tata powinien znaleźć na to czas. Dziecko należy wspierać i wszelkie jego wysiłki muszą zostać docenione. Kiedy uda mu się samemu rozwiązać zadanie z matematyki lub przygotować do odpowiedzi z historii, należy je pochwalić i podbudować jego poczucie własnej wartości. Pochwała w obecności rodzeństwa z pewnością będzie dla niego bardzo miła. Krótko mówiąc, dziecko musi znajdować w nauce zadowolenie, które sprawi, że będzie się czuło lepiej samo z sobą i z innymi.
Z pewnością jako rodzice powinniśmy unikać planowania przyszłości naszych dzieci, na przykład tego, jaką będą wykonywać pracę. Czy będzie to praca intelektualna czy manualna ma małe znaczenie. Wszystko związane jest z jego zdolnościami, możliwościami i zainteresowaniami. Naszym zadaniem jest stworzenie dziecku jak najlepszych warunków do tego, aby mogło ocenić swoje zdolności i w ten sposób stworzyć mu możliwość zrealizowania się zawodowo.
Źródło: http://www.deon.pl
Odsłon: 363 Komentarzy: 0
Tuesday,31 August 2010,12:54
Kategoria: Modlitwa Tuesday, 31 August 2010, 12:54
Wszechmocny i wieczny Boże, Który stworzyłeś nas na Twoje podobieństwo i poleciłeś nam szukać, przede wszystkim, tego co dobre, prawdziwe i piękne, szczególnie w Boskiej Osobie Twego Jednorodzonego Syna, Pana naszego Jezusa Chrystusa, pomóż nam, błagamy Ciebie, przez wstawiennictwo św. Izydora, biskupa i doktora, abyśmy podczas naszych wędrówek w internecie kierowali nasze ręce i oczy tylko na to, co podoba się Tobie i traktowali z miłością i cierpliwością wszystkie te osoby, które spotkamy przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Izydorze, módl się za nami!
Autorem modlitwy jest J. T. Zuhlsdorf.
Hiszpańscy informatycy ze Służby Obserwacyjnej Internetu w Barcelonie, inspirowani wskazówkami i zaleceniami Papieskiej Rady Środków Społecznego Przekazu, uznali św. Izydora z Sewilli za patrona Internetu. Przemawia za tym, ich zdaniem, najbardziej znane dzieło świętego – Etymologiarum libri XX seu Origines – uporządkowany zbiór wiadomości z różnych dziedzin wiedzy i życia oraz umiejętności praktycznych zorganizowany podobnie do współczesnych baz danych.
Źródło: www.mateusz.pl
Odsłon: 422 Komentarzy: 4
Monday,30 August 2010,12:21
Kategoria: Rodzina Monday, 30 August 2010, 12:21
Od zarania dziejów wychowanie do pełnienia jakiejkolwiek roli wynikającej z płci odbywało się niejako bezwiednie i bez intelektualnego kierowania umysłu w te sfery. Nie towarzyszyły temu rozważania, czym jest męskość czy kobiecość, a przyjmowanie ról traktowano w sposób naturalny jak oddychanie. Ostatnie dekady naszego życia przyniosły jednak zmianę. Pod wpływem prądów umysłowych, sterowanych przez różnorodne środowiska feministyczne, zaczęto stawiać sobie pytanie o płeć i jej rolę. Po latach dyskusji, badań i prezentacji kobiecości we wszystkich jej aspektach coraz częściej stawia się też pytania o męskość.
Na męskość można patrzeć z różnych perspektyw. Najprostsza definicja głosi, że mężczyzna to człowiek płci męskiej, a płciowość i płeć mogą być rozpatrywane na wielu płaszczyznach: biologicznej, antropologicznej, psychologicznej, socjologicznej, prawnej, teologicznej. Rozumienie biblijne pozwala przyjąć, że męskość, podobnie jak kobiecość, to część wizerunku Boga: na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę (Rdz 1,27). Zarówno męskość, jak i kobiecość oznaczają dwoistą postać konstytucji somatycznej człowieka – pisał Jan Paweł II. Te cechy człowieka są nie tylko osobowościowe, ale męskość i kobiecość stanowią pierwiastek osobowotwórczy. Z jednej strony męski to odmienny od kobiecego. I znów, powołując się na Papieża, można powiedzieć, że "kobiecość niejako odnajduje się w obliczu męskości, podczas gdy męskość potwierdza się przez kobiecość". Męskość jawi się tu jako opozycja wobec kobiecości, element konstytutywny "napięcia" istniejącego pomiędzy przedstawicielami dwojga płci. Można zdefiniować mężczyznę jako kogoś będącego w swoistej życiowej konfrontacji z kobietą. Nie jest wrogiem, ale partnerem. Opozycja ta służy rozwojowi obojga. To napięcie utrzymuje różnice pomiędzy dwiema, równie "wartościowymi cząstkami" całości, jaką stanowi człowiek. Dychotomia trwa przez całe życie. Sprawia, że trudne jest w pełni postawienie się w roli kobiety, gdy jest się mężczyzną, i mężczyzny, gdy jest się kobietą. Niemożliwa jest też zamiana ról, bo te wpisane są w naturę. W pięknej książce-świadectwie życia Alana Medingera autor twierdzi, że męskość to robienie rzeczy, które robią mężczyźni. Do tych czynności zalicza aktywność fizyczną, pragnienie zwyciężania, chęć przewodzenia oraz znajdowanie płaszczyzn porozumienia z innymi mężczyznami.
Z kolei w obrazach współczesnej kultury pojawiają się inne definicje i wzorce męskości. Mamy tu model pozytywny, a mianowicie mężczyznę występującego w roli opiekuna dzieci czy mężczyznę towarzysza wspierającego kobietę. Jest jednak i męskość redukowana do objętości muskulatury, siły fizycznej, odwagi, płaskiego seksualizmu z obrazami sprawności w alkowie, w dodatku nawet nie małżeńskiej, ale jakieś przypadkowej, bez przyszłości i zobowiązań, bez miłości i wierności. Spotykamy tu męskość "wykastrowaną" z głębi przeżyć, nieodpowiedzialną, zakonserwowaną na etapie nastoletniego chłopca.
Siła wzorców
Błogosławieństwem dla męskości chłopca jest spotkanie w swoim życiu mężczyzny, którego chciałoby się naśladować i z którego można byłoby czerpać przykład. Najlepiej, gdyby był to własny ojciec. Niestety, w świecie, w którym żyjemy, nie cierpimy na nadmiar ojców wystarczająco dobrych. Aktualne jest jednak pytanie, czy kiedykolwiek było ich pod dostatkiem? Jeśli patrzę na przeszłość – moich męskich przodków – zauważam swoiste nienasycenie życia synów obecnością ojców. Smutne to i pokazuje, że nie jest to tylko "wina naszych czasów" albo że nie żyjemy w epoce szczególnie wyzutej z ojcostwa. Obecnie jednak ten wyraźny niedobór czy często brak ojca jest odczuwany w sposób szczególny. Towarzyszy nam bowiem świadomość straty. U przyczyn tej traumy dzieci leżą rozbite małżeństwa, z których rodzi się samotne rodzicielstwo, związki nieformalne, kojarzone w sposób pozbawiony trwałych fundamentów wspólnego życia czy zbyt lekkie traktowanie spraw ze sfery płci.
Onegdaj z młodszą córką, wówczas będącą jeszcze w wieku przedszkolnym, uczestniczyłem we Mszy św. dla przedszkolaków i ich rodziców. Akurat w tę niedzielę przypadała ewangelia o ślepcu uzdrowionym przez Jezusa. Młody kapłan, prowadzący homilię, zrobił z dziećmi ćwiczenie. Aby uzmysłowić maluchom, co znaczy nic nie widzieć, zaproponował: "Zasłońcie oczy". Pytał: "Co widzicie, jak macie zasłonięte oczy? A co, gdy je odsłonicie?". Kilkoro dzieci wymieniało co, a raczej kogo widzą. Jeden z chłopców wymienił członków swojej rodziny. Inny maluch powiedział: "A ja nawet jak odsłonię oczy, to i tak nie widzę mojego tatusia". Wówczas pomyślałem, jak symboliczny był to zwrot. Wiele dzieci mogłoby przecież powiedzieć to samo. Żyjemy w czasie niedosytu ojca lub jego zniknięcia z pola widzenia dziecka. A dla niego niewypełnienie codzienności pierwiastkiem ojcowskim stanowi ogromną stratę. Ojciec wycofujący się z życia dziecka rani je. Opiekun, nie radząc sobie ze sobą, swoimi emocjami, może uciec w alkohol, nadmiar pracy czy pasję. Nawet doskonale prosperujący biznes stanowi niekiedy formę oderwania mężczyzny od trudów wychowania, swoistą fasadę pozornej męskości, za którą czai się lęk wobec wyzwań ojcostwa.
Ojciec nieoceniony
Dla dziecka niezbędne są wzorce osobowe. Nadzieję stanowi to, że nawet rodzina pozbawiona ojca ma na ogół jakiś potencjał męskości. Oczywiście dziadkowie, wujkowie, przyjaciele domu nie dadzą tak wiele jak ojciec, ale pragnieniem chłopca jest posiadanie u swego boku mężczyzny, a właściwie stanięcie przy nim. I wówczas taki zastępczy przedstawiciel płci silniejszej może okazać się nieoceniony. Zatem jeżeli jest to tylko możliwe, warto zapewnić kontakt dziecka z mężczyzną. To jest jego wielka potrzeba, nawet jeśli niewyartykułowana. Niekiedy daje się zauważyć swoiste klejenie się dzieci z niedosytem ojca do mężczyzn, którzy są blisko. To potwierdza ogromną potrzebę towarzyszenia "facetowi". Jeden z synów moich przyjaciół, jeśli w pobliżu był – na ogół bardzo zapracowany – ojciec krzątający się przy domu, godzinami potrafił mu towarzyszyć, naśladując go, próbując pracować na męski sposób, robiąc to z godną podziwu pasją.
Młodemu mężczyźnie mężczyzna dojrzały jest niezbędny jak powietrze, jak woda. Stanowi swego rodzaju ogień pobudzający do działań życiowych. Przedszkolak będzie pragnął być jak jego ojciec. Gdyby zapytać czteroletnich synów, potwierdzą, że "nie ma jak mój tata". Wypowiedzą to z iskrami podziwu w oczach. W miarę dorastania nastolatki zakwestionują ten zachwyt. To naturalne. Wychodząc z okresu adolescencji, chłopiec będzie się uważnie przyglądał poczynaniom ojca, analizując je i stopniowo dostrzegając więcej zalet jego postępowania. Wszak będzie tak pod warunkiem wzrastania we wspólnocie z dobrym ojcem. U początków dojrzałości dobrze byłoby mieć kogoś, kto będzie światłem, kto pomoże przebrnąć przez chaos okresu dorastania, kogoś, kto wie, co to znaczy być mężczyzną. Zgodnie z zasłyszanym hasłem, którego źródła nie jestem w stanie doprecyzować, chłopiec mówi: "Gdy miałem siedem lat, mój tata wiedział wszystko; gdy miałem czternaście, mój ojciec nic nie wiedział, a gdy miałem dwadzieścia jeden lat, zauważyłem, że szybko się uczy". Zatem jeśli ojciec jest wystarczająco dobry, nasyci życie swojego syna męskością, przekaże mu to, co dla niego będzie potencjałem w przyszłości.
Wychowywanie do męskości
W świecie ludzi zajmujących się wychowaniem panuje przekonanie, że słowa nie znaczą wiele. Dzieci nie słuchają tego, co dorośli do nich mówią, ale naśladują czyny dojrzałych członków społeczeństwa. Zatem wystarczyłoby tak projektować swoje życie, aby być świadkiem. Latwo to w teorii wyartykułować, jednak praktyka urzekającej dziecko codzienności, godnej naśladownictwa, stanowi drogę trudną. Do męskości, a w konsekwencji i do ojcostwa, wychowuje się we wspólnocie. Najlepsza jest pełna, zdrowa rodzina. Do fundamentalnych należy teza, że wychowanie w rodzinie najlepiej rokuje wówczas, gdy mąż i żona tworzą związek trwały i pełen satysfakcji, wspólnotę miłości. To najlepsza podstawa, swoisty gwarant sukcesu w wychowaniu.
Ku męskości wychowuje mężczyzna. Chłopiec w środowisku kobiet nie jest w stanie w pełni nabyć męskości. Tę wartość płci zdobywa się przez obcowanie. Dzieje się to w toku długotrwałego procesu. Rozpoczyna się we wczesnym dzieciństwie. I znów powołam się na Medingera, mówiącego, że "chłopczyk rozgląda się wokół, szukając osoby, której istnienie uświadomiłoby mu, kim jest. Ma potrzebę uzyskania odrębnej od matki tożsamości, a nie jest zdolny, co oczywiste, do stworzenia jej z powietrza lub drogą teoretycznych rozważań. Aha, zobaczył tatusia albo kogoś będącego jego substytutem. Tatuś jest kimś "innym", ale chłopczyk czuje, że jest do niego podobny. Tatuś interesuje się nim, a on potrzebując tożsamości, nawiązuje kontakt i identyfikuje się z tatusiem. Zaczyna naśladować to, co robi ojciec. Ojciec staje się dla niego wyłącznym wzorcem zachowania, przynajmniej do czasu, gdy pojawią się w jego życiu inni ważni chłopcy lub mężczyźni"6. Chłopiec rozpoczyna swą męską przygodę od uświadomienia sobie podobieństwa do ojca, identyfikacji z nim. Oczekuje od niego afirmacji.
Rytuał przejścia
Opinie ojca stają się ważne i we wszystkich "męskich" sprawach dla chłopca decydujące. U przedstawiciela swojej płci szuka potwierdzenia siły i sprawności. Ukazuje mu pojawiające się muskuły i popisuje się możliwościami, licząc na uwagę, docenianie jego wysiłków. Chce, aby ojciec był z niego dumny. Imponuje mu to wszystko, co męskie. Fascynuje go świat, którego drzwi uchyla stopniowo ojciec, pod warunkiem że ten jest obecny i uczestniczy w życiu swojego syna. Akceptacja ojca staje się dla syna pragnieniem, z którego praktycznie nie wyrośnie. W okresie dorastania chłopiec poszerzy jednak grono ludzi, od których będzie mógł czerpać afirmacje. Wyjdzie do rówieśników, by z nimi rywalizować. Zazwyczaj ma to miejsce w grupie. Jest to grupa młodych mężczyzn, do których chłopiec pragnie przynależeć i którzy współzawodniczą o palmę pierwszeństwa. W praktyce jest to również proces, który nigdy się nie kończy.
W rozwoju mężczyzny ważnym etapem był proces określany mianem inicjacji. Współczesny chłopiec został jednak pozbawiony możliwości przeżycia tego rytuału przejścia. Jeszcze jakiś czas temu taką formę stanowić mogła służba wojskowa, przyjmująca chłopca i pozwalająca mu przekroczyć po wysiłku próg męskości. Obecnie jednak, ze względu na panujące w wojsku relacje osobowe, mające niewiele wspólnego z dobrą inicjacją, i ta droga przejścia odpada. W związku z tym trudno pożegnać dzieciństwo. W jakimś stopniu mogą pomóc tu dobre grupy sportowe, harcerskie czy turystyczne, które wymagać będą od chłopców wysiłku przekraczania siebie i swoich słabości.
Równie istotne będzie kontestowanie postaw i władzy rodziców, zwłaszcza ojca. Dojrzewający chłopiec musi stoczyć swój bój o uniezależnienie się. Aby to uczynić, kwestionuje nieomylne, wszechwładne dotąd decyzje rodziców. I czyni to, aby uzyskać pełnię autonomii i móc opuścić rodzinę po to, by stworzyć własną. Przebieg tej fazy może być burzliwy, pełen gwałtownych emocji w ekspresji słów i działań, ale stanowi ważny etap rozwoju młodego człowieka.
Czy ojcostwo się czuję?
Chłopiec musi czuć, że jest kochany. Ten najważniejszy komunikat dzieciństwa odbiera na wiele różnych sposobów. Staje się ważny, gdy jest wysłuchany, czuje się doceniony, gdy rodzice skupiają na nim swoją uwagę. Jest dowartościowany, gdy matka i ojciec poświęcają mu czas i patrzą prosto w oczy. I tak, choć jest to na ogół trudniejsze dla mężczyzny, musi on uczyć się dostarczać tych "dowodów miłości". Uwaga ojca ma swoją cenę dla syna. Jego spojrzenie i skupienie uwagi stanowią wielką wartość. Szczególną rolę w budowaniu relacji z synem pełni dotyk. Mężczyźni w kontakcie dotykowym potrafią być bowiem agresywni. Jednak ten przejaw agresji pokazuje, że nie musi być ona niebezpieczna, że może dostać się pod kontrolę rozumu i czemuś służyć, a nie stanowić destrukcyjnej siły. Przykładem są męskie zapasy, mocowania się, na ogół niedostępne i często nawet niezrozumiałe dla kobiet. Ojciec rzucający się na syna, powalający go, "szarpiący się" z nim wspólnie to obraz z wielu domów. To taka zabawa z energią, pełna agresji. Ale jest to również przejaw zdrowego, dobrego kontaktu dotykowego pomiędzy mężczyznami obu pokoleń.
Wychowanie chłopca, w naturalny sposób kształtujące go na mężczyznę równocześnie stanowi formę przygotowania do ojcostwa. Nie może się to odbyć jedynie teoretycznie. Oczywiście różne dostępne formy doskonalenia męskości mają swoją wartość. Pamiętam lekcje koleżanki-nauczycielki z przedmiotu przysposobienie do życia w rodzinie w męskiej szkole średniej, na których chłopcy m.in. kąpali w warunkach ćwiczebnych lalkę wielkości noworodka. Z pewnością dla wielu z nich były to ważne doświadczenia, choć podczas zajęć dystansowali się od ojcostwa, zachowując się tak, jakby miało przyjść do nich dopiero za pół wieku.
Na bazie męskości powoli kształtuje się w młodym mężczyźnie postawa sprzyjająca ojcostwu. Dzieje się to niejako ewolucyjnie, gdy chłopiec w coraz większym stopniu uświadamia sobie, że właśnie dlatego, że jest mężczyzną, może także być ojcem. Podjęcie aktu płciowego stanowi przecież decyzję o potencjalnym ojcostwie, które przychodzi do mężczyzny niejako bez "wsparcia natury". Kobieta, zachodząc w ciążę, niemalże automatycznie staje się matką. Mężczyzna wie intelektualnie, że już jest ojcem, ale wcale tego "nie czuje". Jego ciało nie wysyła żadnych komunikatów sygnalizujących zmianę, bo taka w organizmie mężczyzny nigdy nie następuje.
Miłość ojca – miłość matki
Ojciec kocha w inny sposób niż matka. Matce wystarczy istnienie maleństwa, by obdarzać je miłością. Mężczyzna również zachwyci się potomkiem, ale obok podziwu postawi mu wymagania. I tu znów ujawni się ta odmienność płci. Dlatego Pan Bóg opatrznościowo powołał do rodzicielstwa parę małżonków, by byli w stanie darzyć dziecko miłością w równowadze. Matka otacza je miłością za to, że jest, ojciec za to, jak postępuje, jak bardzo się stara. Pozornie tylko mamy tu do czynienia ze szlachetną, bezwarunkową akceptacją ze strony kobiety i warunkowym przyjmowaniem dziecka przez mężczyznę. W rzeczywistości – dopiero wspólnie – ich miłość jest formą pełną, sprzyjającą rozwojowi, akceptującą i pozwalającą dziecku rozwijać się. Oboje rodzice na swój sposób przytulają dziecko swymi dłońmi. Tylko te ręce są inne. Trochę jak na płótnie Rembrandta, gdzie miłosierny ojciec – symbol Stwórcy – przygarnia powracającego syna matczyną dłonią o delikatnych rysach kobiety i większą dłonią mężczyzny.
Jeśli przewagę w wychowaniu zdobędzie kobieta, dziecko dostanie się w ogień jej nadopiekuńczości, nadmiaru energii, z którym sobie nie poradzi. Jest taki żart przytaczany przez ks. Pino Pellegrino, w którym definiuje, co to jest sweterek, mówiąc: "Pedagogiczna definicja swetra brzmi: sweter jest tą częścią garderoby, którą dziecko ma włożyć na siebie, kiedy mamie robi się zimno". Można byłoby przypisać tej anegdocie jakąś szczególną antykobiecą złośliwość, lecz dostrzegam w tym raczej pragmatyzm kobiety i jej troskę. Z drugiej strony, ojcu grozi częściej sytuacja niedomiaru. W przedszkolu widziałem taką scenę: mama odbierająca z placówki malucha, pomagając mu się ubrać w mroźny, zimowy dzień, zadaje pytanie: "A gdzie masz sweterek?". "Nie mam sweterka" – odpowiada dziecko zgodnie z prawdą. "Jak to nie masz sweterka?!" – pyta po raz kolejny zirytowana już matka. "Tatuś mi nie dał" – mówi mały chłopiec. Po tych słowach mama ze złości aż poczerwieniała. Ja natychmiast wyobraziłem sobie czułość małżeńskiego powitania. Przyszła mi też do głowy myśl pełna empatii wobec tego ojca. Szybko doszedłem do wniosku, że sam mam na koncie co najmniej kilka takich "niedoubrań" któregoś z własnych dzieci.
Dziecko doświadcza różnicy
Jeśli dominującym podmiotem stanie się mężczyzna, dziecko dozna nadmiaru wymagań bez stosownej troski. Zatem swoiste napięcie pomiędzy matką a ojcem utrzymuje w ryzach pragnienia każdego z rodziców, by odegrać główną rolę w wychowaniu. Najkorzystniej dla dziecka jest, gdy dwoje opiekunów ma w nim swój udział. Wybór takiej drogi prowadzenia dziecka w naturalny sposób będzie rodził konflikty, ale przyjmą one charakter rozwojowy i będą służyły i dziecku, i całej wspólnocie.
Dzięki obecności ojca dziecko doświadcza różnicy. On pokaże mu świat, wyprowadzając zwłaszcza syna z matczynego "uniwersum"8. Opuszczając codziennie matkę, ojciec udowadnia, że nie zrywa z nią więzi. Mężczyzna to przedstawiciel "twardej miłości". I znowu: nie lepszej i nie gorszej, ale innej. Wyobrażam sobie scenę, w której rodzice uczą małe dziecko wchodzenia na schody. Ojciec stoi za swą roczną pociechą w pewnym dystansie i werbalnie zachęca do wejścia. Równocześnie jest gotowy do natychmiastowej reakcji, gdyby dziecko miało zamiar upaść. Matka natomiast bierze z czułością dziecko pod paszki, dźwigając cały jego ciężar, mówiąc "uważaj, moje maleństwo", prowadzi nieboraka po schodach, całkowicie go asekurując. Macierzyństwo i ojcostwo to dwie dobre szkoły miłości uzupełniające się nawzajem, niejako dwa kursy wspólnego kierunku. Ojcostwo kształtuje się wobec macierzyństwa, podobnie jak męskość wobec kobiecości w swoistej równowadze, w dialogu, co dobre dla ciebie, dla mnie i dla naszego dziecka, w poszukiwaniu optymalnych rozwiązań. A te często nie są łatwo dostrzegalne.
Inspiracje dobrego ojcostwa
Nie wszystkim dane jest mieć ojca, który potrafi stanąć na wysokości zadania. Mimo to zawsze istnieje szansa, żeby stać się ojcem na miarę potrzeb swych dzieci. Lepiej byłoby nawet użyć formy: stawać się ojcem, ponieważ jest to proces w toku, trwający dopóty, dopóki ma się dziecko. Istnieją możliwości rozwoju własnego ojcostwa. Potrzebna jest świadomość wagi roli i nieustanny wgląd w siebie. Dobrym pomysłem są rozmowy małżonków o rolach rodzicielskich. Mąż i żona stanowią dla siebie lustra, które dają odpowiedź na pytanie, jak funkcjonują jako matka i ojciec. Dobre rezultaty daje dzielenie się doświadczeniami we wspólnotach ludzi w podobnej sytuacji. Inni ojcowie też przeżywają różnorodne trudności i radzą sobie z nimi. Warto posłuchać i podyskutować o szansach i możliwościach. Dialog z innymi pozwala lepiej rozumieć własne problemy.
Dobra praktyka ma bardzo często związek z teorią. Żyjemy w świecie możliwości jej zdobywania. Właściwe postawy ojcowskie mogą się kształtować dzięki lekturze. Książek na temat wychowania nie brak. Trudność stanowi wybór tekstów dobrych, zgodnych z naszym światem wartości i przekonaniami. Literatura o mężczyźnie jest już niemal modna. Swoją drogą wyraźna jest dysproporcja literatury nazwijmy ją o kobiecości, wobec mizerii liczebnej rozpraw o męskości. Ostatnie lata obfitują wprawdzie w teksty o mężczyźnie, ale o równowadze trudno mówić.
Waga dialogu
Doskonałe źródło pozwalające lepiej rozumieć ojcostwo stanowi Biblia. Słowo "ojciec" pojawia się tam wielokrotnie, w przeróżnych kontekstach. Błogosławione owoce może wydawać dla wzrastania w ojcostwie kierownictwo duchowe oraz modlitwa o dobre rodzicielstwo. Wymienienie jej na końcu nie stanowi formy wartościowania. Sądzę bowiem, że waga dialogu z Bogiem w kontekście pełnienia roli ojca jest ogromna. Ojcostwo będące odpowiedzialnością i sferą wielkiej wagi powinno być przeniknięte nieustanną prośbą o Boże łaski.
Autor: Andrzej K. Ładyżyński
Źródło: http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=2507
Odsłon: 364 Komentarzy: 2
Saturday,21 August 2010,11:14
Kategoria: Kościół Saturday, 21 August 2010, 11:14
Chciałbym opisać konsekwencje, jakie wypływają z faktu wspólnego zamieszkania bez sakramentu małżeństwa oraz wyjaśnić, dlaczego są one takie, a nie inne.
Bez rozgrzeszenia
Jeżeli Pan Bóg w swoim przykazaniu wymaga od ludzi życia w czystości, to niezgodne z tym przykazaniem jest każde współżycie mężczyzny i kobiety, którzy nie są związani sakramentem małżeństwa. Taka jest zasada. Każdy zatem, kto współżyje z drugą osobą bez ślubu, popełnia grzech ciężki i musi się z niego wyspowiadać, jeśli pragnie pojednać się z Bogiem i z Kościołem oraz przystąpić do Komunii św. Warunkiem takiego pojednania jest wola nawrócenia, zerwania z grzechem. A to znaczy, że w momencie przystępowania do sakramentu pokuty penitent żałuje za grzech, który popełnił i pragnie uczynić wszystko, aby do niego nie wrócić.
Nie bez znaczenia są tutaj pewne okoliczności zewnętrzne, a mianowicie wspólne zamieszkanie dwóch osób. Taka sytuacja sprawia bowiem, że przy spowiedzi wraz z żalem za grzechy trzeba wyrazić decyzję o oddzielnym zamieszkaniu. Dlaczego? Ponieważ wspólne zamieszkanie jest uznawane jako trwanie w notorycznej okazji do grzechu. Dlatego zwykle w takich sytuacjach spowiednik pyta o decyzję, czy penitent/penitentka jest gotów zamieszkać oddzielnie ze swoim partnerem. Jeśli odpowiedź brzmi „Nie” – wówczas kapłan nie może udzielić rozgrzeszenia, ponieważ nie ustaną okoliczności sprzyjające grzechowi, a co za tym idzie, nie ma gwarancji, że decyzja o nawróceniu jest autentyczna. A zatem to ostatecznie penitent decyduje o tym, że nie chce/nie może przystąpić do Komunii św., ponieważ nie chce zerwać z grzechem.
Do tego dochodzi jeszcze sytuacja zgorszenia. Jeśli ludzie z otoczenia nie słyszeli o ślubie, są wówczas przekonani, że osoby te żyją bez sakramentu małżeństwa, czyli w konkubinacie, a zatem nie mogą przystępować do sakramentów. Gdyby nagle taka osoba przystąpiła do Komunii św., a wiadomo o niej, że żyje z kimś bez ślubu, ludzie odebraliby to jako poważne nadużycie sakramentu, jako zgorszenie.
Kapłan może też odmówić rozgrzeszenia osobie, która nie mieszka wprawdzie z partnerem, ale spowiada się, że regularnie współżyją ze sobą i w żadnym wypadku nie ma zamiaru tego zmienić. W tej sytuacji również brak woli zerwania z grzechem ciężkim pozbawia możliwości uzyskania rozgrzeszenia.
Czy jest jakieś wyjście?
Jeśli osoby zamieszkujące razem nie mają przeszkód, aby zawrzeć związek małżeński, bo żadna z nich nie jest po rozwodzie albo w separacji, to najprostszym wyjściem jest uregulowanie sytuacji, tzn. zawarcie małżeństwa. Wówczas droga do sakramentów będzie otwarta.
Jeśli jednak osoby takie nie są jeszcze gotowe na zawarcie małżeństwa, bo na przykład studiują, nie pracują i nie stać ich na samodzielne utrzymanie, wówczas jedynym uczciwym wyjściem pozostaje rezygnacja ze wspólnego zamieszkania, ale również podjęcie decyzji o życiu w czystości.
Trzeba zaufać Panu Bogu i powierzyć Mu swój czas narzeczeństwa. Jestem przekonany, że jeśli młodzi ludzie starają się przeżywać swoją miłość w zgodzie z Bożymi przykazaniami, starają się, by dojrzewała ona według Bożego upodobania, wówczas Pan Bóg będzie im towarzyszył ze swoim błogosławieństwem, które zaowocuje również szczęśliwym małżeństwem.
Bardzo smutna jest taka sytuacja, gdy dwoje młodych ludzi autentycznie zakochanych nie żyje pełnią radości, bo ich miłość znajduje się w mroku grzechu. Tymczasem miłość młodzieńcza i narzeczeńska, umacniana łaską, rozwija się ze wspaniałym dynamizmem, zaraża swoim szczęściem otoczenie i oddala smutki tego świata. Nie znaczy to, że nie przeżywa rozterek, czy nawet upadków, ale mimo wszystko pragnie opierać się na Chrystusie.
Co na to rodzice?
Bardzo ważna jest tu również rola najbliższego otoczenia, zwłaszcza rodziców młodych ludzi. Wypadałoby, aby czuli się odpowiedzialni za wychowanie swoich dzieci „do końca”, tzn. również na etapie ich dorosłego życia, choć może jeszcze nie w pełni samodzielnego. Z jednej strony ta odpowiedzialność powinna wyrażać się w tym, że mówią swoim dorosłym dzieciom prawdę – że robią źle, żyjąc niemoralnie, bez ślubu, jak ludzie pozbawieni zasad chrześcijańskiego wychowania. Oczywiście, że samo powiedzenie takiej bolesnej prawdy swojemu dziecku musi być przepełnione rodzicielską miłością i troską o niego. Niemniej musi to być komunikat wyraźny, niedwuznaczny, aby nawet dorosłe dziecko wiedziało, że postępuje źle i że jego postawa nie jest akceptowana przez rodziców.
Duży błąd popełniają rodzice, którzy po cichu tolerują, przymykają oko na fakt, że ich dziecko żyje z drugą osobą bez ślubu. Może nawet opłacają mieszkanie synowi lub córce albo tolerują życie dziecka z jego dziewczyną/chłopakiem pod dachem własnego domu. W ten sposób sami również czynią się odpowiedzialnymi za grzech swojego dziecka – zamiast oczekiwać, wymagać od niego, by żyło zgodnie z wartościami, jakie przekazywali mu od najmłodszych lat.
W ten sposób mamy coraz częściej do czynienia z katolikami-hipokrytami, którzy co niedzielę są w kościele, ale równocześnie bez słowa sprzeciwu godzą się na niemoralne życie swoich dzieci – bo taka jest moda, bo takie są czasy.
Dobry rodzic ma być wsparciem dla swojego dziecka, ma przestrzegać je przed pokusą życia na próbę. Jeśli zaś, nie daj Boże, dziecko uwikła się w taką sytuację, powinien z całą życzliwością, ale i konsekwencją uczynić wszystko, aby pomóc dziecku wyzwolić się z takiej grzesznej sytuacji.
Autor: ks. Dariusz Salamon SCJ
Źródło: http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=2187
Odsłon: 280 Komentarzy: 1
Thursday,19 August 2010,21:20
Kategoria: Rodzina Thursday, 19 August 2010, 21:20
Świat dostarcza człowiekowi wielu przeżyć, których wszelkie przejawy bada on z ogromnym upodobaniem, ulegając ich pięknu i tajemnicy. Szczególnej potrzeby odkrywania niezwykłości świata doznają dzieci. Nie odczuwając własnej odrębności wobec realiów otoczenia, personifikują je i łączą się z ich wszelkimi przejawami wedle relacji osobowych na zasadach „ja – ty”. Przez pierwsze lata życia dosłownie wchłaniają otaczający je świat, poznając jego poszczególne elementy wszystkimi zmysłami. Dziecko najłatwiej uczy się przez zabawę i zajmuje się przede wszystkim zabawą. A tej sprzyja dziecięca skłonność do fantazjowania i gry wyobraźni.
W dobie cywilizacji informatycznej potrzeby te wykorzystuje na wielką skalę reklama. Witryny internetowe prezentują magiczne gotowanie, liczenie, malowanie. Bo, jak powiada znany amerykański pisarz literatury absurdu, Christopher Moore, dzieci widzą magię, ponieważ jej szukają. „Zmień wodę w żel, a potem z powrotem w wodę! Wyobraź sobie, że kąpiesz się w wulkanie i zamień wodę w czerwoną lawę!” – brzmi reklama jednego z kosmetyków dla dzieci.
Globalna komercjalizacja magii
Niemal każde dziecko w jakimś momencie chciałoby przejawiać nadzwyczajne moce i wpływać na bieg wydarzeń lub choćby tylko na kolegę czy postępowanie rodziców. Dorośli postanowili tę potrzebę wykorzystać. W sposób szczególnie wyrafinowany uczyniła to Joanne K. Rowling, pisząc serię magicznych opowieści o przygodach chłopca Harry'ego Pottera. Obecnie potteromania, jako złożone logistycznie globalne przedsięwzięcie biznesowe, ogarnęła cały świat Zachodu. W Polsce wydawca Rowling sprzedał jej książki w około 5 mln egzemplarzy. Na świecie produkty spod znaku Harry'ego Pottera dotarły do dwóch miliardów ludzi. W 2007 r. kolejny tom przygód Harry'ego Pottera w Wielkiej Brytanii w ciągu pierwszej doby rozszedł się w nakładzie 11 mln egzemplarzy. Wydawnictwo Publisher Scholastic Corp. poinformowało, że pierwszy nakład siódmej, ostatniej części Harry'ego Pottera wyniósł w Stanach Zjednoczonych 12 mln egzemplarzy. Książki o Harrym Potterze wydane zostały do tej pory w 200 krajach. Przetłumaczono je na 67 języków. Łączny nakład wyniósł 325 mln egzemplarzy.
Na drodze gnozy, alchemii i demonologii
Krytycy książek Rowling zgodnie przyznają, że otworzyły one dzieciom i młodzieży globalną bramę w rejony magicznej edukacji i zabawy. Jednak już tylko nieliczni znawcy tematu podkreślają, że jest to szczególnie niepokojące z tego powodu, iż każdy z tomów to kolejny krok wtajemniczenia na drodze gnozy, alchemii i demonologii.
Teologowie zaś mówią wprost o możliwych inicjacjach okultystycznych, w jakie wprowadza sama tylko lektura powieści.
W efekcie u progu XXI w. możemy mówić, iż współczesna magia komercyjna przeżywana w środowisku dzieci i młodzieży została skanalizowana w trzech zasadniczych nurtach magii: podziemnej (zakazanej), odświętnej (rytualnej) i oficjalnej (codziennej). Każdy z nich jest propagowany i popularyzowany na różne sposoby. Zasadnicze treści docierają do odbiorcy drogą medialną, szczególne znaczenie odgrywają ekranizacje filmowe poszczególnych tomów powieści Rowling, przynosząc producentom miliardowe zyski a samym książkom jeszcze większą sprzedaż i reklamę.
W efekcie w propagowanie magii i jej komercjalizację angażują się coraz częściej środowiska związane z edukacją, kulturą czy ruchami ekologicznymi. W praktyce przekłada się to na wieloraką działalność dorosłych organizujących dzieciom ofertę magicznej edukacji, magicznego wypoczynku i magicznej zabawy.
Magiczny wypoczynek
Przejdźmy zatem do egzemplifikacji tych działań na gruncie polskim. Magiczny wypoczynek w lecie 2009 proponowała dzieciom w wieku 7-13 lat Mazurska Szkoła Magii. „I Ty Możesz Zostać Członkiem Wielkiego Kręgu”, brzmiała oferta za 1499 zł. W programie i opisie obozu czytamy, że jest to propozycja dla wszystkich maluchów pragnących rozpocząć swoją wielką przygodę z magią.
Na początku dzieci wstępowały do Wielkiego Kręgu Magicznej Księgi. Oznaczało to, że w księdze oprócz spisu zaklęć i rytuałów magicznych mogły znaleźć wskazówki astrologiczne, spisy aniołów, wskazówki, jak robić talizmany i amulety, jak przywoływać różne byty – od duchów po anioły, a także poznać tajemnicze nazwy i skróty, których używali na co dzień astrologowie, alchemicy i magowie. Księgę reklamowano jako klucz do wielkiego świata magii, gdyż należy ona do potężnego Maga-Mistrza Wielkiego Kręgu. To dzięki niemu maluch wkroczyć miał w tajemniczy świat magii i iluzji.
Lekcje z magii
Uczestnicy obozu byli przydzieleni do wybranej „szkoły” odpowiadającej poszczególnym żywiołom. Każdy uczestnik obozu otrzymał szatę i tiarę, posiadał też własnoręcznie wykonaną miotłę i czarodziejską różdżkę. Dziecko ponadto mogło pobierać lekcje zielarstwa i nauczyć się wytwarzać magiczne napary, lecznicze eliksiry, poznać przydatność i wartość roślin w magii. Przewidziano w magicznej edukacji lekcje mineralogii, astrologii, poznawanie duchów planetarnych i lekcje przywoływania ich.
Podczas obozu każdy adept magii zakładał swoją Księgę Cieni (inaczej Grimuar Cieni). Zapisywał w niej wszystkie czary i zaklęcia, jakie poznał i praktykował, magiczne przemyślenia, informacje dotyczące zrobionych amuletów, legendy, mity, opisy niezwykłych postaci, relacje z poszczególnych spotkań magicznych i przygód. Mógł umieszczać tam również swoje sny, wizje, przeczucia, wiersze czy przepisane fragmenty ulubionych książek. No i, oczywiście, lekcje magii. Tam dziecko uczyło się zaklęć i sztuczek, poznawało moc czterech Żywiołów. Dowiadywało się, jak tworzyć własne zaklęcia i rytuały magiczne. Ponadto przewidziano jeszcze lekcje wróżbiarstwa, tarota, stawiania horoskopów, wróżb ludowych, chiromancji, rozpoznawania mocy talizmanów.
Jako zwieńczenie wakacyjnej edukacji przewidziano lekcje nauki latania na miotle. „Bo atrybutem każdego czarodzieja jest magiczna miotła, dzięki której poleci tam, gdzie go oczy poniosą” – pisali organizatorzy magicznej szkoły dla maluchów. Podczas wakacyjnego obozu każdy jego uczestnik konstruował własną miotłę a następnie uczył się na niej latać.
Magiczna zabawa
Nauka, jak wiadomo, najlepiej łączy się z zabawą, i tak inna wakacyjna Letnia Szkoła Magii w województwie śląskim polecała w Zamku Gniew kolonie dla fanów Harry'ego Pottera. Za cenę od 1570 zł w programie przewidziano naukę iluzji, szyfrologię, zielarstwo, wycieczki, turnieje magiczne, nocne zwiedzanie zamku. Uczestnik otrzymał szatę, koszulkę, różdżkę i profesjonalne rekwizyty do zajęć z iluzji.
W innej magicznej zabawie w Magię w kinie jej uczestnik miał za zadanie narysować magiczną postać filmową lub magiczne zdarzenie. Chodziło o magiczny kadr z dowolnego filmu, mógł być to też film wymyślony. Dziecko mogło także narysować plan filmowy, na którym kręci się sceny pełne filmowej magii. Organizatorzy konkursu podkreślali, że „obecnie magia w filmie wygląda coraz bardziej wiarygodnie, wręcz naturalnie, widzowi łatwo w nią uwierzyć. Magii pomagają współczesne, nowoczesne gadżety i rozwinięta technika filmowa”.
Organizatorów ciekawiło, jak dziecko wyobraża sobie magiczne ujęcia filmowe. Jak jego zdaniem powstają magiczne sceny? Wszystko to miało opisać w swojej pracy. Organizatorem konkursu był portal www.miastodzieci.pl oraz organizatorzy Międzynarodowego Festiwalu Zawodów Filmowych Cinemagic. To tylko opis pojedynczych konkursów, jednak w całym kraju organizowane są ich tysiące, albowiem komercyjna magia dla dzieci i młodzieży wpisała się już na stałe w polską rozrywkę i kulturę. Aby utrzymać zainteresowanie nią wśród najmłodszych proponuje się także ofertę dla ich rodziców. Chodzi tu o masowo importowane i przeszczepiane na polski grunt zwyczaje w rodzaju np. Halloween.
Ten pogański kult ognia rodem ze Szkocji, obchodzony 31 października, mający objawiać moc niewidzialnego świata duchów, propagowany jest głównie w mediach i nocnych klubach rozrywki. W tych ostatnich obsługa stylizowana na czarownice i wampiry oferuje „atrakcje” w rodzaju pokazów łamania kołem czarownic z muzyką organową w tle i filmami na telebimie, „konkursów na wycie” oraz wyborów najstraszniejszej pary Halloween. Gości w czasie zabawy obowiązują stroje „grobowe”. Sponsorów tych „rozrywek” nie brakuje. Przeważają koncerny tytoniowe i wytwórnie alkoholowe, patronami medialnymi są komercyjne stacje radiowe i prasa, np. „Gazeta Wyborcza”.
Magiczna edukacja
Magiczna edukacja trafia do szkół, znajdując poparcie w kręgach psychologów. Niektórzy z nich uważają nawet, że magia powinna się stać obowiązkowym przedmiotem szkolnym. Profesor Richard Wiseman, psycholog z Uniwersytetu Hertfordshire w Wielkiej Brytanii, uważa, że czarowanie sprawia, że dzieci stają się pewniejsze siebie, że wzrastają ich umiejętności społeczne.
„Nauka magii wymaga samodyscypliny, zrozumienia innych [empatii] oraz zdolności do ich zabawiania. W odróżnieniu od gier komputerowych zachęca dzieci, by kontaktowały się z przyjaciółmi i rodziną”. Zdaniem Wisemana dobry czarodziej może być zarazem dobrym powiernikiem, ponieważ obie dziedziny wymagają działania w tajemnicy. Na potwierdzenie swoich teorii Wiseman i jego studenci skierowali 50 maluchów z Hertfordshire na lekcje magii i kursy czarowania. W Polsce nie ogłasza się jeszcze takich eksperymentów, ale naukę i edukację prowadzoną według teorii antropozofa Rudolfa Steinera spotykamy w szkołach waldorfskich.
W Polsce edukacja magiczna ma miejsce podczas kursów w Młodzieżowych Domach Kultury, jest obecna w licznych wydawnictwach dziecięco-młodzieżowych, prasie i wielu portalach internetowych. W tym miejscu warto wspomnieć choćby o Wicca dla dzieci, gdzie lekcje i kursy magii prowadzone są pod osłoną twórczej zabawy, edukacji psychologicznej, czy opowiadań o super-bohaterach, mających uświadomić dziecku niektóre z dostępnych mu umiejętności, zwiększyć jego wyobraźnię, stanowiącą klucz do odkrycia jego talentów.
Oto przykład serii pytań, zamieszczonych na jednej z polskich stron internetowych Wicca dla dzieci: „Czy możesz wyczuć, kiedy ktoś jest niespokojny albo zły? Czy wiesz, co to jest medytacja? Czy masz przyjaciół albo nauczycieli, których inni nie mogą zobaczyć? Jak sądzisz, co oznacza postrzeganie pozazmysłowe? Jak sądzisz, czy byłoby dobrze używać takich zdolności, żeby kogoś skrzywdzić? Dlaczego tak sądzisz? Gdybyś mógł/a mieć dowolną moc, to jaką byś wybrał/a? Czy boisz się takich umiejętności?”.
W dalszej części instrukcji czytamy, że projekty są dość łatwe. W każdym z nich chodzi o nauczenie dziecka postrzegania pozazmysłowego. Dalej zaleca się rodzicom, by nauczyli dziecko medytować. Jako pomoc dołączone są instrukcje w rodzaju: „Naucz dziecko tworzyć osłonę. „Osłona” to po prostu jajowaty kształt utworzony z energii pochodzącej z aury, który otacza i ochrania osobę go noszącą przed szkodliwymi energiami i istotami. Porozmawiaj ze swoim Kapłanem i Kapłanką o postrzeganiu pozazmysłowym. Być może będą w stanie polecić ci jakieś źródła na tematy metafizyczne. Wypożycz z biblioteki książki dotyczące manifestacji zjawisk paranormalnych. W niektórych z nich mogą pisać o różnych określeniach, więc zacznij wraz z dzieckiem układać wspólny słowniczek znaczeń takich słów”.
Autor instrukcji ostrzega rodziców: „Nie spraw, by dziecko czuło się jak odmieniec czy dziwak. Jeśli twoją reakcją będzie strach lub niechęć, możesz sprawić, że dziecko całkowicie te zdolności zablokuje”.
Zakończenie
Znany włoski duchowny, egzorcysta Gabriele Amorth informuje, a przeprowadził on ponad 60 tys. egzorcyzmów, iż około 10-15% opętań demonicznych związanych jest z praktykami magiczno-okultystycznymi. Mówiąc o praktykach okultystycznych ma na myśli m.in. seanse spirytystyczne, uczestniczenie w czarnych mszach czy konsultacje z czarownikami lub wróżbitami.
Praktyki magiczne można poznawać i zgłębiać nie tylko na stronach internetowych, ale choćby w gabinetach otwieranych oficjalnie pod szyldami doradztwa życia i rozwoju osobistego. W Polsce można tak czynić oficjalnie od roku 1995 r., gdy weszła w życie ustawa o nowych zawodach, wprowadzająca na rynek pracy (i usług) czynności z obszaru magii, ezoteryki i parapsychologii.
Najcenniejsze wartości
Ekspansja komercyjnej magii, także w Polsce, adresowana do dzieci i młodzieży, przekraczając świat i wyobraźnię coraz liczniejszej grupy młodych, wciąga także dorosłych. Symbolika magiczno-demoniczna wypiera aksjologię świata klasycznych baśni, otwierających przed dzieckiem najcenniejsze wartości: miłość, prawdę, dobro i piękno. Baśnie braci Grimm czy Andersena przepełnione motywami religijnymi, czy motywami biblijnymi znajdują się w całkowitej opozycji do świata demonów i klątw.
Otaczająca nas hałaśliwa reklama wokół czarownictwa i okultystycznych technik kryje w sobie często intencję antyklerykalną. Adepci ezoterycznych wtajemniczeń korzystając z wielości technik okultystycznych i psychotechnik (mantrowania, oddychania, sugestiopedii) z czasem odrzucają wszelkie religie. Religia i jej zasady, w tym np. prawda o ludzkim cierpieniu, są wręcz przeszkodą i niepotrzebnym balastem, ponieważ praktyka magiczna ma dostarczać dziecku nadzwyczajnych emocji i sił do manipulowania otoczeniem, podtrzymując świadomość o wyjątkowości ich własnej kondycji. A to już w późniejszym, dorosłym świecie prosta droga do pogardy i pychy wobec całego otoczenia; do zachowań socjopatycznych, aspołecznych, izolacji, dominacji i przemocy, choćby tylko psychicznej, nad wszystkim, co bezbronne i słabe.
Autor: Hanna Karp
Źródło: http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=2494
Odsłon: 1328 Komentarzy: 31
Wednesday,18 August 2010,15:52
Kategoria: Religia Wednesday, 18 August 2010, 15:52
Pewnie dlatego, że kojarzy się z grzechem, karą i przykrym poczuciem winy czy bezsilności. Zaniedbując go, zapominamy jednak, że jest to droga nie tylko wewnętrznego oczyszczania, ale także oświecenia i zjednoczenia z Bogiem, i to w tak delikatnej sferze, jaką jest nasza ułomność i grzeszność. Rachunek sumienia to swoisty papierek lakmusowy naszej duchowej dojrzałości. Nie jest dziełem przypadku, że w przeżywaniu prawdy o własnej grzeszności leży clou chrześcijańskiej nowości, ponieważ to w nim dokonuje się religijny przewrót kopernikański, z którego św. Ignacy uczynił centralną treść pierwszego tygodnia Ćwiczeń duchownych (dalej: ĆD). Dlatego rachunek sumienia powinien być codziennym echem owego zadziwionego, paschalnego okrzyku: „O, szczęśliwa wino!” Powinien być też okazją do pokornego, a jednocześnie odważnego powtarzania za św. Pawłem: Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa (2 Kor 12, 9). Zobaczmy, czy takie przewartościowanie rachunku sumienia jest możliwe. Okazją do tego niech stanie się mała rewizja ignacjańskiej metody rachunku sumienia, według pięciu punktów zawartych w Ćwiczeniach duchownych (por. Ćd 43).
Duchowość ignacjańska ma w sobie coś paradoksalnego, zwłaszcza gdy próbuje godzić skrajności. Takie znamiona nosi między innymi ignacjańska metoda rachunku sumienia, ponieważ łączy to, co najbardziej osobiste – subiektywny punktu widzenia, z tym, co uniwersalne – obiektywną sytuacją poddaną analizie. Ogromna dysproporcja między naszą subiektywną wiedzą a obiektywnym stanem rzeczy może onieśmielać i zniechęcać, lecz nie powinna zwalniać z wysiłku dochodzenia do prawdy. Tym bardziej, że zgodnie z intuicjami św. Ignacego przedmiotem rachunku sumienia nie jest wprost owa obiektywna sytuacja, ale jej percepcja w naszym wnętrzu, czyli tzw. poruszenia wewnętrzne, które my dziś częściej nazywamy uczuciami i emocjami (jest to oczywiście pewne uproszczenie).
Dlatego przedmiotem naszych analiz będą uczucia i emocje, gdyż są one nie tylko bardzo dobrym materiałem do samego rachunku sumienia, ale i jego wewnętrznym motorem. Przemawia za tym kilka oczywistych względów. Po pierwsze, większość z nich odczuwamy spontanicznie i bezwiednie, wcale o to nie prosząc. Po drugie, uprzedzają nasz rozum i nie dają się łatwo kontrolować, dlatego mówią o nas bardzo wiele i „poza cenzurą”, jaką stanowią mechanizmy obronne. Po trzecie wreszcie, pod ich wpływem często podejmujemy różne ważne decyzje i działania, dlatego podlegają rozeznaniu duchowemu i uporządkowaniu.
Uczucia i emocje – zarówno te negatywne, jak i pozytywne – zasługują na szczególną uwagę jeszcze z innego względu: są koniecznym dopełnieniem zdrowej natury, na której buduje łaska. Każde ludzkie działanie (akt woli) bywa wsparte nie tylko rozumną motywacją (akt rozumu), ale i poruszeniem emocjonalnym (akt serca). Często o pomyślności jakichś przedsięwzięć decydują nie tyle słuszne i rozumne cele, co żar serca. Jeśli studiować, to z zapałem i entuzjazmem! Jeśli jeść, to z apetytem i radością! Jeśli nosić żałobę, to ze smutkiem i żalem! Uczucia i emocje można więc porównać do wiatru, który bezustannie wieje, kędy i jak chce. Nie mamy nad nim władzy, lecz możemy z niego skorzystać. Nasza natura przypomina bowiem dobrze wyposażony jacht, który można wprawić w ruch spokojną i mozolną pracą pagaja (krótkiego wiosła) lub przy wykorzystaniu ożaglowania i odpowiednich technik sterowniczych. A cóż piękniej wyraża ludzki geniusz niż wspaniały jacht na pełnych żaglach, sunący po wzburzonych falach morza?
Punkt 1. Dziękować Bogu za otrzymane dobrodziejstwa
Każdą czynność warto zacząć od pozytywnego wzmocnienia, tym bardziej jeśli – jak w naszym przypadku – dotyczy ona trudnego i mozolnego wglądu w siebie. W ignacjańskim rachunku sumienia rolę takiego wzmocnienia spełnia dziękczynienie. Może ono dotyczyć nie tylko duchowych pocieszeń i natchnień, ale także tych naturalnych i przyrodzonych zdolności, które – jeśli głębiej wniknąć w ich istotę – są takim samym, jeżeli nie większym, bo wciąż niedocenianym przejawem Bożej Opatrzności. Wszak na tle porażającego ogromem wszechświata samo istnienie życia jest czymś cudownym i wyjątkowym, wystarczającym powodem do nieustannego dziękczynienia. W naszej analizie ograniczymy się do kilku podstawowych uczuć – radości, dumy i wdzięczności – które stanowią naturalną osnowę dziękczynienia. Na tej naturze opiera się łaska, dlatego jest to doskonałe preludium do właściwego dziękczynienia.
Nawet najbardziej doświadczony przez życie człowiek ma powody do radości. Choćby to, że ma zdrowe ręce i nogi. Smutną prawdą jednak pozostaje fakt, że powodów tych nie doceniamy w dostatecznym stopniu i to z wyraźną szkodą dla życia tak osobistego, jak i wspólnotowego. Przypomina to korzystanie z wiosła w piękny i wietrzny dzień i to na łodzi, która dysponuje zarówno dobrym sterem, jak i ożaglowaniem. Konieczne byłoby więc przewartościowanie życia pod kątem radości, tym bardziej, że jest ona podstawą kolejnych, bardziej subtelnych pozytywnych uczuć, takich jak życzliwość, serdeczność czy wdzięczność. Nie bez powodu św. Paweł zalicza radość do darów Ducha Świętego (por. Ga 5, 22), a jej brak – jak jednomyślnie podkreślają podręczniki psychopatologii – jest przejawem poważnych uszczerbków na zdrowiu psychicznym i fizycznym.
Kolejnym zaniedbanym uczuciem wydaje się zwykła ludzka duma, która pozwala z pogodą ducha znosić nieuchronne przeciwności życia. Jest ona tym ważniejsza dla nas, Polaków, że nosimy w sobie jakiś dziwny kompleks niższości, brak poczucia własnej wartości i słabość wyssaną niemal z mlekiem matki. Z pewnością to pozostałości katastrofalnego eksperymentu, w którym próbowano stworzyć z nas nowy rodzaj ludzki – homo sovieticus. Zwykła ludzka duma została tak skutecznie w nas złamana, że jakikolwiek jej przejaw do tej pory źle się kojarzy i dlatego nieomal każdy w konfesjonale wyznaje jako grzech powszedni pychę, jakby możliwy był oksymoron w rodzaju „dumny niewolnik” lub „pyszny przegrany”. Właśnie dlatego trzeba dumę oczyścić z tych negatywnych skojarzeń i przywrócić jej rozwojowy charakter.
Duma to synonim podstawowego zaufania, pewności siebie i wiary w pomyślny dalszy ciąg życia. Gdy dziecko stawia pierwszy krok, pokonuje własny lęk, samodzielnie kończy pierwszą układankę, widzi w oczach rodziców dumę, którą na zasadach empatycznego rezonansu absorbuje w siebie i uczy się dumy z własnych osiągnięć. Cieszy się i odważniej robi następny krok, rozpędzając tym samym koło zamachowe rozwoju, które uzdolni je do pokonania kolejnych trudnych zadań. Każde pomyślne zwieńczenie następnego kroku naprzód jest powodem do zasłużonej dumy, która wcale nie kłóci się z wdzięcznością Bogu, lecz przeciwnie jest jej pomnożeniem, bo to Bóg daje siły i potrzebny zapał. A w ostatecznym rozrachunku to Bóg zastępuje dumne spojrzenie rodziców czy kolejnych osób znaczących. To On jest z nas dumny i tę zdrową dumę, dumę dzieci Bożych, w nas rozwija. Czas zerwać z Sartrowską karykaturą Boga jako złośliwego podglądacza, a przywrócić Mu ewangeliczną postać dobrego i miłosiernego Ojca, który widzi w ukryciu (Mt 6, 4) każde dobro i otacza nas swoją troską.
Nieustanna wdzięczność jest tą postawą, do której gorąco namawia nas św. Paweł, niczym do jednej z najważniejszych chrześcijańskich cnót: A cokolwiek mówicie lub czynicie, wszystko [niech będzie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3, 17); W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża (1 Tes 5, 18); Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa (Ef 5, 20). Wbrew pozorom wdzięczność jest postawą, której trudno się nauczyć. Raczej wydaje się darem łaski Bożej lub owocem współpracy z nią, a jej zwiastunem jest głęboka przemiana sposobu postrzegania siebie i świata. Główną treścią tego nowego sposobu patrzenia na świat jest przekonanie, że wszystko jest darem Boga, wszystko jest łaską. A jeśli tak, to nieustanna wdzięczność jest jedyną proporcjonalną odpowiedzią człowieka.
Źródło: Duchowość daru z siebie. Stanisław Morgalla SJ. Wydawnictwo WAM Kraków 2010.
Odsłon: 290 Komentarzy: 0
Thursday,22 April 2010,12:41
Kategoria: Kultura Thursday, 22 April 2010, 12:41
My, Polacy, żyjemy od przynajmniej dwu wieków w stanie permanentnego łamania naszego prawa do naszej własnej kultury, a tym samym łamania prawa do duchowej suwerenności przejawiającego się w najrozmaitszych dziedzinach kultury. Prawo to jest łamane na wiele różnych sposobów poczynając od brutalnych, takich jak wywózki lub mordowanie kwiatu naszego narodu zarówno przez Niemców jak i ZSRR (przypomnijmy, że w samym Katyniu zginęło ok. 14 tyś. oficerów rezerwy, czyli właśnie inteligencji, a cóż dopiero mówić o innych mordach), poprzez celowe blokowanie rozwoju młodych pokoleń, a kończąc na wyszydzaniu i ośmieszaniu tego, co polskie.
Własną kulturą powinno nasiąkać się w domu, w szkole, w teatrze, w Kościele, a dziś dodatkowo dochodzą media. Dom polski przez lata zaborów służył za twierdzę polskości, dziś zdominowany został przez telewizor, który zastępuję książkę, rozmowę i pianino.
Programy szkolne są zideologizowane przez doktrynę, która uważała, że „ojczyzna" jest przeżytkiem (słynne powiedzenie Lenina: „robotnik nie ma ojczyzny"), stąd trudno się doszukiwać polskości w oficjalnych programach MEN-u. W teatrach brakuje polskich sztuk i sztuk obcych w tłumaczeniu mistrzów, teatr przestał dostarczać wzorów mowy nie tylko poprawnej, ale nade wszystko pięknej, pełnej, soczystej; co więcej, wiele dzieł polskich jest w imię tzw. „własnego odczytania" reżysera celowo zniekształcanych, zmieniany jest tekst, charaktery, przesłanie. Nawet w Kościele, który był zawsze ostoją polskości, zanika tradycja polskich modlitw i zwyczajów. Media poczynając od poważniejszych jak miesięczniki czy tygodniki, a kończąc na dziennikach mają to, co polskie w pogardzie, prześcigają się w śledzeniu polskich kompleksów, polskiej głupoty, polskiej nienawiści, braku tolerancji, antysemityzmie itd., itd.
Sytuacja więc wygląda tak: najpierw w sposób instytucjonalny i zorganizowany odbiera się narodowi polskiemu jego własną tożsamość i zdrową siłę poprzez deformację programów nauczania, fałsz w mediach, braki w promowaniu dorobku polskiej kultury; następnie po takiej „kuracji" powiada się: „ależ ten naród jest głupi i zakompleksiony, to nie naród, to ludek". Naród polski znajduje się w sytuacji zawodnika, któremu najpierw połamano ręce i nogi, a potem rzucono na boisko krzycząc: „graj!!". A gdy w bólu ledwo się rusza, to się zeń różni „komentatorzy" naśmiewają: „patrzcie! kaleka, nie umie grać", by po chwili już cały świat parskał ze śmiechu w Londynie, w Paryżu, w Nowym Yorku.
Dokonuje się więc pewien z góry zaplanowany scenariusz, bo działania zorganizowane nie są przypadkowe, ale celowe. Zazwyczaj mamy w pamięci zagrożenia, jakie spotykały nas ze strony zaborców (Rosja, Prusy, Austria) oraz tzw. okupantów hitlerowskich. Jest jednak drugie zagrożenie wymierzone nie tylko w nas, ale we wszystkie państwa o ustalonej tożsamości narodowej, w imię tzw. szczęścia ludzkości czy budowania Raju na Ziemi.
Jakże aktualnie brzmią dziś słowa wypowiedziane na początku wieku XX i równocześnie u progu niepodległości – przez wielkiego artystę i męża stanu Ignacego Jana Paderewskiego. Był rok 1910, gdy we Lwowie w Teatrze Skarbkowskim na obchodzie stulecia urodzin Fryderyka Szopena można było usłyszeć:
„Wraz ze zdrowym ziarnem powiało po nas tumanem plewy i pośladu; z jasnym płomieniem wszechludzkiej jakoby sprawiedliwości, przyszły i kłęby ciemnego, kopcącego dymu; z lekkim tchnieniem wolności przybyły i fale trującego powietrza i ciężą nad nami boleśnie. W sercach nieład uczuć, w umysłach pojęć zamęt. Uczą nas szacunku do obcych, a pogardy dla swoich. Każą nam miłować wszystkich, choćby ludożercę, a nienawidzieć ojców i braci, za to, że nie gorzej, lecz inaczej tylko myślą. Chcą nas wyzuć zupełnie z rasowego instynktu, cały pokoleń dorobek i dobytek oddać na pastwę nieokreślonej przyszłości, na łup chaosowi, którego potworne kształty lada godzina ukazać się mogą ponad tonią czasu. W odwieczną budowę świątyni narodu, której potężne wrogów ramiona zburzyć nie zdołały, biją dziś już młoty bratnią kierowane ręką: dla nowych gmachów pono naszych tylko gruzów potrzeba, jak gdyby owych budowniczych na własną nie stać było cegłę. Nad białoskrzydlnym, niezmazanym, najczcigodniejszym Ojczyzny symbolem kraczą kruki i wrony, chichocą obce a złowrogie puszczyki, urągają mu nawet swojskie, zacietrzewione orlęta. „Precz z Polską " – wołają - „ niech żyje ludzkość!". Jak gdyby życie ludzkości ze śmierci narodów powstać mogło!…".
Wystarczy zamienić słowo „ludzkość" na słowo „europejskość", by przekonać się, że mamy do czynienia ciągle z tym samym zjawiskiem, że bez wytchnienia próbuje się naród polski „wysterylizować" z jego duchowej suwerenności (Paderewski mówi tu o „rasowym instynkcie", ale nie w sensie „rasistowskim"), która nie jest niczym innym jak własną kulturą. Bez własnej kultury naród nie zamieni się w „ludzkość", ale po prostu uschnie i zginie.
Zakusy na poszczególne narody mają swe ideowe zaplecze w myśli renesansowej, kiedy to syntetyzując Państwo Platona z biblijnym Rajem, przystąpiono do pisania tzw. utopii. Autorem pierwszego dzieła z tego zakresu był św. Tomasz Morę. Jego praca De Optimo Reipublicae Statu deque Nova Insula Utopia Libellus Vere Aureus (1516) zainspirowała setki naśladowców. Słowo „utopia" było renesansowym neologizmem i znaczyło „nie ma takiego miejsca". Tworzono też synonimy takie jak: nusquama (nigdzie) czy udepotia (nigdy).9 Słowa te sygnalizowały, że chodzi wyłącznie o eksperymenty myślowe, ale, niestety, z końcem wieku XVIII przystąpiono do urzeczywistniania utopii, czego pierwszym, mocnym uderzeniem była Rewolucja Francuska. Utopie XVIII-wieczne są w dużej mierze zdechrystianizowane, a ich aspiracje przekraczają już zakres małej wysepki (insuld), chodzi o rewolucję na skalę najpierw Europy, a potem całego świata. W większości utopii za główną przeszkodę dla jej urzeczywistnienia uznaje się własność prywatną, rodzinę, rodzimą kulturę, w tym religię chrześcijańską (katolicyzm). Dlatego też w większości utopii gloryfikuje się własność wspólną (komunizm), swobodę obyczajów seksualnych (libertynizm) oraz ponadnarodowość poglądów (tzw. europejskość). W praktyce uderzenie we własność prywatną uzależnia człowieka od państwa, uderzenie w rodzinę – odbiera poczucie bezpieczeństwa możliwego jedynie dzięki miłości, uderzenie w rodzimą kulturę – odbiera poczucie tożsamości.
Urzeczywistnianie utopii, które zawsze dokonuje się w imię wielu szczytnych haseł, przypomina zaprowadzanie melioracji (sama nazwa pochodzi z łaciny i oznacza ulepszanie). Przez tereny, gdzie istnieją przeróżne ekosystemy (roślinność, ptaki, ryby etc.), przeprowadza się wybetonowany rów, który ściąga wodę z całej okolicy. W efekcie już po roku okolica tętniąca życiem zamienia się w martwy pejzaż, od którego wszystko, co nie zginęło – ucieka. Podobnie dzisiejsze utopie niszczą ludzkie ekosystemy, głównie rodzinę i ojczyznę. Polityka ekonomiczna jest odpowiednikiem rowu, do którego cisną się ludzie tzw. władzy (ów rów złośliwie nazywa się korytem), natomiast wokół powstaje pustynia, świat ludzi smutnych i pozostających w permanentnym niedorozwoju. Znikają więc te jakże cudowne i zróżnicowane ekosystemy ludzkich kultur. Człowiek w utopii nie jest podmiotem-osobą, ale rzeczą, maszyną, przedmiotem, można z nim robić cokolwiek, ale wszystko w imię „lepszego jutra", w imię „melioracji".
Na czym polega specyfika polskiej sytuacji? Na tym, że mimo tak wielu trudności i zagrożeń, ciągle tworzymy żywy ekosystem kultury personalistycznej, który przejawia się właśnie w poszanowaniu rodziny i religii. Niestety, coraz bardziej tracimy rozumienie sensu i celu posiadania własności prywatnej oraz pielęgnowania kultury narodowej. Jeżeli ten stan się przedłuży, to istnieje poważne niebezpieczeństwo zniszczenia rodziny i rozbicia religii. Wówczas przyszłoby człowiekowi żyć w cywilizacji na wskroś antyludzkiej, gdzie suwerenność osoby nie ma żadnego znaczenia. Ale to już byłaby cywilizacja śmierci…
Broniąc prawa narodu, każdego narodu do własnej kultury, bronimy praw człowieka, które coraz bardziej zagrożone są przez utopijną cywilizację śmierci. Nasza walka, przejawiająca się również w wytrzymywaniu naporu zła i kłamstwa, ma wymiar uniwersalny, ponieważ przypomina innym narodom, że i one mają swoje prawa, z których, jeśli służą budowaniu człowieka, za żadną cenę nie powinny rezygnować. Cywilizacyjna misja Polski jako przedmurza chrześcijaństwa jest w dalszym ciągu aktualna. Brońmy prawa narodów: do Prawdy, do Dobra, do Piękna!
Źródło:
Odsłon: 449 Komentarzy: 0
Sunday,03 October 2010,16:09
Kategoria: Ogólne Sunday, 03 October 2010, 16:09
Linda Kimball, wybitna publicystka amerykańska, uświadamia społeczeństwo na temat, jakimi drogami postępuje obecnie "permanentna rewolucja" rozpętana kiedyś przez Marksa, Engelsa i ich kontynuatorów. Jest to przede wszystkim dążenie do przeorganizowania ludzkiej świadomości drogą zabiegów dających się zaliczyć do tzw. inżynierii psychicznej.
"Psychologia polityczna" w akcji
Należą do niej takie metody, jak trening wrażliwości psychicznej (oczywiście w odpowiednim kierunku), tworzenie praw promujących nienawiść – w różnych kontekstach, w których pojawiają się jakieś napięcia, narzucanie tzw. politycznej poprawności jako obowiązującej powszechnie normy, rozbicie spoistości kultury tradycyjnej przez narzucenie obowiązkowego pluri-kulturalizmu, a zwłaszcza prowadzenie debaty społecznej w duchu "dynamiki grupy". Według Lindy Kimball, jest to droga zaplanowana w celu stworzenia czegoś w rodzaju "ewolucjonistycznego humanizmu" z powikłaną moralnością i antyludzką filozofią. Linda Kimball ostrzega, że jest to wojna prowadzona przede wszystkim przeciw Ameryce (Psychopolitics: Erasing Christianity through the Consensus Process; www. Sierra Times.com; 2005). Ta "psychologia polityczna" została zdefiniowana przez bliskiego współpracownika Stalina, mianowicie Pawłowicza Berię, który w podręczniku opracowanym na ten temat napisał: "Psychopolityka jest sztuką i wiedzą o ustanowieniu i utrzymywaniu panowania nad myśleniem i postawą uległości jednostek, oficerów, urzędów i mas, a przez to zawładnięcia wrogim narodem za pomocą (tego rodzaju) 'terapii umysłowej'" (z dzieła pt. "Russian Manual of Psychopolitics").
Według autorki, za podobną metodą opowiadał się także Julian Huxley w książce pt. "UNESCO – jej cel i filozofia" ("UNESCO, its Purpose and its Philosophy"). Książka dotyczyła Nowego Światowego Ładu, który postulował "jedną religię, jeden język i jeden sposób myślenia". Huxley wierzył, że ten Ład może być osiągnięty przez powszechne, choć sekretne zastosowanie procesu heglowskiej dialektyki. Huxley widział świat jako teren ścierania się zasadniczo dwóch światopoglądów, w pewnym sensie dwóch systemów ekonomicznych, dwóch filozofii. Te dwa światopoglądy, te dwa przeciwieństwa to przede wszystkim chrześcijaństwo i marksizm. Huxley "marzył" o tym, by te przeciwne bieguny pogodzić i by to, co jest napięciem między "tezą" i "antytezą", rozwiązać w formie "syntezy". Wierzył, że to jest osiągalne "drogą nieubłaganej dialektyki ewolucji". J. Budziszewski w książce pt. "Czego nie możemy nie wiedzieć" określa tę metodę "dialektyczną" jako "czarną magię oszustwa i rozmywania prawdy". W rezultacie tego procesu "prawda" zostaje zastąpiona przez "nową prawdę", która jest po prostu kłamstwem.
Sterowanie myśleniem
Żeby to zastąpienie prawdy przez "nową prawdę" przebiegało bezboleśnie, dokonuje się to w ramach procesu myślowego, który ma miejsce w grupie (na przykład dyskusyjnej), w której o kierunku myślenia decyduje nie logika, nie kryteria prawdy, lecz "dynamika", a więc nieidentyfikowalne czynniki emocjonalne, podatne na sterowanie i kierowane ku zaplanowanemu rezultatowi. Wynik takiego procesu jest zawsze z góry zaplanowany i cały proces przebiega w trzech etapach. Pierwszy etap to "unfreezing" czyli rozmrożenie stanowisk, a tym samym wyraźne ujawnienie skrajności. Należy to do istoty procesu: wywołanie społecznego konfliktu. Drugi etap to przeniesienie dyskusji na poziom krytyki stanowiska broniącego prawdy. Krytyka dokonuje się z punktu widzenia filozofii dialektycznej (oskarżającej na przykład chrześcijaństwo, że jest reakcyjne, niewrażliwe, budzące wrogość w społeczeństwie). Trzeci etap to "dialogowanie" w celu wytworzenia czegoś w rodzaju zgody (consensus) drogą manipulacji psychologicznej, stawiającej poza nawias istotne zasady i przesłanki debaty. Te zasady stają się obecnie nieważne, obowiązuje to, co zostało uzgodnione. Pamiętamy z historii te różne "porozumienia" z komunistami, konferencje "pokojowe" i inne, które służyły jedynie temu, aby oszukać i wymanewrować całe narody i państwa dla dobra "rewolucji". Dziś tę samą metodę "dialektyczną" obserwujemy w kontekście "dyskusji" na temat praw człowieka, wolności słowa, dopuszczalności tzw. aborcji, etyki małżeńskiej, społecznych uprawnień rodziny, kompetencji wychowawczych szkoły lub innych instytucji społecznych itd.
Terror i zanik myślenia
Ta "psychopolityka", zdefiniowana przez Berię i popierana przez Huxleya, wydaje w Ameryce (i nie tylko) zauważalne owoce. Jako konkretny przykład (jeden z wielu) Linda Kimball podaje fakt uwięzienia Dawida Markera (w Lexington, st. Massachusetts) za to, że miał odwagę domagać się, aby jego sześcioletni syn nie był poddawany edukacji akceptującej homoseksualizm jako styl życia. Autorka (w drugim artykule na temat psychopolityki "Mental Healing or the Art of Creating Imbeciles and Idiots") twierdzi, że takie stanowisko szkoły, sędziów i adwokatów, którzy zdobyli się na tak haniebną decyzję pod pozorem prawa, dowodzi wyraźnego upadku ich zdolności myślenia, szczególnie w dziedzinie rozeznania dobra i zła. Autorka w ostrych słowach potępia takie metody, które świadczą o zatraceniu podstawowej wrażliwości na dobro i zło, sprawiedliwość i niesprawiedliwość. Według niej, ten zanik zmysłu moralnego jest dowodem głupoty nabytej i posuniętej aż do "idiotyzmu" – co zaznaczyła jednoznacznie w tytule artykułu. Kimball nie pomija sposobności, by przypomnieć, że tę metodę ogłupiania społeczeństwa zawdzięczamy marksistom, którzy tą drogą dążyli do zwycięstwa socjalizmu na świecie.
Linda Kimball polemizuje z wyznawcami marksizmu jako promotorami nowego totalitaryzmu, zwłaszcza na terenie etyki małżeńskiej i rodzinnej. Szczególnie zwalcza dążenie do narzucenia dzieciom zwyrodniałej "edukacji seksualnej" ("Gay Totalitarians 'Polymorphously Perverse' Sex Education for Kids", Christian News, 11 kwietnia 2006). Kimball cytuje inną autorkę, Tammy Bruce, która w książce "Nowa Amerykańska Rewolucja" zwalcza pretensje homoseksualistów, by przyznać im specjalny status "tożsamości" zwalniający ich z odpowiedzialności moralnej za ich zachowanie, które jest w gruncie rzeczy wyborem, a nie ontologiczną koniecznością. Homoseksualiści stanowią w istocie grupę polityczną, działającą według norm filozofii stalinizmu, mającą na celu zniszczenie tradycyjnej kultury Ameryki. Linda Kimball gani ostro Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów, którzy na konferencji w San Francisco (maj 2003) wykreślili z katalogu zboczeń (patologii psycho-moralnej) takie jednostki jak pedofilia, transwestytyzm, fetyszyzm, oglądactwo i sadomasochizm. Doktor Joseph Nicolosi zauważył jednak, że to posunięcie świadczy o tym, "jak nisko upadła psychiatria w Ameryce". Również sędziowie upadają nisko: Najwyższy Sąd w stanie Kalifornia orzekł, że "seks oralny z dziećmi nie jest już przestępstwem" (WorldNetDaily.com, 10 marca 2006).
Jeżeli państwo i sądy są po stronie przestępstwa, to oznacza to nowy totalitaryzm, który podporządkowuje sobie sumienie ludzkie, ostatni bastion suwerenności osoby. Nikt nie będzie mógł się powoływać na "wolność sumienia". Gejowski totalitaryzm może swobodnie terroryzować społeczeństwo, szermując argumentem "nietolerancji" i homofobii. Homoseksualiści mają swobodę działania, owszem, są chronieni przez prawo w szkołach, mediach i sądach. Linda Kimball wylicza szereg organizacji, które na terenie Ameryki prowadzą wojnę "kulturalną" w celu "całkowitego zniszczenia cywilizacji". Godne zauważenia jest to, że cała ta wojna z cywilizacją jest oparta na kłamstwie.
Jeszcze w jednym artykule Linda Kimball porusza problem "permanentnej rewolucji" prowadzonej w duchu trockizmu ("Trotsky's 'Permanet Revolution' In America", MichNews, 7 lipca 2006). Autorka przypomina fakty z ubiegłego stulecia, które zwłaszcza nam, Polakom, są dobrze znane, na temat "zasług" rewolucji komunistycznej dla ludzkości. Ale Zachód niepoprawny i niewyciągający wniosków z historii uwierzył w Nową Lewicę, która w latach 60. podjęła program Trockiego. Czy lewica jest nowa czy stara, zawsze u jej źródła leży teza Lenina: "Bóg umarł, ludzie są jedynie głupimi, bezdusznymi zwierzętami, bardziej podobnymi do psów, które można tresować i manipulować pod pewnymi warunkami i z zastosowaniem odpowiednich metod". W ten sposób Nowa Lewica zaczęła infiltrować i kontrolować Amerykę, "popychając ją ku duchowemu, kulturalnemu, politycznemu a ostatecznie demograficznemu samobójstwu".
Rodzina – wróg nr 1
Podobnie jak to było w Rosji, lewica uderzyła przede wszystkim w rodzinę i chrześcijaństwo. Zaczęto rozpowszechniać teorie o seksualności oderwane od relacji do etyki, a nawet do człowieczeństwa. Rodzina została przedstawiona jako przeżytek, jako ostoja niewolnictwa i wykorzystania kobiety przez mężczyzn. W szczególny sposób promowano homoseksualizm, oskarżając równocześnie Kościół katolicki i w ogóle chrześcijaństwo o przesądy, zacofanie i żerowanie na naiwności ludzkiej. Usiłowano wmawiać, że społeczeństwo potrzebuje nowej koncepcji pokoju, sprawiedliwości i braterstwa. Drogą do tego celu miał być "multikulturalizm", polityczna poprawność, nowy język, nowy styl wrażliwości moralnej. Kiedy zapytano Trockiego, czy to prawda, że bolszewizm świadomie niszczy rodzinę, odpowiedział z emfazą: "Tak jest!". Nowa Lewica czyni w Ameryce to wszystko, co czynili bolszewicy w Rosji dla zniszczenia rodziny, z wyjątkiem dwóch rzeczy: zabijania wierzących i niszczenia kościołów. (Szkoda, że nie mogę przytoczyć całego artykułu tak bogatego w szczegóły).
Trzeba dopuścić do głosu Jane Jimenez, która pod tytułem wyrażającym zdumienie ("Sex for Kids?") protestuje przeciw fałszywej teorii psychologicznej zezwalającej na używanie dzieci do praktyk seksualnych pod warunkiem, że "się zgadzają". Tak zwani seksperci (eksperci od seksu) rozstrzygnęli, że granicę wieku, powyżej której dzieci mogą mieć udział w praktykach seksualnych, ustala "zdolność wyrażenia zgody" przez dziecko. Krótko: "Kto jest gotowy (zdolny) do seksu? – ten, kto się zgadza" – odpowiadają. Nie ma już więc obiektywnej granicy wieku niepozwalającej na wciąganie dzieci do praktyk seksualnych. Autorka przytacza pewne pozycje książkowe i podręcznikowe, przemycające (celowo) w świat dziecięcej wyobraźni niezdrową fascynację różnymi zboczeniami seksualnymi. "Jak bardzo młody musi być ktoś młody, by nie był zdolny do seksu?" – autorka daje do myślenia. Co zrobi Ameryka? A czy u nas nie brak "ekspertów" i "wychowawców", którzy tylko czyhają, aby jak najwcześniej wepchnąć dzieci w błoto seksualizmu?
"Bój to będzie ostatni…"
"Lenin wiecznie żywy" – nie tylko w Ameryce, ale także i we Włoszech. 25 czerwca ukazał się w tygodniku anarchistów (odmiana socjalistów) artykuł atakujący dokument Rady Papieskiej do spraw Rodziny "Rodzina i prokreacja". Autor Paolo Iervese (w artykule pod złośliwym tytułem: "Etyka kleru. Zaćmienie rozumu") zwalcza naukę zawartą w dokumencie, posługując się metodą i argumentami wypracowanymi w środowisku, któremu patronuje Marks, Engels, Lenin i pewnie jeszcze aktualni przywódcy partii komunistycznej Włoch. Autor twierdzi, że "Kościół katolicki atakuje tych, którzy dążą do przekształcenia społeczeństwa w duchu liberalizmu". Pisze, że "nie jest to nic nowego. Etyka rodzinna jest z pewnością najbardziej reakcyjną dziedziną teologii watykańskiej i wznieca ostre spory także w chrześcijańskim środowisku". Autor zarzuca Kościołowi, że "hamuje postęp moralny całego społeczeństwa". Paolo Iervese cytuje artykuł dziennikarki o nazwisku Maria Bonafede, która należy do jakiejś nieokreślonej wspólnoty chrześcijańskiej (Tavola Valdese). Dziennikarka ta zarzuca Kościołowi, że w omawianym dokumencie "brakuje miłości", brakuje także "braterskiego spojrzenia ku tym, którzy cierpią, znajdując się w szczególnie trudnych i dramatycznych sytuacjach. Dokument nie potępia przesądów i przemocy mającej miejsce wobec homoseksualistów, młodych matek i w ogóle w rodzinach". Stwierdza też, że "katolicka etyka rodzinna jest w rzeczywistości źródłem nieludzkiej przemocy, jest obciążona przesądami i krzywdą w stosunku do tych, którzy zawsze podlegają przemocy i dyskryminacji na podstawie reakcyjnych przesądów". Lenin by tego lepiej nie sformułował. Na kogoś padło jednak to "zaćmienie".
Przytoczona wyżej krytyka kościelnego nauczania na temat rodziny i jej powołania głęboko harmonizuje z pewnym dokumentem wydanym w roku 1994 (a więc w Roku Rodziny) przez Biuro Polityczne Włoskiej Partii Komunistycznej. Tytuł dokumentu: "I Marxisti-leninisti e la famiglia". Autorzy tego dokumentu (9-stronicowego) ani przez chwilę nie starają się zrobić wrażenia, że rozumieją, czym jest rodzina, i że troszczą się o jej dobro, przynajmniej w duchu solidarności z ONZ-tem, która to organizacja rok ów uroczyście obchodziła. Autorzy dokumentu, jak na uczciwych komunistów przystało, od samego początku lojalnie stwierdzają, że jedynym autorytetem moralnym i naukowym są dla nich "Marks, Engels, Lenin, Stalin oraz Mao Tse-tung". Od razu też otwarcie przyznają się do tego, że wobec polityki prowadzonej przez ówczesny rząd włoski pozostają w opozycji i widzą konieczność "podjęcia walki ideologicznej, kulturalnej i politycznej". Konieczność takiej wielokierunkowej walki wynika stąd, że "obecnie ONZ proklamowała rok 1994 Rokiem Rodziny. Obecnie papież Wojtyła i Kościół katolicki podjęli w wielkim stylu kampanię w duchu terrorystycznym i rasistowskim w obronie tradycyjnej, katolickiej koncepcji rodziny – [koncepcji] obskuranckiej i patriarchalnej".
Oczywiście komuniści czegoś takiego Kościołowi nie mogą wybaczyć. Tak wiele już uczynili w tym celu, aby rodzina znikła z powierzchni ziemi, a tu taki "papież Wojtyła" ośmiela się im stawić czoła, i to "w wielkim stylu". Komuniści nie uczynili żadnego wysiłku, aby nauczyć się choć troszeczkę od "papieża Wojtyły" na temat, w jaki sposób prawda o rodzinie przenika się wewnętrznie z prawdą antropologiczną zarówno w wymiarze osobowym, jak i ogólnoludzkim. Zastosowano bowiem wobec nich "terapię mentalną" w duchu Berii, skutkiem czego nie są w stanie wyjść poza schematy materialistyczno-ekonomiczne i poza formułki powtarzane aż do obłędu na wszystkich zjazdach ideologicznych, zaczerpnięte od swoich "ewangelistów" rewolucji. Komunistów nadal obowiązuje w sumieniu to, co powiedział Lenin o znaczeniu nauki Marksa i Engelsa na temat pochodzenia i istoty rodziny w oparciu o przedawnione badania Lewisa H. Morgana. Powtarzają stare tezy jak dogmaty, choć wiadomo, że w żadnym wypadku Duch Święty nie stoi na straży nieomylności tych formuł.
Biuro Polityczne stwierdza więc autorytatywnie: "Jednym z fundamentalnych twierdzeń Engelsa jest [to], że rodzina nie jest instytucją absolutną, świętą, wieczną i niezmienną, jak usiłują wmawiać nam prezydent republiki Oskar Ligi Scalfaro, Berlusconi i papież. Nie jest ona owocem naturalnego powołania człowieka, a tym mniej jest natchniona i ustanowiona przez plan Boży, jak utrzymuje Wojtyła". Deklaracja Biura Politycznego oficjalnie odrzuciła też 29. artykuł włoskiej konstytucji, określający rodzinę jako "społeczność naturalną" i to "opartą na małżeństwie". Biuro Polityczne stanowczo sprzeciwia się pojmowaniu rodziny jako "społeczności pierwotnej i suwerennej". Dokument wiernie powtarza tezę o materialistycznej, ekonomicznej i klasowej genezie rodziny. Rodzina została wciśnięta w zamkniętą przestrzeń pomiędzy dwa procesy produkcji: produkcji rzeczy potrzebnych do życia i produkcji (reprodukcji) życia, względnie gatunku. Nie chce się wierzyć, że myślenie pewnych ludzi może tak zniżyć swój lot, że już nie odrywa się od ziemi. Musi mieć rację Linda Kimball, kiedy pisze o inżynierii psychicznej prowadzącej do całkowitego zaniku myślenia. Jest czymś przerażającym to, że fanatyczna wiara w błędną ideologię może prowadzić do aż takiego ogłupienia. Nie chcę zaśmiecać wyobraźni Czytelnika przytaczaniem dalszych "dogmatów" komunistycznych o rodzinie jako źródle ucisku, wyzysku, wykorzystania kobiet, dialektyki klas itd. Warto tylko przypomnieć, że dokument programowy Biura Politycznego zawiera jasne dyrektywy obowiązujące członków partii w tej dramatycznej walce o marksistowsko-leninowską wolność – wolność od moralności i od człowieczeństwa.
Komuniści mają więc walczyć o rozszerzenie prawa do rozwodu i aborcji, o dostęp do informacji na temat naukowych aspektów seksualności także w szkołach (edukacja seksualna, oczywiście bez odniesienia do rodziny); mają domagać się szerokiego dostępu do antykoncepcji, mają żądać legalizacji doświadczeń (badań) biomedycznych, popierania dostępu do technik sztucznego zapłodnienia, mają domagać się prawnego uznania tzw. wolnych związków, w tym związków homoseksualnych. Wszelkie wspólnoty "rodzinne" mają być uważane za równe w prawach społecznych i ekonomicznych. "To jest ta walka, która, jak naucza Engels, jest częścią integralną bardziej ogólnej batalii przeciwko systemowi kapitalistycznemu, dla zwycięstwa socjalizmu". I dopiero po zniszczeniu wszystkiego, co wyrosło na bazie stosunków klasowych, nastanie "nowa rodzina, oparta na miłości, wzajemnej pomocy i szacunku, w całkowitej równości mężczyzny i kobiety oraz rodziców i dzieci, w zespoleniu z całością życia społecznego, w służbie rewolucji socjalistycznej i dla ustanowienia socjalistycznego państwa".
Chciałoby się tu przytoczyć słowa "Międzynarodówki": "Bój to będzie ostatni"… Bo istotnie – kiedy zacznie się realizować konsekwentnie ten program niszczenia rodziny, to już nie będzie komu ani z kim walczyć. Jest to program zbiorowego samobójstwa ludzkości, tylko że komuniści tego nie wiedzą, bo uwikłani w mity stracili zdolność widzenia tego, co empirycznie oczywiste. Nie można tego inaczej wytłumaczyć jak tylko, że autorem tej rewolucji jest sam szatan, a on potrafi dokładnie zablokować myślenie filozofią kłamstwa i ułudy oraz potrafi organizować człowieka do procesów zbiorowego "zaćmienia rozumu". Dziwne jest to, że pomimo rozwoju informacji pewne proste prawdy jeszcze nie dotarły do świadomości komunistów; a może właśnie tak jest nie pomimo, lecz dzięki temu rozwojowi. Bo informacja niekoniecznie ma związek z prawdą. Jeśli ludzkość ma pozostać sobą, konieczna jest wielka modlitwa i wielkie budzenie sumień.
Autor: ks. prof. Jerzy Bajda
Źródło: http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=781
Odsłon: 898 Komentarzy: 5
Saturday,27 February 2010,13:41
Kategoria: Modlitwa Saturday, 27 February 2010, 13:41
O pożytku z trudności
1. To dobrze, że niekiedy napotykamy trudności i przeszkody, bo one zmuszają człowieka, aby wejrzał w swoje serce i przypomniał sobie, że jest tu tylko przechodniem i nie ma prawa budować nadziei na żadnej rzeczy tego świata. To dobrze, że cierpimy czasem zarzuty i oskarżenia i że niektórzy źle o nas myślą, nawet jeśli staramy się i czynimy dobrze. To pomaga nam wyrobić w sobie pokorę i nie dopuszcza do nas próżnego rozgłosu. Wtedy bowiem, kiedy ludzie nie doceniają nas i niedobrze o nas sądzą, usilniej szukamy naszego wewnętrznego świadka, Boga.
2. Dlatego człowiek powinien opierać się wyłącznie na Bogu, aby nie musiał szukać nieustannie potwierdzenia siebie u ludzi. Człowiek dobrej woli, dopiero kiedy gnębią go pokusy albo złe myśli, pojmuje, jak bardzo potrzebny mu jest Bóg i już wie, że bez Niego nie mógłby zdziałać nic dobrego. A przecież kiedy jest smutny, jęczy i modli się, aby Bóg odjął mu cierpienie. Czasem wydaje mu się, że nie warto żyć dłużej, przywołuje śmierć, aby uwolnić się od bólu i móc już przebywać z Chrystusem. Dopiero wtedy zaczyna rozumieć, że tu, na świecie, nie ma trwałego bezpieczeństwa i pokoju.
O cierpliwym znoszeniu cudzych wad
1. Czego nie można w sobie albo w innych naprawić, trzeba znosić cierpliwie, dopóki Bóg nie zrządzi inaczej. Staraj się myśleć, że tak, jak jest, lepiej możesz się sprawdzić i ćwiczyć w cierpliwości, bo bez niej niewiele znaczyłyby nasze zasługi. W trudnych sytuacjach powinieneś się modlić, aby Bóg raczył ci przyjść z pomocą, byś mógł znosić je pogodnie.
2. Jeśli upomnisz kogoś raz i drugi, a on nie usłucha, nie kłóć się z nim, ale zdaj resztę na Boga, aby spełniała się Jego wola i chwała w sercach wszystkich Jego sług. On bowiem potrafi zło przemienić w dobro. Ucz się cierpliwości w znoszeniu cudzych wad i słabości, bo ty także masz ich wiele, a inni muszą się z tym godzić. Jeśli nie potrafisz sam siebie uczynić takim, jakim chcesz być, jakże mógłbyś kogoś innego przerobić na swoją modłę? Żądamy, aby inni byli doskonali, a sami nie pozbywamy się swoich wad.
3. Chcemy, aby innych upominano i karcono surowo, ale sami nie lubimy być strofowani. Nie podoba nam się nadmierna swoboda dla innych, ale sami nie cierpimy, aby ograniczano nasze dążenia. Innych chcielibyśmy utrzymać w ryzach, ale sami nie znosimy przymusów. Widać z tego, jak rzadko oceniamy bliźniego jak siebie samego. Gdyby wszyscy byli doskonali, cóż moglibyśmy ofiarować Bogu, nie doznając od nikogo przykrości?
4. A przecież Bóg tak urządził, abyśmy uczyli się nawzajem nosić swoje ciężary, bo nikt nie jest bez wady, nikt bez jakiegoś obciążenia, nikt, kto by sobie wy starczał, nikt, kto byłby dość mądry dla siebie. Ale trzeba, byśmy nawzajem siebie znosili, nawzajem siebie podtrzymywali – pomagali sobie, doradzali i upominali. Charakter każdego najlepiej okazuje się w momentach trudnych. Trudności bowiem nie osłabiają, ale ukazują wartość człowieka.
Autor: Tomasz a Kempis
Przekład: Anna Kamieńska
Odsłon: 386 Komentarzy: 1
