Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Elegia o chłopcach polskich

Kategoria: Poezja Friday, 16 April 2010, 22:14

I zostali biedni chłopcy polscy sierotkami,

I usiedli z złożonymi pobożnie rączkami,

I prosili Ameryki- Użal się nad nami,

I krzyczeli-Odtąd wszyscy żeśmy Kordianami!

-

I świat słuchał polskich chłopców z nabożnym skupieniem,

I się dzielił, po kawałku, tym polskim strapieniem,

I raz nawet kiwnął chłopcom główką z zrozumieniem,

I się czymś tam innym zajął strudzon przedstawieniem.

-

Chłopcy w płacz-Jak tak można?! Moskale! Czerwoni!

I tylko TAMCI milczeli….

I cisza była wkoło nich.

Odsłon: 325 Komentarzy: 2


Cisza, proszę!

Kategoria: Poezja Thursday, 15 April 2010, 04:11

No i stało się. Wzruszające obrazki z łzami spływającymi po wiośnianych policzkach dziewcząt lub też patetycznie żałobne oblicza czcigodnych nestorów zmieniły się w wcale niepiękny narodowy jazgocik. Cudnie. Zresetowani łatwiutkim współczuciem możemy się z czystym sumieniem oddać ulubionemu sportowi- czyli wzajemnemu podgryzaniu łydek. Jednak łydki, jak to już u Gombrowicza bywało, mają tę dziwną właściwość, że nie sposób przyprawić im gęby. Łydki to nasze słabości, bezwstydna oraz przyziemna nagość kompleksów, zakłamania i głupoty. Łydki nie bujają w obłokach, lecz stąpając twardo po gruncie rzeczywistości, wiedzą, że „innego końca świata nie będzie”. Tylko ten, który sami sobie na własny użytek stworzymy. Nie zmieni się prawie nic. Trochę prawdziwej rozpaczy, garść patriotycznych gestów i kilka „wspomnieniowych” programów w t.v. W skali kraju- przejściowe zawirowania po których wszystko wraca do normy. W skali świata- kilka hałaśliwych tytułów i lepsza „sprzedawalność” co bardziej zapobiegliwych gazet.  Taki koniec świata łatwo przegapić. Gdyby bezlitośnie kąsane łydki posiadały zdolność mowy krzyczałyby głośno- Stójcie, zatrzymajcie się chociaż na chwilę. Przecież jeszcze kilka dni, a znikną czarne wstążeczki i będziecie mogli wrócić do wygodnej dziupli zadowolonej z siebie hipokryzji. Łydki jednak milczą…i może warto brać z nich przykład.

-                                                                                              

Błoto

-

Widzę, jak płynie ulic poszumistą rzeką,

Albo śliskim jęzorem liże ściany domów,

Chociaż znane tak dobrze, nie znane nikomu,

Tysiąc umarłych źrenic skrywa pod powieką.

-

Ludzie, jak rojne muchy wznoszą ręce z gazet,

Aby zasłonić jego uśmiech zbyt szyderczy,

Setny to raz już chyba, choć straszny jak pierwszy,

Pod szarą suknią mnicha ukrywa się błazen.

-

Naiwna prostoduszność ludzi, którzy myślą,

Że dmuchając na fale zmienią ich kierunek,

Jest zbrodnią nieświadomą, karą nieumyślną.

-

Bo błoto nie zna cierpienia, jak nie zna litości,

Jednym dlań smak cykuty, czy wyborny trunek,

Zostawi kilka skrawków, znak dla potomności.

-

Ostatnie przedstawienie

 

Zanim widowni szepty zbledną,

Cienie ostatnich marzeń zwiędną.

Jeszcze kurtyna purpurowa,

Pęknie jak zbyt dojrzały owoc.

-

Na pustej scenie, stary aktor,

Powietrze gestem krojąc jak tort,

Zaleje ciemność plamą światła.

-

Poderwie widzów siła nagła,

Wyjdą z teatru i bez słowa,

Kurtyna spadnie purpurowa.

-

***

-

Przechodzą przez nas ścieżki

rycerzy

kupców

złodziei

sennych piekarzy lepiących złociste rogale

zbieramy je jak zboże

ścięte ulewą

którejś księżycowej nocy

i my wyruszymy

po tych następnych

i nas tak zbiorą

spod nóg wymiotą

wiersz

 

Odsłon: 337 Komentarzy: 5


Żyj szybko, umrzyj młodo!

Kategoria: Ogólne Sunday, 28 March 2010, 15:15

Żyj szybko

-

 Żyj szybko, umieraj młodo”. To dosyć cyniczne hasło jest mottem przyświecającym zaskakująco dużej liczbie ludzi. Nic w tym dziwnego. Brzmi przecież efektownie, by nie rzec – efekciarsko. Zakłada maksymalizację przyjemnych doznań przy jednoczesnej minimalizacji kosztów. Nie od dziś wszak wiadomo, że lepiej być pięknym i młodym… Wiedza ta nigdy jednak nie była aż tak powszechna.

Młodość to doskonałość cielesna, sprawność i niefrasobliwość, która nie pyta o to, co będzie jutro. Młode i atrakcyjne ciało stanowi oręż, z którym człowiek idzie do walki z otaczającym światem. To ono, a nie wiedza czy doświadczenie, zapewnia powodzenie w życiu zawodowym i osobistym.

Dzięki cudom współczesnej medycyny matki mogą wyglądać tylko o dziewięć miesięcy starzej od swoich córek, a starsze panie, ustylizowane na nabokowskie lolitki, dumnie obnosić swoją wylifitingowaną, wyprasowaną i naciągniętą do granic możliwości młodość upchniętą w najmodniejsze minispódniczki.

Symptomatyczny jest fakt, że z ekranu telewizora, gazet i ulicznych plakatów spoglądają na nas jedynie młode osoby. Starość jest wstydliwym mankamentem, niewybaczalnym grzechem dającym się zamaskować tonami podkładu i pudru, czy też litościwymi możliwościami programu do graficznej obróbki zdjęć. Idealne twarze, niezeszpecone rzeźbionymi przez życie rysami radości, smutku czy rozczarowania, nie przekazują nic poza prostym komunikatem: „Jesteśmy doskonałe i nic więcej wiedzieć o nas nie musicie”.

Starość i brzydota są zbyt dosłowne, zbyt bezkompromisowo ukazują prawdę, którą należy ukryć. Wyrażenie „człowiek dojrzały” przestaje być komplementem, a staje się uszczypliwym dwuznacznikiem, lub nawet jawną obelgą.

-

Wypieraj, wypieraj

-

Niestety, tak to już bywa, że im więcej wysiłku wkładamy w wyparcie jakiejś treści ze swojej świadomości, z tym większą siłą ona do nas wraca. Mechanizm ten wyjaśnił już Zygmunt Freud i jest to jedna z niewielu tez kontrowersyjnego doktora, której nie sposób poddać w wątpliwość. I tak jest w tym przypadku.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że wraz z upływem czasu ciało zmienia się, traci młodzieńczą świeżość oraz urodę. Możemy się z tym pogodzić, uważając, że ta niewątpliwa strata to nieuchronna konsekwencja rozwoju, nabywania wiedzy o osobie i ludziach, zyskiwania mądrości. Gorzej, gdy zbuntowani wobec tego, co dzieje się z naszą cielesnością, staramy się zaprzeczyć temu, co oczywiste.

Człowiek żyjący w ten sposób nigdy nie będzie robił radosnych planów na przyszłość, gdyż będzie mu się ona kojarzyć tylko z kolejnymi ubytkami w masce urody. Nie wspomni przeszłości inaczej, jak z żalem i goryczą, uświadamiając sobie, jak wiele stracił. Jedynie co mu pozostanie to pułapka „hic et nunc” – zamknięcie w doczesności, która jest ślepym zaułkiem pragnień.

Jak można godzić się dobrowolnie na takie istnienie, nieprzynoszące zadowolenia z tego, co było, jest i będzie? Widać można, choć sporym kosztem straconego na zawsze piękna, którego się nie dostrzegło, wspaniałych ludzi, których ominęło się wzrokiem przywykłym do wyłapywania idealnie gładkich portretów, a nie żywych osób.

-

Umieraj młodo

-

Oczywiście, istnieje wyjście zawarte w drugiej części przytoczonego na wstępie motta. Należy umrzeć młodo. Tak, by zaraźliwa choroba czasu nie zdążyła przetrawić doskonałej powłoki ciała. By nie pokazała, kim jesteśmy naprawdę, co możemy dać, nie otrzymując w zamian spojrzeń pełnych podziwu, zachwytu i zazdrości.

U niektórych decydują względy moralno-etyczne i religijne (samobójstwo jest czynem nieetycznym, a w świetle religii chrześcijańskiej – grzechem), wartości, które nie całkiem stłumione przez kult młodego ciała, każą myśleć o pozostawionych na świecie bliskich, lub też zwyczajny ludzki strach. Ci nie umrą młodo.

Co ma jednak zrobić człowiek, który żył szybko, tak by wyprzedzić wymykający się z rąk czas? Trudno powiedzieć. Czasami może jeszcze uratować resztki tego, co zostało z jego radości życia, relacji z ludźmi i sposobu widzenia samego siebie. Bywa jednak i tak, że jest już na to zbyt późno. W ciągłej pogoni za nieosiągalnym zabrakło chwili czasu na zastanowienie się, czy ta paniczna ucieczka ma sens. Przed sobą samym nie da się wszak uciec.

Należy pamiętać, że ciało jest częścią człowieka, bardzo ważną i wymagającą troski oraz opieki. Nie jest jednak całym człowiekiem. Można żyć szybko, umrzeć młodo i pozostawić po sobie ładnego trupa. Trudno jednak zaprzeczyć, że eleganckie prezentowanie się w trumnie to niezbyt ambitny cel życia…

 -

Iwona Jędrzejewska-   tekst zamieściłam  26.03.2010 na portalu Gazeta Świecka. pl

-

Jako tradycyjny już dodatek, wiersze:

-

Benzoesan sensu

-

By sens snu utrwalić

Białe kryształki sypali

Leżały na wątrobie

Razem z kebabem, Metaxą i ciężkostrawnym rozwodem

Leżały na sercu  z miłością do Jadwini i błyszczącym bypassem

-

 

Kroili w poprzek włókien wzdłuż światopoglądu

W równe cienkie plasterki- jak kucharz salami

On pod kryształkami zmieniał swoją postać

Równy, gładki i wysuszony

Jak kiełbaska z osła

-

Ars vivendi

 -

Ostrożnie odmierzać oddechy

 z kawałkiem cudzego nieba między zębami

uśmiechać się niewinnie

nie patrzeć w oczy lustrom

nie dotykać życia

gołymi rękami

nie mówić przez sen

mieścić się w sobie

zostawić

trochę miejsca na prawdziwą miłość

-

Ballada o Stalinie w melinie w Lublinie

-

 

Dreszcz niepokoju mknie przez wagony,

Tu koniec trasy, tu drogi kres.

 Trzeba wysiadać, więc podchmielony

Student, no dobrze , zalany „fest”,

Stawia swą stopę i przez perony

Mknie,  już nie kryjąc wzruszenia łez.

-

 

Coś go tak tkliwie tutaj rozrzewnia,

Że się zanosi szlochem jak bóbr,

„Exotic Sandra” poszła niejedna,

W głowie mu huczą „Harnaś” i „Żubr”.

Czy alkoholu moc to sprawiła,

Czy jeszcze inny powód był,

Co za pokusa go usidliła,

Iż się, po ludzku mówiąc, spił?

I na przepięknym dworcu w Lublinie,

W mieście tym bowiem wysiadł ów człek,

Nogi mu plączą się po to, by nie,

Mógł chodzić prosto, jeno w poprzek.

Tak go spytałam, lekko zdziwiona,

Gdy na ławeczki opadał brzeg,

On zaś flaszeczkę tuląc w ramionach ,

To mi, miast odpowiedzi, rzekł:

-

 

Trzeba ci wiedzieć, że choć w Lublinie,

Mieszkasz i sporo o nim wiesz,

W grodzie, co z kóz nad Pacanów słynie,

Wciąż wiele jeszcze tajemnic jest.

Tam,  gdzie Bystrzyca dziś wartko płynie,

Leżała kiedyś podmiejska wieś.

Tam pito w Józka brudnej melinie

Zdrowie Stalina po nocy kres!

Aż kiedyś w czasie długiej hulanki,

Rozległ się nagle okiennic zgrzyt,

Przeciąg pożółkłe podniósł firanki,

„Przebóg! Dobija  się ktoś do szyb!”

Strudzon wędrowiec w płaszczu szerokim,

Że twarzy było ani znać,

Pięścią potężną walił do okien,

By drzwi odemkła wesoła brać.

Wiadomo, żule  naród to bystry,

O co mu idzie pojęli w mig.

„Żytniej mu dali”, a jemu błysły

Oczy i chlusnął w krtań dobry łyk.

Po czym popatrzył na nich z wdzięcznością,

Wąs bujny otarł o dłoni wierzch,

I z pewną w głosie nieśmiałością,

Jedno im słowo, „Spasiba”, rzekł.

Nikt dotąd nie wie, kim był podróżny,

Lecz, jak z legendy  wynika słów,

Kwartę gorzały dotąd jest dłużny

Żulom sam Stalin, dziwny gość ów.

 Ja zaś, przez pamięć na to zdarzenie,

Powinność swoją studencką znam,

Potom lubelską odwiedził ziemię,

Abym mógł tutaj uchlać się sam.

-

W tym miejscu student umilkł strudzony,

A ja w podzięce, że mi tak składnie

Prawił historię o dziejach onych,

Poszłam zakupić kolejną „Sandrę”*.

-

 

*"Sandra exotic" znany koneserom trunek procentowy z domieszką siarki

Odsłon: 725 Komentarzy: 6


Ach, gdzie ci...młodzi poeci?

Kategoria: Poezja Friday, 03 December 2010, 21:24

"Tylko poeta głodny, jest wiarygodny" mówi bezlitosne, acz niepozbawione sensu przysłowie. Bo i jakże to? Poeta, który czerpie  zyski ze swej twórczości, żyje w wygodzie a, co gorsza, pewnym zbytku? To brzmi nieładnie, a pachnie podejrzanie. Poeta  winien w wyziębłej izbie na facjatce, drżącą z głodu i osłabienia ręką klecić natchnione strofy, nad ranem zaś  dokonać heroicznego żywota z wyrazem szczęścia zastygłym pozgonnie na obciągniętych pergaminową skórą kościach policzkowych. Ot co!   Wszak poeta nie realizujący w swym "życiu i twórczości" zasady 4N (natchniony, niezrozumiany, nieszczęśliwy nędzarz), to ktoś sprzeciwiający się całej, uświęconej znamienitymi przykładami, wielowiekowej  tradycji. Już  znający niedole literackiego żywota Naruszewicz pisał zgryźliwie:  "Cóż tam mój uczono-chudy mości panie, już roki dwa temu, jak w jednym żupanie i jednej kurcie widzę literackie boki…". Dwa wieki później Herbert natomiast wieszczy ł  w przecudnej "Balladzie o tym, że nie zginiemy" nieśmiertelną sławę tym, "którzy tylko osierocą wyziębły pokój, parę książek, pusty kałamarz, białą kartę…". Dlaczego i młode pokolenia nie  nie mają czerpać pełnymi, czy raczej pustymi garściami,  z tej sławetnej spuścizny? Oczywiście nie mam tu na myśli ludzi wyzbytych z czci i ideałów, ludzi o "moralności alfonsa", którzy mogliby rzec słowami Andrzeja Bursy "Ja chciałbym być poetą, bo fajnie jest poecie, bo u poety nowy sweter, markowe buty, piesek seter i dobrze żyć na świecie". Taki model poety i poezji kojarzy się nam jednak z poprzednią epoką, kiedy to wszystko, od mydła i cielęciny po ponętne  Muzy oraz wakacje w Bułgarii, było dostępne jedynie dla lojalnych tudież skłonnych do rozsądnych kompromisów. Siłą więc rzeczy rzuconej w przestrzeń, poruszamy się po linii- poezja biedna ale prawdziwa lub zła i  fałszywa. Nic więc dziwnego, że spotkani na ulicy młodzi poeci najpierw opowiadają przez pół godziny o cierpliwym całowaniu klamek w kolejnych redakcjach, na chwilę ożywiają się mówiąc o rozwijającej pracy w hipermarkecie, a potem, wbijając wzrok w chodnikowe płyty, mruczą niechętnie "tak, mam tu teczkę z kilkoma wierszami, zaniosę do "A" . Może wydadzą. I oddalają się, lekko przydeptując wystrzępione jeansy, a za nimi ciągnie się po kałużach długi szalik w zielone paski.

Jako dodatek kilka tekstów oraz serdeczna prośba- młodych poetów płci obojga z Lublina i okolic bardzo proszę o kontakt gg 667053!

-

Homer

-

 

W szklanej biblioteczce,

podany jak homar na półmisku,

nudzi się

ślepnie od nadmiaru przypisów.

 -

Dokładnie rozgotowany,

traci nieco witamin,

ale to wciąż ta sama zielona fala

opływa brzegi Itaki.

-

 

Słony wiatr od morza

niesie krzyki syren

w które wierzy już tylko

pan Andersen              

-z sąsiedniej półeczki.

-

  Ja też…

-

 

Świata klepsydra cicho szepcze

słowa bezwiedne, bezrozumne,

piasek uderza o powietrze,

tak czas umiera, ja też umrę.

 -                                             

Słowa bezwiedne, bezrozumne,

skrzypiec wariata sen natchnienia,

tak głos umiera, ja też umrę,

już się nie zmieni, co się zmienia.

-

                                                        

Już się nie zmieni, co się zmienia,

jak małż zamknięty w myśli trumnę,

w chmurze popiołów szarych – Ziemia,

Ziemia umiera-ja też umrę.

-

Co się kotu śni

 -

Dla Bubu, który codziennie rano spogląda w miseczkę wzrokiem pełnym tęsknoty

 -

Noc jest miękka jak kocie futerko,

cały wszechświat-zwinięty w ciepły kłębek,

cicho chłepcze Drogę Mleczną,

z nieba zwisają komety o mysich ogonkach.

-

 

Kot myśli- musi być ktoś,

kto wymruczał to wszystko,

gdy  mruży złote oko,

wszechświat robi się mniejszy.

 -

Kot marzy- na innych planetach,

mieszkają gdzieś inne koty,

żeglują na wielkich kanapach,

po morzach pełnych śmietanki.

 -

Kot ziewa-a jego pyszczek,

jest znowu tuż nad podłogą,

patrzy zdumionym wzrokiem,

w pustą, co rano, miseczkę.

Odsłon: 474 Komentarzy: 16


Pochwała kiczu, czyli-lepsze czasem kicze, niż to, co rzekł Nietzsche

Kategoria: Poezja Monday, 03 May 2010, 03:03

Zawsze płaczę przy „Złotym pierścionku”- srebrnowłosa pani muzykolog uśmiecha się z żenowaniem. -Ja wiem, że to banalna piosenka, ale kiedyś taki właśnie pierścionek dostałam. Taniutki, z cienkiej złotej blaszki z niebieskim kamyczkiem. Od Janka, wysokiego blondyna  sąsiedniej klatki. To był dla mnie najpiękniejszy upominek, nosiłam go dopóki identycznym cackiem nie pochwaliła się Halinka, koleżanka z klasy. A Janek? Nie wiem, nie utrzymujemy  ze sobą kontaktu. Podobno się rozpił…Mimo to, jak słyszę tę melodię ryczę jak bóbr,  sama nie wiem dlaczego… No właśnie, dlaczego dojrzała, cechująca się dużym obyciem muzycznym oraz nienagannym gustem, kobieta, reaguje na szmirowatą formę oraz wtórną treść niczym sentymentalna dzierlatka lat piętnastu.  Przesłodzonego Wieniawskiego można by od biedy usprawiedliwic, wytłumaczyć różnorodnością gustów i wolnością odczytań. Ale to?! Odpowiedzią jest KICZ. Sztuka idealna pod względem zasady ekonomii, gdyż wywołująca maksimum emocji przy minimalnym wysiłku ze strony odbiorcy. Szmira- fenomen przenoszący w rzeczywistość, w której wszystko jest piękne i proste, owiane różową mgłą łatwiutkich wzruszeń. Zawsze będziemy odrobinę wstydliwie , niemniej zupełnie szczerze zachwycać się burzliwymi dziejami miłości Stefci czy ordynata  oraz wzdychać na   ósmym seansie "Przeminęło z wiatrem". Bo jest w kiczu coś rozczulającego, swojskiego, coś czego nigdy nie będzie posiadać wysublimowana instalacja CHGX123. Kicz  jest sztuką nie dla  wyrafinowanych artystów czy innych  snobów, lecz dla LUDZI. Sztuką nie przejmującą się odpowiedzią na pytanie DLA JAKICH?

-

Gwoli ilustracji wpisu, kilka tekstów:

-

Pierwsza…naiwna

-

Czy są tak ważne te  banalne słowa,

wypowiadane przed  nami lub  po nas,

w chwilach, gdy milczeć może lepiej, chociaż

 milczenie przecież też ograna poza.

  Bo jak kicz kiczem, jej dłonie porankiem

  będą pachniały białym kwiatem wiśni

i się to szczęście z wstydu zarumieni

 że jest tak blisko i gada od rzeczy.

-

 

Czy to tak ważne?

Kto  je zamieni, te  niezręczne chwile,

 słowa wytarte  jak twój stary sweter

na żółty cynizm dymem z cygar tnący

obraz konwalii  w słoiczku po dżemie

-

Co- po –co?

-

Wiara- żeby w Nią wierzyć,

 Życie -żeby Je przeżyć,

 Miłość- żeby Ją kochać,

(Nie Natalię , czy Zochę).

-

A Nadzieja…nadzieję,

Żeby mieć, że istnieje,

Ta Nadzieja i reszta też,

może…

-

 

A ja nie wiem, i nie wiem,

Drapię gwoździem po drzewie,

Ono płacze i Ty płaczesz,

Boże…

-

Smutny  Ikar

-

 

Między pierzastym  chórem  nieba,

a piekielną kipielą,

błąka się smutny Ikar,

i płacze łzami z wosku.

-

 Aniołem się nie urodził,

stać się demonem  nie umiał,

bo był tylko człowiekiem ,

dzieckiem gwiazd i nicości.

-

I tak został na ziemi,

Do swej Ikarii przykuty,

Z dwoma bliznami po skrzydłach,

Co jakoś nie chciały wyrosnąć .

Odsłon: 381 Komentarzy: 8


Językiem trzeba się bawić!

Kategoria: Ogólne Tuesday, 16 February 2010, 05:53

Nie, nie próbuję  nikogo prowokować, ani gorszyć co bardziej  obyczajowo konserwatywnych frondoblogowiczów( blogersów?). Nadając mojemu postowi taki, a nie inny tytuł, nie miałach też zamiaru uzurpować sobie kompetencji profesora Starowicza, czy innej Wisłockiej.  Termin język, oprócz znaczenia anatomicznego, określa przecież także system wypracowanych przez daną zbiorowość znaków służących do komunikacji interpersonalnej. Język jako narzędzie komunikacji lub informacji, wyrażania swoich poglądów  i emocji, wpływania na drugiego człowieka, czy po prostu podtrzymywania łączącej ludzi więzi, traktowany bywa przez uświadomione kulturalnie osoby  z pełnym szacunku namaszczeniem. I dobrze.  W wykurwistych czasach, gdy intrygująca kobieta staje się szprychą z wporzo mleczarnią, a przystojny mężczyzna ciachem, przydaje się trochę zdrowego językowego puryzmu. Nie oznacza to jednak, byśmy mieli nasz język pokłaść na adamaszku niczym cenną, a podatną na uszkodzenie relikwię. Co to, to  nie. Takich klimatów to my nie czaimy! Słowa traktowane lekko i przymrużeniem oka, choć z zachowaniem niezbędnego szacunku, odwzajemniają się figlarną wieloznacznością i pełnymi frapujących aluzji niedopowiedzieniami. Nieobciążone drętwotą fachowo  przeterminowanej trawomowy, niezrażone  przaśnym  oraz wulgarnym ziomalstwem, odzyskają urodę i młodość. Elastyczny i wygimnastykowany język wyrazi  zaś więcej nie postawiając w ustach mdłego posmaku nieświeżego słowa. Wszak, jak nieopatrznie kompilując dwóch wieszczów, stwierdziła moja znajoma na ustnym egazminie maturalnym z języka polskiego-Chodzi o to, by język giętki, sięgał, gdzie wzrok nie sięga!

-

Dla zmiany smaku wklejam kilka tekstów:

-

Ludzie

-

Codziennie widuje się ludzi…

 

Mają krawat , wyraz twarzy i własne powody,

w wolnych chwilach sadowią się

 wygodnie pytając

-zajęte?

Tłoczą się

w sytuacjach bez wyjścia,

lubią strzepywać złudzenia z brązowych marynarek

i tylko czasem, gdy nikt nie widzi

znikają na chwilę

wracając do siebie

-

Na zwłokę

-

                

Być sobą znaczy, własnym trupem szastać,

Grac nim na zwłokę, co już będzie cudzą,

Zanim ci inni się w nas nie obudzą,

Patrzeć na niebo, że trawą porasta.

 

Zanim ci inni się w nas nie pobudzą,

Budujmy z klocków lego, ego, ego…

Domek potrzebny i ptakom i zbiegom,

Bez drzwi, bez okien…Niechże się potrudzą!

 

Domek potrzebny i ptakom i zbiegom,

Z wyschniętej sosny, sypmy tam okruszki,

Słów, bo wnet zlecą się przeklęte muszki,

Co gryzą brzęcząc-dlaczego?dlaczego?!

-

Staroświeckie anioły

 -

Staroświeckie anioły

kompletnie nie znają się na modzie

tę samą aureolę

noszą już trzeci sezon

nie wiedzą, o czym rozmawiają cheruby

w niebie zasypiają już po trzeciej zdrowaśce

zawsze trochę roztargnione

szorują księżyc zbyt czerwonymi dłońmi

cicho zdejmują skrzydła

bo za ścianą śpi dziecko.

Odsłon: 561 Komentarzy: 19


Pipetka, skarpetka, poetka- czyli o równoprawnieniu w poezji

Kategoria: Poezja Thursday, 02 December 2010, 04:08

Poeta to brzmi dumnie, to brzmi szlachetnie i poważnie. Poeta z lutnią w dłoni słowicze trele wznoszący pod balkonem ukochanej jest postacią wzruszającą oraz liryczną ( dopóki  mąż ukochanej, wcześniej z męskiego spotkania wróciwszy, niefortunnego truwera kijami nie obije). Poeta w powiewającym czarnym płaszczu, z wzrokiem pałającym wieszczym szaleństwem, budzi szacunek i respekt.  Poeta odbieżający swej kochanki, poświęcający młode i jakże przystojne życie dla dobra sprawy, przesłania mgłą łez  kryształowych sentymentalne źrenice Klar,  Dorynd i…Zoch. Inaczej dzieje się z poetkami. Poetka to osoba "ex definitione" podejrzana, stanowiąca wątpliwej jakości karykaturę POETY. Już sama jej nazwa przywodzi na myśl coś drobnego i nieznaczącego,  przeniesiony w sferę literatury odpowiednik skarpetki, pipetki czy makietki. I nie chodzi tu  jedynie o to, że poetek wybitnych w dziejach polskiej oraz światowej literatury  napotyka się relatywnie niewiele.  Raz na jakiś czas zdarza się   jakaś Safona, Dickinson, Achmatowa czy Jasnorzewska. Zrozumiałe wydaje się przecież, że, o ile kobiety są częstymi odbiorcami poezji to, z reguły, rzadko ją tworzą.  Mężczyźnie nie wypada wszak czytać wierszydeł jakiejś sentymentalnej pensjonarki. Wypada natomiast być wielkim poetą, który otulony cieplutkim szalikiem uwielbienia, cierpi za miliony(szczególnie, jeżeli miliony leżą spokojnie na dobrze oprocentowanym koncie). Ja chciałbym być poetą, bo byczo u poety, bo u poety cztery żony, a z każdą dawno rozwiedziony, a ja lubię kobiety- jak pisał Andrzej Bursa. Z tym się możemy ostatecznie zgodzić. O wiele istotniejszy  wydaje się fakt,  że gdy już jakiś mniej lub bardziej rozczochrany, spocony i zasapany białogłowski łebek wedrze się na skałę pięknej Kaliopy, zostaje stamtąd szybciutko zepchnięty, spostsponowany, do "kucharek" odesłany tudzież posądzony o lesbijstwo (ach, Safono…), grafomanię oraz inne zboczenia.Wiem. Nie zawsze się tak dzieje, a ja przesadzam, smęcę i uogólniam, ale cóż począć. W końcu przecież "Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią…"

-

Dla przełamania minorowego nastroju dwa tekściki:

-

poetka

-

 

poetka-to taka mała poeta

co pisze o ważnych sprawach

na wprost perkatego noska

 

w najkrótszym wersie się zmieści

gdy łapie muszki we fraszki

 

o ile nie oczekujesz

burz Konradów i wizji

 to całkiem miłe stworzonko

a śpi w klatce dla lalek  

-

Muz kochanek

-

Na stole leży pusta skorupa,

Pęknięty czajnik z urwanym nosem,

Tak, proszę państwa, trochę podupadł,

Poeta, piewca dziewcząt i wiosen.

 

Obok z butelką, jak z metaforą,

Ze niby coś jest, lecz wewnątrz pusto,

(krytycy jeszcze się na to biorą),

Zmięte skarpetki i stare lustro.

 

On zarośnięty (to romantycznie),

Oraz przepity (tak z dekadencka),

Wiersz deklamuje-no, niezbyt ślicznie,

Ale cóż, muza też nie jest piękna….

Odsłon: 447 Komentarzy: 16


Ciapaja - po cięciach godnych samuraja

Kategoria: Poezja Thursday, 02 September 2010, 02:48

Tytułowa ciapaja nie jest niestety mym autorskim pomysłem, lecz określenie to zostało zapożyczone z jednego z komentarzy dotyczących mego poprzedniego wpisu.  Czym jest ta szlachetna substancja? Ciapaja to potrawa mdła i amorficzna, o niejasnym pochodzeniu i niezidentyfikowanych ingrediencjach. Jej temperatura to letniość, której obce są zarówno upalne temperatury tropików, jak i przeszywający chłód Arktyki. Ciapaja nie posiada wyrazistej faktury, jej kontur jest płynny, przelewa się poza granice słowa płatami łuszczących się, jasnoróżowych wersów. Ciapaji nie można spojrzeć w oczy, gałki oczne ma zaklejone lepką pajęczyną. Ciapaję widuję się na przystankach autobusowych, w okolicach hipermarketów i przedszkoli. Na jej szarej z niewyspania twarzy rysują się przedwczesne zmarszczki, zawsze niedoczyszczone obcasy kłapią po  płytkach chodnikowych: ciap, ciap. Ciapaja śpieszy się domu, dziecka chorego na odrę, matki, która ciągle nazywa ją imieniem dawno  zmarłej siostry. Ciapaja jest wśród nas. 

Przepraszam za tę małą  dygresję na temat Ciapaji. Obiecuję, że postaram się ją,  o ile tylko będę w stanie, usunąć ją ze swojego bloga. Czy mi się uda?Nie wiem. Ciapaja bywa uparta, jest w końcu kobietą. W ramach redukcji Ciapaji wklejam tylko dwa teksty:

-

Kopciuszek

 

Musisz się spieszyć, pamiętaj,

w wypożyczonej sukni,

zdążyć między jeden oddech, a drugi,

zatrzymać trenem wskazówki zegara.

                                                              

Zapisać szeptem na ścianie:

-niezrozumiałą litanię skrzypiec

-przebłyski spódnic

-brzęk słów upadających na szklaną podłogę.

                                                                          

Jeszcze tylko zgubić pantofelek,

-on jeden będzie żył naprawdę

i pęknie cienki włos, rozpryskując wokół krople szkła.

                                                                                       

Usłyszysz dwanaście głuchych wystrzałów,

nim jedenasty skona,

fraki ukłonią się pudrowanym perukom w następnej figurze menueta.

-

Panegiryk dla nieobecnej*

 

Nie, nie byłaś Izoldą która jasne złoto,

W babie lato oplata-nić ze śmierci tkaną,

I Heloizą nie byłaś pod nieba fontanną,

Kiedy ślady po gwiazdach zaciera tęsknotą.

 

Ani nawet nie Julią wklętą w marmur ciszy,

W swym kaplicznym spokoju, że śnić to miłować,

Nie dla Ciebie Ofelii kwiaty , ani słowa,

Krzyków zza wiek z papieru nikt już nie usłyszy.

                                                                                     

Nie, te nie dla Ciebie, zanim nie dopłyniesz,

Nim rzęs twoich nie zgasi wiatr jak piasek płowy,

Lecz gdy jesteś w pokoju ,odwracają głowy,

Słoneczniki, by sprawdzić ,kto gra na pianinie.

                                                                      

Odsłon: 488 Komentarzy: 16


Poezyja godna stryja

Kategoria: Poezja Saturday, 02 January 2010, 01:48

A zatem, zgodnie z zapowiedziami, czy raczej pogróżkami, wklejam pierwszą część swoich utworków-potworków.  Pochodzą one z różnych okresów mego "poetyckiego rozpasania", są wśród nich zarówno wiersze rymowane, jak i białe. Wszystkie noszą zbiorczą nazwę "Tygrysów" . Określenie to zaczerpnięte zostało z tytułu mojego pierwszego, w pełni świadomie i dobrowolnie napisanego( a zatem spełniającego definicję grzechu)  wierszydełka, do którego jestem, mimo upływu niemalże dziewięciu lat, niezmiernie przywiązana.  Ku pokrzepieniu ducha i ucha, nauce oraz przystrodze…

-

Tygrysy

 

Nasze wspomnienia-tygrysy

Zamykamy je w klatce niedomówień

Oplątujemy siecią słów:

-To było dawno.

-Nie pamiętam.

-Trzeba żyć dalej.

 

Nasze tygrysy-wspomnienia

Polują na chwilę nieuwagi

By rozszarpać pamięć

Na strzępy

-

Mandala

-

Tę mandalę tworzono inaczej,

Każdego dnia odejmowano po kilka ziaren z kolorowej  mozaiki

Stopniowo jej barwy jaśniały,

Traciła ciężar i zapach,

Pierwszy znikł kolor włosów

Odpadał z nich z nich grubymi płatami kory

Później skóra zaczęła prześwitywać

Bielą niezamalowanego tła

W końcu dotarto do samego sedna

Jak do nagiego

Kielicha dmuchawca

-

Poduszka

 

Tkanina bez czasu i granic,

cień sprany kwiatu jabłoni,

dłonie bez rękawic,

rękawice bez dłoni.

                                

Drapiące powietrze pióra,

Sny połamane na Nic,

Bieli krzycząca purpura,

Kraina bez czasu i granic

-

Rocznica

-

Słońce nie świeci jak napalm.

Przywódcy wymieniają uściski dłoni i i liczbę poległych.

Dorośli udają powagę.

Młodzież nie udaje znudzenia

Staruszka, w której kochał się młody żołnierz z fotografii,

Podlewa pelargonie w plastikowej doniczce.

-

Jak widać na powyższym obrazku, próby edycji mojego wpisu nie zakończyły się pełnym sukcesem-odległość między poszczególnymi wersami nadal zmienia się samodzielnie i bez mego świadomego udziału:). Pod wpływem otrzymanych sugestii zmieniłam jednak sposób zapisania wierszy oraz ograniczyłam ich liczbę do strawnej (mam nadzieję) porcji. Kolejne fragmenty będą się ukazywały systematycznie ( ja i systematyczność- ha, ha).

Odsłon: 298 Komentarzy: 8


Manifest frondystyczny

Kategoria: Ogólne Saturday, 30 January 2010, 01:17

Po cóż mi ten blog? Gdybym wiedziała, to bym go pewnie  nie pisała…Już w czasach wczesnej podstawówki wyróżniałam się  wszak nieposiadaniem owych słodkich różowych cacuszek z fikuśną kłódeczką, w których ku wiecznej pamięci pokoleń utrwalało się wierszyki w stylu: "Gdy Ci jakiś chłopiec powie, Zosiu, kocham Cię, ty leciutko odchyl głowę i odpowiedz- odwal się…", lub też "Na górze róże na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki" czy "Love krowe pisał byk, krowa zdechła, a byk w ryk". Nieco później, moja niechęć do "uwieczniania się kupamięciowego" rozciągnęła się na tzw "Złote myśli" . Gwoli wyjaśniania- był to najczęściej gruby kratkowany zeszyt kratkowany z podobizną "Kelly familly" lub "Spice girls" na okładce. Istotą udzielenia wpisu w "Złotych myślach" było udzielenie krótkich odpowiedzi na następujące pytania:ulubiony kolor, ulubione zwierzę, ulubiony aktor, czy masz zwierzę, rodzeństwo, chłopaka  lub dziewczynę…Na koniec zaginało się jesze róg karti i pisało "swój sekret"(pamiętam, jak nagabywana o dopełnienie tradycji umieściłam w zagiętym rogu napis to mój sekret, tu s… se kret i opatrzyłam całość podobizną znanego z dobranocki "krteka"w pozycji kucanej). Ale idźmy dalej. Moja awersja pamiętnikarska nie zelżała nawet w dobie zachwytów nad Grześkiem, Jackiem czy innym Plackiem z 8 "a" czy "c". Może to wina usposobienia mało czułego na uroki pierwszej, płochliwej jak poplamione atramentem palce, miłości? Nie wiem. Faktem jest natomiast, że aż po dziś dzień nie splamiłam się nigdy ani wersem literatury "sobieswojej". Do szuflady, komody i innych narzędzi przechowawczych zdarzało się pisać, owszem. Przeważnie bez nadziei znalezienia czytelnika moich nastoletnich, a potem odpowiednio coraz bardziej wiekowych, wypocin. Jednak nigdy dla siebie, dla własnej przyjemności, (bądź nieprzyjemności) albo  wyżalenia się na ciężką dolę nieuzdolnionego matematycznie dziewczęcia wprzęgniętego w tryby polskiej machiny edukacyjnej (ach, ten kaganiec oświaty). Niestety, zainfekowana złośliwym bakcylem Frondilius blogus( polska nazwa frądzik złośliwy) i pozwoliłam swej klawiaturze wystrzelić serią zdań rozwiniętych, nierozwiniętych, lub zgoła niedorozwiniętych. A to dopiero początek. Mam szczery, a złowieszy zamiar torturować wszystkie nieszczęśliwie tu zabłąkane frondowe duszyczki kolejnym wpisami, nie oszczędzając im nawet fragmentów mej tffuuu-rczości.  A co! Cierpienie wszak uszlachetnia. Kto powiedział, że tylko pisarza?

Odsłon: 388 Komentarzy: 3


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.