
Friday,21 January 2011,20:20
Kategoria: Kościół Friday, 21 January 2011, 20:20
Pod moim ostatnim wpisem "Zydzi. Izraelici i poganie" wywiązała się dość ciekawa wymiana zdań między mną i Derajashem. Dyskusja nasza nie bardzo doprowadziła do jakichkolwiek konkluzji, bo mam wrażenie, że my ciągle się różnimy w samej istocie zrozumienia terminu "Izrael" w odniesieniu do Nowego Przymierza i tego, jak jest on używany przez św. Pawła.
Ale jeżeli ktoś nie może rozumieć nauczyciela, czy wykładowcy, to niemal zawsze jest to wina tegoż wykładowcy. Jeżeli to, co chciałem przekazać jest nieczytelne, to znaczy, że wyraziłem się albo niezbyt jasno, albo to, co powiedziałem nie ma wielkiego sensu. Ponieważ jednak zwykle uważam, że mówię z sensem, to pozostaje mi jedynie uznać, że mówię niejasno i postarać się poprawić.
Dzisiaj rano byłem na Mszy i akurat były czytania "na temat". Pierwsze z Listu do Hebrajczyków:
Teraz arcykapłan nasz otrzymał w udziale o tyle wznioślejszą służbę, o ile stał się pośrednikiem lepszego przymierza, które oparte zostało na lepszych obietnicach. Gdyby bowiem owo pierwsze było bez nagany, to nie szukano by miejsca na drugie /przymierze/. Albowiem ganiąc ich, zapowiada: Oto nadchodzą dni, mówi Pan, a zawrę z domem Izraela i z domem Judy przymierze nowe. Nie takie jednak przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami, w dniu, gdym ich wziął za rękę, by wyprowadzić ich z ziemi egipskiej. Ponieważ oni nie wytrwali w moim przymierzu, przeto i Ja przestałem dbać o nich, mówi Pan. Takie jest przymierze, które zawrę z domem Izraela w owych dniach, mówi Pan. Dam prawo moje w ich myśli, a na sercach ich wypiszę je, i będę im Bogiem, a oni będą Mi ludem. I nikt nie będzie uczył swojego rodaka ani nikt swego brata, mówiąc: Poznaj Pana! Bo wszyscy Mnie poznają, od małego aż do wielkiego. Ponieważ ulituję się nad ich nieprawością i nie wspomnę więcej na ich grzechy. Ponieważ zaś mówi o nowym, pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, bliskie jest zniszczenia. (Hbr 8,6-13)
Bardzo ciekawe, bo autor znowu tu rozróżnia "dom Izraela" i "dom Judy". To oczywiście, od wersetu 8 do 12, jest jeden długi cytat z Księgi Jeremiasza:
Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kiedy zawrę z domem Izraela i z domem judzkim nowe przymierze. Nie jak przymierze, które zawarłem z ich przodkami, kiedy ująłem ich za rękę, by wyprowadzić z ziemi egipskiej. To moje przymierze złamali, mimo że byłem ich Władcą – wyrocznia Pana. Lecz takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach – wyrocznia Pana: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem. I nie będą się musieli wzajemnie pouczać jeden mówiąc do drugiego: Poznajcie Pana! Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie – wyrocznia Pana, ponieważ odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał. (Jr 31, 31-34)
Teksty w Tysiąclatce się nieznacznie różnią, bo są tłumaczeniami z języków oryginalnych. W Liście do Hebrajczyków jest dosłowny cytat z Septuaginty, słowo w słowo. Tylko że o ile w czasach proroka Izajasza proroctwo miało sens, to w czasach Jezusa już było. pozornie, zupełnie niezrozumiałe.
Czasy aktywnej działalności proroka Izajasza to lata 739-701 przed Chrystusem. Rozbicie Izraela na dwa królestwa trwa już dwa wieki, a w czasach jemu współczesnych Samaria, czyli 10 pokoleń Izraela które się odłączyły od Judy, traci niepodległość, a ludność jej zostaje przymusowo wysiedlona.
Prorok w tych trudnych, tragicznych czasach dla Narodu Wybranego zapowiada coś optymistycznego, dającego nadzieję. Mówi o Nowym Przymierzu. Izraelici wiedzieli doskonale o przymierzach, jakie w historii świata Bóg zawierał kolejno z Adamem, Noem, Abrahamem, Mojżeszem i Dawidem. Zaledwie dwa pokolenia po Dawidzie ich potężne królestwo dzieli się, a dwa wieki później jego większa część przestaje istnieć, jak się okazało, na zawsze. Co zatem z proroctwem? Niespełnione?
Nowe Przymierze to termin tak przez nas przyswojony, że rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że w Ewangeliach jest on użyty tylko raz, w kontekście ofiary z Krwi Pana Jezusa, w czasie Ostatniej Wieczerzy:
"Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana." (Łk 22, 19-20)
Jak więc rozumieć tę zapowiedź proroka Izajasza? Nowe Przymierze się wypełniło, w osobie Mesjasza Jezusa, a znakiem zawarcie tego Przymierza była Jego Krew rozlana na Krzyżu. Ale przecież nie ma już Izraela! Te ludy się zupełnie rozproszyły i przestały istnieć. W pierwszym wieku nie da się ich zidentyfikować, po prostu ich niema. Pozostały jakieś niedobitki, których żaden Żyd nie uznałby za braci.
Dowodem na prawdziwość tej tezy jest choćby to jak traktowano Samarytan w tamtych czasach. To byli potomkowie Izraela, ale potomkowie, którzy po siedmiuset latach małżeństw mieszanych z pogańskimi ludami w żaden sposób nie mogli być przez Żydów uznani za współbraci według krwi. Za potomków ojca Jakuba. Dla Żydów byłby to taki absurd, jak dla nas absurdem byłoby uważać dzisiejszych mieszkańców Saksonii i Brandenburgii za Słowian łużyckich. Choć pewnie znalazłoby sie w nich trochę słowianskiej krwi.
Wyjaśnienie, jak to zwykle w czasie czytań w Kościele znajdziemy w czytaniu z Ewangelii. Jak nam przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego w paragrafie 129: "Według starożytnego powiedzenia, „Nowy Testament jest ukryty w Starym, natomiast Stary znajduje wyjaśnienie w Nowym" – Novum in Vetere latet et in Novo Vetus patet." Zatem zobaczmy jak nam to dziś Kościół, przez dobór czytania z Nowego Testamentu wyjaśnia:
Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał. (Mk 3, 13-19)
Nie ma już Izraela, zaginionych pokoleń, nie ma już Słowian Łużyckich. Jasne, można się doszukać ich odległych potomków wśród 20-tysięcznej mniejszości Serbołużyczan, zwanych w Niemczech Wenden (nie mylić a Wandejczykami ;-)) jacy dziś zamieszkują jeszcze tamte tereny. Ale z nich tacy Słowianie, jak z dzisiejszych Samarytan Izraelici. Nie o nich mówił prorok Izajasz i nie o nich mówił autor Listu do Hebrajczyków, mimo, że ta resztka, coś koło tysiąca dusz, ciągle sklada ofiary na Górze Gerizim i oczekuje przyjścia Mesjasza.
Wracając do naszej dyskusji z Derajashem, pisze on:
Nie mówi o państwie, ale mówi o kolektywnym nawróceniu … jednak. Więc już jest krok do przodu w naszych rozmyślaniach. I nie będzie to kwestia indywidualnych Żydów, którzy stali się katolikami, ale Narodu Wybranego. "Czas pogan" musi zakończyć się nawróceniem Narodu. "przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica, jaką pokrótce przedtem opisałem" (Ef 3, 3)
Dla mnie to jednak był "krok do tyłu" w naszej dyskusji, nie do przodu, bo pokazuje właśnie jak zupełnie innymi torami idą nasze myśli. Derajash ciągle, o ile go rozumiem, stara się pogodzić jakoś proroctwa z istnieniem dzisiejszego państwa Izrael i z dzisiejszymi Żydami. I ja tu wcale nie jestem w opozycji do Jego toku myśli. Słysząc dzisiaj w Kościele słowa proroka Izajasza zobaczyliśmy, że prorokuje on i Judzie i Izraelowi. Ale to ta część dotycząca Judy może się wypełnić w dzisiejszym Izraelu. Bo dzisiejszy Izrael to potomkowie Judy. Co zatem z "domem Izraela"?
Na to nam daje odpowiedź czytanie z Ewangelii. Nowe Przymierze jest zawarte z Nowym Izraelem. To my. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego, tylko my czasem nie widzimy rzeczy tak, jak je widzi On. I nawet, gdy naród jakiś przestanie istnieć, On może powołać go z innych narodów jak dziczkę winorośli wszczepiając ją w wybraną przez siebie winorośl.
I na koniec jeszcze tylko jedna uwaga o nawróceniu Żydów. Tych "z pokolenia Judy". My dzisiaj często mamy wrażenie, że wszyscy Żydzi odrzucili Jezusa, a Kościół od początku był "pogański". To znaczy składał się w olbrzymiej większości z ludzi należących do innych niż Żydzi narodów. Tymczasem tak naprawdę to nie wiemy tego wcale. Wiemy jedynie, że przez pierwsze kilkanaście lat wszyscy niemal chrześcijanie byli Żydami, a potem stopniowo przybywało wyznawców z innych ludów. Jest też bardzo prawdopodobne, że w pierwszym wieku spora grupa Żydów uznała w Jezusie Mesjasza.
Nie wiem czy to była większość, czy znacząca mniejszość, czy marginalna ilość. Wiem jednak, że w czasie oblężenia i zdobycia Jerozolimy przez wojska Tytusa zginęło ponad milion Żydów, a chrześcijanie, uprzedzeni proroctwami i ukryci w górach przetrwali ten czas bez ofiar. I jest niemal pewne, że po roku 70 musieli oni tworzyć bardzo dużą grupę wśród Żydów. Jednak Żydzi – chrześcijanie dość szybko tracili swą etniczną tożsamość. Zawierali małżeństwa z innymi chrześcijanami i wkrótce jedyni Żydzi jacy zostali "rozpoznawalni", to ci, którzy odrzucili Jezusa i pozostali przy Starym Przymierzu.
I co do tej grupy, Żydów ktorych znamy dzisiaj, to zgadzam się z Derejashem. Nie wiem jakie plany w stosunku do nich ma Bóg, ale wiem, że z pewnością o nich nie zapomniał. To jest lud szczególny, wybrany i nie utracił tego przywileju. Bóg pozostaje wierny swym obietnicom. Wierzę, że wszyscy Żydzi dostąpią kiedyś łaski ujrzenia w Jezusie oczekiwanego Mesjasza. Ale to są Żydzi, nie Izraelici i nie ma potrzeby politycznego wspierania państwa które nadało sobie nazwę Izrael na podstawie rzekomej nauki Biblii, tylko po to, by tam odbudować Świątynię. Biblia bowiem uczy nas, że to Kościół jest Nowym Izraelem i nową Świątynią.
Kościół to Ciało Pana Jezusa, Świątynia, którą trzeciego dnia odbudował Jezus, jak sam zapowiedział:
W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. (J 2, 18-22)
A my jesteśmy Nowym Izraelem, który nieustajaco ofiaruje jedyną prawdziwą Ofiarę, którą jest Jezus i ktorą On sam złożył z siebie na Krzyżu. Kapłan i Baranek. Rozumiejąc to możemy zupełnie inaczej spojrzeć na obietnice dotyczące Izraela i według mnie takie spojrzenie ma dużo więcej sensu, niż doszukiwanie się w państwie Izrael wypełnienia tych proroctw.
Odsłon: 887 Komentarzy: 18
Tuesday,18 January 2011,03:40
Kategoria: Kościół Tuesday, 18 January 2011, 03:40
W czasie niedzielnych Mszy w Kościele mamy teraz czytania z Księgi proroka Izajasza. W poprzednią niedzielę słyszeliśmy ten fragment:
Pan rzekł do mnie: Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49,3.5-6)
Żeby dobrze zrozumieć proroków i niektóre Listy Św. Pawła musimy pamiętać, że Żyd i Izraelita nie zawsze w Biblii są synonimami. Często są terminy bardzo wyraźnie rozróżniane.
Zjednoczone Królestwo Dawidowe, po śmierci Salomona, w 931 roku przed Chrystusem, rozpadło się na Judę i Izrael. Jerozolima ze Świątynią i pokolenia Judy i Beniamina, które było zbyt małe i słabe by się przyłączyć do buntowników, pozostały na południu, a dziesięć zbuntowanych pokoleń utworzyło inne królestwo, ze stolicą w Samarii.
Często słyszymy o "judaizmie rabinistycznym" jako o religii dzisiejszych Żydów, która powstała po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej. Zapominamy jednak, że w historii Narodu Wybranego było znacznie więcej okresów czasu, gdy Świątyni nie było, niż okresów, gdy była. Zanim Świątynia powstała, zbudowana przez Salomona jedyne co Izraelici mieli, to Arka Przymierza, ale i tą, bywało, tracili. A gdy Świątyni nie było, gdy Naród Wybrany, podbity, upokorzony i wygnany tułał się po asyryjskich i babilońskich ziemiach, to było niemożliwe wypełnianie wszystkich nakazów i prawa wynikających z Tory.
Po rozpadzie Królestwa Dawidowego Izrael nie mając dostępu do Jerozolimy wybudował świątynie w Betel na południu i w Dan na północy. Jednak kult, jaki się tam rozwinął, stał się wkrótce pogański. Co gorsze, w roku 722 Asyria podbiła Izrael, przesiedlając część ludności i sprowadzając w ich miejsce inne narody. Po paru wiekach tereny te zamieszkał nowy naród, Samarytanie, którzy choć byli potomkami Jakuba, zatracili świadomość przynależności do konkretnych pokoleń Izraela. Musimy bowiem pamiętać, że choć pamięć po przodkach, genologie były niezmiernie ważne dla Izraelitan, to ich historia była tak burzliwa, że w końcu, poza pokoleniem Judy, zatracono tę wiedzę.
Obietnica Boga mówiąca Izajaszowi, że "to zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi" była w czasach Jezusa zupełnie nierealna i niezrozumiała. Wtedy nie było już praktycznie żadnych "ocalałych z Izraela". A jednak proroctwo to się wypełniło. Nie w taki sposób jak to musieli rozumieć Żydzi, czyli nie poprzez rekonstrukcję zaginionych pokoleń, ale przez Kościół.
Jezus powołując dwunastu apostołów tworzy nowy Naród Wybrany. To my jesteśmy Izraelem. To w nas, albo raczej, konkretnie, w czasach Jezusa w Samarytanach i Asyryjczykach i innych narodach odnaleziono zaginione pokolenia. Jednak tylko symbolicznie, ogólnie, a nie konkretnie odtwarzając dawno zaginione rodowody i genealogie.
Błąd jaki dziś popełniają amerykańscy ewangelicy bezkrytycznie i bezwarunkowo popierając pro izraelską politykę USA polega na niezrozumieniu tego faktu. I niech się nikt nie łudzi: To nie amerykańscy Żydzi są tu motorem takiej polityki. Ci są tak nieliczni, tak skłóceni i tak zlaicyzowani, że z politycznego punktu widzenia nie odgrywają żadnej roli. I tak wiadomo na kogo zagłosują, więc nikt o ich względy nie zabiega. To nie oni decydują o wygranej w wyborach. Lecz w USA jest 80 milionów obywateli uznających się za "Evangelical Christians", ewangelików, wierzących, że bez odbudowy Świątyni w Jerozolimie Jezus nie może powrócić na ziemię. I oni są siłą z którą musi się tu liczyć każdy polityk.
Scott Hahn odkrył w swych studiach, że kiedyś, przed wiekami była to wręcz podstawowa wiedza. To rozgraniczenie. Dziś nawet wśród badaczy Pisma Świętego w Izraelu ta wiedza zaniknęła. Szczególnie gdy chodzi o Listy Pawłowe, bo jeśli chodzi o proroków jest to dość podstawowa sprawa. Z pewnością jest to częściowo wina tego, że odrodzone państwo Judejczyków przyjęło nazwę Izrael. Jednak zwracanie uwagi na to rozgraniczenie jest bardzo pomocne w rozumieniu wielu tekstów w Biblii, nie wspominając już o politycznych reperkusjach błędnej interpretacji Pisma Świętego.
Wspomniałem wcześniej, że Izrael został podbity przez Asyrię w 722 roku. Judea także utraciła niepodległość w roku 586, podbita przez Babilon i króla Nabuchodonozora. Cały Naród Wybrany znalazł się na uchodźstwie. To był okres działania Proroków, ale musimy pamiętać do kogo oni mówią: Czy do Żydów, w znacznie większym stopniu wiernych wierze swych ojców, czy do Izraela, który zupełnie odszedł od wiary. To pokolenie Judy przetrwało, by nam dać Mesjasza, Syna Dawida. Tam przetrwała jedna dynastia królewska, synowie Dawida i tam ciągle można było wykazać, że Mesjasz zrodzony z Maryi poślubionej Józefowi jest dziedzicem trony Dawida. Natomiast dziesięć pokoleń Izraela, rozproszone, zniknęło z powierzchni ziemi.
Czytając Listy Św. Pawła musimy zwracać uwagę na to samo. Gdy pisze on o Żydach, o Judzie, ma na myśli swych współplemieńców, rodaków. Sam Paweł nie był Żydem, ale Beniamitą, ale chodzi o samą ideę. Jak wiemy już, pokolenie Beniamina przetrwało przy Judzie. Sama Jerozolima leży właśnie na terenach należących do Beniamitów. Natomiast gdy św. Paweł pisze o Izraelu, czasem ma na myśli nas, czyli resztę świata. Rozproszone narody, które są wszędzie. To my dziś jesteśmy Izraelem i to w nas wypełniają się proroctwa Izajasza.
Oczywiście w przypadku Proroków sprawa jest dużo prostsza. Tam zwykle wiadomo do kogo prorok się zwraca. Święty Paweł jest znacznie trudniejszy do zinterpretowania i u niego zawsze trzeba patrzyć na kontekst. Bo przecież choć nie każdy Izraelita jest Żydem, to każdy Żyd jest potomkiem Jakuba-Izraela. Sam Paweł tak o sobie mówi: "I ja przecież jestem Izraelitą, potomkiem Abrahama, z pokolenia Beniamina". Jednak gdy mówi o zbawieniu całego Izraela, ma na myśli także tych, których współcześni mu z pewnością nie nazwali by Żydami.
Zatem Żyd to potomek Judy. Izraelita – potomek Jakuba, a w czasach Jezusa, w teologii Św. Pawła rozproszone narody takie, jak Samarytanie i mieszkańcy odległych krain. W pewnym sensie też cała reszta świata. Ta reszta jednak określana jest często także jako poganie. Zatem możemy przyjąć, że poganami są ci z nas, w których żyłach nie płynie ani kropla krwi Jakuba. Ale tego żaden test nie wykaże, to wie tylko sam Bóg. ;-)
Na koniec dwa cytaty. Jeden z Dziejów Apostolskich pokazujący jak szeroko była rozpowszechniona wiara Żydów w czasach Jezusa. Może nie tyle liczebnie, co terytorialnie. Ten fragment mówi o Żydach, ale tu trudno wywnioskować, czy są to rzeczywiście potomkowie Judy. Raczej są to po prostu wyznawcy judaizmu.
Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? – mówili pełni zdumienia i podziwu. Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże. (Dz 2, 5-11)
Drugi fragment pochodzi z 11. rozdziału Listu do Rzymian. Rozdziały 9-11 tego Listu mówią właśnie o zbawieniu rozproszonych pokoleń i o naszym zbawieniu. Tak Paweł wyraźnie pisze, że dopiero gdy "pełnia pogan" wejdzie do Kościoła, cały Izrael będzie zbawiony. Niezrozumienie tego nauczania Pawła prowadzi do tragicznych politycznych błędów, ale dopóki ewangelicy nie zrozumieją, że Świątynia została już odbudowana i jest Nią Kościół – Ciało Jezusa, nie pojmą i tego, że polityczne zwycięstwo państwa Izrael i fizyczna odbudowa Świątyni nie ma z teologicznego punktu widzenia żadnego znaczenia. Co najwyżej jako siedziba antychrysta, o czym wspominał jeden z Ojców Kościoła, ale to to jest już zupełnie inne zagadnienie.
Nie chcę jednak, bracia, pozostawiać was w nieświadomości co do tej tajemnicy – byście o sobie nie mieli zbyt wysokiego mniemania – że zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan. I tak cały Izrael będzie zbawiony, jak to jest napisane: Przyjdzie z Syjonu wybawiciel, odwróci nieprawości od Jakuba. I to będzie moje z nimi przymierze, gdy zgładzę ich grzechy. (Rz 11, 25-27)
Odsłon: 1286 Komentarzy: 62
Sunday,16 January 2011,13:20
Kategoria: Pro life Sunday, 16 January 2011, 13:20
Protokół zebrania Sztabu Kryzysowego Najwyższej Rady Fatherlandii w sprawie kryzysu budżetowego roku 2011:
Drodzy przyjaciele, jestem niezmiernie rad, że udało się nam tutaj w sposób cywilizowany zgromadzić członków rządu i opozycji na wspólnych obradach sztabu antykryzysowego. Pozostawiliśmy na boku nasze różnice ideologiczne, poglądy polityczne, zapatrywania moralne i religijne przekonania, by wspólnie stawić czołu największemu wyzwaniu ostatniego okresu, jakim jest potężny kryzys budżetowy naszego państwa. Proszę pana premiera Fanga McDonalda o przedstawienie zagadnienia i propozycje wyjść z kryzysu.
Jest oczywiste, że czynnikiem rozkładającym nasz budżet jest lawinowo rosnący koszt leczenia naszego chorego społeczeństwa. Wymknął się on spod kontroli, spowodowany dwoma czynnikami. Pierwszym z nich są choroby spowodowane paleniem papierosów.
Jakie są zatem propozycje rozwiązania problemu? Proszę członków rady o zabieranie głosu:
Wyjątkowo zgadzam się z panem premierem. Uważam, że należy absolutnie i bezwzględnie zakazać palenia w jakiejkolwiek formie. To nam rozwiąże problem.
Zgadzając się z panem premierem muszę z całym szacunkiem stwierdzić, że pan Napierniczak jest w najlepszym przypadku nawiedzonym idealistą, albo raczej skretyniałym ignorantem, czego dał dowód przynależąc do wiadomej formacji ideologicznej. Jest rzeczą oczywistą, że totalna abstynencja jest nierealna. Nawet prezydent pewnego zaprzyjaźnionego z nami kraju został przyłapany ze stażystką i cygarem w swym owalnym gabinecie. Nam są potrzebne rozwiązania praktyczne. Dlatego musimy wszędzie propagować fifki z filtrami do papierosów, które, jak to wykazują niezależne badania medyczne, zmniejszają zachorowanie o całe 80%
Nigdy nie sądziłem, że mi to przejdzie przez gardło, ale popieram O'Ducka. Ludzie i tak będą palić, więc bez sensu jest namawiać do abstynencji. Trzeba propagować bezpieczne papierosy. Należy wszędzie postawić automaty z fifkami do papierosów, rozdawać je dziatwie szkolonej. Pielęgniarki w szkołach muszą uczyć młodzież jak korzystać z fifek, jak je używać, by były bezpieczne i skuteczne. Musimy fifki dołączać do zasiłków dla bezrobotnych, promować już w przedszkolach, bo choć dzieci tam jeszcze nie palą, to przecież już należy kształtować ich przyszłe nawyki i preferencje.
Pan O'Duck sam wykazał się tutaj ptasim móżdżkiem, a pan Catburn to pięknie potwierdza. Nie pierwszy raz. To, co panowie propagują jest stekiem bzdur, bo każdy, nawet najgłupszy kretyn wie, że uczenie dzieci jak się stosuje fifki do papierosów, stawianie automatów w szkołach i rozdawanie ich przez szkolne pielęgniarki spowoduje jedynie zachętę do palenia, a to w konsekwencji wzrost zachorowań i kosztów leczenia. Abstynencja może nie jest najprostszym rozwiązaniem, ale gdy się ma raka nie wystarczy przylepić plaster. Potrzebna jest długotrwała kuracja, która w konsekwencji z pewnością da nam wyleczenie. Tym bardziej, że jak wszyscy wiemy najczęściej do przypadkowego palenia papierosów dochodzi na imprezach, zwykle suto zakrapianych alkoholem, a tam mało kto pamięta o stosowaniu zabezpieczających fifek.
Dziękuję panom za szczere podzielenie się swymi opiniami. Po rozpatrzeniu wszystkich argumentów podjąłem decyzję: Fatherland od dziś będzie promował całkowitą abstynencję od papierosów, zakaz palenia w miejscach publicznych i jestem przekonany, że wkrótce papierosy będą jedynie reliktem przeszłości. Panie premierze, wspominał pan o dwóch czynnikach?
Tak, panie prezydencie. Drugim jest lawinowo rosnąca ilość przypadków zachorowań na AIDS. Musimy także opanować tę epidemię, inaczej nie załatamy dziury budżetowej.
Jakie są zatem propozycje rozwiązania problemu? Proszę członków rady o zabieranie głosu:
Wyjątkowo zgadzam się z panem premierem. Uważam, że należy absolutnie i bezwzględnie zakazać rozwiązłości seksualnej w jakiejkolwiek formie. To nam rozwiąże problem.
Zgadzając się z panem premierem muszę z całym szacunkiem stwierdzić, że pan O'Duck jest w najlepszym przypadku nawiedzonym idealistą, albo raczej skretyniałym ignorantem, czego dał dowód przynależąc do wiadomej formacji ideologicznej. Jest rzeczą oczywistą, że totalna abstynencja jest nierealna. Nawet prezydent pewnego zaprzyjaźnionego z nami kraju został przyłapany ze stażystką i … cygarem w swym owalnym gabinecie. Nam są potrzebne rozwiązania praktyczne. Dlatego musimy wszędzie propagować prezerwatywy, które, jak to wykazują niezależne badania medyczne, zmniejszają zachorowanie o całe 80%
Nigdy nie sądziłem, że mi to przejdzie przez gardło, ale popieram Napierniczaka. Ludzie i tak będą praktykować pewne zachowania, więc bez sensu jest namawiać do abstynencji. Trzeba propagować bezpieczny seks. Należy wszędzie postawić automaty z prezerwatywami, rozdawać je dziatwie szkolonej. Pielęgniarki w szkołach muszą uczyć młodzież jak korzystać z kondomów, jak je używać, by były bezpieczne i skuteczne. Musimy je dołączać do zasiłków dla bezrobotnych, promować już w przedszkolach, bo choć dzieci tam jeszcze nie praktykują takich zachowań, to przecież już należy kształtować ich przyszłe nawyki i preferencje.
Pan Napierniczak sam wykazał się tutaj ptasim móżdżkiem, a pan Catburn to pięknie potwierdza. Nie pierwszy raz. To, co panowie propagują jest stekiem bzdur, bo każdy, nawet najgłupszy kretyn wie, że uczenie dzieci jak się stosuje prezerwatywy, stawianie automatów w szkołach i rozdawanie ich przez szkolne pielęgniarki spowoduje jedynie zachętę do rekreacyjnego uprawiania seksu, a to w konsekwencji wzrost zachorowań i kosztów leczenia. Abstynencja może nie jest najprostszym rozwiązaniem, ale gdy się ma raka nie wystarczy przylepić plaster. Potrzebna jest długotrwała kuracja, która w konsekwencji z pewnością da nam wyleczenie. Tym bardziej, że jak wszyscy wiemy najczęściej do przypadkowego seksu dochodzi na imprezach, zwykle suto zakrapianych alkoholem, a tam mało kto pamięta o stosowaniu zabezpieczających prezerwatyw.
Dziękuję panom za szczere podzielenie się swymi opiniami. Po rozpatrzeniu wszystkich argumentów podjąłem decyzję: Fatherland od dziś będzie promował kondomy, będziemy je rozdawać, uczyć jak się je stosuje, zaczynając w przedszkolach, a kończąc w Domach Spokojnej Starości.
Ciszę się, że udało nam się wzbić poza nasze podziały ideologiczne i wyzbyć się hipokryzji. Mogliśmy obiektywnie i w sposób naukowy rozpatrzyć wszystkie "za" i "przeciw" gnębiących nas problemów i jestem przekonany, że wprowadzone dziś w życie rozwiązania szybko pozwolą opanować nasz kryzys i wyjść na prostą. Dziękuję panom.
Odsłon: 574 Komentarzy: 14
Tuesday,01 March 2011,19:18
Kategoria: Religia Tuesday, 01 March 2011, 19:18
Dostało mi się i nadal mi się dostaje za krytykę wykładu księdza profesora Chrostowskiego, jaki wygłosił przez kilkoma laty w Częstochowie. Ponieważ sprawa ta powraca dość regularnie, chciałbym do niej powrócić, w kontekście jego książki wydanej przez Frondę, pod tytułem "Kościół, Żydzi, Polska".
Nie będzie to jakaś szczegółowa analiza tego, co ksiądz profesor napisał. Raczej kilka przykładów, kilka fragmentów, które zwróciły moją uwagę. Nie ukrywam też, że jednym z celów tego tekstu jest zachęcenie do sięgnięcia po tę książkę i uważnego jej przeczytania. Myślę, że mogę także polecić "w ciemno" (bo jej jeszcze nie czytałem) książkę "Bóg, Biblia, Mesjasz", księdza profesora, do której nawiązuje on parokrotnie książce "Kościół, Żydzi, Polska".
Czy mi się wszystko podobało w książce księdza profesora? Z całą pewnością nie i pewnie jakiś przykład zamieszczę poniżej. Czy zatem mi się tam wszystko nie podobało? Tym bardziej nie. Książka jest bardzo ciekawa, czytam ją z zainteresowaniem i gorąco ją polecam. Jednak mój zachwyt nie jest bezkrytyczny i chyba zgodzicie się, że nie jest to wadą.
Dobór fragmentów, które chciałbym skomentować jest do pewnego stopnia przypadkowy i na pewno nie jest w żaden sposób obiektywny, czy reprezentatywny. To są moje subiektywne spostrzeżenia, fragmenty, które mnie się wydały interesujące. Książka ma ponad 550 stron, więc dokładne analizowanie jej zajęłoby stron tysiąc, a ja chciałbym się zmieścić w notce, której nie trzeba czytać kilka godzin.
Oddajmy więc głos księdzu profesorowi:
"Pamiętam, że podczas rozważań jedna z dziewcząt zapytała, czy Żydzi dzisiaj postąpiliby z Jezusem tak samo, jak tamci, starożytni. Odpowiedziałem, że powinniśmy zadać sobie pytanie, czy my na pewno postąpilibyśmy inaczej" (str. 24-25)
Nie muszę chyba zaznaczać, że zgadzam się tu całkowicie i sam bym tego lepiej nie wyraził.
"(Po przybyciu do Izraela) znalazłem niewielki kram z napojami. Właściciel uważnie mi się przyglądał, po czym zapytał: "Pan to chyba z Polski?".Kiedy potwierdziłem, był zachwycony. Wyjął z lodówki nową butelkę, nie chciał zapłaty i pytał o Warszawę. zapraszał, by przychodzić codziennie na jego rachunek. Opowiadał o Warszawie i słuchał" (str.29)
Przytoczyłem ten fragment, bo jest symptomatyczny. Niektórzy mają wrażenie, że wszyscy bez wyjątku Żydzi są negatywnie nastawieni do Polski, a tymczasem tak naprawdę nie jest. Ja, choć nie spotkałem wielu Żydów, nigdy się nie spotkałem za poziomie osobistych kontaktów z żadnym negatywnym ich stosunkiem do Polski. Jednak i Chrostowski przedstawia w swej książce wiele takich sytuacji. Niektórych wręcz nazywa wielkimi przyjaciółmi Polski.
Bardzo ciekawą, tragiczną sytuację pewnej kobiety i jej syna opisuje ksiądz profesor:
"Spotkałem Polkę, która wyszła za mąż za Żyda. […] Wyjechali z Polski w 1968 r. Mieli syna, o którym w Polsce mówiono: "To Żyd", a w Izraelu: "To goj". Mąż zachorował na nowotwór i umarł. […] Bardzo chciała wrócić do Polski, ale pozbawiono ją polskiego paszportu. Syn dorastał i myślał o wyjeździe do Ameryki Matka powtarzała wierszyk, który ułożył:
"Mam dwie ojczyzny
i obie nie moje.
Jedna – bom był Żydem,
druga – bom jest gojem". (str. 30)
Bardzo mi się podobają te spostrzeżenia księdza profesora, z którymi się całkowicie zgadzam:
"Nikt nie czyta Biblii hebrajskiej tak jak Żydzi, nikt jej tak dobrze nie rozumie, co słychać choćby w samym sposobie czytania, nikt jej tak mocno nie przeżywa, nikt nie potrafi jej z taką pasją interpretować, objaśniać, tłumaczyć i komentować jak Żydzi"
"Oczywiście, spotkanie z każdą religią jest ciekawe, ale spotkanie chrześcijanina z religią żydowską ma wyjątkowy charakter, bo ta religia stanowi kontynuację wiary i pobożności biblijnego Izraela."
Bardzo dobre spostrzeżenie zawarł ksiądz profesor w tym zdaniu:
"Kiedyś usłyszałem, że położenie Żydów w Polsce było bardzo trudne i dla nich bolesne, bo nie traktowano ich jako pełnowartościowych sąsiadów. Ripostowałem: teraz jesteście u siebie i na przykładzie koegzystencji z Arabami dajcie dobry przykład, jak powinny wyglądać relacje z sąsiadami." (str 32)
Ksiądz Chrostowski pisząc o odwiedzinach Jana Pawła II w synagodze komentuje:
"Bardziej niż nazywanie Żydów starszymi braćmi poruszało i zastanawiało mnie to, że papież nazwał ich umiłowanymi braćmi. Nigdy wcześniej nikt w Kościele tak nie mówił. Przeczuwałem, że nie tylko o emocje tutaj chodzi. Odwiedziny Jana Pawła II w synagodze wywarło olbrzymie wrażenie nie tylko na mnie."
Teraz zacytuję jedno z pytań, które zresztą prostuje ksiądz Chrostowski w swej odpowiedzi. Cytuję to pytanie, bo mi się nie podoba, zawierając oczywisty błąd:
Kiedy jednak czytamy listy św. Ignacego z Antiochii, a to są przecież same początki chrześcijaństwa, to u niego jest już bardzo ostra reakcja antyjudaistyczna. Bardzo wyraźnie apeluje od do gmin chrześcijańskich, by nie ulegały one zbytnio judaizmowi, że że nie można być chrześcijaninem, a zarazem wyznawcą judaizmu." (s.44)
Profesor Chrostowski słusznie zauważa, że
"w listach św. Ignacego […] mamy do czynienia z konfrontacją wewnątrzchrześcijańską" (s.44)
Chodzi, rzecz jasna, o to, o czym dziś często zapominamy, że chrześcijaństwo na początku było "sektą żydowską". To byli Żydzi, którzy spotkali Mesjasza. A gdy przybywało coraz więcej chrześcijan nie będących wcześniej wyznawcami judaizmu, zaczęły powstawać teologiczne pytania. Zresztą sam Nowy Testament jest pełen tekstów dotyczących tego zagadnienia. I w Listach Pawłowych i w Dziejach Apostolskich bardzo dużo materiału jest poświęconego temu zagadnieniu. Zadający pytania powinni to wiedzieć.
Gdy spotykamy się z zarzutem antysemityzmu, często problemem staje się zdefiniowanie samego terminu. To, co dla jednego już antysemityzmem jest, dla drugiego jest czymś zupełnie innym. Dość pomocnym może być rozróżnienie, jakiego wielokrotnie używał ksiądz profesor. Także w tej książce pisze on o tym i tłumaczy na czym polega, jego zdaniem, różnica:
"Trzeba wskazać na trzy zjawiska, które – co do pewnych aspektów mają wiele wspólnego – wyrastają z odmiennego podglebia i wywołują odmienne skutki: antysemityzm, antyżydowskość i antyjudaizm. W ostatnim okresie pojawiło się i utrwala nowe zjawisko, określane jako antysyjonizm i wyraźnie odróżniane od tamtych trzech." (s.48)
Można się zgodzić z takim rozróżnieniem, albo nie, ale warto pamiętać, że ksiądz profesor je stosuje.
Nie będę cytował definicji poszczególnych terminów, nie chciałbym tu przepisywać całej książki, ale zacytuję jeden bardzo ważny fragment. Chodzi bowiem o to, że gdy zarzucamy komuś antysemityzm, czasem odpowiada on, że jego poglądy nie mają nic wspólnego z antysemityzmem, co najwyżej są one antyżydowskie. Zatem oddaję głos Chrostowskiemu, odpowiadającemu na pytanie o praktyczne rozróżnienie antyżydowskości i antysemityzmu:
"Podglebiem dla antysemityzmu jest rasizm, w skrajnych przypadkach posunięty do otwartej nienawiści wobec Żydów, a nawet gotowy do ludobójstwa. Podglebie antyżydowskości stanowi ignorancja, kompleksy, głupota, egoizm i podobne przesłanki. Ich skutki mogą być bardzo dotkliwe, ale istnieje przepaść między antyżydowskim kawałem opowiedzianym w gronie kolegów, a postawami ludobójczymi, które zmierzają do izolacji i likwidacji Żydów. Antysemityzm to zjawisko niesłychanie groźne i w jednoznacznej ocenie chrześcijańskiej – wielki grzech. Grzechem może być również antyżydowskość czy antyjudaizm, bo są to postawy naganne, które trzeba wypleniać, tym niemniej różnica jest duża." (s.60)
Pomijając aspekt drobnej manipulacji ze strony księdza profesora, zapewne zupełnie przypadkowej, polegającej na tym, że najpierw mówi, że antysemityzm "w skrajnych przypadkach" posuwa się do "otwartej nienawiści, a nawet jest gotowy do ludobójstwa", a potem ogólnie utożsamia go "z postawami ludobójczymi", to zgadzam się całkowicie z księdzem profesorem. Jednak dodam w takim razie, że także mniej skrajne przypadki antysemityzmu są antysemityzmem, są grzechem i są przez Kościół potępione. Myślę zresztą, że tu się z księdzem profesorem zgadzamy.
To dopiero pierwsze 60 stron książki, ale myślę, że wystarczy. Być może do tematu powrócę, gdyby było zainteresowanie. Chciałbym tylko na zakończenie dodać kilka słów na temat mojego wcześniejszego tekstu krytykującego wykład księdza profesora.
Czy po przeczytaniu jego książki inaczej bym tamten wykład ocenił? Czy moje zdanie o księdzu profesorze się zmieniło? Czy uważam go za antysemitę? Czy go kiedykolwiek za antysemitę uważałem?
Wiele osób bardzo lubi przylepiać innym łatki. Jakoś ich określić, bardzo jednoznacznie, gdy tymczasem większości osób jednoznacznie określić się nie da. A ja w tamtym tekście w ogóle nie zajmowałem się oceną osoby księdza profesora, ale jego wykładem.
To jest ważne rozgraniczenie, a którym wiele osób ma tu problem. Dotyka to także mnie osobiście. Parokrotnie zdarzyło się, że ktoś, komu się mój tekst nie podobał, zamieścił na swym blogu notkę krytykującą nie moje pisanie, ale moją osobę. Bardzo trudno wtedy polemizować z czymś takim, bo jak odpierać zarzuty, które istnieją tylko w głowie oskarżyciela i nie mają pokrycia w faktach?
Przyznaję, że krytykując wykład księdza profesora wiedziałem o nim znacznie mniej niż wiem teraz. Od tamtego czasu przeczytałem jego książkę, przeczytałem kilkanaście artykułów i wywiadów dostępnych w necie, posłuchałem kilkunastu wykładów. Czy zatem dziś napisałbym tamten tekst inaczej? Hmmm.. Chyba nie.
Oczywiście takie gdybanie to jedynie spekulacja. Może mniej by mnie tamten wykład dziś irytował, ale to też wcale nie jest pewne. Być może reakcja byłaby wręcz odwrotna. Może by mnie irytował bardziej i sam sobie zadawałbym pytanie: "Co księdza profesora dziś ugryzło?"
Jestem gotów do dyskusji na temat tamtego wykładu i do obrony swojego zdania. Jeżeli, rzecz jasna, będzie to dyskusja na argumenty, nie na epitety. Warto także pamiętać, że to, że nie znałem jeszcze tak dobrze i poglądów księdza profesora, jakie wyrażał w innych miejscach i jego działalności to wcale nie jest argument "na niekompetencję" z mojej strony. Tamten wykład jest dostępny w Necie i słuchają go także osoby znacznie mniej kompetentne ode mnie. A do jakich dochodzą wniosków i jaka jest reakcja na tamten wykład każdy może się przekonać sam, gdy przeczyta komentarze internautów.
Powtórzę jeszcze, że z wybranych cytatów trudno obiektywnie ocenić całą książkę. Zresztą jej początek zajmuje się innym sprawami, niż późniejsze rozdziały. Być może wrócę do nich jeszcze, to prawdziwa kopalnia wiedzy. Chciałem jednak przynajmniej w taki, niedoskonały sposób pokazać co sądzę o poglądach i o osobie księdza profesora. Gdy bowiem nawet przyjmiemy moją krytykę wykładu z Częstochowy za uzasadnioną, to jest to jedynie jedna strona medalu. A skoro tak wiele osób jest zainteresowanych tym jak oceniam księdza profesora, to rzeczą uczciwą z mojej strony było podkreślenie, że wiele rzeczy, albo precyzyjniej większość rzeczy, jakie mogłem przeczytać i zobaczyć w książce i w Necie, którymi zajmuje się i o których pisze ksiądz profesor, podoba mi się i się znimi zgadzam.
A już całkiem na zakończenie dodam, że największą krzywdę księdzu profesorowi wyrządzają ci, którzy rzeczywiście mają poglądy antysemickie, czy antyżydowskie i którzy przedstawiają księdza profesora jako swego guru, czy też innego ideologa programowego. Słuchając wykładu z Częstochowy nie bardzo się im zresztą dziwię, ale cieszę się, że "prawdziwy ksiądz Chrostowski" jest zupełnie inną osobą, niż ta, którą sobie wyobraziłem po zobaczeniu tamtego niesławnego wykładu.
Odsłon: 2650 Komentarzy: 83
Tuesday,01 February 2011,09:08
Kategoria: Historia Tuesday, 01 February 2011, 09:08
Można by też zapytać: Dlaczego przypominam sprawę bez znaczenia, sprzed wielu lat, o której dawno wszyscy powinni zapomnieć? I mieliby rację, gdyby nie to, że sprawa ta jest wciąż na nowo, i moim skromnym zdaniem bez sensu, odgrzebywana. Pewnie z związku z tym, że coraz częściej mówi się o 1 maja jako o terminie ogłoszenia papieża błogosławionym, sprawa ta znowu powróci w szerszym zakresie. Ostatnio na moim forum ktoś ją przypomniał, zatem musiałem się ustosunkować do tego zarzutu. Poniżej jest moja odpowiedź, jaką tam zamieściłem:

Ktoś o nicku Saileh pyta:
Zastanawia mnie, skąd bierze się w Tobie przekonanie o autentyczności tego zdjęcia?
Widziałem już zdjęcie młodego Benedykta XVI z wyciągniętą ręką, oczywiście kojarzącą się ze znanym hitlerowskim gestem (rozwiązanie zagadki – księżą na Mszach Prymicyjnych błogosławią duże grupy osób, wyciągając przed siebie obie ręce. Wystarczyło przerobić zdjęcie młodego księdza Ratzingera, tak, aby druga ręka była opuszczona i z błogosławieństwa zrobił się hitlerowski gest).
To prawda, że manipulacji w Necie nie brakuje. Jest wiele tego tupu zakłamań, są też prawdziwe zdjęcia, ale przedstawione w fałszywym kontekście. Wystarczy np. umieścić zdjęcie z innego okresu historycznego i wszystko zaczyna wyglądać inaczej.
Na przykład zapominamy czasem, że Hitler doszedł do władzy w demokratycznych wyborach. Partia nazistowska nie była od początku tym, czym się stała po latach. Jasne, że ta chora ideologia była w niej niejako "zaprogramowana" od początku, ale tę prawdą jest, że nikt w 33 roku nie przypuszczał nawet tego, co się będzie działo w 43.
Powyższe uwagi nie zmieniają jednak w niczym faktu, że zdjęcie, z tego co wiem, jest autentyczne.
Pozostają jeszcze dwa pytania:
1.Czy papież trzyma w ręku koran?
2.Czy mi się tylko zdaje, że ta książka została do tego zdjęcia doczepiona? Spójrz na prawą rękę – jak można utrzymać Koran w ten sposób?
Kilkakrotnie słyszałem odpowiedź na podobne pytania w radiu EWTN, a konkretnie w audycjach Catholic Answers, udzielaną przez Jimmi Akina. On poświęcił trochę czasu na dotarcie do źródła tego incydentu i przyznał, że jest to autentyczne zdjęcie. Napisał o tym nawet na swoim blogu.
Sparafrazuję tu jego wypowiedź:
"14 maja zostałem przyjęty przez Papieża, wraz delegacją składającą się szyickiego imama meczetu Khadum i sunnickiego prezydenta rady administracyjnej Irackiego Islamskiego Banku. Był także przedstawiciel Irackiego Ministerstwa Religijnego. Przypomniałem nasze zaproszenie dla Papieża, bo taka wizyta byłaby łaską z Nieba. Umocniła by chrześcijaństwo i udowodniła w głównie muzułmańskim kraju, że Papież kocha całą ludzkość.
Pod koniec audiencji Papież skłonił się przed świętą księgą Muzułmanów, Koranem, przedstawioną mu przez delegację i pocałował go na znak szacunku. Zdjęcie tego gestu było pokazywane wielokrotnie w irackiej TV, demonstrując że Papież nie tylko wie o cierpieniu narodu Irackiego, ale także, że darzy szacunkiem Islam." (Źródło)
To tyle i w sumie niewiele mogę dodać od siebie, poza paroma uwagami. Przede wszystkim Papież spowiadał się co tydzień. Ale by sakrament był ważny, potrzebne są grzechy. Zatem on sam zdawał sobie sprawę, że jest grzesznikiem.
Po drugie wydaje mi się wręcz obrzydliwe, że niektórzy ludzie z całej papieskiej działalności trwającej przez ponad ćwierć wieku wyciągają jeden, czy dwa incydenty i przedstawiają je tak, jakby Jan Paweł Wielki nie zrobił przez te lata nic, poza pocałowaniem Koranu i postawieniem posążka Buddy na Tabernakulum.
Nawiasem mówiąc ten drugi incydent, także bardzo często pokazywany przez wrogów Kościoła, który miał miejsce w Asyżu, nie ma nic wspólnego z papieżem. W czasie modlitw o pokój, modlitw, dodajmy, wcale nie "wspólnych", bo każda grupa ludzi modliła się osobno, w innym pomieszczeniu, buddyści postawili posążek Buddy na pustym tabernakulum, nie wiedząc co to jest. Gdy im zwrócono uwagę na niestosowność takiego gestu, przeprosili i zdjęli posążek. Jednak wielu jest przekonanych, że to w kościele, na Tabernakulum zawierającym Jezusa, papież postawił posąg Buddy i modlił się przed nim wraz z buddystami.
Zatem nie bójmy się prawdy. Nawet, gdy czasem jest ona niewygodna. Człowiek czasem popełnia błędy, nawet taki człowiek, jak JPII. I nie oceniam go tutaj, bo nie wiem ani co On myślał, ani co tam naprawdę się wydarzyło, ale nawet, gdy wiedział, że to Koran i pocałował go z jakiegoś powodu podanego wyżej i nawet, gdy w oczach Boga było to grzeszne, to znaczy to tylko tyle, że i On, JPII, jak każdy z nas, nie był ideałem i czasem popełniał błędy.
A mnie się przypomina pewien incydent z mojego życia, gdy byłem małym chłopcem. Witając się z rodziną na wsi "z rozpędu" pocałowałem w rękę wujka, ku uciesze rodziny. Śmiali się ze mnie kilka dni. I choć zawsze na powitanie całowałem w rękę dziadka i oczywiście wszystkie panie, niezależnie od wieku, to było czymś zupełnie innym pocałowanie całkiem młodego jeszcze wujka. Jednak czasem zrobi się jakiś gest, a za moment jest już za późno i nie da się go odwrócić.
Konsekwencją mojej pomyłki były śmichy-chichy rodziny, zwłaszcza kuzynów i kuzynek. Konsekwencje czynu papieża są poważniejsze, "dzięki" jego wrogom, których wcale nie brakuje. Ale nie zmienia to w niczym faktu, że jest to mały incydent, bez znaczenia, i znacznie większy problem niż papież mają ci, którzy to powtarzają, wałkują i oczerniają kogoś, komu nie są godni zawiązać sznurówek w butach.
I jeszcze mały fragment z dyskusji jaka się wywiązała na forum:
konik napisał: … wydaje mi sie , ze w stosunku do omawianego tematu drodzy forumowicze przyjeliscie zbyt legalistyczne podejscie. sadze , ze papiez cala swoja postawa w tym gescie zanurzyl sie jakby w postawie Chrystusa, poprzez okazanie szacunku pewnej idei lub pewnej osobie, nie dlatego, ze idea lub osoba zasluzyla sobie ( czy tez zapracowala ) na ten szacunek i w nagrode zostala nim obdarowana.
Moja odpowiedź: Masz rację, w tym sensie, że jest to jedna z możliwych interpretacji. Jednak wiemy w praktyce, że wielu nie uznaje takiej interpretacji. Wiele osób, także katolików, oceniło czyn papieża negatywnie, a nawet jako zachowanie grzeszne.
Tylko Bóg może ocenić, czy to rzeczywiście był błąd i czy był to grzech. My możemy mieć swoje opinie i ja osobiście w znacznej mierze zgadzam się z Tobą. Mamy tu jednak pewne rozejście się "serca" i "rozumu". Nie wiem, czy świadome, czy papież poddał się głosowi serca nie zważając na głos rozsądku – po prostu nie wiem. Jakby jednak na to nie patrzyć, to w najgorszym wypadku była to błędna decyzja wynikająca z dobrych intencji i nie mająca nic wspólnego z nauczaniem Kościoła. Dużo większy problem mają ci, którzy poświęcają całe lata na rozdmuchiwanie tego incydentu w celu szkalowania Kościoła. To oni będą mieli ciężką sprawę na Sądzie Ostatecznym, bo taką miarą jaką mierzą innych i im będzie wymierzone.
(Cała dyskusja na moim forum, gdyby kogoś zaciekawiła, znajduje się TUTAJ)
Odsłon: 1895 Komentarzy: 62
Wednesday,29 December 2010,04:15
Kategoria: Ogólne Wednesday, 29 December 2010, 04:15
Swojego pierwszego bloga prowadzę już od 2003 roku, ale forum przyszło troszkę później, w roku 2007. Zakładałem je wcześniej parę razy bez większych sukcesów, aż w pewnym momencie „zaskoczyło”. Zapewne dzięki temu, że znalazło się kilka osób pomagających mi w jego prowadzeniu, za co im tu od razu serdecznie dziękuję. Początkowo miało to być miejsce dla dyskusji pod moimi wpisami na alleluja.pl, ale taką rolę w zasadzie przejęły moje nowe blogi na Frondzie i w Salonie24. Forum natomiast stało się miejscem, gdzie zamieszczam niekończący się fotoreportaż z moich podróży po USA, gdzie można podglądać obraz z kamer zainstalowanych na ciężarówce i przede wszystkim miejscem, gdzie prowadzimy nasze dyskusje na tematy związane z wiarą.
Czasami w związku z tym staję wobec problemów, które nie mają łatwych rozwiązań. Forum z założenia musi być miejscem wymiany poglądów, ale co zrobić, gdy ktoś tam przyjdzie jedynie w celu propagandowym? Jedynie po to, by szerzyć poglądy nie tylko niezgodne z nauczaniem Kościoła, ale wręcz niebezpieczne? Lekarz przede wszystkim powinien nie szkodzić. To samo musi dotyczyć nauczycieli, czy przewodników duchowych. Każdemu należy starać się pomóc, ale co zrobić, gdy ktoś nawet nie usiłuje ukryć tego, że nie ma uczciwych zamiarów?
Od czasu do czasu nasze forum odwiedzają osoby sprawiające problemy. Nie potrafią, albo raczej nie chcą skoncentrować się na temacie prowadzonej dyskusji, zaczynając tysiące nowych wątków. Jest bowiem znacznie prościej wkleić jakieś oszczerstwo, kłamstwo, plotkę, czy zarzut skopiowany z innych stron, niż podjąć dyskusję na jeden, konkretny temat.
Apologetyczne forum przyciąga przeróżne osoby. Ateistów, protestantów, katolików nie znających swej wiary, wyznawców przeróżnych religii i wierzeń i, na szczęście, także ortodoksyjnych katolików, którzy potrafią odpowiedzieć na te wszystkie zarzuty i pytania. Czasami jednak trzeba się liczyć z tym, że człowiek usłyszy troszkę więcej, niż by pragnął usłyszeć. Zdarzają się przekleństwa i przeróżne epitety, a mówiąc „przekleństwa” mam na myśli dosłownie to, co to słowo oznacza. W ostatnim czasie przeklęto i mnie i nasze forum parę razy.
Jednym z takich kontrowersyjnych gości forum była Gałązka. Wyznawczyni religii którą można by scharakteryzować jako odmianę New Age, uważająca się za boginkę, bardzo często pisała w tak niejasny sposób, że trudno było w ogóle doszukać się w tym sensu. To jednak było pół biedy. Gorzej było, gdy zaczynała pisać zrozumiale, bo wtedy stawała się niebezpieczna. Zastanawialiśmy się z administratorami i moderatorami forum, czy się z nią pożegnać od razu, bo szkodzi, czy zaczekać i starać się ją przekonać, że pobłądziła. Większość skłaniała się do usunięcia jej z forum, ale to ja się sprzeciwiłem. Miałem nadzieję, że nasza dyskusja pomoże i jej i innym. Na przykład osobom, które spotykają się gdzie indziej z takimi przejawami duchowości, jakie prezentowała Gałązka, a nasze dyskusje pozwolą im zobaczyć błędy jej religii. Okazało się, że trzeba było słuchać większości.
Dopóki prowadziliśmy dialog z Gałązką w jednym temacie, wszystko było w miarę w porządku, ale problem się zaczął, gdy jej to przestało wystarczać. Jednym z ciekawszych wątków na forum są Zagadki Biblijne. Regulamin tam jest bardzo prosty. Zadajemy zagadki, na które odpowiedzią jest cytat z Biblii i osoba która ostatnia prawidłowo odpowiedziała, od razu wymyśla kolejną.
Oczywiście temat ten nie jest miejscem na propagowanie innych religii i wierzeń. Gdyby na przykład jakiś Świadek Jehowy starał się nam tam udowodnić, że Jezus nie jest równy Ojcu, nie jest tym samym, jedynym Bogiem, ale archaniołem Michałem, został by poproszony o zaprzestanie tego. Podobnie się stało z Gałązką, która zresztą już wcześniej była kilkakrotnie upominana za naruszanie różnych punktów regulaminu. I choć, przyznaję, upominając ją nie wykazałem się zbytnią dyplomacją, nazywając jej ostatni wpis „bredniami”, to jednak jej reakcja na moje słowa, delikatnie mówiąc, zaskoczyła mnie.
Jest to dość charakterystyczne, że osoby nie potrafiące znaleźć argumentów merytorycznych zaczynają ataki personalne. Tu także dowiedziałem się paru słów o sobie. Pozwolę sobie zacytować jej ostatni wpis:
Wiec posłuchaj Kmieciu: Nikt nie będzie Dzieci Boga nazywał kłamcami, moherze z radia Rydzyka. Nie pozwolę sobie też na to by taki Cham zwracał się do mnie w ten sposób. Ze względu na mojego Ojca. Ostrzegasz mnie? Poznasz potęgę Pana, choć nie wart jesteś nawet by Cię doświadczać. Będziesz siedział na gnoju w swojej beretce, bo ją Ci zostawię byś wiedział kto i dlaczego zgniótł Cię jak karalucha. A do Hioba nawet się nie porównuj. Do wieprza się porównuj choć i Jemu ubliżasz, marny wsioku. Ciebie nie podźwignę nigdy. Niech Cię Rydzyk podźwignie zwodzicielu.
Co za miła i kulturalna osoba. Nazywając mnie chamem, pisze to z dużej litery. Pełen szacunek. Należy to docenić. Co do reszty, to przypomniał mi się, cytowany niedawno w innych okolicznościach, fragment Listu św. Pawła do Galatów:
Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. (Ga 5, 19-23a)
Dlaczego piszę o tym wszystkim? Głównie dlatego, by wytłumaczyć dlaczego Gałązki już na forum nie ma i by zilustrować co nie będzie na forum tolerowane. I tu nie chodzi o to, że to mnie obrzucono epitetami. Ja się już do tego przyzwyczaiłem. Jednak na naszym forum w ogóle nie wolno nikogo nie tylko obrażać, ale nawet pouczać, czy robić jakichkolwiek uwag na temat innych gości. Możemy dyskutować do woli na różne tematy, ale nie temat innych uczestników dyskusji.
Ostatni wpis Gałązki pokazuje wyraźnie jak prawdziwe są cytowane przeze mnie słowa Świętego Pawła. Ja to widzę najwyraźniej w sobie samym. Nie w tym, że jestem cierpliwy, uprzejmy, dobry, łagodny i opanowany, tylko właśnie w tym, że taki nie jestem. Widzę to po tym, jak trudno mi czasem opanować irytację i gniew, jak mi brakuje cierpliwości i opanowania. Ale wiem też, że pewnej granicy przekroczyć mi nie wolno i że muszę pracować nad sobą. Jeżeli bowiem robię cokolwiek dobrego, to kudłaty będzie się wściekał i nic by mu nie sprawiło większej radochy, jak pokonanie mojej słabej woli.
Biblia jest mi tu pomocą i dlatego warto Ją czytać i warto przypominać sobie rady, które tam znajdujemy. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” to maksyma, która powinna każdego z nas prowadzić. Nie tak łatwo? Jasne, że trudno. Sam to wiem najlepiej. Ale przecież nie robimy tego sami. Nie powinniśmy nawet próbować. Samemu się nie uda, ale „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Z Jezusem uda się na pewno, bo ile razy upadniemy, On nam poda rękę. Z Nim nawet po wodzie można chodzić.
Gdy zaczynałem to forum nieco ponad trzy lata temu, odwiedzało je 3 – 4 tysiące osób miesięcznie. W tym miesiącu będzie ich około 34 tysięcy. Dziesięć razy więcej, niż przed trzema laty. I choć wiem, że to nie żadne rekordy, to jednak miło, że tyle osób zagląda do nas, że udało nam się stworzyć pewną społeczność, że wielu z nas spotkało się w „realu”. Myślę, że oprócz wszystkich innych zalet naszego forum jedną z rzeczy, która przyciąga do niego ludzi jest właśnie to, że takie wypowiedzi jak ta zacytowana powyżej nie są tolerowane.
Chciałbym więc na koniec podziękować wszystkim gościom za cały ten rok. Przeprosić, że już nie mogę odpowiadać osobiście w każdym temacie i nawet nie dam rady przeczytać wszystkich postów. Forum stało się w pewnym sensie ofiarą swojego sukcesu, ale to dobrze. To nie jest już moje forum, ono jest nasze. Jednak zapewniam, że jedno się nie zmieni. Możemy dyskutować ostro i bezwzględnie, ale zawsze używając argumentów. Gdy tylko zaczną się uwagi personalne, obraźliwe ataki na kogokolwiek, to osoba je robiąca wyleci, zanim się zdąży zorientować co ją wywaliło. I naprawdę nikt po niej nie będzie płakał.
A zatem jeszcze raz: Dziękuję i Szczęśliwego Nowego Roku!
Odsłon: 1428 Komentarzy: 32
Monday,27 December 2010,18:38
Kategoria: Wiadomości Monday, 27 December 2010, 18:38
W USA jest zwyczaj, że przy szkołach często umieszcza się wielki kamień, czy może głaz, taki dwu- trzy-metrowy, by dzieciaki i młodzież, zamiast malować po ścianach, na nim mogły napisać, "juzek jezt gupi", albo "kocham efkę". Oczywiście zwykle są to napisy fajniejsze, młodzież mamy zdolną i pełną poczucia humoru, więc i napisy bywają zabawne. Poza tym te kamole są chyba tylko w gimnazjach i liceach, a tam jest, myślę, młodzież, która już wyrosła z "gupiego juzka". Wyznania miłosne natomiast są, obok życzeń urodzinowych, dość częstym elementem tej grafiki.

Jadąc z naszego domu przejeżdżamy obok gimnazjum i zawsze zerkam na niego, ciekawy, co się nowego pojawiło. I stało się taką małą tradycją, że w okresie Świąt ktoś tam składa życzenia Panu Jezusowi. Albo wymaluje "HAPPY BIRTHDAY JESUS", albo jest to napis "JESUS, THE ROCK", czyli Jezus – Skała.

Ponieważ to teren szkoły publicznej, napisy te powodują nerwowość szkolnej administracji i jak tylko ktoś je zauważy, JESUS jest zamalowywany. Ale teraz przerwa świąteczna, więc zwykle JESUS przez większą część Oktawy Bożego Narodzenia "reklamuje się" na skale. A potem wygląda to tak:

W ramach globalnego ocieplenia mieliśmy w tym roku po raz pierwszy od kiedy tu jestem, czyli od 29 lat, białe Święta. Co prawda sypnęło dopiero wieczorem 25 grudnia, ale drugi dzień Świąt wyglądał cudownie.

Charlotte nie każdej zimy ma śnieg, a jeżeli nam spadnie, to zwykle pod koniec zimy. W 82 roku, w drugi dzień Świąt, pojechaliśmy nawet nad Atlantyk, do Myrtle Beach i kąpaliśmy się. Pogoda była "bałtycka", około 20C, woda cieplejsza niż w lipcu w Juracie i dla zahartowanych imigrantów z Polski była to wielka frajda kąpać się w grudniu w oceanie. W tym roku by nam to nie przyszło nawet do głowy.

My tu jesteśmy na szerokości geograficznej północnej Afryki, więc i palmy rosną w moim ogrodzie.

Jednak w samym Dniu Bożego Narodzenia nic nie zapowiadało takiej zimy. Pięknie świeciło słoneczko, więc i skała przed szkołą wyglądała fajnie.

Ktokolwiek tam przypomina komu zawdzięczamy te Święta i czyje narodziny wspominamy, nie zawiódł i w tym roku.

A na drugi dzień, już w zimowej scenerii, skała wyglądała zupełnie inaczej. Już nie zamalowana nawet, ale wulgarne, ordynarne napisy. I to musiały być zrobione jeszcze w dniu Bożego Narodzenia, bo od wieczora sypał śnieg, a te napisy są pod śniegiem.

Nie wiem, czy to było w ogóle przez kogokolwiek zauważone i czy ktoś powiadomił o tym media, czy policję. Nie to jest istotne. Dla mnie ważniejsze jest to, że wydarzenie to przypomina, na co zdecydował się nasz Bóg.

Wcielenie jest wielkim poniżeniem Boga. On sam pozbawia się swej chwały, by stać się jednym z nas. A my nie do końca to rozumiemy. Jednak dla lucyfera było to tak odrażające, że, jak uczą Ojcowie Kościoła, to się stało powodem jego buntu. Nie chciał służyć Komuś, Kto miał stać się człowiekiem.

Oburzają nas takie incydenty, ale sami poniżamy Jezusa każdego dnia. Poniżamy Go w naszych bliźnich, poniżamy niegodnie przyjmując Go w Eucharystii, poniżamy dając złe świadectwo innym. Bo przecież On jest obecny w każdym z naszych braci i jest obecny także w nas. Dla niektórych ludzi jedyne spotkanie z Jezusem, jakie im się w życiu przydarzy, to spotkanie z nami.

Ja nie mogę być odpowiedzialny za to, co zrobili jacyś wandale w Charlotte. Ale jestem odpowiedzialny za to, co sam robię.
Odsłon: 1044 Komentarzy: 32
Monday,27 December 2010,04:24
Kategoria: Fronda Monday, 27 December 2010, 04:24
Ta notka została zainspirowana komentarzami pod moim blogiem, gdzie Magdusia napisała, cytując najpierw mnie:
(hiob:) "I gdy będziemy mieć najlepszych sędziów, najlepszych prawników, najlepszych lekarzy, najlepszych bankierów i najlepszych wydawców i dziennikarzy, piszących w najlepszych i naszych gazetach, to wtedy my będziemy mieć i nadreprezentację i rząd dusz i zwycięstwa we wszystkich wyborach. Ale to możemy zdobyć tylko pracą od podstaw,"
(Magdusia:) Hiobie – a ten cytat – zdaje się podsumowuje najlepiej (bo jest kilka innych również) całą Twoją głupotę, która tak często pojawia się w Twoich tekstach. Myślę, że – mimo wieku i chęci – strasznie Ci brakuje pewnej dojrzałości i zupełnie niepotrzebnie się z tym brakiem afiszujesz w polemikach podobnych do tej, ale to też o czymś świadczy.
A po chwili dodała, cytuję dosłownie:
Hiobie, piszesz (to inny cytat do konkursu na najgłubszy):
(hiob:)"Jak wspomniany wyżej Obama, który „po ludzku” nie miał szans. Rozbita rodzina, mulat, a zatem odrzucany i przez Murzynów i przez białych, do tego wcale nie takie pewne, czy nawet urodzony w USA, co powinno zamknąć mu drogę do Białego Domu. Tak jednak się nie stało."
(Magdusia:) Kolejna palma zwycięstwa niezrozumienia, naiwności, głupoty, demagogii i nadinterpretacji. Zastanawiam się, czy ty aby nie pisujesz bajek dla katolickich Dzieci, aby przypadkiem nie zaczęły porządnie myśleć?
Najlepiej to podsumowała Elffi, pisząc:
:))))) A już Magdusia przypisująca Ci głupotę w cytowanych fragmentach Twoich tekstów i pisząca stylem zgoła inne przypominającym! Bezcenne!!!
Jednak i ja chciałbym od siebie dodać parę słów.
Pewnie lepiej byłoby to zostawić, bo i sama zainteresowana niewiele zrozumie z tego co piszę, ale przecież ten blog nie jest tylko dla niej, więc myślę, że inni jakoś z tego wpisu skorzystają.
Zacznę od pewnego cytatu, który mi najprawdopodobniej "zaszkodzi" w oczach niektórych moich gości, ale po pierwsze zamieszczałem go już na swych stronkach, a po drugie zgadzam się z autorem tych słów całkowicie, więc mi tu pasuje jak ulał.
Autorem cytatu jest Andrzej Szczypiorski. Jest to fragment książki "Z notatnika stanu wojennego" wydanej przez wydawnictwo "POLONIA", pierwsze wydanie polskie wrzesień 1983.
"Dwunastego grudnia 81 w południe, kiedy przemawiałem na Kongresie Kultury, mówiłem o antysemityzmie bez Żydów, jako najbardziej schizofrenicznej i obłąkańczej koncepcji, która się u nas pojawiła. Mówiłem o tym z pasją, ponieważ nic tak nie wyprowadza mnie z równowagi, jak głupota.
Można z tym oczywiście polemizować. Olbrzymia większość ludzi myślących w sposób demokratyczny uważa antysemityzm za nikczemność. Ja mam w tej kwestii odrobinę inny pogląd, ale właśnie tylko odrobinę, ponieważ wszystko, co głupie, jest równocześnie nikczemne, a przynajmniej może się stać nikczemne.
Otóż antysemityzm jest potwornie głupi, jest świadectwem skretynienia. Antysemici mają mózgi wielkości orzecha laskowego. Sprawdziłem to dziesiątki razy. Antysemita jest nie tylko antysemitą, ale również idiotą w zakresie banalnych spraw życiowych. Nie potrafi ugotować jajka na twardo, nie wie jak korzystać z książki telefonicznej, nie jest w stanie zliczyć własnych palców. Antysemita, nawet kiedy mówi o pogodzie, mówi niechlujnie, a jego uwagi są uwagami debila.
Pewna pani inżynier oznajmiła mi kiedyś, że dziewczynka, mieszkająca w sąsiedztwie jest niewątpliwie Żydówką. Skąd pani wie? – pytam. Poszła do pierwszej Komunii świętej w różowej sukience, odparła pani inżynier. No, i w porządku. Zgadza się. Żydowskie dziewczynki, jak wiadomo, komunikują się w kolorze różowym…
Nie jestem oczywiście przekonany, że pani inżynier byłaby skłonna przyłożyć rękę do krzywdy tej dziewczynki z sąsiedztwa, czy jakiegokolwiek Żyda na świecie. Pani inżynier nie jest zbrodniarką. Jest kretynką. Ale w pewnych okolicznościach, odpowiednio spreparowana, odpowiednio wytresowana, byłaby zdolna do każdej nikczemności. Ponieważ jej mózg zatrzymał się w rozwoju, a mózgiem wielkości orzecha można manipulować. W tym sensie uważam, że głupota jest kategorią moralną."
Magdusia przed Świętami napisała na swoim blogu:
Pomóżcie. Pierwszy raz karp będzie na mojej głowie. Zawsze miałam już pocięte dzwonki, które smażyłam. Czy jak kupię martwego karpia to muszę z surowego wyciągnąć większość ości i dopiero potem pokroić i smażyć czy tych ości tam z założenia jest niewiele?
Hmm… Dzwonek to jest "urządzenie sygnalizacyjne, zwykle elektryczne, składające się z metalowej czaszy i uderzającego w nią młoteczka", albo "roślina leśna lub ogrodowa o dużych, niebieskich kwiatach" (podaję za słownikiem PWN), a ryby kroimy w dzwonka, ale cóż… Skąd Magdusia ma to wiedzieć? A jajko na twardo umiesz, Magdusiu, ugotować?
Magdusia na swoim blogu zamieszcza starą kaszubską kolędę, która co prawda nie jest do końca poprawna teologicznie, ale wyraża miłość Kaszubów do Jezusa. Magdusia zaznacza, by koniecznie doczytać do końca, bo przecież tam jest najważniejszy fragment. W końcu zadedykowała ją Sorosowi, więc wiadomo o co jej chodzi. Zacytuję więc wstęp Magdusi i fragment kolędy, z jej zakończeniem:
Z dedykacją dla P. Mariana Sorosa i podziękowaniem za Jego niezwykle ważną działalność na blogu.
"(…) W tym dniu radosnym był tylko jeden smutek: Czemu to Pan Jezus nie urodził się pomiędzy nami? Wszędzie o tem śpiewano, ale najpiękniejsza była kolęda kaszubska:
[proszę – doczytajcie c a ł ą do końca :)))]
Gdybyś się w naszych Kaszubach rodził,
Nie tak się byś był Jezuniu głodził,
Na każde śniadanie, miałbyś przysmażanie.
Z masłem bułeczkę, wódki szklaneczkę.
U nas zwierzyna Jezu stołowa,
Byłaby dla Cię zawdy gotowa. […]
A tu w Betlejem żydzi boruchy
Wszystko w bachorów swych pchają brzuchy.
Tobieby kruszyny nie dali zwierzyny,
Choćbyś był z młody umarł z głodu.
Komentując tę kolędę Magdusia dodaje z rozbrajającą szczerością:
Tak, akapit z wódką jest rozczulający :)))
Mnie ta kolęda nie rozczuliła, zwłaszcza akapit z wódką. To jednak, rozumiem, jest rubaszny żart i na Kaszubach nowonarodzonym dzieciom wódki się nie podaje. Jest jednak poważniejszy problem ze słowami tej, skądinąd pięknej, kolędy.
Ja po prostu wiem, że nie mam prawa wpadać w takie samouwielbienie nad sobą, jak to robi Magdusia wraz z Kaszubami. Bo ja wiem, że Jezus przyszedł na świat po to, by umrzeć za moje grzechy. I wiem, że to ja zamykam Mu drzwi przed nosem każdego dnia, nie rozpoznając w Nim Boga. Dlatego uważam, że to nie "Żydzi" zamknęli przed Świętą Rodziną drzwi gospody. Zrobiłem to ja.
Gdy czytałem słowa tej pastorałki, przypomniała mi się tak nam wszystkim dobrze znana przypowieść o faryzeuszu i celniku.
Powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony. (Łk 18, 9-14)
Jest to jedna z piękniejszych przypowieści w Ewangelii, bo jest taka prawdziwa. Ona naprawdę odnosi się do każdego z nas. Tylko czy my to widzimy? Każdy z nas, mam wrażenie, a przynajmniej ja, bardzo często czuję się tak, jak faryzeusz. "Dzięki Ci, Boże, że nie jestem taki, jak… " Jednak zdaję sobie także sprawę, że muszę się stać taki jak celnik. Bo ja jestem celnikiem. Bo każdy z nas nim także jest. Wiem, że muszę walczyć z tym faryzeuszostwem zatruwającym mą duszę, bo to naprawdę jest trucizna.
Wszyscy ludzie dzielą się na dwie grupy. Na świętych, którzy wiedzą, że są grzesznikami i na grzeszników, którzy myślą, że są świętymi. Dlatego każdemu z nas jest potrzebna odrobina, a może nawet calkiem spora doza samokrytycyzmu. Gdy jej nie mamy, stajemy się faryzeuszami z przypowieści i wcale nie wiemy, że jesteśmy bardzo chorzy i że pilnie potrzebujemy lekarza.
Tu bowiem nie chodzi o to, czy Magdusia uważa mnie za głupiego, czy też nie. Ani mnie to nie grzeje, ani nie ziębi. Nie potrzebuję dowartościowania z jej strony, znam swoją wartość. Jednak problemem jest tu co innego. Mianowicie to, że niektóre osoby uważające się za chrześcijan tak łatwo osądzają innych i tak szybko stawiają się ponad nimi. Wystarczy, że ktoś ma odmienne poglądy, zaraz zostanie odpowiednio ustawiony, zaraz w komentarzach zaczynają się odpowiednie uwagi i zaraz wiemy, kto tu jest Dziewicą Orleańską, a kogo należy posłać do diabła.
Jeszcze parę dni temu nie miałem ani planów, ani intencji pisania o Marianie Sorosie, czy też o Magdusi. W pewnym sensie czuję się źle, że się na to zdecydowałem, choć oczywiście przyznaję, że zrobiłem to świadomie i z własnej woli. Tym bardziej czuję się źle, że to okres Świąt, gdzie wszyscy powinniśmy się starać jakoś razem współżyć. Jednak tolerancja jest mi uczuciem zupełnie nieznanym, a jedną z rzeczy których nie potrafię i nie chcę tolerować, jest głupota. Dlatego, że głupota jest, jak to zauważył Szczypiorski, kategorią moralną. Dlatego podjąłem decyzję opublikowania tej notki.
Wśród głosów zachwytu nad bredniami wypisywanymi przez Sorosa, takimi jak laurki Magdusi powinien, uważałem, znaleźć się także głos krytyczny. I choć wiem, że takie były w komentarzach, były także pod notką od której zaczęła się ta cała dyskusja, to wiem i to, że osobny wpis na blogu jest łatwiej dostrzegalny i będzie zauważony przez większą ilość czytelników.
Dlaczego jest to ważne?? Dlatego, że ktoś mógłby pomyśleć, że to, co Soros wypisuje ma jakąś wartość, albo wręcz że odzwierciedla naukę Kościoła. Tym bardziej, że on tam stara się wytworzyć jakiś wizerunek siebie jako niemalże mistyka, któremu sam Bóg zlecił misję rozpoznania i rozpracowania tych wszystkich Żydów, jacy są wszędzie wokół nas obecni w jakiejś wyimaginowanej "nadreprezentacji". I choć wiem, że jego paplanina spotyka się cały czas z krytyką ludzi normalnie myślących, to postanowiłem i ja wyrazić i swoje oburzenie. Taki był początek, który zaowocował ostatnimi dwoma notkami, czyli tą i poprzednią.
Jeżeli w swych notkach byłem zbyt sarkastyczny i uraziłem pana Sorosa i Magdusię, przepraszam. Wiem, byłem złośliwy i choć to słowa Magdusi i Sorosa były inspiracją do tych tekstów, nie usprawiedliwia mnie to zbytnio. Cóż, nie jestem jeszcze świętym Franciszkiem. Ale wiem też, że pisać trzeba tak, by ten, który to czyta nie zasnął przy drugim zdaniu. Zatem w tym przedostatnim już akapicie dodam tylko, że zapewniam o swych modlitwach za was, Marianie Soros i Magdusiu, prosząc o to samo. Obiecuję także, że zostawię Wasze blogi w spokoju, więc możecie już spać spokojnie.
To tyle co mam do powiedzenia na temat pana Sorosa i Magdusi. Reszta jest historią.
Odsłon: 2061 Komentarzy: 124
Sunday,26 December 2010,07:45
Kategoria: Ogólne Sunday, 26 December 2010, 07:45
Pan Marian Soros na swoim blogu postanowił zająć się moją osobą. Jego styl pisania jest kwiecisty, cechują go sarkazm, ironia i szyderstwo, więc wpisy ma interesujące w formie, ale gorzej u niego z treścią, a jeszcze gorzej z prawdą.
Ja także bywam, przyznaję, sarkastyczny i także zdarza mi się kpić i szydzić w swoich felietonikach, więc nie mam problemu z tymi cechami pisarstwa pana Sorosa, natomiast bardzo nie lubię uciekać się do przekłamań i fałszów w przedstawianiu stanowiska swego adwersarza I tu się różnimy z panem Sorosem.
Pan Soros zaczyna stwierdzeniem w którym półprawdy pomieszane są ze zwykłymi kłamstwami, mianowicie stwierdza, że:
Przyszło mi się zetrzeć z Piotrem Jaskiernią w dniu wigilii. Dowiedziałem się, że jestem nikim i nie zasługuję na miejsce w stajence z szyldem blogowisko Frondy.
Chodziło o komentarz, jaki zamieściłem pod jego notką. Co prawda zamieściłem go dzień przed wigilią, ale prawdą jest też, że z powodu różnicy czasu między Stanami, a Polską, ukazał się on o 2 rano z minutami. To jednak jest najmniej istotne. Ważniejsze jest to, co pan Soros napisał dalej. Po przeczytaniu jego słów powróciłem do moich komentarzy i nie znalazłem tam niczego, co by w jakikolwiek sposób sugerowało, że pan Soros jest „nikim” i że „nie zasługuje na miejsce w stajence z szyldem blokowisko Frondy”.
Najprościej oskarżyć kogoś o rzecz, której nie zrobił, nie napisał i nawet nie pomyślał. Wtedy mamy doskonały argument, bo jakże nasz adwersarz będzie się bronił? Jak ma ktoś odpowiedzieć na pytanie: „Od jak dawna pan bije swoją żonę?” gdy jej nie uderzył nigdy, a może nawet nigdy nie był żonaty? Ale dla pana Sorosa najwyraźniej nie liczą się fakty. Liczy się to, co on sobie w swojej głowie wyobraża.
Co prawda napisałem we wcześniejszym komentarzu na jego blogu, cytuję:
„Wyrazy współczucia dla autora. Jak dobry Bóg chce kogoś ukarać, odbiera mu rozum. Zdaje się, że i administratorom blogowiska na moment go odebrał.”
Ciągle nie widzę tu nigdzie stwierdzenia z mojej strony, że pan Soros jest nikim i nie widzę niczego, co by miało sugerować, że nie powinien pisać na Frondzie. Czym innym bowiem jest kwestia korzystania z gościnności Frondy, czym innym kwestia promowania pewnych wpisów. Do tego zresztą jeszcze wrócimy.
Pan Soros pisze dalej:
A rzecz wydaje mi się ważna tak w warstwie treści, jak i metody. Hiob (Piotr Jaskiernia) przemawia do mnie tonem wyższości salonu, dla którego jestem "pozbawionym rozumu paranoikiem". Ucieka się do utartej argumentacji ludzi przewyższających ogół: radykalizuje i przeinacza moje poglądy. Stawia je na tło dużo jaskrawsze, niż zamierzone.
Pan Soros, widzę, postanowił mnie skompromitować, zapewne dlatego, że mu brakuje merytorycznych argumentów. Pisze o „tonie wyższości salonu”, cokolwiek by to miało znaczyć i o uciekaniu się „do utartej argumentacji ludzi przewyższających ogół”. Bardzo zgrabnie to wyszło panu Sorosowi, tylko niewiele z tego zrozumiałem. Piękna forma, zero treści. Pan Soros także pisze, że „radykalizuję i przeinaczam jego poglądy”. Cóż, ja jedynie zacytowałem parę fragmentów notki pana Sorosa. Gdyby mi wskazał, gdzie je „radykalizowałem” i „przeinaczałem”, chętnie bym się jakoś z tego wytłumaczył. Niestety nie wiem znowu o czym pan Soros pisze.
Ścisłej mówiąc pan Soros napisał, że ja przemawiam do niego tonem wyższości salonu, dla którego jest on, pan Soros, „pozbawionym rozumu paranoikiem”. To znaczy, że… co? Że ja powiedziałem, że jest on „pozbawionym rozumu paranoikiem”, czy ten salon tak gdzieś powiedział? A jeżeli tak, to gdzie? Gdzie ja, albo gdzie salon? I co to jest ten salon?
Bo ja coś rzeczywiście wspominałem w swych komentarzach o tym, jak Bóg niektórych karze. Taka ogólna uwaga. Prawdę mówiąc skierowana do kogoś innego. Ale cóż. „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Jednak absolutnie nie miałem na myśli pana Sorosa. Jakże bym śmiał. On to zupełnie niepotrzebnie wziął do siebie. On jest tak mądry, że wręcz za mądry dla takiego prostaka jak ja. I pewnie dlatego nic nie mogę zrozumieć z jego pisaniny, którą, zapewne jedynie z powodu swego nieuctwa określiłem jako niezrozumiały bełkot.
Wróćmy może jeszcze do naszej wymiany zdań z panem Sorosem po moim pierwszym, częściowo tu cytowanym wpisie. Tym o Bogu odbierającym rozum. Pan Soros pouczył mnie, że „nie jestem doskonały” (dzięki, nie wiedziałem!) i że „muszę pracować nas tym aspektem swojego ja, które odpowiada na pełną akceptację bliźnich. Nie ich poglądów, ale czynności intelektualnych, które mieszczą się w granicach normy i są twoim równe.”
Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że „czynności intelektualne” pana Sorosa są równe moim. Ja nawet nie wiem za bardzo o czym pan Soros znowu mówi. Intelektualnie to ja mu ze swoimi czynnościami nie dorastam. Ale też chciałbym zauważyć, że ja dopiero teraz zajmuję się panem Sorosem. W tamtej wymianie zdań zajmowałem się tylko tym, co on napisał. Nie wiem więc z czego wyciągnął on wniosek, że nie akceptuję jego osoby, jako mojego bliźniego.
Dalej dowiedziałem się, że mój „cywilizowany dogmatyzm to intelektualna pycha i próżność” i że „urok światowego blogera blaknie przez ten głupiutki i króciutki odcinek refleksji nad mesjanizmem laickim, który dla Ciebie (to znaczy dla mnie, hiob) nie istnieje, jest przeklęty.”
Jeżeli dla mnie coś nie istnieje, to sens w tekstach pana Sorosa. Może i istnieje jakiś „mesjanizm laicki” i jakby go ktoś mi zdefiniował tak, że mógłbym zrozumieć, mógłbym się ewentualnie do niego jakoś odnieść. Gdybym znalazł na to czas i ochotę. Ja jednak naprawdę mam problem ze zrozumieniem tego, co pan Soros pisze, na przykład z tą częścią jego komentarza:
Nie znam powodów tego stanu rzeczy, ale kiedyś będziesz musiał zdać z tego sprawę przed Bogiem, Piotrze.
Czyli, według pana Sorosa, będę musiał odpowiedzieć przed Bogiem dlaczego nie robię tego, co pan Soros robi, czyli, o ile rozumiem, dlaczego nie ostrzegam wszystkich przed tym „laickim mesjanizmem”. Zatem, konkluduję, pan Soros uważa, że każdy powinien to robić, że to jest nasz obowiązek, wynikający z jakiegoś boskiego nakazu i jak tego nie będziemy robić, odpowiemy za to przed Bogiem.
I tu już zahaczamy o poważną sprawę. Pan Soros ukazuje nam się jako ktoś z misją od Boga, który musi tu coś propagować, czy przed czymś ostrzegać, bo gdyby tego nie robił, Bóg mógłby go pokarać. On sam pisze dalej:
„Moje sumienie podpowiada mi, że jest taka ogromna biała plama, którą trzeba nazwać, aby przynieść ulgę milionom ludzi, którzy cierpią z powodu presji mesjanizmu laickiego.
Nie deformujcie mojego sumienia.”
Mnie oblał zimny pot jak to przeczytałem. Misja przyniesienia ulgi milionom ludzi? Cierpiących z powodu mesjanizmu laickiego? Brr… Ja się nie bardzo boję samego mesjanizmu, bo jak już wspominałem, nie mam pojęcia co to jest, ale zupełnie serio zaczynam się bać pana Sorosa.
A co do mojego rozliczania się z Panem Bogiem, to niech już pan Soros o to się nie martwi. Z pewnością rozliczy On i mnie, i pana Sorosa i nie chciałbym się w tym momencie, w Dniu Sądu, zamienić z nim miejscami.
Dalej pan Soros pisze:
Dobrze że Fronda nie da się prześcignąć Michnikowi w tolerancji dla internautów. Ani Michnik, ani Fronda nie biorą odpowiedzialności za ich poglądy. Ale mają zobowiązania wobec wolności wypowiedzi i dyskusji. Z myślenia nie może wyniknąć zło, o ile szukamy prawdy. Ja jej poszukuję i jestem otwarty na prawe argumenty.
Znowu mam pewną trudność ze zrozumieniem tekstu. Pisze serio, czy kpi? Jakie zobowiązania ma Michnik i Fronda? I co to znaczy, że z myślenia nie może wyniknąć zło, o ile szukamy prawdy? Nie jestem też pewien jak pan Soros zdefiniowałby i myślenie i prawdę. Obawiam się, że tu moglibyśmy się nie do końca zgadzać. Jednak mimo przyjmuję za dobrą monetę oświadczenie pana Sorosa, że jest otwarty na „prawe argumenty” i że prawdy szuka. Mówiąc więc o prawdzie powróćmy do notki na jego blogu. Pisze on tam o mnie:
(Hiob) Nadaje wiarygodności kulturowej wszystkim tonom swojej wypowiedzi. Cytuje Wiktora Zborowskiego i Włodzimierza Wysockiego.
? Co to jest „nadawanie wiarygodności kulturowej wszystkim tonom wypowiedzi”? Wiktora Zborowskiego nie cytowałem, zamieściłem jedynie link do piosenki, którą śpiewał i słowa tej piosenki. Słowa, które napisał Wysocki. Ale, jak już zauważyliśmy, pan Soros dość dowolnie manipuluje faktami i takie drobiazgi nie są dla niego żadną przeszkodą. Gdy podąża za swoją myślą, a fakty się z nią nie zgadzają, zawsze je można troszkę nagiąć.
Pan Soros:
Sypie anegdotami króla szos. To ma się spodobać czytelnikom, a poniekąd zastąpić logikę wywodu, której wiele brakuje. Nadto jest autorytetem i pokazuje mi moje miejsce na blogowisku Frondy. Brzydzi go nie tylko mój antysemityzm, który z góry mi przypisuje. Oburza go nawet to, że się z takimi jak ja dyskutuje i zadaje. Dziwi się, że Redakcja Frondy ośmieliła się wrzucić mój wpis w poczytnym dziale "koniecznie przeczytaj", obok jego wpisu.
Znowu cały akapit, który jest opinią pana Sorosa, nie mającą pokrycia w faktach. Co do logiki moich wywodów, mam nadzieję, że pan Soros napisze mi, gdzie jej brakuje, a nie jedynie to, że posiada ona braki. Co do stwierdzenia, że oburza mnie to, że "się z takimi jak pan Soros dyskutuje", to jedyne, co mógłbym tu zauważyć, to brak logiki w jego słowach. Na jakiej bowiem podstawie można stwierdzić w świetle tego, że właśnie sobie od jakiegoś czasu dyskutujemy? Czy tylko ja tu widzę logiczną sprzeczność?
Co do mojego zdziwienia polityką Frondy w dziedzinie promowania wpisów blogerów, to akurat nie pierwszy raz się w tej sprawie wypowiadałem. Gdy pisałem tamte słowa, nie było żadnego mojego wpisu obok wpisu pana Sorosa, więc jego argument jest bez sensu. Prawdą jest, że mój wpis pojawił się później i prawdą jest, że uważam wszystkie moje wpisy za godne polecenia. Przypuszczam, że każdy z nas, blogerów, tak uważa. Każdy z nas myśli, że pisze coś ważnego, zabawnego, miłego, ciekawego i z pewnością godnego przeczytania.
Jednak obiektywnie są wpisy dobre i złe. Obiektywnie są takie, które pomagają i takie, które szkodzą. Ani ja, ani pan Soros nie jesteśmy w stanie spojrzeć na to w do końca obiektywny sposób. Każdy z nas patrzy przez pryzmat swoich przekonań, więc nasze spojrzenia są subiektywne. Nie zmienia to w niczym faktu, że ja jestem przekonany, że blog pana Sorosa jest, z ewangelizacyjnego punktu widzenia, szkodliwy. Jest też szkodliwy z paru innych punktów widzenia, ale to na razie zostawmy na boku.
Dlatego dziwię się, że jest promowany. Ja do końca nie rozumiem chyba czym Fronda chce być. Czy jest przede wszystkim „portalem poświęconym”, czy przede wszystkim politycznym, czy przede wszystkim otwartym forum dla każdego, kto ma ochotę głosić swoje poglądy i nie zależnie od tego jak bardzo są one chore, należy je promować w imię tolerancji i wolności słowa. I ta ostatnia uwaga niekoniecznie odnosi się do bloga Sorosa, mam na myśli ogólniejsze rozważania.
Wracając jednak do blogu Sorosa i do notki zainspirowane moją osobą, możemy tam przeczytać:
Czytając Piotra mogę się poczuć jak XIX – wieczny Żyd, do tego jeszcze trędowaty. Opinia Hioba o antysemitach ma w sobie coś z oskarżania o zatruwanie chrześcijańskich studni. Oskarżenia, które z góry zakłada, że jesteś…., że zatruwasz.
Znowu stwierdzenie tak enigmatyczne, że trudno się do niego ustosunkować. Opina pana Sorosa o mnie, bezpodstawna, więc i bez podania argumentów. Ale etykietka jakaś zostanie.
Soros:
Hiob przenosi w ten spór doświadczenia żony, która pracowała 30 lat u Ż(ż?)ydów. Też mam pozytywne doświadczenia z Żydami. Napotykam w życiu samych dobrych ludzi. Niewiele to jednak wnosi do dyskusji o nadreprezentacji.
Przede wszystkim nie pisałem nigdzie, że moja żona pracowała 30 lat u Żydów. Ale jak już zauważyliśmy, Soros albo nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo jest niechlujny, albo celowo kłamie. Napisałem:
Moja żona, 30 lat temu, gdy przyjechała do USA przed moim przyjazdem, pracowała jako pomoc do dzieci w żydowskiej rodzinie. Do dziś ich wspomina jak najmilej i zawsze podkreśla, że od żadnego rodaka nie otrzymała tyle serca co od tamtej rodziny.
Żona pracowała tam kilka miesięcy. Była w USA sama, w Chicago i zamieszkała w domu bogatych Amerykanów, którzy potrzebowali pomocy do swych córek w wieku szkolnym. Praca idealna dla młodej dziewczyny, która planowała zostać tam rok, czy dwa i wrócić do Polski. Jedzenie i spanie za darmo, można odkładać wszystkie pieniądze, a rodzina okazała się „rodziną”. Żona stała się starszą siostrą i przyjaciółką dziewczynek, a gdy ja wreszcie dostałem paszport i wyjechałem do Austrii prosząc o azyl polityczny, ludzie ci nie tylko zabrali ją do eleganckiego domu towarowego, by zaopatrzyć ją na drogę, ale kupili jej sami bilet na samolot do Wiednia, przypominając, że gdyby kiedykolwiek wróciła do Chicago, zawsze jest mile widzianym gościem w ich domu.
W późniejszych latach pracowała w stacji telewizyjnej NBC w Charlotte. Pewnie żydowskiej? Hmm… Nie wiem. W każdym razie jej pozwolili, a nawet zaufali, bo w nocy była jedyną osobą w stacji i "robiła co chciała". To znaczy robiła, co miała na grafiku, ale ciągle mogła zrobić co chciała. Przynajmniej raz. :-D Co ciekawe, nie mając jeszcze obywatelstwa, stacja musiała się postarać o specjalne zezwolenie dla niej, bo to było "strategicznie ważne miejsce".
Żona kontynuowała naukę na lokalnym uniwersytecie, (pan Soros z pewnością mógłby mnie uświadomić, czy nie był on nadmiernie kontrolowany przez Żydów) i po ukończeniu wydziału pielęgniarskiego poszła do pracy w szpitalu. Szpitale, wiadomo, głównie w rękach Żydów. Aż dziw, że już po roku została przełożoną zmianową na pięć oddziałów, mieszczących się w trzech różnych budynkach w największym zespole szpitali w naszym mieście. Pracuje tam do dziś, pracuje tam nawet teraz, gdy piszę te słowa. Ci Żydzi to są tacy cwani, że choć szpital zatrudnia w sumie 20 tysięcy osób, to po roku zaproponowano jej stanowisko, którego nie dostały pielęgniarki pracujące tam 30 lat. Niektóre z nich są nawet Żydówkami. Co za jawna niesprawiedliwość.
Soros:
Autor polemik z "antysemitą" sięgnął do arsenału jedynie mu dostępnego. W naukach społecznych określanego mianem mądrości potocznej, czyli nieweryfikowalnego. Innymi słowy bezużytecznego w ustaleniach obiektywnych. Hiob jest subiektywny. Wierzy w to co głosi, bo to przeżył. Ok. Ale nie musi być to prawda statystyczna.
Oczywiście istnieje prawda statystyczna. Ale istnieje też świadectwo. A ja bardziej wierzę w świadectwa, niż w niektóre statystyki, bo o ile prawdą jest, że jednymi i drugimi można manipulować, to ja wiem, że moje świadectwa są prawdziwe. Nie jestem natomiast pewien jakimi kryteriami kieruje się pan Soros gdy opowiada o tej potwornej "nadreprezentacji".
Mądrość potoczna? Podoba mi się to stwierdzenie. Ja tu cały czas chyba używam mądrości potocznej. Czy to jest synonim chłopskiego rozumu?
Pan Soros:
Podstaw logiki uczono mnie dwukrotnie. Kursów statystyki miałem trzy. Z pierwszego kursu wyniosłem wstręt do błędów indukcyjnych (rozumowań uprawdopodabniających). Kursy statystyczne przybliżyły mi sens związków statystycznych i normy statystycznej.
No, to tu mnie mój adwersarz pokonał. Ja nawet nie ukończyłem kursu dla kierowców ciężarówek. Uczyłem się zaocznie, w domu. Matura ledwo zdana, a studia? Wstyd się przyznać. Trzy razy zaczynane i kompletna sromota. Nawet pierwszy semestr nie zaliczony. Widzę, że to chyba za wysokie progi jak na takiego osła jak ja. Ja nawet nie rozumiem co pan Soros pisze. Ale się staram, więc zacytuję dalszy ciąg jego wypowiedzi:
Hiob rani się bronią, którą chce dobić mnie. Ma pewne doświadczenia z Żydami – dobre. I niedobre doświadczenia z antysemitami, których oczywiście utożsamia z każdym krytykiem dominacji żydowskiej. Swoje doświadczenia UOGÓLNIA na całą populację. Mało tego, jedne z doświadczeń przenosi na wszystkie inne, w tym sensie, że zastępuje je sobą. Jeżeli Żyd jest dobrym pracodawcą domowym, musi być niemal automatycznie uczciwym bankierem i wyzbytym żądzy władzy człowiekiem. Owemu doświadczeniu bloger nadaje sens statystyczny. Większość dobrych Żydów pracodawców = większość bankierów, którzy absolutnie nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys (Sic!).
Ale, panie Soros, gdzie ja to zrobiłem? Sam bym chciał to zobaczyć… Skoro tak robię, to nie powinienem mieć trudności ze znalezieniem tego, a za cholerę mi się nie udaje. Wracam do moich poprzednich uwag, czytam je po raz kolejny i nic. Ktoś z nas tu zatem mija się z prawdą. A może to pan Soros nie jest w stanie zrozumieć co ja piszę?
Żeby więc ułatwić panu Sorosowi zadanie, wyjaśnię powoli, krok za kroczkiem: Ja tylko podałem przykłady z mojego życia, pokazujące, że ci Żydzi, których spotkałem, nie byli „polakożercami”. Nie przenoszę tego na nic, bo ja chorobliwie nie lubię uogólnień. Nie lubię stwierdzeń, że Polacy są brudasami, Irlandczycy to pijacy, Rosjanie kradną, a Włosi klepią po … plecach turystki. Mam z uogólnianiem problem. Nie mam natomiast problemu z krytyką kogokolwiek, kogo należy skrytykować, jeżeli krytykujemy konkretną osobę. Niezależnie od tego, czy jest Polakiem, Żydem, czy Marsjaninem. Mam problem z tym, co Pan, panie Soros, robi na swoim blogu.
Nigdzie nie sugerowałem nawet tego, co pan mi insynuuje, że „Większość dobrych Żydów pracodawców = większość bankierów, którzy absolutnie nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys” To siedzi tylko w Pana głowie. Ja się nie zajmowałem „większością”. To Pan się nią zajmował. I zupełnie inne poglądy mam na temat przyczyn kryzysu, jeżeli myśli pan o aktualnym kryzysie gospodarczym, ale zostawmy to na boku. Ja nie zajmuję się bowiem w ogóle pisaniem o polityce i gospodarce.
Dalej pan Soros pisze:
Mądrość ludowa uwielbia powiastki i anegdoty – inaczej niż statystyka. Piotrek, ma ich w zanadrzu wiele, tych filosemickich z morałem.
Nie jestem dla Pana, panie Soros „Piotrkiem”. To pierwsze. Zatem bardzo bym prosił, by się Pan zwracał do mnie, lub pisał o mnie jako o „hiobie”, bo takiego nicka tu używam, albo trzymał się mojego imienia i nazwiska w takim brzmieniu, jak je mam wpisane w paszporcie. Piotrkiem to ja jestem dla moich rodziców, krewnych i przyjaciół. Z góry dziękuję.
Nie wiem też skąd Panu się wzięło te „wiele powiastek i anegdotek”. Była jedna, więcej nie mam, więc znowu, proszę, trzymajmy się faktów. Opowiastka zresztą całkowicie prawdziwa.
Dalej pan Soros wytacza grube działa:
Poziom infantylizacji targetu propagandowego jest tu głęboki. Anegdota rodem z moralizatorskich opowiastek z czasów Bieruta. Przyprawia duże wilcze kły gryzącym Żydów i lud pracujący imperialistom. Ale gorsze jest kolejne nieuczciwe porównanie – danych o nadreprezentacji Żydów do statystyki ustawianej pod antysemicką tezę.
Czy ktoś mi może to wytłumaczyć? Jakie kły? Jakie porównanie? I co to jest ta „nadreprezentacja”?
Soros:
Moje dane o nadreprezentacji pochodzą z pewnych źródeł, bo … żydowskich. Regularnie czytuję Haaretz, Jerusalem Post i aktualizowaną encyklopedię Judaica. – Zapewniam: nigdy nie wyciągałem wniosków przez zapoznaniem się ze statystykami. 70% dziennikarzy żydowskiego pochodzenia w mediach amerykańskich, 60% bankierów to dane stamtąd. "Nagromadzenie treści negatywnych o Żydach na moim blogu oprócz postawionych wyżej racji, jest uzasadnione obawami przed ich nadreprezentacją, która przyjmuje postać bezprecedensowego sprawowania władzy nad nie – żydami." – wyjaśniałem.
Regularnie to ja czytuję tylko Biblię. Czegoś takiego jak Haaretz, Jeruzalem Post i encyklopedii Judaica pewnie nie widziałem na oczy. A to, czy w mediach amerykańskich jest 70% dziennikarzy żydowskiego pochodzenia, czy jest to 7%, czy jeszcze mniej ani mnie grzeje, ani ziębi. Nie oglądam ich, bo trują, niezależnie od pochodzenia, a ja dbam o swoje zdrowie. Także psychiczne. Poza tym, nawet jak tak jest i nawet jak to jest szkodliwe, to co? Mamy do nich strzelać? Zmusić ich ustawowo do zmiany kariery? Nie bardzo rozumiem.
Soros pisze:
Nie chce mi się wierzyć, że cały dorobek wpływu społecznego można tak jednym zdaniem unicestwić. Takie zjawiska jak infantylizacja elektoratu, dostępność informacji albo efekt sondaży nie istniałby w układzie, w którym politycy nie narzucają się nam lub nie są selekcjonowani przez media.
Jeśli zło manipulacji społeczeństwami nie istnieje to właściwie nie ma się czemu przeciwstawiać. Nie ma, co ze złem walczyć. Jednak prawda, jako efekt lobbingu istnieje. Istnieje oficjalne lobby żydowskie. A zło forsowania rozwiązań wbrew przekonaniom społecznym, w które w różnym stopniu uwikłani są Żydzi jest powszechne.
Załóżmy więc, że pan Soros ma rację. Bo on częściowo ma. Ja bym jedynie nie ujmował tego w kategoriach Żydzi-goje, ale w kategoriach osoby o poglądach lewacko-liberalnych – ludzie normalni. I wtedy się zgodzę. Mamy rzeczywiście "nadreprezentację" w mediach i w całym społeczeństwie tych pierwszych i w pewnym momencie otrzymujemy „samograj”. Perpetuum mobile. Wybiera się większością głosów, więc liberalne społeczeństwo ma takich reprezentantów, jakich chcieli, i takie media, jakie im pasują, a człowiek normalny, do których zwykłem zaliczać siebie, zgrzyta z niemocy zębami.
Jednak to, co robi pan Soros jest szkodliwe, bo on sobie znalazł nie tego wroga, którego trzeba zwalczać. I do tego stosuje zupełnie nieskuteczną broń. Tymczasem rozwiązanie jest bardzo proste, skuteczne i znajduje się zupełnie gdzie indziej niż pan Soros spogląda. Wymaga też czasu. Tym rozwiązaniem jest to, o czym piszę tu od lat: Nawrócenie serc.
Soros:
Nie wiem w jakich okolicznościach Piotrek tak doskonale nauczył się technik salonu, ale następna zagrywka, z palety "nie fair play" świadczy, że uczniem był pojętnym.
Dobrze, że nie „Piotruś”. I też nie wiem, a do tego nie wiem nawet, co to są „techniki salonu”. Ale jeżeli zaczynam rozumieć co pan Soros ma na myśli, to ze zdumieniem odkrywam, że to on jest tu mistrzem, manipulując, przekręcając moje wypowiedzi i insynuując mi przekonania zupełnie mi obce.
Pisze on dalej, cytując mnie:
(hiob:) "W Necie wyczytałem, że Żydem jest Kwaśniewski, Wałęsa, Kaczyński, Komorowski, Bielecki, Balcerowicz, Mazowiecki, Korwin-Mikke, Oleksy, Suchocka… nie wiem, czy wymieniać dalej. Po prostu wszyscy. Nawet ja. Chyba tylko Jaruzelski jest gojem."
Nigdy nie twierdziłem, że Żydem jest Jan Paweł, Oleksy czy Wałęsa. Lecz w sąsiedztwie tej wyliczanki powołanie się na żydowskie pochodzenie Anny Komorowskiej będzie niewiarygodne. Jeśli o utratę wiarygodności faktów chodzi takim filosemitom jak Hiob to powiem szczerze: jest to zaplanowana manipulacja faktami.
Nigdy nie twierdziłem, że pan Soros twierdził, że Oleksy, czy Wałęsa, czy Jan Paweł (kto to jest Jan Paweł?) są Żydami. Ja tylko chciałem pokazać z jaką paranoją mamy do czynienia. Setki stron w Necie z nazwiskami tych, którzy nie są "prawdziwymi Polakami". I jeżeli ktoś tu manipuluje faktami, to z pewnością nie jestem to ja. Ja jedynie mogę podać źródło, z którego wyczytałem te bzdury. Stron w Necie, które informują, że te osoby są Żydami, jest wiele. Jedna z nich np. TUTAJ.
Brednie? Ja to sam wiem najlepiej, bo na tamtej liście figuruję jako „Aksman”. No, może nie ja osobiście, tylko Jerzy Jaskiernia, ale jeżeli mój brat stryjeczny nosi takie "prawdziwe" nazwisko, to muszę je mieć i ja. Tak to zwykle wśród stryjecznych braci bywa. I dziwi się pan, że uważam to za paranoję? A może i pan jest przekonany, że coś w tym musi być?
Pisze pan, że "w sąsiedztwie tej wyliczanki powoływanie się na żydowskie pochodzenie Anny Komorowskiej będzie niewiarygodne". A może ono jest niewiarygodne? Co więcej, może to jest bez znaczenia? Dlaczego mamy śledzić pochodzenie innych ludzi i oceniać ich po ich etnicznych korzeniach? Dla mnie jest to obrzydliwe. Co dalej? Nakażemy im przyszywać gwiazdę Dawida?
W komentarzach pod starą notką zacytowałem Sorosa:
(Soros:) "Teza, że nie można Żydów obciążać odpowiedzialnością – jakąkolwiek – "bo są różni Żydzi, dobrzy i źli" jest fałszywa – pisałem. Żydzi chętnie obciążają cale narody, nawet przy znikomej i symbolicznej reprezentacji."
I odpowiedziałem:
-Oczywisty nonsens. Równie dobrze można by powiedzieć, że wolno nam mordować Niemców i Rosjan, bo oni chętnie mordowali całe narody.
Soros komentuje mój komentarz:
Rozumiem, że Hiob sugeruje mi uciekanie się do warunkowana przeprosin. A zło jest złem i wymaga napiętnowania niezależnie od tego czy druga strona odwzajemnia nam się. Jest to oczywiste również dla mnie, krytyka Żydów, czy, jak chce Piotr, antysemity.
Nie, ja nie sugeruję niczego. Ja po prostu wykazuję jedynie bezsens „logiki” Sorosa. Dla mnie jest to w ogóle nie istniejący problem. Ja się nie budzę z myślą o Żydach, nie zasypiam z myślą o Żydach i zwykle przez całe tygodnie w ogóle nie myślę o Żydach. A jeżeli już, to myślę o nich w kontekście studiów biblijnych.
Zgadzam się, że zło trzeba piętnować, ale dla mnie wcale to nie jest synonimem zaglądania każdemu do spodni. Zatem jeżeli ktoś popełnił zło, czy zbrodnię, trzeba go ukarać, wsadzić do więzienia, a gdy to już postać historyczna, dać w podręcznikach świadectwo prawdzie, niezależnie od tego, czy jest on Polakiem, Rosjaninem, Niemcem, czy Żydem. Natomiast nie rozumiem jaki sens i cel ma spędzanie swego życia na poszukiwaniu, demaskowaniu Żydów, których, najwyraźniej, mamy wszędzie w nadmiarze.
Soros:
Jeżeli Żydzi by nas mordowali mamy prawo się bronić, ale nie mścić. Jeżeli Żydzi wymagają od nas odpowiedzialności za Jedwabne, mamy prawo oczekiwać od nich przeprosin za ostrzeliwanie polskich wiosek w ramach ogólnej zasady wzajemności, choć wcale nie oznacza to zwolnienia się z odpowiedzialności za zło popełnione przez nas. Zasada wzajemności nie może być zaniechana z takiego powodu, że w konkretnej sytuacji ważne jest tylko oczekiwanie jednej strony. Hiob albo chciałby jej zaniechać – jak rozumiem. Albo ją na tyle osłabić, że przestałaby obowiązywać. Lub też w najlepszym razie uważa ją za wtórną wobec przeprosin.
Znowu pan Soros wie lepiej niż ja co ja myślę. I znowu insynuuje mi coś, o czym ani nie myślałem, ani w ogóle mnie to nigdy nie zajmowało. Nigdy nic nie pisałem o żadnych „ramach ogólnej zasady wzajemności”. Uważam, jak mnie tego nauczyli choćby polscy biskupi przepraszając Niemców, że przepraszać trzeba za siebie, a wybaczać innym niezależnie od tego, czy oni o to proszą, czy nie. Nienawiść rani i zatruwa tylko tych, którzy nienawidzą. Nie ma natomiast żadnej mocy nad tym, który kocha nawet swego wroga.
Soros:
Nie warunkuję przeprosin zasadą wzajemności. W zwykłych okolicznościach. Polacy przepraszali dziesiątki i setki razy nie usłyszawszy oficjalnych przeprosin pod swoim adresem. Ale uważam, że przy tak złej woli drugiej strony kontynuowanie oficjalnych i państwowych rytuałów obciążających jednego partnera dialogu staje się demoralizujące.
Czyli znowu: Nie warunkuję, ale stawiam warunek. Czyli jestem za, a nawet przeciw. Napiszę tak, by polemika była niemożliwa, bo przecież uważam, że musimy się kierować zasadą wzajemności, ale nie zawsze, tylko tam, gdzie to jest konieczne, a gdzie jest konieczne, ja wam wszystkim podpowiem. Logika pana Sorosa po trzech kursach. .
To tyle moich uwag do samej notki pana Sorosa, ale oprócz niej są także komentarze. Bardzo dużo komentarzy. Zobaczmy niektóre z nich.
Ethelred napisał:
Myślę, że to starcie między Panami wynika bardziej z wzajemnego niezrozumienia, niejasności wypowiedzi i podejrzeń o złą wolę niż z nieuczciwej argumentacji swoich poglądów czy uciekania od prawdy. Mam nadzieję, że wszystko zakończy się pokojowo – wszystkiego dobrego w te Święta! :-)
Dziękuję. I ja mam taką nadzieję, choć nie jestem zbytnim optymistą. Uwagę Ethelreda Soros skomentował tak:
Hiob reprezentuje najgorszy z możliwych wariantów poprawności politycznej. Posiłkowany teologią dialogu judeo-chrześcijańskiego. To nurt, który wypacza katolicki punkt widzenia i zaciera różnice wewnątrz chrześcijańskie. Dla niego kwestia wybraństwa Żydów i ich wyjątkowości jest zamknięta. To fanatycy.
Nie wiem kto tutaj jest fanatykiem i nie wiem na jakiej podstawie Soros tak twierdzi o mnie. Jedno jest pewne: Stara się on tu wykazać jak najwięcej złej woli. Bardzo chciałbym usłyszeć choć jeden argument na moje rzekome posiłkowanie się „teologią dialogu Judeo-chrześcijańskiego”. Nie wiem też, co Soros chce zasugerować, pisząc, że dla mnie „kwestia wybraństwa Żydów i ich wyjątkowości jest zamknięta.” Pan Soros po prostu kreśli jakiś wizerunek mojej osoby, który sobie w swej głowie ułożył, a następnie określa mnie fanatykiem. Pewnie ten wizerunek jest fanatyczny, nie wiem. Nie potrafię czytać myśli pana Sorosa. Szkoda jednak, że nie ma on nic wspólnego z moją osobą.
Następnie Soros dodaje:
Vide dyskusja z księdzem Chrostowskim.
Moja krytyka wykładu księdza profesora jest, mam wrażenie, bardzo dobrze uzasadniona. Księdza profesora cenię, czytałem inne jego artykuły, słuchałem jego wykładów i tym bardziej zdziwił mnie tamten wykład. A ponieważ zawsze się staram oceniać merytorycznie, to skrytykowałem to i tylko to, co mi się wykładzie Chrostowskiego nie podobało. Jeżeli pan Soros nie zgadza się z tą krytyką, zapraszam do merytorycznej dyskusji. Konkretnie. Bo jak na razie to widzę tutaj kierowane pod moim adresem jedynie kolejne inwektywy, a konkretów nie ma wcale. Bo i skąd by się miały wziąć?
Pan Soros:
czym w takim razie są przeprosiny za Jedwabne, jak nie odpowiedzialnością zbiorową, o ile nie narodową?
Odpowiedzialność może jest potrzebna, bo ja nie uchylam się za Jedwabne.
Ale wzajemna i nie zradykalizowana o żądanie śmierci – nie karna, ale moralna odpowiedzialność.
Mylimy poziomy odpowiedzialności i rozmaici intryganci łowią ryby w mętnej wodzie.
Tak zrobił Hiob – utożsamił odpowiedzialność moralną (mordowali nas, niech przeproszą) z karną (zbijają nas, my zabijamy ich).
W moralnej odpowiedzialności rzeczą przyjętą jest wzięcie odpowiedzialności za jednostkę. W karnej nie. Choć Izraelczycy i z karnej korzystają.
Przepraszam, ale gdzie ja znowu tak zrobiłem? Co mi tu znowu pan Soros insynuuje? Przypomnę ten fragment:
Cytuję Sorosa: "Teza, że nie można Żydów obciążać odpowiedzialnością – jakąkolwiek – "bo są różni Żydzi, dobrzy i źli" jest fałszywa – pisałem. Żydzi chętnie obciążają cale narody, nawet przy znikomej i symbolicznej reprezentacji."
I odpowiedziałem:
-Oczywisty nonsens. Równie dobrze można by powiedzieć, że wolno nam mordować Niemców i Rosjan, bo oni chętnie mordowali całe narody.
Zatem porównuję tu jabłka do jabłek, pomarańcze do pomarańczy. Jeżeli, według Sorosa, wolno nam obciążać jakąkolwiek odpowiedzialnością Żydów dlatego, że oni obciążają całe narody, to dlaczego nie wolno nam mordować Niemców i Rosjan? Bo co? Bo za to by nas zamknęli w więzieniach? Na jakiej podstawie mam się zgodzić z jego tezą? Gdzie to jest przyjęte w moralnej odpowiedzialności branie tej odpowiedzialności za jednostkę?
GłosRozsądku napisał: „Wspaniały wpis, a judeokatolicyzm to zatrute ziarno, wykwit chorych umysłów opętanych ludzi. Powinien być pan dumny ze swoich poglądów, dziś bycie antysemitą nobilituje” i pozostawię to bez komentarza. Tym bardziej, że nie wiem co to jest „judeokatolicyzm”.
Dalej GłosRozsądku pisze: „Klarcie, Hioby itp. powinni stulić .. buzie, bo inaczej występują tu jako piąta kolumna skłócająca Polaków. Nie wiem czy robią to ze zwykłej glupoty, występując jako użyteczni idioci w rękach bandytów, których nikt i nic nie zmieni, nawet Bóg, czy ktoś im zleca pisanie takich bredni obcych poglądom Polaków.” To także pozostawię bez komentarza. GłosRozsądku sam się wystarczająco kompromituje.
Soros:
Nie ma problemu żydowskiego. Żydzi chcieliby żeby był problem żydowski, bo wtedy mogliby walczyć z antysemityzmem, a nie z wysuwanymi pod ich adresem zarzutami.
Jest problem nadreprezentacji, alko współczesnym genderem mówiąc parytetów etnicznych lub przewagi jednych nacji nad drugimi, czyli
NIESPRAWIEDLIWOŚĆ
Niektórym się myli sprawiedliwość z równością. Jak będzie po równo, to będzie sprawiedliwie. Ale w takim razie, jeżeli przyjmiemy, że pan Soros ma rację, to co? Wszędzie po równo? W parlamencie po 50%, panie i panowie. Nic, że nie ma ochoty taka jedna z drugą, siłą brać. W szkołach teatralnych – połowa z talentem, połowa bez. Nie możemy mieć nareprezentacji utalentowanych aktorów. Do zarządów – połowa po studiach, połowa bez. Czemu mnie dyskryminuję i muszę zarabiać na chleb jeżdżąc ciężarówką? Czy ja jestem głupszy… Ups, przepraszam, a co tu ma mądrość do rzeczy. Ma być po równo. I każdemu dać po dwa tysiące brutto. Bo niektórzy mają naderpezentację pieniędzy w portfelach, a inni mają tam pustki. Ma być sprawiedliwie, niech będzie sprawiedliwie.
Soros:
Moim zdaniem w pewnych granicach parytety są konieczne. Wszystko zależy od okoliczności i parytetowanej grupy.
Jeśli chodzi o parytety płciowe, to są one narzucane wg. Klucza b. pokręconej ideologii genderu, która nie uwzględnia różnic płciowych.
Parytety etniczne są bezdyksusyjne, bo nie ma dowodów na to, że rodzimy się zróżnicowani intelektualnie.
Problem jest naprawdę złożony. Bo finanse i komunikacja społeczna są ściśle związane z transparentnością. Jak sobie wyobrażasz relację z konfliktu palestyńsko-izraelskiego skoro w mediach zasiadają Żydzi. Gdybym był Polakiem też moje serce brałoby stronę Polaków.
Aha, to teraz rozumiem. Po równo tylko według pochodzenia. Ale jak to pan Soros będzie sprawdzał czystość etniczną? Według jakich kryteriów? Czy ja jestem, czy nie jestem Żydem? Badania DNA? Sprawdzanie kształtu nosa? Zaglądanie do spodni? Pan Soros pisze dużo o amerykańskich bankach, ale problem z USA jest taki, że tu akurat wszystkim strzyka to, czy ktoś jest, czy nie jest Żydem. To chyba tylko w Polsce jest możliwe powiedzenie komuś „ty żydzie”, czy napisanie o kimś, że jest Żydem, by go w jakiś sposób obrazić, lub obrzydzić społeczeństwu. Tutaj żaden numer z nadreprezentacją by nie przeszedł.
Banki są prywatne, więc niby jak mielibyśmy kontrolować reprezentacje narodów w nich pracujących? A tym bardziej kontrolować ich właścicieli? Upaństwowić i oddać Polakom? A media… Także prywatne. Więc co? Zakazać pisać? Zakazać wydawać? Panie Soros, jakieś praktyczne uwagi? Bo na razie mi się to wszystko widzi co pan pisze o "nadreprezentacji" jako wielki stek bzdur.
Jeżeli natomiast chodzi o konflikt izraelsko-arabski, to akurat amerykańscy Żydzi mają tu najmniej wspólnego z tym wszystkim. Na politykę proizraelską największy wpływ w Stanach ma lobby fundamentalistów chrześcijańskich. Ewangelicy, których jest tu 80 milionów i którzy potrafią się bardzo szybko i bardzo dobrze zorganizować. Żydzi? Z nimi nie liczy się nikt. Są tak zlaicyzowani i tak mało się interesują polityką, a do tego są nieliczni i tak naprawdę mają jakikolwiek wpływ na politykę jedynie w NY i na Florydzie. Mówię teraz o wyborcach, nie o poszczególnych osobach.
Co więcej, jak pokazały ostatnie wybory prezydenckie, oni i tak zawsze będą głosować na demokratów. Niezależnie od tego, jakie on głosi poglądy. Nawet, gdy kandydat nazywa się Barack Hussein Obama, gdy jego ojciec jest muzułmaninem, a jego propalestyńskie sympatie z lat młodości są powszechnie nznane. I tak w ostatnich wyborach 78% amerykańskich Żydów na niego głosowało. Co innego ewangelicy. Oni wierzą, a przynajmniej wielu z nich, że dopóki nie odbuduje się Świątyni w Jerozolimie, to Pan Jezus nie będzie mógł powrócić na ziemię. Zatem dla nich jest to kwestia wypełnienia się Pism. Oczywiście mylą się, niczego nie rozumiejąc, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie oni kontrolują politykę bliskowschodnią USA.
Soros:
Czy fakt, że Żydów jest w mediach 70% wynika z ich zdolności. Tak jakby nie było równie zdolnych Azjatów albo Greków. Raczej nie. To celowa polityka właścicielska, po części zrozumiała. Gdybym był Polakiem i miał gazetę to chętniej bym zatrudniał Polaków. Tak myślę. Tylko od pewnego momentu ta sytuacja staje się niebezpieczna.
A może: „Gdybym był Polakiem, założyłbym gazetę”? Najprościej ukryć swoje nieudactwo oskarżając innych, najlepiej Żydów, o to, że nie pozwalają, przeszkadzają, rzucają kłody pod nogi. Ale świat można zmienić. Zależy to tylko od nas.
Niedawno przeczytałem gdzieś zabawny żart. Ktoś pyta starego rabina: „Jak to się dzieje, że w waszym narodzie sami tacy sprytni, zdolni, mądrzy, a w innych narodach to różnie bywa?” –„To proste! –odpowiedział rabin. –Jak nam się rodzi głupsze dziecko, to je chrzcimy.”
Żydzi nie są nadludźmi i nie rządzą światem. Niezależnie od tego, co pan Soros sobie ubzdurał. I im dłużej i im więcej będzie przekonywał innych o swojej paranoi, tym więcej zrobi szkody. Przekonywać trzeba raczej do tego, by każde dziecko brało los w swoje ręce i zmieniało świat. Jak wspomniany wyżej Obama, który „po ludzku” nie miał szans. Rozbita rodzina, mulat, a zatem odrzucany i przez Murzynów i przez białych, do tego wcale nie takie pewne, czy nawet urodzony w USA, co powinno zamknąć mu drogę do Białego Domu. Tak jednak się nie stało.
Inny Murzyn, bardzo ciekawa postać, Clarence Thomas. Murzyn z Georgii, który mieszkał jako małe dziecko w domu, czy raczej szopie z klepiskiem zamiast podłogi, nie umiejący nawet mówić poprawnie po angielsku, bo tam Murzyni mówili w „Gullah”, kreolskim dialektem charakterystycznym dla tej ubogiej grupy ludności. Gdy miał dwa lata, ojciec opuścił ich rodzinę, a mimo to, wspomagany przez dziadków, po latach ukończył Yale University i został sędzią Sądu Najwyższego USA. I jakoś Żydzi mu nie przeszkadzali. Żydzi nie przeszkadzali, ale pomogli mu katolicy, bo sędzia Thomas jest katolikiem.
I mówiąc o katolikach, nadreprezentacji i Sądzie Najwyższym, to i o tym słów kilka. Bo przecież i tu Żydzi mają nadreprezentację. Stanowiąc zaledwie 1,5% populacji (choć według kryteriów Sorosa pewnie więcej, bo by mu się statystyki nie zgadzały) zajmuję trzy z dziewięciu miejsca w Sądzie, czyli 33%. Ale katolicy są tu lepsi, bo mają tych miejsc sześć, czyli wszystkie pozostałe, mimo, że tylko jedna czwarta społeczeństwa amerykańskiego to katolicy. Wiem, wiem, procentowo "lepsi" nie są, ale też nie mam pojęcia na ilu wycenia pan Soros Żydów w Ameryce. On czyta źródła, z pewnością to wie.
Więc co mamy zrobić z tymi katolikami i Żydami w Sądzie? Wywalić ich? Poszukać jakiś protestantów, którzy są większością amerykańskiego społeczeństwa i odstąpić im co najmniej pięć miejsc? W końcu przez wiele lat to tylko oni byli tam sędziami. Przez pierwsze 180 lat mieli niemal monopol. Sporadycznie, dwukrotnie, w 1836 i 1898 wybrano pojedynczych katolików, ale poza nimi do 20 wieku wszyscy byli WASP-ami, oczywiście płci męskiej.
Pierwszy Żyd to rok 1916, pierwszy Murzyn to 1967, pierwsza kobieta to 1981 rok. W całej historii Sądu było 35 członków kościoła episkopalnego (anglikańskiego), 19 prezbiterian, dziesięciu unitarian, pięciu metodystów, i trzech baptystów, a dziś żadnego? Co na to episkopalianie, którzy zresztą śmieją się z tego, że banki są w żydowskich rękach. To oni mają amerykańskie banki.
Jawna niesprawiedliwość. Trzeba wywalić co najmniej dwóch Żydów i z czterech katolików i przyjąć sześciu protestantów, będzie tak, że się spodoba panu Sorosowi. Tylko… Tylko, że tak naprawdę w dzisiejszym Sądzie jest tylko czterech sprawiedliwych. Tylko czterech, którzy walczą o życie nienarodzonych dzieci. Wszyscy katolicy. Więc ja to ich byśmy wywalili, to nie ma już nadziej dla USA. Więc może czasem nadreprezentacja nie jest taka zła?
Ja jednak nie piszę o aborcji, ja piszę o głupocie tych, którzy pod każdym kamieniem widzą Żyda. A przykład Sądu Najwyższego podałem jako przykład tego, że wszystko się zmienia. I gdy będziemy mieć najlepszych sędziów, najlepszych prawników, najlepszych lekarzy, najlepszych bankierów i najlepszych wydawców i dziennikarzy, piszących w najlepszych i naszych gazetach, to wtedy my będziemy mieć i nadreprezentację i rząd dusz i zwycięstwa we wszystkich wyborach. Ale to możemy zdobyć tylko pracą od podstaw, a nie bredzeniem o Żydach, którzy są wszędzie, rządzą światem i nie pozwalają nam na nic. Poza, rzecz jasna, pisaniem o tym na blogach.
Odsłon: 1705 Komentarzy: 116
Friday,24 December 2010,05:13
Kategoria: Wiadomości Friday, 24 December 2010, 05:13
Potrawy wigilijne tradycyjnie powtarza się co roku, więc i ten przepis warto przypomnieć. Przepis jest bardzo trudny, ale jak się już raz spróbuje, to potem za każdym razem wychodzi lepiej:
PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA.
Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności.
Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku – przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.
Odsłon: 939 Komentarzy: 18
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Wednesday, 21 December 2011
Tuesday, 17 January 2012
Friday, 17 February 2012
Thursday, 24 November 2011
Monday, 19 December 2011
