
Monday,14 May 2012,22:52
Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:52
Matka Angelika nie bardzo sama wiedziała co zrobić z wewnętrznym głosem mówiącym jej o potrzebie rozpoczęcia transmisji radiowych. Wyobraziła sobie, że zbuduje studio w Rzymie, gdzie przebywający seminarzyści z całego świata będą nagrywali programy we wszystkich językach. Nabyła nawet ziemię z willą niedaleko Rzymu. Całą operację pomógł sfinansować milioner filantrop holenderski, Piet Derksen. Jednak trudności związane z uzyskaniem licencji na działalność we Włoszech i nieprzychylność niektórych osób w Watykanie nie widzących powodu dla którego miałoby powstać radio dublujące działalność Radia Watykan spowodowało, że matka Angelica zaczęła spoglądać w stronę Alabamy.
Radio musiało kosztować, a pieniędzy nie było wcale. Matka Angelika zwróciła się o pomoc do Josepha Canizaro, agenta nieruchomości z Nowego Orleanu, który zagwarantował finansowo niegdyś jej dostęp do satelity Galaxy. Teraz musiał jednak odmówić. Recesja spowodowała, że on sam miał problemy finansowe, a ziemia którą niedawno nabył okazała się dzikim wysypiskiem śmieci i koszty czyszczenia jej miały wynieść sto milionów dolarów. „Powiedz mi o co mam się modlić, żebyś mógł mnie wspomóc milionem dolarów” –odrzekła mu matka Angelika, zanim usłyszała definitywne „nie”. Po namyśle Canizaro odparł, że jak uda się mu sprzedać Crown Plaza Hotel za wystarczającą sumę pieniędzy da jej milion dolarów. „Myślałem, że ona jest stuknięta” –powiedział później Canizaro.
W międzyczasie współpraca EWTN z konferencją biskupów nie układała się zbyt dobrze. Matka Angelika odrzucała jeden program na każde trzy przez nich dostarczane. Co więcej przyczyną przez nią podawaną nie była zawartość, ale słaba jakość uniemożliwiająca nadawanie. Biskupi zaczęli nawet rozważać zmianę umowy z matką Angeliką, ale jak konferencja biskupów dostarczyła film, w którym jakiś kleryk udowadniał, że następny papież zniesie celibat i wprowadzi kapłaństwo kobiet, to miarka się przebrała. Bill Steltemeier uwolnił biskupów od kłopotu pracy nad nowym porozumieniem z EWTN i po prostu zerwał kontrakt. Współpraca z konferencją Episkopatu zakończyła się definitywnie.
Na początku 1990 roku Canizaro podał do sądu poprzednich właścicieli zakupionego przez siebie terenu, wielką firmę naftową. Sądził ich o 15 milionów dolarów. Sąd zarządził odszkodowanie w wysokości 35 milionów. Ta suma pozwoliła mu na kupno innych terenów w Nowym Orleanie nad samym wybrzeżem i zainwestowanie w te tereny zrobiło z niego bogatego człowieka. Canizaro odebrał to jako cud wymodlony mu przez matkę Angelikę i osobiście przywiózł jej obiecany czek na milion dolarów. Umożliwiło to rozpoczęcie prac nad krótkofalowym nadajnikiem, choć suma ta była zaledwie początkiem. Matka Angelica zakładała, że całkowity koszt rozgłośni wyniesie jedenaście milionów dolarów. W ostateczności okazało się, że koszty te przekroczyły 23 miliony dolarów, a z wydatkami na ziemię i willę we Włoszech blisko trzydzieści pięć. Większość tych kosztów pokrył Piet Derksen.
Gdy w jakiś czas potem jeden ze zwolnionych pracowników radia EWTN oskarżył fałszywie matkę Angelikę przed holenderskim milionerem o złe gospodarowanie pieniędzmi, zerwał on jakąkolwiek współpracę z EWTN i zakończył swą pomoc. Nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień, krzycząc tylko do telefonu i powtarzając bezpodstawne oskarżenia. Po latach, przed swą śmiercią, Derksen pojednał się ponownie z matką Angeliką, ale w momencie zerwania ich współpracy znowu nad nową rozgłośnią zgromadziły się czarne chmury. Połączono wtedy radio i telewizję w jeden organizm i to umożliwiło finansowanie kosztów pracy radia.
Radio początkowo nadawało programy w kilkudziesięciu językach, ale bardzo szybko zmieniło swój profil i charakter. Zaczęto nadawać tylko po angielsku i hiszpańsku. Głównie ścieżki audio z telewizyjnych programów EWTN, choć z czasem także zaczęło powstawaćb wiele programów wyłącznie dla radia. Matka Angelica oprócz nadawania przez krótkofalowy nadajnik wkrótce zaczęła transmisję przez Internet, a także przez satelitę. Jej sygnał jest darmowy i każdy może go retransmitować dalej. Dzięki takiej polityce zaczęło powstawać w Stanach coraz więcej naziemnych katolickich stacji radiowych, które w całości, lub częściowo retransmitują programy matki Angeliki. Gdy powstawało EWTN były zaledwie dwie katolickie stacje radiowe w USA. Dzisiaj jest ich już ponad sto dwadzieścia i niemal każdego tygodnia powstają nowe. Ostatnio udało się uruchomić silną stację radiową w San Francisco, mieście nazwanym ma cześć Świętego Franciszka, a tak ostatnio zlaicyzowanym i liberalnym, że na pewno praca radia EWTN będzie tam potrzebna i przyniesie dobre owoce.
Wiele można by jeszcze napisać o Matce Angelice. O szczególnej opiece, jakiej podlega całe jej życie. O jej mistycznych przeżyciach. O jej spotkaniach z Archaniołem Michałem, którego widziała we Włoszech, gdzie na Górze Gargano poczuła ona jak Archanioł przyłożył swój miecz do jej boku i powiedział: „Będę zawsze u twego boku i będziemy walczyć razem” i który później w Alabamie wskazał jej miejsce, gdzie miała postawić antenę swego radia. Nawiasem mówiąc fachowcy odradzali to miejsce, uważając, że nie nadaje się do tego celu. Jednak matka Angelica posłuchała archanioła Michała, nie fachowców i dzięki temu sygnał z jej radia jest doskonale słyszalny na całym świecie. A to, że miejsce zbudowania anteny nadajnika akurat wypadło w gminie Santa Clara jest oczywiście przypadkiem. Matka Angelika to przecież klaryska…
Dzisiaj radio EWTN oprócz krótkich fal, Internetu i lokalnych rozgłośni transmitowane jest także przez satelitarne radio Sirius. Ja właśnie w taki sposób słucham go w mojej ciężarówce. Jadąc mogę zawsze łapać sygnał z satelity i niezależnie od tego gdzie się znajduję, mogę przez 24 godziny słuchać ich wspaniałych programów. Z radiem EWTN współpracuje organizacja Catholic Answers z San Diego w Kalifornii, www.catholic.com , która każdego dnia ma dwugodzinny blok programów apologetycznych, tłumaczących naszą wiarę. Codziennie rano i popołudniu są godzinne audycje społeczne transmitowane z radia Ave Maria z Michigan. Radio to założył były właściciel sieci pizzerii „Dominos Pizza”, Tom Monaghan.
Tak nawiasem mówiąc Tom Monaghan to także fascynująca postać, warta osobnej biografii. Oddany do sierocińca po śmierci ojca, gdy dorósł poszedł do wojska, a później za zaoszczędzone pieniądze z żołdu kupił małą pizzerię. Rozbudował ją tak, że stała się drugą co do wielkości siecią pizzerii w USA. Sprzedał ją potem za miliard dolarów. Lektura książki CS Lewisa „Mere Christianity” ( Chrześcijaństwo po prostu) spowodowała, że przeżył głębokie nawrócenie i powrócił do religii swego dzieciństwa, katolicyzmu. Teraz buduje na Florydzie całe miasto oparte na katolickiej nauce moralności, z katolickim uniwersytetem. (Ave Maria University, www.avemaria.edu , www.avemaria.com ) Nie będzie tam żadnych pornograficznych kanałów w telewizji, apteki nie będą sprzedawały żadnych środków antykoncepcyjnych, nie mówiąc już o braku jakichkolwiek aborcyjnych młynów. Centralnym ośrodkiem miasteczka będzie wspaniała bazylika, w której zawsze będzie odprawiana liturgia Mszy Świętej zgodnie z wytycznymi Watykanu. Oczywiście wiele liberalnych organizacji już planuje oddanie go do sądu, by zmusić go do zmiany planów, ale on na to tylko odpowiada: „Niech próbują. Dostarczą mi tylko darmowej reklamy”.
A wracając do tematu, czyli do Matki Angeliki, to skoro jesteśmy przy liturgii warto wspomnieć o Mszy, jaka jest transmitowana przez EWTN. Kilkanaście lat temu konferencja biskupów miała kolejny pomysł na reformę liturgiczną w Stanach. Pewne osoby nie mogą po prostu zaakceptować tego, co nam daje nasza Matka, Kościół, ale zawsze dążą do forsowania swoich poglądów. Częściowo już im się to udało i na przykład wszędzie tam, gdzie w Biblii święty Paweł napisał „bracia”, w oficjalnym przekładzie używanym podczas liturgii w Stanach czytamy „bracia i siostry”. Gdy jednak dochodziły słuchy, że nie jest to koniec reform, matka Angelica zaczęła sama sprawdzać co mówią dokumenty Soboru Watykańskiego II na temat liturgii. Gdy się okazało, że Sobór nie tylko nie zakazał łaciny, ale wręcz nauczał, że jest to specjalny, uroczysty język liturgiczny, który należy szanować, wprowadziła ona go do transmitowanych przez siebie Mszy. Czytania w Pisma Świętego i kazania są oczywiście po angielsku, ale wszystkie stałe części Mszy są po łacinie. Gdy to pierwszy raz wprowadziła, było to sporym szokiem dla Amerykanów, ale teraz coraz częściej w różnych regionach USA spotyka się odmawianie pewnych stałych fragmentów Mszy w tym języku. Niewątpliwy wpływ EWTN.
Matka Angelica jest twierdzą ortodoksyjnego katolicyzmu w USA. Zawsze stoi na straży nauki Magisterium i nie boi się powiedzieć tego, co myśli. Czasem powoduje to pewne kłopoty, jak na przykład podczas jej konfliktu z kardynałem Mahony. Powiedziałbym nawet, że bardzo poważne kłopoty. Kardynał Mahony z Los Angeles napisał list odczytywany we wszystkich jego parafiach, z którego wynikały wątpliwości co to wiary kardynała w prawdziwą obecność Pana Jezusa w Eucharystii. Matka Angelica skrytykowała ten list i powiedziała, że gdyby ona była członkiem archidiecezji Los Angeles, jej posłuszeństwo wobec kardynała byłoby zerowe. I o ile sama krytyka listu pasterskiego kardynała znanego ze swych liberalnych poglądów było uzasadnione, to ostatnia uwaga była przekroczeniem prawa kanonicznego. Kardynał Mahony zaczął krucjatę przeciw EWTN i nawet w Rzymie szukał możliwości zemsty.
Matka Angelica przeprosiła za nawoływanie do wypowiedzenia posłuszeństwa kardynałowi, ale też dokładnie zanalizowała cały jego list pasterski. Poprzednio bowiem jej uwaga była zaledwie rzucona mimochodem, przy okazji mówienia o czymś innym. Jej analiza, bardzo ostrożna tym razem, jeszcze bardziej rozzłościła kardynała. Nie przyjął przeprosin matki Angeliki i zarówno w Rzymie, jak i u biskupa Birmingham oraz na konferencji biskupów amerykańskiego episkopatu żądał, by coś zrobiono z tą niepokorną zakonnicą. Matka Angelica jednak się nie ugięła do końca. Przy okazji okazało się, że to ona, prosta siostra zakonna ma w Watykanie większe wpływy nić potężny kardynał jednej z największych amerykańskich archidiecezji. Jednak konflikt ten spowodował, że cała organizacja EWTN została przekazana w ręce osób świeckich. Była to świadoma decyzja matki Angeliki. Obawiała się ona, że nawet, jak nie uda się liberałom przejąć EWTN za jej życia, to mogą zainstalować kogoś w jej miejsce po jej śmierci. Zrezygnowała więc ona całkowicie z prawa weta i w ten sposób zabezpieczono EWTN od zapędów liberalnych członków władz Kościoła od przejęcia kontroli nad tą rozgłośnią. Takie posunięcie na pewno było ryzykowne. Nie ma żadnej gwarancji, że kiedyś i we władzach świeckich EWTN nie znajdą się głosy liberalne. Ale jak na razie wszystkie osoby związane z EWTN są bardzo wierne Magisterium, papieżowi i nauce Kościoła, a osoby związane z konferencją episkopatu, z biskupami, nie raz pokazywały swe niepokorne oblicze.
Wystarczy wspomnieć choćby przedstawienie Drogi Krzyżowej, pantomimę, podczas papieskiej wizyty w czasie Światowego Dnia Młodzieży w Denver. Rolę Jezusa odgrywała tam młoda, piękna dziewczyna. Matka Angelica wręcz odchorowała ten spektakl. Świadkowie mówią, że płakała całą noc, a na drugi dzień w swej audycji w bardzo gorzkich słowach powiedziała co myśli o tych, którzy „nie mają nic do zaoferowania poza niszczeniem tego, co dobre i co święte w Kościele”. „”Spróbowalibyście tego z Martinem Lutrem Kingiem. Dajcie kobietę w jego roli i zobaczcie co się stanie. Spróbujcie tego z Mojżeszem, albo Mahometem. Ale nie, my jesteśmy jedynymi, których można tak obrażać i którzy niczego nie mówią”. A konferencja biskupów wydała tylko oświadczenie mówiące, że „pantomima nie jest historycznym odtworzeniem rzeczywistości, lecz sztuką i każdy, nawet dziecko, może odegrać każdą rolę”. Oczywiście oni być może nie widzieli, albo nie chcieli zobaczyć tego, co natychmiast zobaczyli i podchwycili zwolennicy idei kapłaństwa kobiet.
Siostra Maureen Fiedler, głośna zwolenniczka kapłaństwa kobiet powiedziała reporterom, że jest hipokryzją ze strony Kościoła mówienie, że kobieta nie może „In Persona Christi” odprawiać ofiary Mszy, gdy na spotkaniu z papieżem ten sam Kościół ukazuje „In Persona Christi” kobietę podczas inscenizacji Drogi Krzyżowej. „Jedyny powód, jaki Watykan daje przeciw kapłaństwu kobiet, to to, że my nie jesteśmy obrazem Jezusa. Ale jak oni sami wyobrażają Jezusa w ich drodze krzyżowej, to najwyraźniej ktoś w Watykanie musi uważać, że jednak kobieta może być obrazem, wyobrażeniem Jezusa. Własną ręką obalili swoje argumenty”. Podobnie skomentowała to codzienna gazeta z Denver. „Denver Post”. Napisali, że jest ironią losu, że kościół, który zabrania kapłaństwa kobiet, przedstawia w roli Jezusa kobietę.
Jedyną oficjalną odpowiedzią na krytykę, jakiej udzieliła matka Angelica w swym programie był telefon arcybiskupa Williama Keelera, prezydenta Konferencji Episkopatu, w którym powiedział on matce Angelice, że „przesadziła ze swoją reakcją”. Natomiast arcybiskup Rembert Weakland napisał później o komentarzu matki Angeliki: „Przez pól godziny paplała ona o wszystkich wykroczeniach po Soborze Watykańskim, jakie rzekomo mają miejsce według jej osobistego sądu, który oczywiście uważa ona za zgodny z sądem Ojca Świętego. Był to najbardziej hańbiący, niechrześcijański obraźliwy i poróżniający atak jaki kiedykolwiek słyszałem”. „Jeżeli on uważa, że granie roli Jezusa przez kobietę nie było obraźliwe, to jeśli o mnie chodzi, może on wsadzić swoją głowę do toalety”- odpowiedziała matka Angelica. (“He can put his head In the back toilet, as far as I am concerned.” Page 244). Biskupi więc najwyraźniej świadomie zgodzili się na takie wyzwanie papieżowi, albo nie widzieli w takim świętokradczym przedstawieniu naszego Pana niczego złego. I chyba nie wiadomo, co jest gorsze. A reakcja matki Angeliki była tylko dlatego taka, że dla niej to nie był atak na jakiegoś historycznego, dalekiego Jezusa. Ona zawsze odbierała każdy atak na Jezusa, czy to w zamachu na dogmat o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii, czy na to przedstawienie Go w drodze krzyżowej jak atak na jej ukochanego ponad wszystko Oblubieńca, ukochanego małżonka. Jezus nie był dla niej abstrakcją, ale kimś bliskim, kimś naprawdę kochanym. I dlatego zawsze tak gwałtownie i tak personalnie reagowała na wszystkie, nawet najmniejsze na Niego ataki.
Matka Angelica odegrała też być może zasadniczą rolę w poprawnym tłumaczeniu Katechizmu Kościoła Katolickiego na język angielski. Oryginał tego dokumentu był napisany po francusku, a poszczególne episkopaty tłumaczyły go na swe narodowe języki. Amerykańska wersja była pełna politycznie poprawnych wyrażeń, gdzie znikały słowa typu „Men”, czy „Son”, a pojawiały się „Humanity” i „People”. Matka Angelica akurat przebywała w Rzymie, gdy kardynałowie przedstawili swe tłumaczenie Katechizmu. Gdy dowiedziała się ona o tych wszystkich zmianach językowych poprosiła o audiencję kardynała Josepha Ratzingera, odpowiedzialnego za zatwierdzenie tłumaczenia. Powiedziała mu, że ona na pewno nie będzie mogła promować tego dokumentu, jak będzie on zawierał takie sformułowania. Powiedziała, że Jezus był Synem Bożym, i mężczyzną, a nie jakimś „członkiem ludzkiego rodzaju”. Nie wiadomo oczywiście na ile jej uwagi wpłynęły na decyzję kardynała Ratzingera, zapewne i bez wizyty matki Angeliki nie zatwierdziłby takiego tłumaczenia, ale być może miała ona jakiś wpływ na to, że odrzucił on „politycznie poprawną” wersję Katechizmu. Musieliśmy przez to czekać kolejne 18 miesięcy, ale mamy teraz naprawdę dobre tłumaczenie Katechizmu w Stanach.
Matka Angelica parę tygodni po tym, jak Raymond Arroyo zakończył rozmowy z nią o jej życiu miała masywny wylew krwi do mózgu. To, że przeżyła operację graniczy z cudem. Albo tym cudem jest. Nie pierwszym w jej życiu. Jednak zdrowie jej zaczęło się pogarszać i po pewnym czasie została przykuta do łóżka na stałe. Straciła też wkrótce zdolność mówienia. Wreszcie jest tym, kim zawsze chciała być. Kontemplacyjną biedną klaryską, która za kratami w klasztorze spędza czas na modlitwach. Mieszka teraz w pięknym, nowym klasztorze, w Hanceville, Alabama, godzinę jazdy od Birmingham. Klasztorze, którego budowa kosztowała niemal 50 milionów dolarów. A przy okazji warto wspomnieć i o tej sprawie. O kontrowersji związanej z budową tego „pałacu”.
Nie trudno się domyśleć jakie listy dostawała Matka Angelica, krytykujące ten zbytek i przepych. Oczywiście krytykowali nie ci, którzy dawali cokolwiek, bo zazwyczaj takie krytyki są dziełem tych, którym trudno nawet złotówkę dać na Kościół. Jednak ponieważ wielu ludzi posyła datki na koszty związane z radiem i TV EWTN, którzy niekoniecznie chcieliby je przeznaczać na nowy klasztor, matka Angelica odpowiedziała na te zarzuty.
18 stycznia 2000. roku powiedziała o całych pudłach obrzydliwych listów, jakie otrzymała. „Niektórzy ludzie krytykują złoto, srebro, marmury. Ale wiecie, co ja myślę? Ja myślę, że sami zagubiliście się w swojej krytyce. Bo nikt z was nie krytykuje pałaców dla królów i prezydentów. Nikt nie krytykuje Białego Domu, stanowczo zbyt wielkiego dla dwóch osób, które go zamieszkują. Co mnie naprawdę martwi, to to, że jesteście usatysfakcjonowani tylko najlepszymi rzeczami gdy chodzi o was, ale dla Boga przeznaczylibyście tylko to, co najgorsze.” Następnie podnosząc rękę i pokazując pięć palców matka Angelica kontynuowała: „Ani jeden cent z waszych datków nie został przeznaczony na budowę sanktuarium i klasztoru. Ani jeden. Pięć rodzin, które zażyczyły sobie pozostać anonimowe, pokryły wszystkie koszty związane z budową klasztoru. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć - jakbyście mieli kłopot z liczeniem. Pięć osób zbudowało kościół i cały klasztor”. Niezależna komisja, która później badała finanse Matki Angeliki w pełni potwierdziła fakt, że budowa klasztoru nie kosztowała słuchaczy radia i TV ani grosza.
Jest jeszcze pewien polski, a nawet krakowski akcent w tej całej historii. Po wszystkich tych problemach matka Angelica otrzymała pewnego dnia z Watykanu przesyłkę. Spore pudło z insygniami papieskimi, ale bez żadnego wyjaśnienia. Dopiero telefon z Rzymu wyjaśnił, że w środku jest osobisty prezent od Jana Pawła II w podziękowaniu za zasługi w szerzeniu wiary na całym świecie i w oddaniu się Jezusowi w Najświętszej Eucharystii. Podczas audycji na żywo matka Angelica złamała papieskie pieczęcie i otworzyła pudło. W środku była monstrancja, jaką otrzymał papież od mieszkańców Nowej Huty, podczas swej pielgrzymki do Polski w 1999. roku.
Matka Angelica miała wcześniej kilka spotkań z papieżem. Był on doskonale poinformowany o jej działalności. Zdawał sobie sprawę z tego, że ma opozycję wśród wielu liberalnych biskupów amerykańskich i wiedział także, że ma wspaniałego obrońcę w osobie matki Angeliki. Ona broniła papieża, a on bronił jej. Podczas jednej z jej wizyt w Rzymie Jan Paweł II podszedł do niej i wziąwszy jej twarz w dłonie powiedział głośno: „Ah, Mother Angelica, the grand chief.” „Mother Angelica, the grand chief” –powtórzył śmiejąc się. (Matka Angelika, wielki wódz). Innym razem, gdy przedstawiła mu plany związane z powstającym radiem i powiedziała, że najpierw będą nadawać do Południowej Ameryki, a potem do krajów europejskich, Jan Paweł II z uśmiechem zapytał” „A potem?” –„Potem do Rosji” – „A potem?” – „Potem do Chin” –odpowiedziała Angelica. „A potem?” –śmiejąc się kontynuował papież, wiedząc, że matce Angelice zaczyna brakować terenów do których miałaby wysyłać Dobrą Nowinę. Odchodząc spojrzał jeszcze raz na tę starszą zakonnicę, wspartą o kule i wrócił do niej raz jeszcze. Jedną rękę położył na jaj welonie, a drugą robiąc znak krzyża na jej czole powiedział: „Mother Angelica, weak in body, strong in spirit. Charismatic woman, charismatic woman.”. (Matka Angelica, słaba ciałem, mocna duchem. Charyzmatyczna kobieta.)
Na tym skończę już tę nieco chaotyczną opowieść o matce Angelice. Nie da się na kilku stronach powiedzieć wszystkiego. Mam nadzieję, że biografia Raymonda Arroyo będzie kiedyś przetłumaczona na polski język, więc każdy sam będzie mógł poznać więcej szczegółów z jej zdumiewającego życia. Dodam może tylko, że trudno przecenić jej wpływ na miliony ludzi w Ameryce i na całym świecie. To, że Kościół w USA przeżywa odrodzenie, że w seminariach jest coraz więcej kandydatów do kapłaństwa, że wiedza wielu katolików zaczyna wreszcie być na jakimś poziomie, że dziesiątki mądrych i świętych kapłanów, biskupów, członków laikatu, konwertytów na katolicyzm mają możliwość, mają gdzie uczyć nas wszystkich prawdziwej wiary katolickiej to jej wielka zasługa.
Co więcej, w kraju, gdzie większość mieszkańców uważając się za chrześcijan nie jest katolikami i gdzie wiedza o religii katolickiej jest na żenująco niskim poziomie, a do tego jest pełna fałszów i zakłamań, wpływ radia i telewizji EWTN sięga daleko poza członków naszej religii. EWTN jest oglądane przez wielu wyznawców innych religii, którzy poznają prawdę o katolicyzmie, a także bardzo często poznając ją zaczynają swoją pielgrzymkę do zjednoczenia się w pełni z Kościołem, który założył Pan Jezus.
Matka Angelica odkryła chyba formułę, która jest bardzo prosta i bardzo skuteczna. Nie zajmuje się polityką, nie zajmuje się ziołolecznictwem, nie zajmuje się społecznymi problemami współczesnej Ameryki, nie popiera żadnej partii politycznej, ale uczy Ewangelii i miłości do swego ukochanego Oblubieńca, Jezusa Chrystusa. Czy jest to poznawanie Biblii, czy Katechizmu Kościoła Katolickiego, czy encyklik papieskich, czy też programy apologetyczne, czy pokazywanie świadectw osób, które odkryły piękno Kościoła i zostały katolikami przychodząc tu z wielu różnych wierzeń i przekonań, od wojującego ateizmu, przez sekty i religie Wschodu do chrześcijańskich wyznań protestanckich, wszystko to prowadzi do pełnego poznania naszej wspaniałej wiary.
Oczywiście nigdy nie da się do końca uniknąć pewnych politycznych i społecznych zagadnień. W końcu EWTN pełni także rolę informacyjną, a gdy biskupi wypowiadają się na tematy wojny w Iraku, nielegalnej imigracji do USA, czy nadchodzących wyborów, EWTN musi i o tym informować. Trzeba jednak słyszeć te telefony od radiosłuchaczy do studia, gdy jakiś biskup zaczyna bronić konferencji Episkopatu, która wydała kolejne oświadczenie krytykujące politykę rządu względem wojny w Iraku, czy też względem meksykańskich imigrantów. Jeden za drugim słuchacze pytają czemu biskupi nie są tacy szybcy w krytyce polityków proaborcyjnych, którzy nazywają siebie katolikami i co niedzielę przystępują do Komunii Świętej, albo dlaczego nie nauczają głośno o złu antykoncepcji, a mieszają się do polityki na której się ani nie znają, ani jej nie rozumieją. Słuchacze matki Angeliki często wiedzą lepiej od niejednego biskupa, co jest tak naprawdę ważne. W końcu wystarczy wziąć przykład od jej Oblubieńca, który przez trzy lata nauczania nic o polityce nie mówił. Mimo, że jego ziemska ojczyzna była pod okrutną, ciężką okupacją.
Poza tym słuchaczom EWTN nie trzeba mówić na kogo mają głosować. Takie uwagi zawsze zresztą przynoszą zwykle odwrotny skutek. Najpierw bowiem trzeba trafić do serc, a jak się w tych sercach rozpali miłość do Jezusa, to każdy sam wie jak i dlaczego głosować tak, a nie inaczej. I to jest chyba największa zasługa matki Angeliki. Że trafiła do serc milionów ludzi na świecie. Zbudowała największe katolickie imperium medialne na świecie, to prawda. Ale to być może mógłby zrobić każdy. Jednak rozpalić serca milionów ludzi, pokazać im prawdziwe chrześcijaństwo, bez nienawiści, bez złości, bez antysemityzmu, bez polityki, za to z radością, miłością, nadzieją, wiarą – to jest prawdziwa i niepodważalna zasługa tej niezwykłej postaci.
Ostatnie lata dały nam kilka naprawdę wybitnych świętych. Jan Paweł Wielki, Matka Teresa z Kalkuty, wcześniej Padre Pio, czy Faustyna Kowalska. Ale według mnie matka Angelica należy do tej samej grupy ludzi. A to, że nie zawsze jest „święta”, że czasem ponosi ją jej włoski temperament, że krytykuje biskupów, to tylko świadczy, moim zdaniem, na jej korzyść. Ona naprawdę kocha swego Oblubieńca, Jezusa Chrystusa, nad wszystko. Tylko to się w jej życiu liczy. I jak ktoś jej zdaniem Go krzywdzi, albo krzywdzi Jego Kościół, to bez względu na konsekwencje stanie w Jego obronie. A że nie jest wykształconą osobą, że ma włoski, gorący temperament, to czasem popełniała błędy. Nie zapominajmy jednak, że i samego Pana Jezusa w Świątyni ogarnął gniew, gdy zobaczył, jak dom swego Ojca zostaje przemieniony w targowisko.
Matka Angelica mówiła normalnym językiem, językiem prostych, zwykłych ludzi. Za to ją wszyscy kochamy. Teraz nie może już mówić, ale EWTN to ciągle jej telewizja i nadal nadawane są jej archiwalne audycje. Miliony ludzi nadal ją oglądają, a nowe programy na żywo prowadzi jezuita polskiego pochodzenia, ojciec Mitch Pacwa. Przyszłość EWTN jest raczej jasna i z pewnością przyniesie wiele dobrych owoców. A my pamiętajmy o tej ubogiej klarysce, wychowanej w rozbitym domu, cierpiącej na rozliczne schorzenia, która stworzyła największe katolickie imperium medialne na świecie i mieszka teraz w pałacu swego Oblubieńca, który sama Mu zbudowała. A wraz z nią mieszka tam kilkadziesiąt sióstr, bo nie brakuje powołań w tym dziwnym i bardzo tradycyjnym zakonie kontemplacyjnym. A to jest najlepsza gwarancja, że EWTN pozostanie ortodoksyjnym głosem Kościoła Katolickiego. Siostry „od matki Angeliki” wymodlą to u samego Boga.
Koniec
Odsłon: 161 Komentarzy: 12
Monday,14 May 2012,22:47
Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:47
Na początku 1982. roku EWTN podpisał kontrakt z Wold Communications z Los Angeles dający im dostęp do satelity Westar IV. Opłata za dostęp do tego satelity była znacznie wyższa, ale też znacznie więcej odbiorców miało do niego dostęp. Potencjalnie półtora miliona widzów miało dostęp do programów oferowanych przez Westar IV. Parę miesięcy później do EWTN zadzwonił broker zajmujący się dostępem do satelitów z propozycją udostępnienia 88 godzin czasu na satelicie Satcom IIIR, należącym do RCA. Ten satelita był „numero uno” w 1982. roku. 4600 sieci kablowych przekazywało jego sygnał, potencjalnie 20 milionów domów mogło oglądać programy przez niego oferowane. Satelita był dawno wypełniony po brzegi i taka nagła oferta została odebrana jako kolejny wyraz opatrzności Bożej.
Matka Angelica podpisała umowę z Satcom IIIR, zrywając wcześniejszą umowę z Westar III. Niezważając na konsekwencje, które wkrótce miały się okazać poważne, EWTN stało się częścią najważniejszego przekaźnika w całym przemyśle telekomunikacyjnym. Opłata za tę usługę wynosiła 132 tys. dolarów miesięcznie i zapłacenie rachunków było nieustannym problemem. Bill Steltemeier nie raz i nie dwa razy pożyczał tę sumę firmie, której był prezydentem. Bez jego osobistego zaangażowania EWTN nie przetrwałoby tego trudnego okresu.
12 listopada 1982. roku matka Angelica po raz pierwszy odwiedziła Rzym. Na spotkaniu po prywatnej mszy papieskiej Jan Paweł II, ze swym znanym nam uśmiechem na twarzy, powiedział: „Słyszałem o tobie. Robisz dobrą robotę”. Matka Angelica spotkała się w Rzymie także ze swym protektorem, kardynałem Oddi, który ostrzegł ją, by nie nadawała niczego, co wyda jej się niezgodne z moralnym nauczaniem Kościoła. W Rzymie wiedzieli doskonale, że programy CTNA pełne są sióstr i księży w cywilnych ubraniach prowadzących programy pełne nacisku na społeczną naukę Kościoła, ale bardzo mało zwracające uwagę na moralne nauczanie. Więcej tam było aktywizmu niż chrześcijaństwa.
15. grudnia w Waszyngtonie miało miejsce spotkanie przedstawicieli CTNA. Podniesiono kwestię używania przez matkę Angelikę określenia, że jej program jest „katolicki”, gdy nie ma on zezwolenia, „imprimatur” biskupów. Skrytykowano ją także za działalności bez pytania o zgodę konferencji Episkopatu. Bill Steltemeier odparł, że jako papieskie zgromadzenie odpowiada ono tylko przed Rzymem i nie ma obowiązku pytać o zgodę konferencji biskupów, a Rzym wyraża zadowolenie z działalności EWTN. Poza tym EWTN jest otwarte dla każdego biskupa, który chciałby szerzyć ortodoksyjny katolicyzm, ale to właśnie zarząd CTNA powstrzymuje ich od tego, przedstawiając się jako jedyne oficjalne medium dostępne dla biskupów. Całe spotkanie nie było sukcesem dla EWTN. Stacja matki Angeliki miała jawnych wrogów w konferencji Episkopatu i wszyscy wiedzieli, że to jest tylko kwestia czasu, by starali się oni przejąć EWTN.
Problemy finansowe nękały nie tylko EWTN, ale i CTNA, które było w stanie zmarnować każdą sumę jaką Kościół przeznaczył na media. Patrząc z perspektywy czasu żal, że te działania nie były lepiej skoordynowane. Matka Angelica zrobiłaby wiele dobrego mając te sumy, jakie konferencja Episkopatu przeznaczała na CTNA. Jednak przez cały 1982 rok płacenie miesięcznego abonamentu w wysokości 132 tys. za dostęp do satelity był wielkim ciężarem. Pomagał w miarę możliwości Bill Steltemeier i pomógł także Harry John pożyczając 130 tys. dolarów ze swego osobistego majątku. Jednak w tym czasie dług EWTN wynosił już dwa miliony dolarów.
Co gorsza, Wold Communications domagało się za zerwanie kontraktu kary w wysokości miliona czterystu czterdziestu tysięcy dolarów. EWTN miało pewne prawne podstawy do zerwania kontraktu, ale zapewne nie były one tak mocne, by je uznał jakikolwiek sąd. Ich umowa miała klauzulę mówiącą, że kanał nadający 4-godzinny blok programów EWTN nie może nadawać żadnych programów „tylko dla dorosłych” w innych godzinach. Wold Communications co prawda wywiązało się z tego punktu, ale jeden z sąsiednich kanałów był okupowany przez „EROS”, nadający niemal pornograficzne programy. To stało się pretekstem zerwania umowy, ale nie obroniło to EWTN przed podaniem ich do sądu i potencjalnym widmem bankructwa.
Prawnicy obu stron uzgodnili spotkanie i matka Angelica z dugą siostrą i Billem Steltemeierem jechali taksówką na rozmowę. Nagle matka Angelica zobaczyła kościół i kazała taksówce się zatrzymać. Weszli na krótką modlitwę, a po paru minutach powiedziała ona Steltemeierowi: „Idź. My tu zostaniemy i będziemy rozmawiać z Jezusem. Wszystko będzie OK.” On nie chciał się zgodzić, argumentując, że to z nią, nie z nim chcą się zobaczyć przedstawiciele Wold Communications, ale dyskusja nie miała sensu. Matka Angelica podjęła decyzję. Później Bill wspominał, że był świadkiem cudu. „Przez trzy godziny prowadziłem negocjacje, ale oni domagali się zapłacenia pełnej kary. Nagle zmienili stanowisko, zgodzili się na zmniejszenie kary do 250 tys. dolarów i na dodatek na rozłożenie jej na 30 miesięcznych rat.” Pojechał on po spotkaniu do kościoła, gdzie matka Angelica trwała przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie. Opowiedział, co się stało, a ona zwróciwszy się w stronę tabernakulum odpowiedziała tylko: „Jezu, dziękuję. Wiedziałam, że to dla mnie zrobisz”.
W sierpni 1983 roku po raz pierwszy matka Angelica zaczęła prowadzić program na żywo. Ta próbna seria trwała do października tego roku i matka Angelica nie była pewna, czy ją kontynuować. Podczas ostatniego programu nadawanego na żywo zadzwonił do studia młody człowiek, mówiąc, że ma w ręce pistolet i odbierze sobie życie. Miał on wiele problemów i nie widział powodu dla którego miałby dalej żyć. Uspokajające słowa matki Angeliki spowodowały, że rzucił pistolet na ziemię, a słuchający akurat audycji ksiądz rozpoznał głos chłopca i zdążył wyłamać drzwi i odebrać mu broń przed ewentualną kolejną próbą zamachu na swe życie. Ten epizod upewnił matkę Angelikę jak ważne mogą być programy na żywo. Od tego czasu stały się one stałym fragmentem ramówki telewizji EWTN.
W tym też okresie czasu po raz pierwszy matka Angelica zwróciła się na antenie z prośbą o finansową pomoc do widzów. Długo broniła się przed taką formą szukania pieniędzy, ale wyglądało na to, że nie ma innego wyjścia. Mimo, że Harry John pożyczył jej kolejne 120 tys. dolarów, rachunki przychodziły regularnie co miesiąc. Angelica mówiąc o tym, jak jej program polega na Bożej opatrzności dodała, że widzowie są częścią tej opatrzności. Od tego czasu jej słowa: „Ten program dociera do was tylko dzięki wam” i „Nie zapomnijcie o nas między rachunkiem za gaz i za prąd” stały się częstym przypomnieniem faktu, że bez pomocy widzów byłoby niemożliwe prowadzenie takiego przedsięwzięcia.
Harry John nie uzyskawszy kontroli nad programem matki Angeliki postanowił sam zbudować swoje katolickie imperium medialne. Założył organizację nazwaną „Santa Fe Communications” nadającą 24 godziny na dobę katolickie programy. Wykupił studio w Hollywood i studia w Paryżu, Nowym Jorku, San Francisco, El Paso i Steubenville. Wydawał na swą organizację dwa miliony dolarów tygodniowo. Z profesjonalnego i finansowego punktu widzenia jego organizacja przyćmiła wszystko, co matka Angelica, czy konferencja Episkopatu mogła w najśmielszych marzeniach wyprodukować. Oczywiście mając wiele czasu antenowego szukał on zawsze programów, więc zwrócił się także do matki Angeliki o jej audycje. Zgodziła się oczywiście, ale nie za darmo. Sprzedawała mu swe programy po 200 dolarów za minutę. Jedyny przykład w całej historii działalności EWTN, że programy nie były udostępniane darmowo.
W styczniu 1984. roku Harry John był winien matce Angelice tyle, ile ona była winna jemu za wcześniejsze pożyczki. Zgodzono się na obustronne darowanie długów. Jakiś czas jeszcze Santa Fe kupowała programy na żywo matki Angeliki, a pieniądze uzyskane w ten sposób przynajmniej częściowo pozwalały na finansowanie działalności EWTN. Do tego koniecznie było potrzebne nowe, większe studio. To dotychczasowe było zajęte przez program matki Angeliki, a EWTN planowało produkcję innych, nowych programów. Wyznaczono więc na zewnątrz prostokąt o wymiarach 15x22 metry i obwiązano drzewka wstążeczkami oznaczającymi granice przyszłego studia. Gdy parę dni później grupa biskupów odwiedziła EWTN zapytali matkę Angelikę o te wstążeczki na sosnowych drzewkach. „Potrzebujemy nowe studio, a nie mamy pieniędzy. Te wstążeczki mają przypominać Bogu o naszej potrzebie”. –„A nie uważasz, że Bóg wie, czego potrzebujecie?” –zapytali biskupi. –„Oczywiście, że wie, ale nie zaszkodzi Mu czasem przypomnieć”. –odpowiedziała matka Angelica.
Zaintrygowany wstążeczkami dawny przyjaciel matki Angeliki, Jack Leder, podarował pierwsze 50 tys. dolarów. W sierpniu 84. roku para starszych, skromnie wyglądających osób zapytała o te wstążeczki. Matka Angelica opowiedziała im o projekcie, a wzruszona ich ubóstwem przygotowała im kanapki na drogę, gdy wyjeżdżali z kompleksu EWTN. Staruszkowie ci, państwo Bombergers, po powrocie na Florydę zwołali zebranie zarządu filantropijnej fundacji prowadzonej przez siebie i zatwierdzili donację 150 tysięcy dolarów na ukończenie nowego studia. Rycerze Kolumba dołożyli swoje, a grant w wysokości 25 tysięcy zatwierdzony przez arcybiskupa Bostonu Bernarda Law skompletował listę pieniędzy koniecznych do ukończenia projektu nowego studia.
Nie był to jednak koniec finansowych problemów EWTN. Niezapłacone rachunki za transmisję satelitarną groziły utratą licencji, Harry John zajęty swoją superstacją nie był więcej zainteresowany pomocą matce Angelice, a do tego ona sama przechodziła wtedy bardzo trudny okres duchowych rozterek. Zmarła jej matka, która jako jedna z sióstr mieszkała z nimi w klasztorze, a do tego przechodziła ona okres „ciemności duszy”, okres w którym nie odczuwała obecności swego ukochanego Oblubieńca. Ludzie pozostający z nią w bliskim kontakcie nie odczuwali niczego innego w jej zachowaniu, ale udostępnione później jej zapiski ukazują jak trudny był to okres w jej życiu. W końcu wyglądało na to, że jedynym ratunkiem jest zwrócenie się do telewidzów. Alternatywą była utrata tego, co z takim trudem zbudowano do tej pory. Przez sześć wieczorów trwał finansowy maraton. Przybył nawet z Nashville jezuita Mitch Pacwa, który na prośbę jednego z widzów za pięć tysięcy dolarów zaśpiewał polski hymn narodowy. Ojciec Pacwa, syn polskich emigrantów, znający kilkanaście języków łącznie z hebrajskim, aramejskim, greką i arabskim, stał się później stałym członkiem ekipy radia i telewizji EWTN, zastępując matkę Angelikę w prowadzeniu programu na żywo, gdy jej zdrowie nie pozwalało na to dłużej.
Jesienią 1984. roku Santa Fe Communikation ogłosiła bankructwo. Harry John wydawszy sto milionów osobistego majątku nie miał skąd dalej dokładać. Część wyposażenia jego studia odkupiła potem EWTN płacąc drobny ułamek tego, co zapłacił niedawno Harry John. W tym samym czasie Peter Grace Fundation, która pożyczyła EWTN sporą sumę pieniędzy, domagała się zwrotu wraz z odsetkami. W sumie wynosiło to 650 tysięcy dolarów. Jednak i tym razem Bóg okazał się wierny. Wcześniej w tym samym roku żona pewnego adwokata spędziła jakiś czas w Birmingham, odwiedzając EWTN i obiecała matce Angelice, że jak tylko będzie miała jakiś problem, pomoże jej w miarę możliwości. Gdy teraz Angelica przypomniała o obietnicy, otrzymała w zamian czek na 700 tysięcy dolarów umożliwiający spłatę długu w całości.
W październiku 1986. roku wygasła umowa umożliwiająca korzystanie z dotychczasowego satelity i EWTN nie uzyskało możliwości jej przedłużenia. Jedyne alternatywne możliwości to było albo podpisanie umowy z jakimś drugorzędnym satelitą, albo z nowym satelitą Galaxy III, który co prawda także nie miał zbyt wielu odbiorców, ale przynajmniej miał potencjalne możliwości. Jednak Galaxy III nie był zainteresowany w nadawaniu parogodzinnego bloku. Warunkiem przyjęcia EWTN było zobowiązanie z ich strony, że będą produkować program 24 godziny na dobę. Niezależnie jednak od tego, na co się matka Angelica zdecyduje, musiała ona zaczynać od zera. Traciła ona dotychczasowych klientów w postaci sieci kablowej telewizji, a więc traciła także wszystkich swoich telewidzów.
Wszyscy pracownicy EWTN zebrali się i jeden po drugim wypowiedzieli się za przejściem na 24-godzinny format. Doskonale zdawali sobie sprawę, że oznacza to dla nich więcej pracy, a prawdopodobnie także opóźnienia w wypłacie. Jednak było to wyzwanie i wszyscy byli gotowi mu sprostać. Ta przeszkoda nikogo nie zniechęciła, ale dała im zastrzyk energii i chęć zmierzenia się z trudnościami. Podpisano umowę z Galaxy III, a wkrótce potem okazało się, jak sluszna to była decyzja. Satelita został wykupiony przez grupę satelitarnych stacji telewizyjnych łącznie z Nickelodeonem i C-Span i grupa ta wyposażyła siedem tysięcy odbiorców naziemnych w anteny odbierające sygnał z tego satelity. EWTN stał się członkiem elitarnej grupy nadającej przez najpopularniejszego satelitę w Ameryce. Do tego wkrótce Watykan ogłosił, że Ojciec Święty odwiedzi wkrótce Stany Zjednoczone. To jakby sam Bóg mówił matce Angelice: „Zaczynasz od początku? Dobrze, poślę ci tam swojego człowieka, który ci w tych początkach pomoże”. EWTN zaczął się przygotowywać do pełnej relacji z pobytu papieża w USA, ale stresy związane z wydarzeniami ostatnich miesięcy nie pozostały bez wpływu na zdrowie matki Angeliki. Dzień po Bożym Narodzeniu została ona odwieziona do szpitala z bólami serca.
24-godzinny program zaczął się na parę dni przed papieską wizytą w USA, we wrześniu 1987. roku. Zaczynając nadawanie programu non-stop matka Angelica powiedziała: „Tym razem nie wyłączymy nadawania aż do czasu, gdy Gabriel zatrąbi na swej trąbie. A może nawet nadamy to na żywo”. Samą wizytę wspólnie przedstawiali EWTN i telewizja biskupów, CTNA. Matka Angelica zapewniała dostęp do telewizorów, CTNA pokrywał koszty produkcji, dawał kamery i wozy transmisyjne. W studio komentowali wydarzenia matka Angelica i prezydent CTNA, ojciec Bob Bonnot.
Wizyta papieska ukazała, jak bardzo nieposłuszny jest amerykański Kościół. Już pierwszego dnia wyznaczony przez konferencję biskupów ksiądz, witający papieża w imieniu amerykańskich kapłanów, w powitalnym przemówieniu negował sens celibatu księży. Parę dni później, w Los Angeles, odbyło się spotkanie z wybranymi biskupami. Nie było zapewne przypadkiem, że konferencja biskupów wybrała samych liberałów. Oni to właśnie nadawali ton całemu amerykańskiemu episkopatowi.
Pierwszy przemówił kardynał Joseph Bernardin z Chicago przypominając, że Amerykanie kochają wolność i ”niemal instynktownie reagują w negatywny sposób, gdy ktoś im mówi, co muszą robić”. Po nim przemawiał arcybiskup San Francisco, John Quinn: „Nie możemy wypełnić naszej misji przez bezkrytyczne stosowanie rozwiązań z dawnych wieków do problemów, które nie istniały, albo które się zmieniły diametralnie przez stulecia”. Następny był arcybiskup Rembert Weakland. Nikt wtedy tego nie wiedział, ale kilka lat wcześniej arcybiskup zakończył „nieodpowiedni związek” z innym mężczyzną trwający od 1977. roku. Diecezja zapłaciła tamtemu mężczyźnie 450 tys. dolarów za milczenie, a sprawa wyszła na jaw dopiero w 2002. roku. Na spotkaniu z papieżem arcybiskup Weakland powiedział: „Wierni, z powodu swego wykształcenia, statusu społecznego i innych przyczyn nie będą dłużej akceptować nauczania Kościoła na podstawie samego Jego autorytetu. Autorytatywny styl może przynieść wynik przeciwny od zamierzonego i nauczanie Kościoła będzie w większości ignorowane”. Następnie biskup Weakland przedstawił swój punkt widzenia na ordynację kobiet, mówiąc między innymi: „kobiecość nie jest już podległa męskości, ale jest spostrzegana jako równa męskości w formułowaniu pełnego obrazu Boskości”.
Ostatni przemówił zastępca Konferencji Episkopatu, arcybiskup Daniel Pilarczyk. Mówił on o potrzebie wypełniania pustki zostawionej przez brakujące powołania przez laikat. „Zdajemy sobie sprawę, że podporządkowanie się przepisom i regulacjom, jakkolwiek ważne, nie jest w dzisiejszych czasach wystarczające”. Kardynał Francis Stafford obecny na tamtym spotkaniu komentując później wypowiedzi swych braci biskupów powiedział, że było to bezprecedensowe wyzwanie rzucone papieżowi przez amerykański Kościół. Matka Angelica niemal przepraszała na antenie za uwagi niektórych biskupów i nie pozostawiła w swych komentarzach żadnych wątpliwości, co sądzi o takich opiniach na temat roli laikatu i kobiet w Kościele.
Sama wizyta papieska okazała się wielkim sukcesem marketingowym. W ciągu tygodnia liczba odbiorców EWTN zwiększyła się z dziesięciu do ponad dwudziestu milionów domów, a dwanaście nowych systemów telewizji kablowej dołączyło EWTN do swych ramówek. CTNA chciało powtórzyć współpracę jesienią transmitując obrady konferencji episkopatu, ale matka Angelica, widząc co się dzieje, odmówiła. Obsługa jesiennej konferencji była osobna ze strony EWTN, z ich komentarzami, a CTNA miało swój przekaz i swą własną obsługę.
CTNA był w poważnych kłopotach. Coraz więcej katolików protestowało przeciw ich programom, a połowa ze 180 diecezji nigdy nie zaczęła odbierać ich programów. W końcu zaczęto rozważać przystąpienie do VISN, Vision Interfaith Satellite Network. Miał to być w założeniu satelitarny kanał przedstawiający programy ludzi różnych wyznań, od islamu, przez judaizm, protestantyzm po katolicyzm. Dawałoby to dostęp CTNA do satelitarnej telewizji z pominięciem matki Angeliki, a być może spowodowałoby to, że usuwano by EWTN z ramówki tych systemów kablowych, które miałyby ograniczoną ilość kanałów przeznaczonych na religijne programy.
Ponieważ jednak to EWTN był dla większości katolików głosem katolickim w mediach, ojciec Bonnot nie ustawał w próbach umieszczenia programów CTNA w stacji matki Angeliki. Zadzwonił do niej w listopadzie 1987 roku z kolejną propozycją współpracy, ale matka Angelica nie mogła się zgodzić na jego warunki. Przypominając sobie tę rozmowę ojciec Bonnot wspomniał, że matka Angelica upierała się, że to ona będzie decydować ostatecznie, jakie programy zamieści w swej stacji, a jakie nie. On chciał, by przynajmniej każdy biskup miał prawo nieocenzurowanego występowania w TV, ale i na to nie zgadzała się matka Angelica. „Kim ty myślisz, że jesteś, żeby oceniać, który biskup może mówić w TV?” „Tak się zdarzyło, że to ja jestem właścicielem tej stacji telewizyjnej” –odparła. „Dobrze. Ale pamiętaj, nie będziesz tutaj zawsze”. „Prędzej wysadzę to wszystko w powietrze, niż pozwolę, żeby stacja ta wpadła w twoje ręce” –odpaliła matka Angelica, ku wielkiej radości sióstr słuchających dochodzących przez zamknięte drzwi okrzyków swej przeoryszy.
Konferencja biskupów amerykańskich pokazała, jak bardzo są oni podzieleni. Jeden z dokumentów na temat zagrożenia AIDS, napisany przez kardynała Bernardina i trzech innych biskupów, bez zgody innych biskupów dopuszczał między innymi stosowanie prezerwatyw w pewnych sytuacjach. Wkrótce większość biskupów odcięła się od tego dokumentu, uznając go za sprzeczny z nauczaniem Kościoła, ale cała sprawa pokazała, że w Kościele amerykańskim nie dzieje się zbyt dobrze. Matka Angelica zobaczyła wtedy wyraźnie rolę EWTN jako bezpiecznego portu dla przeciętnego katolika. W jej stacji telewizyjnej nie było żadnej tolerancji dla nauki niezgodnej z nauczaniem Magisterium i papieża. „Ja nie chcę być konserwatywna, ani liberalna. Ja chcę być po prostu katolikiem” –mówiła. „Jeżeli to obraża liberałów, trudno. Jak obraża ultrakonserwatystów, także trudno. Jedyne co mnie interesuje, to głosić to, czego naucza Kościół”.
W maju nastąpiło kolejne spotkanie między matką Angeliką a CTNA. Prezydentem CTNA był wtedy kardynał Edmund Szoka. Wspominał później jak twardą negocjatorską była matka Angelica. Zapowiedziała, że sama będzie cenzorem każdego programu jej przedstawionego i odrzuci wszystko, co według niej nie będzie zgodne z nauczaniem Kościoła. Biskup Robert Lynch, generalny sekretarz konferencji episkopatu przypomina sobie taką wymianę zdań między kardynałem Szoką a matką Angeliką: „Więc uważasz, że są dobrzy i źli biskupi?” –zapytał kardynał. „Tak” –odparła Angelica. „Jak mój biskup pomocniczy?” (Bardzo liberalny biskup Gumbleton z Detroit) „Tak, to bardzo dobry przykład. Takich biskupów nie chcę widzieć w mojej stacji telewizyjnej” –odpowiedziała rozpromieniona zakonnica. W końcu nie mając innego wyboru i pod wpływem argumentów kardynała Szoki przeciwnego przystąpieniu do VISN, konferencja biskupów musiała się zgodzić na twarde warunki matki Angeliki. Warunki, które zakładały wyłączność EWTN na nadawanie przedstawionych im programów. Co więcej, nawet tych odrzuconych przez cenzurę matki Angeliki CTNA nie mogło już nikomu innemu przedstawić do emisji. Szoka powiedział później: „Zrobiłem to, by ratować jej stację. Wiedziałem, że VISN może wyprzeć EWTN z wielu rynków. Ale VISN nie gwarantowało katolikom żadnego konkretnego czasu antenowego i całkiem możliwe, że byłby on ograniczony do godziny na dobę.
Być może kardynał Szoka rzeczywiście życzył EWTN jak najlepiej, ale równocześnie namawiał biskupów o zgodę na to, by programy CTNA były nadawane bez kodowania i by każdy operator sieci kablowej mógł je retransmitować tak, jak od dawna robili z EWTN. W końcu doszło do głosowania. Tajnego, tak, że każdy z biskupów nie bojąc się presji współbraci mógł szczerze opowiedzieć się za VISN, albo za EWTN. W ostatniej chwili Phillip Hannan z Nowego Orleanu przedstawił propozycję, by sporne audycje przedstawiać komisji złożonej z pięciu biskupów i jak komisja orzeknie, że są one wolne od doktrynalnych błędów, matka Angelica podporządkuje się ich opinii. Po takim zabezpieczeniu w stosunku głosów 122 do 93 biskupi zgodzili się na dwuletni układ z EWTN.
Jesienią 1988 roku matka Angelica zastanawiała się nad odejściem w stan spoczynku. Miała 65 lat, była schorowana. Jak zwykle przed każdą ważną decyzją spędziła czas przed Najświętszym Sakramentem. Ale jej Oblubieniec powiedział: „Nie”. Nakazał jej zbudować stację radiową nadającą na cały świat na krótkich falach. „Ależ ja nic nie wiem o krótkofalowych nadajnikach” -odparła matka Angelica. „Wiem”- odparł Pan. „Zaczynaj”.
Odsłon: 86 Komentarzy: 1
Monday,14 May 2012,22:44
Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:44
Po wizycie w studio telewizyjnym matka Angelica miała spotkanie w parafii Saint Margaret Mary na przedmieściach Chicago. W tym samym czasie na konwencji prawników był w Chicago Bill Steltemeier, współpartner zespołu adwokackiego z Nashville, Steltemeier & Westbrook, zajmującego się głównie nieruchomościami. Był on od trzech lat diakonem katolickim i w weekendy kapelanem więziennym i zobaczywszy ogłoszenie o spotkaniu z Matką Angeliką postanowił ją odwiedzić. On sam wspomina, że nigdy nie słyszał tak przemawiającej osoby, jak ona. W kościele pełnym ludzi, tak, że większość musiała stać, matka Angelica raz tylko spojrzała w stronę prawnika. Wtedy właśnie usłyszał on wewnętrzny głos: „Aż do chwili śmierci”. Prawnik wspomina, że głos ten przeraził go śmiertelnie. Nie rozmawiał wtedy z matką Angeliką i powtarzał sobie: „Nie dam się w to wciągnąć”. Jednak przez następny miesiąc codziennie słyszał on ten głos: „Aż do chwili śmierci”. W końcu wsiadł on w auto i pojechał z Nashville do Birmingham i zapytał o przeoryszę. Matka Angelica przywitała go słowami: „Zastanawiałam się kiedy wreszcie przyjedziesz”. Bill Steltemeier złożył sporą ofiarę na klasztor i zaoferował matce Angelice swe prawnicze usługi. Został on „prawnym aniołem stróżem” misji matki Angeliki i do dzisiaj, 30 lat później, jest nim w dalszym ciągu.
Zanim jednak Bill odwiedził Birmingham, matka Angelica zaczęła się dowiadywać jak się robi telewizyjne programy. Nie myślała jeszcze wcale o własnej stacji telewizyjnej. Jej misją była ewangelizacja, ale zdawała sobie sprawę, że ręcznie roznoszone broszurki i książeczki mają bardzo ograniczony zasięg. Gdyby udało jej się nagrać to, o czym pisała, a następnie znaleźć jakąś stację telewizyjną, która by te audycje nadała, dotarłaby do znacznie większej ilości osób. Po poszukiwaniach udało jej się dotrzeć do lokalnej stacji telewizyjnej, która zgodziła się nagrać półgodzinną audycję za sumę tysiąca dolarów. Gotową taśmę przyjaciółka matki Angeliki zawiozła osobiście do protestanckiej stacji telewizyjnej Christian Brodcast Network, założonej rzez Pata Robertsona i mieszczącej się w Virginia Beach, Va. CBN docierał do trzech i pół miliona rodzin ze swymi programami i akurat ich zarząd rozglądał się za jakimś katolickim programem. Taśma matki Angeliki była odpowiedzią na ich modlitwy. Po zobaczeniu tego, co matka Angelica nagrała od razu zaproponowali jej, że codziennie otrzyma półgodzinny czas na antenie, ale musi dostarczyć im programy na pierwsze dwa miesiące. „60 epizodów? Hmm… Jak chcecie 60 epizodów, to otrzymacie 60 epizodów” –zobowiązała się Angelica, nie myśląc nawet o tym, skąd weźmie 60 tys. $ na koszty produkcji. Jednak, jak zwykle, pieniądze zawsze się znajdowały. Matka Angelica nadal podróżowała, dając swe wykłady i lekcje, a także organizacja zrzeszająca ochotników zajmujących się dystrybucją jej broszurek była w stanie zebrać pewną kwotę na pokrycie części kosztów produkcji jej programów telewizyjnych.
W październiku 1978, pół roku po tym, jak matka Angelica nagrała swą pierwszą telewizyjną audycję, przeczytała ona w jakimś katolickim czasopiśmie o planach sieci telewizyjnej CBS nadania miniserialu „Słowo” opartego o powieść Irwinga Wallace o tym samym tytule. Film, oparty o fakty zawarte w starożytnym papirusie negował boską naturę Jezusa. Papirus okazał się zresztą później fałszerstwem, jak to zwykle bywa w takich wypadkach. Gdy Matka Angelica przybyła do studia nagrać kolejne odcinki swego programu, zażądała widzenia z menadżerem stacji. Powiedziała mu, że nie mogą oni nadać tego filmu, bo jest on bluźnierczy. Ta uwaga tylko rozbawiła zarząd stacji. Odpowiedzieli matce Angelice, że nie tylko nadadzą ten film, ale że ona nic nie będzie w stanie zrobić. „Będę mogła przestać nagrywać u was swoje programy” –odrzekła. „Tak? I co zrobisz? Nigdzie indziej w Birmingham nie dasz rady ich nagrywać”. „To zbuduję sobie swoje własne studio”.
Po powrocie do klasztoru i po tym, jak matka Angelica opanowała swoje wzburzenie, siostry zastanawiały się co dalej zrobić. Jedna z nich zauważyła, że właśnie zaczęły budować garaż, więc jakby go powiększyć, to można by zamiast garażu zrobić studio telewizyjne. Plan został przyjęty i matka Angelica zawiadomiła wykonawcę budowy, że ma poszerzyć fundamenty, bo od teraz buduje studio. Budowlaniec popatrzył na nią, jakby nagle ona zaczęła do niego mówić po aramejsku. „Ależ ja się nie znam na studiach telewizyjnych” -protestował. „To nic, ja też się nie znam. Dlatego właśnie wybudujemy jedno”.
Matka Angelica nieraz wspominała, że Bóg szuka „dodów”. „Dodo” to jest taki głupek, który nie wie, że czegoś się nie da zrobić i dlatego to próbuje. Mądrzy ludzie nie próbują wielu rzeczy, bo wiedzą, że to niemożliwe do wykonania. „Dodo” jest za głupi, żeby to wiedzieć, więc nic go nie wstrzymuje od prób. „Ja jestem taki ‘dodo’” –mówiła. W momencie podjęcia decyzji o budowie własnego studia TV matka Angelica miała niemal 56 lat, była schorowaną, chodzącą o kulach prostą i niewykształconą klauzurową siostrą zakonną, nie miała pojęcia o produkcji telewizyjnej, o tym jak się buduje i zarządza stacją telewizyjną i miała na koncie na wszystkie koszty związane z utrzymaniem klasztoru 200 dolarów. Rzeczywiście, tylko „dodo” w takiej sytuacji może się porwać na takie szalone pomysły. "Unless you are willing to do the ridiculous, God will not do the miraculous.” – mówiła. “Dopóki nie zrobisz czegoś żałosnego, śmiesznego, Bóg nie zrobi nic cudownego”. Powiedzenie, które w jej życiu sprawdziło się wielokrotnie.
Wkrótce ruszyła budowa studia, a wolontariusze zebrali wystarczającą ilość funduszy na zakup przyczepy- starego wozu transmisyjnego, który zaczął służyć jako tymczasowe studio do nagrywania kolejnych odcinków audycji matki Angeliki. Ona sama nadal podróżowała, by zdobyć fundusze na budowę studia i jego wyposażenie. Samo oświetlenie kosztowało kilkanaście tysięcy dolarów, a pierwsza profesjonalna kamera Hitachi 24 000. Gdy podczas jednego ze spotkań jakiś sceptyk zapytał ją co się stanie, gdy jej misja się nie powiedzie, matka Angelica odpaliła: „Będę miała najlepiej oświetlony garaż w Birmingham”.
Pod koniec 1979 roku matka Angelica miała już całkiem pokaźną ilość taśm ze swoimi programami. Nadawane były przez protestancki kanał CBN i przez kilka komercyjnych stacji telewizyjnych. Matka Angelica wysłała listy do wszystkich biskupów amerykańskich z propozycją darmowego udostępnienia kopii jej audycji w celu dalszego rozpowszechniania. Nie otrzymała ani jednej odpowiedzi. Matka Angelica wiedziała, że potrzebna jest jej jakaś forma dystrybucji jej programów. Komercyjna telewizja nie wchodziła w grę, bo była zbyt kosztowna. Biskupi nie wyrażali zainteresowania, ani nie szli z chęcią pomocy. Matce Angelice przypomniała się satelitarna antena widziana przed dwoma laty w Chicago. „Co się robi, żeby wysłać program z Birmingham do satelity?” –zapytała jednego z kilku inżynierów pracujących na pół etatu w klasztorze. „Potrzebna jest antena, licencja-zezwolenie i prawnik:- odpowiedział. „A co potrzebuję najpierw?” „Zacząć trzeba od prawnika”. A więc matka Angelica kupiła czasopismo zajmujące się satelitarną telewizją i zaczęła przeglądać ogłoszenia firm prawniczych specjalizujących się w załatwianiu licencji. Oczywiście szukała włosko brzmiących nazwisk. Gdy trafiła na firmę „Pepper & Corazzini”, zadzwoniła tam i po kilkunastu próbach udało jej się dotrzeć do Roberta Corazzini.
Corrazini był fachowcem w branży. Załatwił między innymi licencję Tedowi Turnerowi, założycielowi CNN. Jednak jak matka Angelica powiedziała mu, że jest przeoryszą zakonu i chce nadawać swoje programy przez satelitę, był przekonany, że to jakiś głupi żart. Gdy jednak się przekonał, że jest ona zupełnie poważna, przyleciał do Birmingham by przedyskutować tę sprawę. Poinformował on swą nową klientkę, że taka sprawa może potrwać parę lat i że nie ma żadnej gwarancji na pozytywne załatwienie sprawy. Ilość licencji wydawanych przez FCC, Federal Communications Commision, jest ograniczona, a chętnych na ich otrzymanie wielu. Kablowa i satelitarna telewizja była wtedy nowością i wielu nowych biznesmanów próbowało zaistnieć w tej dziedzinie medialnej. Po rozmowie prawnik powrócił do Waszyngtonu prowadzić sprawę, a Bill Steltemeier założył nową cywilną spółkę „Eternal Word Television Network”. „Eternal Word” to „Odwieczne Słowo”, niewątpliwie nazwa zainspirowana bluźnierczym filmem „Słowo”, z powodu którego matka Angelica odstąpiła od współpracy z CBS i zaczęła budowę swojego studia.
W połowie maja 1980. roku Angelica była winna 380 000 dolarów za wyposażenie studia. Bill Steltemeier szukał pomocy finansowej wśród biznesmanów, matka Angelica podróżowała by zbierać donacje od zwykłych katolików, ale to wszystko nie wystarczało. Koszty, jakie się piętrzyły przed nią były olbrzymie. Postanowiła więc poszukać szczęścia u Harry’ego Johna, wnuka Fredricka Millera, założyciela browaru Miller Brewing Company.
Harry John był ekscentrykiem. Wyglądał bardziej jak bezdomny bum, niż milioner. Kilku dziennikarzy przeprowadzających z nim wywiady wręcz określiło go jako „robiącego wrażanie niedomytego”. Na spotkania przychodził ubrany w spodnie klowna na szelkach i w kolorowy beret. Cały swój udział w browarze założonym przez dziadka, 47% akcji, złożył on w filantropijnej fundacji „De Rance Fundation”, nazwanej tak na cześć Armanda-Jeana De Rance, XVII-wiecznego ascetycznego opata, założyciela zakonu trapistów. Jego majątek sięgał stu milionów dolarów, więc gdyby tylko zechciał, mógłby wspomóc matkę Angelikę. Jej wizyta odniosła jednak tylko częściowy sukces. Otrzymała czek na 220 tysięcy. Potrzebowała jednak znacznie więcej.
Trzeba było zamówić 10-metrową antenę satelitarną za sumę 350 tys. dolarów. Matka Angelica zawahała się. Stare długi nie były spłacone, a tu dochodził nowy potężny wydatek. Jednak stwierdziła, że jak się coś robi dla Boga, to po prostu trzeba to zrobić. „Strach nie jest problemem” -mówiła. „Problemem jest nie robienie niczego ze strachu”.
Bill Steltemeier otrzymał polecenie napisania kontraktu z RCA na dostawę satelity i dodatkowego wyposażenia studia. Zakup ten zwiększał zadłużenie matki Angeliki do miliona dolarów. Pierwsza kopia umowy zawierała klauzulę, że klasztor gwarantuje swoim majątkiem wywiązanie się z umowy. Klauzula ta spowodowała, że biedny prawnik musiał wysłuchać wykładu na temat tego, że to, co należy do Boga nie może być przedmiotem żadnych umów i że nie będą nigdy ryzykować majątku klasztornego dla organizacji EWTN. Powstała więc nowa umowa, ale tę odrzucono natychmiast w RCA. W końcu trafiła ona do jednego z wiceprezydentów RCA, oczywiście Włocha z pochodzenia. Zadzwonił on do matki Angeliki i zapytał: „Rzeczywiście chcesz, żebyśmy zaakceptowali taką umowę?” „Tak, chcę tego ja i chce tego Bóg” –odpowiedziała Angelica. „Podpiszę tę umowę, ale pod jednym warunkiem. Będziemy potrzebowali 600 tysięcy dolarów na pierwszą wpłatę, zanim wyposażenie będzie mogło być dostarczone do studia. W jaki sposób zdobędziesz taką sumę?” „Bóg nam dostarczy” –brzmiała odpowiedź matki Angeliki.
W międzyczasie Robert Corazzini był gotów złożyć aplikację do FCC, ale potrzebował gwarancję kredytową w wysokości 280 tys. dolarów. Matka Angelica była akurat w kaplicy, modląc się przed mszą, gdy do kościoła weszli Lloyd Skinner i John Bruno. „Oto twój list kredytowy” –usłyszała wewnętrzny głos. Skinner właśnie sprzedał swoją fabrykę makaronu Brunowi i odwiedzał Birmingham. Po mszy matka Angelica pokazała im klasztor, studio, opowiedziała o swych planach i zapytała o pomoc. Skinner podpisał jej list kredytowy, co umożliwiło staranie się o licencję na nadawanie programów.
Jednak nie był to koniec finansowych problemów. Dług jej wynosił milion dolarów i wkrótce czekały ją koszty operacyjne w wysokości półtora miliona dolarów rocznie. Matka Angelika postanowiła odwiedzić ekscentrycznego milionera, Harry’ego Johna raz jeszcze. Tym razem prosiła go o 700 tysięcy dolarów. Zgodził się pod warunkiem, że to on będzie miał kontrolę nad anteną satelitarną. Na taką propozycję matka Angelica nie mogła i nie chciała się zgodzić. Powróciła do Birmingham z niczym i z narastającym uczuciem strachu. „Bóg spodziewa się po mnie działać w wierze, nie w wiedzy. Spodziewa się, że będę działać bez pieniędzy, bez mądrości, bez talentu – tylko z wiarą. Ale czym jest wiara? To jedna noga na ziemi, druga w powietrzu, a w żołądku uczucie strachu”. Uczucie strachu miało się wkrótce zintensyfikować…
27. stycznia 1981. roku, zaledwie dwa miesiące po złożeniu podania o licencję na prowadzenie satelitarnej stacji telewizyjnej, FCC przysłało pozytywną odpowiedź. Do dziś nie jest pewne jak to się stało, że nadeszła ona tak szybko. Podobno w FCC pracowała jakaś osoba znająca imię matki Angeliki z ruchu charyzmatycznego w Kościele i przełożyła jej podanie na sam początek kolejki, ale nie da się tego w żaden sposób zweryfikować. Dla matki Angeliki było to po prostu kolejne potwierdzenie Bożej Opatrzności.
Licencja, zezwolenie to rzecz konieczna, ale z pewnością niewystarczająca. Trzeba było jeszcze zbudować samo studio, nadajnik, antenę, a potem podpisać umowę z jakimś operatorem satelity, który będzie odbierał sygnał i przekazywał go powrotem na ziemię. Tam operatorzy sieci kablowych będą dalej przekazywać programy do odbiorców w domach. Plan teoretycznie prosty, ale w praktyce matkę Angelikę czekały spore koszty i kolejne przeszkody, a jak do tej pory jeszcze ani jedna osoba nie widziała jej programów dostarczonych satelitarnie.
W 1981. roku powstał zarząd spółki EWTN, a Bill Steltemeier został jej prezydentem. Matka Angelica była prezesem z prawem bezwzględnego wetowania każdego ustalenia zarządu. To ciągle była „jej stacja” i ona ciągle podejmowała wszystkie najważniejsze decyzje. Członkiem zarządu został także ojciec John Hardon, który wkrótce mimowolnie stał się przyczyną sporych kłopotów i największego kryzysu w religijnym życiu matki Angeliki.
Ojciec Hardon podzielił się prywatnie z kimś w Watykanie wątpliwościami co do legalności działalności matki Angeliki polegającej na podróżowaniu po całych Stanach Zjednoczonych z odczytami i wykładami. Była ona przeoryszą kontemplacyjnego, papieskiego zakonu Klarysek i choć miała zezwolenie lokalnego biskupa na taką działalność, Kongregacja ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego zabroniła jej dalszych podróży, poza wizytami w jej lokalnym studio. Takie postanowienie było wielkim ciosem dla powstającego przedsięwzięcia, bo bez możliwości podróżowania kończyła się możliwość zdobywania funduszy. To charyzma, urok, dar przekonywania matki Angeliki otwierał serca i portfele ludzi. Bez jej obecności cale przedsięwzięcie było martwe w momencie urodzenia.
Oczywiście dla matki Angeliki to była tylko kolejna przeszkoda do pokonania. Ponieważ była przekonana, że to, co robi jest wolą Bożą, po prostu wyżaliła się przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i szukała drogi wyjścia z kryzysu. Jedyną drogę, jaką zaproponowano matce Angelice, to trzyletnie opuszczenie klasztoru, tymczasowy powrót do świeckiego życia, ale na to nie mogła się ona zgodzić. Jej powołanie, jej rola „oblubienicy Jezusa” była ważniejsza od możliwości podróżowania i taki krok byłby dla niej zdradą swego Oblubieńca. Cel nigdy nie uświęca środków i takie rozwiązanie nie wchodziło w ogóle w grę.
A kryzys trwał i właśnie nadeszło wyposażenie satelitarne zamówione w RCA. Dwie ciężarówki z anteną i innym sprzętem zajechały do klasztoru, ale kierowca nie mógł zezwolić na rozładunek, dopóki nie otrzyma potwierdzenia o wpłacie sześciuset tysięcy dolarów na konto RCA. Matka Angelica nie miała pieniędzy. Nie miała żadnych ukrytych asów w rękawie. Wydawało się, że to już koniec jej szalonego przedsięwzięcia. Poszła więc do kaplicy Adoracji i zaczęła się modlić: „Zawaliłam, Panie.” Z ludzkiego punktu widzenia osiągnęła ślepy zaułek. Wyszła z kaplicy, by odesłać ciężarówki powrotem, gdy jedna z sióstr zawołała ją do pilnego telefonu. Dzwonił ze swego jachtu płynącego gdzieś na Bahamach milioner, który twierdził, że dzięki broszurkom pisanym i drukowanym przez matkę Angelikę jego syn będący w poważnych kłopotach z prawem nawrócił się i zaczął prowadzić dobre życie. Milioner ten chciał ofiarować matce Angelice mały datek, w wysokości 600 tysięcy dolarów. „Czy może pan przysłać te pieniądze teraz?” –to była jedyna odpowiedź matki Angeliki. Okazało się, że raz jeszcze Bóg wynagrodził jej zawierzenie i wiarę małego dziecka.
W maju 81. roku kardynał Silvio Oddi, przewodniczący Kongregacji ds. Duchowieństwa przybył do Nowego Jorku, by prowadzić trzydniową konferencję katechetyczną. Ponieważ matka Angelica miała zakaz podróżowania, wysłała na tę konferencję Billa Steltemeiera. Miał on przekonać kardynała do przyjazdu do Birmingham, do pobłogosławienia powstającego przedsięwzięcia i do ewentualnego przekonania kogo trzeba w Rzymie, by zniósł zakaz podróżowania dla matki Angeliki. Kardynał początkowo odmówił, bo następnego dnia powracał do Rzymu, ale Steltemeier wynajął prywatny samolot i zdążył przywieźć kardynała na parę godzin do Alabamy. Kardynał Oddi był zachwycony tym, co robi matka Angelica. Pobłogosławił przedsięwzięcie i obiecał, że po powrocie do Watykanu załatwi zgodę na jej podróże. Matka Angelica i EWTN zyskali ważnego przyjaciela w Watykanie. 10. czerwca nadeszła trzyletnia zgoda z Watykanu na dalsze podróże i prowadzenie działalności matki Angeliki poza murami monastyru.
15. sierpnia 1981. roku matka Angelica, w obecności sióstr i lokalnego biskupa włączyła przekaźnik i stacja telewizyjna EWTN zaczęła wysyłać sygnał do drugorzędnego satelity Westar III, przekazującego dalej sygnał do małej grupy operatorów lokalnych sieci kablowych w kilkunastu niewielkich miastach. Cały program trwał cztery godziny dziennie i poza audycjami prowadzonymi przez Matkę Angelikę nadawał stare filmy, nie tylko religijne. Można było zobaczyć wtedy w EWTN nawet Lassie i Bill Cosby Show. Dwa miesiące po premierze jej sygnał docierał do zaledwie sześciu sieci kablowych, mając potencjalną możliwość dotarcia do 300 tysięcy domów. To ciągle był początek drogi. A przecież matka Angelica miała już niemal 60 lat.
W końcu i biskupi zaczęli dostrzegać potrzebę ewangelizacji przez telewizję. Albo raczej należałoby powiedzieć pewne osoby związane z Episkopatem. Z budżetem początkowym w wysokości 4 i pół miliona dolarów powstał CTNA, Catholic Telecommunications Network of America. Jednak zamiast pójść taką drogą, jaką wybrała matka Angelica i wysyłać swój sygnał bezpośrednio do każdego, kto był skłonny go odbierać, CTNA wysyłało zakodowany sygnał do diecezji, które zainwestowały w anteny odbiorcze i diecezje mogły, po opłaceniu abonamentu, dalej transmitować program. Gdyby tylko miały dostęp do jakiejś stacji telewizyjnej. Cały ten system był niezbyt sensowny i od początku skazany na porażkę. Stanowił jednak zagrożenie dla matki Angeliki, bo w momencie, gdy okazało się, że programy CTNA nie trafiają do odbiorców naturalną rzeczą było zazdrosne spoglądanie na to, co zbudowała matka Angelika. Tym bardziej, że Episkopat miał fundusze, których tak brakowało matce Angelice. Niestety miał on też wielu biskupów będących w bardziej lub mniej skrywanej opozycji do nauczania Magisterium Kościoła. Liberalne skrzydło w amerykańskim Kościele, niezadowolone z „konserwatyzmu” papieża Jana Pawła II widziało w CTNA narzędzie mogące przedstawiać ich „postępowe” poglądy na ordynację kobiet, zmiany w nauczaniu na temat antykoncepcji, czy legalizacji homoseksualnych związków małżeńskich. Ponieważ jednak CTNA była firmowana przez Episkopat, a EWTN była prywatną stacją zwykłej zakonnicy z Alabamy, zachodziła obawa, że sieci kablowe wybiorą tylko jeden katolicki program w swej ofercie. I nie będzie to ortodoksyjna EWTN…
Jesienią 1981. roku matka Angelica została wezwana do Waszyngtonu na rozmowę z biskupami odpowiedzialnymi za media. Pytano ją dlaczego promuje taki właśnie typ religijności, ograniczony, ich zdaniem. CTNA promuje (ich zdaniem) pełny, szeroki obraz katolicyzmu. Zapytano też matkę Angelikę o budżet. „Ja nie mam budżetu” –odparła. Odpowiedzią był wybuch śmiechu. „Jak to? Musisz mieć budżet w tym biznesie. Nie można prowadzić stacji telewizyjnej bez budżetu!” –powiedział biskup Gelineau, przewodniczący Konferencji Episkopatu. „To jaki powinnam mieć budżet, skoro w ubiegłym roku zostało nam po wydatkach 300 tysięcy dolarów?” –„Myślę, że około 600 tysięcy” odparł po namyśle biskup. „To jest dokładnie to, co mam na myśli. My działamy w oparciu o Boże przeznaczenie. Datki w ubiegłym roku przyniosły nam dwa miliony. Jakbyśmy mieli budżet, stracilibyśmy milion czterysta tysięcy dolarów” –odpowiedziała Angelica. Nikt jej nigdy nie przekonał, że jest jej potrzebny jakikolwiek budżet. A samo spotkanie zakończyło się niczym. Biskupi życzyli jej powodzenia, choć niektórzy niezbyt szczerze. Wymieniono niewiążące obietnice współpracy i spotkanie się zakończyło. Jednak nikt już nie miał wątpliwości, że EWTN jest zauważone przez konferencję biskupów, którzy nie bardzo mogli przełknąć fakt, że nie mają żadnej kontroli nad potężnym medialnym narzędziem prowadzonym przez przeoryszę zakonu podlegającego bezpośrednio Rzymowi.
Odsłon: 107 Komentarzy: 2
Monday,14 May 2012,22:40
Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:40
Matka Angelica odnalazła w klasztorze dom, którego nigdy tak naprawdę nie miała. Bardzo szybko okazało się, że ma wiele talentów i zdolności. Na długo przed Soborem Watykańskim II instynktownie szukała innego podejścia do trochę militarnego reżimu wśród sióstr zakonnych. Dla Angeliki wszystko było bardzo personalne. Ona naprawdę kochała z całego serca Jezusa i chciała wszystkim przekazać tę miłość. Szybko stała się duchową opiekunką sióstr w nowicjacie, pocieszając je w chwilach zwątpienia i zapewniając o miłości Jezusa do nich.
Inną nieocenioną zaletą matki Angeliki była znajomość ludzi w sąsiedztwie i umiejętność rozmawiania z „normalnymi ludźmi”. Gdy w klasztorze trzeba było coś zbudować, naprawić, Angelica wiedziała do kogo zadzwonić i jak przekonać „chłopców z sąsiedztwa” by społecznie ofiarowali swój czas dla klasztoru. Potrafiła ona także czytać plany i egzekwować ich wykonanie. Zaleta, która bardzo się jej przydała w przyszłości.
Pewnego dnia matka Angelica froterując podłogę zaplątała się w kabel od froterki, przewróciła na śliskiej podłodze i uszkodziła sobie kręgosłup. Przez parę lat cierpiała z tego powodu, aż doszło do tego, że nie dało się dłużej unikać interwencji chirurga. Operacja była poważna i matka Angelica została uprzedzona, że ma 50% szans na to, że już nigdy nie będzie chodzić. Modląc się przed operacją obiecała ona swemu ukochanemu Jezusowi, że jak będzie mogła chodzić po operacji, to na południu Stanów Zjednoczonych zbuduje nowy klasztor, gdzie będzie się modliła w intencji prześladowanych Murzynów.
Operacja nie była sukcesem. Według siostry będącej instrumentariuszką towarzyszącą chirurgowi, w trakcie operacji lekarz zrobił błędne cięcie skalpelem i wiedział, że Angelica nie będzie więcej chodzić. Wyszedł nie kończąc operacji, rzucając ze złością skalpel na podłogę. Trzeba było szybko szukać innego lekarza i jakiś inny lekarz, zresztą Muzułmanin, akurat będący w szpitalu dokończył operacji. Kilka porcji krwi było potrzebnych do transfuzji i według Matki Angeliki, były na nich następujące nazwiska dawców: Luntz, Goldberg i Cohen. Zawsze wspominała ona żartobliwie, spotykając się z Żydowską widownią: „Od tego czasu nigdy już nie byłam tą samą osobą”
Według wszelkich znaków Matka Angelica powinna być sparaliżowana, ale po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu odzyskała częściową władzę w nogach. Musiała ubierać gorset ortopedyczny i chodzić o kulach, ale chodziła sama. Nie raz powtarzała ona później pół żartem: „Jak się modlicie o coś, zawsze bądźcie bardzo precyzyjni. Ja prosiłem Jezusa, żebym mogła chodzić, a nie żebym była całkiem zdrowa. Zostałam więc wysłuchana, dostałam dokładnie to, o co prosiłam”.
Matka Angelica zaczęła więc starania o to, by założyć nowy klasztor gdzieś na południu USA. Nie było to wcale proste, bo zgromadzenie w którym się znajdowała nie było zbyt liczne, ona sama była zbyt młoda, by stać się przełożoną nowego zakonu, nie było funduszy, ani zgody biskupa, do tego inna zakonnica z zakonu w którym przebywała Angelica, dużo starsza, także chciała założyć w innym miejscu nowe zgromadzenie. Parę lat zajęło przekonywanie biskupa i szukanie drogi by niemożliwe stało się możliwe. Matka przełożona wysłała równocześnie dwa listy do dwu biskupów pytając o możliwość założenia zakonów na ich terenie. Jeden do Alabamy, drugi do Minnesoty, gdzie ta druga zakonnica chciała zacząć nowe zgromadzenie. Który biskup odpowiedziałby wcześniej, tam byłoby nowe zgromadzenie. Pierwsza była odpowiedź z Alabamy, więc plan Angeliki był wdrażany w życie.
Problemem było znalezienie funduszy. Ale tutaj znowu matka Angelica okazała się pomocna. Najpierw chciała zbierać dżdżownice i sprzedawać je rybakom, ale matka przełożona absolutnie się sprzeciwiła. Kolejnym pomysłem było składanie przynęt i haczyków wędkarskich. Siostry kupowały gotowe półprodukty i składały z nich spławiki i inne akcesoria wędkarskie. Siostry nazwały swój biznes „Przynęty Świętego Piotra”, a wśród produktów były między innymi „Muszka świętego Michała”, czy „Mały Jonasz”. Zakonnice produkujące przynęty na ryby stały się małą sensacją i wiadomości o nich zamieściła prasa w wielu miastach, od Maiami do Chicago, robiąc im darmową reklamę. Nawet „Sports Ilustrated”, największe sportowe czasopismo w USA w 1961. roku przyznało matce Angelice (która nigdy w życiu nie złowiła żadnej ryby) specjalną plakietkę w uznaniu jej zasług dla sportu wędkarskiego.
Nadszedł w końcu dzień, gdy Matka Angelica z jedną siostrą wyjechały do Birmingham w Alabamie. Zamieszkały początkowo gościnnie w innym zakonie i szukały miejsca na budowę swojego monastyru. Zajęło im to ładnych kilka miesięcy, ale w końcu znalazły 6-hektarowy pagórkowaty teren na przedmieściach Birmingham, mający nawet jakiś domek z dwoma sypialniami, gdzie do czasu wybudowania własnego klasztoru mogłyby zakonnice zamieszkać. Cena za ten teren wynosiła 14 tysięcy dolarów. Dokładnie tyle, ile zarobiły siostry sprzedając przynęty świętego Piotra. Co prawda w momencie, w którym trzeba było podpisać kontrakt siostry nie miały jeszcze zgody na budowę, ale matka Angelica zaryzykowała, z dziecięcą ufnością oddając się przeznaczeniu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. A zezwolenie nadeszło wkrótce po podpisaniu umowy.
Dwie zakonnice mogły więc zamieszkać w starym domu i wkrótce dojechały do nich kolejne z Ohio. Teraz tylko trzeba było jakoś zorganizować kolejne fundusze na budowę. Matka Angelica od razu zwróciła się w stronę małej społeczności katolików o pomoc. Byli to głównie imigranci z Włoch, Niemiec i Irlandii, ale by la to bardzo niewielka społeczność.. Zaledwie 2% mieszkańców Birmingham to byli katolicy. Na szczęście matka Angelica potrafiła przekonać wszystkich i wkrótce otrzymała pomoc także od protestantów i od żydowskiej społeczności Birmingham. Zapewne jej opowieść o tym, że od operacji także w jej żyłach płynie semicka krew pozwalała przełamywać lody i powodowała życzliwość Żydów do jej projektu.
W Birmingham matka Angelica spotkała ojca Roberta DeGrandis, znanego i w Polsce charyzmatycznego kapłana. Był on wtedy proboszczem jednej z parafii w Birmingham, zamieszkałej głównie przez Murzynów. Odwiedzał on często plac budowy klasztoru, namawiając matkę Angelikę na „chrzest Ducha Świętego”. Ona nie chciała się zgodzić, słusznie twierdząc, że podczas sakramentu bierzmowania otrzymała Ducha Świętego, ale ojciec DeGrandis nie ustępował. Gdy Birmingham odwiedziła w 1971. roku Barbara Schlemon, mająca dar uzdrawiania, chciała ona zobaczyć się z matką Angeliką. W zakonie przebywała już wtedy jako jedna z sióstr mama Angeliki. („Zostałam swoją własną babką” –żartowała, gdyż jej mama zwracała się do niej „matko”, jako do przeoryszy zakonu). Mama Angeliki była schorowana, więc Angelica zgodziła się, by Schlemon i ojciec DeGrandis pomodlili się nad nią i nad jej mamą.
Nic się nie stało tego dnia, ale tydzień później, gdy matka Angelica czytała Ewangelię Świętego Jana, zaczęła mówić językami. Była przerażona, bo jakiś czas nie mogła powiedzieć nic po angielsku. Z jej ust wydobywał się jakiś obcy, niezrozumiały dla niej język. Doświadczenie to spowodowało, że zmienił się zupełnie jej stosunek do Biblii. Zaczęła ona dużo poświęcać studiom biblijnym i zaczęła dużo lepiej rozumieć biblijne przesłanie. Nie zapominajmy, że matka Angelica była prostą, niewykształconą kobietą. Jednak jej rozumienie Biblii jest bardzo głębokie. Od tamtego czasu zaczęła ona spotykać się z różnymi grupami ludzi i dawać wykłady na temat Biblii. Nie tylko dla katolików, ale także wiele kościołów protestanckich zaczęło ją zapraszać, by dzieliła się z nimi swą mądrością.
Opłaty, jakie otrzymywała za swe wykłady były głównym źródłem utrzymania klasztoru. Jednak rosnące koszty budowy powodowały, że nie wystarczało to wcale. Przez pewien okres czasu siostry produkowały orzeszki ziemne na sprzedaż, ale i to nie trwało zbyt długo, gdyż nieuczciwy dostawca starał się je oszukiwać na cenie półproduktów. Jednak zawsze w jakiś sposób udawało się im płacić rachunki. A jak naprawdę nie było już grosza, robotnicy budujący klasztor dobrowolnie kontynuowali pracę wiedząc, że jest to teraz ich dar dla ukochanej matki Angeliki.
Na początku lat 70. matka Angelica zaczęła nagrywać 10-minutowe wykłady na kasety, które później były nadawane w lokalnym radiu. Można je także było nabyć u sióstr. Zaczęła również pisać swe pierwsze broszurki. Jednak te działania raczej kosztowały, niż przynosiły zyski. Książeczki nie były sprzedawane, ale rozdawane gdzie się tylko dało. W klasztorze nawet na ogrodnika nie było funduszy, więc trawą zajęły się kozy i owce, które dodatkowo zasilały stół zakonnic. Ich duchowym ojcem był Święty Franciszek, ale do zwierząt podchodziły one dużo bardziej pragmatycznie, niż ten wielki święty.
Mówiąc o książkach matki Angeliki warto wspomnieć, że zazwyczaj pisała je ona w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. Nigdy nie planowała wcześniej, co napisze. Opowiadała ona potem: „To było jak sensacyjna powieść. Sama nigdy nie wiedziałam, co będzie następne. Pisałam, co powstawało w mojej głowie, a jak myśl się kończyła, kończyła się i książka”. Nie były to jakieś mistyczne przeżycia, ale raczej inspiracja, natchnienie. Do końca już matka Angelica polegała właśnie na takim przewodnictwie Ducha Świętego. Nigdy nie przygotowywała się do swych audycji telewizyjnych, czy do wystąpień. Zawsze uważała, że Duch Święty podpowie jej, o czym ma rozmawiać.
W 1975. roku matka Angelica napisała książeczkę o Eucharystii. Drukarnia, która drukowała jej broszurki odmówiła tym razem wykonania usługi. Tłumaczyli się zmianą właściciela, choć siostry były przekonane, że to zawartość broszurki nie została zaakceptowana przez wewnętrzną cenzurę właściciela drukarni. Nie był on katolikiem i miał inne poglądy na to, czym, a raczej Kim jest Eucharystia. Matka Angelica jednak, jak zawsze w swoim życiu, nie tylko nie przejęła się zbytnio, ale po prostu zakupiła własne wyposażenie drukarni. Za „jedyne” 14 tysięcy dolarów. Zapytana przez towarzyszącą jej siostrę skąd weźmie pieniądze, odpowiedziała: „Z banku”. Wszystkie banki jednak odmówiły jej kredytu. Prywatne kontakty pozwoliły na zgromadzenie czterech tysięcy, ale to ciągle było mało. Jednak matka Angelica ciągle była optymistką. „Praca dla Jego Królestwa to mój problem, pieniądze to Jego problem. Ja się zajmę moim problemem, a On, jestem przekonana, rozwiąże to, co jest Jego problemem”. Zawsze ufała ona swemu Oblubieńcowi jak małe dziecko swym rodzicom. 16. października 1975 w recepcji klasztoru był częsty wolontariusz, Albert Moore. Matka zapytała go, czy nie pożyczyłby jej 10 tys. dolarów. „Oczywiście, pożyczę”. „Nie robisz sobie żartów?” „Nie, a Ty?” „Ja żartowałam, ale jak Ty mówisz serio, to bardzo by te pieniądze się przydały…”. I tak matka Angelica zdobyła fundusze na własną drukarnię.
Mówiąc o wierze małego dziecka… gdy wyposażenie drukarni dotarło do klasztoru, wściekły kierowca zapytał, czy ktoś zmierzył drzwi, zanim zamówił te maszyny? One przecież nie zmieszczą się tam wcale. „Pomódlmy się w takim razie” –odpowiedziała matka Angelica. „Kobieto, nawet Wszechmocny Bóg nie spowoduje, że coś większego zmieści się w czymś mniejszym”. „Spróbujcie”- to była jedyna odpowiedź Angeliki. Czterech mężczyzn wzięło największy element wyposażenia i próbując, przekrzywiając i pasując urządzenie przeszli przez drzwi z zapasem paru centymetrów z każdej strony.
Wkrótce po tym pierwszym zakupie powstała nowa drukarnia i sieć wolontariuszy w całym kraju rozprowadzała mini-książeczki produkowane w tej drukarni. Drukowano ich po 25 tysięcy dziennie. Materiały drukarskie, papier, farby były darem, tak samo jak darem była praca wolontariuszy rozprowadzających gotowe broszurki. Nad drukarnią wisiał ręcznie namalowany plakat: „Drukarnia Pana. Co prawda nie wiemy, co robimy, ale jesteśmy w tym coraz lepsze.”
Matka Angelica kontynuowała swe wykłady i lekcje, głównie dla charyzmatycznych grup chrześcijan. Odczuwała wielką potrzebę ewangelizowania. „Dajcie mi takich katolików jak Świadkowie Jehowy, a zmienię świat” -mówiła. „Każda osoba powinna być misjonarzem. Powinniśmy być tak podekscytowani naszą wiarą, że powinniśmy chcieć się nią dzielić z każdym”. „Książeczki i broszurki są jak ziarnka gorczycy. Każda gospodyni domowa, każdy biznesman może być misjonarzem. Zostaw broszurkę gdziekolwiek jesteś. Zasiałeś ziarno, a Duch Święty zrobi resztę”. Podczas jednego ze spotkań w Clearwater na Florydzie ośmiuset wolontariuszy zgłosiło się, by rozprowadzić 13 tysięcy książeczek, jakie matka Angelica przywiozła ze sobą.
Kontakty z charyzmatycznymi ruchami chrześcijańskimi upewniły jednak matkę Angelikę, że nie jest to zupełnie taka droga, jaką ona by chciała iść. Przede wszystkim sama nękana ciągłymi chorobami uważała, że cierpienie może mieć wielką wartość. Leczenie ludzi z chorób jest ważne, ale nie może być celem samym w sobie. Dużo ważniejsze jest zdrowie duszy, niż ciała. Tymczasem z tego, co zaobserwowała wynikało, że w ruchu tym często same dary Ducha Świętego wydają się ważniejsze od Tego, od którego pochodzą. A przecież jak nie prowadzą one do Boga, to jaki jest z nich pożytek?
W 1978. roku matka Angelica odwiedziła Chicago i była gościem stacji telewizyjnej, kanał 38, prowadzonej przez baptystów. Gdy zapytała, w jaki sposób nagranie w studio dostaje się do telewizorów, pokazano jej antenę satelitarną. Matka Angelica zapytała o koszty. „950 tysięcy dolarów” –padła odpowiedź. „Tylko tyle? Ja muszę mieć kiedyś coś takiego. Tak niewiele trzeba, żeby dotrzeć do milionów ludzi. Bez drukarni i tysięcy wolontariuszy.” –westchnęła matka Angelica.
Odsłon: 127 Komentarzy: 2
Monday,14 May 2012,22:37
Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:37
(Ta biografia była już tutaj, ale gdzieś się zagubiła, a do tego minęło już kilka lat o jej publikacji, więc postanowiłem ją zamieścić ponownie. Głównie dlatego, że pokazuje ona moc modlitwy)
Pisałem już parokrotnie o amerykańskiej rozgłośni radiowej i stacji telewizyjnej EWTN. To największe na świecie katolickie medialne imperium zostało stworzone 25 lat temu przez niemal 60-letnią zakonnicę, klauzurową klaryskę, matkę Angelikę. Jak to się stało, że jej się powiodło to, czego nie byli w stanie dokonać inni? Kilku milionerów i synod biskupów amerykańskich Kościoła Katolickiego wielokrotnie próbowali, niezależnie od siebie, zbudować katolickie radio w USA. Jedyne, co osiągnęli, to zmarnowanie milionów dolarów. Matka Angelica bez grosza przy duszy, bez komisji, ekspertyz, zespołów doradców, ale za to z wiarą, że robi to, czego Jezus od niej wymaga dokonała rzeczy graniczącej z cudem. Albo raczej to Bóg dokonał cudu, wysłuchując modlitw sióstr i niemożliwe stało się faktem.
Kim jednak jest ta matka Angelica? Jest to tak zdumiewająca postać, że postanowiłem szerzej o niej napisać. Wszystkie fakty podane poniżej będą pochodziły z książki Raymonda Arroyo pod tytułem „Mother Angelica. The Remarkable Story of a Nun, Her Nerve, and a Network of Miracles”.
Matka Angelika urodziła się 20. kwietnia 1923, roku w Canton, Ohio. Niewielkie, przemysłowe miasto godzinę drogi od Cleveland, zamieszkałe głównie przez imigrantów szukających pracy za oceanem. Jej prawdziwe nazwisko to Rita Rizzo. Region miasta, gdzie mieszkała jako dziecko, to prawdziwe slumsy, getto włoskich imigrantów, rządzone przez „Czarną Rękę”, organizację kryminalną mającą swe korzenie na Sycylii.
Matka Angelica pamięta taki epizod ze swego dzieciństwa ilustrujący warunki, w jakich się wychowywała. Jej wujek miał bar, „saloon”, który był bardzo popularnym miejscem wśród miejscowej ludności. Matka mającej może z pięć lat Rity zostawiła ją tam pod opieką krewnych. Wuj, żeby nie przeszkadzała w barze, dał jej kufel piwa i kilka precli i kazał jej iść na dwór. Rita pamięta, że akurat przechodziła tamtędy orkiestra Armii Zbawienia i jak zobaczyli kilkuletnie dziecko siedzące na krawężniku, z kuflem piwa w ręce i to w czasach prohibicji, zatrzymali się i zaczęli się modlić o jej zbawienie.
Rita nie była oczekiwanym, kochanym dzieckiem. Ojciec jak tylko się dowiedział, że jej matka jest ona w ciąży opuścił ich, a kilka lat później jej rodzice się rozwiedli. Rita Rizzo była jedynym dzieckiem rozwiedzionych rodziców w katolickiej szkole w Canton i siostry uczące w tej szkole dyskryminowały ją za to. Gdy na przykład z okazji Świąt dzieci otrzymywały drobne prezenty, Rita jako jedyna dostawała stare, używane i zniszczone zabawki. Nienawidziła swe nauczycielki za to z całego serca.
Matka Rity musiała sama zarobić na utrzymanie siebie i córki, choć nie było to łatwe w latach wielkiej depresji. Pracowała jako praczka, ale to Rita musiała jej pomagać, rozwożąc sama pranie klientom do domu. Rita już w wieku jedenastu lat sama prowadziła samochód, zastępując matkę nękaną ciągłymi depresjami.
Mała Rita pamięta z dzieciństwa jeszcze jeden epizod, który wart jest opowiedzenia. Wracała od dentysty i przebiegając do autobusu przez szeroką ulicę zobaczyła nagle kątem oka światła pędzącej na nią ciężarówki. Zamarła z przerażenia i zamknęła oczy. Nagle poczuła, jak jakieś ręce chwyciły ją pod pachami i przeniosły na bezpieczne miejsce, koło zaparkowanych samochodów. Następnego dnia kierowca autobusu opowiadał jej matce: „To był prawdziwy cud. Nigdy nie widziałem nikogo, kto tak wysoko potrafi podskoczyć”.
W grudniu 1940. roku Rita zaczęła odczuwać bardzo intensywne bóle brzucha. „Największy dar, jaki Bóg mi kiedykolwiek dał” – mówiła później Matka Angelica. Przez lata lekarze nie mogli znaleźć przyczyny tego bólu i uważali go za nerwicę. Rita nie mogła jeść, nękały ją biegunki i intensywny ból nie opuszczał jej całymi dniami. Musiała ubierać specjalny gorset, gdyż inaczej nie była nawet w stanie chodzić. Była na surowej diecie, bo zjedzenie jakiejkolwiek ciężej strawnej potrawy musiała odchorować.
Przyjaciółka mamy, która pracowała jako sprzątaczka w domach zamożniejszych mieszkańców Canton namówiła ją, żeby zabrała Ritę do Rhody Wise. Rhoda, protestantka, sama cierpiąca przez lata na wiele schorzeń, podczas jednego ze swych licznych szpitalnych pobytów została przekonana przez odwiedzającą ją zakonnicę, by zaczęła się modlić Modlitwą Różańcową i by zmówiła Nowennę do świętej Tereski od Dzieciątka Jezus w intencji swego uzdrowienia. Początkowo nie miała zamiaru słuchać katolickiej zakonnicy, ale bezustanny ból spowodował, że zmieniła zdanie.
Rhoda Wise została wyleczona ze swej choroby. W konsekwencji przeszła na katolicyzm. Była wizjonerką, twierdziła, że miała widzenie Jezusa i świętej Tereski. Otrzymała także dar widzialnych stygmatów. Była odwiedzana w swym domu przez wielu chorych i wielu odzyskało zdrowie po wizycie u mistyczki i stygmatyczki. Nawet świecka prasa z ówczesnych lat podaje wiele świadectw ludzi twierdzących, że w cudowny sposób odzyskali zdrowie podczas wizyty u Rhody Wise.
Rita Rizzo nie bardzo wierzyła w to, że mogłaby odzyskać w cudowny sposób zdrowie, ale poszła, bo jej matka nalegała na to. Rita nie miała zbyt głębokiej wiary w tym czasie. Prawdę mówiąc można by powiedzieć, że nie miała żadnej wiary. Jednak widząc, że taka wizyta sprawi radość matce, która sama miała ciągłe problemy ze swą psychiką, zrobiła to dla niej. Sama wizyta była raczej mało przekonywująca i nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Mistyczka nakazała Ricie usiąść na krześle, na którym „siedział Jezus” podczas widzenia. Rozmawiały pół godziny, Rhoda Wise nakazała jej modlić się, odmówić nowennę do Świętej Tereski i był to koniec wizyty.
Po powrocie do domu rzeczywiście Rita z całą rodziną codziennie odmawiała nowennę. Dziewiątego dnia, po skończonej modlitwie odczuła ona taki ból, jak gdyby jej ktoś wyrywał żołądek. Ból jednak zaraz ustał i poczuła ona, że jest całkowicie uzdrowiona. Poleciała do babci do kuchni i zażądała, by babcia jej usmażyła kotleta. „Ależ ty nie możesz jadać kotletów”. „Mogę, babciu, popatrz” –powiedziała Rita, pokazując brzuch, który do niedawna zniekształcony i zaczerwieniony prezentował się zupełnie zdrowo. Aby udowodnić zdumionej rodzinie, że uzdrowienie było prawdziwe, Rita nawet poprosiła 10-letnią kuzynkę Joannę, żeby ta skakała po jej brzuchu. Joanna do dziś pamięta: „Jej brzuch był jak skała, twardy i zupełnie zdrowy”.
Po cudownym uzdrowieniu Rita zmieniła się całkowicie. „Wiedziałem, że jest Bóg i wiedziałam, że mnie kocha i że interesuje się mną. Nigdy wcześniej tego nie wiedziałam. Wszystko, czego teraz pragnęłam, to oddać się całkowicie Jezusowi”. Zaczęła czytać religijne książki, zaczęła regularnie praktykować katolickie zwyczaje, jak modlitwa Drogi Krzyżowej i po kilkunastu miesiącach, piętnastego sierpnia 1944. roku, wstąpiła do franciszkańskiego monasteru Świętego Pawła Nieustającej Adoracji w Cleveland, Ohio.
Odsłon: 251 Komentarzy: 8
Sunday,13 May 2012,17:31
Kategoria: Kościół Sunday, 13 May 2012, 17:31
Dzisiaj, gdy piszę te słowa, mija 95. rocznica pierwszego objawienia Maryi w Fatimie. Rocznica przechodzi bez większego rozgłosu, niektóre katolickie portale (o świeckich nawet nie wspominam) nawet nie wspominają o tym. A szkoda, bo to bardzo ważna rocznica. Albo raczej ważne wydarzenie, które warto nieustannie przypominać.
Mówiąc o świeckich portalach, parę dni temu powtarzały one wszystkie słowa ojca Rydzyka, które miały paść w Toruniu, gdzie Ojciec Dyrektor miał nazwać "idiotką" kobietę, która nawoływała do modlitwy, zamiast demonstracji na rzecz TV Trwam. Nie wiem, czy te przekazy są prawdziwe, ale wiem, że tak myśli wiele osób. Tak, jak Ojciec Dyrektor: Że najważniejsze, to "coś robić", wyjść na ulice, protestować. Przedwczoraj na moim forum także jeden z gości stwierdził, że "modlitwy już były i nic nie dały, teraz czas działać". Cóż, pozwolę się z tym nie zgodzić.
Nie zgodzę się z tym głównie dlatego, że nie wierzę, że "modlitwy już były". Po prostu nie wierzę, że wszyscy ci, co głośno o tym mówią, rzeczywiście z takim samym zapałem się modlili. Nie wierzę także, że manifestacje zmienią cokolwiek. A modlitwy - jak najbardziej.
Wystarczy wspomnieć Bitwę pod Lepanto, czy w czasach nam bliższych wymodlone ustąpienie reżimy Marcosa na Filipinach, albo zmianę rządów na Węgrzech. To są owoce modlitwy. Konkretnie Modlitwy Różańcowej. Ale tam miliony ludzi się modliły, a nie mówiły o tym, że trzeba (albo nie trzeba) się modlić.
Przypomnijmy zatem o co nas prosiła Maryja w Fatimie? Dziś Dzień Matki w USA. A Ona jest naszą Matką, tak, jak jest matką Hiacynty, Łucji i Franciszka. Jak te dzieci, które Ją widziały, które z Nią rozmawiały, odpowiedziały na Jej wezwanie? O co Ona je prosiła?
Zacytuję tu, nie pierwszy już raz na moim blogu, kilka fragmentów wspomnień siostry Łucji o Hiacyncie i Franciszku Marto. Cytaty za książką "Siostra Łucja mówi o Fatimie", wydanie trzecie 1989, Vice-Postulcao, P-2496 Fatima, imprimatur biskup Albert Leirii:
"Kiedyśmy tego dnia przyszli na pastwisko, Hiacynta usiadła na kamieniu zamyślona.
– „Hiacynta, chodź się bawić!”
– „Dzisiaj nie chce mi się bawić”.
– „Dlaczego nie chce ci się bawić?”
– „Dlatego, że się zastanawiam. Ta Pani powiedziała nam, abyśmy odmawiali różaniec i ponosili ofiary o nawrócenie grzeszników. [...] A ofiary, jak mamy je ponieść?”
Franciszek wynalazł od razu sposób złożenia dobrej ofiary.
– „Damy nasz posiłek owcom i złożymy ofiary z jedzenia”.
W parę minut potem cały nasz posiłek został rozdzielony pomiędzy naszą trzodę. I tak spędziliśmy ten dzień na czczo niczym najsurowszy kartuz.
Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były tam dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita , które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała:
– „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”.
I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Żołędzie były jeszcze niedojrzałe. Mimo to uważałam, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo oliwne, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść gorzkie żołędzie dębowe, aby ponieść ofiary. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy.
Dla Hiacynty była to jedna z jej normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Któregoś dnia powiedziałam jej:
– „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”.
– „Jem właśnie dlatego, że jest gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”.
To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze.
Kiedy je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny, i to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku. W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców.
Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko, a byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofiarę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ w pobliżu był staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc sądziła, że byłoby dobrze, abyśmy w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową.
Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków i Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na wyschniętej ziemi wszystko się spali.
Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ofiarowaliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników, ale gdy minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję, poszłam więc zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił.
– „Nie chcę” – odpowiedział.
– „Dlaczego?”
– „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”.
– „Hiacynta, napij się ty!”
– „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
W rezultacie wylałam wszystką wodę w kamienne wyżłobienie, by owce mogły się jej napić i odniosłam dzbanek właścicielce. Upał stawał się coraz silniejszy. Koniki polne i świerszcze łączyły swe śpiewy z rechotaniem żab w pobliskim stawie. Hiacynta osłabiona głodem i pragnieniem powiedziała do mnie ze swą zwykłą prostotą:
– „Powiedz świerszczom i żabom, żeby się uspokoiły, tak mnie boli głowa!”
Potem zapytał się Franciszek:
– „Nie chcesz ofiarować tego bólu za grzeszników?”
Biedne dziecko ścisnęło głowę rączkami i odpowiedziało:
– „Tak, chcę. Niech śpiewają i rechoczą”.
Kiedyśmy po pewnym czasie zostali aresztowani, najbardziej cierpiała Hiacynta wskutek nieobecności rodziców. Ze łzami spływającymi po policzkach mówiła:
– „Ani twoi, ani moi rodzice nie przyszli nas odwiedzić. Nie dbają więcej o nas”.
– „Nie płacz – powiedział jej Franciszek. – Ofiarujemy to Jezusowi za grzeszników”.
I podniósłszy oczy i rączki do nieba, począł mówić modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości ku Tobie i za nawrócenie grzeszników”.
A Hiacynta dodała:
– „Również i za Ojca Świętego i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Kiedy po rozdzieleniu znowu umieścili nas we wspólnej celi więziennej, mówiła, że wkrótce po nas przyjdą i zaczną nas smażyć. Hiacynta zbliżyła się do okna, które wychodziło na targowisko z bydłem. Sądziłam początkowo, że chciała rozerwać się widokiem, ale wkrótce przekonałam się, że płakała. Przyprowadziłam ją do siebie i zapytałam, dlaczego płacze.
– „Dlatego, że umrzemy nie zobaczywszy ani naszych tatusiów, ani naszych mam” – odpowiedziała i ze łzami spływającymi jej po policzkach dodała: – Chciałabym przynajmniej zobaczyć moją mamę!”
– „A więc nie chcesz złożyć tej ofiary za nawrócenie grzeszników?”
– „Chcę, chcę!”
Ze łzami w oczach, wzniosła ręce i oczy do nieba i odmówiła modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości do Ciebie, za nawrócenie grzeszników, za Ojca Świętego, i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Postanowiliśmy zatem odmówić nasz różaniec. Hiacynta zdjęła medalik, który miała na szyi, poprosiła jednego z więźniów, aby go powiesił na gwoździu na ścianie. Uklękliśmy przed tym medalikiem i zaczęliśmy się modlić.
Więźniowie modlili się wspólnie z nami, jeżeli w ogóle umieli się modlić; w każdym razie klęczeli. Po skończeniu różańca Hiacynta powróciła do okna i płakała.
– „Hiacynto, nie chcesz złożyć tej ofiary Panu Jezusowi?”–
zapytałam ją.
– „Chcę, ale myślę o mojej mamie i płaczę mimo woli”.
Ponieważ Najświętsza Panna powiedziała nam, abyśmy składali również nasze modlitwy i umartwienia za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi, postanowiliśmy, że każdy z nas wybierze inną intencję. Jeden za grzeszników, drugi za Ojca Świętego, a trzeci jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Jak tylko zrobiliśmy to postanowienie, zapytałam Hiacyntę, jaką intencję chciałaby sobie wybrać?
– „Ja ofiaruję na wszystkie intencje, bo wszystkie mi się podobają”.
Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia
mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów:
– „Słuchajcie! To boli! moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”.
Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za
mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco:
– „Nie! Chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.
Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła. Czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas:
– „Patrzcie! Znowu coś, aby czynić pokutę!”
Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę."
Może wystarczy tych cytatów. Pomyślmy o tych malutkich przecież dzieciach. To nie było symboliczne odmówienie sobie loda, czy cukierka przez rozpieszczane dziecko. Te dzieci już i tak miały trudne życie, pracując od najmłodszych lat, pasąc owce i pomagając rodzicom w gospodarstwie. A ofiary, które dobrowolnie na siebie przyjęły są wręcz niesamowite. Trudno uwierzyć, a jednak... Ale jeżeli to właśnie było tym, czego oczekiwała od nich Błogosławiona Dziewica Maryja, to jaką my z tego powinniśmy wyciągnąć lekcję? Jeżeli te małe dzieci mogły tak wiele dać, to czy dwa dni o chlebie i wodzie to jest naprawdę taka wielka ofiara? Czy godzina modlitwy to aż tak dużo?
Jest tylko jedna skuteczna droga, by odmienić świat. Droga modlitwy i wyrzeczeń, postów i ofiar. Nie ma innej drogi. Manifestacje, zadymy, protesty - to ślepa uliczka, prowadząca donikąd. Tylko, że nam to tak trudno jest zrozumieć.
Wszyscy pamiętamy Piłata, który zapytał kogo ma uwolnić: Jezusa, czy Barabasza. Biblia nie mówi nam jednoznacznie kim Barabasz był, ale wielu egzegetów i historyków twierdzi, że był on rewolucjonistą, samozwańczym mesjaszem, który był oskarżony o rozniecanie zamieszek. Pamiętajmy, że Żydzi właśnie w tamtych czasach oczekiwali mesjasza. Znamy imiona kilku z nich, a z pewnością było ich więcej, lecz nie wszyscy przeszli do historii. Barabasz prawdopodobnie był jednym z nich. Dlatego chyba tak łatwo było faryzeuszom przekonać tłum, by go zwolnił. Tłum bowiem chciał działania, walki, następcy Machabeuszy, następcy wielkiego wojownika Dawida, który z niczego zbudował potęgę Izraela. A Jezus? Jezus mówił o nawróceniu, o modlitwie, o odmianie serca.
95 lat temu Maryja przyszła do nas z ważnym orędziem. Wybrała trójkę malutkich dzieci, biednych pastuszków, na końcu świata, w zapadłej wiosce, by im to orędzie przekazać. I dzieci te, w prostocie swego serca, przyjęły je. Pokazały nam swoim przykładem czego Ona od nas oczekuje. A my? A my czekamy na Barabasza.
Lepanto, Filipiny, Węgry pokazują, że modlitwą można wygrać wszystko. A my, z uporem godnym lepszej sprawy upieramy się, że skuteczniejsze będą obelgi pod adresem przeciwników, demonstracje, akcje i zadymy. O wielka ludzka naiwności! Ale choćbym miał być ostatnim, który to będzie głosił, będę to powtarzał do znudzenia: Tylko modlitwą i postem można wyrzucić niektóre złe duchy. I dopóki tego wszyscy nie zrozumiemy, będziemy zawsze stali na straconej pozycji. Bo w obelgach i zadymach nigdy nie prześcigniemy naszych adwersarzy.
Przed tygodniem usłyszeliśmy w Kościele takie słowa Pana Jezusa:
Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja /będę trwał/ w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - o ile nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. (J 15, 1-7)
Beze Mnie nic nie możecie uczynić. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni.
Amen.
Odsłon: 721 Komentarzy: 53
Monday,16 April 2012,04:24
Kategoria: Kościół Monday, 16 April 2012, 04:24
Kilka razy pisałem o Hołowni, że podoba mi się jego podejście do wiary, do ewangelizacji, ale mam pewne problemy z jego ortodoksją. Jednak nigdy nie potrafiłem tego do końca sprecyzować. Może to wynikało z faktu, że TV Religia, której jest on szefem nie zawsze jest ortodoksyjna? Ale i to wiem jedynie z drugiej ręki, nie oglądam telewizji. Mam natomiast jedną książkę Hołowni, "Tabletki z Krzyżykiem", której jeszcze do końca nie przeczytałem. Podzielę się jednak kilkoma uwagami na jej temat, które mi się do tej pory nasunęły.
Pisząc o królu Dawidzie i proroku Natanie Hołownia używa takiego sformułowania:
"Ale wtedy nie wytrzymuje sam Pan Bóg. Posyła do Dawida proroka Natana, który wie, co ma mówic, ale wie też, że skoro Uriasz zginął, on może być następny, Roztrzęsiony i skulony, opowiada więc królowi poruszającą bajkę o bogaczu i biedaku." (s. 24)
Może to nie jest jeszcze problem z ortodoksją, ale też nie ma ta interpretacja wiele wspólnego z biblijną prawdą. Nie bardzo wiem na jakiej podstawie autor twierdzi, że prorok był "roztrzęsiony i skulony"? Tekst biblijny nam mówi tylko to:
Pan posłał do Dawida proroka Natana. Ten przybył do niego i powiedział: W pewnym mieście było dwóch ludzi, jeden był bogaczem, a drugi biedakiem. (2 Sm 12,1)
Ja tu nie widzę "roztrzęsionego i skulonego" proroka. Ja widzę odważnego męża, który bez strachu poucza potężnego króla.
Kawałek dalej Hołownia pisze:
Pismo maluje scenę, jaką ona - królewska córka - urządziła Dawidowi, gdy ten wygłupiał się,
śpiewając i tańcząc przed Arką Przymierza. (s. 25)
Z tym mam już większy problem. Głównie dlatego, że wielu egzegetów porównuje tę scenę do sceny z Ewangelii Łukasza, gdzie czytamy, że nienarodzony św. Jan Chrzciciel "poruszył się w łonie" swej matki, świętej Elżbiety.
Tysiąclatka użyła sformułowania "poruszyło się dzieciątko", ale inne tłumaczenia używają takich określeń, jak "skoczyło niemowlątko" (Biblia Gdańska), czy "podskoczyło dziecko" (Biblia św. Pawła). Egzegeci podkreślają często, że słowo to oznacza dokładnie to samo, co robił król Dawid przed Arką Przymierza.
Król Dawid nie wygłupiał się przed Arką, choć tak to odebrała jego żona Mikal. I za to ukarał ją Pan.
Dawid wtedy tańczył z całym zapałem w obecności Pana, a ubrany był w lniany efod. Dawid wraz z całym domem izraelskim prowadził Arkę Pańską, wśród radosnych okrzyków i grania na rogach. Kiedy Arka Pańska przybyła do Miasta Dawidowego, Mikal, córka Saula, wyglądała przez okno i ujrzała króla Dawida, jak podskakiwał i tańczył przed Panem: wtedy wzgardziła nim w sercu. [...]
Wrócił Dawid, aby wnieść błogosławieństwo do swego domu. Wyszła ku niemu Mikal, córka Saula, i powiedziała: O, jak to wsławił się dzisiaj król izraelski, który się obnażył na oczach niewolnic sług swoich, tak jak się pokazać może ktoś niepoważny. Dawid odpowiedział Mikal: Przed Panem, który wybrał mnie zamiast ojca twego i całej twej rodziny i ustanowił mnie wodzem ludu Pańskiego, Izraela, przed Panem będę tańczył. I upokorzyłbym się jeszcze bardziej. Choćbym miał się poniżyć w twoich oczach, to u niewolnic, o których mówisz, sławę bym jeszcze zyskał.
Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci. (2 Sm 6, 14-16, 20-23)
Hołownia:
"Dawid jest teraz w niebie wraz z Mikal, Batszebą, Uriaszem, Paltielem. Musiał im spojrzeć w oczy. O jego grzechu wie każdy, kto dotknął kart Biblii. Tak właśnie wyglądał sąd i kara Dawida.
Spojrzenie Uriasza wystarczyło mu chyba za czyściec."
Skąd Hołownia wie, że te osoby są w niebie? Dlaczego twierdzi on, że "tak właśnie wyglądał sąd i kara Dawida"? I na jakiej podstawie twierdzi on, że czyściec ma coś wspólnego ze spojrzeniem nam w oczy tych, których skrzywdziliśmy? To już nie jest nonszalancja, to już zakrawa o herezję.
Zaraz obok, w ramce, na stronie 27, czytamy między innymi:
"Fontanny krwi, dzięki Bogu
Czytelnik jednego z niemieckich dzienników przysłał do redakcji list, w którym zapytał: "Dlaczego ciągle mówi się o zbrodniach faszystów, a nic nie mówi się na temat zbrodni opisanych w Starym Testamencie? [...] Klaus Stefan Krieger, autor książki Przemoc w Bibiii, również jest przerażony wszystkimi opisami krwawych rzezi, od jakich aż roi się na kartach Starego Testamentu. Apeluje jednak, by- po pierwsze - nie czytać Pisma jak historycznego reportażu, po drugie - zauwaźyć, że mimo iż jest natchnione, a zatem przekazuje nam jakąś zasadniczą prawdę o świecie, było pisane przez ludzi, którzv widząc latające w powietrzu głowy swoich wrogów, oraz naręcza zdartych napletków, chętnie dorabiali do tego boską ideologię - przekonani, zc skoro krwawa jatka udała się tak nadzwyczajnie. musi to być znak niezwykłej Bożej interwencji. Cudownie widać to na przykładzie psalmisty, którv opisując dziesiątą plagę egipską, zachwyca się Bogiem: ,,On Egipcjanom pobił pierworodnych, bo Jego łaska na wieki". ]aka łaska?! Wszak Księga Mądrości mówi wyraźnie, ze Bóg nie chce śmierci człowieka, dlaczego więc wybił niewinnych Egipcjan? Otóż możliwe, że wcale nie wybił. Wśród biblistów trwa teraz gorąca dyskusja, czy tej akurat historii nie dopisano łatwo do listy plag dla większego efektu i - w zamyśle autorów -- większej chrvały Bożej (w źródłach egipskich nie ma mowy o podobnym kataklizmie). Czy to znaczy, że Biblia - Słowo Boże - kłamie? Skąd, powtórzmy: mówi prawdę. Nie zawsze o wydarzeniach historycznych, czasem o tych, którzy je opisywali (na podstawie: Roberto Beretta, Elisabetta Broli, Jedenaście przykazań. Półprawdy i niedomówienia na temat Biblii; Klaus Stefan Kriegęr, Przemoc w Biblii)."
Prawdę mówiąc wystarczy tych przykładów. To tylko parę stron. Nonszalancja w interpretacji Słowa Bożego, cytowanie autorów, którzy głoszą rzeczy wprost sprzeczne z nauką Kościoła i sprzeczne z dokumentami SV2. Mnie to wystarczy. Prawdę mówiąc cała książka Hołowni chyba powędruje na półkę nie przeczytana do końca, bo po co mam się denerwować?
Cejrowski i Hołownia. Może jeszcze Gowin. Polscy katolicy. Jeden wysyła wszystkich do diabła, gdy tylko nie myślą tak, jak on, drugi twierdzi, że w Biblia to niby Słowo Boże i mówi prawdę, ale ta prawda to nie jest Prawda, tylko coś zupełnie innego, trzeci forsuje ustawę dopuszczającą In Vitro, bo jest "mniejszym złem"... Do tego całe rzesze wojujących katolików, utożsamiających się z jakimiś politycznymi partiami, wykorzystującymi każdą okazję do politycznych manewrów i schizmatycy widzący w każdym biskupie masona, a zdecydowana większość społeczeństwa polskiego odchodzi coraz dalej w neopoganizm. Redukując swoje "chrześcijaństwo" do kupna laptopa na Pierwszą Komunię. Maj już za rogiem.
Ale jak ci ludzie mają zobaczyć czym jest prawdziwe chrześcijaństwo? Gdzie to mają zobaczyć? Kto ich ma tego nauczyć?
Zetknąłem się niedawno z ciekawym filmem. Nakręcili go ewangelicy. Protestanci. Film doskonale zrobiony, profesjonalnie, choć niewielkim nakładem kosztów. Nie jest to wielka, hollywoodzka produkcja za setki milionów dolarów. Jest to jednak film, który ogląda się z zapartym tchem. Film, w którym spotykamy Jezusa. Naprawdę. Film, który zmienił życie wielu ludzi.
Zamieściłem go także na swoim kanale na YouTube. Oto niektóre komentarze:
Film wspaniały, nie wiem co powiedzieć, nigdy nie oglądałem lepszego!
Ciekawie ukazana kwestia słabości Wiary w dzisiejszym społeczeństwie - Hiobie można napisać, że film jest odpowiedzią na czasy w jakich żyjemy.
Na początku nie przypuszczałem że tak się za angażuje w oglądniecie tego filmu .Dzięki wielki za niego i Wesołych Świąt a film naprawdę daje do myślenia .
Film nisko budżetowy ale nie o to tu chodzi raczej o przesłanie.Dla mnie dobry film wciągnął mnie. Dzieki Hiob
Przepiękny film. Pod koniec miałem już ciary na plecach. :D
Świetny film! Właśnie skończyłem oglądać. Dziękuję w moim imieniu i tym, którym się on podoba, dziękuję, że nam go wskazałeś.
Film można zobaczyć TUTAJ.
Nie można by tak? Prosto i wiernie Ewangelii? Bo przecież ja wiem, że pan Cejrowski i pan Hołownia i pan Gowin i ksiądz Natanek i ojciec Rydzyk i PiS robią wiele dobrego. Ja nie mam problemu z tym dobrem, które oni tworzą. Ja mam problem z tą łyżką dziegciu, która psuje smak beczki miodu. Z tą muchą, by się już trzymać Biblii, co psuje naczynie wonnego olejku. Tym bardziej, że czasem mam wrażenie, że w beczce jest już więcej dziegciu niż miodu, a w naczyniu z olejkiem zostały prawie same muchy.
Odsłon: 3310 Komentarzy: 133
Wednesday,04 July 2012,13:44
Kategoria: Ogólne Wednesday, 04 July 2012, 13:44
Już ponad miesiąc minął od mojego ostatniego wpisu na tym blogu. Cóż, czasem tak bywa, że nasze życie zaczyna toczyć się tak wartkim strumieniem, że po prostu brak czasu i trzeba dokonywać pewnych wyborów i rezygnować z niektórych rzeczy. Nic na to nie poradzę, że doba ma tylko 24 godziny.
Zacząłem nową pracę. Nie jestem już "ownerem-operatorem". Nie mam własnej firmy, nie mam własnej ciężarówki. Pracuję po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat jako kierowca na etacie. Ale nie ta zmiana jest najtrudniejsza do zaakceptowania. Najtrudniej jest mi przystosować się do faktu, że teraz muszę ręcznie rozładowywać towar. I nie jest to lekka praca. Trzy 20-tonowe naczepy tygodniowo, w każdej 2500-3000 pudeł i każde z nich trzeba podnieść i położyć na taśmociągu, na którym wyjeżdżają z naczepy. Niektóre z nich ważą ponad 25 kg. Dla Pudziana byłaby to bułka z masłem, ale mnie boli każdy mięsień. O swojej pracy piszę więcej na "Blogu Truckera".
TVN Turbo nadaje teraz kolejne odcinki programu Na Osi, prezentujące moją skromną osobę. Dziś, w sobotę, premiera szóstego z ośmiu, ale wszystkie dotychczasowe są dostępne w ich archiwach i na moim kanale na YouTube. Spowodowało to zwiększoną liczbę gości na naszym forum, www.katolik.us. W marcu mieliśmy rekordową liczbę gości, ponad 70 tysięcy wejść, a liczba wszystkich gości forum istniejącego trzy i pół roku przekroczyła właśnie milion osób.
Kończy się Wielki Post, w polskich kościołach już za parę godzin Msze Rezurekcyjne. Przed Zmartwychwstaniem jednak było Ukrzyżowanie. Zapraszam do przypomnienia sobie ostatnich Słów Pana Jezusa z Krzyża. To bardzo ważne słowa, pomyślmy o nich: Siedem Ostatnich Słów Jezusa.
Z kuchni dochodzą cudowne zapachy. Nawet nie wiecie jak wspaniale wszystko smakuje po prawdziwym poście o chlebie i wodzie. Szkoda tylko, że człowiek jest w stanie tak niewiele zjeść w jeden dzień, nawet, gdy zje o wiele za dużo.
Od wczoraj odmawiamy Nowennę do Miłosierdzia Bożego. Nawet, gdy ktoś zapomniał, zachęcam do przyłączenia się teraz. Nigdy nie jest za późno na modlitwę. Szczegóły Nowenny można znaleźć między innymi TUTAJ.
Niedawno natknąłem się na bardzo ciekawy film. Zatytułowany "The Encounter", "Spotkanie". Film jest nakręcony przez protestantów, Evangelical Christians i jest przykładem tego, jak powinno się robić ewangelizację. Dobra Nowina przekazana w piękny sposób. Pokazuje jaki jest nasz Pan, ale pokazuje w sposób przystępny, w kontekście naszych codziennych spraw.
Film uczy, że nie wystarczy co niedzielę chodzić na nabożeństwo do kościoła, nie wystarczy nawet być katechetą. Odpowiada na trudne pytania. Uczy, że musimy kochać Boga bardziej, niż swoich współmałżonków i że musimy wybaczać wszystkim naszym wrogom. Uczy, że sami nie zapracujemy sobie na zbawienie, ale też, że przyjęcia Jezusa za swego Pana i Zbawiciela musi przynosić pewne owoce. Serdecznie polecam ten film. Można go zobaczyć np. TUTAJ.
Na koniec chciałbym Wam wszystkim złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych. Niech Was wszystkich błogosławi Zmartwychwstały Pan. On zwyciężył śmierć i dał nam zbawienie. Za darmo. Trzeba tylko ten wspaniały prezent przyjąć. Co za wspaniały Bóg!
Alleluja! Radujmy się! Jezus Zmartwychwstał!
Odsłon: 190 Komentarzy: 7
Wednesday,29 February 2012,22:27
Kategoria: Kościół Wednesday, 29 February 2012, 22:27
Pisząc o papieżu warto pamiętać, że mamy tu dwa różne zagadnienia. Pierwsze, to przodownictwo, prymat Piotra. Drugim zagadnieniem jest sukcesja urzędu. Wykazanie, że rola Piotra nie zakończyła się w momencie Jego śmierci.
Protestanci zwykle przyznają, że Piotr był niekwestionowanym przywódcą spośród Dwunastu, ale negują fakt, że jego następcy mieli podobną rolę. Z samej Biblii można też wykazać, że jego rola nie zakończyła się w momencie jego śmierci. Pan Jezus ustanowił bowiem urząd. Oddajmy głos Pismu Świętemu.
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. (Mt 16,18)
Tu warto od razu zauważyć, że wielu wrogich Kościołowi protestantów zauważa tu, że w tym zdaniu użyte są dwa różne słowa: Petros i petra i że pan Jezus nie powiedział, że to na "Piotrze" zbuduje swój Kościół, ale na "skale" którą jest On sam. Jak odpowiedzieć na taki zarzut?
Przede wszystkim należy zauważyć, że słowo "petra" jest rodzaju żeńskiego. Trudno więc, by pan Jezus nazwał Szymona "Petriną". Wiemy też, z samej Biblii, że Jezus i apostołowie rozmawiali po aramejsku, nie po grecku. A po aramejsku mamy tylko jedno słowo, "kefa". Pan Jezus zatem nazwał Szymona Kefasem, nie Petrosem:
I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas - to znaczy: Piotr. (J 1,42)
Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. (1 Kor 1,12)
... i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu... (1 Kor 15,5)
i uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na znak wspólnoty, byśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych (Ga 2,9)
Ponadto cały kontekst wypowiedzi Pana Jezusa w Mt 16 wskazuje na to, że to właśnie na Piotrze Jezus będzie budował Kościół.
Wróćmy do cytatów potwierdzających szczególną rolę Piotra:
Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci. (Łk 22,31-32)
Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. (J 21,17)
W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. (Łk 24,33-34)
W Dziejach Apostolskich widzimy przewodnią rolę Piotra na każdym kroku. Jest zawsze wymieniany pierwszy, pierwszy zabiera głos, albo swym głosem kończy dyskusję, jest sprawcą pierwszego cudu, przyjmuje do Kościoła pierwszych konwertytów i pierwszych pogan, karze tych, którzy oszukali Kościół i ekskomunikuje heretyka, Szymona Magnusa:
Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił: (Dz 1, 13-15)
Wtedy stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił do nich donośnym głosem: Mężowie Judejczycy i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, przyjmijcie do wiadomości i posłuchajcie uważnie mych słów. (Dz 2,14)
Nawróćcie się - powiedział do nich Piotr - i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. [...] Ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz. (Dz 2, 38, 41)
Nie mam srebra ani złota - powiedział Piotr - ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. (Dz 3, 6-7)
Powiedz mi - zapytał ją Piotr - czy za tyle sprzedaliście ziemię? Tak, za tyle - odpowiedziała. A Piotr do niej: Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie. A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała. Gdy młodzieńcy weszli, znaleźli ją martwą. Wynieśli ją więc i pochowali obok męża. (Dz 5, 8-10)
Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą - odpowiedział mu Piotr - gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga. Odwróć się więc od swego grzechu i proś Pana, a może ci odpuści twój zamiar. (Dz 8,20-22)
Kiedy Piotr jeszcze mówił o tym, Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy słuchali nauki. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy przybyli z Piotrem, że dar Ducha Świętego wylany został także na pogan. Słyszeli bowiem, że mówią językami i wielbią Boga. (Dz 10, 44-46)
Po długiej wymianie zdań przemówił do nich Piotr: Wiecie, bracia, że Bóg już dawno wybrał mnie spośród was, aby z moich ust poganie usłyszeli słowa Ewangelii i uwierzyli.[...] Umilkli wszyscy... (Dz 15:7, 12a)
Warto się na moment zatrzymać przy tym wersecie. To pierwszy sobór, czy synod Kościoła. Była długa dyskusja, ale zakończyła się wypowiedzią Piotra. Jego deklaracja, dotycząca zagadnień dogmatycznych, została po prostu przyjęta. Jedynie Jakub, który był biskupem Jerozolimy, dodał kilka praktycznych uwag, dotyczących wprowadzenia w życie tego, co dogmatycznie ustalił Piotr.
Gdy apostołowie są wymieniani w Ewangeliach, zawsze, bez wyjątku, pierwszy jest Piotr, a ostatni Judasz:
A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. (Mt 10,2-4)
Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał. (Mk 3,16-19)
Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. (Łk 6, 13-16)
Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. (Dz 1,13)
A co z sukcesją apostolską? Skąd wiemy, że to, co dotyczyło Piotra i apostołów miało dotyczyć całego Kościoła przez wieki?
Gdy Judasz się zabił, dla apostołów było oczywiste, że skoro jego "stanowisko", jego urząd został pusty, trzeba wybrać kogoś, by go obsadzić:
Napisano bowiem w Księdze Psalmów: Niech opustoszeje dom jego i niech nikt w nim nie mieszka! A urząd jego niech inny obejmie! Trzeba więc, aby jeden z tych, którzy towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania. (Dz 1, 20-22)
Pan Jezus jest nazywany "Synem Dawida" i Królem, więc zobaczmy jak to było na Jego dworze, wśród jego potomków. Prorok Izajasz został posłany do Szebny, zarządcy na dworze Dawida, (a precyzyjniej jednego z jego potomków), by mu oznajmić, że nie będzie już więcej pełnił swych obowiązków. Odbierze mu więc jego pan klucze i przekaże je następcy, Eliakimowi, który będzie nazywany "ojcem". Dlatego my też nazywamy papieża, namiestnika Chrystusa, syna Dawida, Ojcem Świętym.
Tak mówi Pan, Bóg Zastępów: Idź, wejdź do tego ministra, do Szebny, zarządcy pałacu, który sobie wykuwa grobowiec wysoko i w skale drąży dla siebie komnatę: Co ty tu posiadasz i kogo ty masz tutaj, żeś sobie tu wyciosał grobowiec? Oto Pan zrzuci cię, człowiecze, z wielkim rozmachem i uchwyci cię jednym chwytem, i tocząc cię zwinie w kłębek jak piłkę, rzucając po ziemi przestronnej. Tam umrzesz i tam pójdą pojazdy, z których się chlubiłeś, o ty, zakało domu twego pana! Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. (Iz 22, 15-22)
Nic zatem dziwnego, że Jezus daje Piotrowi klucze, symbol urzędu przechodzącego na następców. Wyraźne nawiązanie do Iz 22:
I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16,19)
Klucze, które dopiero na końcu czasów powrócą do naszego Pana, Jezusa Chrystusa:
Kiedym Go ujrzał, do stóp Jego upadłem jak martwy, a On położył na mnie prawą rękę, mówiąc: Przestań się lękać! Jam jest Pierwszy i Ostatni i żyjący. Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani. (Ap 1, 17-18)
Odsłon: 519 Komentarzy: 17
Wednesday,29 February 2012,19:06
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 29 February 2012, 19:06
Ponieważ osoba, która była kiedyś Krzysztofem Bęgowskim, a teraz jest Anną Grodzką podała do sądu redaktora Terlikowskiego za nazwanie jej mężczyzną, ja sam zaczynam się poważnie zastanawiać nad wstąpieniem na drogę sądową. Co prawda moja sytuacja jest troszkę odmienna, ale nie tak bardzo. Ja bowiem nieustannie też jestem nazywany "panem", a tak naprawdę, mogę to udowodnić, jestem Królewną Śnieżką.
Jako dziecko uczęszczałem do koedukacyjnego Przedszkola Państwowego nr 80 w Krakowie. A koedukacyjne, z samej definicji oznacza, że byli tam chłopcy i były dziewczynki. Gdy więc zaplanowano tam przedstawienie bajki o Królewnie Śnieżce, było oczywiste, że do głównej roli wybrano najśliczniejszą dziewczynkę z całego przedszkola. I zgadnijcie kogo wybrano... Dla ułatwienia podam, że do przedszkola chodziłem z moją żoną Grażynką, a Królewną był ktoś mieszkający po moim dachem.
No brawo, odgadliście bez pudła. Królewną Śnieżką byłem ja. A tu na dowód zdjęcia:

Niech Was zatem nie zmylą moje dzisiejsze wąsy. Tak naprawdę to jestem Królewną, co już z górą pół wieku temu odkryły dzielne panie przedszkolanki w Państwowym Przedszkolu nr 80 na ulicy Kotlarskiej w Krakowie. I radzę się wszystkim dobrze zastanowić, zanim mnie nazwą "panem Hiobem". To może Was sporo kosztować! ;-)

Odsłon: 1052 Komentarzy: 27
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
