Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Michnik, Ogórek i Miłość Bliźniego, Czyli (nie bardzo) Świątecznie o Wybaczaniu.

Kategoria: Religia Wednesday, 22 December 2010, 23:19

Tekst ten jest odpowiedzią na notkę Ogórka, którą z kolei sprowokował mój wpis na Frondzie mówiący o nawróceniu gangsterów i o roli katolickich mediów w głoszeniu Ewangelii.  Oryginalny tekst został później zmieniony przez autora, za co mu na wstępie dziękuję (piszę ten akapit na końcu, po skończeniu całego wpisu), ale moja poniższa odpowiedź powstała wcześniej.  Pozostawiam więc cytat z wcześniejszego tekstu, uznając, że nie odzwierciedla on poglądów "na zimno" Ogórka, ale zostawiam tak, bo są one dość symptomatyczne dla pewnych  osób, z którymi tu nieraz polemizuję.

 

Nie chcę by mi ktoś zarzucał tu złośliwość, czy wykorzystywanie pewnej sytuacji. Sam pierwszy przyznam, że Ogórek pokazał klasę, szybko reagując na moją krytykę w komentarzach i przyznał, że się rozpędził w ferworze dyskusji. Ja to rozumiem, bo sam robię podobnie. Gdy człowiek broni czegoś, co jest bliskie jego serca, często bardziej się kieruje sercem, niż rozumem.  Zatem przepraszając Ogórka za tą moją drobną złośliwość z góry proszę o wybaczenie i o nieodbieranie tego jako personalny atak na Jego osobę, ale raczej jako przykład pewnego sposobu myślenia, który jest cechą dość sporej grupy ludzi. Także tych obecnych tu, na Frondzie.

 

Ogórek oryginalnie napisał:

Dla mnie pojawia sie pytanie o granice, gdzie „chrzescijanska tolerancja” Hioba i kolegow przestaje by cnota, a staje sie grzechem.

No to zacznijmy…

Hiob ma duzo tolerancji wzgledem teoretycznie malych przewinien n.p.

  • To jest ok, kiedy mychnyk i jego media wystepuja przeciw polskiej rodzinie, przeciw milosci do ojczyzny (patriotyzm to faszyzm), propaguje zboczenia (propaganda homozboczen) etc. – my winnismy mychynka kochac, bo jestesmy katolikami.

Interesujące stwierdzenie, zwłaszcza w świetle tego, że ja za swój "manifest" uważam tekst zatytułowany "Dlaczego jestem nietolerancyjny".  Interesujące także dlatego, że pan Ogórek dopuszcza się tu zwykłej manipulacji.  Tak było przynajmniej w oryginalnym tekście. Został on poprawiony z "Hiob" na "Niektórzy", zatem teraz muszę odszczekać moje pomówienie o kłamstwo, które znalazło się w komentarzu pod oryginalnym wpisem, ale skoro przeszliśmy na mówienie o jakiś "onych", to pozwólcie, że i ja coś napiszę o tych "niektórych", którym się nie podoba moja miłość do każdego człowieka. Nawet tak odrażającego jak sam Michnik.

 

Ludzie ci uważają siebie za "jedynych sprawiedliwych", a wszystkich myślących inaczej najchętniej posłaliby do diabła. Zwracają uwagę na drugorzędne szczegóły, jak to, czy ksiądz nosi sutannę, czy zimową kurtkę,  czy brat przyjmuje Pana Jezusa do ust, czy na rękę, czy ktoś pisze w odpowiednich mediach, czy też jest kolaborantem współpracującym z Gazetą Wyborczą, czy Tygodnikiem Powszechnym. Następnie na podstawie tych powierzchownych informacji układają sobie całą ideologię i wiedzą lepiej od samego ocenianego co ten ostatni myśli, co czuje, jak rozumie pewne sprawy. Jest jeszcze jedna bardzo charakterystyczna cecha tych osób. Próba poniżenia wrogów poprzez przekręcanie ich nazwisk, czy używanie obraźliwych epitetów pod ich adresem.

 

Zobaczmy, co Ogórek napisał w tym pierwszym cytowanym przeze mnie fragmencie. Pisze on, że mam, (czy raczej po poprawce, że "niektórzy mają") dużo tolerancji względem "teoretycznie małych przewinień", po czym następuje zdumiewające stwierdzenie, że "jest ok. kiedy mychnyk i jego media wystepuja przeciw polskiej rodzinie, przeciw milosci do ojczyzny (patriotyzm to faszyzm), propaguje zboczenia (propaganda homozboczen) etc."

 

Pomijam już niedbałość wpisu, brak polskich liter i przepraszam za to. Cytuję tak, jak jest na jego blogu. Może nie ma on możliwości ich użycia. Nie to jest istotne. Istotne jest to, że w tym stwierdzeniu nie ma ani jednego słowa prawdy. To znaczy być może jacyś "niektórzy" gdzieś istnieją, nie wiem. Trudno dyskutować z wyimaginowaną abstrakcją. Jednak skoro moje imię pojawia się w notce Ogórka i na początku i w dalszej jej części, wiem, że to i tak ja będę identyfikowany z onymi "onymi". Zatem pozwólcie, że wyjaśnię:

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media występują przeciw polskiej rodzinie. Uważam, i pisałem o tym wielokrotnie, że atak na rodzinę, obok ataków na kapłaństwo jest najgroźniejszym z działań kudłatego.  Kudłaty jest bardzo inteligentnym stworzeniem i uderza tam, gdzie mu zwycięstwo coś da, stąd ataki na Kościół i rodzinę. I te moje poglądy są znane każdemu, kto czyta mojego bloga. Powinien je znać także Ogórek.

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media występują przeciw miłości do Ojczyzny, jeżeli to rzeczywiście robią. Nie wiem, nie czytam Michnika, ale zakładam że jest w tym jakaś prawda. Nie jest OK, gdy się porównuje patriotyzm do faszyzmu. Nigdy tak nie twierdziłem, nigdy tak nie pisalem i nigdy tak nie myślałem.

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media propagują styl życia homoseksualistów. Nigdy tak nie twierdziłem, a na temat homoseksualizmu mam całkiem sporo tekstów na moim blogu i forum. Nie są moje poglądy tajemnicą. Wystarczy wpisać słowo "homoseksualizm" w wyszukiwarkę na forum, czy w tą, która jest na moim portalu na www.polon.us i każdy  szybko znajdzie potwierdzenie moich słów.

 

Natomiast prawdą jest, że powinniśmy kochać Michnika, bo jesteśmy katolikami. Powinniśmy kochać Michnika, bo jesteśmy chrześcijanami. Powinno nam zależeć na zbawieniu jego duszy tak, jak powinno nam zależeć na zbawieniu duszy naszych współmałżonków, naszych dzieci, naszego rodzeństwa i każdego człowieka. Tak, jak zależy na tym samemu Jezusowi.

 

Jest zabawne, że Ogórek wyciąga w swym tekście takie argumenty, jak np Szymborska. Pisze on, pod moim adresem, czy też adresem "pewnych ludzi", że

"To jest drobiazg (ba, wrecz to jest prawdziwy blad), gdy kto wystepuje przeciw wspanialej noblistce Szymborskiej piszacej bardzo ladne wiersza, poniewaz kiedys, ze w czasach stalinowskich stala po stronie zlego (n.p. ta medialna krytyka torturowanego biskupa Kaczmarskiego), podczas gdy inni siedzieli za tworczosc w wiezienia lub w szpitalach dla czubkow – – my winnismy ja kochac, bo jestesmy katolikami."

Nie, to nie jest drobiazg. I nigdy tak nie twierdziłem. Co więcej, mogę to łatwo udowodnić, bo o pani Szymborskiej napisałem także kilka słów. Pozwólcie zatem, że je tu zacytuję. Komentując zupełnie inny wpis, który nie ma tu żadnego znaczenia, wspomniałem też panią Szymborską i napisałem:

"… Przypomnę Ci może, że najpopularniejszym od lat polskim politykiem jest odchodzący prezydent i były minister w ostatnim komunistycznym rządzie, który nigdy nie przeprosił za współpracę z komuną. Że pani Szymborska pisała laurki wychwalające Lenina, Partię i podpisała list krakowskich literatów domagający się wykonania wyroków śmierci na księżach fałszywie oskarżonych o współpracę z wywiadem amerykańskim i także nigdy za to nie przepraszała…"

Tak więc ja wcale nie mam problemu z krytyką pani Szymborskiej, tym bardziej, że i jej poezja wcale mnie nie zachwyca. Nie zmienia to w niczym faktu, że powinniśmy ją po chrześcijańsku kochać.

 

Ogórek pisze dalej:

Te przyklady wydaja sie jasne. Nikt bowiem nie zauwaza NATYCHMIAST efektu, ktory dopiero po (wielu) latach wynika z tego, ze n.p. milosc do ojczyzny sie zmniejszyla, albo homozboki prowadza w miedzyczasie przedszkola, a ksieza polscy wzieli przyklad z niemieckich i walcza o zniesienie celibatu.

 

Na pierwszy rzut oka, wielu nie laczy pracy mychnykow i sbeckich walterow z efektem rosnacych zboczen i przemocy. Stad wiekszosc zaraz powie, naturalnie, ze musimy wybaczyc (bo nie uwazamy ich wykroczen za DUZE).

Nie rozumiem tego. Kto nie uważa tych wykroczeń za duże?  Na czym tu polega zarzut pod adresem mojej osoby? Nie rozumiem dlaczego Ogórek utożsamia cały czas miłość bliźniego z akceptacją jego poglądów, z przyzwoleniem na zło, z głoszeniem identycznych idei.  Nie rozumiem w jaki sposób obrażając ludzi, którzy takie idee rzeczywiście promują, w jaki sposób przekręcanie ich nazwisk i traktowanie ich z góry ma cokolwiek zmienić. W jaki sposób ICH przekona do Jezusa.

 

Następnie Ogórek  podaje mi jakieś przykłady mające pokazać, że to on ma rację, a ja się mylę:

No to w takim razie rzucmy okiem na kolejny poziom.

  • Gdy ktos cie uderzy, Hiobie, w twarz – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos ci zabierze twoja ciezarowke – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoje dziecko (raz, a potem przeprosi) – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoja zone (raz, a potem przeprosi) – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem

Patrzmy dalej

  • Gdy ktos uderzy twoje dziecko (nie raz, nie przeprosi, ale czeka na nastepna okazje) – patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoja zone (nie raz, nie przeprosi, ale czeka na nastepna okazje) (- nie chce tu podawac przykladu zgwalcenia)- patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Kiedy wrog znowu wtargnal do Polski i zabija na prawo i lewo – patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem

Naprawde tak zareagujesz, jak napisalem, przy tych ostatnich trzech przykladach?

Oczywiście znowu Ogórek wie lepiej niż ja sam, co bym wtedy zrobił. Ale to i tak nie ma znaczenia, bo znowu mówimy o zupełnie różnych rzeczach. Nigdy i nigdzie nie twierdziłem, że nie należy bronić swej rodziny, czy swej Ojczyzny. Powtarzam jedynie, że nigdy nie wolno nikogo nienawidzić.

 

Obrona konieczna nie tylko nie musi, ale nie może się łączyć z nienawiścią. Gdy chodzi o nas samych, możemy biernie poddać się złu, nastawiając drugi policzek. Gdy jednak chodzi o obronę bliskich, czy Ojczyzny, wyboru już nie ma. Zaczyna się obowiązek. Nauka i Kościoła i Biblii (bo przecież to jest ta sama nauka) jest tu jednoznaczna. Tylko co to ma wspólnego z tym, co ja chcę przekazać? Czy obrona dziecka, albo Ojczyzny musi się wiązać z nienawiścią do najeźdźcy?

 

Za trzy dni świętujemy narodziny Pana Jezusa. Narodził się, by po 33 latach oddać za nas swoje życie na Krzyżu.  Zaraz następnego dnia w kościelnym kalendarzu liturgicznym mamy święto pierwszego chrześcijańskiego męczennika. Pierwszy, który oddał życie za wiarę w Jezusa. Przypomnę ich słowa:

Gdy przyszli na miejsce, zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. (Łk 23, 33-34)

 

Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: Panie Jezu, przyjmij ducha mego! A gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: Panie, nie poczytaj im tego grzechu. Po tych słowach skonał. (Dz 7, 59-60)

Jakoś nie przypominam sobie, by oprawcy Jezusa przepraszali go, przybijając do Krzyża. Jakoś nie ma zapisów w Biblii, by Żydzi kamienujący Szczepana prosili go o przebaczenie. Ale Biblia nas uczy, że tak Jezus, jak i Jego uczeń, Szczepan, kochali do końca tych, którzy w swej nienawiści posunęli się aż do okrutnego pozbawienia ich życia.

 

Ogórek pyta:

Gdzie jest granica, Hiobie? Przy efekcie NATYCHMIASTOWYM w porownaniu z efektem PELZAJACYM i POZNIEJSZYM? Czy to znaczy, ze granica jest nasza mozliwosc rozrozniania pomiedzy dobrem a zlem?

A przeciez w wielu wizjach Swietych pojawia sie informacja, ze NAJMNIEJSZY grzech kaleczy i rani Jezusa.

To ostatnie stwierdzenie powinien on raczej skierować do siebie. Jedyne co bym dodał, że tu nie mówimy wcale o małym grzechu. Nienawiść, jakiej się dopuszczamy, jest działaniem wspomagającym tylko kudłatego. Nienawidząc stajemy się jego sługusami i narzędziem w jego kosmatych łapach. Nie wyrządzamy Panu Bogu przysługi, gdy nienawidzimy, bo nienawiścią nie da się zwyciężyć zła. Zatem nienawiść może być ciężkim grzechem. Nawet, gdy jest to nienawiść do człowieka złego, do grzesznika.

Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. […] Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (Łk 6, 32, 35-36)

Gdzie jest granica, Ogórku? Granica jest bardzo wyraźnie zaznaczona. Jest nią człowiek. Nienawidzimy grzechy, kochamy człowieka. To nie jest slogan, banał, truizm, to jest prawda. Kochamy każdego człowieka. Przypomnę, że wyszliśmy od nieodpowiedniego, według niektórych osób, stroju kapłana, a w międzyczasie wspominaliśmy filmy w TVP o nawróconych gangsterach.  Filmy te doskonale ilustrują to, co chcę powiedzieć. Nikt tam nie gloryfikuje zbrodni, jakich ci ludzie się dopuszczali. Pokazują one jednak jaka jest siła miłości.

 

Ogórek pisze dalej:

Dlaczego Jezus przegonil batem kupcow w swiatyni? Przeciez w porownaniu z morderca, ktoremu na krzyzu obiecal niebo, ich przewinienia to peanuts?

Dla mnie rzecz jest jasna.

Kiedy grzesznik zrozumie i uzna swoje grzechy i zwroci sie do Pana z prosba o milosierdzie. Pan wyciaga do niego reke. My winnismy podazyc 77x7 razy (?) za przykladem Pana.

Dla mnie także jest to jasne.  Jezus jest Bogiem i widzi ludzkie dusze. Ja nie. A w świetle cytowanych przed momentem fragmentów, gdy Jezus krzyżowany i kamienowany Szczepan, pod natchnieniem Ducha Świętego, z miłości do oprawców prosili Ojca o wybaczenie, egzegeza Ogórka nie trzyma się kupy.

 

Jest oczywiste bowiem, że tylko temu, kto zrozumie i uzna swoje grzechy i kto poprosi Jezusa o wybaczenie, On może je wybaczyć. Bóg nie wybacza nikomu "na siłę", wbrew jego woli, ani na prośbę mamy, żony, czy sąsiada. To jednak jest problem dotyczący "bilateralnych stosunków" między zainteresowanym, a Jezusem. To jest sprawa między Bogiem, a Michnikiem, między Bogiem a Ogórkiem, czy Bogiem, a mną.  Natomiast nie jest naszą sprawą  oceniać stan duszy Michnika, Ogórka, czy kupców w Świątyni. My się za nich możemy modlić, możemy za nich ofiarować jakieś wyrzeczenia, ale nie możemy wiedzieć co im w sercu gra. Możemy jedynie kochać i mieć nadzieję.

 

Jedna z rzeczy, którą tak trudno niektórym zrozumieć jest fakt, że my nie wybaczamy innym dla nich samych, my to robimy dla siebie. Nie ma bowiem żadnego znaczenia dla stanu duszy Michnika, czy ja mu wybaczę, czy nie. Może moje modlitwy za niego sprawią, że Bóg, który powinien go ukarać, nagle machnie ręką i stanie się pobłażliwy, bo ktoś się za niego modlił. Mam nadzieję, że miłosierny Bóg da mu łaskę nawrócenia, ale z pewnością ja nie mogę sprawić swą miłością do niego, ani też nienawiścią ni tego, że on uzyska zbawienie, ni tego, że go Bóg potępi. Mogę jedynie potępić  samego siebie.

 

Święty Jan w Pierwszym Liście nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości.

Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. (J 2,9)

 

Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy. (1 J 2, 10-11)

 

Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego.  (1 J 3, 15)

Padł mi przed momentem laptop. Zagotował, wyłączył się, z trudem udało mi się uratować to, co tu tak mozolnie wypisuję. Po ponownym włączeniu zobaczyłem dwie rzeczy. Jedna, to życzliwe pożegnanie Ogórka, wraz z życzeniami. Zaraz odlatuje gdzieś, wraca po świętach. Być może nie będzie mógł odpowiedzieć na tę notkę przez tydzień, czy dwa.  Drugą rzeczą było to, że zmienił swój wpis. Nie jest on już skierowany przeciw mnie.  Na moim blogu napisał on:

Drogi Hiobie, niestety jestem zaraz w samolocie i do internetu wroce dopiero w nowym roku, zatem nie pogadamy zbyt intensywnie.

Tobie i wszytkim frondowiczomy skladam zyczenia Wspanialych Swiat Narodzin Pana, ktorego wszyscy uwielbiamy, kochamy i za ktorym wszyscy podazamy.

Wszystkie drogi prowadza do Niego.

Chwalmy Pana, bo jest on Dobry!

A pod notką, którą tu komentuję, wpisał pod moim adresem:

Jeszcze zdaze – zmieniam wpis, ktory sie w trakcie pisania kilka razy zmienil – wycofuje twoje imie z powyzszego akapitu, bo to istotnie nie jest prawda.

To dotyczyło tej mojej rzekomej "tolerancji", od której zaczęliśmy. Zatem i moje argumenty stają się bezpodstawne, przynajmniej w zakresie oceny wpisu Ogórka. Ja więc przez ostatnią godzinę z mozołem poprawiam te wpisy, by choć trochę sensu się w nich zachowało. I choć nie zawsze mi się to udało, to przecież pewne bardziej uniwersalne przesłanie w nich pozostało.

 

Czas chyba kończyć. To już ostatni cytat z notki Ogórka:

Dla mnie rzecz jest jasna.

Kiedy grzesznik zrozumie i uzna swoje grzechy i zwroci sie do Pana z prosba o milosierdzie. Pan wyciaga do niego reke. My winnismy podazyc 77x7 razy (?) za przykladem Pana.

Kiedy grzesznik uwaza swoje grzechy za cnoty (vide mychnyk i inne urbany) i sprowadza innych na sciezke zlego to winien zostac potraktowany batem jak to uczynil Pan w Swiatyni.

Albo alternatywnie jak zaleca sw. Pawel, aby „wyrzucic ich ze spolecznosci”.

W tym drugim wypadku, przygladanie sie bezczynnie tej bezboznej aktywnosci, czyni z nas WSPOLWINNEGO. Potem kiedys moze sie zdarzyc, ze uslyszymy „Ktos mnie bil po twarzy, a ty stales obok i mnie nie broniles”.

Natomiast "nawybaczales sie dowoli".

W zasadzie racja, gdy się zastanawiamy nad tym, komu wybaczy Bóg. Każdy musi uznać, że jest chory, by Lekarz mu mógł pomóc. Każdy musi prosić o przebaczenie, uznać się za grzesznika, by uzyskać odpuszczenie grzechów. Gdy ktoś uważa, że jest doskonały, że nie obraził niczym Boga, jak  Bóg ma mu wybaczyć? Sam siebie potępił, a Bóg tylko uszanuje ten wybór. My jednak tu mówimy o czymś zupełnie innym. O naszym wybaczeniu pod adresem braci, a to musi być bezwarunkowe. Dlaczego? Bo wynika z miłości:

A miłość cierpliwa jest, jest wielce łaskawa.

Miłość nie zna zazdrości – nic jej poklask, sława.

I obcą jest jej pycha, bezwstydu nie znosi,

Nie chce swego i gniewem złym się nie unosi.

Wszystko złe zapomina, ni się nie weseli

Wraz z niesprawiedliwością – z prawdą radość dzieli.

Ona trwa niewzruszenie. Złe zrządzenia losu,

Każdą boleść przyjmuje bez słów skargi głosu.

Nadzieję ma we wszystkim i wszem wiarę daje.

Wiecznie jest – trwa niezłomna – Miłość nie ustaje.

Ja dostałem takie przykazanie, że mam kochać bliźniego jak siebie samego. Nie oceniać jego duszy.  Krytykować czyny? Jak najbardziej! Nie tylko wolno, ale trzeba. Jest to nasz obowiązek. Ale robić to z miłością i do końca walczyć o jego duszę.

 

Napomnienie ma sens, gdy prowadzi do nawrócenia. To musi być naszym nadrzędnym celem. Nie osiągniemy jednak tego celu obrażając i odpychając braci. Nie walczymy o argumenty, nie walczymy o zwycięstwo w debacie, ale o człowieka. W przeciwnym przypadku wpychamy ich  tylko w łapy złego. I jest oczywiste, że ja nigdy nie będę miał szansy na rozmowę z Michnikiem w cztery oczy. Nie będę miał możliwości opowiedzieć Mu o miłości Jezusa, ale wiem, że "nadając na niego", starając się go poniżyć na pewno mu w żaden sposób nie pomogę.

Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi. Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12, 17-21)

Dla mnie jedną z najbardziej odrażających postaci biblijnych jest starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym. Być może dlatego, że to ja nim byłem tyle lat i wiele mi jeszcze z niego zostało. Ale staram się go zwalczyć w sobie, bo to naprawdę nieprzyjemny charakter. Myślę, że każdy z nas powinien się krytycznie przypatrzyć, czy i w nim go przypadkiem nie ma.

 

I to tyle rozważań, których w ogóle miało nie być. Myślę, że to już naprawdę ostatni wpis przed Świętami. Zatem wszystkim Wam składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Niech nowo narodzona Dziecina błogosławi Was, albo raczej nas wszystkich i udzieli nam wszelkich łask. Byśmy się stali dobrym narzędziem w Jego rękach i pomagali wszystkim ludziom spotkanym na naszej drodze w ich pielgrzymce do Królestwa Niebieskiego. Im i sobie nawzajem. Z miłością, nie czując do nikogo nienawiści. To bowiem naprawdę służy tylko złemu.

 

Wesołych Świąt!

 

Odsłon: 2563 Komentarzy: 61


O byłych gangsterach, mocy Bożej, Zacheuszu i Radiu Maryja.

Kategoria: Religia Wednesday, 22 December 2010, 07:23

Maciej Łaba zamieścił na swoim blogu notkę o dokumentalnym serialu TVP "Byłem Gangsterem".  Ponieważ jest on także dostępny na youtube, mogłem sobie zobaczyć pierwsze pięć odcinków. W międzyczasie prowadziłem jakąś dyskusję pod inną notką na blogowisku, która zeszła na temat roli Radia Maryja. Oglądając te filmy i dyskutując o katolickim radiu w Polsce naszły mnie pewne refleksje, nasunęły się pewne pytania, którymi chciałem się podzielić.

 

Co jest tak naprawdę ważne? Co jest ważne z punktu widzenia Pana Boga? Dlaczego w tych reportażach nie ma ani jednego przypadku nawróconego katolika? Dlaczego one opowiadają tylko o ewangelikach, protestantach?

 

Oczywiście jestem przekonany, że wśród nawróconych bandytów są także katolicy. Jestem pewien, że wśród chrześcijan ewangelizujących w więzieniach są też katoliccy księża i osoby świeckie także.  Ale reportaż ich nam nie pokazuje. Dlaczego?

 

Być może cały cykl jest w jakiś sposób sponsorowany przez wspólnoty protestanckie, dlatego pokazują tylko protestantów. Może scenarzysta jest ewangelikiem. Nie wiem. Nie istotne. Istotne jest co innego. Mianowicie: Gdzie my jesteśmy?

 

Czy rozwiązanie zagadki katastrofy smoleńskiej, czy wybory samorządowe, czy zwycięstwo PiSu w najbliższych wyborach jest ważniejsze od nawrócenia jednego człowieka? Kto tu robi "bożą robotę"? O co chodzi w chrześcijaństwie? Jaka jest jego istota? Czy zwycięstwo w wyborach? Czy kontrolowanie rządzącej partii?

 

Od kilku dni jestem w domu, trochę piszę na swoim blogu, trochę komentuję inne notki, czytając komentarze pod nimi i czasem wręcz włos zdumienie ogarnia czlowieka. Skąd tyle jadu, tyle nienawiści, tyle prób dokuczenia innym ludziom, sprawienia im bólu, poniżenia ich, oplucia jak tu, na katolickim portalu? Jakie świadectwo dajemy naszym życiem? Ile tak naprawdę robimy, by dotrzec z Ewangelią do tych, którzy się zagubili?

 

Jedni idą do recydywistów, do bandytów i gangsterów odsiadujących wieloletnie wyroki i z miłości do nich i miłości do Jezusa głoszą im Dobrą Nowinę, inni spędzają godziny na krytyce księdza, który miał czelność w swym awatarze zamieścić zdjęcie w kurtce narciarskiej. Jedni docierają do państwowej telewizji i sprawiają, że ta kręci wspaniały reportaż o tym, co ewangelicy robią dla Królestwa, inni obrzucają braci chrześcijan błotem za to, że nie posłali do diabła Michnika, czy arcybiskupa, który w jego gazecie miał czelność pisać.

 

Może to ja jestem nienormalny, nie wiem, ale wydaje mi się, że niektórzy naprawdę nie mają zielonego pojęcia czym chrześcijaństwo jest, jaka powinna być nasza rola w życiu społeczeństwa, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Niektórym się wydaje, że najważniejszą rzeczą w życiu  chrześcijanina jest kontrolowanie polityków, pilnowanie jakiś komisji sejmowych, rozliczanie ministrów z ich niespełnionych obietnic, czy ja wiem co jeszcze?

 

Ale Jezus niczego nie mówił o polityce. Nie krytykował sytuacji w Jego ziemskiej ojczyźnie. Podkreślał, że prawdziwą Ojczyzną jest Królestwo Niebieskie. A Królestwo Niebieskie "podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją."

 

Sprzedał wszystko co miał i kupił ją.  A my? Czy my nie robimy wszystkiego dokładnie na odwrót? Pokładając nadzieję w politykach i w najbliższych wyborach? Dlaczego tyle się zajmujemy Unią Europejską, Platformą, taką, czy inną decyzją polityków? Powiecie, że to ważne? Pewnie tak… ale czy ważniejsze od jednego, nawróconego człowieka? Ile dla porównania zrobiliśmy, by doprowadzić kogoś do Jezusa? By mu pokazać, że to On, Jezus, nie PiS, nie JKM, nie UE i nie jakakolwiek inna partia, osoba, czy organizacja może zmienić jego życie.

 

Jezus odnajduje grzeszników. Kolaborantów z reżimem. Jak celnik Zacheusz. Tajny Współpracownik. Albo raczej całkiem jawny. Nie odmawia pomocy żołnierzom okupanta. Setnikowi uzdrawia sługę. Patrzy z miłością na znienawidzonych przez Żydów Samarytan. I osiąga skutek. To, czego pouczaniem, traktowaniem z góry, poniżaniem i izolowaniem się nie mogli osiągnąć faryzeusze, Jezus osiągną miłością. "A do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata."

 

I piszę to w czasie teraźniejszym. On działa także dziś. Każdego dnia odmienia życie ludzi. Nie muszą to być gangsterzy, zbawienie tak samo jest nieosiągalne dla bandyty, jak i dla człowieka obojętnego. To ludzi letnich Jezus wypluje ze swych ust. Bądźmy więc zimni, albo gorący. I to naprawdę nie chodzi o gorące zaangażowanie się w politykę.

 

Wczorajszy wpis z czata na moim forum:

Hiobie, na wszelki wypadek jakbyśmy się nie słyszeli do świąt, bo różnie to bywa w tym czasie, tak więc życzę ci Wesołych, pogodnych, rodzinnych, ciepłych i wypoczętych świąt Bożego Narodzenia, jako iż z Częstochowy jestem, i udam się na pewno chociażby na zwiedzenie szopki, to możesz liczyć na mnie że tam przy obrazie przenajświętszym pomodlę się za ciebie, zresztą to samo mi mówi mój tata, który wszedł sobie po książkę. Tak więc przyjacielu nas zza oceanu, myślimy i pamiętamy. Wesołych Świąt.  Pamiętamy o tobie i powiem ci szczerze że odmieniłeś moje życie, nie jest tak ciężko jak sobie człowiek przypomni sobie o tobie.

Nic nie wiem o tym bracie, który to napisał, poza tym, że jest kierowcą i jeździ na Wschód. Powrócił właśnie z Jekaterynburga i zajrzał do mnie. Dowiedziałem się, że jakoś mu pomogłem w jego życiu, ale najzabawniejsze jest to, że ani nie wiem jak, ani kiedy. A nie wiem z pewnością dlatego, że to nie my odmieniamy życie, ale Bóg. My możemy tylko dawać świadectwo swoim życiem. Jednak uważajmy jakie dajemy świadectwo.

 

Historie pięciu bandytów, którzy ze łzami w oczach opowiadają teraz o Jezusie są niesamowitym świadectwem. Ale niektóre komentarze na blogowisku Frondy także są niesamowitym świadectwem. Jedne i drugie potrafią zmienić świat i zmienić innego człowieka. Bo właśnie tak się zmienia świat. Jeden człowiek po drugim. Uważajmy zatem na to JAK tych ludzi zmieniamy.

 

Za dwa dni zasiądziemy do wigilijnych stołów. Połamiemy się opłatkiem, złożymy sobie życzenia. Będziemy się cieszyć z narodzin Dzieciątka. Nie zapominajmy jednak po co to Dzieciątko przyszło na Świat. Czego nas Jezus nauczał. Weźmy Biblię do ręki, przeczytajmy. Bo choć nam się wydaje, że my to wszystko wiemy, to zapewniam każdego z Was, że ta lektura Was zaskoczy. Odkryjecie tam słowa,  których nigdy nie słyszeliście, albo których nie pamiętacie.

 

Wszystkie te historie opowiedziane w programach telewizyjnych mają jedną wspólną cechę. Życie tych ludzi, tych bandytów się zmieniło, bo spotkali na swej drodze człowieka, który spojrzał na nich z miłością, który się za nich modlił, który im podsunął Słowo Boże. Ci ludzie byli już "tam". Należeli do kudłatego. Beznadziejne przypadki. Potępieni przez siebie samych i przez innych ludzi. Jedynie Bóg nie stracił nadziei i jedynie jacyś bracia okazali im miłość.

 

I wiem, dla niektórych są to tylko heretycy, odszczepieńcy, "kociorze", nawiedzeni fundamentaliści…. Tylko, że okazali się oni lepszymi chrześcijanami od wielu z nas. Bo nie wystarczy się zapisać do właściwej organizacji. Nie wystarczy mówić "Panie, Panie!" Nie na tym polega chrześcijaństwo. Trzeba tak żyć, tak postępować, by przez nasze świadectwo inni ludzie zbliżali się do Boga. Inaczej okaże się, że mimo tego, że Jezus nie schodził nam z ust, cale życie służyliśmy złemu.

Odsłon: 1272 Komentarzy: 27


25 Grudnia. Dziś urodziny obchodzą: Jezus Nazarejczyk...

Kategoria: Wiadomości Tuesday, 21 December 2010, 06:08

Dlaczego 25 grudnia? Pisałem już przed rokiem dlaczego uważam, że to nie jest zaledwie symboliczna data, ale mamy kolejny rok i mamy kolejnych gości na blogu, więc warto przypomnieć, czemu nasz Pan, gdyby posiadał paszport, miałby tam wpisane "Urodzony 25 XII". ;-)

„Sol Invictus”

Zacznijmy więc od  "standardowego tłumaczenia". W wielu miejscach możemy przeczytać, że 25 grudnia to jedynie "ochrzczone" święto  „Sol Invictus”, związane z przesileniem zimowym. Jednak, jak się wydaje, jest to spore uproszczenie i najprawdopodobniej nie ma w nim wcale prawdy.

 

„Ochrzczenie” pogańskiego święta na cześć boga Sol Invictus nastąpiło dopiero pod koniec czwartego wieku, a tymczasem data narodzin naszego Pana była znana Kościołowi wcześniej. Zatem to nie data narodzin Pana Jezusa została zdeterminowana przez święto fałszywego bożka, ale raczej święto bożka musiało zostać zamienione na obchody Bożego Narodzenia, bo akurat obchodzono je w dniu narodzin Prawdziwego Boga. Gdy chrześcijaństwo wyszło z podziemia i stało się religią państwową, Boże Narodzenie musiało wyprzeć święto fałszywego bożka z "państwowego kalendarza".

 

Nawet, gdy przyjmiemy, jak podaje Wikipedia, że święto Sol Invictus  zostało ustanowione przez cesarza Lucjusza Domicjusza Aureliana w 274 roku, to przecież chrześcijanie pozostający wtedy w ukryciu i często prześladowani, nie mieliby żadnego powodu, by uznać akurat taką datę za Boże Narodzenie. Chyba, że… Chyba, że rzeczywiście byłby to dzień narodzin Jezusa.

Nowe Narodzenie na Krzyżu.

Joseph Ratzinger w swej książce "The Spirit of the Liturgy" pisze, a ja tu sparafrazuję jego słowa, opierając się na angielskim tekście:

Zadziwiające jest to, że punktem wyjścia do ustalenia daty narodzin Jezusa jest 25 marca. O ile wiem, (pisze Ratzinger), najstarsza antyczna wzmianka o tym znajduje się w pismach Tertuliana (ur.150 – zm.207),  który przyjmuje za powszechnie uznaną tradycję, że Chrystus umarł na Krzyżu 25 marca. W Galii aż do szóstego wieku była to niezmienna data obchodzenia Ukrzyżowania. W dziele wyliczającym datę Wielkanocy, napisanym w roku 243 i pochodzącym z Afryki znajdujemy datę 25 marca jako dzień stworzenia świata i w połączeniu z nią osobliwe datowanie narodzin Jezusa. Według przekazu z Księgi Rodzaju słońce zostało stworzone czwartego dnia, czyli 28 marca. Zatem ten dzień powinien być uznany za dzień narodzin Chrystusa, Prawdziwego Słońca.  […]

 

Stare teorie (o "ochrzczeniu" pogańskich świąt) nie dadzą się dłużej utrzymać. Decydującym czynnikiem bowiem jest tu zależność między stworzeniem, a Krzyżem, stworzeniem i Poczęciem Jezusa. W świetle "Jego Godziny" daty te mają kosmiczne znaczenie. Cały początek Wszechświata był zatem zapowiedzią Chrystusa, "Pierworodnego wobec każdego stworzenia". […] Fakt, że daty Poczęcia i Narodzin od początku miały kosmologiczne znaczenie pokazuje, że Boże Narodzenie może teraz stawić czoła  kultowi Słońca  i włączyć go w teologię Święta Bożego Narodzenia.

Ratzinger przypomina potem, że Ojcowie Kościoła, Święty Hieronim i święty Augustyn pisali o tym już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i przypomina, że święto Jana Chrzciciela, który zapowiedział przyjście Jezusa, wypada dokładnie w połowie miedzy Poczęciem, a Bożym Narodzeniem. Powrócę jeszcze do tego poniżej.

Antyczne pisma

Pierwsza historyczna wzmianka o 25. grudnia, jaka dotrwała do naszych czasów, pochodzi z tak zwanego Kalendarza Filokaliańskiego, z roku 336, czy, według innych, chyba bardziej prawdopodobnych źródeł, z roku 354, gdzie czytamy przy dacie 25 grudnia: „Natus Christus in Betleem Judea”, czyli „Chrystus się narodził w Betlejem w Judei”.

 

Święty Augustyn około roku 400 AD wspomina donatystów, którzy obchodzili Boże Narodzenie 25. grudnia, ale odmawiali obchodzenia święta Objawienia Pańskiego 6. stycznia. Ponieważ ta schizmatycka, czy heretycka grupa chrześcijan pojawia się około roku 312 AD, w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana i trzymała się sztywno swych przekonań, jakie jej towarzyszyły od początku, można przyjąć, że w na samym początku czwartego wieku data 25. grudnia była dość dobrze ustalona, przynajmniej w Północnej Afryce.

Co z tym 6 Stycznia?

Powróćmy więc jeszcze do teorii pogańskiego pochodzenia daty Bożego Narodzenia. Co prawda w świetle słów kardynała Ratzingera widzimy, że zależność jest raczej odwrotna. To właśnie poganie czczą fałszywych bożków w tym czasie, bo sama natura wskazuje na ten czas, na jego niezwykłość,  ale w sumie to i tak najprawdopodobniej nie ma większego znaczenia. Możemy bowiem zostawić kosmiczną symbolikę na boku. Ja mam bowiem dużo ambitniejszy plan.  Chcę wykazać, że 25 grudnia to jest prawdziwa data nie tylko w oparciu na mistyczno-filozoficzno-symboliczne rozważania, ale także w oparciu  jak najbardziej historyczne fakty.

 

Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że pierwsza wzmianka sugerująca, jakoby daty 6 I i 25 XII były zdeterminowane przez pogańskie święto pochodzi dopiero z dwunastego wieku. Jakaś notka na marginesie komentarzy syryjskiego biblijnego komentatora Dionizosa syna Salibiego mówi, że Boże Narodzenie zostało przeniesione z 6 stycznia na 25 grudnia, by wypadło w dniu święta Sol Invictusa. Nie ma żadnych śladów wskazujących na to, że ktokolwiek wcześniej wyznawał takie teorie. Co więcej, dopiero znacznie później, w XVIII i XIX wieku, w  epoce tak zwanego "oświecenia" rozwinięto tę,  tak dziś popularną ideę.  Ale „popularna” niekoniecznie i nie zawsze znaczy „poprawna”. Zwłaszcza, gdy się wywodzi z "oświecenia".

 

Może wyda się to dziwne, ale obie daty, 25 grudnia i 6 stycznia wynikają z tego samego faktu powiązania dnia poczęcia Jezusa z dniem Jego śmierci. Ojcowie Kościoła po prostu rozumieli, i tak nauczali, że dzień poczęcia naszego Pana jest tym samym dniem, w którym oddał On za nas swoje życie, gdyż śmierć Jezusa na Krzyżu i Jego Zmartwychwstanie było Nowym Stworzeniem, powstaniem zupełnie nowej rzeczywistości. A daty 25 grudnia i 6 stycznia różnią się tylko dlatego, że data śmierci Jezusa w drugim przypadku została po prostu błędnie obliczona.

 

Około roku 200 Tertulian z Kartaginy wyliczył, że 14 Nisan, dzień śmierci Pana Jezusa według Ewangelii Św. Jana odpowiada 25. marca w słonecznym kalendarzu rzymskim. Nieco ponad sto lat później powstał traktat nieznanego autora, „On Solstices and Equinoxes”, („O przesileniach i równonocach”) napisany gdzieś w Północnej Afryce, gdzie możemy przeczytać:

A zatem nasz Pan został poczęty w dniu 25. marca, który to dzień jest dniem Jego męki i dniem Jego poczęcia. Bo dzień Jego poczęcia jest także dniem Jego cierpienia.

Święty Augustyn, pochodzący z Północnej Afryki, zapewne znał ten traktat, bo w swoim dziele „O Trójcy Świętej” napisał:

Przyjmuje się bowiem, że tak poczęcie, jak i męka miały miejsce 25 marca; podobnie jak się przyjmuje, że „nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony" (J. 19, 41) ani przedtem, ani potem, a w którym pochowano Jezusa, jest odpowiednikiem dziewiczego łona, w którym został poczęty i którego nie tknął nikt ze śmiertelnych. Tradycja podaje 25 grudnia jako datę Jego narodzenia. Otóż między tymi dwiema datami upłynęło dwieście siedemdziesiąt sześć dni, czyli sześć razy po czterdzieści sześć dni. A właśnie tyle trwała budowa świątyni i taką liczbę sześciodniowych okresów objęło doskonałe ukształtowanie się ciała Pańskiego, które — zburzone przez mękę i śmierć — po trzech dniach zmartwychwstało. Mówił On bowiem „o świątyni ciała swego" (J. 2, 21), jak tego dowodzi bardzo wyraźne i bardzo mocne świadectwo Ewangelii: „Albowiem jako był Jonasz w żywocie wielkiej ryby trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w sercu ziemi trzy dni i trzy noce" (Traktat O Trójcy Świętej, Księga Czwarta, V 9)

Na Wschodzie, w „greckim” Kościele, to 6 stycznia był datą narodzin Pana Jezusa.  Różnica  wynikała z tego, że na Wschodzie zamiast uznać dzień 14 Nisan za dzień Męki Pańskiej, uznali, że stało się to 14. dnia pierwszego wiosennego miesiąca (Artemisios) w ich lokalnym, greckim kalendarzu, którego odpowiednikiem w kalendarzu rzymskim był szósty kwietnia. A zatem narodziny Pana Jezusa wypadały im 6. stycznia. Jednak sama idea łączenia Wcielenia ze Stworzeniem Wszechświata była identyczna na zachodzie,  jak i w kościołach wschodnich.

 

Dla nas, żyjących w XXI wieku, łączenie poczęcia Jezusa i Jego śmierci wydaje się czymś nienaturalnym, sztucznym, ale dla antycznych i średniowiecznych chrześcijan było to całkiem naturalne. Widzimy to choćby w sztuce, na przykład w malarstwie Meister Bertrama, który pokazuje nam moment Zwiastowania i w tle Dzieciątko z krzyżem w rączce. Przypomnienie, że poczęcie staje się już obietnicą zbawienia przez śmierć Pana Jezusa.

 

 

Także żydowska tradycja nas uczy, że stworzenie i zbawienie powinno wypaść tego samego dnia. Możemy o tym przeczytać w Talmudzie. Na przykład „Babiloński Talmud” zachował dyskusję między dwoma rabinami z początku drugiego wieku, którzy zgadzają się co do samej idei, ale nie co do daty. Rabin Eliezer mówi: „W miesiącu Nisan świat został stworzony, w Nisan patriarchowie się urodzili, […] i w Nisan będą zbawieni, gdy nadejdzie odpowiedni czas.” Rabin Joshua, z którym rabin Eliezer dyskutował, zgadzał się z samą ideą, ale uważał, że był (i będzie) to następny miesiąc, Tishri.

 

Nie jest więc wcale dziwne, że i Kościół wierzył, że Zwiastowanie, a zatem i Wcielenie miało miejsce w tym samym dniu, co Śmierć Pana Jezusa. Nie jest to oczywiście żaden bezwzględny dowód na prawdziwość daty 25 grudnia, ale  przynajmniej pośrednio potwierdza, że w tej dacie jest coś znacznie więcej, niż zaledwie ochrzczenie pogańskiego święta.

Zachariasz.

Zachariasz, według tego, co nam podaje św. Łukasz w swej Ewangelii, rozdział 1, wersety 5 i 8, był kapłanem „z oddziału Abiasza”. Kapłani służyli w Świątyni według kolejności ustalonej losowo, i „oddział Abiasza” był ósmy w kolejności, jak nam to mówi 1 Księga Kronik, 24, 1-10. Członkowie każdego „oddziału” służyli przez tydzień w Świątyni.

 

Amerykańska Katolicka Encyklopedia z 1917 roku podaje, że dwadzieścia cztery oddziały kapłanów służyły po kolei w Świątyni. Zachariasz, jak wspominaliśmy przed momentem, był w ósmym oddziale.  Świątynia została zniszczona w dniu 9 Ab 70, gdy według rabinistycznej tradycji służył pierwszy oddział kapłanów. Wychodząc z tego punktu i cofając się do tyłu możemy ustalić, że oddział Abiasza służył między 2-9 października. Zatem Elżbieta mogła zajść w ciążę na początku października, a więc gdy Archanioł Gabriel mówił do Maryi:

A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. (Łk 1, 36)

… mógł to być 25 marzec.

 

Powyższe datowanie ma jedną wadę. Polega na tradycji, co do której nie mamy stuprocentowej pewności. Jest to mocna poszlaka, ale jeszcze nie dowód. Jednak i dowód się wkrótce znalazł. Odnaleziono go wśród zwojów w Qumran. Dokument tam odkryty podaje nam bardzo konkretną datę, kiedy wypadała ta służba dla Zachariasza. Był to, według dziś obowiązującego kalendarza, tydzień między 23, a 30 września.

 

Zatem termin ten nie zgadza się zaledwie o tydzień z tym, co wyliczyliśmy wychodząc od daty zburzenia Świątyni. Jednak gdy sobie uświadomimy ogrom działań wojennych w roku 70, to możemy uznać, że walki te trwały co najmniej tydzień i zburzenie Świątyni nie było jakimś konkretnym, jednostkowym momentem, ale musiało być wydarzeniem trwającym w czasie. A  przy takim założeniu mamy doskonałą zgodność dat.

 

Święta Elżbieta mogła zajść w ciążę na przełomie września i października, a zatem 25 marca następnego roku była w już w szóstym miesiącu ciąży. Czyli Ewangelia świętego Łukasza, wraz z dokumentem znalezionym w Qumran potwierdza nam, że data narodzin Pana Jezusa, 25. grudnia, to coś znacznie więcej, niż zaledwie symbolicznie wyznaczony dzień. Dokument ten potwierdza także, że jest bardzo prawdopodobne, że święty Jan rzeczywiście urodził się 24. czerwca.

Nocna straż

Mamy także jeszcze jedną przesłankę za grudniową datą narodzin Pana Jezusa. Święty Łukasz podaje nam bowiem taką informację:

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. (Łk 2,8)

Wielu egzegetów i historyków przypomina tu, że straż nocną pasterze trzymali tylko w czasie, gdy się rodziły młode jagnięta. Trzeba je było bowiem czyścić i pilnować, strzec przed zmarznięciem i otaczać opieką. A ponieważ owce parzą się zawsze po przesileniu letnim i ich ciąża trwa pięć miesięcy, więc właśnie w okresie grudnia rodzą się młode owieczki i wtedy pasterze „trzymają nocną straż” nad swymi trzodami. Nie jest to niepodważalny dowód, ale jest to kolejna wskazówka, kolejna poszlaka wskazująca na 25. grudnia.

 

Oczywiście dla naszej wiary nie ma to żadnego znaczenia. Narodziny Pana Jezusa obchodzimy w sposób symboliczny. Niczego by to nie zmieniło, gdyby w rzeczywistości narodził się On w jakimkolwiek innym czasie. Ale ja, choć nie jestem zwolennikiem żadnych "spiskowych teorii dziejów", to jakoś nie mogę uwierzyć w to, że jest to jedynie symboliczna data. Jeżeli bowiem i filozoficzne rozważania i teologiczne przemyślenia i badanie starych dokumentów i nawet poznawanie zwyczajów lokalnych hodowców owiec wskazuje na to samo, to dlaczego po prostu nie przyjąć tego za prawdę?

 

Pewnie, że można powiedzieć, że uznajemy okres, gdy zaczyna przybywać dnia za czas narodzin naszego Pana, bo ma to wspaniałą symbolikę, ale czy nie wspanialszą symbolikę ma fakt, że dnia zaczyna przybywać wtedy, gdy narodził się nasz Pan? Kto bowiem był "na początku"?  Son, czy sun? Syn, czy słońce?

 

Ja wierzę, że data 25 grudnia jest czymś więcej, niż „ochrzczonym” pogańskim świętem. Jestem przekonany, że jest to także faktyczna data urodzin naszego Pana. A zatem… Happy birthday, Jesus!

 

PS. Powyższy tekst jest zmienioną wersją rozważań sprzed roku. Trochę poprawiłem, trochę uzupełniłem, ale wnioski i data pozostały takie same. ;-) Wesołych Świąt!

Odsłon: 1106 Komentarzy: 21


A gdzie "TO" jest w Biblii? Spowiedź

Kategoria: Wiadomości Monday, 20 December 2010, 03:22

Wracam do tego cyklu, bo po pierwsze kończy się Adwent, więc dobrze by było przypomnieć sobie o pojednaniu się z Bogiem i bliskimi, a po drugie temat "wyskoczył" na moim forum. Zatem… czy Biblia naucza gdziekolwiek, że ludzie powinni się spowiadać kapłanowi? Czy nie wystarczy się wyspowiadać bezpośrednio Bogu? Czy to wymysł średniowiecznego kleru, który chciał kontrolować wiernych poznając ich tajemnice, czy raczej praktyka wywodząca się jeszcze ze Starego Testamentu? Zobaczmy, co nam o spowiedzi mówi Biblia:

Jeżeli więc kto popełni jedno z tych przestępstw, to niech wyzna, że przez to zgrzeszył. Wtedy przyniesie jako ofiarę zadośćuczynienia dla Pana za swój grzech – samicę spośród małego bydła, owcę lub kozę, na ofiarę przebłagalną. A kapłan dokona przebłagania za jego grzech. […]  W ten sposób kapłan dokona przebłagania za grzech, który tamten popełnił, i będzie mu odpuszczony.  (Kpł 5, 5-6, 10b)

 

Przemówił znów Pan do Mojżesza tymi słowami: Powiedz Izraelitom: jeżeli mężczyzna lub kobieta dopuszcza się jakiego grzechu wobec ludzi, popełniając przestępstwo przeciw Panu, to osoba ta zaciągnie winę. Mają wyznać grzech popełniony i oddać dobro nieprawnie zabrane z dodaniem piątej części temu, wobec kogo zawinili. (Lb 5, 5-7)

 

Nie zazna szczęścia, kto błędy swe ukrywa; kto je wyznaje, porzuca – ten miłosierdzia dostąpi. (Prz 28, 13)

 

Nie wstydź się wyznać swych grzechów i nie zmagaj się z prądem rzeki! (Syr 4,26)

 

I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom. (Mt 9, 2-8)

 

Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. (Mk 1, 4-5)

 

Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20, 22-23)

 

Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. (Jk 5,16)

 

Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. (1J 1, 9)

 

Jeśli ktoś spostrzeże, że brat popełnia grzech, który nie sprowadza śmierci, niech się modli, a przywróci mu życie, mam na myśli tych, których grzech nie sprowadza śmierci. Istnieje taki grzech, który sprowadza śmierć. W takim wypadku nie polecam, aby się modlono. Każde bezprawie jest grzechem, są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci. ( 1J 5, 16-17)

 

Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił na posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem.  (2 Kor 5, 18-20)

 

Przychodziło też wielu wierzących, wyznając i ujawniając swoje uczynki. (Dz. 19,18)

Oczywiście jak zwykle w takich przypadkach należy dodać, że nie każdy tu cytowany werset naucza wprost o potrzebie spowiedzi kapłanowi, choć niektóre z nich, jak np. ten z Ewangelii św. Jana, nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do potrzeby ustnej spowiedzi kapłanom. Cytaty ze Starego Testamentu potwierdzają, że jest to stara, odwieczna praktyka. Natura ludzka się nie zmieniła, a Bóg, który nas zna wie, że bez ustnej spowiedzi szybko sami siebie zaczniemy oszukiwać.

 

Cytat z Mateusza mówi o odpuszczeniu grzechów przez Jezusa, ale Duch Święty natchną autora, by użył liczby mnogiej mówiąc, że "tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom". Także warto zwrócić uwagę na cytat z Listu do Koryntian, bo jest on często pomijany w apologetycznych dyskusjach na temat spowiedzi. A św. Paweł tam mówi ważne słowa, mianowice, że "w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień."  Oczywiście napominać można czyjeś przewinienia, a te trzeba najpierw poznać. Nie przez plotki i donosy. Kontekst mówi o "posłudze pojednania", która jest zadaniem apostoła.

 

Są też dokumenty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, Didache z pierwszego wieku, ( XIV. 1. W dniu Pana, w niedzielę, gromadźcie się razem, by łamać chleb i składać dziękczynienie, a wyznawajcie ponadto wasze grzechy, aby ofiara wasza była czysta), św. Ireneusz  w roku 180, Orygenes i św. Cyprian w trzecim wieku i wiele innych pokazujących, że sakramentalna spowiedź była częścią naszej wiary od samego początku. To jednak już nie należy do naszego cyklu, który ma jedynie być narzędziem i pomocą dla tych, którzy za pomocą Biblii muszą uzasadnić naukę Kościoła Katolickiego.

 

Więcej notek z cyklu "A gdzie TO jest w Biblii" można znaleźć idąc do spisu treści mojego bloga, czyli do www.jaskiernia.org

Odsłon: 990 Komentarzy: 20


Bella

Kategoria: Pro life Friday, 17 December 2010, 19:08

Skoro okazało się już, że ja nie tyle jestem apologetą, co raczej krytykiem filmowym, to z rozpędu zamieszczę parę uwag o innym filmie, który, słyszalem, wszedł właśnie na ekrany wybranych kin w Polsce. W Stanach oglądaliśmy go trzy lata temu i wtedy napisalem o nim kilka słów. Dziś zatem, bez większych poprawek, przypomnę tamte przemyślenia:

 

"Dużo wszyscy narzekamy, że nasz świat schodzi na psy. Wizerunek naszej rzeczywistości, jaki odbieramy z programów telewizyjnych, seriali, filmów, wiadomości agencyjnych i opowiadań znajomych raczej nie nastręcza optymistycznie. Czasem mamy wrażenie, że cała kultura chrześcijańska to już wymarła, odległa przeszłość.

 

Gdy masz wielki rodak, Karol Wojtyła, papież Jan Paweł Wielki odszedł do domu Pana, wszyscy byliśmy świadkami czegoś niesamowitego. Okazało się nagle, że on nawet po śmierci był w stanie zjednoczyć nas wszystkich. Albo raczej należałoby powiedzieć, że bardziej nawet po śmierci, niż za życia. I to nie tylko katolików, nie tylko chrześcijan, ale zjednoczył wszystkich ludzi. Jednak taka sytuacja nie trwała długo. Była ona zbudowana raczej na uczuciach, niż na wewnętrznych przekonaniach i woli, więc jak uczucia żalu za tym wielkim Polakiem osłabły, przepadła także ta jedność. Wróciliśmy do naszej neopogańskiej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której nasze postawy wobec życia są tak negatywnie kreowane przez popkulturę. Kreowane, nie odzwierciedlane, bo życie nigdy nie jest aż takie złe, jak je obrazują filmy. Jednak te filmy powodują powolne głupienie odbiorców, otępienie i wzrost obojętności na zło, czy na niemoralne zachowania.

 

Ilekroć powracam do Sienkiewicza, Trylogii, Krzyżaków, czy nawet noweli i „W pustyni i w puszczy” zawsze najbardziej zdumiewa mnie jak bardzo są jego książki przepełnione Bogiem. Ale to nie wynika wcale z tego, że był on kimś szczególnie religijnym. To samo można zauważyć i w innych powieściach z tamtego czasu. Po prostu wiara była nieodłączną, integralną częścią życia ludzi. Teraz, obawiam się, już tak nie jest. A przynajmniej nie widać tego w większości książek i filmów. Jednak zamiast narzekać, że jest tak, jak jest, można zacząć robić coś pozytywnego. Można zacząć kreować inny obraz rzeczywistości. W końcu ludzi głęboko wierzących, ludzi, dla których Bóg ciągle jest Kimś najważniejszym w życiu, nie brakuje. Jest nas miliony. I na tych milionach można także zarobić sporo pieniędzy. Udowodnił to chociażby Mel Gibbson kręcąc film o Męce Pana Jezusa.

 

Wczoraj byłem w kinie. Z powodów, jakie podałem wyżej, nie chodzę często do kina. W ostatnich latach widziałem dosłownie kilka filmów. Pasję, Opowieści z Narnii, Egzorcyzmy Emilii Rose, Władcę Pierścieni. Może jeszcze jeden, czy dwa. Wczoraj jednak zobaczyłem film współczesny. O życiu normalnych Nowojorczyków. Z gatunku, który można by określić „romantyczną komedią”, choć może „komedia” nie będzie tu odpowiednim słowem. Film ma parę zabawnych scen, ale nie jest to film mający nas rozśmieszać. Raczej wzruszać. I to robi doskonale. Oglądając ten film nie raz ryczałem jak bóbr.

 

Film ten jest bowiem przede wszystkim historią miłosną. Ale miłość w tym filmie bardziej przypomina „agape” niż „eros”. Co prawda film jest także o tym, co zrobić, gdy nagle okazuje się, że jesteśmy w ciąży, a w ciążę nie zachodzi się przez „agape”, ale film nie jest o seksie. Film mogą oglądać nawet dzieci. Film jest o rodzinie, o przyjaźni, o miłości braterskiej i o świętości życia poczętego. Nie chcę tu opowiadać filmu, bo mam nadzieję, że będzie on dostępny w Polsce. Nie chcę zepsuć nikomu przyjemności oglądania. Mam bowiem nadzieję, że każdy kto będzie mógł, zobaczy ten film. Naprawdę warto.

 

Warto dlatego, że jest to po prostu dobry film. Dobrze nakręcony, dobrze wyreżyserowany, z dobrymi aktorami. Jest zabawny i wzruszający. I jest tak bardzo katolicki. Nie w sensie mówienia kazań. Nikt tam nawet nie wspomina Boga, wiary. Ale w sensie codziennego życia w czymś, co nazwałbym „kulturą katolicką”. Bohaterowie filmu są pochodzenia latynoamerykańskiego. Są więc katolikami. I to widać w tym filmie kilka razy. Nie przez przypadek, jest to założone przez producentów filmu. Na szyi głównego bohatera można dostrzec szkaplerz. Gdy siedzi w poczekalni kliniki aborcyjnej, odmawia trzymany w rękach różaniec. W domu jego rodziców na ścianie widać obraz Matki Bożej z Guadalupe. Przed posiłkiem odmawiają modlitwę. To przecież niewiele, może ktoś powiedzieć, ale z drugiej strony tak dużo.

 

To tak, jak w powieściach Sienkiewicza. Przecież jego książki nie są religijne, ale jego bohaterowie cię modlą, śpiewają godzinki, spowiadają się, chodzą do kościoła. To była część ich życia. W filmie „Bella” także widzimy tylko momentami takie rzeczy, ale są one jak powiew świeżego powietrza. Film ten bowiem pokazuje dom, rodzinę, która jest… jak mój dom, jak moja rodzina. Pokazuje coś zupełnie innego niż taką „rzeczywistość”, jaka istnieje w serialach telewizyjnych.

 

Niedawno przeczytałem w felietonie pana Kucharczaka w Gościu Niedzielnym, że od czasu legalizacji aborcji w Wielkiej Brytanii zabito tam siedem milionów dzieci. W Stanach zabito ich ponad 40 milionów. To są niewyobrażalne ilości. Może przez to, że jest ich tak wiele, zupełnie zobojętnieliśmy na ich wymowę. I to jest także powód, dla którego każdy powinien zobaczyć ten film. Film ma tytuł „Bella”. Ciepły, mądry, wzruszający i bardzo dobry film. O rodzinie, o miłości, o przyjaźni, czyli o tym, co w życiu najważniejsze. Film, który każdy człowiek powinien zobaczyć. Zwłaszcza młody człowiek. Zwłaszcza młoda dziewczyna. Serdecznie go polecam."

 

Hiob, 29 Xi 2007

Odsłon: 1262 Komentarzy: 16


Podróż Wędrowca Do Świtu

Kategoria: Rozrywka Friday, 17 December 2010, 05:54

Ja chodzę do kina średnio raz, czy dwa razy w roku, ale ten film musiałem zobaczyć. Przede wszystkim dlatego, że zawsze staram się wspierać pozytywną produkcję Hollywoodzką. Poza tym jestem wielkim fanem Lewisa i choć Opowieści z Narnii w całości przeczytałem całkiem niedawno, wiele innych jego książek znam od lat.

Film, choć był na pierwszym miejscu, rozczarował stosunkowo niewielkim wpływem z biletów. Pogoda była "kinowa", ale w wielu regionach USA trudno było do kina dojechać, ludzie więc oglądali telewizję.  Dziś też, gdy wszedłem do kina na 15 minut przed seansem, nie miałem problemu ze znalezieniem wolnego fotela. Prawdę mówiąc wszystkie fotele były wolne. Dopiero później zjawiło się kilka osób. Byłem w kinie na siedemnastą, gdy ludzie jeszcze nie wrócili z pracy, miejmy więc nadzieję, że na wieczornych seansach było trochę lepiej. Jednak  25 milionów dolarów za bilety w USA i kolejne sto milionów zarobione do tej pory w innych krajach to nie jest jeszcze tragedia. Produkcja filmu kosztowała około 150 milionów, więc jest niemal pewne, że przynajmniej będzie zwrot kosztów, a być może, gdy pogoda się poprawi, film przyniesie całkiem pokaźny zysk.

Recenzje w gazetach nie są zachwycające, zaledwie połowa z nich jest pozytywna, ale przynajmniej częściowo problem ten wynikaz tego, że niektórym krytykom nie podoba się przesłanie filmu. Zatem znacznie mniej życzliwie spoglądają oni na filmy o Narnii niż na filmy z Harry Potterem  i inne podobne produkcje. Bowiem Podróż Wędrowca Do Świtu ma bardzo wyraźne chrześcijańskie przesłanie. I choć film nie dorównuje pod tym względem pierwowzorowi literackiemu, to przecież nie udało się producentom filmu tego przesłania pozbyć. Nic więc dziwnego, że krytycy krytykują.  Dużo istotniejsze jest jednak to, że 85% widzów ma pozytywne zdanie o tym filmie.

Film nie jest długi, mniej niż dwie godziny, więc nie wszystko, co znajdziemy w książce można zobaczyć na filmie. Przygody na niektórych z wysp, które odwiedził żaglowiec połączono, a i tak akcja, szczególnie w drugiej części filmu, toczy bardzo szybko. Ja osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, by film był troszkę dłuższy. Film nie oddaje też humoru i finezji narracji Lewisa, ale to jest w ogóle nie do odtworzenia. Jest on raczej typową produkcją hollywoodzką i efekty specjalne, potwory i inne dziwne baśniowe zjawiska jakie w tym filmie widzimy są łudząco podobne do efektów i potworów w dziesiątkach innych filmów.  Co zresztą niekoniecznie jest rzeczą złą, bo efekty te są na naprawdę dobrym poziomie.

Film ten jest baśnią i to baśnią o bardzo pozytywnym i wyraźnie zarysowanym przesłaniu. Wiadomo dokładnie co jest dobrem, a co złem i kto nas od tego zła wyzwoli. Podobało mi się jak przedstawiono w tym filmie pokusę, jak się z nią każdy z nas zmaga i jak Aslan nam pomaga, gdy słyszy nasz krzyk rozpaczy. I jak nam pomaga nawet wtedy, gdy zapomnimy, bo Go zawołać. To nie jest Potter, gdzie zło z dobrem jest dokładnie wymieszane, gdzie nic nie jest jasne, gdzie granice dobra i zła się rozpływają. W "Podróży Wędrowca" nie rozpływa się nic.

Bardzo mi się podobała gra aktora, który się wcielił w Eustachego. Irytującego, nieznośnego chłopca, który na skutek przeżytych przygód przechodzi metamorfozę. Chyba najlepsza rola "ludzka" w tym filmie, bo z innych postaci zdecydowanie najlepiej grał  Ryczypisk. Ale  Ryczypisk to w ogóle moja najulubieńsza, najbardziej ukochana postać ze wszystkich Narnijczyków. Oczywiście poza Aslanem. I tak jak Lucy, chciałbym go choć raz uściskać i przytulić. Niezwykła odwaga, miłość do wszystkich przyjaciół, także tych irytujących i niezachwiana wiara… Gdybym ja tak potrafił… Ryczypisk już odszedł do Krainy Aslana, ale z Eustachym, mam nadzieję,  spotkamy się jeszcze w kolejnych filmach.

Nie był to może najlepszy film, jaki w życiu widziałem, ale z pewnością jest to film dobry. Lepszy od "Księcia Kaspiana", choć chyba pierwsza część Opowieści z Narnii, "Stara szafa", podobała mi się bardziej. Co więcej, "Podróż Wędrowca Do Świtu" jest w wersji trójwymiarowej, a to jest zawsze dodatkowy plus.  Tak więc film z pewnością jest godny polecenia i ja sam pewnie zobaczę go jeszcze raz, gdy pójdziemy  z resztą rodziny.  Dziś bowiem byłem w kinie sam.

W książkach akcja jest niezwykle ważna, jednak sama akcja to nie wszystko. Ważni są bohaterowie książki, postaci w niej występujące i ważne jest także to, jak dana historia jest opowiedziana. W pewnym sensie to ostatnie bywa nawet najważniejsze, bo najciekawsza historia, z najwspanialszymi bohaterami  opowiedziana w beznamiętny i nudny sposób staje się niestrawna. A Lewis jest doskonałym, inteligentnym i pełnym humoru  gawędziarzem.  Mam więc nadzieję, że nikt nie poprzestanie na samym filmie i gdy ktoś nie czytał jeszcze książki, to sięgnie i po nią.  Naprawdę warto.

Zatem zachęcam i do obejrzenia filmu, który w Polsce zadebiutuje w dniu Bożego Narodzenia i do przeczytania książki. A tym, którzy nie mają czasu na czytanie, bo spędzają go głownie w korkach na zaśnieżonych drogach, polecam Opowieści z Narnii w formie audio. Wiem, że są co najmniej dwie wersje. Ja mam tę czytaną przez Agnieszkę Greinert i Jerzego Zelnika. Prawdziwa uczta dla duszy, cudowne wykonanie i najdłuższy nawet korek nie straszny, gdy spędzamy go z Aslanem, Ryczypiskiem, Królem Kaspianem, Lucy i Edmundem.

Odsłon: 1343 Komentarzy: 35


Generałowi

Kategoria: Poezja Monday, 13 December 2010, 14:00

Odsłon: 552 Komentarzy: 2


Kościół, Jezus, czy pastor Bartosik filarem i podporą prawdy?

Kategoria: Kościół Sunday, 12 December 2010, 23:01

Pastor Paweł Bartosik zamieścił niedawno na swym blogu notkę, gdzie "udowadnia", że pewien biblijny werset nie mówi tego, co w rzeczywistości mówi. Zawsze mnie rozbawiały takie desperackie próby obrony swych systemów wierzeń, swojej religii przez naszych braci protestantów. Zwłaszcza tych, którzy twierdzą, że wyznają zasadę "sola Scriptora", równocześnie w praktyce cały czas kierując się tradycją swego zboru. Tradycją, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą Tradycją przez wielkie "T", będącą częścią depozytu wiary.

 

Komentując notkę pastora napisałem:

Pastor Bartosik pisze: "Bardzo powszechna (i całkowicie błędna!) interpretacja tego fragmentu różnych tradycji w chrześcijaństwie jest następująca: skoro Biblia mówi o kościele jako o "filarze i podporze prawdy" to oznacza, że WSZYSTKO co kościół głosi JEST prawdą i ZAWSZE (cokolwiek by głosił) powinniśmy to bezkrytycznie przyjmować – nie sprawdzając zgodności jego orzeczeń z Pismem Świętym."

 

-Ja mam zatem pytanie do pastora: Skoro jest to bardzo powszechna interpretacja, to proszę mi podać choć jeden przykład, gdy "jakaś tradycja w chrześcijaństwie" głosi, że "powinniśmy to bezkrytycznie przyjmować – nie sprawdzając zgodności jego orzeczeń z Pismem Świętym".

 

Skoro to takie "bardzo powszechne" nie wątpię, że pastor Bartosik znajdzie tysiące przykładów… no, przynajmniej dziesiątki. Albo, powiedzmy, chociaż jeden.

 

A jak nie znajdzie, to niech nie stawia fałszywej tezy, by potem dzielnie ją obalić. Chyba, że tylko tak potrafi zagłuszyć swoje sumienie, które mu coś najwyraźniej podszeptuje.

Pastor mi odpowiedział, choć oczywiście, moim zdaniem,  niewiele tam merytorycznej treści. Ponieważ jednak są tam poglądy dość powszechne wśród protestantów, warto na nie odpowiedzieć szerzej.

Jaka różnica między byciem Prawdą, a byciem filarem i podporą prawdy?

Pastor Bartosik dramatycznie pyta:

1. Jaka różnica między byciem Prawdą, a byciem filarem i podporą prawdy?

2. Problem w tym, że w Waszym rozumieniu nie ma żadnej różnicy (sic!). Tymczasem Jn 14:6 wyraźnie mówi KTO jest Prawdą.

Nie wiem, czy sic! czy nie sic!, ale wiem, że jeżeli Biblia w jednym miejscu nam daje jakąś metaforę, czy podaje jakąś prawdę, a w drugim inną, to zakładanie, że to jest ta sama metafora jest przekłamaniem i manipulacją. Można to łatwo wykazać na przykład przypominając węża. Wąż zwykle w Biblii jest symbolem złego, szatana, kudłatego. Ale jest też symbolem Jezusa:

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego. (J 3, 14)

Zatem nie można powiedzieć, że skoro wąż w Genesis symbolizuje szatana, to w Exodus nie może symbolizować Jezusa. Nie można twierdzić, że skoro Jezus o sobie mówi, że jest "drogą, prawdą i życiem", to nic innego nigdy nie jest i być nie może ani drogą, ani prawdą, ani życiem.

 

Zobaczmy co mówi ten werset, od którego pastor Bartosik wyszedł. Werset bardzo katolicki i często przypominany w apologetyce, ale zwykle pomijany przez protestantów. Ponieważ niedawno przetłumaczyłem  świadectwo Scotta Hahna, który był kiedyś prezbiteriańskim pastorem, czyli wyznawcą teologii głoszonej przez Kalwina, a Hahn wspomniał jak ten werset wpłyną na jego rozumienie czym Kościół jest, domyślam się, że to mogło sprowokować pastora do zajęcia się egzegezą tego tekstu. Jednak zrobił to tak karkołomnie, że się wręcz, moim zdaniem, ośmieszył.

 

Przypomnę, że święty Paweł pisze do Tymoteusza. Paweł jest apostołem i choć nigdy nie spotkał osobiście Jezusa, dzięki mistycznemu przeżyciu na drodze do Damaszku został wybrany na apostoła. Bardzo symboliczny wybór, bo choć apostołów było dwunastu, tak, jak było dwanaście pokoleń Izraela, to przecież gdy synowie Lewiego zostali kapłanami i oddali się służbie Świątyni, powstało na ich miejsce inne pokolenie. Mieliśmy więc dwanaście pokoleń plus Lewici. W pewnym sensie święty Paweł stał się takim "trzynastym pokoleniem" powołanym dla służby Kościołowi.

 

Tymoteusz to druga generacja biskupów. Następuje sukcesja. Apostołowie odchodzą, w większości jako męczennicy, oddając życie za wiarę, ale wcześniej przekazują pałeczkę następcom. Proces trwający do dziś. Zaczął się jednak wtedy, od Tymoteusza, Tytusa, Ignacego, Linusa, Klemensa itd, itd.  Święty Paweł daje instrukcje, uczy Tymoteusza wiary. Przekazuje mu bezcenny depozyt, jaki sam otrzymał od Jezusa. I w tym kontekście mówi mu:

Piszę ci to wszystko spodziewając się przybyć do ciebie możliwie szybko. Gdybym zaś się opóźniał, [piszę], byś wiedział, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy.

Sam święty Paweł wiedział, że Jezus to Kościół. wiedział to od samego początku, od spotkania z Jezusem. Szaweł, bo takie wtedy nosił imię, wcale jeszcze nie święty prześladowca Kościoła spotyka Jezusa, który go pyta:

Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Kto jesteś, Panie? – powiedział. A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. (Dz 9, 4b-5)

Dla Jezusa więc nie ma rozgraniczenia między Nim a Jego Kościołem. Prześladowanie Kościoła to jest prześladowanie Jezusa. Nie ma więc także sprzeczności między stwierdzeniem, że Jezus jest Prawdą i że Kościół nią jest.

Błędy Kościoła i papieża

Pastor Bartosik:

3.  Pismo Św. wiele razy mówi, że społeczność ustanowiona z Bożego mandatu i pośrodku której zamieszkuje Bóg – myliła się. Np. Izrael jako kościół Starego Przymierza, np. kościół na przestrzeni wieków czy też biblijny przykład Piotra (rzekomego i w dodatku żonatego papieża), którego teologia (uwidoczniona w postępowaniu) została skrytykowana przez Ap. Pawła w Liście do Galatów.

Zobaczmy co to za zarzut pastor nam wyciągną tym razem.  Najpierw wspomina on coś  tak ogólnikowego, że nie bardzo wiem, jak mógłbym się do tego merytorycznie odnieść, ale potem mamy bardzo konkretny zarzut. Piotr, o zgrozo, "rzekomy i żonaty papież" naucza czegoś, co Paweł krytykuje w Liście do Galatów. Zatem co to za nieomylność? Ktoś się tu myli, Piotr, albo Paweł, prawda?

 

Otóż nie prawda. Piotr naucza najpierw w czasie pierwszego soboru w Jerozolimie, w sposób nieomylny i ostateczny. Najpierw, przypomnę, trwa dyskusja, ale milknie, gdy papież, wcale nie "rzekomy", biskup Rzymu i Namiestnik Chrystusowy zabiera głos:

Zebrali się więc Apostołowie i starsi, aby rozpatrzyć tę sprawę. Po długiej wymianie zdań przemówił do nich Piotr: Wiecie, bracia, że Bóg już dawno wybrał mnie spośród was, aby z moich ust poganie usłyszeli słowa Ewangelii i uwierzyli. Bóg, który zna serca, zaświadczył na ich korzyść, dając im Ducha Świętego tak samo jak nam. Nie zrobił żadnej różnicy między nami a nimi, oczyszczając przez wiarę ich serca.[…]  Umilkli wszyscy… . (Dz 15, 6-9, 12a)

Tyle nauka Piotra. Nie bardzo widzę, gdzie ona jest z czymkolwiek sprzeczna? Sprzeczne z nią było jedynie postępowanie Piotra i właśnie to skrytykował Paweł. W tym samym Liście do Galatów, w tym samym kontekście sam święty Paweł potwierdza, że Piotr jest autorytetem, a on sam, choć miał polecenie od Jezusa nic nie zaczął, zanim nie skonsultował się z Piotrem i innymi apostołami:

uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na znak wspólnoty, byśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych, (Ga 2, 9)

Dalej natomiast święty Paweł  sprzeciwił się hipokryzji Piotra, który postępował niezgodnie ze swym własnym nauczaniem. I to także widać wyraźnie z biblijnego tekstu:

Gdy następnie Kefas przybył do Antiochii, otwarcie mu się sprzeciwiłem, bo na to zasłużył. Zanim jeszcze nadeszli niektórzy z otoczenia Jakuba, brał udział w posiłkach z tymi, którzy pochodzili z pogaństwa. Kiedy jednak oni się zjawili, począł się usuwać i trzymać się z dala, bojąc się tych, którzy pochodzili z obrzezania. To jego nieszczere postępowanie podjęli też inni pochodzenia żydowskiego, tak że wciągnięto w to udawanie nawet Barnabę. Gdy więc spostrzegłem, że nie idą słuszną drogą, zgodną z prawdą Ewangelii, powiedziałem Kefasowi wobec wszystkich: Jeżeli ty, choć jesteś Żydem, żyjesz według obyczajów przyjętych wśród pogan, a nie wśród Żydów, jak możesz zmuszać pogan do przyjmowania zwyczajów żydowskich? (Ga 2, 11-15)

Oczywiście zauważyłem, że pastor napisał "teologia (uwidoczniona w postępowaniu) została skrytykowana", ale to jest manipulacja ze strony pastora. Bo choć jest oczywiste, że powinniśmy głosić Ewangelię także naszą postawą życiową, naszym zachowaniem, to jednak Kościół nigdy nie nauczał, że jakikolwiek papież, zaczynając od Piotra, a kończąc na Benedykcie, jest bezgrzeszny. Jan Paweł Wielki spowiadał się co tydzień, ale żeby spowiedź była ważna, "potrzebne" są jakieś grzechy. Nie możemy więc mówić o omylności papieża spowodowanej "teologią uwidocznioną w postępowaniu", bo nie poprzez postępowanie swych członków Kościół naucza. Można by dodać "niestety". I dotyczy to każdego z nas. Musimy jednak pamiętać, że czym innym jest nieomylne nauczanie Kościoła, czym innym grzeszność wszystkich Jego członków.

 

Natomiast co do "w dodatku żonatego papieża", to przepraszam, ale skąd nasz pastor wie, że Piotr będąc apostołem był żonaty? Ma jakieś informacje niedostępne dla całej reszty ludzi? Bo ja wiem jedynie, że na początku nauczania Jezusa Piotr miał teściową. Z czego można wywnioskować, że musiał mieć kiedyś żonę. Nie jest jednak wykluczone, że był on wdowcem, tym bardziej, że nic o żonie Piotra w Biblii nie znajdziemy. Nie mówi nam też o niej nic tradycja, ani pisma Ojców Kościoła.

 

Poza tym, przypomnę, celibat jest dyscypliną, zwyczajem, praktyką Kościoła, nie dogmatem wiary. Dzisiaj w Kościele Katolickim mamy wielu żonatych księży. Także w obrządku zachodnim, w Kościele Rzymskim. W USA są to zwykle konwertyci z anglikanizmu i luteranizmu, którzy uzyskali zgodę na święcenia kapłańskie. Nie ma żadnej wewnętrznej przeszkody, by wyświęcić żonatego mężczyznę, jest tylko nauka Pawła, który mówi, że lepiej jest, gdy się całkowicie poświęcimy Bogu. Ale o tym będzie jeszcze słów kilka poniżej.

Biblia głosem Boga, orzeczenia Kościoła – omylnymi głosami ludzi.

Pastor Bartosik:

Biblia jest głosem Boga, zaś orzeczenia Kościoła – ludzkimi. Prawdziwymi i nieomylnymi o tyle o ile są zgodne z Pismem. Jeśli człowiek w czymś pobłądzi to nie podważa pozostałej części jego nauczania. Jeśli natomiast pomyliłby się Bóg – to przestałby być Bogiem. Nie taki jest Bóg Biblii.

Tak wiele można by na ten temat napisać, że nie wiem wręcz jak zacząć. Przede wszystkim Biblia, a w sposób szczególny Nowy Testament, jest autorytatywny tylko dlatego, że Kościół nam to powiedział. Zatem stwierdzenie pastora stawia wszystko na głowie. Skąd bowiem możemy wiedzieć, że Biblia jest autorytetem? Pierwsze wieki pozostawiły nam kilkaset pism, listów, ewangelii, apokalips, żywotów, dziejów i innych zapisków, a my uznajemy dwadzieścia siedem z nich i tylko dwadzieścia siedem za natchnione Słowo Boże, odrzucając inne. Niektóre z odrzuconych są dużo bardziej uduchowione, są ortodoksyjne w nauce, są dużo bardziej nasycone doktrynalnie niż niektóre z natchnionych Pism. Dlaczego więc te, a nie inne? Tylko dlatego, że Kościół, pod natchnieniem Ducha Świętego nam nieomylnie ogłosił które z nich są Słowem Bożym.

 

Albo więc Kościół naucza zawsze w sposób nieomylny, albo Biblia nie ma żadnego autorytetu. To nawet przypominał sobie współczesnym Luter. Jeżeli bowiem Kościół może się mylić, to skąd wiemy, że Didache nie jest natchnionym Słowem Bożym, a List św. Judy, Trzeci List św. Jana, czy Apokalipsa nim są?  Pierwsi chrześcijanie wcale nie byli tego pewni…

 

Bóg nie byłby Bogiem gdyby się mylił? Zgoda. Powiedziałbym nawet, że Bóg nie może się mylić. Gdyby Bóg nazwał mnie psem, natychmiast zacząłbym radośnie szczekać i merdać ogonem na chwałę Bożą.  I, domyślam się, pastor Bartosik zgodzi się, że Jezus jest tym Jedynym, nieomylnym Bogiem. Zatem gdy Jezus mówi:

Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)

 

Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz /jeszcze/ znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. (J 16, 12-13)

 

Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16, 18-19)

… to słowa te coś znaczą. Są prawdziwe. Niezależnie od tego, czy pasują do tradycji zboru pastora Bartosika, czy nie. I jeszcze raz o "wiązaniu Nieba", tym razem w kontekście całego Kościoła:

Gdy brat twój zgrzeszy <przeciw tobie>, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.   (Mt 18, 15-18)

Bardzo ciekawy tekst i ciekawy kontekst. Jezus najpierw mówi o tym jak postępować wobec brata, który grzeszy. Ostatecznym autorytetem i sędzią jest tu Kościół. I musi to być jeden, konkretny Kościół, a nie jakaś abstrakcyjna wspólnota dusz. Gdy bowiem mamy 40 tysięcy denominacji, to kpimy sobie ze słów Jezusa. Gdyby doszło do takiej sytuacji między mną, a pastorem, to do jakiego kościoła pójdziemy? Do jego zboru? A jakiż miałby mieć on autorytet nade mną? Jaką władzę? Musi to być Jedyny Kościół, Kościół Powszechny, Katolicki. Zatem pójdziemy do Kościoła Katolickiego? Nie z pastorem, bo on  jest wstanie rebelii przeciw prawdziwemu Kościołowi. Woli sam sobie być autorytetem. Jasne, znacznie wygodniej. Rozumiem to doskonale. Jak Adam i Ewa. Oni też sami sobie woleli decydować co jest dobrem, a co złem.

 

W tym kontekście, w kontekście napominania grzesznika i przekazania jego sprawy pod osąd Kościoła, Jezus przypomina, że Kościół uczy autorytatywnie. W Niebie nie ma żadnego kłamstwa, żadnych błędów, pomyłek, niedoskonałości. A tu, podobnie jak dwa rozdziały wcześniej w mowie do Kefasa, Bóg "wiąże sobie ręce".  Daje ludziom moc ustanawiania praw i interpretacji depozytu wiary, które będą honorowane w Niebie.  Poddaje się władzy ludzi. Jak to możliwe? Nie za wielkie ryzyko?

 

Nie dla Boga. Bóg mógł tak postąpić, bo równocześnie dał Kościołowi Ducha Świętego, by Go strzegł i prowadził. Zatem jeżeli Kościół nas czegoś naucza, naucza nas sam Bóg. Dlatego nie było ryzyka w obietnicy Jezusa.

 

Widzimy to zresztą doskonale w praktyce. Wspominałem wcześniej Didache. Dokument apostolski, z pierwszego wieku. Serdecznie polecam wszystkim. Nauka, którą i dziś się znajdzie w Katechizmie. Nic się nie zmieniło. Jeden Kościół, jedna wiara, jedna nauka. Podobnie w Listach św. Ignacego, w nauce świętego Augustyna i św. Tomasza, aż po naukę Pawła VI, Jana Pawła Wielkiego i Benedykta XVI.

 

A "Bible only Christians? A jak to wygląda u braci odłączonych? Pięćset lat po "reformacji"-deformacji mamy 40 tysięcy denominacji, czyli 40 tysięcy doktryn i wszyscy twierdzą, że to właśnie oni mają Ducha Świętego, tylko oni nieomylnie interpretują Biblię i tylko oni posiedli prawdę, równocześnie głosząc przeczące sobie nawzajem nauki. Ale tak przecież być nie może! Prawda jest tylko jedna.  Dziś by sam Luter został wyrzucony z luterańskiego kościoła, bo głosił on poglądy nie do zaakceptowania dla dzisiejszych luteran.

Nauki Kościoła zachęcające do grzechu.

Pastor Bartosik przytacza nam miażdżące argumenty przeciw Kościołowi, a konkretnie nauki Kościoła zachęcające do grzechu. Przypatrzmy się co nasz dzielny pastor znalazł:

5. Która z nauk kościoła zachęca do grzechu? Np. brak sprzeciwu wobec używania obrazów w celach liturgicznych i kultowych, modlitwa do stworzeń zamiast do Stwórcy (np. "Pod Twą obronę" – proszę tylko nikomu nie wmawiać, że to nie jest modlitwa).

Wow! Co za cios! Nie wiem, czy się wyzbieram. Co za wielka grzesznica ten Kościół. Nie sprzeciwia się używaniem obrazów  celach liturgicznych i kultowych i naucza, by się modlić do stworzeń zamiast do Stwórcy. Oczywiście pastorowi nie udało się uniknąć kolejnej manipulacji, bo przecież Kościół nigdy i nigdzie nie nauczał, by się "modlić do stworzeń zamiast do Stwórcy". Ale to już pomińmy. Jestem w stanie zrozumieć, że pastor Paweł musi się uciekać do kłamstewek i manipulacji, bo inaczej w ogóle nie miałby nawet o czym pisać. Ale skoro pastor jest "sola Scriptora" chrześcijaninem, zobaczmy, co Biblia mówi nam o wizerunkach używanych w kulcie i liturgii i o modlitwie do świętych, którzy już przebywają w obecności Boga:

I uczynisz przebłagalnię ze szczerego złota: długość jej wynosić będzie dwa i pół łokcia, szerokość zaś półtora łokcia; dwa też cheruby wykujesz ze złota. Uczynisz zaś je na obu końcach przebłagalni. Jednego cheruba uczynisz na jednym końcu, a drugiego cheruba na drugim końcu przebłagalni. Uczynisz cheruby na końcach górnych. Cheruby będą miały rozpostarte skrzydła ku górze i zakrywać będą swymi skrzydłami przebłagalnię, twarze zaś będą miały zwrócone jeden ku drugiemu. I ku przebłagalni będą zwrócone twarze cherubów. Umieścisz przebłagalnię na wierzchu arki, w arce zaś złożysz świadectwo, które dam tobie. (Wj 25, 17-21)

Jest to jeden z przykładów wizerunków używanych w kulcie Boga Jahwe. Używanych z nakazu samego Boga. Bo Bóg nigdy nie zabraniał sporządzania żadnych wizerunków. Przykazanie Boże zabrania sporządzania wizerunków w celu oddawania im czci boskiej. A to nie jest to samo. Rozróżnienie to jest doskonale widoczne na przykładzie miedzianego węża, który powstał z nakazu Boga i był źródłem i kanałem łask, ale później musiał być zniszczony, gdy Izraelici zaczęli go czcić jako bożka. Poza tym jest jeszcze jedna, bardzo istotna różnica. Jest nią Wcielenie. Bóg stał się człowiekiem, można Go było dotknąć, zobaczyć i to zmieniło wszystko.

 

A co z modlitwą do stworzeń? Wracamy do Biblii:

A kiedy wziął księgę, czworo Zwierząt i dwudziestu czterech Starców upadło przed Barankiem, każdy mając harfę i złote czasze pełne kadzideł, którymi są modlitwy świętych. (Ap 5, 8)

 

I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złote naczynie na żar, i dano mu wiele kadzideł, aby dał je w ofierze jako modlitwy wszystkich świętych, na złoty ołtarz, który jest przed tronem. (Ap 8, 3)

Zatem widzimy wyraźnie, że zarówno aniołowie (którzy są stworzeniami), jak i święci w Niebie zanoszą przed Tron Pański nasze modlitwy, świętych żyjących jeszcze na ziemi. A skoro je zanoszą to muszą je od nas otrzymywać, prawda?  Jak je zatem otrzymują? Święci i aniołowie nie potrafią czytać w naszych myślach, zwłaszcza tego, czego tam nie ma. Musimy mieć intencję i stworzyć w swych głowach te modlitwy, by je mogli zanieść Bogu. Zatem, pastorze, skoro to Biblia ma być naszym autorytetem, trzymajmy się Biblii, a  nie tradycji swojego zboru. Pora zacząć modlić się do świętych i aniołów, bo ich czasze są puste!

Nauki Kościoła nie są oparte na Piśmie Świętym?

Pastor Bartosik pisze:

6. Nie oszukujmy się: mamy RÓŻNY autorytet. Stąd różnice. Proszę tylko o uczciwość i nie próbowanie wmawiania, że nauki kościoła opierają się na Piśmie Św. Gdyby tak było kościół nie zabraniałby celibatu, nie odmawiałby wiernym wina podczas każdej komunii, nie formułował przykazań kościelnych…

Słusznie. Nie oszukujmy się. I zgodzę się w stu procentach z pastorem, że mamy różne autorytety. Co więcej, powiedziałbym nawet,  że autorytetem pastora jest co innego, niż on nam chce wmówić. Uważam, że dla niego on sam jest jedynym autorytetem i każdy przykład wersetu z Biblii który się nie zgadza z jego poglądami przeinacza on i interpretuje tak, że zakłamuje jego znaczenie.

 

Zajmijmy się jednak konkretami. Pastor prosi o uczciwość? Zabawne. Ja także bym go prosił o odrobinę uczciwości. Natomiast co do "prób wmawiania" mu czegokolwiek, zwłaszcza tego, że "nauki Kościoła opierają się na Piśmie Świętym" to jestem jak najdalszy od tego. Kościół Katolicki nie opiera się bowiem na Biblii. To Biblia, albo raczej Jej autorytet opiera się na Kościele.

 

Kościół funkcjonował kilkadziesiąt lat zanim powstała jakakolwiek część Nowego Testamentu.  Funkcjonował doskonale, rozwijając się dynamicznie i ucząc wspaniałej nauki Jezusa.  To Kościół dał nam Biblię, Nowy Testament, nie odwrotnie.  I choć prawdą jest, że żadna nauka Kościoła nie jest sprzeczna z nauką Biblii, to przecież nauki te Kościół głosi nie dlatego, że je "wyczytał w Biblii", ale dlatego, że je otrzymał od naszego Pana i apostołów. Kolejność jest więc dokładnie odwrotna niż ta, którą pastor sugeruje. Kościół z otrzymanym depozytem wiary był pierwszy, a potem, po spisaniu części tego depozytu dał nam Nowy Testament i swym autorytetem zaświadczył, że jest to Słowo Boże. Twierdzenie teraz, że nauka Kościoła zaprzecza nauce Biblii jest zatem interesującą i karkołomną próbą postawienia wszystkiego na głowie.

 

A co do konkretów, jakie przytacza nasz dzielny pastor, to po pierwsze Kościół "nie zabraniałby celibatu"… Zaraz, zaraz… Kościół zabrania celibatu? Myślałem, że go nakazuje… Ale i to nie jest prawdą. Kościół zaleca celibat, ale jest to dobrowolna ofiara kapłanów Kościoła obrządku łacińskiego.  Oczywiście także nakazana, ale to sam kapłan musi zrozumieć przyczyny, zgodzić się z nimi i je przyjąć. Z własnej woli, z własnego wyboru. Nikt mu niczego nie nakazuje i do niczego nie zmusza. Nikt bowiem nie musi być księdzem i jeżeli ktoś uzna, że Bóg powołał go do czego innego, gdy ktoś uzna, że celibat jest zbyt wielkim krzyżem, może się ożenić i służyć Bogu w inny sposób. Nawet z kabiny ciężarówki. A wtedy pozna jakim dopiero krzyżem może stać się żona… ;-)

 

Natomiast nikt nie może zaprzeczyć, że Biblia wyraźnie uczy, że lepiej jest zachować celibat, gdy służymy Bogu. Przede wszystkim dlatego, że w taki sposób naśladujemy samego Jezusa. Po drugie naucza tego wyraźnie święty Paweł::

Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak i ja, lecz każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, a drugi taki. […] Chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień. Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie. I doznaje rozterki. Podobnie i kobieta: niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem i duchem. Ta zaś, która wyszła za mąż, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać mężowi. (1 Kor 7, 7, 32-34)

Jeśli chodzi o "odmawianie wiernym wina" to po pierwsze my nie oferujemy nikomu wina w naszych kościołach. To jest Ciało i Krew, Dusza i Bóstwo naszego Pana. Tam już nie ma "wina". Po drugie w bardzo wielu kościołach Jezus jest przyjmowany pod dwiema Postaciami. Jest to norma w USA, ale i w Polsce są kościoły, gdzie to się praktykuje. Na przykład w Krakowie na ul. Kopernika jest kościółek przy klasztorze sióstr Karmelitanek, gdzie zawsze Komunia jest oferowana pod dwiema Postaciami.

 

Najważniejsze jest jednak coś zupełnie innego. Mianowicie to, że Kościół i sama Biblia nas wyraźnie uczą, że cały Jezus jest obecny pod każdą Postacią Eucharystyczną. My przyjmujemy żywego, zmartwychwstałego Jezusa do naszych serc, nie Jego martwe Ciało, czy Krew wypływającą ze zwłok. Święty Paweł pisze o tym i staranne przeczytanie jego słów nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości:

Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. (1 Kor 11, 27)

Żadne słowo, nawet najmniejsze, nawet "jota" nie jest przypadkowo w Biblii. Nie jest więc przypadkiem i to, że Paweł napisał, że ktoś, kto spożywa albo Chleb, albo pije Kielich, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Dlaczego? To oczywiste! Bo przyjmując  Ciało albo Krew przyjmujemy i Ciało i Krew.

 

I co z tymi przykazaniami kościelnymi? Co tu nasz pastor wymyślił?  Czy nie wie on, że Kościół ma prawo "wiązać" na ziemi? Że kto słucha Kościoła, słucha Jezusa i Tego, który Go posłał? Cytaty już były wyżej, więc nie będę się powtarzał. A zbór pastora i inne zbory protestanckie… Czyż nie uczą, że należy "przyjąć Jezusa do swego serca jako swego Pana i Zbawiciela" i będzie się zbawionym? Gdzie to nas uczy tego Biblia? A może to jest "przykazanie kościelne" protestantów? Zatem przykazania protestantów są w porządku, a przykazania Kościoła nie?

 

Nie skończę dziś odpowiedzi na wszystkie uwagi pastora, bo już dzień się chyli ku zachodowi. Za parę dni będę w domu, dokończę. Albo wyręczy mnie Niebieski. Dodam tylko jedną rzecz. Każdy chrześcijanin wierzy, że jest Jeden Bóg, ale w Trzech Osobach Boskich. I dogmat ten nie jest wprost, w sposób wyraźny i jednoznaczny zapisany w Biblii. Ani w Starym, ani w Nowym Testamencie. Dlatego też takie sekty, jak Świadkowie Jehowy, czy Mormoni nie wierzą w ten dogmat. Dlaczego zatem pastor Bartosik w niego wierzy? Skoro cała prawda zawarta jest w Biblii i z samej Biblii można wyczytać każdą doktrynę chrześcijańską, to który werset nam mówi, że Bóg jest Trójcą? I dlaczego Świadkowie Jehowy go nie dostrzegają?

 

Jezus nie powiedział nam, odchodząc, "Idźcie i piszcie Nowy Testament, kopiujcie, rozdawajcie i róbcie to, co każdy sobie tam wyczyta". Powiedział za to:

Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.  (Mt 28, 19-20)

Zatem skoro mamy być "biblijnym chrześcijanami", to bądźmy nimi konsekwentnie. Nauczając tego, co nam nasz Pan przekazał, a nie wymyślając własne tradycje tylko dlatego, że jesteśmy członkami zboru, który powstał kilkanaście wieków po odejściu Jezusa. Jednak gdy jedyne, co mają niektórzy chrześcijanie, to Biblia, którą im dał Kościół Katolicki  i ich własna tradycja, to nic dziwnego, że są często zagubieni i miotają się starając się samemu odkryć to, co jest nam, katolikom, wiadome i znane od dwóch tysięcy lat. Sama Biblia bowiem nie wystarcza, a ludzka tradycja często prowadzi do błędów i fałszywych doktryn.

Odsłon: 934 Komentarzy: 27


U drzwi Twoich stoję Panie...

Kategoria: Rozrywka Sunday, 12 September 2010, 05:51

W USA uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny  nadal jest obowiązującym świętem, więc jadąc z Charlotte do Seattle zrobiłem krótką przerwę na odwiedzenie kościoła Św. Franciszka w Laurel, Montana.

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

Słuchając dzisiejszych czytań z Genesis i patrząc na wnętrze olbrzymiej świątyni (jak na takie malutkie miasteczko), w której wiele miejsc było pustych przypomniała mi się pewna historia.

Oczywiście nie wiem, czy w Laurel  jest w niedzielę więcej wiernych w kościele, nie robię tu żadnych osądów, ale z drugiej strony wiemy, że jest spora grupa ludzi, tak w USA jak i w Polsce, które uważając się za katolików, często do kościoła nie mogą trafić.

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

Tak też było w pewnej parafii, ale proboszcz postanowił coś z tym zrobić. W duchu pierwszych chrześcijan-misjonarzy, wybrał się do domu jednej z tych swoich zagubionych owieczek, której nie widział w kościele od dłuższego czasu. Nie zastał jednak nikogo w domu, więc wsuną jedynie w szparę w drzwiach karteczkę, na której można było przeczytać:  "Ap 3:20".

 

Owieczka odnalazła karteczkę w drzwiach, domyśliła się, co te tajemnicze literki oznaczają,  zdmuchnęła kurz ze swej Biblii, otworzyła i przeczytała w trzecim rozdziale Apokalipsy:

Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.

Ha ha ha, bardzo zabawne, pomyślał zaginiony parafianin, a skoro już miał w ręce Biblię, zaczął szukać odpowiedzi…

 

Następnej niedzieli proboszcz licząc pieniądze zebrane na tacy zobaczył między bilonem i paroma banknotami karteczkę. Zaciekawiony rozwiną ją i przeczytał: "Rdz 3,10".  Proboszcz nie musiał nawet szukać swojej Biblii, ten werset znał doskonale. Czyta się go wielokrotnie w ciągu roku, także w uroczystość Niepokalanego Poczęcia:

Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się.

;-)

Odsłon: 977 Komentarzy: 25


Scott Hahn. Świadectwo

Kategoria: Kościół Saturday, 12 June 2010, 05:06

Ukończyłem tłumaczenie świadectwa Scotta Hahna. Zajęło mi to każdą wolną chwilę mojego weekendu. Myślę jednak, że każdy powinien je usłyszeć. A dlaczego, każdy sam będzie wiedział po wysłuchaniu tego wspaniałego świadectwa wiary.

 

Nie roszczę sobie żadnych praw do mojej pracy. Każdy może to ściągnąć, publikować gdzie chce, rozpowszechniać jak się da, edytować, by było lepsze. Chętnie też poprawię błędy, które z pewnością się znajdują w tym tłumaczeniu. Hahn nie czytał go, mówił "z głowy", więc są niedokończone myśli, są błędy składni, a do tego ja sam w paru momentach poszedłem na skróty, pomijając słowo, którego nie mogłem zrozumieć, czy nazwisko, które było nieczytelne. Jednak te drobiazgi nie mają większego znaczenia, świadectwo ma swoją wartość.

 

Trudno przecenić jego znaczenie w amerykańskich realiach. Marcus Grodi, kolega Hahna z Seminarium, który sam się nawrócił na katolicyzm po wysłuchaniu tego świadectwa, prowadzi od kilkunastu lat audycję w EWTN, która była także nadawana w TV Trwam. Co tydzień zaprasza jakiegoś konwertytę, by się podzielił swymi doświadczeniami z drogi do Kościoła Katolickiego. I tam,  jak zepsuta płyta, w wielu tych świadectwach powtarza się zdanie: "I wtedy ktoś mi dał taśmę ze świadectwem Scotta Hahna… "

 

To świadectwo ma już ponad 20 lat.  Kimberly, żona Hahna i wszystkie ich dzieci są także katolikami. Kimberly została członkiem Kościoła w 1990, w roku, w którym Scott planował zostać katolikiem. Oboje teraz głoszą konferencje i wykłady, a Scott jest profesorem teologii we Franciszkańskim Uniwersytecie w  Steubenville, Ohio, i wykłada także w katolickich seminariach duchownych, w Rzymie i pisze książki. Coraz częściej także tłumaczone na polski.

 

Mówiąc o tłumaczeniach, mogłem po prostu przetłumaczyć tekst jego świadectwa, nie musiałem go zamieszczać na youtube, ale zrobiłem to, bo warto posłuchać jak on mówi. On jest pełen ognia, żywej wiary. Entuzjazmu, miłości dla Jezusa, Kościoła, swojej rodziny  i w ogóle wszystkich ludzi.

 

Ja go poznałem pierwszy raz tak, że po prostu zadzwoniłem do niego. Odłożył wszystko na bok, cokolwiek robił, i rozmawialiśmy dobrą godzinę. Mało tego, zaproponował mi wspólną modlitwę w intencji spraw i osób, o których mu opowiadałem. Pomyślcie o tym. Ilu z nas by to zrobiło? Większość by się prędzej ze wstydu zapadła pod ziemię, niż by zaproponowała obcemu facetowi wspólną modlitwę. Ale on taki jest. Dla niego całe życie jest modlitwą i to widać na każdym kroku.

 

W 2009 byłem osiem dni na pielgrzymce w Ziemi Świętej, z Hahnem, Kimberly i ich trzema synami.  Można było obserwować, jakim jest ojcem i mężem. Mieliśmy codzienną Mszę, wspólne posiłki. Synowie służyli do Mszy, Kimberly śpiewała psalmy, on przed Mszą wyjaśniał nam znaczenie czytań. Prawdziwa uczta dla duszy. Wspaniała rodzina, wielki dar dla Kościoła w USA.

 

Ale może wystarczy, pisałem o Hahnie już wielokrotnie, na blogach i forum. Polecam wszystkim jego książki , ale przede wszystkim zachęcam do wysłuchania tego świadectwa.

 

Gdyby się nie wyświetlały polskie napisy, trzeba pójść na stronę youtube, na przykład klikając dwukrotnie na "telewizorek", i tam, klikając na okienko w dolnym, prawym rogu odtwarzacza, włączyć "CC", albo  kliknąć na listę dialogową pod odtwarzaczem.

Odsłon: 1250 Komentarzy: 19


« wstecz 1 ... 4 5 6 7 8 9 10 11 12 ... 36 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.