Tuesday,05 April 2011,06:55
Kategoria: Kościół Tuesday, 05 April 2011, 06:55
Pisałem już parokrotnie o naszej Wspólnocie Marto. Kilka razy zapytały mnie różne osoby o to, czy mamy jakiegoś kierownika duchowego. Początkowo nie mieliśmy, potem podałem, że już mamy, teraz chciałbym to ponownie skorygować. Bo niby mamy, a nie mamy. Dlaczego? Bo niby jesteśmy wspólnotą, ale nie jesteśmy. Dlaczego? Bo niby…
Bo niby co? Jak to jest z naszym katolicyzmem? Czy pewne radio jest "katolickim głosem w każdym domu", czy tylko rozgłośnią propagującą pewną polityczną opcję? A jak jest katolickim głosem, to dlaczego? Bo założona przez księdza? A co z księżmi, którzy nie głoszą tego, co naucza Kościół? Czy oni są katolickim głosem? A co z poświęconym portalem? Czy poświęcony, to już katolicki, czy niekoniecznie? I kto o tym decyduje? A tygodniki katolickie? Niedziela? Gość Niedzielny? A Tygodnik Powszechny? Powszechny to niby znaczy katolicki, ale czy także Katolicki?
Ks. Tomasz Seweryn, z którym rozmawiałem powiedział, że może być kierownikiem duchowym każdego z nas, natomiast nie może być kierownikiem duchowym naszej wspólnoty, która jeszcze formalnie nie jest katolicka. Wyjaśniam w ten sposób nieścisłość, którą podałem wcześniej. Bardzo cenię sobie opinię księdza Tomasza i rozumiem jego stanowisko. Jestem mu także wdzięczny, że wyraża zgodę na nieformalną opiekę nad nami. Ale chciałem wyjaśnić, że nie należy go utożsamiać z naszą Wspólnotą, czy uważać za formalnego jej członka, czy kierownika. Piszę o tym, bo moja poprzednia informacja mogła zasugerować, że jest inaczej.
Ks. Tomasz Seweryn jest kapłanem archidiecezji katowickiej, wieloletnim duszpasterzem, nauczycielem dyplomowanym z dwudziestoletnim stażem, wykładowcą akademickim na Uniwersytecie Papieskim im. Jana Pawła II w Krakowie, rekolekcjonistą. Autor licznych artykułów publikacji z teologii życia duchowego. Zajmuje się duchowością laikatu, medytacją, kontemplacją, prowadzi msze o uzdrowienie duszy i ciała. Aktualnie przebywa w Portland, w stanie Oregon. Jego strona internetowa: http://www.ks.seweryn.com.pl/
Jednak co to znaczy być "formalnym katolikiem"? Co znaczy, że jakaś wspólnota formalnie należy do Kościoła? Ksiądz Tomasz podesłał mi dziś bardzo ciekawy fragment tekstu opublikowanego w Watykanie. Zacytuję go tutaj:
- Kościół katolicki potrzebuje aktywnych członków, którzy prowadzą blogi, a blogerzy potrzebują Kościoła katolickiego, zwłaszcza w celu przypomnienia im o cnocie miłości koniecznej w pisaniu – powiedział uczestnikom spotkania blogerów w Watykanie Rocco Palmo, autor książki "Whispers in the Loggia".
Spotkanie, sponsorowane przez papieską radę do spraw kultury i komunikacji społecznej, odbyło się 02 maja br. Przyjęto na nim 150 wniosków – podzielonych w zależności od języka i tego, czy blog jest prowadzony przez osobę prywatną, czy instytucję – o dopuszczenie do rady. Richard Rouse, urzędnik w radzie kultury, poprosił na spotkaniu, aby zachęcać innych urzędników kościoła do prowadzenia dialogu z lokalnymi blogerami. Celem spotkania w Watykanie było uznanie roli blogów w nowoczesnej komunikacji i nawiązania dialogu między blogerami a Watykanem.
Ojciec Roderick Vonhogen, holenderski kapłan i autor publikacji "Katholiek Leven" wykazywał, że blogowanie pozwala mu być pasterzem dla ludzi, którzy go potrzebują, a dziennikarka Elizabeth Scalia przypomniała, że podczas gdy media głównego nurtu postrzegają blogi jako sposób na autopromocję, blogi katolickie są zazwyczaj źródłem "katolickiej jasności". "Kościół nas potrzebuje" – powiedziała – "Potrzebuje nas do ewangelizacji, do rozpowszechniania rzetelnych, zgodnych z prawdą informacji".
Zdaniem Scalii blogerzy również potrzebują Kościoła i jego pasterzy, którzy będą im przypominali, że miłosierdzie Boże dociera do wszystkich ludzi i że Jezus chce zjednoczyć swoje owce. Abp Claudio Celli, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, wyraził zadowolenie z przyjazdu blogerów do Watykanu i powiedział im, że Watykan chciał rozpocząć dialog między wiarą a nowym wymiarem kultury – blogosferą.mż/catholicnews.com
Dekret o apostolstwie świeckich "APOSTOLICAM ACTUOSITATEM", dokument Drugiego Soboru Watykańskiego głosi (wszystkie podkreślenia moje):
DA 1. Święty Sobór chcąc spotęgować działalność apostolską Ludu Bożego, zwraca się z troską do wiernych świeckich, o którym szczególnym i bezwzględnie koniecznym udziale w posłannictwie Kościoła wspominał już na innych miejscach. Nigdy bowiem nie może w Kościele zabraknąć apostolstwa świeckich, które wypływa z samego ich powołania chrześcijańskiego. Jak samorzutna i jak owocna była tego rodzaju działalność w zaraniu Kościoła, pokazuje jasno samo Pismo św. (por. Dz 11,19-21; 18,26; Rz 16, 1-16; Flp 4,3). Nasze zaś czasy wymagają od ludzi świeckich nie mniejszej gorliwości; co więcej, dzisiejsze warunki żądają od nich o wiele intensywniejszego i szerzej zakrojonego apostolstwa.[…]
DA 2. […] Istnieje w Kościele różnorodność posługiwania, ale jedność posłannictwa. Apostołom i ich następcom powierzył Chrystus urząd nauczania, uświęcania i rządzenia w Jego imieniu i Jego mocą. Jednak i ludzie świeccy, stawszy się uczestnikami funkcji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej Chrystusa, mają swój udział w posłannictwie całego Ludu Bożego w Kościele i na świecie. I rzeczywiście sprawują oni apostolstwo przez swą pracę zmierzającą do szerzenia Ewangelii oraz uświęcania ludzi i do przepajania duchem ewangelicznym oraz doskonalenia porządku spraw doczesnych, tak że ich wysiłek w tej dziedzinie daje jawnie świadectwo o Chrystusie i służy zbawieniu ludzi. Ponieważ zaś właściwością stanu ludzi świeckich jest życie wśród świata i spraw doczesnych, dlatego wzywa ich Bóg, by ożywieni duchem chrześcijańskim, sprawowali niczym zaczyn swoje apostolstwo w świecie.
DA 3. Obowiązek i prawo do apostolstwa otrzymują świeccy na mocy samego zjednoczenia swojego z Chrystusem – Głową. Wszczepieni bowiem przez chrzest w Ciało Mistyczne Chrystusa, utwierdzeni mocą Ducha Świętego przez bierzmowanie, są oni przeznaczeni przez samego Pana do apostolstwa. […]
DA 9. Świeccy prowadzą różnorodną działalność apostolską tak w Kościele, jak i w świecie. W obydwu tych dziedzinach otwierają się różne pola pracy apostolskiej, spośród których pragniemy tu wymienić główniejsze. Są to: wspólnoty kościelne, rodzina, młodzież, środowisko społeczne, sprawy narodowe i międzynarodowe. […]
DA 10. Jako uczestnicy funkcji Chrystusa – Kapłana, Proroka i Króla, mają świeccy swój czynny udział w życiu i działalności Kościoła. We wspólnotach kościelnych działalność ich jest do tego stopnia konieczna, że bez niej apostolstwo samych pasterzy nie może zwykle być w pełni skuteczne. Świeccy bowiem, ożywieni duchem prawdziwie apostolskim, uzupełniają to, czego nie dostaje im braciom, i pokrzepiają ducha zarówno pasterzy, jak i reszty wiernego ludu (por. 1 Kor 16,17-18), na wzór owych mężów i niewiast, którzy wspomagali Pawła w głoszeniu Ewangelii (por. Dz 18,18-26; Rz 16,3). Oni bowiem, czerpiąc siły z czynnego udziału w życiu liturgicznym swojej wspólnoty, gorliwie uczestniczą w jej pracach apostolskich; pociągają do Kościoła ludzi, trzymających się może z dala od niego; współpracują usilnie w głoszeniu słowa Bożego zwłaszcza przez katechizację; oddając na usługi Kościoła swoją wiedzę fachową, usprawniają pracę duszpasterską, a także zarządzanie dobrami kościelnymi.[…]
DA 12. […] Niech dorośli starają się nawiązać z młodzieżą przyjacielski dialog, co pozwoli obu stronom, po przezwyciężeniu różnicy wieku, poznać się wzajemnie i podzielić się nawzajem wartościami właściwymi każdej stronie. Dorośli powinni pobudzać młodzież do apostolstwa najpierw przykładem, a przy sposobności roztropną radą i wydatną pomocą. Młodzi zaś niech żywią wobec starszych szacunek i zaufanie; a chociaż z natury skłaniają się do nowości, winni jednak otaczać należną czcią chwalebne tradycje. […]
DA 13. Apostolstwo w środowisku społecznym, a mianowicie staranie się o kształtowanie w duchu chrześcijańskim sposobu myślenia i obyczajów, praw oraz ustroju własnej społeczności, jest tak dalece zadaniem i obowiązkiem świeckich, że inni nigdy nie potrafią go należycie wypełnić. Na tym polu świeccy mogą apostołować między podobnymi sobie. Tutaj uzupełniają świadectwo życia świadectwem słowa. Tutaj w środowisku pracy czy zawodu, studiów czy miejsca zamieszkania, rozrywki czy spotkań towarzyskich mają odpowiedniejszą sposobność wspomagania braci. […]
DA 15. Świeccy mogą prowadzić działalność apostolską bądź to indywidualnie, bądź zrzeszeni w różnych wspólnotach lub stowarzyszeniach.
DA 16. Apostolstwo indywidualne, którego przeobfitym źródłem jest życie prawdziwie chrześcijańskie (por. J 4,14), stanowi początek i warunek wszelkiego apostolstwa świeckich, również zrzeszonego, i nie można go niczym zastąpić. Do tego rodzaju apostolstwa, zawsze i wszędzie owocnego, a w niektórych okolicznościach jedynie przydatnego i możliwego, są wezwani i zobowiązani wszyscy świeccy, jakiegokolwiek stanu, chociaż nie mają sposobności lub możności współpracować w stowarzyszeniach. […] W końcu niech świeccy przepajają miłością swoje życie i w miarę możności dają jej wyrazw czynach.Niech wszyscy pamiętają, że przez kult publiczny i modlitwę, pokutę i dobrowolne przyjmowanie trudów oraz utrapień, przez które upodabniają się do cierpiącego Chrystusa (2 Kor 4,10; Kol 1,24), mogą dotrzeć do wszystkich ludzi i przyczynić się do zbawienia całego świata.
DA 18. Wierni jako jednostki są powołani do prowadzenia działalności apostolskiej w różnych warunkach swego życia; powinni jednak pamiętać że człowiek z natury swojej jest istotą społeczną i że spodobało się Bogu zjednoczyć wierzących w Chrystusa w jeden Lud Boży (por. 1 P 2,5-10) i zespolić w jedno ciało (por. 1 Kor 12,12). Apostolstwo więc zespołowe odpowiada doskonale zarówno ludzkim, jak i chrześcijańskim wymogom wiernych, a zarazem ukazuje znak wspólnoty i jedności Kościoła w Chrystusie, który powiedział: "Gdzie bowiem dwaj albo trzej zgromadzeni są w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" (Mt 18,20).
Dlatego wierni niech sprawują swoje apostolstwo w zjednoczeniu. Niech będą apostołami zarówno w swoich społecznościach rodzinnych, jak i w parafiach i diecezjach, które same w sobie wyrażają wspólnotowy charakter apostolstwa,
oraz w wolnych zrzeszeniach, jakie postanowili wśród siebie zorganizować. Apostolstwo zespołowe posiada ogromną doniosłość i dlatego, że praca apostolska czy tow społecznościach kościelnych, czy to w różnych ośrodkach wymaga często wspólnego działania. Stowarzyszenia bowiem założone dla celów apostolstwa zespołowego niosą pomoc swym członkom i przysposabiają ich do apostolstwa, odpowiednio ustawiają ich pracę apostolską i kierują nią tak, że o wiele więcej można się po niej spodziewać owoców, niż gdyby każdy działał na własną rękę. W obecnych zaś warunkach jest rzeczą zgoła konieczną, by w zasięgu działalności ludzi świeckich, umacniało się apostolstwo w formie zespołowej i zorganizowanej; tylko bowiem przez ścisłe zespolenie sił da się w pełni osiągnąć cele dzisiejszego apostolstwa i obronić skutecznie jego owoce. Poza tym jest rzeczą szczególnie ważną, by apostolstwo docierało do zbiorowej mentalności i warunków społecznych tych, ku którym się zwraca; w przeciwnym razie nie potrafią oni często oprzeć się naciskowi czy to opinii publicznej, czy instytucji.
DA 19. Istnieje wielka różnorodność stowarzyszeń apostolskich; jedne z nich zamierzają służyć ogólnemu, apostolskiemu celowi Kościoła; inne w sposób szczególny stawiają sobie za cel głoszenie Ewangelii i uświęcenie; jeszcze inne biorą sobie za cel przepojenie porządku doczesnego duchem chrześcijańskim; inne wreszcie w specjalny sposób dają świadectwo Chrystusowi przez dzieła miłosierdzia i miłość.Spośród owych stowarzyszeń zasługują na uwagę przede wszystkim te, które akcentują i wysuwają na pierwsze miejsce u swych członków ściślejszą łączność między życiem praktycznym a wiarą.
Stowarzyszenia nie są celem dla siebie samych, ale winny służyć posłannictwu Kościoła w odniesieniu do świata; ich skuteczność apostolska zależy od ich zgodności z celami Kościoła oraz od świadectwa chrześcijańskiego i ducha ewangelicznego poszczególnych członków i całego zespołu. […]
DA 22.
Na szczególny szacunek i uznanie w Kościele zasługują ci świeccy, czy to bezżenni, czy małżonkowie, którzy na stałe lub czasowo poświęcają się służbie tych instytucji i ich dzieł, wspierając je swoim doświadczeniem zawodowym. Wielką radością napełnia Kościół fakt, że z dnia na dzień rośnie liczba świeckich oddających się pracy w stowarzyszeniach i dziełach apostolskich, czy to we własnym kraju, czy na terenie międzynarodowym, czy to szczególnie w katolickich społecznościach misyjnych i świeżo organizujących się Kościołach.
Niech pasterze Kościoła przyjmują tych świeckich chętnie i z wdzięcznością, niech dbają, by warunki ich życia odpowiadały jak najbardziej wymogom sprawiedliwości, słuszności i miłości, zwłaszcza w tym co dotyczy godziwego utrzymania ich oraz ich rodzin; niech cieszą się oni koniecznym wykształceniem, duchową pomocą i zachętą.
DA 23.
Apostolstwo świeckich, czy to indywidualne czy zbiorowe, winno być włączone wedle należytego planu w apostolstwo całego Kościoła; co więcej, łączność z tymi, których Duch Święty ustanowił, by kierowali Kościołem Bożym (por. Dz 20,28), stanowi istotny element apostolstwa chrześcijańskiego. Nie mniej konieczna jest współpraca między różnymi poczynaniami apostolskimi, a winna ją uzgadniać hierarchia. […]
DA 24.
Obowiązkiem hierarchii jest popierać apostolstwo świeckich, ustalać zasady i udzielać mu pomocy duchowych, kierować jego działalność ku wspólnemu dobru Kościoła, czuwać nad zachowaniem czystości nauki i porządku.
Apostolat świeckich dopuszcza oczywiście różne sposoby ustosunkowania się do hierarchii, zależnie od różnych form i dziedzin danego apostolstwa.
Bardzo wiele bowiem istnieje w Kościele przedsięwzięć apostolskich, które zawdzięczają powstanie swobodnej decyzji świeckich i przez nich roztropnie są kierowane. Przez tego rodzaju inicjatywy zostać może lepiej w pewnych warunkach spełnione posłannictwo Kościoła i dlatego często hierarchia je pochwala i zaleca. Żadna jednak inicjatywa nie może przybierać miana "katolickiej" bez zgody prawowitej władzy kościelnej.
DA 25.
Biskupi, proboszczowie i inni kapłani tak diecezjalni, jak i zakonni niech pamiętają, że prawo i obowiązek apostołowania są wspólne wszystkim wiernym, czy to duchownym,czy świeckim, i że w budowaniu Kościoła mają także świeccy swój własny udział. Dlatego powinni po bratersku pracować razem ze świeckimi w Kościele i dla Kościoła oraz specjalną troską otaczać świeckich przy ich pracy apostolskiej. Należy starannie dobierać kapłanów odpowiednio i dobrze przygotowanych do pomocy w różnych formach apostolstwa świeckich. Ci zaś, którzy oddają się tej posłudze na podstawie misji otrzymanej od hierarchii są jej przedstawicielami w swej działalności duszpasterskiej. Niech troszczą się o należyte ustosunkowanie się świeckich do hierarchii, zachowując zawsze wierność duchowi i nauce Kościoła. Niech zabiegają usilnie o pielęgnowanie życia duchowego i zmysłu apostolskiego w stowarzyszeniach katolickich powierzonych swej pieczy; niech w działalności apostolskiej służą im mądrą radą i popierają inicjatywy. Prowadząc ze świeckimi ciągły dialog, niech pilnie szukają nowych metod celem zapewnienia obfitszych owoców pracy apostolskiej; niech rozwijają ducha jedności zarówno w samym stowarzyszeniu, jak i między nim a innymi. […]
DA 33.
Święty Sobór wzywa więc usilnie w imię Pana wszystkich świeckich, by chętnie, wielkodusznie i skwapliwie odpowiedzieli na wołanie Chrystusa, który w tej godzinie natarczywiej ich zaprasza, i na natchnienie Ducha Świętego. […]
Przepraszam za te przydługie cytaty, ale wydają się mi one bardzo ważne. Najchętniej zamieściłbym tu cały tekst tego dokumentu i serdecznie zachęcam do zapoznania się z nim. A ja go tu zacytowałem, by się niejako "usprawiedliwić". Gdyż to, co robię, to nie jest jakaś samowola, czy rebelia, ale właśnie wyraz posłuszeństwa i odpowiedź na to, do czego nas wzywa nasza Matka – Kościół.
Tak więc choć formalnie jesteśmy wspólnotą nieformalną, to przecież jest to odpowiedź na wezwanie nie tylko Maryi z Fatimy, ale także Kościoła. Każda bowiem inicjatywa musi się jakąś zacząć. I wierzę, że kiedyś i ta formalna strona zostanie załatwiona i wtedy nasza Wspólnota będzie "katolicka". Jeżeli taka będzie wola Boża, to stanie się to z całą pewnością. A na razie po prostu róbmy swoje, prywatnie i nieformalnie, a resztę zostawmy Bogu.
Odsłon: 971 Komentarzy: 7
Saturday,30 April 2011,02:57
Kategoria: Kościół Saturday, 30 April 2011, 02:57
Karol Wojtyła został biskupem w 1958 roku. Ja, wraz z rodzicami, zamieszkałem w Krakowie w tym samym roku. Miałem roczek. Urodziłem się na Śląsku, gdzie tata „odpracowywał studia”, jak to wymagało ówczesne prawo. Po wypełnieniu tego obowiązku rodzice powrócili do miasta, gdzie tatuś ukończył studia i do wyjazdu do USA w 1981 roku mieszkałem w Krakowie. Pierwsze dwa lata w Łagiewnikach, potem, od 1960 roku w „nowoczesnym bloku” na Grzegórzkach. Pełne luksusy: Ciepła i zimna woda, kaloryfery, łazienka a nawet telefon. Nasza „willa” w Łagiewnikach, niedaleko klasztoru siostry Faustyny, nie miała nawet kanalizacji, ani bieżącej wody. Nic dziwnego, że rodzice zamienili ją na "superkomfortowe mieszkanie".
Ja tego już oczywiście nie pamiętam, znam to z opowiadań rodziców. Jednak patrząc z perspektywy lat trudno nie zauważyć jak się moje losy przeplatały z losami przyszłego papieża. I nie będą to wspomnienia o wspólnych wyprawach w góry, czy spływach kajakowych. Ja w ogóle nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkał mojego biskupa. Pewnie miało to miejsce, ale po prostu nie pamiętam. A mimo to uważam, że nasze losy są ze sobą niezwykle związane.
Gdy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, wszyscy byliśmy z tego bardzo dumni. Jednak u mnie był to chyba rodzaj dumy typu: „No, to pokazaliśmy tym komuchom!” Nie bardzo się wtedy interesowałem nauką Kościoła, nie ze wszystkim się zgadzałem, nie rozumiejąc pewnych nakazów. I gdy papież pierwszy raz odwiedził Polskę, nawet mi się nie chciało pójść na krakowskie Błonia. Miałem dwadzieścia dwa lata i ważniejsze spray na głowie, niż tłoczenie się na Mszy, która trwa godzinami. Poza tym i tak wszystko widać w TV.
Dlatego też jestem przekonany, że to, co się stało później z moim życiem to jest Jego zasługa. Że On mi to wymodlił. Jestem bowiem przekonany, że nasz papież modlił się o nawrócenie swych rodaków, a w sposób szczególny o swoją własną, krakowską diecezję. Bo ja, choć zawsze byłem „w miarę dobrym katolikiem”, starałem się chodzić na Mszę w każdą niedzielę i jak nagrzeszyłem, to zawsze ze skruchą spowiadałem się z tego, to jednak to wszystko wynikało bardziej z wychowania, niż z jakiejś głębokiej potrzeby serca, czy też prawdziwej miłości do Boga.
Rok 1981. Ja już po ślubie, moja żona jest w USA. Ja – po trzykrotnym zdaniu egzaminu na studia i trzykrotnej próbie podjęcia studiów trzeci raz wyleciałem z uczelni. Albo raczej machnąłem ręką na naukę, która mi szła jak po grudzie. Kolejny pobór do wojska się skończył, ciągnęło mnie za kierownicę i brakowało motywacji do nauki. Już wtedy moja pamięć była kulawa i po prostu… zresztą nieważne. Ważne jest to, że groziło mi zupełnie serio, że zostanę żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego (o ile można je było nazwać polskim) akurat na parę miesięcy przed Stanem Wojennym. Ale co mogłem zrobić?
Jednak moje losy potoczyły się zupełnie inaczej. Trzynastego maja 81 roku, w rocznicę pierwszego objawienia w Fatimie, zamach na papieża. W czerwcu 81 pielgrzymka z krakowskimi Paulinami na Jasną Górę. Miałem jechać księżym Żukiem, wieź cięższe bagaże. Bóg chciał inaczej – Żuk się zepsuł, a ja poszedłem na nogach. Pielgrzymka w intencji powrotu do zdrowia Jana Pawła, a ja z moją małą intencją otrzymania paszportu.
Dziś trudno w to uwierzyć, ale wtedy nie miałem na to po ludzku żadnych szans. Przeznaczony do zasadniczej służby wojskowej i żona w USA. Wprost mi powiedziano w urzędzie paszportowym: Dopóki żona nie wróci, a ty nie odsłużysz wojska, nawet się nie staraj. Ale ja chciałem do żony, a do wojska wcale mi się nie spieszyło. Bałem się wojska. Bałem się, że nie wytrzymam psychicznie. Że mogę strzelać nie w tę stronę w którą mi rozkażą.
Kolejny termin odbioru paszportu. Dla mnie wtedy dzień jak co dzień. Później dopiero skojarzyłem. To był 16 października. Rocznica wyboru papieża. Dostałem paszport, mimo, że milicjant bardzo uważnie przeglądał moją książeczkę wojskową z pieczątką: „Przeznaczony do zasadniczej służby wojskowej”. Nie wiem do dziś jak to się stało. W paszporcie tym, który ciągle mam, jest data wydania: 13 październik 1981. To rocznica ostatniego objawienia w Fatimie. Przypadek? Hmmm…
Minęło wiele lat, zanim przyszło moje nawrócenie. Ten tekst i tak jest o wiele za długi i nic nowego w nim nie piszę. Opisywałem już tę historię kilka razy. Jednak jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to, co się dzieje z moim życiem jest „papiesko – fatimskie”. Bo Jan Paweł był „fatimskim papieżem”.
Moja przygoda z apologetyką. Moja przygoda z internetową ewangelizacją. Forum i blog. Moje wizyty w katolickich rozgłośniach i audycje z moim udziałem. Artykuły w katolickich tygodnikach, a nawet kazania na temat mojej osoby. I wreszcie Wspólnota Marto. Ale ja… Ja jestem porażką rodziców. Ja jestem czarną owcą w rodzinie. Ja jestem tym, co się mu nie chciało uczyć, co uciekał na wagary, co zamiast studiować poszedł do pracy jako kierowca, nawet nie mówiąc o tym rodzicom.
Nie chcę by to ktoś odebrał jako jakieś przechwałki, czy użalania się z mojej strony. Z jednej strony mojej zasługi tu nie ma żadnej. Z drugiej – nie bardzo mam być z czegokolwiek dumny i żałuję, że nie skończyłem studiów. Nie raz „gdybam”, co by było, gdybym… może poszedł na polonistykę? Dziennikarstwo? Może bez sensu była ta Politechnika, czy Akademia Ekonomiczna? Ale teraz i tak już się nic nie zmieni, a pracę swą lubię i nie wiem, czy byłbym szczęśliwszy gdybym robił co innego. Ale zawsze człowiekowi trochę żal. Jednak gdybym został w Polsce, gdybym został inżynierem, to czy dzisiaj byłbym bardziej usatysfakcjonowany? Czy mógłbym docierać do setek, tysięcy chłopaków zafascynowanych Ameryką i życiem truckera? Kto wie, jakby wtedy potoczyło się moje życie.
To, co się dzieje teraz w moim życiu daje mi ogromną satysfakcję. Cieszę się, że mogę coś zrobić dla Królestwa. Cieszę się, że jestem żołnierzem Pana, że jestem osłem, który może być Mu na chwilę przydatny. I tylko to się liczy. Nie bardzo wiem jak to się stało i kiedy. Jakby moje życie kierowało mną, a nie ja nim. To nie jest coś, co planowałem, czy nawet coś co sobie mogłem wyobrazić dwadzieścia lat temu. Co prawda zupełnie świadomie oddałem całe swe życie Panu, ale nie tak sobie wyobrażałem to, co On z nim zrobi. Nie bardzo rozumiem jak to się stało, że to mi sprawia taką ogromną satysfakcję i radość. Moje życie najbardziej zaskakuje samego mnie.
I wiem, że wielu czytających ten tekst wzruszy ramionami i powie: „A cóż takiego niby jest niezwykłego w twoim życiu? Kierowca piszący bloga? To ma być to niezwykłe doświadczenie?” I będą mieli rację. Obiektywnie patrząc z pewnością nie jest to nic niezwykłego. Ale ja to widzę inaczej. Dla mnie zawsze pozostanie to subiektywne spojrzenie.
Pisać, tak jak śpiewać, każdy może. Jeden lepiej, a drugi gorzej. Jednak nie każdy może założyć forum, który regularnie odwiedza ponad tysiąc osób każdego miesiąca. W marcu było tych gości 58 tysięcy. Mojego bloga na alleluja.pl, www.polon.us, odwiedziło już od 2003 roku półtora miliona gości. Nawet więc gdy 90% z nich wyjdzie tak szybko jak weszło, to widać, że docieram do wielu osób. A ja zwykle piszę dość trudne i ważkie teksty. To nie są jednoakapitowe notki o niczym.
Za to właśnie podziękuję jutro błogosławionemu Janowi Pawłowi. Za to, że nawet, gdy ja o Nim nie pamiętałem, On nigdy o mnie nie zapomniał. O anonimowym chłopaku z jego diecezji, o którym nigdy nawet nie słyszał. Ale jestem przekonany, że się za mnie modlił. I choć nigdy nie miałem możliwości ucałowania Jego dłoni, to przecież i w Kalwarii, i na Wawelu i w Bazylice Miłosierdzia w Łagiewnikach i na krakowskim Rynku chodziliśmy po tych samych kamieniach i ścieżkach. W Bazylice byłem nawet osobiście wtedy, gdy On ją konsekrował po raz pierwszy, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Ojczyzny. I to był nasze najbliższe spotkanie. Tym bardziej jutrzejsza data jest dla mnie pełna znaczenia i symboliki.
Miałem napisać zupełnie inny tekst. Jak zwykle wyszło co innego. Pewnie powinienem to wywalić do kosza, ale niech zostanie. Wszyscy dziś mówią kim był Jan Paweł w ich życiu. Niech to będzie moje świadectwo. Mój papież nie od kremówek i nie od nart i kajaków, ale od nauczania czym powinno być prawdziwe chrześcijaństwo. Papież, który wymodlił mi pewne łaski i pokazał swym nauczaniem i swym przykładem jak żyć. I choć nigdy nie dorosnę Mu nawet do pięt, to zawsze będzie On dla mnie wzorem. I zawsze będę Mu wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Bo choć wiem, że wszelkie łaski jakie otrzymałem – otrzymałem od Boga, to wiem też jak ważne są modlitwy wstawiennicze. I jestem przekonany, że Karol Wojtyła, najpierw jako mój biskup, a potem jako nasz papież mi te łaski wymodlił.
Nasza Wspólnota Marto ma dwoje patronów: Franciszka i Hiacyntę. Małe dzieci z Fatimy, które właśnie Jan Paweł Drugi wyniósł na ołtarze. Od niedzieli będziemy mieli jeszcze jednego patrona: Błogosławionego Jana Pawła Wielkiego. Dlaczego? Myślę, że ten, kto przebrnął przez to, co napisałem powyżej, zrozumie.
Błogosławiony Janie Pawle, módl się za nami!
Odsłon: 784 Komentarzy: 37
Saturday,23 April 2011,22:50
Kategoria: Ogólne Saturday, 23 April 2011, 22:50
Nie umiem być srebrnym aniołem –
ni gorejącym krzakiem –
tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z dzwonami –
tyle już Alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie – przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski –
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy –
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę –
serca mojego ocali
czerwoną chorągiewkę.
Ks Jan Twardowski
W tym cudownym dniu życzę Wam wszystkim zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych, pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół i wielu Bożych Błogosławieństw.
Wesołego Alleluja!
Piotr "hiob" Jaskiernia
Odsłon: 326 Komentarzy: 3
Thursday,21 April 2011,02:58
Kategoria: Kościół Thursday, 21 April 2011, 02:58
5 i 6: Potem Jezus rzekł: Pragnę. A gdy skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę oddał ducha. (J 19)
Dwa z siedmiu ostatnich słów Jezusa: „Pragnę.” I „Wykonało się.”. Czemu teraz Jezus powiedział, że pragnie? Nie odczuwał pragnienia wcześniej? Od aresztowania na Górze Oliwnej minęło już wiele godzin. A wcześniej, gdy żołnierze chcieli mu dać napój gaszący pragnienie i przynoszący ulgę w cierpieniu, Jezus odmówił. Dlaczego więc teraz? I jakie Pismo się wypełniło? Co się tu właściwie wydarzyło?
Dlaczego Jezus mówi też, że się „wykonało”? Co miał na myśli? Zbawienie wszystkich ludzi? Ale gdyby nie zmartwychwstanie, sama śmierć nie miałaby większego sensu i znaczenia. Święty Paweł przecież wyraźnie pisze:
A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (1Kor 15,14-17)
To Zmartwychwstanie było zwycięstwem nad grzechem i nad śmiercią. Co więc się wykonało? Otóż śmiem twierdzić, że to, co się wykonało, to Wieczerza Paschalna, Exodus, ofiara Baranka i pierwsza Msza Święta. Uroczystość Święta Paschy, którą obchodził Jezus z uczniami w Wieczerniku, która sama była świętem obchodzonym na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli Egipskiej i symbolizowała wyjście z niewoli grzechu. Ale naprawdę z tej niewoli nas wyzwoliła dopiero śmierć Baranka i Jego Zmartwychwstanie. Ale tu, wraz ze spożyciem Czwartego Kielicha, zakończyła się ofiara Jezusa, który jest kapłanem i ofiarą doskonałą złożoną za nasze grzechy.
Jakiego kielicha? Co to za „czwarty kielich”? "The Fourth Cup" to był wykład, który wygłosił przed laty Scott Hahn. Jego pytanie o to co się wykonało nurtowało przez lata, od czasu, gdy jeden z jego profesorów je zadał i pozostawił bez odpowiedzi. Hahn w końcu tę odpowiedź znalazł, a ja korzystając z jego nauki napisałem swoją wersję tego tekstu. Nie jest to dokładne tłumaczenie, raczej parafraza, ale nie ukrywałem nigdy, że tekst Hahna był dla mnie inspiracją. Wykład ten, po angielsku, jest dostępny między innymi tutaj: "The Fourth Cup".
Czwarty Kielich to był pierwszy tekst religijny jaki kiedykolwiek napisałem i być może jest on najważniejszy. Pisałem go nie planując nawet publikacji w necie, miałem go przeczytać na spotkaniu w naszej parafii, w grupie, gdzie studiowaliśmy Pismo Święte. "Przypadkiem" trafił do Internetu i widziały go już tysiące osób. Polecam go serdecznie, bo jest to tekst ważny. Są tam też ciekawe przemyślenia na temat tego kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza. Ja bowiem myślę, że to wcale nie był czwartek… Zapraszam: Prawdziwy Święty Graal, czyli Czwarty Kielich
Później ktoś podesłał mi link do homilii księdza arcybiskupa Stanisława Gądeckiego z Poznania, wygłoszonej w Wielki Czwartek, 20.03.2008 w Katedrze Poznańskiej. Myślę, że kazanie to bardzo dobrze uzupełnia tekst o Czwartym Kielichu: www.archpoznan.pl/content/view/670/109/
7. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. (Łk 23, 46)
Ostatnie przed śmiercią, według Ewangelii Łukasza, słowa Jezusa. Tak proste, że każda próba napisania czegoś inteligentnego na ich temat musi się zakończyć porażką. Słowa dziecka do Ojca, któremu się bezgranicznie ufa. Słowa zawierzenia i oddania się.
Myślę jednak, że nie powinniśmy czekać do momentu śmierci z wypowiedzeniem tych słów. W pewnym sensie zresztą, jeżeli nasza wiara jest prawdziwa, w momencie śmierci łatwo jest je wypowiedzieć. Umierać bowiem czasem jest łatwiej, niż żyć. Dlatego też modlitwa naszej Wspólnoty Marto zawiera także i takie słowa: "Oddajemy Ci całe nasze życie i nas samych."
Śmierć wymusza na nas pewien radykalizm. Nie ma wtedy szarej strefy. Nie ma nacisku środowiska. Nie ma wstydu, nie ma szpanowania, nie ma udawania. Możemy być prawdziwi aż do bólu. Ale póki żyjemy, nieustannie kreujemy jakiś wizerunek naszej osoby. Podświadome kreowanie korzystnego image'u. Dlatego oddanie swego ducha, swego życia w ręce Boga teraz, gdy nam się wydaje, że nie stoimy jeszcze w obliczu nieuchronnej śmierci, to jest dopiero trudna decyzja.
Decyzja trudna, ale na pewno mądra. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia. Ja każdego tygodnia przejeżdżam pięć tysięcy kilometrów. Noce. Weekendy. Pijani kierowcy. Zmęczenie. Niedawno minął mnie o centymetry samochód pędzący pod prąd autostradą. Parę dni temu na naszym forum zarejestrowała się młoda dziewczyna, córka kierowcy, której tata zmarł niespodziewanie za kierownicą samochodu przed czterema laty. Miał wtedy tyle lat ile ja mam dzisiaj…
Każda podróż może być ostatnia. Wcale nie trzeba być kierowcą, czy wybierać się w podróż samolotem, by niespodziewanie zakończyć swą ziemską pielgrzymkę. Niedawne trzęsienie ziemi w Japonii, czy tornada w USA pokazały to dobitnie. Bóg nas może powołać do siebie w każdej chwili.
Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)
Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!
PS. Przypomnę także przy okazji, że w Wielki Piątek zaczynamy odmawiać Nowennę do Miłosierdzia Bożego według słów Pana Jezusa skierowanych do nas przez świętą Faustynę. Szczegóły tutaj:
Wspólnota Marto
Odsłon: 573 Komentarzy: 7
Wednesday,20 April 2011,04:11
Kategoria: Religia Wednesday, 20 April 2011, 04:11
3. Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. (J19, 26b-27a)
Te słowa Jezusa są ważne i interesujące z kilku względów. Przede wszystkim wybór słów. Dlaczego nazwał On swą Matkę niewiastą? A raczej kobietą, bo greckie słowo „gune” właśnie to oznacza? Czy to nie jest znak, jak usiłują czasem nam wmówić antykatolicko nastawione osoby, że Maryja nie była nikim specjalnym i nawet Jezus ją po prostu nazywał „kobietą”? Na pewno nie, a dlaczego, zaraz uzasadnię.
Przede wszystkim wiemy z Biblii, że Jezus był bez grzechu i wypełnił wszystkie nakazy Prawa. A Prawo, dekalog, nakazują czcić ojca i matkę. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus oddawał cześć swojemu Ojcu, ale też możemy być pewni, że wypełniając Prawo, oddawał ją i swej Matce. Co więcej, wiedząc, że uczył on, że prawdziwe wypełnienie nakazów Prawa musi wynikać z miłości, z potrzeby serca, a nie z nakazu, możemy być pewni, że oddawał cześć Maryi z miłości. A ponieważ Jezus jest Bogiem, to Jego miłość do Matki jest bezmierna i nieograniczona. Czemu więc ta „kobieta”? Dlatego, żeby skierować naszą uwagę na pewien fakt.
Żeby to zrozumieć, musimy powrócić do samego początku, do Genesis. Zobaczmy fragment Księgi Rodzaju, zwany Protoewangelią. Jest to moment, gdy Bóg rozmawia z naszymi prarodzicami po popełnieniu przez nich grzechu pierworodnego:
Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)
Ilekroć Jezus zwraca się do Maryi „Niewiasto”, chce nam wskazać nam, że ona jest właśnie tą niewiastą, której potomstwo zmiażdży głowę wężowi. Tak było w Kanie Galilejskiej , gdzie Jezus uczynił swój pierwszy znak i rozpoczął swą działalność, tak jest i tutaj, pod Krzyżem.
Drugą istotną rzeczą jest fakt, że i do Jana nie zwrócił się Jezus po imieniu. Powiedział tylko Matce: Oto Twój syn, a umiłowanemu uczniowi: Oto Matka twoja. Ale kto tak faktycznie jest umiłowanym uczniem Jezusa? Każdy z nas! Dlatego to nie jest wymienione imię Jana w tej scenie, bo jej znaczenie, oprócz faktycznego zawierzenia swej Matki Janowi, jest dużo szersze. Jezus tutaj właśnie nam wszystkim i każdemu z nas z osobna powierza swą Matkę! Skąd wiemy, że właśnie takie znaczenie? Właśnie stąd, że słowa te padły z Krzyża.
Jak już pisałem we wstępie do tych rozważań, z Krzyża nie było łatwo mówić. I Jezus, będąc Bogiem, wiedział, że umrze i wiedział, że po zmartwychwstaniu powróci i spotka się z uczniami. Miał więc wiele innych okazji o zatroszczenie się o Maryję. Poza tym gdyby chodziło tylko o zwykłą opiekę nad nią, najprawdopodobniej nie byłoby o tym wzmianki w Biblii. Przecież o Józefie, mężu Maryi, o jego losach po odnalezieniu Jezusa w Świątyni nie wiemy nic. Widocznie nie jest to nam do zbawienia potrzebne. To, że wiemy o powierzeniu Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi musi mieć głębsze teologiczne znaczenie.
Jest jeszcze jeden aspekt tego wydarzenia. Kościół Katolicki uczy, że Maryja była Dziewicą. Pozostała nią po narodzeniu Jezusa i jest nią do dzisiaj. Ale wielu chrześcijan-niekatolików, wskazując uwagę na takie wersety, jak te mówiące o „braciach Jezusa”, czy na ten werset:
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus. (Mt 1,24-25)
… mówi: „Jeżeli Jezus miał braci i jeżeli Biblia wyraźnie wskazuje, że Józef nie zbliżał się do małżonki, aż porodziła Syna, co implikuje, że po urodzeniu stali się normalnym małżeństwem, to dlaczego Kościół Katolicki uczy, że Maryja pozostała Dziewicą?” Otóż dlatego, że jest to prawda. O braciach Jezusa pisze między innymi Katechizm Kościoła Katolickiego, w paragrafie 500:
"Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie." (KKK 500)
W Starym Testamencie Lot jest nazwany bratem Abrahama, mimo, że z kontekstu wiemy, że był jego siostrzeńcem, a z wieczernika wiemy, że i Nowy Testament używał słowa „bracia” nie tylko na dalszych krewnych, ale na współziomków i współwyznawców:
Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił… (Dz 1,13-15)
Apostołowie wymienieni w tym fragmencie Pisma i niewiasty towarzyszące Jezusowi, które wspomina Biblia, to razem będzie najwyżej dwadzieścia osób. A z „braćmi Jezusa” było ich „około stu dwudziestu osób”. Nikt chyba nie myśli, że Maryja miała setkę dzieci? I że ten fakt udało się ukryć katolikom?
Także sformułowanie, że Józef nie zbliżył się do Maryi, aż porodziła znaczy tylko tyle. Że nie zbliżył się do Niej, aż porodziła. Chodzi w nim o wykazanie, że to Duch Święty zstępując na Maryję został Jej Oblubieńcem. Ale nic nie mówi o tym, co nastąpiło później. Wiemy, że Bóg uważa, co Jezus nam sam przekazał, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci. Choćby z tego możemy być pewni, że Maryja pozostała wierna Bogu i pozostała w dziewictwie. Ale wiemy też z samej Biblii, że to sformułowanie nie sugeruje niczego, co się miało później wydarzyć. Zobaczmy na ten fragment 2. Księgi Samuela:
Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci. (2 Sm 6,23)
Czy to sugeruje, że Mikal miała tuzin dzieci po swojej śmierci? Zapewniam was, że nie. Ale powróćmy do Krzyża i zawierzenia Maryi Janowi. Fakt, że to się wydarzyło jest bardzo mocnym argumentem za tym, że Jezus nie miał naturalnych braci. Inaczej, jako najstarszy brat, miałby obowiązek przekazać opiekę nad swą Matką jednemu z nich. Powierzenie Jej obcemu mężczyźnie, nawet kuzynowi, bo Jan być może był spokrewniony z Jezusem, byłoby nielogiczne, dziwne i byłoby złamaniem prawa obowiązującego Żydów. Oddanie Matki Janowi i fakt, że zamieszkała u niego wyraźnie wskazuje na fakt, że nie miała Ona innych dzieci.
W Rozważaniach jest kilka moich starszych tekstów o Maryi, gdzie już pisałem o tych sprawach. Jeden z nich zatytułowany jest Maryja. Królowa i Pośredniczka , drugi Arka Przymierza . Jest też tekst o znaku w Kanie Galilejskiej, do którego link już wyżej zamieściłem. Zapraszam także do ich przeczytania.
4: Eli, Eli, lema sabachthani? to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46b)
Słuchając protestanckich pastorów spotkałem się wielokrotnie z taką interpretacją tego wersetu: Pan Jezus, przyjmując na siebie wszystkie nasze grzechy stał się tak przykrym widokiem dla Boga Ojca, że Ten w tym momencie odwrócił od Jezusa swą twarz, nie mogąc na niego patrzeć. Ta interpretacja jest zgodna z inną ich nauką, że my na zawsze pozostaniemy brudnymi grzesznikami, ale „pokryci czystością Jezusa” i Jego doskonałością, jak płaszczem nas szczelnie okrywającym, zyskamy Niebo. Wystarczy tylko zaakceptować darmowy prezent, jaki dał nam na Krzyżu Jezus, biorąc na siebie nasze grzechy i płacąc za nasze odkupienie tę potworną cenę.
Co za okropna teologia, co za niesprawiedliwa fikcja. Kruczek prawny, dzięki któremu Ojciec karze niewinnego Syna, a potem udaje, że nie dostrzega naszego zepsucia, naszego zła, naszej grzeszności i patrząc na nas widzi tylko swego Syna, który za nas zapłacił za grzechy.
Kościół Katolicki zupełnie inaczej rozumie odkupienie naszych grzechów. To nie jest legalna i niesprawiedliwa transakcja, nie osiągamy wolności dlatego, że Bóg znalazł kruczek prawny. Wolność, zbawienie uzyskujemy dlatego, że stajemy się dziećmi Bożymi. To prawda, że nie możemy usatysfakcjonować Bożej sprawiedliwości i że tylko Jego Miłosierdzie umożliwia nam zbawienie, ale to także On sam, Bóg Ojciec, umiera za nas na Krzyżu. On nie jest odwrócony teraz od Jezusa, On jest z Nim teraz zjednoczony tak, jak nigdy indziej w historii ludzkości.
Biblia uczy nas, że nic nieczystego nie może osiągnąć Nieba (por. Ap 21,27). Poza tym nawet na „chłopski rozum”, jakbyśmy się czuli przez całą wieczność, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy brudnymi grzesznikami, maskującymi się tylko przed Bogiem Ojcem? Zasłaniającymi się Jezusem? I w jaki to sposób miałby Jezus coś ukrywać przez całą wieczność przed Ojcem? Cała ta bezsensowna teoria jest konsekwencją odrzucenia doktryny czyśćca. Wiedząc, że człowiek często w momencie śmierci jest daleki od ideału, ale jest w stanie łaski uświęcającej i odrzucając koncepcję oczyszczenia się po śmierci przed zjednoczeniem się z Bogiem, musiano wymyślić jakąś inną teorię umożliwiającą pogodzenie naszego braku doskonałości z wymogiem, że nic nieczystego nie osiągnie Nieba.
Nauka Kościoła jest dużo logiczniejsza i piękniejsza w swej istocie. Odkupienie grzechów, które jest darem, daje nam życie, daje nam Łaskę uświęcającą, ale skutki tych grzechów w nas pozostają. Powiedzmy, że ktoś miał problem z pornografią. Spowiedź, odpuszczenie grzechów powoduje, że już nasze dusze odzyskały życie, ale nasz rozum nie może się pozbyć tych wyobrażeń, które tkwią w naszej pamięci. Czyściec umożliwia nam „sformatowanie twardego dysku”, wyrzucenie tych wyobrażeń z pamięci i zapłatę, zadośćuczynienie tym, których skrzywdziliśmy. Możemy wtedy wejść do Królestwa nie jak „kupa gnoju pokryta śniegiem” (autentyczne sformułowanie Lutra), ale jak prawdziwe dzieci Boże.
Dlaczego więc Jezus zawołał te słowa? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Jezus był naprawdę, w pełni człowiekiem, jak każdy z nas. I w swym człowieczeństwie czuł się opuszczony w swym cierpieniu na Krzyżu. Opuszczony przez większość uczni, przez tych, których uzdrowił, których nauczał i czuł się też opuszczony przez Boga. My też, gdy cierpimy, gdy mamy kłopoty, gdy odejdzie od nas ktoś bliski, odczuwamy samotność to wydaje się nam, że Bóg o nas zapomniał. Ale możemy być pewni, że jest to tylko uczucie, zrozumiałe w takiej sytuacji. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej nas.
Jak pisałem we wstępie do tych rozważań, nie da się oddzielić natury Boga Ojca i Jezusa. Jeżeli myślimy, że to są jakieś osobne zupełnie istoty, nie powiązane ze sobą, to redukujemy Boga do naszej ludzkiej miary. To prawda, że każda z Osób jest oddzielna, w tym sensie Syn nie jest Ojcem, a ani Syn ani Ojciec nie są Duchem Świętym, ale to nie znaczy, że jedna z tych Osób może coś odczuwać, czy wiedzieć, czego by nie wiedziała, czy odczuwała inna Osoba. Ich wiedza jest pełna, Bóg, każda z Osób Trójcy, wie wszystko, więc mają wspólną naturę, wspólne zrozumienie i odczuwanie rzeczy.
Dlatego też nie możemy powiedzieć, że Bóg Ojciec był „nie fair” w stosunku do Syna. To nie z nakazu Ojca Jezus oddał za nas życie, to był plan Boga, we wszystkich Jego Osobach, od początku. Jezus, zjednoczony z Ojcem, w Duchu Świętym, dobrowolnie oddał za nas życie, a Ojciec z Duchem Świętym, który jest Miłością ich łączącą, współcierpieli z Jezusem na Krzyżu.
Drugą przyczyną, dla której Jezus zawołał te słowa, było zwrócenie uwagi zgromadzonego tłumu na pewien istotny fakt. Jak wiemy, Żydzi doskonale znali Pismo Święte. Modlili się odmawiając, czy śpiewając Psalmy. Ale w czasach Jezusa nie było jeszcze numeracji psalmów, jak dzisiaj są one ponumerowane. Chcąc zwrócić uwagę na któryś z nich, po prostu cytowało się pierwszą linijkę tekstu. Jezus wołając te słowa, chciał właśnie zwrócić uwagę na jeden z psalmów.
Jedną z przyczyn, dla której Żydzi nie uznali w Jezusie Mesjasza był fakt, że czekali oni na kogoś, kto odniesie militarne zwycięstwo, pokona Rzymian, uzyska wolność dla Jerozolimy i zostanie królem wolnego państwa. Zupełnie odrzucili taką interpretację, że najpierw musi przyjść Mesjasz cierpiący. Jezus, cytując z Krzyża początek Psalmu znanego nam dziś jako Psalm 22, ukazuje im, przypomina fakt, że Mesjasz najpierw musiał przyjść i oddać za nich życie, zanim powróci na końcu świata jako triumfator w takim znaczeniu, jakiego wtedy oni oczekiwali.
Przeczytajcie z uwagą ten psalm. Psalm ten zresztą jest w swej wymowie bardzo optymistyczny. Zapowiada co prawda, ze zdumiewającą precyzyjnością, te tragiczne wydarzenia, których zgromadzeni pod Krzyżem są świadkami, ale też zapowiada przyszły tryumf Boga:
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił; do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową: Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje.
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki, Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.
Otacza mnie mnóstwo cielców, osaczają mnie byki Baszanu.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości. A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek! Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia: Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego. Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.
Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego. Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.
Niech serca ich żyją na wieki. Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.
A moja dusza będzie żyła do Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił.
Część pierwsza rozważań
Wspólnota Marto
Odsłon: 762 Komentarzy: 13
Tuesday,19 April 2011,02:04
Kategoria: Religia Tuesday, 19 April 2011, 02:04
Siedem ostatnich słów, czy zdań, jakie powiedział nasz Pan gdy był przybity do Krzyża. Jego testament. Bo przecież choć wiedział On, że po zmartwychwstaniu będzie jeszcze przebywał z uczniami przez czterdzieści dni, to przecież to będzie już coś innego. Będzie się zjawiał mimo zamkniętych drzwi, będzie się ukrywał tak, że nie każdy od razu Go pozna, będzie w swym uwielbionym Ciele. Na krzyżu jest On zatem po raz ostatni z uczniami w swej zwykłej, ludzkiej postaci.
Słowa te są niezwykle ważne także dlatego, że od lekarzy, którzy analizowali przyczyny i mechanizmy powodujące śmierć osoby ukrzyżowanej wiemy, że taka osoba umiera z powodu uduszenia. Na krzyżu jest niezwykle trudno oddychać, bo rozciągnięte ręce, na których się wisi, powodują zapadanie się płuc. Płuca dodatkowo zaczynają się wypełniać płynami fizjologicznymi, wodą i krwią, dodatkowo utrudniając oddychanie. Aby nabrać powietrza, trzeba się podciągnąć na rękach, odepchnąć nogami i starać się wyprostować, ale jedyny punkt podparcia to są niezwykle bolesne rany. Zatem nikt w takiej sytuacji nie mówi rzeczy nieważnych. Wszystko, co Jezus nam powiedział na Krzyżu jest niezwykle istotne.
Poniższe rozważania nie są niczym nowym. Co roku je zamieszczam na swych blogach. Jednak nic nie tracą one na swej aktualności i będę to kontynuował, bo co roku inne osoby zaglądają tutaj. Warto pomyśleć o tym, co nam nasz Pan przekazał i warto te słowa rozważać w naszych sercach.
1: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." (Łk 23,34a)
Pierwsze słowa Jezusa, jakie słyszymy z Krzyża, to słowa przebaczenia. Jezus tak cierpiący, w tak straszny sposób poniżany i obrażany prosi Ojca w Niebie, aby wybaczył swym oprawcom ich przewinienia. Zdumiewające słowa.
Czy to znaczy, że nie ponieśli oni kary? Tego nie wiemy. Jezus sam jest sędzią i to także On osądzi ich grzechy. Nie da się oddzielić całkiem Jezusa od Boga Ojca, bo choć są to dwie różne osoby, mają tą samą naturę. Naturę Boską. Prawda o istnieniu w Bogu trzech Osób a jednej natury jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia (de fide divina Catholica definiata). Co więcej, trzy Osoby w Bogu posiadające jedną naturę współprzenikającą się i dlatego są równe w działaniu. To także jest dogmatem wiary.
Dlatego nie wolno nam rozumieć śmierci Jezusa jako czegoś, co mu Bóg Ojciec kazał uczynić dla ludzi, czy coś takiego. Bóg Ojciec był tak samo przybity do Krzyża jak Jezus i jak Duch Święty, bo Bóg jest jeden. Ma jedną wolę i jedną naturę. To prawda, że to osoba Jezusa fizycznie była przybita, bo tylko Jezus ma ciało. Ale cierpienie, ból Męki na Krzyżu był bólem Boga, i nie można tego oddzielić od żadnej z Boskich Osób.
Słowa Jezusa do Ojca były więc słowami pokazującymi nam, jak powinniśmy postępować. Zło ma tylko taki wpływ na nas, jaki mu zezwolimy mieć. Fakt, że nie wybaczamy naszym prześladowcom, ich najczęściej nie obchodzi wcale. Jeżeli już, to właśnie fakt, że im odpuścimy, zaczyna im przeszkadzać. Widzą swą bezsilność w swej złości przeciw nam skierowanej. Ale to, czy wybaczymy, czy nie, ma zasadnicze znaczenie dla nas. Bo gdy wybaczamy, stajemy się uodpornieni na skutki zła. Zło nie ma już do nas dostępu. Jest bezsilne.
Święty Paweł napisał:
Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12,19-21).
Na Krzyżu Jezus zwyciężył zło dobrem. Oddając dobrowolnie swe życie, za wszystkich, także za swych oprawców, każdemu umożliwił osiągnięcie zbawienia. Dla każdego droga do Nieba stanęła otworem i każdy z nas może z niej skorzystać, gdy tylko uzna się za grzesznika i poprosi Boga o wybaczenie. Także ci, którzy przybili Jezusa do Krzyża. Bo tak naprawdę to nie oni, ale nasze grzechy tego dokonały. Nie jesteśmy więc od nich wcale lepsi.
Dlatego to, myślę, Jezus powiedział te słowa. Tym bardziej, że były to słowa skierowane do żołnierzy, wykonujących rozkaz. Oni naprawdę nie wiedzieli, że krzyżują samego Boga. Byli to Rzymianie, nie Żydzi i tak na to patrząc to my jesteśmy bardziej winni od nich. Oni byli tylko instrumentem, wykonawcami, my jesteśmy przyczyną. Gdyby więc Jezus nie wstawiał się za nimi, jakże mielibyśmy mieć nadzieję, że okaże nam miłosierdzie?
2: "Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju". (Łk 23,43)
Słowa Jezusa do „dobrego łotra”, Dyzmasa, bo takie jego imię przekazała nam tradycja. Słowa czasem wykorzystywane przez wrogów Kościoła Katolickiego dla wykazania rzekomego błędu nauczania Kościoła, który naucza, że dobre uczynki są nam potrzebne do zbawienia. Ten łotr nic przecież nie zrobił, a ma obietnicę samego Zbawiciela, że osiągnie życie wieczne.
Nic nie zrobił? Czyżby? Przypatrzmy się tej scenie dokładnie:
Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,39-43)
Ile może zrobić człowiek przybity do krzyża? Ile może zrobić człowiek z dostępem do komputera? Ile może zrobić ojciec rodziny? Ile kapłan? Ile misjonarz? Każdy z nas spotyka innych ludzi na swej drodze, każdy ma inną pracę, inną sytuację. Nie wszyscy możemy zostać kaznodziejami i nie wszyscy będziemy misjonarzami w odległych krajach. Ale każdy z nas może i powinien zrobić tyle, ile sytuacja w której się znalazł mu pozwala.
Dyzmas był przybity do krzyża. Jedyne co mógł, to mówić. Ale zamiast przeklinać swych prześladowców i wyśmiewać współtowarzysza niedoli, wybrał inną drogę. Skarcił grzesznika. Wyznał swoją winę. Uznał w Jezusie niewinną ofiarę. Uznał też w Nim Króla, swego Pana i Boga. Poprosił Go o pamięć o nim, gdy Jezus powróci do swego Królestwa. Czy to mało uczynków dla kogoś w takiej sytuacji? Wydaje mi się, że sporo. Wystarczyły one Jezusowi. Nie tłumaczmy się więc, że w naszej sytuacji niewiele możemy zrobić. Trudno sobie wyobrazić sytuację gorszą niż ta, w której był Dyzmas, ale nie przeszkodziło mu to w niczym. Zrobił co mógł w swojej sytuacji i Bóg tylko tego, a może aż tego od nas wymaga.
Część Druga
Felieton o wybaczaniu
Sola Fide?
www.WspolnotaMarto.com
Odsłon: 920 Komentarzy: 19
Friday,04 February 2011,18:14
Kategoria: Modlitwa Friday, 04 February 2011, 18:14
Matka Boża ukazała się siostrze Łucji 10 grudnia 1925 r, w Pontevedra (Hiszpania), już po śmierci Franciszka i Hiacynty, z Dzieciątkiem Jezus na rękach. Matka Boża wezwała do podjęcia wynagradzającego nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca:
Spójrz, moja córko, na moje Serce ukoronowane cierniami, które niewdzięczni ludzie bez ustanku wbijają w Nie przez swoje bluźnierstwa i brak wdzięczności. Przynajmniej ty staraj się Mnie pocieszyć. W godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawia spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Dzisiaj, gdy piszę te słowa, jest pierwsza sobota miesiąca. Na Mszy byłem, różaniec odmówiony, spowiedź będzie za kilka godzin, tylko z tymi rozważaniami zawsze jakoś trudno… Myśl ucieka, rozproszenia nas obezwładniają i zamiast rozważać Tajemnice Różańcowe myślimy o polityce, naszej pracy, dzieciach i pogodzie. Dlatego właśnie siadłem do komputera, bo jedynie pisząc potrafię się skupić nad tym, co robię. Nie będzie to jednak piętnaście minut na temat piętnastu Tajemnic. Dziś będzie jedynie parę słów na temat pierwszej Tajemnicy Różańcowej, Zwiastowania.
Maryja była według tradycji Kościoła młodziutką dziewczyną mieszkającą w małym miasteczku, czy może nawet wiosce według naszych dzisiejszych standardów, w Nazaret w Palestynie. Pochodziła z królewskiego rodu Dawida i była poświęcona Bogu, Była konsekrowaną dziewicą. Wtedy jednak nie było zakonów żeńskich, dziewice takie wychodziły za mąż, z obopólną zgodą małżonków na dochowanie czystości.
O zwyczaju tym wiemy z co najmniej dwóch źródeł. Po pierwsze z odpowiedzi Maryi, po drugie z Listów św. Pawła. Maryja, która przecież mieszkając wśród pasterzy, w świecie gdzie hodowla zwierząt była podstawą ekonomicznego bytu, wiedziała doskonale skąd się biorą młode cielątka i jagnięta. Dla żadnego dziecka na wsi nie jest to tajemnicą. Zatem gdy zapytała Archanioła Gabriela: "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" nie negowała mocy i decyzji bożej. Po prostu nie rozumiała jak to się może stać, gdy przecież ślubowała dziewictwo. "Nie znam męża" bowiem nie oznacza wcale, że nie znała ona Józefa. Byli przecież już poślubieni, choć jeszcze nie zamieszkali razem. "Znać męża" to jedynie eufemizm na określenie intymnego aktu małżeńskiego.
Maryja nie pytałaby o to, gdyby planowała normalne małżeństwo. Stwierdzenie Archanioła Gabriela byłoby truizmem. Oczywiste jest, że po ślubie każda młoda mężatka spodziewa się, że "pocznie i porodzi syna". Nie musi się dziwić jak to się stanie. Dzieje się tak od tysięcy lat. Maryja pytała, bo jej małżeństwo od początku miało być inne.
Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian, rozdział siódmy, tak ich poucza:
Daję radę jako ten, który – wskutek doznanego od Pana miłosierdzia – godzien jest, aby mu wierzono.[…] Podobnie i dziewica, jeśli wychodzi za mąż, nie grzeszy. Tacy jednak cierpieć będą udręki w ciele, a ja chciałbym ich wam oszczędzić.[…] Jeżeli ktoś jednak uważa, że nieuczciwość popełnia wobec swej dziewicy, jako że przeszły już jej lata i jest przekonany, że tak powinien postąpić, niech czyni, co chce: nie grzeszy; niech się pobiorą. Lecz jeśli ktoś, bez jakiegokolwiek przymusu, w pełni panując nad swoją wolą, postanowił sobie mocno w sercu zachować nietkniętą swoją dziewicę, dobrze czyni. Tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia.
Widzimy zatem, że zwyczaj ten był dobrze znany, apostoł pisze o tym jako o jakiejś oczywistej rzeczy. Wyjaśnia, że dobrze jest zachować swą dziewicę nietkniętą, ale jeżeli ten ciężar byłby ponad siły ich obojga, lepiej by było, by dopełnili swego małżeństwa.
Oczywiście Maryja otrzymała wszelkie możliwe łaski, jakie tylko człowiek może dostać. Święty Józef, choć prawnie był jej mężem i ojcem Jezusa, faktycznie był jedynie ich opiekunem. O ile, rzecz jasna, w tym kontekście można powiedzieć "jedynie" :-) . Prawdziwym Oblubieńcem Maryi jest sam Duch Święty, który na nią zstąpił i z tego aktu począł się Jezus. Wielka Tajemnica Wiary. Bóg staje się Człowiekiem, z mocy Ducha Świętego i z przyzwolenia skromnej dziewczyny imieniem Miriam.
Mówiąc o imieniu… W Biblii mamy kilka przypadków, gdy sam Bóg zmieniał imiona niektórym wybranym ludziom. Nowe imię zawsze coś oznaczało, zawsze symbolizowało coś ważnego. Abram został Abrahamem, Ojcem Wielu Narodów, Jakub stał się Izraelem i tak nazwane zostało dwanaście pokoleń, które on zrodził, Szymon został nazwany Skałą, na której Jezus zbudował swój Kościół, a Maryja… Cóż. Maryja została nazwana Kecharitomene.
My w modlitwie znanej nam jako "Pozdrowienie Anielskie" mówimy: "Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…" ale św. Łukasz przytacza nam troszkę inne słowa:
"W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą"
Anioł rzekł: "Bądź pozdrowiona, Kecharitomene, Pan z Tobą!" Święty Hieronim, znający znacznie lepiej grekę i łacinę niż ja kiedykolwiek poznam polski i angielski przetłumaczył to słowo jako "Gratia Plena", "Pełna Łaski". Ta "Pełna Łaski" to Jej imię, tak, jak Jej imieniem jest "Niepokalane Poczęcie". Przypomnę, że właśnie tak się przedstawiła Ona małej Bernardetce w Lourdes, a ona powtórzyła to, opowiadając o swym przeżyciu, nie mając nawet pojęcie co by to mogło oznaczać.
Maryja naprawdę jest Peła Łaski, bo otrzymała wszelkie łaski, jakie tylko człowiek może otrzymać. W końcu Jej Syn, który w doskonały sposób wypełnił Prawo, także to nakazujące oddawanie czci swej Matce, jest Jej Stworzycielem. Nikt z nas zatem nie jest tak doskonały jak Ona, Jego i nasza Matka. I dlatego mogła Ona, pod natchnieniem Ducha Świętego powiedzieć:
Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię -a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją.
On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.
Amen.
www.WspolnotaMarto.com
Odsłon: 507 Komentarzy: 21
Wednesday,30 March 2011,15:46
Kategoria: Religia Wednesday, 30 March 2011, 15:46
Ani się obejrzeliśmy, a tu już połowa Wielkiego Postu. Środa Popielcowa była trzy tygodnie temu, Wielki Czwartek za trzy tygodnie. A my możemy się zastanowić przez moment nad tym, jak nam idą nasze wielkopostne postanowienia…
Ja jednak nie o tym, ale o chlebie. I będzie to subiektywne, osobiste rozważanie. Wynika ono z bardzo specyficznego trybu życia, jaki prowadzę. Zwykle w drodze, zwykle poza domem, zwykle bez dostępu do piekarni, czy nawet ogólnospożywczego sklepu. Zatem jestem skazany na to, co znajdę w swojej ciężarówce.
Ja jem bardzo dużo chleba. Jest on moim podstawowym pokarmem, szczególnie w Wielkim Poście. Ale i poza nim także. I gdybym mieszkał w Krakowie, miałbym życie jak w raju. Na każdym rogu ulic można kupić świeże "bajtle", czyli obwarzanki krakowskie, a dobrych piekarni pewnie też jest tam ciągle pod dostatkiem. Jednak nie mieszkam w swoim ukochanym mieście, mieszkam w swojej ciężarówce na drugim końcu świata. Tydzień temu Portland, Oregon, dziś Portland, Maine, za parę dni San Antonio, Texas… Gdzie tu szukać tej swojej ukochanej piekarni?
Moja żona piecze doskonały chleb. Na zakwasie, bez żadnych dodatków chemicznych. Piecze chleb zwykły, pszenno-żytni, z dodatkiem ziaren owsa (czyli płatków owsianych) i piecze chleb Ezechiela. Ten ostatni zawiera mąkę z sześciu różnych nasion, według przepisu, jaki znajdujemy w Biblii:
Weź sobie pszenicy i jęczmienia, bobu i soczewicy, prosa i orkiszu: włóż je do tego samego naczynia i przygotuj sobie z tego chleb. Będziesz go spożywał przez tyle dni, przez ile będziesz leżał na swym boku – przez trzysta dziewięćdziesiąt dni. (Księga Ezechiela 4,9)
Jak widać z tego przykładu chlebem może być także wypiek z mąki otrzymywanej z grochu i fasoli. To bardzo ważne, bo fasole zawierają białko, którego brakuje w ziarnach zbóż. Ale tu mi się pojawia pewien problem.
Chodzi mi o to, że zawsze kiedyś dochodzimy do granicznej wartości, za którą już otrzymujemy coś, co trudno nazwać chlebem. Oczywiście cały ten dylemat jest trochę sztuczny, bo przecież nasz post musi pochodzić z potrzeby serca i sami decydujemy o jego formie, zatem jeżeli ktoś chce, może pościć na przykład o samym grochu. Nie jest to przecież grzechem, nie jest nigdzie zakazane. Ale post o chlebie ma w sobie "coś". Jezus sam siebie nazywa "Chlebem Żywym", post o chlebie ma więc pewien eucharystyczny, chrystocentryczny wydźwięk. Gdzie jednak jest ta "granica chleba"?
Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, będąc głodni, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat. A On im odpowiedział: Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. (Mt 12, 1-6)
Uczniowie zrywają kłosy, spożywają ziarna zboża. Pan Jezus wskazuje nam na kontekst takiej diety, nawiązuje do chlebów pokładnych w Świątyni. zatem same ziarna są także jakąś formą chleba. Ja zresztą, gdy mi zabraknie zabranego z domu chleba wypiekanego przez moją kochaną Grażynkę zwykle jem macę, która ma na liście składników dwie pozycje: Mąka pszenna i woda. Tak, jak nasz opłatek, chleb używany w czasie Ofiary Eucharystycznej, chleb, który staje się Ciałem Pana Jezusa. Chleb i woda.
A co z płatkami owsianymi? Ponieważ moja dieta jest raczej monotonna, brakuje mi jakiegokolwiek urozmaicenia. I bardzo dobrze, post ma boleć, inaczej nie jest postem. Jednak człowiek szuka odrobiny odmiany. I ja ją ostatnio znalazłem. Skoro ziarna wyłuskiwane z kłosów to jakaś forma chleba, skoro jedynym składnikiem płatków owsianych są zgniecione ziarna owsa, skoro ja jestem osłem, a osły, wiadomo, głównie się owsem żywią, to owsianka na wodzie także została uznana za część mojego postu o chlebie i wodzie.
Naciągam? Być może. Idąc dalej takim tokiem rozumowania można by uznać, że gotowana fasola jest formą chleba. Skoro bowiem w chlebie Ezechiela mamy dodatek mąki z fasoli i grochu, to czemu nie gotowany groch? No właśnie? A jednak nie… choć nie bardzo wiem, jak to logicznie uzasadnić. Ale groch to jest groch, a chleb to jest chleb.
Pewnie jakaś niekonsekwencja z mojej strony, nie wiem. Chleb Ezekiela jest chlebem, bo po pierwsze jest wypiekiem z mąki, po drugie mąka z fasoli jest tam jedynie dodatkiem do mąki zbożowej, a po trzecie sama Biblia nazywa go chlebem. Ziarna zbóż są "chlebowe", bo głównie służą do wypieku chleba, zatem spożywanie ich bez wypiekania nie jest odstępstwem od tej formy postu. Ugotowanie ich niczego nie zmienia, bo przecież te obwarzanki od których zacząłem, jak sama nazwa wskazuje, też są "obwarzane" przed pieczeniem. A przecież nikt nie neguje, że to też jakaś forma chleba. Natomiast gotowany groch, to gotowany groch i tyle.
Chleb jaki jest każdy widzi… Ale czasem ten chleb przybiera różne formy. Precelki twarde, krakersy, słone paluszki, chleb tostowy, bułeczki, obwarzanki, "bagels", czyli żydowskie bajgle, trochę podobne do krakowskich obwarzanków, także wypiekane z ciasta wcześniej gotowanego we wrzątku. Ziarno zbóż, a więc i owsianka… dlaczego nie? Ale gdy wśród składników zaczynam znajdować rodzynki, daktyle, cukier, proszek do pieczenia – to dla mnie kończy się chleb i zaczynają ciasta. Kwestia umowy zapewne, ale to jest, jak wspominałem już, subiektywne spojrzenie na chleb.
Życzę więc Wam, i sobie też, wytrwania w drugiej połowie Wielkiego Postu. Poszcząc nie zapominajmy też o modlitwach i materialnym wspomaganiu Kościoła i wszystkich potrzebujących. Nasza wiara jest martwa bez uczynków, uczy święty Jakub. O chlebie Ezechiela pisałem już dwukrotnie, tam też znajduje się przepis. KLIK 1 KLIK 2 A poniżej ostatni wypiek mojej żony… Już pozostały po nim jedynie wspomnienia. Zatem żegnam. Zrobię sobie owsiankę i zagryzę macą. ;-)

www.WspolnotaMarto.com
Odsłon: 658 Komentarzy: 11
Friday,25 March 2011,15:03
Kategoria: Pro life Friday, 25 March 2011, 15:03
Dziś Uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Czyli, mówiąc po ludzku, dzisiaj świętujemy moment, gdy Maryja Dziewica zaszła w ciążę. Czemu dzisiaj? W połowie okresu Wielkiego Postu, całkiem "niepokolei" w liturgicznym kalendarzu? To oczywiste przecież, ale wielu osobom otwierają się szeroko oczy ze zdumienia, gdy pierwszy raz to sobie uświadomią. Dzisiaj po prostu jest dziewięć miesięcy do Bożego Narodzenia, a normalna ciąża, jak wiadomo, trwa dziewięć miesięcy.
Trochę niedobrze, że to akurat tak wypada, bo jakoś cicho obchodzimy tę uroczystość, a przecież to właśnie teraz Bóg do nas przychodzi. To dziś, nie w Boże Narodzenie staje się jednym z nas. To dziś następuje Wcielenie, wkroczenie w materialną rzeczywistość, czasoprzestrzeń, w historyczny ciąg wydarzeń ludzkości. Emanuel, Bóg z nami zaczyna żyć wśród nas.
Wielu z nas uczestniczy w duchowej adopcji dziecka poczętego. Tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, serdecznie właśnie dziś zachęcam do tego. Choćby na dziewięć miesięcy. Choćby od dziś do Bożego Narodzenia. Można uratować w ten sposób wiele dzieci. Ja modlę się słowami, jakie dał nam Sługa Boży, arcybiskup Fulton Sheen, ale forma jest dowolna. Każdy w Necie znajdzie więcej na ten temat, jeżeli tylko będzie chciał. Zresztą wystarczy własna modlitwa – krótka prośba do Pana o uratowanie nienarodzonego dziecka, któremu grozi aborcja.
Pamiętajmy, że Jezus był Bogiem zanim Archanioł Gabriel zwiastował pannie Maryi. Był Bogiem w momencie zwiastowania. Był Bogiem minutę później, gdy jego Ciało składało się z jednej komórki, czy z czterech, czy z szesnastu. Był Bogiem dziewięć miesięcy później, gdy w Betlejem przyszedł na świat. Jest Bogiem i teraz.
Uświadomienie sobie tego pomaga nam zrozumieć, kim jest poczęte dziecko. Gdyby ktoś zabił tę żyjącą komórkę, którą ja kiedyś byłem, tę zygotę, czy embriona – to ja, właśnie ja, bardzo konkretnie ja bym się nigdy nie narodził. To zabiłby właśnie mnie. Gdyby ktoś zabił To, Co było pod sercem Maryi, zabiłby Boga. Wcale nie mniej, niż stało się to później na Krzyżu. Zamordowanie człowieka zawsze jest tym samym, niezależnie od tego, czy ma minuty życia za sobą, czy 99 lat.
Adoptujmy nienarodzone dzieci. Proszę Was o to z całego serca.
Odsłon: 656 Komentarzy: 9
Friday,25 March 2011,07:04
Kategoria: Kościół Friday, 25 March 2011, 07:04
Pisałem już na swoim blogu o ojcu Corapi. Jest on niezwykłym księdzem. Były milioner, były bezdomny. Wyświęcony przez Jana Pawła Wielkiego w Rzymie, posłany do pracy misyjnej w USA. Doktor teologii, a do tego bardzo "maryjny ksiądz". Wiele uczył o potrzebie odmawiania Różańca Świętego. Nagrał cykl 50 wykładów na temat Katechizmu Kościoła Katolickiego. Bardzo ortodoksyjny i wierny nauczaniu Kościoła kaznodzieja.
Ojciec Corapi także często mówił o wielkiej krzywdzie, jaką wyrządza się fałszywie oskarżanym księżom. Słusznie zauważył, że wystarczy dziś kogoś oskarżyć w Kościele, nie mając nawet żadnych dowodów, czy poszlak, by zniszczyć czyjeś życie. Te sprawy rozstrzygane są przez ławy przysięgłych, a opinia publiczna jest tak wrogo nastawiona do Kościoła Katolickiego, że wielu księży zostało skazanych na podstawie fałszywych oskarżeń i za wiele lat wiernej służby Kościołowi, na stare lata zostali pozbawieni możliwości służenia Kościołowi jako kapłani i utracili swoje dobre imię.
Wszyscy znamy przypadek fałszywego oskarżenia kardynała Chicago, Josepha Bernardina. Oskarżenie przyszło, gdy zmagał się on z chorobą nowotworową. Poddał się dochodzeniu, które go całkowicie oczyściło z zarzutów, a oskarżyciel przyznał, że oskarżył kłamliwie i poprosił o wybaczenie. Jednak stres związany z całą tą sytuacją z pewnością nie pomógł umiłowanemu kardynałowi chicagowskich katolików i z pewnością przyspieszył rozwój choroby, która okazała się śmiertelną.
Ale ilu prostych księży może liczyć na tak drobiazgowe śledztwo? Na takie modlitewne szturmowanie Nieba, jak w przypadku kardynała jednej z największych archidiecezji? Ilu fałszywie oskarżonych kapłanów traci po prostu wszystko na skutek tych oskarżeń?
Na stronie ojca Corapi można przeczytać jego słowa, które w dość swobodnym tłumaczeniu brzmią tak:
Prośba o modlitwę.
W Środę Popielcową dowiedziałem się, że moja była pracownica wysłała trzystronicowy list do kilku biskupów oskarżający mnie o wszystko: od narkomanii do różne seksualne ekscesy z nią i kilka innymi dorosłymi kobietami. Wygląda na to, że nie ma potrzeby, by skargę uznać za "wiarygodną", aby władze Kościoła uruchomiły procedury, które niedawno były ustanowione dla przypadków molestowania seksualnego nieletnich. Nie jestem o nic takiego oskarżony, ale procedury te najwyraźniej są stosowane w odniesieniu do wszelkiego rodzaju zarzutów.
W wyniku tych oskarżeń zostałem przeniesiony na "administracyjny urlop". Oczywiście będę współpracował w wyjaśnianiu oskarżeń, choć uważam, że ma on poważne wady i sprowadza się do traktowania kapłana jako "winnego na wszelki wypadek", a w procesie musi on udowodnić swą niewinność. Natomiast powstałe na skutek oskarżeń szkody moralne są natychmiastowe. Dotyczy to szczególnie kogoś tak dobrze znanego jak ja.
Nie jestem sam w tych poglądach, wielu adwokatów i specjalistów od Prawa Kanonicznego publicznie oświadczyło, że procedury te poważnie niszczą reputację oskarżonego, nawet, gdy potem okazuje się on niewinny.
Wszelkie oskarżenia pod moim adresem są fałszywe. Proszę Was o modlitwy za wszystkie osoby zaangażowane w tym procesie.
Nie wierzę w oskarżenia przeciw ojcu Corapiemu. Po prostu nie wierzę. Jednak niezależnie od tego, czy są one prawdziwe, czy nie, my wszyscy już przegraliśmy. Stacja radiowa EWTN, która nadawała codziennie jego godzinny wykład natychmiast usunęła jego nauczanie ze swej ramówki. Jego przełożeni odsunęli go od wszelkich publicznych funkcji związanych z jego kapłaństwem. I wiele osób myśli: "Skoro oskarżony, to pewnie coś musiało być".
Przypomnę: Ojciec Corapi nie jest oskarżony o nic, co byłoby karane przez prawo. Nie są w to zamieszane żadne nieletnie osoby. Nie ma to żadnego związku z homoseksualizmem, czy pedofilią. Była pracownica, osoba pełnoletnia, oskarżyła go nie u prokuratora, czy na policji, ale u kilku, czy kilkunastu biskupów, rozsyłając do nich list. Nie ma na razie żadnych podstaw, by jej wierzyć. A jednak potraktowano ojca Corapiego jakby już udowodniono mu jakieś przestępstwo, lub przynajmniej niemoralne zachowanie.
W czasie każdej bitwy najskuteczniejszą strategią jest zniszczenie dowództwa przeciwnika. Tych, którzy prowadzą przeciwnika do walki. Strategów. Liderów. Ojciec Corapi jest takim liderem w amerykańskim Kościele. Ukochany przez miliony, słuchany przez miliony. Mimo pięciu dyplomów wyższych uczelni, mimo doktoratu – ciągle wierzący w istnienie piekła, aniołów, diabłów, grzechu, w prawdziwą obecność Jezusa w Eucharystii, w konieczność spowiedzi świętej, w niemoralność antykoncepcji… Powiecie: A co w tym dziwnego? Czy to nie jest podstawowe nauczanie Kościoła? Jest. Ale ile razy słyszeliście o tym kazanie w Waszej parafii? A ojciec Corapi mówi o tym cały czas. I dlatego stał się celem ataku przeciwnika.
Nie wierzę w oskarżenia, ale nawet, gdyby okazały się prawdziwe, w niczym to nie zmienia tego, co chcę napisać. Ja nie mam prawa go oskarżać o nic. Zbyt wiele razy sam upadałem, by się pastwić nad upadkiem innych. I nie wiem, jakim pokusom podlegają księża. Ich szatan z pewnością kusi stokrotnie mocniej niż mnie. Wierzę, że i łaski otrzymują większe, ale na pewno nie jest im łatwo. Jednak niezależnie od tego jaka jest prawda, jest coś nieuczciwego w traktowaniu kogokolwiek jako winnego zanim nawet da się mu szansę na wypowiedzenie choć słowa na swą obronę. I o ile jeszcze można to zrozumieć w przypadku osób oskarżonych o niemoralne zachowanie w stosunku do dzieci, bo chodzi o obronę tych niewinnych istot, to przecież tu nie ma w ogóle o czymś takim mowy. Ojciec Corapi nie zagraża nikomu.
Fragment modlitwy naszej Wspólnoty Marto:
Przyjmij naszą ofiarę za cały Kościół Powszechny, za Papieża, wszystkich biskupów i kapłanów, a szczególnie mojego biskupa N i księży w mojej parafii. Udziel im wszelkich łask i spraw, by wytrwali w świętości i wierności Kościołowi, a tym, którzy upadają daj siłę, by powstali.
Oczywiście gdy pisałem tę modlitwę nie miałem nikogo konkretnego na myśli. Dzisiaj inaczej odczytuję te słowa. Nabrały dla mnie jakiegoś osobistego wymiaru, bo bardzo cenię i kocham ojca Corapi. Słuchałem go regularnie i wiele mnie nauczył. Dlatego bardzo Was proszę o modlitwę w jego intencji. Ale nie tylko w jego. Także w intencji wszystkich kapłanów. Bo wygląda na to, że są oni dzisiaj w sytuacji bez wyjścia.
Niezależnie od tego co zrobią, jak się będą zachowywali, wystarczy jedno oskarżenie by zniszczyć ich życie. A przecież bez kapłaństwa, bez naszych księży świat nie może istnieć. Oni nam dają Jezusa w Eucharystii. Oni nam dają odpuszczenie grzechów. Bez nich nie może istnieć Kościół. Nie byłoby Ofiary Mszy Świętej. Kudłaty to doskonale rozumie i dlatego tak zaciekle ich zwalcza. Brońmy naszych kapłanów. Modlitwą, postem, dobrym słowem, radą. Podziękujmy im za to, co robią. Oni oddali dla Jezusa i dla nas całe swoje życie, oddajmy im choć parę minut z naszego.
Facebook: "Módlmy się za ojca Corapi i wszystkich kapłanów".
Wspólnota Marto
Odsłon: 961 Komentarzy: 12
« wstecz
1
2
3
4
5
6
7
8
9
... 36
dalej »