Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

SYSTEMATYCZNA ORGANIZACJA NIEPOWODZENIA ZAWODOWEGO

Kategoria: Wiadomości Monday, 20 July 2009, 18:20

        W Niemieckiej Republice Demokratycznej istniała Wyższa Szkoła Prawnicza w Poczdamie. Podlegała Ministerstwu Bezpieczeństwa Państwowego i uczyła oficerów Stasi „psychologii operacyjnej”. W ramach tego kierunku funkcjonowała „destrukcja operacyjna”, której celem było „rozbicie, paraliż, dezorganizacja i izolacja wrogo-negatywnych sił”. W materiałach naukowych szkoły znajdowały się precyzyjne opisy, w jaki sposób „neutralizować” niepokornych twórców, przedstawicieli świata kultury i nauki. Jedną z ulubionych i powszechnie stosowanych metod Stasi była metoda oficjalnie nazwana „systematyczną organizacją niepowodzenia zawodowego”.

        Jeśli jakiś wschodnioniemiecki pisarz napisał powieść, która nie spodobała się władzy, natychmiast następował w mediach zmasowany atak na tą pozycję, nie pozostawiający na niej suchej nitki. Część krytyków przyznawała, że nie czytała nawet książki i nie ma zamiaru tego robić, gdyż nie chce się zniżać do poziomu rynsztoka. Inni zamiast odnosić się do zawartości merytorycznej czy wartości artystycznej powieści próbowali obrzydzić czytelnikom jej autora, często sięgając po argumenty nie mające nic wspólnego z literaturą, na przykład wytykano wątpliwą przeszłość przodków pisarza. Nierzadko przekręcano złośliwie nazwisko krytykowanego twórcy, starając się w ten sposób wystawić go na pośmiewisko. Medialna nagonka starała się też przekonać odbiorców, że pisarz jest człowiekiem kierującym się niskimi pobudkami, a więc przyzwoity człowiek nie powinien mieć z nim nic wspólnego. Chodziło o zdyskredytowanie i wyizolowanie twórcy w jego środowisku.

        A teraz zmiana tematu… Książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka oraz Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie doczekały się w mediach III RP huraganowego ataku, natomiast żadnej niemal merytorycznej analizy. Obie pozycje krytykowali publicyści i politycy, którzy często przyznawali, że ich nawet nie czytali i czytać nie zamierzają. Argumentem przeciwko Cenckiewiczowi było wyciągnięcie agenturalnej przeszłości jego dziadka. Gontarczyka próbowano ośmieszyć porównując do Gontarza. Naśmiewano się z nazwiska Zyzaka, zestawiając go z zygzakiem. Podkreślano, że kierowali się niskimi pobudkami, babrając się niczym padlinożercy w ubeckich aktach. Słowem, próbowano ich zdyskredytować jako profesjonalnych historyków i uczynić przedmiotem pogardy… Ale to tylko taka zmiana tematu, która nie ma oczywiście nic wspólnego z enerdowskim wątkiem…

 

 

Odsłon: 365 Komentarzy: 1


TERROR INTELEKTUALNO-TOWARZYSKI

Kategoria: Polityka Monday, 20 April 2009, 17:52

W ostatni weekend w kilku tekstach opiniotwórczych dzienników pojawił się ten sam wątek. W „Europie”, dodatku do „Dziennika”, Cezary Michalski żali się: „Dlaczego żaden profesjonalny historyk korporacyjny nie napisał dobrej biografii Wałęsy, Michnika, Kuronia?” Ten sam problem podnosi Zdzisław Krasnodębski na łamach „Rzeczpospolitej”, zauważając, że historia III RP to historia nienapisanych książek: biografii Wałęsy, Mazowieckiego, Kuronia, Geremka, Michnika, Bujaka. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź dają Luiza Zalewska i Piotr Zaremba w „Magazynie Dziennika”, gdy opisują losy tych autorów, którzy odważyli się napisać biografie „nietykalnych” polityków. Inga Rosińska i Paweł Rabiej, którzy napisali książkę o Mieczysławie Wachowskim, czy Agata Chróścicka – autorka biografii Aleksandra Kwaśniewskiego w każdym normalnym zachodnim kraju demokratycznym mieliby z powodu swoich dzieł otwarte drogi do kariery. W Polsce byli z tej przyczyny regularnie sekowani i niszczeni. Nie zachęcają też do badania biografii czynnych polityków medialne nagonki na Sławomira Cenckiewicza, Piotra Gontarczyka czy Pawła Zyzaka, którzy stali się „wrogami publicznymi numer 1”. Prawdziwość zachowuje stwierdzenie Włodzimierza Paźniewskiego, że w polskim życiu umysłowym króluje poetyka donosu: „w Polsce nie pisze się recenzji, lecz donosi się na książkę, filmy czy spektakle teatralne, a jeszcze częściej na autorów, reżyserów i aktorów”. Francuz Cyril Bouyeure, autor pierwszej hagiograficznej biografii Adama Michnika, dziwił się, gdy spotykał się z reakcją strachu wśród pracowników „Gazety Wyborczej”, gdy przyszło im rozmawiać o swoim naczelnym. To chyba najbardziej wymowne świadectwo tego, że w Polsce panuje terror intelektualno-towarzyski.

Odsłon: 1050 Komentarzy: 10


Człowiek Roku "Gazety Wyborczej" atakuje

Kategoria: Religia Tuesday, 31 March 2009, 08:33

Jego Eminencja metropolita lubelski ksiądz arcybiskup profesor Józef Życiński zaatakował. Człowiek Roku 2007 „Gazety Wyborczej” zaatakował na łamach „Gazety Wyborczej”, zwanej wśród internautów od czasu ubiegłorocznej afery 14-letniej Agaty „Gazetą Aborczą”. Nie przeszkadza mu publikowanie w gazecie, która dała wówczas sygnał do polowania z nagonką na nienarodzone dziecko, polowanie zakończone sukcesem, bo zagnaniem matki w narożnik i zabiciem niewinnej dzieciny w ostatnim dniu przed rozpoczęciem okresu ochronnego. Co innego, gdyby „Gazeta Wyborcza” podważyła teorię ewolucji – wtedy gniew księdza arcybiskupa ścigałby ją w najdalszym zakątku ziemi. To zresztą pewna prawidłowość: gdy szarga się dobre imię Darwina, wówczas Jego Eminencja wytacza swe najcięższe armaty retoryczne, strzelając porównaniami do troglodytów i zarzutami o porzucenie stylu Nazaretu, ale gdy szarga się dobre imię Jezusa, głosu metropolity lubelskiego brakuje. Nie doczekaliśmy się z jego strony żadnego sygnału, że rola „Gazety Wyborczej” w zaszczuciu Agaty i doprowadzeniu do zabicia jej dziecka jest mu wstrętna. Być może warto więc księdzu arcybiskupowi zadedykować tytuł jednej z jego książek „Bruderszaft z Kainem”?

 

Człowiekowi Roku „Gazety Wyborczej” przeszkadza dziś jednak coś innego – styl, w jakim uprawia teologię i angażuje się w dialog z judaizmem i Żydami ksiądz profesor Waldemar Chrostowski. Na celownik została wzięta wydana przez Frondę książka „Kościół, Żydzi, Polska”, w której ksiądz Chrostowski opowiada o swoich osobistych doświadczeniach z tego dialogu. Cokolwiek byśmy powiedzieli o postaci tego kapłana – jest to uznany teolog, wybitny biblista, człowiek posługujący się rzeczową argumentacją i uzasadniający swe sądy dowodami. Można się z nim nie zgadzać, można z nim polemizować, ale trzeba to robić na tym samym co on poziomie. Tymczasem w ataku metropolity lubelskiego nie ma cienia choćby poważnej dyskusji, są tylko epitety i ogólnikowe zarzuty, że w ten sposób pisać nie wolno, podparte wyrwanymi z kontekstu i zmanipulowanymi cytatami. (Każdego, kto przeczytał artykuł biskupa Życińskiego, zachęcam do lektury książki – naprawdę robi wstrząsające wrażenie porównanie przywoływanych fragmentów z oryginałami tekstów; aż dziw bierze, jak można tak bezczelnie przekręcać myśl autora). Tekst w „Gazecie Wyborczej” pisany w poetyce donosu prowadzi do konkluzji, że biskup Życiński i ksiądz Chrostowski należą do dwóch różnych Kościołów – a ponieważ to ten pierwszy jest hierarchą rzymskokatolickim, wynika z tego wniosek, że profesor biblistyki znajduje się poza Kościołem. Do tej operacji dzielenia Kościoła od wewnątrz Jego Eminencja wykorzystuje autorytet świętej pamięci Jana Pawła II – powołanie się na zmarłego papieża służy mu jako intelektualna pałka, którą może przywalić w głowę nie podobającego mu się księdza.

 

Módlmy się za księdza arcybiskupa. On naprawdę potrzebuje naszej modlitwy.

 

Odsłon: 3355 Komentarzy: 12


POLAK - NIEMIEC: DWA PAPIEŻE. I DO BOJU, I NA LEŻE

Kategoria: Religia Saturday, 28 February 2009, 16:32

POLAK – NIEMIEC: DWA PAPIEŻE

I DO BOJU, I NA LEŻE

 

Kiedy zmarł Jan Paweł II a zastąpił do Benedykt XVI, z murów Jasnogrodu dało się słyszeć jojczenie, że ciemny katolicki polski motłoch przestanie teraz słuchać Rzymu, bo ten ksenofobiczny polski motłoch kochał papieża, gdy był Polakiem, ale kiedy papieżem został Niemiec, to w tej nacjonalistycznej polskiej tłuszczy obudzi się wyssana przez pokolenia z mlekiem matek niechęć do obcego. Ileż to artykułów w prasie się ukazało, gdzie wróżono odwrócenie się polskich katoli od złego niemieckiego papieża.

        Kiedy Benedykt przyjechał do Polski, okazało się jednak, że ci fanatyczni, ksenofobiczni, nacjonalistyczni katole nie tylko nie odrzucili Germańca, ale wyznali mu miłość i uznali go za swego. Oj, po po raz kolejny ciemny lud nie dorósł do wyobrażeń i oczekiwań Jasnogrodu. Mało tego – Jasnogród ostrzega dziś, że Benedykt źle postępuje, a polski ludek nie buntuje się przeciwko niemu.

        I znów z murów Jasnogrodu płynie lament, ale zupełnie inny niż jeszcze niedawno – teraz okazuje się, że Polak papież był dobry, bo był otwarty, tolerancyjny, ciepły i przyjazny wobec ludzi, a Niemiec papież jest zły, bo zamknięty, nieufny, zimny, nie rozumiejący rzeczywistości, a ciemny katolicki polski motłoch – cóż to znów za zawód! – kroczy bezmyślnie za tym złym Niemcem, a więc zdradza naszego kochanego Jana Pawła II. I teraz Jasnogród musi bronić dziedzictwa JP2 przed germańską perfidią. Redaktorze Szostkiewicz, szable w dłoń! Do ataku! Hurra!!!

 

 

 

Odsłon: 1098 Komentarzy: 3


ŻUŁAWSKI: MICHNIK JEST KRETYNEM

Kategoria: Polityka Friday, 16 January 2009, 00:30

ŻUŁAWSKI: MICHNIK JEST KRETYNEM

 

„Krytyka Polityczna” wydała właśnie wywiad-rzekę z Andrzejem Żuławskim. Reżyser, obok wielu przemyśleń, zawarł w niej swoją opinię o redaktorze naczelnym „Gazety Wyborczej”:

            „Michnik to jedna z tych osób, która mówi różne rzeczy. Przez długi czas go uważałem za rzeczywiście kryształową postać, póki nie zaczął całować się po ryju z Urbanem, Kiszczakiem i Jaruzelskim. Wtedy zrozumiałem, że on ma kuku na muniu po prostu, jest po prostu osobą zwariowaną. To, że Michnik tak mówi, to niech sobie mówi. Michnik nie jest dla mnie, w tej chwili, żadnym autorytetem. W związku z tym, co mówi, to nawet wręcz przeciwnie. Michnik podpisujący się po listem, że nie należy tykać świętego Wałęsy, jest kretynem.”

            Ciekawe, dlaczego Michnik, tak drażliwy na swoim punkcie, ścigający procesami za byle nieprzychylną wzmiankę o sobie czy to Roberta Krasowskiego, czy to Andrzeja Nowaka, czy to Andrzeja Zybertowicza – tym razem nie poszczuł Żuławskiego mecenasem Rogowskim? Czy oznacza to, że sformułowań użytych pod swoim adresem nie uważa za obraźliwe, a więc dopuszcza je w odniesieniu do swojej osoby? Poza tym ma niezłą zagwozdkę: dlaczego Sławek mu to zrobił? Mógł przecież wykreślić ten fragment i nie puścić go do druku. Widocznie Sławek wie, że może bezkarnie pacnąć tygrysa po nosie. Dlaczego? Wyjaśnienia są dwa: albo tygrys nie ma zębów, albo gra mu na nosie dobry treser.

Odsłon: 2459 Komentarzy: 11


QUO VADIS, PRZEGLĄDZIE POWSZECHNY?

Kategoria: Religia Wednesday, 01 July 2009, 00:03

QUO VADIS, PRZEGLĄDZIE POWSZECHNY?

 

W styczniowym numerze jezuickiego miesięcznika „Przegląd powszechny” znalazł się ciekawy wywiad z o. Stanisławem Opielą. Wywiad bardziej niż z powodu odpowiedzi zakonnika jest ciekawy z powodu pytań, które zadaje mu etatowy pracownik „Gazety Wyborczej” Paweł Smoleński. W rozmowie nie ogranicza się on do stawiania pytań, lecz formułuje mocne tezy. Na przykład – o papieżu: „Jan Paweł II podczas wizyty w Skoczowie w 1995 r. mówił, że w Polsce prawa katolików są zagrożone. Przecież to była oczywista nieprawda.” O ustawie antyaborcyjnej: „Obowiązująca ustawa ogranicza wolną wolę w myśl jednego światopoglądu”. O presji, jaką obrońcy życia mieli rzekomo wywierać na 14-letnią „Agatę”: „Jej nie przekonywano, tylko brutalnie naciskano, bez poszanowania godności, prywatności, intymności. Została skrzywdzona, a dorośli, podobno wierzący krzywdziciele odwoływali się do prawd wiary i katolickiego miłosierdzia.”

W numerze polecam też wynurzenia etatowego autorytetu moralnego polskiej publicystyki katolickiej – ks. Michała Czajkowskiego.

Odsłon: 1375 Komentarzy: 1


ZAKONNIK W PAMPERSACH

Kategoria: Religia Tuesday, 30 December 2008, 02:16

ZAKONNIK W PAMPERSACH

 

W ostatniej „Frondzie” (nr 49) świetny wywiad Elżbiety Ruman z dominikaninem o. Tomaszem Alexiewiczem. Najbardziej przejmujący jest fragment, w którym zakonnik opowiada o swojej chorobie:

         „Spędziłem ostatnio kilka tygodni w szpitalu, byłem podłączony do wielu urządzeń, łącznie z cewnikiem. Serce mi wysiadało od pompowania wielu litrów płynów wtłaczanych do mojego organizmu. Założono mi pieluchę, a pielęgniarki odwracały mnie na bok, żeby mi wytrzeć pupę… Dotarła do mnie wtedy prawda o wielkiej prostocie ludzkiego życia, konieczności pokory, radowania się z prostych rzeczy: jaki byłem szczęśliwy, kiedy przyjeżdżał wózek z jedzeniem i karmiono mnie. Ciągle w tym szpitalu byłem głodny, więc przyjaciele przywozili mi przetarte zupki, które „wciągałem” przy pomocy strzykawki… To „poziome życie” bardzo ustawiło mnie do pionu! Choć nie mogłem się modlić, to były najlepsze rekolekcje w moim życiu. Z wielką mocą dotarło do mnie, że wszystko jest w rękach Boga, że mam przyjaciół, którzy mnie kochają i którym ja mogę odwzajemnić tę miłość, że jest tylu ludzi, którym potrzebna jest moja modlitwa. Że jestem sługą niegodnym.”

         Miał szczęście, chłopina, że się znalazł w polskim szpitalu. Gdyby trafił do szpitala w takiej, dajmy na to, Holandii, to tamtejsze pielęgniarki, lekarze i przyjaciele najprawdopodobniej nie mogliby patrzeć na jego cierpienia. Przepełnieni litością, ogarnięci współczuciem, emanujący miłosierdziem, przejęci troską o jego godność, skróciliby męczarnie pacjenta, nie godząc się na jego trwanie w stanie tak niskiej jakości życia, uwłaczającej przecież człowieczeństwu.

         Gdyby poddano zakonnika eutanazji, nie przeżyłby swoich najlepszych rekolekcji w życiu. A ilu ludziom odebrano szansę przeżycia takiego momentu, w którym nie ma już miejsca na pychę, nie pozostaje nic innego poza pokorą, można wrócić do stanu dziecięctwa – jak niemowlę zdane całkowicie na rodziciela. Tak otwiera się przestrzeń dla dziecięcej ufności, która jest warunkiem wejścia do Królestwa Niebieskiego…

Odsłon: 871 Komentarzy: 1


KRYTYCZKA Z „KRYTYKI” BOI SIĘ DUCHÓW

Kategoria: Religia Tuesday, 23 December 2008, 20:10

KRYTYCZKA Z „KRYTYKI” BOI SIĘ DUCHÓW

 

„Krytyka Polityczna” jako środowisko socjalistyczne powinna być wierna materializmowi, scjentyzmowi i racjonalizmowi, czyli cechom tradycyjnie przypisywanym lewicy. Tymczasem po fideistycznych wyznaniach Sławomira Sierakowskiego otrzymujemy irracjonalne wynurzenia innej przedstawicielki tego środowiska – Magdy Pustoły.

            W sobotnio-niedzielnym „Magazynie” (dodatku do „Dziennika”) pisze ona o swym fizycznym doznaniu, jakim było przerażenie miejscami, w których panuje „pamięć intensywnej, nieprzerobionej energii”. Stan ten ogarnął ją w pewnej żoliborskiej kamienicy, a dopiero później dowiedziała się, że pod oknami tego budynku, na podwórzu Niemcy rozstrzelali w czasie wojny setkę osób, w tym również dzieci. Wówczas krytyczka sztuki zrozumiała źródło swej paniki, ale zdefiniowała je jako „nieprzerobioną energię”.

            Co zrobiła w takiej sytuacji lewicowa intelektualistka? Otóż zadzwoniła do... bioenergoterapeuty, a więc człowieka, który w myśl wszelkich racjonalistycznych zasad naukowych uprawia zabobon. Na szczęście Marks nie żyje, bo uznałby ją za zacofaną obskurantkę.

Ona sama pisze o jakimś oddziałującym na nią „polu siłowym” czy „przestrzeni naładowanej niewypowiedzianą energią”. Co znaczą te sformułowania w odniesieniu do zjawisk, których nie da się zmierzyć fizykalnie, empirycznymi metodami? Gdyby to samo spotkało kilkadziesiąt lat temu babkę pani Magdy, z pewnością mówiłaby o sile nieczystej i złych duchach. Ale lewicowej intelektualistce (nawet gdy radzi się bioenergoterapeutów) takie słowa nie przejdą przez usta. Zamiast o duchach, czyli bytach osobowych, woli więc mówić o energiach, czyli siłach bezosobowych.

            Jak jednak poradzić sobie z owymi siłami, które tak dokuczają człowiekowi? Pustoła kończy swój tekst stwierdzeniem, że zawsze może dać na mszę. To samo doradził jej zresztą znajomy bioenergoterapeuta. Utrzymywał, że z własnego doświadczenia wie, iż w tego typu przypadkach skuteczne jest tylko zamówienie mszy świętej.

            Rzeczywiście, to bardzo ciekawe. Co to za „energia”, którą likwiduje ofiara mszy świętej? Czy fizyka zna przypadki takich „energii”?

            Droga Pani Magdo, język Panią demaskuje...

 

 

 

 

Odsłon: 1061 Komentarzy: 0


spisane będą koszty i przychody

Kategoria: Religia Tuesday, 23 December 2008, 00:16

SIERAKOWSKI: SOCJALIZM JAKO AKT RELIGIJNY

 

W ostatniej „Europie” Sławomir Sierakowski, pisząc o swoim stosunku do religii, niespodziewanie wyznaje: „A jednak miałem swoje nawrócenie na wiarę”. Z innych wypowiedzi tego ideologa wiadomo, że nie wierzy on w istnienie Boga ani w życie pozagrobowe. O jaką więc wiarę chodzi?

„Nie ma etyki bez wiary. Nie ma polityki bez wiary”, podkreśla Sierakowski, który nie jeden raz deklarował się jako socjalista, wielbiciel Marksa i człowiek lewicy. Jego wybór polityczny opiera się więc na pewnym założeniu przedpolitycznym. Jakie to założenie?

Szef „Krytyki Politycznej” precyzuje, że jego stanowisko nie jest zbudowane „na podstawie jakiejś wywiedzionej naukowo wiedzy pozytywnej, ale na podstawie arbitralnej decyzji”. Tak więc socjalizm w wydaniu Sierakowskiego nie jest oparty na światopoglądzie naukowym – jak utrzymywał Marks czy jego kontynuatorzy – ale na czystym akcie wiary. Przy czym wiara, tak jak ją pojmuje młody ideolog nowej lewicy, ma charakter skrajnie fideistyczny.

„Autentyczna wiara nie dotyczy faktów”, podkreśla Sierakowski. Jego wiara to skok w ciemność. Przypomina raczej przypisywane Tertulianowi „credo quia absurdum” niż papieskie „fides et ratio”. Przeciwstawienie wiary faktom przywodzi na myśl filozofię Szestowa i nakreślony przez niego antagonizm Aten i Jerozolimy.

Zdziwieniu Szestowa nie byłoby jednak końca, gdyby zobaczył swą zbudowaną na wierze Jerozolimę jako stolicę socjalizmu. Co znajdowałoby się wówczas w świątyni jerozolimskiej w miejscu zwanym „najświętszym ze najświętszych”?

Sierakowski pisze, że „wiara w Boga podobnie jak wiara w możliwą lepszą przyszłość pod pewnymi względami jest podobna – jest wiarą w coś, co nie istnieje”. Tak więc w centrum świątyni Sierakowskiego znajduje się pustka, nic, zero.

Nie wiem, czy ideolog z Jelonek, który narzeka na panujący wokół brak żarliwości religijnej, zdoła nawrócić kogokolwiek na wiarę w nicość.

Sierkowski myli się, gdy pisze, że wiara w Boga to wiara w coś, co nie istnieje. Bóg istnieje. Wiem, bo Go spotkałam i  żadne argumenty nie są w stanie unieważnić mojego doświadczenia. Sierakowski myli się też, gdy twierdzi, że wiara nie dotyczy faktów. Wręcz przeciwnie, moja wiara opiera się na faktach – a przede wszystkim na fakcie zmartwychwstania. Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, bylibyśmy najbardziej godnymi politowania ludźmi na świecie, pisał już św. Paweł. On sam definiował wiarę jako „pewność rzeczy przyszłych”. Na pewno lepsze to niż wiara w coś, co nie istnieje.

W sumie propozycja Sierakowskiego przypomina zakład Pascala. Z tą różnicą, że w propozycji Pascala istnieje szansa na wygraną, podczas gdy Sierakowski namawia do obstawiania pewnej przegranej.

 

 

 

Odsłon: 1079 Komentarzy: 2


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.