Wednesday,07 July 2010,16:42
Kategoria: Polityka Wednesday, 07 July 2010, 16:42
„Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?”
Wiele lat temu u Świętego Jana Ewangelisty przeczytaliśmy tę wypowiedź Jezusa Chrystusa i zachwyciliśmy się ich prostotą. Bo czyż można prościej określić sposób w jaki ktoś z kimś powinien rozmawiać? Wysłuchaj, zrozum, wykaż błąd. Odrzuć opinię rozmówcy – jeśli błąd jest oczywisty. Skoryguj opinię własną – jeśli błędu wykazać nie potrafisz. Albo – odstąp od rozmówcy, pogłęb swoją wiedzę i tak przygotowany – wróć do rozmowy. Nie musisz nawet do rozmowy wracać – możesz pozostać przy swoim stanowisku, nawet jeśli błędu wykazać nie umiesz.
Ale – nie bij!
Jezus Chrystus dostał w twarz od sługi arcykapłana, gdy próbował odpowiadać na pytania. Dziś zostałby spoliczkowany, zanim usłyszałby pytanie. I to zarówno przez sługę, jak i samego arcykapłana. Potem słudzy z pałkami wykonaliby resztę roboty – Piłat nie byłby już potrzebny. Zresztą dzisiejsi Piłaci wiedzą również, jak i wtedy, skąd im wyrastają nogi. Panie sędziny Matlak, Perdion-Kalickie, Soleckie i tym podobne funkcjonariuszki Temidy wiedzą co prawda, że Temida jest ślepa, ale one same już nie. Dlatego zdają sobie sprawę, że organizacyjna rola sądów, razem z organizacyjną rolą prasy stanowią dla ich zleceniodawców istotny element kształtowania właściwych postaw wśród gawiedzi nadmiernie wierzącej w demokratyczne wolności.
Pogarda, jaką cieszył się Lech Kaczyński, jego brat ich najbliższa rodzina i każdy kto się do nich zbliżył zaczęła się mniej więcej od słynnego przemówienia Donalda Tuska w Sejmie po przegranych wyborach w 2005 roku. Pogarda precyzyjnie aplikowana przez głównych polityków Partii, sterowanych przez techników od marketingu politycznego, transmitowana do publiczności przez cyngli z „zaprzyjaźnionych mediów” płynęła śmierdzącą breją pośród coraz bardziej otumanionej i nienawidzącej się, bezwolnej gawiedzi. Nie było łgarstwa, kalumnii, wyzwiska, bluzgu i bezczelności, którego słudzy arcykapłanów, a i oni sami również, nie wypluliby w twarz bliźniaków i ich środowiska, dzieląc Polaków na światłych i godnych chwały i zaszczytów oraz bydło, przeznaczone do wyrżnięcia. Przewodniczący Klubu Parlamentarnego, premier rządu, Marszałkowie Sejmu i Senatu, główne postaci rządzącej Partii, wybitny reżyser, inny wybitny reżyser, legendarny powstaniec z Warszawy, całe ich intelektualne zaplecze z kiedyś powszechnie szanowanymi nazwiskami wzięło sobie za wzór godny naśladowania kłamliwego palikmiota, dla którego nasrać na stole na komunijnym przyjęciu własnej córki nie stanowiłoby żadnego problemu, jeśli dałoby się to przełożyć na pieniądze lub jakąś inną korzyść. Słudzy arcykapłanów walili w pysk, zanim przesłuchiwany usłyszał pytanie.
Rządząca Partia doprowadziła Państwo na skraj niewydolności. Nie miejsce tu wyliczać wszystkie zaniedbania, afery, bimbanie sobie z prawa, łamanie własnych zasad jakie w trakcie 3 lat rządzenia dopuścili się „liberałowie” posadzeni na stołkach przez bliższych i dalszych krewnych gen. Dukaczewskiego. Warto jednak wspomnieć o katastrofie smoleńskiej, przy okazji której dowiedzieliśmy się wystarczająco przekonywająco, że interes Państwa, jego obrona i wzmacnianie to ostatnia rzecz, jaką Donald Tusk dopuszcza do wyobraźni, w przerwie pomiędzy kolejnymi seansami nienawiści wobec któregoś z braci Kaczyńskich. Sposób w jaki została zastawiona pułapka na Lecha Kaczyńskiego przez Partię, przy współpracy służb polskich i rosyjskich i aktywnym udziale rządu polskiego nie pozostawia wątpliwości co do intencji obecnych kolegów kierowników Partii i rządu – stopniowy, acz coraz szybszy demontaż polskiej państwowości i roztopienie jej w unijnej, czyli niemieckiej, biurokracji.
Po objęciu przez Bronisława Komorowskiego Urzędu Prezydenckiego proces białorusyzacji życia politycznego w Polsce nabierze wyraźnego przyspieszenia. Jeszcze jako uzurpator, czyli tzw. „p.o” prezydenta Bronisław Komorowski zadbał o przejęcie częściowej kontroli nad najbardziej wrażliwymi elementami infrastruktury państwowej, do tej pory poza jego zasięgiem – IPN-u i zasobów Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Będąc w Pałacu Prezydenckim już jako legalnie wybrany prezydent, na pewno wykona zlecone przez gen. Dukaczewskiego zadanie przejęcia materiałów wytworzonych w BBN-ie, ciesząc się w zamian „poparciem” stowarzyszenia SOWA i samego generała osobiście. Jak ważne to poparcie, przekonał się już dziennikarz Sumliński, który nazbyt dosłownie wziął sobie do serca przekonanie, że istotą dziennikarstwa jest docierać do prawdy i informować o niej publiczność. Sygnał wysłany przez tandem Komorowski – Dukaczewski w kierunku pismaków różnej proweniencji został właściwie zrozumiany przez wszystkich zainteresowanych, co widać po służalczym merdaniu ogonem jednych lub wymownym milczeniem innych. Dość powiedzieć, że nie tylko pytania Aleksandra Ściosa dotyczące związków Bronisława Komorowskiego ze środowiskiem „zlikwidowanego” WSI nie zostaną nigdy zadane w mainstreamowych mediach, ale i śledztwo smoleńskie nie wymknie się już spod kontroli. Jestem dziwnie spokojny o losy tego śledztwa – końcowy raport o przyczynach katastrofy jest już napisany. Pozostała jeszcze TVP i Rzeczpospolita, dziś chyba jedyne liczące się źródła niezależnej od Partii i Rządu opinii publicznej. I o ile Rzepa chyba nie będzie wymagała „odpolitycznienia” – arcykapłani pozostawią ją jako swoje alibi, że jacy to oni pluraliści – to już TVP wymaga zabiegów specjalnych, które już zresztą rozpoczęto w formie tzw. małej nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, polegającej na całkowitym poddaniu TVP rządowej kontroli.
Jest również dla nas oczywiste, że żadnego reformowania państwa nie będzie. I wiemy również dlaczego. Tonację propagandy, obowiązującą do wyborów parlamentarnych nakazał już w czasie wieczoru wyborczego Stasiński z Gazety Wyborczej: oto PiS odbudował swoją pozycję, zwiększył swoją zdolność koalicyjną i dlatego Partia nie będzie w stanie reformować państwa, bo PiS będzie przeszkadzał. Tę tonację podchwycił poseł Partii Lisek, informując publiczność przez radio, że Partia nadal nie ma większości konstytucyjnej, bez której żadne duże reformy będą niemożliwe, bo PiS będzie przeszkadzał. To samo zadanie realizuje były reżyser Wajda na odcinku międzynarodowym. Rok, 500 dni czy milion lat spokoju to część tej samej strategii przygotowywania publiczności na oświadczenie za rok :” No widzicie sami – prosiliśmy, błagaliśmy o wsparcie opozycji, a ci szubrawcy nawet tygodnia nam nie dali. Chyba sami rozumiecie, że nie dało rady tych szuflad z ustawami pootwierać…A tak bardzo nam zależało…”
W czasie tego roku słudzy arcykapłanów nadal nadal będą lać po mordzie, strasząc dalej IV RP, kaczystami, Kamińskim, losem Blidy czy co tam im w danej chwili podpowiedzą specjaliści z WSI i jakie kwity wyciągną z odzyskanych sejfów. Łgarstwo, palikotyzmy, insynuacje, wyzwiska i zwyczajne bluzgi, do tej pory tak świetnie sprawozdające się w budowaniu tożsamości grupowej elektoratu Komorowskiego, nadal będą przewalać się przez ”zaprzyjaźnione media”, a gazeciani cyngle w odpowiednie słowa przekują każde zlecenie, zgodnie z leninowską zasadą organizacyjnej roli prasy. Jarosław Kaczyński nadal będzie brał w pysk, zanim zdąży otworzyć usta, a pogarda dla ciemnoty, moherów, wieśniaków, bydła – czyli szerzej: 8 milionów wyborców Kaczyńskiego, którą Donald Tusk w słynnym przemówieniu w Sejmie zastosował jako główną cechę identyfikacji swojego własnego elektoratu, nadal będzie głównym i chyba jedynym programem politycznym i gospodarczym Partii i Rządu.
Czy istnieje nadal szansa na powstrzymanie upartyjniania i białorusyzacji państwa przez Platformę? Nie wiem. Na pewno nie będzie to zadanie łatwe. Okres rządów PiS-u przełamał monopol światłych na rząd dusz w Polsce, pomimo bezprecedensowej w historii współczesnej Europy kampanii kłamstwa i nienawiści skierowanej przeciwko jednemu środowisku politycznemu i dwóm ludziom. „Solidarni 2010” pokazali istnienie jeszcze nie zniszczonej do końca tkanki na której być może wyrosło poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego. Wildstein, Ziemkiewicz, Semka, Warzecha, Mazurek, Pospieszalski jeszcze nie siedzą w więzieniu. I dlatego pomimo świńskiego ryja Palikota w Pałacu Prezydenckim, dla niepoznaki i do tego nieudolnie przyozdobionego sarmackimi wąsami, warto nadal mieć nadzieję.
Słudzy arcykapłanów nie raz jeszcze dadzą nam w pysk. Ale życie nie znosi próżni – po każdym ubiczowaniu jest Zmartwychwstanie.
Odsłon: 322 Komentarzy: 5
Wednesday,23 June 2010,03:35
Kategoria: Polityka Wednesday, 23 June 2010, 03:35
Kampania wyborcza pędzi coraz szybciej, tak szybko, że już trudno nadążyć za kolejnymi jej odsłonami. Tryb wyborczy procesów sądowych tylko podkręca to szaleńcze tempo do tego stopnia, że niezawisłe sądy już niedługo zaczną wydawać wyroki nawet przed zapoznaniem się z aktem oskarżenia. Tak jak pani sędzina Małgorzata Niezawisła Perdion-Kalicka, która już po 2 godzinach po przesłuchaniu Bronisława WSI Error Komorowskiego miała tak obszerne uzasadnienie, że musiała je odczytywać kilkadziesiąt minut. Wygląda więc na to, że jak niezawisła sędzia chce, to i potrafi – tym bardziej, że wobec pozwanego nie warto stosować jakichś nadmiernie wyszukanych uzasadnień, wystarczy z-kserować poprzednie i zmienić tylko datę. Rację miał Bronisław Komorowski, że jak niezawisłą sędzinę odpowiednio rozgrzać, to wykona zamówienie na właściwy wyrok w podskokach.
Sporo tych rozgrzanych sędzin muszą mieć w tych niezawisłych sądach, bo to nie tylko pani Matlak, znana z pryncypialnej obrony zasad współżycia społecznego, które to zasady pani Matlak zdefiniowała jako oddawanie należnej czci Adamowi Michnikowi i bezkrytycznie, ale i pani sędzia Bożena Chłopecka własną piersią broniła czci i honoru Adama Michnika w procesie przeciw PiS-owskiemu siepaczowi Wassermanowi. W takim towarzystwie wyrok nie mógł być inny niż taki, jaki zamówił zleceniodawca, który zresztą, ustami pani ministerski Kopacz ogłaszał jego sentencję na korytarzu, zanim jeszcze sąd ją odczytał na sali sądowej.
W poprzednim wpisie zastanawialiśmy się, jaką metodę przyjmie niezawisły sąd, po skierowaniu przez Sąd Apelacyjny sprawy do do ponownego rozpatrzenia: czy na „rympał”, jak pani Matlak, nie rozpatrując dowodów obrony, czy „na głupa”, jak sędzia Solecka w sprawie Tysiąc vs. Gość Niedzielny, łamiąc zasady logiki. Wygląda na to, że pani Małgorzata Perdion-Kalicka, przewodnicząca składu orzekającego twórczo połączyła obie metody dowodząc w orzeczeniu, że jeśli ktoś stwarza innym możliwość jakiegoś działania, to jednocześnie nie chce, aby ktoś z tej możliwości korzystał. Taka wykładnia wzrusza nas poważnie, gdyż podobne postępowanie obserwowaliśmy jedynie u osób chorych psychicznie lub przynajmniej mających poważny deficyt umiejętności łączenia przyczyn i skutków w jeden ciąg zdarzeń. Jednocześnie pani przewodnicząca starannie pominęła wszelkie wypowiedzi wysokich funkcjonariuszy Partii, na czele z minierską Kopacz i ministrem Gradem, którzy o możliwości prywatyzacji korzyściach z niej płynących mówili otwartym tekstem.
Oczywiście, wyrok niezawisłego sądu w złym świetle stawia Bronisława Komorowskiego, dla ludzi wykształconych tradycyjnie sąd jawi nam Wielkiego Gajowego jako idiotę nie potrafiącego zrozumieć treści programu Partii, który sam napisał. I pewnie taki pogląd moglibyśmy przyjąć, gdybyśmy nie wiedzieli, ze Bronisław Komorowski idiotą nie jest. To fasadowa postać, za którą stoją interesy jego kolegów z dawnych lat, a które to interesy w zakresie „robienia biznesu na szpitalach”, sposób ich realizowania i możliwe dla nich korzyści dobrze wyjaśniła posłanka Platformy Obywatelskiej, Beata Sawicka, a posłowie Drzewiecki i Chlebowski potwierdzili w innym dziale gospodarki.
Zaiste wielka machina stoi za Bronisławem Komorowskim. Już nie tylko ów słynny Komitet Honorowy, już nie tylko sprawdzeni przyjaciele z WSI, nie tylko zaprzyjaźnione telewizje, nie tylko urzędujący premier rządu, nie tylko Siema Jurek…Dziś już także niezawisłe, a jakże, sądy.
Odsłon: 265 Komentarzy: 0
Friday,18 June 2010,16:06
Kategoria: Wiadomości Friday, 18 June 2010, 16:06
Niezawisły Sąd Apelacyjny wytknął innemu niezawisłemu sądowi, że ten nie uwzględnił dowodów, jakie Jarosław Kaczyński dostarczył na poparcie swojej tezy, że komercjalizacja czy tam „komunalizacja” szpitali jest w istocie ścieżką prowadzącą do prywatyzacji. Jarosław Kaczyński argumentował w sądzie, opierając się na trywialnych zasadach logiki, że jeżeli ktoś współuczestniczy w tworzeniu prywatyzacyjnego scenariusza szpitali, to oznacza że ten ktoś jest zwolennikiem prywatyzacji. Oczywistym wydawać by się mogło, że inaczej być nie może, gdyż albo Komorowski jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali i dlatego włączył ten proces do programu partii Partii, albo Komorowski został zmuszony do napisania tego programu wbrew swojej woli i wiedzy. Tertium non datur. No…może i datur…możliwe, że Komorowski nie rozumiał, co pisze, ale iż byłaby to zbytnia zuchwałość – posądzać Wielkiego Łowczego o idiotyzm – rezygnujemy z tego postulatu.
Wychowany tradycyjnie i klasycznie wykształcony Kaczyński nie uwzględnił jednak faktu, że czasy się zmieniły i że wymóg logicznego wywodu w dzisiejszych sądach w Polsce traktowany już jest sytuacyjnie, czyli psot-modernistycznie – jeśli z jakichś powodów sędzia uzna, że logika jest niezbędna do przeprowadzenia badania sprawy to logikę zastosuje. Jeśli jednak uzna, że niezbędna nie jest – to wyda wyrok opierając się na sobie tylko znanych kryteriach, byle tylko zleceniodawca był zadowolony. Dobrym przykładem takiego wyroku jest orzeczenie pani Ewy sędziny Soleckiej, w którym orzekła, że katolicy aborcję mogą nazywać zabójstwem, ale kogoś kto popełnia takie zabójstwo już zabójcą nazywać nie mogą. Sędzina Ewa pani Solecka jest jednym z wielu funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, którzy wyroki wydają wedle własnych przekonań politycznych czy ideologicznych, za funta kłaków mając wymóg obiektywności czy spójności logicznej. Pani sędzina Matlak Agnieszka wydaje się aspirować również do tej grupy, co zasugerowała w wyroku zamówionym przez Adama Michnika na, bodajże Zybertowicza, orzekając, że ten kto negatywnie wyraża się o Adamie Michniku i Agorze, narusza zasady współżycia społecznego. O ile sędzina Solecka, zrealizowała zlecenie Alicji Tysiąc i jej nowych koleżanek poprzez metodę „ na głupa” – łamiąc zasady logiki, to pani sędzia Matlak Agnieszka zastosowała inną metodę – „na rympał” – nie uwzględniając dowodów obrony.
Sąd Apelacyjny jednak nakazał dowody uwzględnić. Co teraz zrobi sędzina Matlak? „Na rympał” już się nie da – podpowiadam: niech pani skorzysta z metody sędzi Soleckiej. I tak nikt się nie zdziwi.
Odsłon: 204 Komentarzy: 0
Friday,18 June 2010,03:03
Kategoria: Wiadomości Friday, 18 June 2010, 03:03
Początkowo wydawało się nam, że niezawisły sąd, który orzekał o kłamstwach Kaczyńskiego w sprawie poglądów Komorowskiego odnośnie prywatyzacji szpitali, odroczył wydanie wyroku z powodów jak najbardziej słusznych – konieczności konsultacji zakresu swojej niezawisłości w tak drażliwej sprawie. Jasne, że nie mógł niezawisły sąd wydać wyroku ot tak sobie, w oparciu o dostarczone dowody, gdyż sprawa jest wielkiej wagi, a prywatyzacyjne dążenia Platformy i współautora jej programu wyborczego całkowicie jasne. Pisała o tym Kataryna dość przekonywająco, cytując wywiad z Gradem, a i sami politycy Platformy Obywatelskiej wcale nie kryli się z zamiarem otworzenia furtki prywatyzacyjnej w publicznej do tej pory ochronie zdrowia.
Niezawisły sąd rozumie konieczność dziejową dość dobrze i nie będzie wydawał pochopnych wyroków, które potem mogą skutkować jakimiś nieprzyjemnościami. Dlatego sąd musiał – tak nam się zdawało – skonsultować się z kimś jeszcze bardziej niezawisłym, czy możliwe jest, aby współautor prywatyzacyjnego programu partii, której jest wysokim funkcjonariuszem, wyrażał w tym programie swoje poglądy, czy może ten program konstruował po ciemku i nie czytając go, a do tego – oczywiście bez swojej wiedzy i zgody. Gdyby niezawisły sąd pochopnie uwierzył w swoją niezawisłość, mógłby uznać, że nie tylko Kataryna dostarczyła dowodów na prywatyzacyjne pragnienia PO, zgłaszane po 2007 roku, ale że minister Kopacz również, która prywatyzacyjne sukcesy Estonii w ochronie zdrowia pokazywała posłom PiS jako dowód na ich wstecznictwo i zaprzaństwo. O platformianej ustawie, przedstawionej w Sejmie 14.07.2008 „Dziennik” pisał tak:
„Nowy, przedstawiony wczoraj projekt PO prywatyzacji szpitali zdumiał opozycję i wszystkie organizacje zajmujące się służbą zdrowia. Jeśli byłby on zrealizowany, to czeka nas prywatyzacja totalna. Obowiązkowo przekształcane byłyby wszystkie szpitale, przychodnie, a także kliniki, stacje krwiodawstwa „
Nie tylko „Dziennik” rozumiał projekt PO jako projekt prywatyzacyjny, ale również Konstanty Radziwiłł, który nie rozumiał powodów prywatyzacji stacji krwiodawstwa i ZOZ-ów w więzieniach.
"Choć lekarze uchodzą za liberałów, pomysł przekształcenia w spółki jest dla nas zbyt radykalny. Tak liberalnego systemu nie ma nigdzie na świecie. To nie jest dobry kierunek. Nie wiem, czemu ma służyć prywatyzowanie np. stacji krwiodawstwa czy ZOZ w więzieniach. W podobnym tonie wypowiadała się <Solidarność>, pielęgniarki i przedstawiciele stowarzyszeń pacjentów".
Donald Tusk referował proces prywatyzacji tak:
"Pierwszym etapem przekształceń szpitali i innych placówek medycznych ma być ich komunalizacja, przekazanie w formie spółek do samorządów. To, w jakiej formie takie spółki będą funkcjonować dalej, będzie decyzją samorządów. Mogą pozostać spółkami komunalnymi, mogą być sprywatyzowane, czy częściowo sprywatyzowane i funkcjonować w formie partnerstwa publiczno-prywatnego"
Opcję prywatyzacyjną Tusk wykłada jasno i przekonująco, tak też rozumie ją prof. Marek Safjan w wywiadzie dla ”Dziennika”, który to profesor broni platformianego pomysłu, twierdząc, ze nic złego z powodu prywatyzacji szpitali stać się nie musi.
Równie jasno mówi o prywatyzacji minister Grad, wierząc głęboko głęboko w odpowiedzialność władz lokalnych, które przecież nie sprywatyzują szpitala bez sensu – tylko z sensem.
”Konrad Piasecki: Panie ministrze, ale będzie mogło być tak, że samorząd sprzeda szpital, a inwestor, który go kupi, stwierdzi: „Nie. Szpital jest nieopłacalny. Zrobimy hotel”?
Aleksander Grad: Nie. Samorząd, jeśli jest odpowiedzialną władzą publiczną, a musimy zakładać, że jest – jest rozliczany przez opinię publiczną, czuje oddech swoich wyborców na plecach – musi zawierać umowy prywatyzacyjne w taki sposób, aby zagwarantować swoim obywatelom, mieszkańcom dostęp do świadczeń medycznych. W związku z tym, jeśli byśmy zakładali z góry, że jakiś prezydent, wójt, burmistrz, starosta, marszałek, to są nieodpowiedzialni ludzie, to byłoby błędne założenie.
Konrad Piasecki: Tylko, że to jest triumf zza politycznego grobu Beaty Sawickiej.
Aleksander Grad: Nie.
Konrad Piasecki: To ona mówiła o prywatyzacji szpitali. Wtedy przysięgaliście: „Jaka prywatyzacja szpitali? My? Nigdy!”
Aleksander Grad: Uważam, że samorządy powinny mieć prawo do prywatyzacji szpitali. Są bardzo pozytywne przykłady w Polsce prywatyzacji szpitali. Samorządy muszą ustalić reguły gry dla tych szpitali i nowych inwestorów.
Przy okazji zaprezentował nam Grad uroczy pokaz rżnięcia głupa:
Konrad Piasecki: Panie ministrze, ale przysięgaliście, że tego nie będzie. W kampanii wyborczej – pamięta pan – był to bardzo ważki temat i wtedy Platforma mówiła nie.
Aleksander Grad: Nie wiem, kto przysięgał, a kto nie.
W czerwcu 2008 „Dziennik” informował o planach Platformy zlikwidowania NFZ-u i zastąpienia go kilkoma regionalnymi funduszami, a od 2012 roku wprowadzenia na rynek prywatnych ubezpieczycieli. To postulat całkowicie spójny z ideą prywatyzacyjną i konsekwentnie wpisujący się w plany Platformy w tej kwestii.
Za pośrednictwem posłanki PO Sawickiej Beaty znamy nieco dokładniej procedurę prywatyzacyjną, którą PO miała zastosować przy racjonalizowaniu sposobu finansowania służby zdrowia i wiemy też, że „grupa” Sawickiej to nie w kij dmuchał zbieranina urwipołciów, ale poważna załoga, w której „frontmenka” i „główny macher” gwarantują szczęśliwe przeprowadzenie legislacji w taki sposób, aby Piękny Agent Tomek i jego koledzy też coś z tego mieli. My wiemy, że Piękny Tomek to agent CBA, a jego koledzy to już czysta fikcja, wiemy jednak również, że pani Sawicka z czapy i własnych fantasmagorii nie wyssała swoich przepowiedni o „robieniu biznesu na szpitalach”, a doświadczenia i znajomości zasad panujących w Platformie je wzięła, o czym zaświadczył później Miro z Grzechem i Zbychem.
Oczywiście, całkiem możliwe, że komunalizacja i komercjalizacja szpitali nigdy w życiu nie skojarzyła się Komorowskiemu, tak jak prof. Safjanowi czy Konstantemu Radziwiłłowi oraz całej masie komentatorów, z prywatyzacją, a program własnej partii, w tej akurat części pisał z obrzydzeniem, ale branie Komorowskiego za idiotę byłoby zbyt daleko idącą niegrzecznością. Dlatego właśnie byliśmy przekonani, że niezawisły sąd słusznie zrobił, odraczając wydanie wyroku, w celu konsultacji stopnia swojej niezawisłości z kimś jeszcze bardziej niezawisłym.
I pewnie byśmy uważali już tak do końca życia, gdybyśmy nie zobaczyli na własne oczy, że wyrok w sprawie wydawała pani sędzina Matlak Agnieszka, która z całą powagą, wsparta majestatem Rzeczypospolitej, orzekła swego czasu, że krytyka Adama Michnika i Agory jest sprzeczna z zasadami życia społecznego. Ten akt strzelisty można by pewnie traktować jedynie jako dziwaczną osobliwość, gdyby nie był częścią całego szeregu wyroków zamawianych w niezawisłych sądach, typu Michnik-Zybertowicz, Michnik-Targalski, Alicja Tysiąc – Gość Niedzielny czy Nowicka – Najfeld, w celu nękania przeciwnika światopoglądowego czy politycznego. W tej nowej sytuacji dziwi nas mocno fakt, że Kaczyński w ogóle próbował argumentować w sądzie, wyrok zamówiony u sędziny Matlak Agnieszki inny być nie mógł.
Kaczyński się odwołał – zaraz rozprawa apelacyjna. Będziemy śledzić z zapartym tchem, czekając na wyrok sprawiedliwości. Czekając – zauważmy całkowicie przemilczany przez duże media inny wyrok, który właśnie zapadł przed inny, również niezawisłym sądem. Oto Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że pisowczyk Mularczyk został pomówiony przez Niesiołowskiego o wynoszenie z IPN-u fałszywych oświadczeń. Sąd kazał Niesiołowskiemu Mularczyka przeprosić za podanie nieprawdy. Jednocześnie sąd nie nakazał Niesołowskiemu przepraszać Mularczyka za stwierdzenie, że onże Mularczyk skompromitował się jako adwokat, polityk i człowiek z powodu właśnie wynoszenia tych fałszywych oświadczeń. Sąd uznał więc przenikliwie, Niesiołowski miał prawy zwyzywać Mularczyka bez najmniejszego powodu – czyli, że nie można domagać się od sądu obrony swoich dóbr, gdy ktoś sponiewiera nas werbalnie za czyn, którego się nie popełniło. Urocza ta interpretacja wzmacnia u nas zaufanie do niezawisłych sądów – nawet jeśli jakiś pisowczyk sprawę w sądzie wygra, to niezawisłość nakazuje żeby nie tak do końca. Szkoda, że Jarosław Kaczyński przeszedł na stronę miłości – przecież aż się prosi, aby teraz zwyzywał Komorowskiego od ostatnich łobuzów, którzy chcą prywatyzować szpitale. Za prywatyzację wyrok już dostał – za wyzwiska – dostać już nie może. Czy mu to pomoże w kampanii – czy nie – tego orzec się nie da – ale na pewno poprawiło by humor.
Odsłon: 277 Komentarzy: 0
Tuesday,16 February 2010,21:20
Kategoria: Polityka Tuesday, 16 February 2010, 21:20
Wśród najpoważniejszych kandydatów na najprzystojniejszego europolaka, którzy decyzją mocarstw ościennych zostaną osadzeni na fotelu zajmowanym dotąd przez Prezydenta Rzeczpospolitej, wymienia się Radka Sikorskiego i Bronisława Komorowskiego. Z chwilą wycofania przez Angele Merkel swojego faworyta, Donalda Tuska, któremu w zamian obiecała błyskotliwą karierę europejską, te dwa nazwiska pojawiają się na ustach komentatorów. Do castingu zgłosili się co prawda również inni kandydaci, wśród których dałoby się znaleźć ludzi prawych i godnych Najwyższego Urzędu w Państwie, ale przecież nie po to hartowała się stal – czyli nemiecko-rosyjskie partnerstwo strategiczne, aby ni z gruszki ni z pietruszki w samym sercu niemieckiego Wielkiego Obszaru pojawił się jakiś nieodpowiedzialny ksenofob, który nie zrozumiawszy wymogów etapu dziejowego, zacząłby określać i – nie daj Boże – prowadzić konsekwentnie samodzielną politykę w Polsce.
Z tego powodu Donald Tusk już jakiś czas temu zgłosił, a ostatnio powtórzył, pomysł zmian w Konstytucji RP, które Prezydentowi RP dało by nie więcej kompetencji, co dorocznie wybieranej Miss Polonia. Obaj kandydaci Platformy zdają się nie mieć nic przeciwko temu, Bronisław Komorowski nawet chętnie zasiadłby w „złotej klatce”, czemu dał wyraz w niedawnym wywiadzie z Bronisławem Wildsteinem. Skoro więc już główny szkielet kompetencji pomiędzy konstytucyjnymi organami władzy już został ustalony zgodnie z niemieckimi życzeniami, na straży których będzie stał silny premier – przy życzliwej asyście nic nieznaczącego prezydenta – pozostaje już tylko rozstrzygnięcie castingu, zwanego dla niepoznaki wyborami prezydenckimi, na najprzystojniejszego europolaka.
Właśnie gruchnęła wieść, że Straszni Bracia będą używać haków przeciwko Radkowi Sikorskiemu. Informację puścił w eter Newsweek, podchwycili dziennikarze i agenci wpływu w mediach i na portalach internetowych. Kubły pomyj przy okazji wylano na Jarosława Kaczyńskiego za to, że nieetyczny, że gra hakami, że papla o hakach ale ich nie pokazuje itympodobne rytualne zaklęcia. Oczywiście, nikt słowem nie wspomniał o tym, że te „haki” to informacja stara jak świat, że o nich właśnie Prezydent Kaczyśnki rozmawiał z Premierem Tuskiem przed powołaniem Sikorskiego na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych i że Premier Tusk nie tylko nic zdrożnego w tych „hakach” nie znalazł, ale i wziął pełną odpowiedzialność za swoją decyzję. Nikt również nie czytał wypowiedzi Kaczyńskiego dla Newsweeka, bo gdyby czytał nie znalazłby w niej mowy o żadnych hakach, a jedynie powtórzenie informacji sprzed dwóch lat. Zobaczmy zresztą fragment wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego:
- Jest konkretna wiedza, czy też konkretne wydarzenie, które dyskredytuje Sikorskiego? – pytają dziennikarze „Newsweeka” Andrzej Stankiewicz i Piotr Śmiłowicz.- Tak – twierdzi Jarosław Kaczyński. - Ale przecież on był ministrem obrony w rządach PiS. Dlaczego przed tamtą nominacją nie było zastrzeżeń?- Chodzi o wydarzenie późniejsze.- Z tego powodu Sikorski został zdymisjonowany w lutym 2007 r.?- Tak, choć do dymisji doszło z pewnym opóźnieniem – przekonuje lider PiS.
A „haki” to już licentia poetica Śmiłowicza i Stankiewicza, wzięta prosto z czapy, a nie z wypowiedzi Kaczyńskiego, za to podchwycona i zwielokrotniona przez redakcyjnych leni i agentów wpływu.
Uwadze „dziennikarzy” taktownie umknęło również stwierdzenie Bronisława Komorowskiego sprzed kilku dni, o jego gotowości do kampanii wyborczej oraz tego, że jest gotów używać w niej haków. Zanim Newseek włożył w usta Kaczyńskiego niewypowiedziane prze z niego „haki” – o hakach expressis verbis mówił Komorowski. Tyle tęgich głów w redakcjach, nie zadało sobie trudu, aby dowiedzieć się od Komorowskiego co to za haki, przeciw komu i jak poważne, a szkoda – bo kto jak kto, ale Bronisław Komorowski to bardzo poważny polityk, jeśliby brać pod uwagę nie tylko piastowaną przez niego funkcję Marszałka Sejmu ale również, a może przede wszystkim, dobre stosunki z wojskową częścią służb specjalnych.
Jakich haków i na kogo nazbierał Komorowski – to dowiemy się pewnie we właściwym czasie. Nie dowiemy się jednak chyba na pewno, skąd on te haki wziął – no chyba, że jakąś wskazówka byłyby dla nas właśnie te długoletnie dobre stosunki ze środowiskiem WSI, datujące się samego zarania IIIRP, a które zaowocowały m.in. misterną robotą operacyjną w celu zdobycia Aneksu do raportu likwidacyjnego WSI. W tym kontekście inaczej brzmią obietnice używania haków, które Marszałek Komorowski ogłasza jako jeden ze sposobów prowadzenia swojej kampanii prezydenckiej. Na pewno muszą brzmieć szczególnie intrygująco w uszach Radka Sikorskiego, szczególnie w momencie, gdy onże Sikorski właśnie poskarżył się znanej poszukiwaczce prawdy, Monice Olejnik, że za prezydentury Wałęsy WSI zbierało na niego haki, wtedy dokładnie gdy Komorowski był odpowiedzialny m.in. za kontrwywiad jako wiceminister obrony narodowej.
Czy Komorowski wykorzysta haki na Sikorskiego czy nie będzie takiej potrzeby – dowiemy się w swoim czasie. Dziś już wiemy jednak na pewno, że szanse Radka Sikorskiego w starciu z Marszałkiem Komorowskim są raczej nikłe. Wspólnota interesów, wzajemne wspieranie się, starania Marszałka o przywrócenie „dobrego imienia” byłym agentom WSI – ba! nawet te same argumenty ten sam język, jakim posługują się wojskowi bezpieczniacy i Marszałek Komorowski, znacznie silniej wskazują na Komorowskiego jako przyszłego prezydenta niż kogokolwiek innego.
W niedawnym wywiadzie dla Polska The Times gen. Dukaczewski wskazał dziennikarskiej tłuszczy i agentom wpływu, na co maja w najbliższej przyszłości zwrócić uwagę. Będą to fragmenty dokumentacji WSI, które Macierewicz nielegalnie skopiował. Różne redakcje i niezależni dziennikarze będą „docierać” do smacznych kąsków, nagłaśniając przekaz WSI o łamaniu prawa przez Macierewicza, Kaczyńskich i kogo tam jeszcze. A reszta watahy dziennikarskiej już zadba o to, aby ogłupiała publiczność tkwiła w błogim przekonaniu o Strasznych Kaczorach, godzących w ich świetlaną przyszłość.
Odsłon: 434 Komentarzy: 2
Sunday,14 February 2010,20:58
Kategoria: Fronda Sunday, 14 February 2010, 20:58
Ktoś wskazał, tu:
że
„ocieplenie klimatu nie jest spowodowane czynnikami antropogenicznymi, ale wynika z sił samej przyrody".
Na co Leontodon napisał, że: „A podwojenie ilości Co2 od momentu rewolucji przemysłowej wzięło się skąd?(…) A CO2 ma wpływ na klimat, to dosyć banalna fizyka. Nie jest oczywiście wpływ ludzi jeszcze dominujący, ale jest wyraźny i mierzalny. (…)”
Tu warto się na chwilkę zatrzymać zastanowić. Ostatnie parę dekad to alarmistyczne przepowiednie dotyczące bezprecedensowego wzrostu temperatury, spowodowanego przez człowieka. Ostatnie dane jednak nieco chłodzą rozgrzane umysły – może schłodzą też nagrzanych polityków. Obserwowany wzrost temperatury o około 0,75 stopnia Celsjusza nastąpił w ciągu ostatniego wieku, ze szczególnie silnym wzrostem w ciągu ostaniach 50 lat, średnio o ok. 0,13 stopnia na dekadę. Przyjmując antropogeniczność tego wzrostu, zakładamy wpływ emisji CO2, ale również innych gazów cieplarnianych np. CH4, halocarbonów. i N2O. Jednakowoż ( po angielsku: „however” ), od mniej więcej 1981 roku do teraz wykres średniej globalnej temperatury jest raczej płaski – z okresami dołków lub szczytów – jak to średnie maja w zwyczaju. Od 1989 roku – roku El Ninho – gdy temperatura strzeliła w górę średnia spłaszczyła się jeszcze bardziej, z lekką tendencją spadkową – która oczywiście w kolejnych latach może ulec zmianie – jasne, że tak. Idzie o to – że te pomiary satelitarne wskazują raczej na wyhamowanie gwałtownego wzrostu temperatury, obserwowanego w drugiej połowie ubiegłego wieku i ustabilizowanie się jej na pewnym poziomie, niż na dalszy wzrost – PRZY CIĄGŁYM STAŁYM WZROŚCIE emisji – nie tylko CO2, ale całej gamy gazów cieplarnianych.
Kolega Leontodon wskazuje na sprzężenia zwrotne – i słusznie – które mogą powodować wzrost temperatury – ale warto wskazać też na sprzężenia zwrotne powodujące zahamowanie wzrostu – albo spadek temperatury. Solomon, S., K. Rosenlof, R. Portmann, J. Daniel, S. Davis, T. Sanford, G.-K. Plattner. 2010. sądzą, że takim sprzężeniem zwrotnym jest spadek zawartości pary wodnej w troposferze – od 2000 roku ten spadek jest wyraźny i da się go nałożyć na wyhamowanie wzrostu – a nawet spadek średniej temperatury. Są również widoczne zmiany warstwy ozonowej, od mniej więcej tego samego czasu. Zawartość pary wodnej w troposferze miała również istotny wpływ na temperaturę powierzchni wcześniej – gdy było jej dużo – temperatura rosła. Para wodna, gaz niezwykle dynamiczny, ma dobrze udokumentowany wpływ na wahania temperatury na powierzchni, jednak przyczyny zmian zawartości pary wodnej w troposferze – piszą Solomon, S., K. Rosenlof, R. Portmann, J. Daniel, S. Davis, T. Sanford, G.-K. Plattner – (podobnie jak innych czynników potencjalnie rzutujących na temperaturę) modele IPCC nie uwzględniają lub uwzględniają w stopniu niedostatecznym.
To zresztą jest główny zarzut stawiany IPCC – oparcie prognoz na dogmatycznie przyjętym parametrze CO2 i polityczny impact jaki te prognozy spowodowały – czyli zalecenie dla całej ludzkości aby podcięła gałąź, na której wisi możliwość jej istnienia – czyli produkcji energii. Z cała masa niuansów, wśród których były i są zyski lub straty rożnych energetycznych, politycznych i ekologicznych lobby – od arabskich i ruskich szejków po zielonych energetycznie miłośników Gai.
Albo wśród fund-riserów swoich działań non-profit, jak Dr. Rajendra Pachauri, szef IPCC, a jednocześnie szef organizacji non-profit TERI, badającej cofanie się lodowców w Himalajach. Rzućmy króciutko okiem, tytułem dygresji, na dramat milionów mieszkańców rejonu, zasilanego w wodę z himalajskich lodowców. Ich los na pewno będzie marny – gdy czapy lodowe Himalajów stopnieja zupełnie. Wody zabraknie, lawiny spusztoszą wsie i maista, lawiny błota dokonaja reszty apokalipsy. A stanie się to przed 2035 rokiem.
Tak przynajmniej twierdzi prof. Syed Hasnain, który opracował raport dla TERI, który z kolei stał się źródłem prognoz zawartych w Raporcie WWF z 2005 roku, aby w końcu stać się oficjalnym stanowiskiem IPCC w 2007 roku. Oczywiście – nie warto dodawać, ze mastermindem, który stał za raportem IPCC był Dr. Rajendra Pachauri, dla którego alarmistyczny raport przygotował prof. Syed Hasnain, pracujący dla TERI, którego szefem jest Dr. Rajendra Pachauri.
Proste? Mechanizm niby znany chociażby z ekspertyz „niezależnych ekspertów WHO” przygotowujących dane o pandemii świńskiej grypy. Tam jednak zależność była czytelna – „niezależni eksperci” opracowali raporty pandemiczne na zamówienie koncernów farmaceutycznych, produkujących szczepionki przeciw świniej grypie. Tu kasa jest widoczna jak na dłoni. Ale gdzie jest kasa dla Dr. Rajendra Pachauri?
Ano – jest. W fundacji Carnegie Corporation of New York, która przeznaczyła 500.000 USD dla TERRI, która założyła Glaciology Team, który współpracuje z rządem Islandii w kierunku badań nad lodowcami himalajskimi, którego to rządu premier dostał 108.000 USD Nagrody Nehru od rządu Indii..itede. Nie warto śledzić szczegółów – jednak warto zapamiętać, że u źródeł tej kasy tkwiły spekulacje, nie oparte o jakiekolwiek badania, dot. topnienia lodowców. To, że apokalipsa himalajska została wzięta z czapy, a nie z rzeczywistości, ogłosił zarówno sam jej twórca, prof. Syed Hasnain, jak i sama IPCC w oświadczeniu:
<…It has, however, recently come to our attention that a paragraph in the 938 page Working Group II contribution to the underlying assessment refers to poorly substantiated estimates of rate of recession and date for the disappearance of Himalayan glaciers. In drafting the paragraph in question, the clear and well-established standards of evidence, required by the IPCC procedures, were not applied properly. The Chair, Vice-Chairs, and Co-chairs of the IPCC regret the poor application of well-established IPCC procedures in this instance. This episode demonstrates that the quality of the assessment depends on absolute adherence to the IPCC standards, including thorough review of “the quality and validity of each source before incorporating results from the source into an IPCC Report”. We reaffirm our strong commitment to ensuring this level of performance.>
a ostatnia edycja raportu WWF już zawiera disclaimer:
„This statement was used in good faith but it is now clear that this was erroneous and should be disregarded.”
Raporty jednak spełniły swoje zadanie – kasa popłynęła szerokim strumieniem. Zresztą – sposoby pisania raportów dla i przez IPCC dość dobrze dokumentowane są tu: 
Porzućmy jednak dygresje – wróćmy do tematu. Czy zmiany klimatyczne mogą mieć wpływ na np. produkcję żywności w różnych regionach świata? Na przykładzie ryżu Leontodon twierdzi że tak. I słuszna jego racja. Odkrycie, że zmiana temperatury w rejonach uprawy ryżu wpłynie na wysokość plonów jest o tyle odkrywcza, co informacja dla rolnika spod Pyrzyc, że suche lato powoduje słabsze plony pszenicy. Kłopot w tym, że w swoim pisarstwie na FF Leontodon wydaje się akceptować kroki, podejmowane w celu zapobieżenia zmianom klimatu, których przyczyn nadal szukamy i nie jesteśmy nadal pewni nawet czy tych przyczyn wogóle warto szukać.
Zamiast zmuszać świat do rezygnacji z rozwoju ekonomicznego poprzez redukcję produkcji energii, skutkującą dramatycznym wzrostem kosztów produkcji m.in. żywności, ciągnącym za sobą cała lawinę niebezpiecznych zjawisk, groźnych głównie dla biedaków – np. tego właściciela pola ryżu – może lepiej pozwolić tymże biedakom dostosować się do zbliżających się zmian – wspomagając im system nawadniania pól albo wyhodować dla nich ziarno mogące dawać plony nawet w zmienionych warunkach? Albo namówić ich, aby przenieśli się w inne miejsce, albo aby zmienili uprawy?
Nie wiem – alternatyw jest masa. Jednak wybieranie tylko jednej z nich, czyli dławienie rozwoju ekonomicznego, poprzez handel emisjami, w żaden sposób nie pomoże biedakom w suchej Afryce, którzy ciepią z powodu suszy. Może lepiej pobudować im studnie albo – jeszcze lepiej – dopuścić ich produkty na rynek światowy – niech zarabiają. Zresztą, Lomborgh podaje całą masę większych potrzeb ludzkości, niż podnoszenie kosztów produkcji energii.
Rok 2009 zakończył się ujawnieniem rosnącego sceptyzyzmu wobec al-gorowych przepowiedni. Rok 2010 zaczął się od wskazania ( Solomon, S., K. Rosenlof, R. Portmann, J. Daniel, S. Davis, T. Sanford, G.-K. Plattner) innego sposobu patrzenia na zmiany klimatyczne. Warto poczekać, na kolejne badania i kolejne wnioski. Nadmierny pośpiech służy jedynie wzbudzaniu trwogi wśród niezorientowanych. A czym innym, jak nie na strachem, pasą się wszelkie totalitaryzmy?
Poniżej kilka ostanich artykułów oraz wykres satelitarnych pomiarów temperatury.
Easterling, D. R., and M. F. Wehner. 2009. Is the climate warming or cooling? Geophysical Research Letters, 36, L08706, doi:10.1029/2009GL037810. Solomon, S., K. Rosenlof, R. Portmann, J. Daniel, S. Davis, T. Sanford, G.-K. Plattner. 2010. Contributions of stratospheric water vapor to decadal changes in the rate of global warming. Sciencexpress.
/ 28 January 2010 / Page 1 / 10.1126/science.1182488.
Odsłon: 253 Komentarzy: 0
Saturday,13 February 2010,14:21
Kategoria: Pro life Saturday, 13 February 2010, 14:21
W nawiązaniu do tekstu Monitako,
http://fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/margaret_sanger_zalozycielka_zbrodniczej_organizacji
opisującego genezę powstania Planned Parenthood, światowego potentata przemysłu aborcyjnego, wklejam mój tekst sprzed paru lat dotyczący tej samej sprawy.
Zwolennicy prawa do życia wszystkich osób nienarodzonych, również zdiagnozowanych jako niepełnosprawne, porównują często poglądy swoich przeciwników do eugenicznej ideologii nazistowskich Niemiec. Aborcja była tam jednym z elementów państwowej polityki „higieny rasowej” w procesie tworzenia idealnej „czystej rasy”. Naziści zdefiniowali wyraźnie takie sytuacje, w których pozbawienie kogoś prawa do życia jest nie tylko wolne od negatywnych ocen moralnych ale nawet potrzebne i dobre. Z jednej strony aborcja była całkowicie zakazana dla „czystych rasowo aryjskich jednostek”, z drugiej – dostępna bez żadnych ograniczeń, gdy istniało podejrzenie, że nienarodzone jeszcze dziecko może być chore. Natomiast w krajach okupowanych propagowano antykoncepcję i aborcję. „Obowiązkiem Słowian jest pracować dla nas. Płodność Słowian jest niepożądana. Niech używają prezerwatyw albo robią skrobanki – im więcej, tym lepiej” – tłumaczył zasady polityki okupacyjnej III Rzeszy Martin Borman.
Źródła współczesnych poglądów na aborcję eugeniczną sięgają jednak znacznie głębiej. Niemcy w okresie rządów Hitlera to jedynie przystanek na drodze do stworzenia nowej antropologii, która sytuacyjnie traktuje ludzkie życie. Zamiast kategorycznych sądów moralnych, proponuje uzależnienie wartości istnienia człowieka od celu jakiemu ma ono służyć. Przy takim podejściu cenniejsza jest „jakość życia” niż samo życie. Jeśli zabicie jednego człowieka ma przyczynić się do zmniejszenia dyskomfortu innych ludzi – to nie tylko należy zrezygnować z jednoznacznie negatywnych ocen, a nawet należy takie działanie pochwalić. W tym ujęciu aborcja nie podlega żadnej moralnej ocenie bez wcześniejszego rozpatrzenia kontekstu podjęcia konkretnej decyzji o niej.
Endlösung Thomasa Malthusa
Naziści jako pierwsi zastosowali w skali całego państwa ten tryb orzekania o wartości życia ludzkiego, nie byli jednak twórcami tego poglądu. Początków trzeba szukać u Thomasa Malthusa, angielskiego filozofa drugiej polowy XVIII wieku, ojca nowego rodzaju rasizmu – rasizmu ekonomicznego – i kontynuatorów jego myśli, Herberta Spencera i Francisa Galtona. Na końcu tego szeregu nazwisk trzeba postawić Margaret Sanger, twórczyni ideologii kontroli urodzin, która połączyła maltuzjański rasizm ekonomiczny, galtonowską eugenikę z radykalnym feminizmem, otwierając tym samym drogę do współczesnych poglądów na temat „praw reprodukcyjnych”.
Thomas Malthus w swoim „First Essay on Population” z 1798 ogłosił, że ludzkość nigdy nie zdoła wyprodukować wystarczająco dużo żywności dla wszystkich. Obliczył, że zasoby żywności zwiększają się w postępie arytmetycznym, natomiast ludność, jeśli rozwija się w sposób niekontrolowany, wzrasta w tempie geometrycznym.
Ta obserwacja nie miałaby może zbyt wielkiego znaczenia, gdyby nie wnioski jakie wyciągnął z tego spostrzeżenia. Według Malthusa zawsze będą istnieć ludzie, dla których zasobów będzie brakować. To ubodzy, robotnicy, mieszkańcy biednych dzielnic, bez wykształcenia, których sama natura ustanowiła klasą upośledzoną w stosunku do warstw posiadających i których przeznaczyła do wyginięcia z powodu głodu, chorób i wojen. Ich liczba będzie zmniejszać się i nic nie można zrobić, nawet nie należy, aby ten naturalny proces powstrzymać. Oni sami nie są w stanie wyrwać się z zaklętego kręgu biedy, niedostatku i śmierci, a wszelką pomoc świadczoną dla tej grupy ludzi Malthus nazywał „nieroztropną filantropią”.
Naturalne procesy regulujące wzrost populacji działają nieuchronnie, jednak zdarzają się okresy w których są one niewystarczające. Malthus zaproponował więc pomoc naturze sztucznie ograniczając populację. Chociaż był przeciwnikiem antykoncepcji, uważał, że jeśli interwencja natury będzie niewystarczająca i ludzi nadal będzie przybywać, należy podjąć wysiłki w celu naturalnego skrócenia długości trwania ludzkiego życia i osłabienia płodności.
Zaproponował więc mniejsza dbałość o higienę, budowanie węższych ulic, zagęszczanie dużej ilości ludzi mieszkających jednym budynku lub sprzyjanie rozprzestrzenianiu się epidemii. Przede wszystkim jednak proponował ograniczenie płodności: powstrzymanie się od zakładania rodziny, późne wstąpienie w związek małżeński, zwłaszcza przez osoby nie mające odpowiednich środków do życia. Był też również zwolennikiem utrzymania płac na niskim poziomie. Zakładał bowiem, iż ich wzrost pociąga za sobą zwiększenie rozrodczości. Oczywiście, wszystkie te zalecenia miały dotyczyć jedynie ludzi ubogich, którym odmawiał prawa do najmniejszej nawet porcji żywności z samego tylko faktu urodzenia się w biedzie, jeśli tylko społeczeństwo nie znajdzie dla nich sposobu wykorzystania ich pracy.
Ogłoszenie przez Karola Darwina teorii ewolucji, znacznie rozszerzyło zasięg oddziaływania myśli Malthusa. Na podstawie tych doktryn Herbert Spencer i Francis Galton zbudowali „naukową” teorię, która dała teoretyczne wsparcie „naukowemu” rasizmowi. Spencer twierdził, że bardziej sprawne i dominujące jednostki gatunku ludzkiego zajęły uprzywilejowane miejsce w hierarchii społecznej zgodnie z zasadą przetrwania najlepiej przystosowanych i jako takie są genetycznie wyżej zorganizowane niż klasy „niższe”. Spencer zbudował teorię „społecznego darwinizmu”, przenosząc darwinowską zasadę doboru naturalnego na stosunki panujące wśród ludzi. Postawił tezę (błędną z punktu widzenia dzisiejszej genetyki), że cechy fizyczne i behawioralne, nabyte przez osobniki po urodzeniu, są dziedziczone genetycznie przez potomstwo, dlatego możliwe jest wyprodukowanie optymalnego super-przystosowanego osobnika poprzez genetyczną transmisję najlepszych cech wewnątrz grupy osobników o cechach najbardziej pożądanych.
Natomiast Francis Galton opublikował „naukowe” dowody na opinię, że zasada doboru naturalnego w istocie czyni ludzi ubogich gorszymi i bezwartościowymi. Został nazwany ojcem eugeniki, którą określił jako „naukę o poprawianiu jakości populacji, nie tylko poprzez rozważny dobór partnera, ale również poprzez wszelkie działania zmierzające do nadania bardziej odpowiednim rasom lub liniom dziedziczenia pozycji dominującej nad mniej odpowiednimi, której nie mogłyby osiągnąć w inny sposób”.
Galton i Spencer połączyli rasizm etniczny z „naukowym” stwierdzając, że w oparciu o te same zasady, które wyrzuciły ludzi ubogich poza margines wartościowego społeczeństwa, można również niektóre grupy etniczne uznać za mniej wartościowe.
Spencerowski darwinizm społeczny odbił się szerokim echem w elitarnych kręgach XIX-wiecznej Europy i Ameryki, dając podstawy do szerokiej akceptacji galtonowskiej radykalnej myśli eugenicznej. Zrodzona w Anglii, eugenika szybko przeniosła się do Stanów Zjednoczonych, które stały się jej głównym promotorem. W 1920 roku wprowadzono pierwsze ustawy nakazujące sterylizację osób zdefiniowanych, zgodnie z eugenicznymi kryteriami, jako nieprzystosowane. W 1924 roku, wydano przepisy ograniczające imigrację w oparciu o kryteria sformułowane eugenicznie.
Eugenika zrodzona z lęków przed zagrożeniem dla szlachetnych i zamożnych ze strony biednych i bezwartościowych, znalazła szeroki oddźwięk wśród elity intelektualnej i politycznej Europy i Ameryki. Jak grzyby po deszczu powstawały w Anglii stowarzyszenia i instytuty badawcze zajmujące się programowo ulepszaniem rasy. Wydawano publikacje, prowadzono badania.
Statusu rzetelnej dyscypliny naukowej nabrała frenologia, pseudonaukowa metoda badawcza, nakazująca szukać charakteru człowieka, jego zdolności psychicznych i umysłowych w kształcie czaszki. Według niej pofałdowany tył głowy miał świadczyć o inteligencji, wystające łuki brwiowe – o silnych popędach; wypukłości nad uszami – o zdolnościach muzycznych.
Entuzjastami eugeniki byli szlachetnie urodzeni, pisarze raz intelektualiści, którzy wierzyli, że doskonalenie gatunku ludzkiego wiedzie poprzez stopniową eliminację nieprzystosowanych. Założone w Londynie w 1907 roku Eugenics Education Society aktywnie promowało rozwiązania eugeniczne, np. krytykując brytyjskie regulacje prawne w zakresie pomocy społecznej. Carl Pearson, błyskotliwy uczeń i przyjaciel Galtona, został w 1911 roku pierwszym profesorem eugeniki w University College w Londynie. Pearson otwarcie wspierał ograniczenie imigracji Żydów do Wielkiej Brytanii, opierając się na frenologicznych badaniach dowodzących, że Żydzi to rasa pasożytów. W 1925 roku opublikował badanie, w którym dowodził wrodzonej niższości rasowej polskich i rosyjskich dzieci.
Na Międzynarodowy Kongres Eugeniki zorganizowany przez Międzynarodowe Towarzystwo Higieny Rasowej w 1912 roku przyjechało do Londynu ponad 800 prominentnych naukowców, badaczy, pisarzy, polityków z Anglii, Niemiec, Francji, Szwajcarii i USA. W czasie ostatniej sesji przedyskutowano praktyczne sposoby stosowania eugeniki w celu powstrzymania prokreacji nieprzystosowanych poprzez segregację i sterylizację.
Prace Kongresu zakończyły się pełnym sukcesem – ustalono konieczność stosowania higieny rasowej w jak najszerszym zakresie i powołano w tym celu Stałą Międzynarodową Komisję Eugeniki, która zbierała się jeszcze dwukrotnie w Nowym Jorku w 1925 i 1932 roku. Radykalna, eugeniczna wersja rasizmu naukowego stała się platformą jednoczącą intelektualną, kulturalną i naukowa elitę całego świata.
Wiele mówiący, chociaż rzadko eksponowany jest fakt bliskiej współpracy amerykańskich naukowców i intelektualistów z liderami programów eugenicznych nazistowskich Niemiec, która trwała nieprzerwanie od początku lat 20-tych XX w. aż do wybuchu II Wojny Światowej.
Naziści byli pod ogromnym wrażeniem amerykańskich ustaw sterylizacyjnych i z uwagą śledzili postępy eugeniki za oceanem. Korzystali też z amerykańskich funduszy przeznaczanych na badania nad swoimi własnymi programami eugenicznymi. W rezultacie, dzięki angielskim filozofom i naukowcom, amerykańskim pieniądzom i niemieckiemu know-how filozofia eliminacji „gorszej rasy”, została zastosowana na masową skalę i stanęła u podstaw organizacji całego systemu państwowego.
Druga Wojna Światowa ujawniła z całą mocą bestialskie podstawy na jakich oparty była zasada czystości rasy. Pod wpływem nazistowskich zbrodni popełnianych na „nieprzystosowanych” entuzjazm do „polepszania linii dziedziczenia” znacznie osłabł. Nie wypadało już głośno mówić o „gorszych rasach” czy elementach społecznie niepożądanych w obliczu oczywistego ludobójstwa dokonywanego na Żydach, Słowianach, Cyganach.
Jednak maltuzjańskie idee nie umarły, ale zyskały nową formę w postaci planowej kontroli urodzin. Pojawienie się Margaret Sanger i założonej przez nią organizacji Planned Parenthood nadało nowy dalszy ciąg ideom, które dawno powinny odejść w niechlubną niepamięć wraz z ujawnieniem prawdy o holokauście.
W 1942 roku, Margaret Sanger – założycielka największej i najbardziej wpływowej organizacji aborcyjnej na świecie, zastąpiła w nazwie założonej przez siebie w 1914 roku organizacji określenie „kontrola urodzeń” zwrotem „planowane rodzicielstwo”. Wraz z zespołem swoich błyskotliwych doradców, zdecydowała się ukryć głęboko eugeniczne źródła swojej działalności, z których przez ostatnie kilkadziesiąt lat obficie czerpała inspiracje dla swoich programów “wyzwolenia” kobiet z opresji własnej płci.
W 1914 roku Sanger znalazła się w Anglii, dokąd uciekła przed czekającym ją w USA procesem za kolportowanie materiałów maltuzjańskiego rasizmu ekonomicznego, Havelockiem Ellisem, który wprowadził ją na angielskie salony. Wkrótce poznała prominentnych zwolenników eugeniki, wśród których byli Herbert G. Wells i George B. Shaw. Tam też chłonęła różnorodne opinie wywodzące się z maltuzjanizmu, które dostarczały jej „naukowych” podstaw dla konsekwentnie budowanego programu rewolucji seksualnej i późniejszej szerokiej promocji kontroli urodzin jako głównego narzędzia tej rewolucji.
Eugenika w szczególności zawładnęła jej wyobraźnią i radykalnie zmieniła jej opinie na temat gatunku ludzkiego. Duży wpływ na poglądy Sanger miały dwie osoby. Jej ojciec, radykalny wolnomyśliciel i wielki zwolennik frenologii oraz Emma Goldman, komunizująca anarchistka. Goldman za jeden z głównych celów swojej działalności uznała jak najszersze poinformowanie amerykańskich kobiet o konieczności „wyzwolenia się z więzów własnej płci”. To ona wpoiła Sanger przekonanie o konieczności włączenia kontroli urodzeń do głoszonej przez nią rewolucji seksualnej. Antykoncepcja, albo kontrola urodzeń, dobrowolna lub wymuszona wraz z aborcją i sterylizacją, stały się głównymi metodami przy pomocy których chciały spełniać marzenia o coraz doskonalszej rasie ludzkiej.
W 1917 roku Sanger zaczęła wydawać „The Birth Control Review”, czasopismo w całości poświęcone kontroli urodzin. Treści do magazynu dostarczali jej nowi przyjaciele – Herbert G. Wells, Pearl Buck, Julian Huxley i Havelock Ellis – oraz czołowi eugenicy i rasiści tamtego okresu. Wśród nich Ernst Rüdin (dyrektor Instytutu Pyscyhiatrii Cesarza Wilhelma z Monachium), Harry Laughlin i Lothrop Stoddard (autor faszystowskiej książki The Rising Tide of Color Against White World Supremacy). Jej bliskie związki z tymi ludźmi, szczególnie z niektórymi nazistowskimi eugenikami, wskazują na wsparcie, jakiego udzielała niemieckim programom eugenicznym – fakt, któremu ona sama później zaprzeczała.
Szczególnie wymownym wskaźnikiem jej oddania „naukowemu” rasizmowi Malthusa, Galtona i Spencera był jej „Plan dla Pokoju”, ogłoszony w jednym z wydań „The Birth Control Review”. Nawoływała w nim do zwołania światowego Kongresu Ludnościowego, który miałby zbadać problemy ludnościowe świata a następnie wdrożyć sposoby ich rozwiązania. Postulowała wtedy m.in. segregację „niedostosowanych” i osadzanie ich w ośrodkach przypominających obozy reedukacyjne albo koncentracyjne, znane z nazistowskich Niemiec czy komunistycznych Chin. Umieszczałoby się w nich analfabetów, biedaków, bezrobotnych, przestępców, prostytutki i narkomanów, aż do czasu gdy odzyskają możliwość moralnych zachowań. Dopiero w taki sposób zabezpieczona przed „dziedzicznym śmieciem” ludzkość będzie mogła pracować nad budowaniem pokoju dla przyszłych pokoleń.
Swoje eugeniczne przekonania Margaret Sanger sprecyzowała w artykule z 1930 roku. Konkretne propozycje legislacyjne ujęła w „Kodeksie w celu powstrzymania nadprodukcji dzieci”. Zalecała m. in. wprowadzenie specjalnych „pozwoleń na dziecko”, które przysługiwałoby tylko tym małżonkom, którzy wykażą wystarczające środki dla zapewnienia właściwych warunków bytowych dla dziecka oraz udowodnią posiadanie odpowiednich kwalifikacji do wychowania dzieci. Osoby ograniczone umysłowo, przestępcy, osoby dotknięte chorobami dziedzicznymi oraz nieprzystosowane biologicznie należy odseparować od wartościowej części społeczeństwa, a następnie sterylizować.
Sanger z ogromnym oddaniem, samozaparciem i gorliwością fanatyka religijnego zdobywała zwolenników dla swojej sprawy. Zakładała organizacje, tworzyła kliniki kontroli urodzin w biednych dzielnicach wielkich miast, korzystała z dorobku i zasobów jej eugenicznych poprzedników. Wkrótce skupiła pod swoimi skrzydłami większą część ruchu eugenicznego USA.
W 1921 roku Sanger była gospodarzem Pierwszego Amerykańskiego Kongresu Kontroli Urodzin, wzmacniając i organizując ruch eugeniczny w skali całego kraju. Inicjowała konferencje, „towarzystwa higieny rasowej”, „ligi kontroli urodzin”, „stowarzyszenia planowania rodziny”. W 1931 roku, założyła Towarzystwo Ludnościowe Ameryki. Jego szefem został Henry Pratt Fairchild, skarbnik Amerykańskiego Towarzystwa Eugenicznego, a jednocześnie czołowy rasista i antysemita, autor książki „The Melting Pot Mistake”. Tym sposobem Margaret Sanger na fundamencie starego ruchu eugenicznego stworzyła nowy ruch posiadający o wiele lepsze zasoby, organizację i znacznie szersze cele.
Jeden z bardziej udanych przedsięwzięć Margaret Sanger był rasistowski w podstawach The Negro Project, który przeprowadziła w odpowiedzi na prośby niektórych urzędników ochrony zdrowia z południa USA. Sanger uważała masy rozmnażających się Murzynów za „dysgeniczny horror”, który należy jak najszybciej powstrzymać.
Postanowiła przekupić czarnoskórych liderów, głównie religijnych i najlepiej mających jakieś doświadczenie w pracy społecznej, w celu rozpropagowania idei kontroli urodzin w miejscach szczególnej koncentracji czarnoskórej biedoty. Skorzystała celowo z ośrodków religijnych, zdając sobie sprawę z tradycyjnej religijności i rodzinnego nastawienia Amerykanów afrykańskiego pochodzenia. Jej strategia polegała na takim wykorzystaniu liderów religijnych, aby nawet najbardziej zbuntowani członkowie ich wspólnot nie powzięli podejrzenia, że zależy jej na stopniowej eksterminacji czarnej ludności.
Na południu USA zaczęły powstawać kliniki kontroli urodzin, inicjując proces trwający do dziś. Długoterminowym skutkiem tamtego projektu jest fakt, że do roku 1980, trzy na cztery aborcje wykonywane w USA popełniane były na czarnych dzieciach. Ten trend widoczny jest również dzisiaj.
W 1942 roku powstaje Planned Parenthood Federation of America, która zastąpiła kojarzącą się zbyt eugenicznie Birth Control League. Wsparta ogromnymi funduszami, pochodzącymi z przeróżnych fundacji i towarzystw oraz środków pochodzących od międzynarodowych organizacji, w tym ONZ i jej różnych agend. Autorytet Margaret Sanger wzmacniało poparcie ze strony znanych osobistości, w tym również prezydentów USA oraz nowy wizerunek – obrończyni „praw reprodukcyjnych” i „jakości życia”. Jednak za tymi nośnymi hasłami ukryty jest scenariusz utopii Thomasa Malthusa – scenariusz śmierci.
Stworzona przez Margaret Sanger aborcyjna organizacja rośnie w siłę do dziś. International Planned Parenthood (IPP) ma ośrodki na całym świecie. Niektóre centra aborcyjne noszą imię założycielki, a członkowie IPP wspominają Sanger z wielką czcią na obchodach rocznicowych organizacji. W Polsce International Planned Parenthood reprezentuje „Towarzystwo Rozwoju Rodziny” oraz „Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny”.
W tekście wykorzystano fragmenty pracy Inherent Rascism of Population Control za zgodą jej autora, Paula Jalsevaca.
Odsłon: 342 Komentarzy: 2
Saturday,02 October 2010,20:48
Kategoria: Polityka Saturday, 02 October 2010, 20:48
Plebiscyt na najprzystojniejszego Polaka nabiera coraz większych rumieńców. Oto marszałek Komorowski oświadczył w TVN-ie, że użyje w swojej kampanii haków, jeśli tylko Partia wystawi go do castingu. To bardzo poważna deklaracja i warto ją brać na serio, gdyż twardy to zawodnik i słów na wiatr nie rzuca. A skąd to Pan Marszałek miałby brać te haki, jak nie od życzliwych mu i wielokrotnie już sprawdzonych w wydajnej pracy operacyjnej oficerów służb specjalnych? Niejeden na pewno gorzko pożałuje, że ważył się sypać piasek w tryby historii, tak dobrze funkcjonujących od magdalenkowych ustaleń pomiędzy wojskowa agenturą a dobraną z kapelusza przez generała Kiszczaka reprezentacją „opozycji demokratycznej”.
Przekonał się o tym m.in. Wojciech Sumliński, który zbytnio sobie pofolgował w śledczym dziennikarstwie, próbując wyświetlić publicznie starania marszałka Komorowskiego o zdobycie Aneksu do raportu likwidacyjnego WSI, czego o mało nie przypłacił życiem. Misterna operacja służb specjalnych, mająca na celu zdobycie Aneksu, a następnie skompromitowanie Macierewicza i całej Komisji Likwidacyjnej WSI nie była jednak pierwszym i jedynym polem współpracy Komorowskiego ze służbami, jej początków trzeba szukać u samego zarania III RP. Nie warto jednak zbyt drobiazgowo wchodzić w szczegóły, wystarczająco dużo i dokładnie piszą o tym inni. Dość powiedzieć, że z niecierpliwie będziemy oczekiwać przeciwko komu Pan Marszałek tych haków użyje. Będzie to o tyle ciekawe, ze przecież może się zdarzyć, że w drugiej turze na wybiegu dla najprzystojniejszych, naprzeciw Marszałka Komorowskiego stanie sam Andrzej Olechowski, co to należy do „formacji, która jest we wszystkich partiach”. A to już nie przelewki – z dywanu, pod którym bulgotać będą służbowe buldogi pozostaną strzępy, kto wie – może przy okazji światło dzienne ujrzą jakieś ciekawe dokumenty lub nagrania, do których „dotrą” niezależni dziennikarze”?
Nie sądzimy jednak aby do takich obscenów doszło, zbyt duża stawka wchodzi w grę i o zbyt duże pieniądze chodzi, aby doświadczeni specjaliści na takie bezeceństwa sobie pozwolili. Tym bardziej, że właśnie rusza proces prywatyzacji sektora energetycznego oraz zasobów naturalnych Polski – w tym olbrzymich pokładów gazu łupkowego i ktoś musi sprawować nad tym procesem kontrolę. Są co prawda jakieś procedury przetargowe, prawo górnicze itd., nie po to jednak Rodzina sadzała ekipę Tuska na stołkach, aby teraz nieroztropną szarpaniną zagrozić tak dobrze zapowiadającym się interesom. Sądzimy więc, że w którymś momencie plebiscytu usłyszymy np. gorący apel któregoś z kandydatów, skierowany do swojego elektoratu o wsparcie dotychczasowego rywala – dla dobra Polski, oczywiście i kogóż innego jak nie „milionów Polaków”? Któż to będzie..?
A..to już nie nasza sprawa kogo Rodzina namaści – o ile Aleksander Ścios w sennych koszmarach widzi, że będzie to Marszałek Komorowski, jako efekt kompromisu pomiędzy cywilną a wojskową częścią Rodziny, to już Barbara Fedyszak-Radziejowska uważa, ze raczej Leszek Balcerowicz, jako nienaganny autorytet i bezpartyjny fachowiec. Kto wie, może i sam Premier Tusk wsłucha się w głos ludu i z troski o „miliony Polaków” zmieni swoją ostateczną decyzję?
Może zmieni, może i nie zmieni, może jednak zmieni, a potem zmieni znowu – już się nauczyliśmy, że Donald Tusk jak mówi, że coś zrobi – to mówi. Co prawda Angela Merkel na posadzie prezydenta wolałaby kogo innego, co na pewno ostateczność decyzji Premiera Tuska uczyniłoby jeszcze bardziej ostateczną, ale chyba jeszcze nic postanowione nie jest do końca, czego oznaką może być nagłe zaproszenie Premiera Tuska na obchody uroczystości katyńskich, ogłoszone tuż po rezygnacji premiera z chęci startowania w castingu. Być może więc telefon w Warszawie zadzwoni znowu, albo Premier Tusk uda się z roboczą wizytą do Berlina, gdzie dowie się o nowych wytycznych. Nie jest to zresztą najważniejsze – być może rację ma Stanisław Michalkiewicz twierdząc, że zaproszenie Tuska do Katynia to część niemiecko-rosyjskich ustaleń co do sposobu zagospodarowania sceny politycznej w Polsce. Skorumpowane i bezwolne elity polityczne w Polsce, na czele których stoi pozbawiony znaczenia prezydent i sterowalny premier – czyż „serdeczni przyjaciele” mogli by marzyć o lepszym zającu?
Odsłon: 299 Komentarzy: 1
Monday,02 August 2010,04:15
Kategoria: Polityka Monday, 02 August 2010, 04:15
Wśród różnych stereotypów o Polakach, mają Niemcy i ten o polnische Wirtschaft – oto nie potrafimy gospodarować własnym państwem, nie potrafmy się zorganizować i zawsze stajemy w pół drogi do celu. To powiedzenie nabiera jaskrawości gdy zdamy sobie sprawę, że znaleźliśmy się w szczególnym momencie historii: oto od kilku miesięcy żyjemy w nowej strukturze politycznej – Unii Europejskiej, zbliżamy się do szczęśliwego zakończenia prac Komisji Hazardowej, Donald Tusk zrezygnował z ubiegania się o fotel prezydencki, wyżej sobie ceniąc realną władzę niż iluzoryczne zaszczyty.
Traktat Lizboński daje Polsce po raz kolejny szanse podzielenia się naszą niepodległością z innymi państwami. Kilkakrotnie już z tej okazji korzystaliśmy, chociaż trzeba przyznać, że nigdy do końca. Mają chyba rację Niemcy, że nigdy nic do końca i porządnie zrobić nie umieliśmy – nawet oddać się w niewolę. Kto wie, może jednak tym razem, pójdzie łatwiej i szczęśliwy finał stanie się naszym udziałem, gdyż nie tylko moment dziejowy mamy szczególny, kadry wyszkolone nad wyraz, a i społeczeństwo jakby dojrzalsze.
Oto na naszych oczach, na gruzach NATO i EWG tworzy się nowe, silne państwo, zdolne skutecznie konkurować nie tylko z Rosją czy Dalekim Wschodem, ale nawet z samymi Stanami Zjednoczonymi. Konstytucja tego państwa, zwana roboczo Traktatem Lizbońskim, do której to konstytucji znany internacjonał i człowiek na wskroś europejski, Aleksander Kwaśniewski, profetycznie ułożył nam naszą własną już paręnaście lat temu, pozwala naszym umęczonym mężom stanu pozbyć się wreszcie nieznośnego balastu podejmowania samodzielnie istotnych decyzji. Spełniają się tym samym marzenia drugiego internacjonała i europejczyka na wskroś, Andrzeja Olechowskiego, abyśmy wreszcie – wstępując do Europy – mogli wspólnie z innymi narodami, podejmować decyzje o swoich własnych sprawach, które do tej pory z konieczności musieliśmy podejmować sami.
Z tą Komisją Hazardową mamy już jakby mniejszy zgryz. Początkowo wszystko wyglądało fatalnie: Miro, Rycho, Zbycho, Grzechu ( bądź tu mądry kto tu gangster – kto minister ), jak na widelcu wyłożeni premierowi Tuskowi przez CBA, nieco się pogubili w narracji, co stało się przyczyną usunięcia ich z rządu, ale przecież nie po to Pan Premier powołał Wysoką Komisję, aby udręczeni ministrowie mieli dalej zaznawać infamii, jako wspólnicy gangsterów od hazardu. Odzyskawszy tedy siły i nabrawszy nowej werwy, podrasowani przez specjalistów wizerunkowych z otwartą przyłbicą stanęli oko w oko z oskarżeniami łotrzyka Kamińskiego. Oczywiście, nie było żadnej afery, nagrania z podsłuchów to manipulacja, a Kempa i Wasserman to łobuzy. Swoją drogą przyznać trzeba, komisarze śledczy PiS-u starają się jak mogą, aby przesłuchiwanym świadkom nie sprawić jakiejś szczególnej przykrości, ich pytania są miałkie, pozbawione zębów – jakby nadal obawiali się, że logik Sekuła przywoła ich do porządku np. wyłączając im mikrofony albo waląc po psyku na odlew. W zasadzie czemuż by nie miałby tego zrobić – skoro potrafił koniec 10-minutowej przerwy ogłosić już po 8 minutach, po to aby powiedzieć panu Chlebowskiemu na ucho, że już nikt dzisiaj nie będzie go dręczyć i ze może już iść do domu. Zgodnie więc z życzeniem premiera Tuska, Komisja Hazardowa nic nie wyjaśni, a Mirosław Sekuła, pozornie tylko robiący za błazna, o to zadba – tym bardziej, że już nowe zadania stoją przed premierem.
Prezydentura, ta złota klatka, która pęta myśli i czyny każdemu szczeremu politykowi, chcącemu Polskę widzieć wielką i dostatnią, przestała być już być marzeniem Donalda Tuska. Woli mieć realną władzę zamiast apartamentów z żyrandolem. Mieszkanie w Belwederze może i jest zaszczytne, ale żadnej realnej władzy przecież nie przynosi, na żadne istotne możliwości się nie przekłada. I słuszna jego racja! Stanowisko premiera pozwala chwycić byka za rogi i hajże! zmieniać Polskę! Teraz to już wprowadzi reformy! Teraz dopiero zacznie modernizować Polskę! Teraz, gdy już zdobędzie fotel premiera ( bidak nawet nie zauważył, że od 3 lat na nim siedzi ) – to Europa i świat cały zastygnie w zdumieniu, obserwując unowocześnianie, cywilizowanie, rozwijanie, budowanie nowej Polski! Do tej pory nie mógł, przyzna to każdy, z powodu Złego Prezydenta. Chciał, ale nie mógł! Ileż to Donald Tusk przeprowadziłby tych reform, zmian, unowocześnień, europeizacji, ba! – nawet światyzacji, gdyby nie ten obrzydliwy prezydent! Przyznać jednak trzeba, że swoista to logika, której lekcje Donald Tusk musiał chyba brać u słynnego logika Sekuły, bo gdyby brał je u jakiegoś mniej przenikliwego nauczyciela, to pewnie zauważyłby sprzeczność w tłumaczeniu reformatorskiej nędzy swoich rządów działaniami prezydenta. Tego prezydenta, który zamiast realnej władzy, ma jedynie żyrandol w złotej klatce.
Bronisław Komorowski już tak się nie wzdraga przed zamknięciem się w tej klatce z żyrandolem, jemu posada prezydenta wydaje się odpowiadać. Ciesząc się opinią umiarkowanego liberała, a przede wszystkim uznaniem rzeczywistego generatora wszelkich istotnych decyzji politycznych w Polsce – wojskowej części służb specjalnych – Bronisław Komorowski ma w zasadzie elekcję w kieszeni. Pozostają już tylko niuanse, czyli uzgodnienia pomiędzy wojskowymi i cywilnymi służbami w zakresie skali samodzielności poszczególnych ośrodków nominalnej władzy, a gdy te zostaną ustalone, dzień po wyborach zaświeci nam Nowe Słoneczko – Peru i okolic – które dotknie swoimi życiodajnymi promieniami wszelkich form aktywności Polaków. Milionów Polaków.
Tym razem wpadka wyborcza, jak ta z 2005 roku, już się nie powtórzy. To trudno sobie wyobrazić, ale nawet przyjacielskie sugestie Angeli Merkel, która osobiście pofatygowała się do Warszawy, aby wskazać tubylcom jak prawidłowo oddać głos i jakiego wyniku ona osobiście by sobie życzyła, nie zapobiegły bezeceństwom, jakich wtedy dopuścił się naród Polski. Znowu to polnische Wirtshaft dało się we znaki i znowu koło historii musiało się cofnąć, tym razem o całe dwa lata. Teraz jednak podobny błąd się nie powtórzy – nie na darmo Angela Merkel zdecydowała się pozostawić Donalda Tuska na fotelu premiera, obiecując mu potem oszałamiająca europejska karierę – jeśli oczywiście można wierzyć informacjom Gazety Wyborczej. Jeśli jednak Gazeta Wyborcza tym razem nie kłamie bezczelnie, to po udanych dla „milionów Polaków” czyli dla agentury, o której TW MUST twierdził, że jest we wszystkich partiach, wyborach prezydenckich, Donald Tusk zostanie żywcem wzięty do nieba – to znaczy do Brukseli – i osadzony w roli świętego, do którego o wstawiennictwo będą modlić się „miliony Polaków”, a już na pewno różnej maści urzędnicy dworscy, osadzeni na stołkach, po kolejnych, również udanych, wyborach parlamentarnych.
W tej sytuacji cóż nam pozostaje – spokojnie obserwować dożynanie watah, panoszących się jeszcze tu i ówdzie po obrzeżach Rzeczypospolitej, centralizowanie władzy monopartii wraz z postępującym skarleniem opozycji, tworzenie się wielkiego euro-mocarstwa, które zapewni nam wikt i opierunek w zamian za pozostawienie nam pewnej swobody podejmowania prostych, organicznych decyzji. Przecież głównie chodzi o to, jak tłumaczył mi jeden młody i wykształcony z wielkiego miasta, aby miska z kapuśniakiem była w miarę pełna i schnapsu nie zabrakło. Ujął to co parwda innymi słowami, ale „realizowanie siebie” tak właśnie należy tłumaczyć z europejskiego na polski. Miejmy nadzieję, że tym razem polnishe Wirtshaft nie stanie w poprzek jednoczenia się Europy i autostrada z Berlina do Królewca wreszcie zostanie ukończona.
Odsłon: 375 Komentarzy: 1
Tuesday,26 January 2010,21:47
Kategoria: Wiadomości Tuesday, 26 January 2010, 21:47
Nie tak dawno Prezydent Szczecina Krzystek,PO,poczuł się dotknięty obraźliwymi komentarzami w internecie na temat jego polityki i jego osobiście. Przy pomocy policji poznał dane osobowe userów i zapowiedział ochronę swoich dóbr osobistych w sądzie oraz ściganie prokuratorskie paszkwilantów, jeśli ta uzna, że komentarze noszą znamiona czynów zabronionych. Prokuratura uznała – jednak Prezydent Krzystek ze ścigania zrezygnował. Prezydent wykazał się stanowczością i wielkodusznością jednocześnie, a internauci poznali granice anonimowej wolności słowa. Już wiedzą, że ich dane można łatwo zidentyfikować i już znają zakres i formę krytyki jaką lokalna Platzfroma jest w stanie tolerować.
Eksperyment szczeciński się powiódł, warto więc zastosować go na skalę ogólnopolską. "Nie może być tak" żeby "miliony Polaków" mogły bez przeszkód wyrażać niezadowolenie z miłościwych rządów – które same siebie oceniają na "mocną czwórkę", a które kto inny, być może oceniłby słabiej. Owszem – wolność słowa to cenna zdobycz, ale przecież nie każdy potrafi z niej korzystać – a już na pewno nie potrafią z niej korzystać ci, którzy bezceremonialnie krytykują lokalnych platformianych kacyków, którzy przecież zostali ocenieni na "mocną czwórkę". Co dopiero – kacyków centralnych.
Dlatego powinniśmy wspierać zarówno Prezydenta Krzystka, prekursora policyjnej cenzury internetu w Polsce, jak i Donalda Tuska troszczącego się o bezpieczeństwo naszych dzieci w internecie – bo czyż dla nas samych nie jest lepiej zostawić Prezydentowi Krzystkowi i Donaldowi Tuskowi ciężkiego obowiązku troski o jakość debaty publicznej oraz bezpieczeństwo naszych dzieci? Oczywiście że jest lepiej – a na pewno bezpieczniej. Przynajmniej nikt nie zapuka o czwartej rano do naszych drzwi z prokuratorskim nakazem w ręku i naszym numerem IP w laptoku. Będziemy więc żyć bezpieczniej – czyli lepiej. Czyż nie o to chodziło w tym haśle?
Odsłon: 544 Komentarzy: 0
1
2
dalej »