
Monday,08 August 2011,00:47
Kategoria: Kościół Monday, 08 August 2011, 00:47
Właśnie wróciłem z polskiego kościoła w Lowell, Ma i choć planowałem dziś pisać o regule Wspólnoty Marto, to czytania usłyszane podczas Mszy sprowokowały mnie do tego, by i na ich temat napisać kilka słów. Przyczyną był fragment z Listu do Rzymian, najbardziej zdumiewające słowa, jakie wypowiedział jakikolwiek człowiek w całym Piśmie Świętym.
Eliasz
Zacznijmy jednak od czytania ze Starego Testamentu i od Ewangelii. W Pierwszej Księdze Królewskiej czytamy:
Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. (1 Krl 19,9a.11-13)
Bóg zazwyczaj przychodzi do nas "w szmerze łagodnego powiewu". Ale by taki cichutki szmer usłyszeć musimy się wyciszyć. Musimy się skupić. Musimy wyłączyć telewizor, radio, laptopa, zgasić światło i po prostu się wsłuchać w Jego głos. Musimy odwiedzić Go w Kaplicy Eucharystycznej, uklęknąć przez Tabernakulum i pozwolić mu szeptać. Eliasz był "wojującym prorokiem", a do tego miał poczucie humoru. Lubił pokazać w teatralny sposób chwalę Boga i Jego Moc. Pamiętacie zapewne konfrontację z prorokami Baala, gdy 450 z nich wołało swego boga, by przyjął składaną mu ofiarę, a Baal milczał jak grób. Eliasz wołał:
Kiedy zaś nastało południe, Eliasz szydził z nich, mówiąc: Wołajcie głośniej, bo to bóg! Więc może zamyślony albo jest zajęty, albo udaje się w drogę. Może on śpi, więc niech się obudzi! (1 Krl 18,27)
A potem, czekając, by prawdziwy Bóg zesłał sam ogień i spalił ofiarę na ołtarzu...
Potem ułożył drwa i porąbawszy młodego cielca, położył go na tych drwach i rozkazał: Napełnijcie cztery dzbany wodą i wylejcie do rowu oraz na drwa! I tak zrobili. Potem polecił: Wykonajcie to drugi raz! Oni zaś to wykonali. I znów nakazał: Wykonajcie trzeci raz! Oni zaś wykonali to po raz trzeci, aż woda oblała ołtarz dokoła i napełniła też rów. Następnie w porze składania ofiary z pokarmów prorok Eliasz wystąpił i rzekł: O Panie, Boże Abrahama, Izaaka oraz Izraela! Niech dziś będzie wiadomo, że Ty jesteś Bogiem w Izraelu, a ja Twój sługa na Twój rozkaz to wszystko uczyniłem. Wysłuchaj mnie, o Panie! Wysłuchaj, aby ten lud zrozumiał, że Ty, o Panie, jesteś Bogiem i Ty nawróciłeś ich serce. A wówczas spadł ogień od Pana i strawił żertwę i drwa oraz kamienie i muł, jako też pochłonął wodę z rowu. Cały lud to ujrzał i upadł na twarz, a potem rzekł: Naprawdę Jahwe jest Bogiem! Naprawdę Pan jest Bogiem! Eliasz zaś im rozkazał: Chwytajcie proroków Baala! Niech nikt z nich nie ujdzie! Zaraz więc ich schwytali. Eliasz zaś sprowadził ich do potoku Kiszon i tam ich wytracił. (1 Krl 18,33-40)
Niesamowita wiara Eliasza. I nie zawiódł się na niej prorok. Ale być może dlatego Bóg kilka wersetów dalej ukazuje się mu w cichym powiewie wiatru, by go stonować, uspokoić. Bo nasza religia nie jest religią walki, ale religią miłości.
I jeszcze jedno. Bóg nie ukazał się Eliaszowi w ciszy. Okazał się w szemraniu wiatru. Nie chodzi o to, by nasza religia stawała się krzykiem, walką, wciskaniem jej na siłę, przemocą, przez zastraszenie i pod groźbą. ale też nie chodzi o to, by milczeć. Trzeba z miłością, łagodnością, cierpliwie tłumaczyć, ewangelizować, dawać przykład czynem i słowem.
Źle jest zastraszać i narzucać innym swe przekonania, ale gorzej jeszcze jest te przekonania zachowywać tylko dla siebie. W Ziemi Świętej płynie rzeka Jordan i wpływa do dwóch zbiorników wodnych: Jeziora Genezaret i Morza Martwego. Jedyna różnica między nimi to to, że z Genezaret woda wypływa dalej, a z Morza Martwego nie wypływa nic. I Jezioro Genezaret jest pełne życia, a Morze Martwe jest... martwe.
I mówiąc o jeziorze, wsiądźmy na moment do łodzi Piotra:
Piotr
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. (Mt 14,22-33)
Jezus mówi Piotrowi, że jego wiara jest słaba. Często przyjmujemy to stwierdzenie za dobrą monetę, nie zastanawiając się nad nim wiele. Czasem się dziwimy, że tak małą, słabą wiarę miał Piotr. Gdybyśmy my tam byli, to ho! ho! Pokazalibyśmy jak jest NASZA WIARA! Ale czy na pewno?
W łodzi było dwunastu przerażonych apostołów. Myśleli, że zobaczyli ducha. Burza na jeziorze wielkim jak morze, nie widać brzegów, łódź jak łupinka i jakaś zjawa idzie po falach. I tylko jeden z nich uwierzył, że to rzeczywiście Pan. Uwierzył nie intelektualnie, ale praktycznie. Odważył się przełożyć nogi za burtę i zrobić krok w nieznane. Zaczął iść po tych wzburzonych falach. Mała wiara? Boże, kiedy ja będę miał taką małą wiarę?
Piotr odwrócił wzrok od Pana, spojrzał na przewalające się bałwany, na wichurę i na moment zwątpił. Na moment stracił wiarę. Na moment, bo zaraz zaczął wzywać boskiej pomocy. Stracił wiarę, ale pozostała mu nadzieja i nie zawiodła go. Jezus podał mu pomocną dłoń.
Pan skarcił Piotra, że jego wiara jest słaba, bo gdyby była naprawdę mocna, nie wątpiłby nigdy. A my? My wątpimy cały czas. Na ile jesteśmy w stanie zaufać Bogu? Na przykład w dzisiejszej politycznej sytuacji? W sprawie kolejnego rozłamu w Kościele? Czy wierzymy, że Bóg może więcej, niż my, niż jakaś partia polityczna, jakiś inny człowiek? Ile czasu poświęcamy na modlitwę, ile ofiarujemy postów i wyrzeczeń w tej sprawie?
Ja wiem, że wszystko jest ważne. "Módlmy się tak, jakby wszystko zależało od Boga i róbmy tak, jakby wszystko zależało od nas". Ale gdyby można było zrobić tylko jedno, modlitwa nie tylko byłaby ważniejsza, ale byłaby też skuteczniejsza. Bóg może wszystko zrobić sam, gdy zechce, my sami nie zrobimy nic.
Popatrzmy na przykład Węgier. Tam zaczęli od modlitwy, od krucjaty różańcowej. Potem przyszło też działanie polityczne, które wynikło z tej wielkiej łaski, jaką bracia Węgrzy otrzymali. Członkowie narodu, który wydal kilku wspaniałych świętych, z pewnością orędujących za nimi w Niebie, ale narodu, który kilkanaście lat temu każdy z nas nazwałby totalnie zlaicyzowanym. I co? Jaka dla nas nauczka? Żadna, bo my wiemy lepiej. My sobie to zrobimy inaczej. My nie będziemy tracić czasu na modlitwy, bo wybory za parę miesięcy.
Cóż, życzę powodzenia.
I to tyle o wierze i nadziei. Następny fragment będzie już raczej o miłości. Ale o prawdziwej, żywej wierze napisałem kiedyś inny felieton, który chciałbym jeszcze tu przypomnieć: KLIK A jeżeli ktoś jest ciekawy jak wyglądała taka łódź na której apostołowie płynęli, zapraszam do zobaczenia tego WIDEO. I pamiętajmy: Ta łódź Piotra płynąca pod wiatr, po burzliwych falach, to Kościół. Pan Jezus nigdy nas nie zostawi i nawet, gdy wszyscy tę wiarę i nadzieję potracimy, On przyjdzie i uciszy burzę.
Paweł
W Liście do Rzymian święty Paweł pisze zdumiewające słowa, których większość z nas w ogóle nie dostrzega:
Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen. (Rz 9,1-5)
"Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami." Nieraz pytałem tych, którzy wszelkie nadzieje dla Polski pokładają w zwycięstwie PiSu, czy partii Marka Jurka w najbliższych wyborach: Gdzie i kiedy Pan Jezus mówi cokolwiek o politycznej sytuacji swej ziemskiej ojczyzny? Gdzie i kiedy naucza, że należy popierać taką, czy inną polityczną frakcję? A przecież sytuacja Palestyny w czasach Jezusa była po stokroć gorsza nić jest dziś sytuacja Polski.
Czy Pan Jezus nie był patriotą? Czy nie czuł się Żydem? Czy nie kochał swej ziemskiej ojczyzny? Oczywiście, że był Żydem całym swym sercem i najbardziej ze wszystkich kochał swych braci "według ciała". Sam nie raz o tym mówi:
Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. (Mt 23, 36)
Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! (Łk 23,28)
Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom.(Mt 15, 24-26)
Przykłady można mnożyć, ale nie o to chodzi. chodzi o to raczej, że Pan Jezus, prawdziwy Pomazaniec - Mesjasz, Syn Dawida, prawdziwy Król Żydowski wiedział, że to, co jest Jego braciom potrzebne to nie silne państwo, ale silna wiara. Nie odnowa polityczna, ale moralna, bo ich i Jego prawdziwe Królestwo nie pochodzi z tego świata. A gdy będą mieli tę wiarę, to nie ma już wtedy większego znaczenia polityczna sytuacja kraju.
Święty Paweł był bardzo dumny zarówno ze swego pochodzenia, jak i z faktu, że jest Rzymianinem. Parafrazując można by powiedzieć, że to był "prawdziwy Polak i Europejczyk". I jakoś mu to w niczym nie przeszkadzało. Nie znaczy to wcale, że pochwalał bezkrytycznie Rzym. Wręcz przeciwnie, nie szczędził nikomu słów krytyki, jeżeli na nie zasługiwali. Do tego stopnia, że zapłacił za to najwyższą cenę. Mimo to nigdy nie nawoływał do buntu przeciw władzy, o której mówił, że "nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle."
Paweł nie czynił nic złego, a jednak ten miecz władzy obciął mu głowę. To jednak, w oczach Pawła, nie było wielką tragedią. Bóg z każdego zła wyciągnie dobro, a krew męczenników stała się zasiewem, nawiozła pole, z którego wyrósł potężny i wspaniały Kościół. Paweł żyjąc jeszcze mial poważny dylemat, tak mało rozumiany przez dzisiejszych ludzi:
Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne. (Flp 1, 21-24)
Lubię te słowa świętego Pawła. Pokazują one, że nie jestem nienormalny. Ja też się nie mogę doczekać. I nie ma to nic wspólnego z samobójczymi myślami. Jak Bóg chce, bym żył sto lat - wytrzymam. Jest powód dla którego Bóg dał mi duszę, przed stworzeniem świata On wiedział, że będzie kiedyś taki Piotruś, co od małego zakocha się w samochodach i spędzi życie na nawijaniu kilometrów szos na koła swej ciężarówki. I dobry Bóg wymyślił dla mnie plan.
I nie chodzi o to, że ja mam tu jakiś specjalny plan od Boga. Nie, nie uważam się za żadnego wybrańca Boga. Nie w specjalnym sensie tego słowa. Jestem dokładnie takim samym wybrańcem jak Ty, drogi czytelniku. Każdy z nas bowiem jest kimś specjalnym w oczach Boga, niezależnie od tego, czy jesteśmy zwykłymi robotnikami, domowymi gospodyniami, uczniami, osobami świeckimi, księżmi, prezydentami państw, przywódcami partii politycznych, czy w ogóle kimkolwiek.
Rozumiem słowa św. Pawła z Listu do Filipian, ale nie rozumiem tych z Listu do Rzymian. Albo mówiąc precyzyjniej rozumiem, ale szczerze mówiąc już pod tymi bym się nie podpisał. Przypomnę. Święty Paweł Mówi:
Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami.
Zdumiewające. Święty Paweł, człowiek, ktory był mistykiem, który oglądał Pana Jezusa twarzą w twarz, który miał wizję Nieba, który powiedział nam, że "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" - jest gotów poświęcić to wszystko dla dobra swych braci. Dla zbawienia swych rodaków.
Co innego oddać swe życia za brata. Teoretycznie - dlaczego nie. Przecież nasza wiara nam mówi, że nasza dusza jest nieśmiertelna. Czytając na przykład Listy św. Ignacego z Antiochii widzimy, z jak wielką radością szedł on na śmierć. Podobne świadectwo daje nam wielu świętych, zarówno w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jak i w czasach współczesnych. Przykładem choćby święty Maksymilian Maria Kolbe, czy Edith Stein - Święta Teresa Benedykta od Krzyża. Ta ostatnia z radością ofiarowała swe życie za swych braci i siostry "krwi", za Żydów.
Święty Paweł jednak w swej miłości do braci posuwa się dalej. Trudno mi to oceniać "teologicznie". Brak mi wiedzy, a serce się buntuje. Ale przecież św. Paweł sam wyraźnie zaznacza we wstępie do tych słów: "Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię". Być może należy te słowa odczytywać jako hiperbolę, przenośnię, jak słowa Jezusa o ucięciu sobie ręki i wyłupaniu oka. Ale kontekst chyba na to nie wskazuje. Mam wrażenie, że św. Paweł byłby rzeczywiście gotów pójść na wieczne zatracenie, jeżeli to uratowałoby tylko jego rodaków.
To jest prawdziwa miłość. To jest zdumiewająca miłość do swych braci. A my? A my wszyscy, którzy uważamy się za polskich patriotów? Ile my jesteśmy w stanie dla nich i dla naszej Ojczyzny zrobić? Czy kolejna "zadyma", demonstracja, złośliwy komentarz w Internecie, oplucie kogoś, zmieszanie z błotem to jedyne na co nas stać? Czy naprawdę myślimy, że głosując na "jedyną słuszną partię" rozwiążemy jakikolwiek problem? I skąd wziąć tę jedyną słuszną partię, skoro i tu nie ma wcale żadnej jedności wśród naszych rodaków? Nawet tych, którzy uważają się za dobrych katolików?
Pod moją ostatnią notką na Frondzie, o ojcu Corapi i księdzu Natanku, wywiązała się dość ciekawa dyskusja. Zapytałem zwolenników księdza Natanka o coś:
"Zgadzam się z księdzem Natankiem, że modlitwą i postem można pokonać złego. Najlepiej modlitwą różańcową i postem o chlebie i wodzie. Zgadzam się, że nam jest potrzebna krucjata różańcowa, jak na Węgrzech. Ale pytam zwolenników Natanka: Ilu z Was na to tak na serio odpowiedziało? Ilu z Was pości o chlebie i wodzie? Ilu z Was codziennie odmawia różaniec za Ojczyznę, za kapłanów, za Kościół?
Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21:28-32)"
Możemy czekać, aż nas ktoś "porwie" do krucjaty różańcowej, możemy to zrobić sami. Moją propozycją jest nasza Wspólnota Marto. Zaledwie trzy tuziny osób się do nas przyłączyło, a marzyłyby się miliony... Oczywiście wiem, że wielu modli się za rodaków i za naszą Ojczyznę i żadnej wspólnoty do tego nie potrzebują, albo należą do innych wspólnot i zgromadzeń. Każdy idzie do Nieba swoją drogą i trudno innym cokolwiek narzucać. Ale przecież wiemy wszyscy, że nie do tych osób kieruję moje słowa.
Bo choć w żaden sposób nie jestem tego w stanie sprawdzić, to przecież w głębi serca wiem, że dla wielu zaangażowanych i gorących katolików post, ofiary, wyrzeczenia i w jakimś stopniu nawet modlitwy to bzdura i strata czau. Wiem, że wielu z nich naprawdę uważa, że poprzez publicystykę, poprzez wyrażanie swych uczuć w komentarzach na blogach, poprzez manifestacje i namowy polityczne cokolwiek zmienią. Wiem, że uważają to za najważniejsze w dzisiejszych czasach. I wiem także, że całkowicie się mylą.
I nie chodzi mi tu wcale, by w komentarzach ktokolwiek cokolwiek deklarował. Chodzi mi o to, by każdy z nas po prostu i cichutko coś zaczął. Może jeden różaniec dziennie za Ojczyznę. Może post w piątek o chlebie i wodzie za Kościół. Może ofiarowanie filiżanki kawy jutrzejszego ranka. Może ofiarowanie Bogu naszej kolejnej migreny. Małe rzeczy ofiarowane Bogu z wielką miłością potrafią zmienić świat. Natomiast nienawiść do kogokolwiek, nie wykluczając ludzi o odmiennych od naszych poglądach politycznych, nie wykluczając masonów, członków Platformy, a nawet nie wykluczając, o zgrozo! Michnika - służy tylko kudłatemu.
Odsłon: 788 Komentarzy: 33
Tuesday,08 March 2011,18:24
Kategoria: Kościół Tuesday, 08 March 2011, 18:24
Minął już ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu na temat ojca Corapi. Był on w pewnym sensie moim idolem. Były milioner, przyjaciel największych gwiazd w Hollywood, właściciel domu przy plaży w Malibu, 18-metrowego jachtu i samochodu Ferrari - poprzez uzależnienie od narkotyków wszystko traci, zostaje bezdomnym bumem i mieszka na ulicy. Tam go odnajduje list od matki, z obrazkiem Matki Bożej i z modlitwą "Zdrowaś Maryjo". Matka go prosi, by raz dziennie ją odmówił... Corapi wspominał, że musiał ją czytać, mimo dwunastu lat edukacji w katolickich szkołach i wychowania w katolickim domu nie pamiętał już słów tej modlitwy.
John Corapi wrócił do domu, do matki, pogodził się z Bogiem, postanowił zostać księdzem. Wyświęcony w Rzymie, przez Jana Pawła II, otrzymał gruntowne wykształcenie. Pięć dyplomów wyższych uczelni, łącznie ze słynnym Navarre University, założonym przez świętego Josemarię Escrivę, gdzie otrzymał też tytuł doktora teologii.
Ojciec Corapi jest bardzo znany w USA. Znany ze swej bezkompromisowości w nauczaniu prawdy. Jego wykłady zawsze były jak powiew świeżego powietrza. A uczył wiele, nagrywając między innymi cykl pięćdziesięciu godzinnych wykładów omawiających punkt po punkcie Katechizm Kościoła Katolickiego.
Minęło 20 lat od czasu, gdy John Corapi został księdzem. Oskarżony, jego zdaniem fałszywie, o niemoralne zachowanie w stosunku do dorosłych pracownic jego biura i o nadużywanie alkoholu i narkotyków, ogłosił, że opuszcza kapłaństwo. Uzasadniał to tym, że w obecnej sytuacji nie ma szans na uczciwy proces i że pozostając księdzem ma związane ręce próbując bronić swego dobrego imienia.
Pisząc mój poprzedni tekst o ojcu Corapi miałem spore wątpliwości co do tego, gdzie leży prawda. I choć dzisiaj nadal nie mam pewności, bo tę zna tylko sam Corapi i Bóg, to jednak znamy dziś pewne dodatkowe fakty, ukazujące ojca Corapi w nie najlepszym świetle. Stowarzyszenie, którego był członkiem, wydało oświadczenie, gdzie możemy przeczytać:
"O. John A. Corapi złożył rezygnację z członkostwa w Society of Our Lady of the Most Holy Trinity (SOLT) w czerwcu. [...] Mimo, że SOLT zazwyczaj nie komentuje publicznie spraw personalnych, to jednak zdaje sobie sprawę, że o. Corapi przez swą działalność inspirował tysiące wiernych katolików, spośród których wielu nadal go wspiera. SOLT także uznaje, że o. Corapi teraz wprowadza w błąd te osoby, poprzez fałszywe deklaracje i oceny faktów. To tym katolikom SOLT pragnie wyjaśnić zaistniałą sytuację.
Kobieta, dobrze znana ojcu Corapi, przysłała do SOLT podpisany list opisujący szczegółowo zarzuty przeciw Corapiemu dotyczące jego seksualną aktywność z dorosłymi kobietami, nadużywanie alkoholu i narkotyków, niewłaściwe praktyki sakramentalne, naruszenie obietnicy ubóstwa i inne wykroczenia.
Po otrzymaniu tych zarzutów SOLT powołał trzyosobowy zespół składający się z księdza- znawcy prawa kanonicznego, psychiatry i prawnika, w celu dotarcia do prawdy. Dwoje członków zespołu było członkami zgromadzeń religijnych, jeden był świeckim katolikiem. Dwoje było mężczyznami, jedna kobietą. Wszyscy mieli duże doświadczenie w eklezjalnych sprawach związanych z dyscyplinarnymi procesami księży.
Gdy SOLT ustanowił ten zespół, ojciec Corapi podal do sądu swą oskarżycielkę, twierdząc, że złamała kontrakt, który zawiera punkt nakazujący jej milczenie w sprawie ojca Corapi. Zaoferował jej także 100 000 dolarów, jeżeli podporządkuje się temu kontraktowi.
Powołany zespół przypuszcza, że ojciec Corapi podpisał podobne kontrakty z innymi kluczowymi świadkami w tej sprawie, którzy odmówili odpowiedzi na przesłane im kwestionariusze.
[...]
Zespół SOLTu zdobył informacje poprzez emaile ojca Corapi, zeznania świadków i publicznie dostępne źródła, z których wynika, że w czasie jego publicznej działalności:
Pozostawał on w niemoralnym związku ("sexual relations") z kobietą znaną mu, kiedy się poznali, jako prostytutka; wielokrotnie nadużywal alkoholu i narkotyków; ostatnio aktywnie wymieniał niemoralne SMS-y ("sexting") z jedną, lub kilkoma kobietami w Montanie; posiada on nieruchomości na swoje nazwisko warte ponad milion dolarów, liczne luksusowe pojazdy, motocykle i quada, rampę dla łodzi, kilka motorówek, co jest poważnym naruszeniem obietnicy ubóstwa składanej przez członków SOLT.
SOLT nakazał ojcu Corapi powrót do siedziby Stowarzyszenia, zamieszkanie w niej i wycofanie się z procesu sądowego przeciw swej oskarżycielce. SOLT podtrzymuje zakaz głoszenia kazań i wykładów poprzez ojca Corapi i oświadcza, że ojciec Corapi nie nadaje się do funkcjonowania jako kapłan (SOLT does not consider Fr. John Corapi as fit for ministry)."
Cały tekst oświadczenia można znaleźć TUTAJ.
Oczywiście ojciec Corapi, czy też teraz "mister Corapi" odrzuca te oskarżenia, przynajmniej niektóre, twierdząc, że nie są one prawdziwe. Jednak fakty o jego materialnym statusie są faktami. Także to, że został on złapany przez policję jadąc po pijanemu samochodem także jest faktem. Najsmutniejsze jednak jest to, że okazał się on hipokrytą, który co innego głosił, a co innego praktykował.
Na stronie Johna Corapiego można zobaczyć jego video, gdzie się broni przeciw zarzutom i mówi o swych dalszych planach. W skórzanej kurtce z napisem "Harley Davidson", z uczernioną brodą (która na starszych filmach jest już mocno posiwiała) widzimy zupełnie inny image tego człowieka. Człowieka, który 20 lat temu składał na ręce Jana Pawła Wielkiego przysięgę posłuszenstwa wobec przełożonych, a potem, wstępując do SOLT obietnicę życia w ubóstwie.
O księdzu Natanku nie będę wiele pisał, bo każdy zna jego sytuację i każdy ma swoją opinię na jego temat. I choć są między tymi kapłanami zasadnicze rozbieżności, to przecież widać także bardzo wiele podobieństw.
Przede wszystkim obaj ci mężczyźni pokazują nam wielką miłość do Boga. Obaj są doskonale wykształceni. Obaj mają wielki wpływ na współczesny Kościół i na szeregowych katolików. Obaj dostrzegają poważne problemy w tym Kościele. Obaj potępiają tumiwisizm, liberalizm, indyferentyzm, brak zaangażowania, także wśród niektórych biskupów. Obaj pragną powrotu "sacrum", poważnego traktowania Boga i naszej wiary.
Jednak obaj ulegli pokusom złego. Nie potępiam ich za to, bo zdaję sobie sprawę, jak bardzo musieli być kuszeni. Oni byli wielkim zagrożeniem dla kudłatego, więc zły z wielką werwą i przebiegłością postanowił to, co w nich dobre obrócić przeciw Kościołowi.
Obaj okazują nieposłuszeństwo przełożonym. Ojciec Corapi pozostał bardzo ortodoksyjny w swym nauczaniu, ale okazał się hipokrytą w swym prywatnym życiu. Nie stosuje się sam do tego, czego tak wspaniale naucza. Przez to stracił nie tylko twarz, ale stracił też swych słuchaczy. EWTN, katolicka rozgłośnia radiowa, która każdego dnia nadawała godzinny wykład ojca Corapiego, z oczywistych względów zaprzestała to robić. Ojciec Corapi co prawda ma teraz swą własną stronkę w Necie i planuje uruchomić internetowe radio, ale to już nie będzie to samo.
Ksiądz Natanek nie opuścił kapłaństwa, ale de facto spowodował kolejną schizmę. Ogłasza z ambony "prawdy", jakie otrzymuje od wizjonerki, która twierdzi, że Jezus do niej przemawia, ale które są pełne bredni i herezji, ogłasza nowe święta w Kościele (czy może raczej w swej nowej sekcie), oczernia i obmawia żyjących i zmarłych kardynałów Kościoła, publikuje swe rewelacje gdzie tylko się da, siejąc zamęt wśród katolików. A najsmutniejsze jest to, że między tymi badziewiami głosi on wiele rzeczy, które są dobre i które są nam dziś bardzo potrzebne. Rzeczy, które powinniśmy słyszeć na każdym kazaniu w naszych parafiach i katedrach, a których nie słyszymy nigdy.
Jednak ani jeden, ani drugi ksiądz nie ma już zębów. Nie ma moralnego prawa do nauczania w Kościele. Nie ma, bo się temu Kościołowi sprzeniewierzył. Czyli znowu zwycięstwo odniósł szatan. Ale to z pewnością nie jest ostatnie słowo w tej sprawie.
Bóg nie pozwoli sobie z siebie kpić. I z każdego zła wyprowadzi on jeszcze większe dobro. Tak, jak z reformacji Lutra w XVI wieku przyszło oczyszczenie Kościoła, jak odpowiedzią na reformację był wspaniały Sobór Trydencki, tak zapewne i z tego kryzysu wyniknie jakieś dobro. Smutne jest jednak to, że czasem taki kryzys musi zaistnieć, byśmy na serio zauważyli problemy, jakie są wokół nas. Bo pomijając już inne aspekty, jak problem pychy, czy inne psychologiczne uwarunkowania rządzące takimi osobami jak Luter, czy Natanek, to przecież jest oczywiste, że ich motywacja wynikała także z tego, że spostrzegali wokół siebie wiele zła. Także z tego, że było dla nich oczywiste, że coś należy zrobić, bo tak dalej być nie może.
Jednak droga, którą poszli Natanek i Corapi nie jest dobrą drogą. Nie prowadzi do niczego, poza rozbiciem, skłóceniem i podziałami. A z tego cieszy się tylko zły. Przykładem powinien być św. Franciszek, nie Luter. Kościół w swej historii miał wielu reformatorów i wielu "deformatorów", a to, co ich odróżniało, to posłuszeństwo wobec Kościoła.
Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. (Mt 23, 2-3)
Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)
Odsłon: 4902 Komentarzy: 59
Saturday,25 June 2011,17:23
Kategoria: Kościół Saturday, 25 June 2011, 17:23
Pisałem dwukrotnie już na mym blogu o ojcu Corapim. Najpierw było to świadectwo, czy też może biografia tego niezwykłego człowieka. Później, jakieś trzy miesiące temu, napisałem ze smutkiem o oskarżeniu go o niemoralne zachowanie w stosunku do jakiejś dorosłej kobiety i o nadużywanie alkoholu i zażywanie narkotyków. Ojciec John został odsunięty od wszelkich działań związanych z jego kapłaństwem, nie mógł publicznie głosić kazań, ani sprawować sakramentów i czekał na wnioski ze śledztwa, jakie Kościół miał przeprowadzić.
Kilka dni temu ojciec John ogłosił, że opuszcza kapłaństwo. Był to prawdziwy szok dla wielu z nas. Ja, gdy pierwszy raz o tym usłyszałem, zresztą od pana Franka Kucharczaka, nie mogłem w to uwierzyć. Jednak nie trudno było to potwierdzić, przeglądając amerykańskie, katolickie portale.
W moich poprzednich notkach o ojcu Corapim napisałem między innymi:
„Ojciec Corapi jest dziś chyba najbardziej znanym kaznodzieją w Stanach Zjednoczonych. Ma niesamowity dar mówienia prostym językiem prawdy. Nagrał setki wykładów, konferencji, kazań, przemów, gdzie naucza katolickiej, ortodoksyjnej wiary. Przez lata przemierzał Stany wzdłuż i wszerz, głosząc Słowo Boże we wszystkich stanach i w wielu innych krajach.”
„Niesamowita postać i niesamowity przykład Bożego Miłosierdzia w działaniu. Pokazujący nam także i to, że czasem musimy wszystko stracić i dosłownie wylądować na ulicy, by usłyszeć głos Boga. Bogactwo, pieniądze, sława – to nie jest błogosławieństwo. Bardzo często jest odwrotnie. Błogosławieni ci, o których mówił Pan Jezus w ostatnią niedzielę. Cisi, ubodzy w duchu, ci, co się smucą… Tak trudno nam to czasem zrozumieć. Dlatego tak dobrze się słucha ojca Corapi, bo on nie teoretyzuje. On to przeżył i jak on to nam powtarza, to można mu wierzyć.”
„Corapi nie jest oskarżony o nic, co byłoby karane przez prawo. Nie są w to zamieszane żadne nieletnie osoby. Nie ma to żadnego związku z homoseksualizmem, czy pedofilią. Była pracownica, osoba pełnoletnia, oskarżyła go nie u prokuratora, czy na policji, ale u kilku, czy kilkunastu biskupów, rozsyłając do nich list. Nie ma na razie żadnych podstaw, by jej wierzyć. A jednak potraktowano ojca Corapiego jakby już udowodniono mu jakieś przestępstwo, lub przynajmniej niemoralne zachowanie.”
Nie chcę tu przepisywać tego, co każdy sam może sobie przeczytać. Chodzi mi jedynie o pewne wprowadzenie do tematu. Uważałem i nadal uważam tego kapłana za osobę niezwykłą. Jego wykłady, kazania, nauki są wspaniałe, pełne miłości do Jezusa i Jego Matki, i zawsze zgodne z nauką Kościoła. To bardzo tradycyjny kapłan i mimo pięciu dyplomów wyższych uczelni i doktoratu z teologii daleki jest od wszelkich wymądrzań się. Ma wiarę jak małe dziecko i jak dziecko przyjmuje wszystko, czego naucza Kościół.
Ponieważ takie jest moje zdanie o nim, to z tym większym bólem serca przyjąłem jego decyzję porzucenia kapłaństwa. Dlatego chciałbym się tu podzielić z Wami moimi przemyśleniami na ten temat. I nie będzie to ani obrona jego decyzji, ani nie będzie to oskarżenie. Nie znam wszystkich faktów, lecz jedynie te, które są dostępne w Internecie. A to zapewne jedynie niektóre. Nie znam motywacji oskarżycieli, ani sędziów ojca Corapiego i nie czytam w jego sercu. Mogę tylko wysłuchać to, co on sam mówi i przyjąć to za dobrą monetę. Jednak cala ta sytuacja jest dla mnie niezwykle bolesna.
Ojciec Corapi w dniu 17 czerwca na swej stronie napisał między innymi:
„W najbliższą niedzielę, 19 czerwca, jest Niedziela Trójcy Świętej w liturgicznym kalendarzu Kościoła i Dzień Ojca w świeckim kalendarzu. To dzień, którego nigdy nie zapomnę. To będzie dwudziesta rocznica moich święceń kapłańskich. Przez dwadzieścia lat byłem nazywany „ojcem”. […]
\"Wszystko się zmienia, tylko Bóg pozostaje niezmienny, więc muszę wam powiedzieć o zasadniczej zmianie w moim życiu. Nie będę uczestniczył więcej w publicznym życiu jako kapłan. Są pewne osoby posiadające władzę w Kościele, które pragną, bym odszedł, więc odejdę.\" […]
\"Obecne zarzuty, o których słyszeliście, pochodzą, o ile wiem, od osoby, której pomogłem w życiu więcej, niż jakiejkolwiek innej osobie. Wybaczam jej i mam nadzieję, że spotkają ją same dobre rzeczy.\" […]
\"Kocham Kościół Katolicki i akceptuję to, co doszło do mnie. Niestety procedury, jakie są przestrzegane, są ze swej natury pełne wad, ale biskupi mają najwidoczniej moc działania tak, jak im pasuje. Nie mogę tu rozciągle tłumaczyć co do mnie dotarło, ale mogę zdradzić, że najbardziej prawdopodobne jest to, że zostanę zawieszony na zawsze, aż wszyscy o mnie zapomną. Nie mogą mi udowodnić żadnej winy, bo jestem niewinny i nie mogą udowodnić mojej niewinności, bo to nielogiczne i niemożliwe. Wszystkie cywilizowane społeczeństwa to wiedzą. Ale najwyraźniej nie wiedzą tego niektórzy liderzy Kościoła Katolickiego.\"
\"Po przeanalizowaniu całej sprawy mam tylko dwa możliwe wyjścia. 1. Mogę się cicho położyć i umrzeć, albo 2. Mogę kontynuować robienie tego co robię w sposób taki, w jaki jest to dla mnie możliwe.\"
\"Ja nie zacząłem tego procesu. Biskup Corpus Christi w Teksasie nakazał to moim przełożonym, wbrew ich woli i ocenie sytuacji. Zagroził im, że wyśle naganny i paszkwilancki list do wszystkich biskupów amerykańskich, jeżeli mnie nie zawieszą. Miał do tego prawo i ja sam mu to prawo przyznaję. Biskupi nie są związani prawnymi procedurami nakazanymi przez prawo cywilne, gdy chodzi o wewnętrzne sprawy Kościoła.”
Dalej ojciec Corapi pisze, że jedynie domyśla się kto go oskarżył i jedynie domyśla się o co jest oskarżony. Nigdy mu tego nie powiedziano, zamykając wręcz możliwość obrony. Śledztwo prowadzi, według niego, osoba kompletnie niekompetentna. Nie ma żadnych zasad dotyczących dowodów, czy obowiązujących procedur w tym śledztwie. Jest on uznany za winnego, dopóki on sam nie udowodni inaczej. Nie ma żadnego prawa do zobaczenia dowodów jakie przekazuje strona oskarżająca. Oskarżyciele nie dostarczyli żadnych nazwisk świadków i Corapi nie ma prawa do zadania im żadnych pytań.
Dalej Corapi przypomina, że ani prawo kanoniczne, ani cywilne nie nakazuje takiego postępowania. Prowadzący śledztwo ignorują lub łamią zarówno normy prawa cywilnego, jak i kanonicznego, jak tylko jest im wygodnie.
Tak to wygląda ze strony ojca Corapi. Albo raczej tak to się stara on nam przedstawić. Jednak są pewne inne niepokojące fakty, o których nie wspomina on wcale. Jednak by o nich powiedzieć należy najpierw powiedzieć parę słów o wspólnocie do której należy, czy może już teraz należał ojciec Corapi.
Society of Our Lady of the Most Holy Trinity to stosunkowo nowa wspólnota, założona w 1958 roku. Strukturalnie różniła się dość znacznie od tradycyjnych zakonów, takich jak franciszkanie, czy jezuici. Poszczególne misje musiały być samowystarczalne i taka miała być misja ojca Corapi. On sam mieszkał w Montanie, daleko od swych przełożonych z Corpus Christi w Teksasie, a jego działalność finansowała założona przez niego instytucja pod nazwą „Santa Cruz Media”. Zezwolił mu na to sam założyciel zgromadzenia i choć od tamtego czasu finansowe zasady działania Wspólnoty zmieniły się, ojca Corapi nadal obowiązywało poprzednie ustalenie.
Corapi nazywa siebie samego teraz „Black sheep dog”. Trudno jednoznacznie to zinterpretować, bo mamy tu połączone dwa określenia: „Black sheep” to czarna owca, a „sheep dog” to owczarek. Określając się w ten sposób ojciec Corapi niejako uznaje się, zapewne ironicznie, za czarną owcę, pamiętając jednak, że jest pasterzem pilnującym owiec.
Ciekawe i zastanawiające jest jednak to, że ojciec Corapi nie wymyślił tego określenia ani teraz, gdy zdecydował się na odejście od kapłaństwa, ani nawet trzy miesiące temu, gdy został oskarżony. Okazuje się, że Santa Cruz Media już 8 kwietnia 2010 roku, na wiele miesięcy przed oskarżeniami, zgłosiły ten slogan do uznania go za zastrzeżony znak towarowy. Jednak zastanawiające jest to, że właśnie teraz, dziesiątego maja 2011, uzyskano potwierdzenie rejestracji tego znaku towarowego.
Ojciec Corapi pisze autobiografię, która niewątpliwie będzie fascynującą lekturą. Ma być wydana wkrótce i jej tytuł to “The Black Sheep Dog”. Jednak nie da się napisać książki w parę dni. Wygląda więc na to, że to już przed rokiem, wraz z rejestracją tego określenia ojciec Corapi zaczął pisać swe wspomnienia.
Oczywiście mając takie życie jak on dobrze jest je opisać. Dać świadectwo. Jeszcze trzy miesiące temu wydawało się to być sprawą oczywistą i bardzo jednoznaczną. Były milioner, przyjaciel największych gwiazd Hollywoodu, wpada w nałóg narkomanii i traci swój piękny dom w Beverly Hills, traci swoje czerwone Ferrari i zostaje bezdomnym bumem. Mieszka na ulicy. Dzięki modlitwom swej matki otrzymuje łaskę nawrócenia, staje na nogi, spowiada się pierwszy raz od kilkudziesięciu lat i zostaje księdzem. Wyświęcony w Rzymie, przez błogosławionego Jana Pawła II, zostaje wysłany na misję do rodzinnych Stanów Zjednoczonych. Co za wspaniała historia. Tylko teraz ten zgrzyt…
Jeszcze raz podkreślę, nie wydaję sądu w samej sprawie. Nie wiem, czy oskarżenia są prawdziwe, czy nie. Wierzę, że takie nie są, ale moje subiektywne przekonanie nie ma tu nic do rzeczy. Wiem jednak, że jest jeszcze jeden niepokojący element w całej tej sprawie.
Ojciec Corapi wspominał, że nie może się ani kontaktować ze świadkami, czy z oskarżycielką, ani nawet, że nie jest do końca pewien kim ona jest. Że jedynie może się tego domyślać. Nie wspomniał jednak tego, że pracownicy Santa Cruz Media musieli podpisywać oświadczenie, że odchodząc zachowają tajemnicę w sprawie wszystkiego, czego byli świadkami w czasie swej pracy. Za podpisanie tego oświadczenia otrzymywali pieniądze. Nie wspominał też, że podał do sądu osobę, która jest tu najprawdopodobniej tą oskarżającą, o złamanie warunków tego oświadczenia.
Oczywiście są pewne prawne i logiczne powody dla których można takiego oświadczenia wymagać. Na przykład po to, by zachować w tajemnicy informacje o klientach, by zachować anonimowość tych, którzy wspomagają organizację finansowo, by wreszcie uchronić pomysły i projekty, którymi się dana organizacja zajmuje przed skopiowaniem, czy skradzeniem ich przez inne organizacje. Trudno jednak sobie wyobrazić, by to oświadczenie było tak skomponowane, by zawierało ono aż tak szeroki zakres spraw, że zgłoszenie do władz o niemoralności pewnych zachowań w czasie pracy w danej organizacji byłoby naruszeniem tego kontraktu. A tu najwyraźniej mamy do czynienia z taką sytuacją.
Ojciec Corapi się skarży, że nie ma możliwości rozmawiania z oskarżającą go osobą, broni się też mówiąc, że inne osoby wycofały się z oskarżania go. Jednak wygląda to zupełnie inaczej, gdy spojrzymy na to przez pryzmat faktu, że to on podał do sądu tę osobę, która go oskarżyła. Inne mogą po prostu czuć się zastraszone, obawiając się także kłopotliwych i kosztownych procesów sądowych, a ta osoba, która go oskarżyła także nie bardzo może poddać się żądaniom adwokatów Corapiego, gdy równocześnie jest przez nich sądzona za złamanie kontraktu, który podpisała.
Sprawa zatem jest bardzo skomplikowana i z pewnością nie jest jednoznaczna. Bo ja rozumiem, że są w Kościele osoby, także wśród hierarchów, którym zależy na uciszeniu ortodoksyjnych głosów mających wpływ na miliony wiernych. Ojciec Corapi był takim głosem. Liberałowie w Kościele drżeli przed nim. Mieliśmy przecież podobną sytuację z radiem Matki Angeliki. Ona sama, bojąc się, że liberalni hierarchowie w amerykańskim Kościele zmuszą ją do oddania im kontroli nad jej medialnym imperium, zdecydowała się na przekazanie go w ręce świeckich osób, którym ufała bardziej, niż konferencji amerykańskich biskupów.
W pewnym sensie ojciec Corapi zdecydował się na podobny krok, ale jest tu pewna zasadnicza różnica. Matka Angelica zaufała Jezusowi, sama oddając się temu, czym było jej pierwsze powołanie. Wróciła za kratę, bo przecież jest ona klaryską, kontemplacyjną mniszką. Pozostała wierna swemu powołaniu, zostawiając sprawy światowe, zostawiając media opiece bożej i zaufanym współpracownikom.
To, na co zdecydował się ojciec Corapi, opuszczenie przez niego kapłaństwa, jest właśnie najbardziej bolesne w tej sprawie. Tego właśnie nie mogę do końca zrozumieć, ani w żaden sposób zaakceptować. Zaledwie trzy miesiące po oskarżeniu zdradza swoje powołanie, zdradza Jezusa, by zacząć nową działalność już jako osoba świecka.
W pewnym sensie lepiej jest, że tak się stało, niż gdyby miał on stać się buntownikiem wobec biskupa, pozostając aktywnym, choć odsuniętym od możliwości działania księdzem. Jest to z pewnością lepsza sytuacja niż taka, w jakiej znajduje się, powiedzmy, pewien ksiądz krakowskiej archidiecezji, który mimo zakazów i upomnień aktywnie działa, także poprzez youtube, siejąc zamęt i powodując rozłamy w Kościele.
Nie chodzi tu jednak o to, co jest większym, a co mniejszym złem. Nie chodzi o to, czy lepiej być księdzem buntownikiem, czy lepiej opuścić kapłaństwo. Lepiej być po prostu świętym, a zwierzchnikom zawsze posłusznym. Mamy w historii dziesiątki, setki przykładów fałszywych oskarżeń kapłanów, którzy w pokorze nieśli ten krzyż. Każdy z nas zna taki fakt np. w życiu Padre Pio. On jednak poddał się decyzji przełożonych bez słowa protestu, ufając, że Bóg sam doprowadzi do wyjaśnienia kontrowersji. Niektórzy święci czekali całe dziesięciolecia na wyjaśnienie i zdementowanie fałszywych oskarżeń. Ojciec Corapi nie czekał nawet trzech miesięcy.
Szkoda. Pozostaje pewien niesmak i smutek, że akurat tak się to wszystko potoczyło. Musimy jednak pamiętać także, że to, co tu opisuję to są jedyniue skutki wynikające z pewnej przyczyny. A przyczyną tą są ataki złego na Kościół, na kapłaństwo, na Jezusa.
Corapi jest tu ofiarą niezależnie od tego, czy oskarżenia pod jego adresem są prawdziwe, czy nie. On sam wielokrotnie mówił o tym jak bardzo niesprawiedliwy jest dziś proces osądzania oskarżanych księży. Mówił o tym, że księża są uznawani za winnych z samego faktu oskarżenia i to oni muszą udowodnić swą niewinność, gdy tymczasem każdy powinien być uważany za niewinnego, dopóki nie udowodni się mu winy.
Wiele tych przypadków dotyczy spraw sprzed wielu lat. Pamięć ludzka jest zawodna, świadkowie są niemożliwi do odnalezienia, motywacja oskarżeń często jest finansowa, bo Kościół wypłaca milionowe odszkodowania – zatem wiele takich przypadków to były zwykłe oszustwa i naciąganie Kościoła. Ale przy okazji wielu kapłanom złamano życie.
Kościół dawniej popełnił wiele błędów w ocenie przypadków niemoralnego zachowania się księży. Reakcje Kościoła, wynikające zresztą z tego, co podopwiadali swieccy lekarze i psychologowie, okazały się po latach błędne i zamiast skorygować problem zamiatały go pod dywan, albo przenosiły w inne miejsce. Kosztowało to nas wszystkich wiele pieniędzy i nawet więcej; Utratę wiarygodności i posądzenie o złą wolę. Teraz więc Kościół dmucha na zimne. Teraz działa on tak ostrożnie, że czasami mamy wrażenie, że wylano dziecko z kąpielą. Dziś wystaczy nawet często bezpodstawne oskarżenie, o coś, co się wydarzyło przed wielu laty, by uznać księdza za winnego. Nie dając mu nawet szans na obronę.
Nie wiem zatem, czy przypadek ojca Corapi jest kolejnym przykładem zniszczenia świętego kapłana przez fałszywe oskarżenie, czy też kolejnym przypadkiem człowieka, który uległ pokusie i powrócił do swych dawnych grzechów. Tak źle i tak niedobrze. Żałuję, że nie okazał się on taką osobowością jak wielcy święci w pokorze znoszący fałszywe oskarżenia. Nie oskarżam go jednak, bo sam pewnie też bym nie potrafił w sobie tyle pokory znaleźć. Ale zawsze boli, gdy nasze ideały spadają z piedestałów i okazują się tylko ludźmi. Grzesznymi ludźmi.
Będzie interesujące to, jak dalej potoczą się losy Johna Corapi. Ma on dziś w USA wiernych wyznawców, gotowych pójść za nim wszędzie gdzie ich ten czarny owczarek zaprowadzi. Ma też wrogów, rozżalonych słuchaczy swych wykładów, którzy uważali go za chodzącego świętego i których zaufanie zawiódł. Myślę, że najwięcej jednak jest ludzi takich jak ja. Pamiętających o nim w modlitwie, zmartwionych, ale nie wiedzących do końca co się dzieje. Czas pewnie pokaże i dojdziemy do prawdy, ale zła, które się dzieje teraz nie będzie się dało do końca naprawić.
Dlatego tak ważne wydają mi się modlitwy za naszych kapłanów i za wszystkich wierzących. Byśmy wytrwali w wierze. Zły będzie ich i nas atakował. On się nie zraża tym, że ktoś jest „bardzo święty”. Im trudniejsze wyzwanie dla kudłatego, z tym większą zaciekłością atakuje. Kusił przecież samego Jezusa. Zupełnie inaczej, niż my.
My często nie chcemy się modlić za największych grzeszników, uważając ich za naszych wrogów, godnych potępienia. Ale myśląc w taki sposób myślimy dokładnie tak, jak szatan. On właśnie tego od nas oczekuje. Tymczasem powinniśmy walczyć o każdego. Największego świętego spośród żyjących i największego grzesznika. Bo nikt nie jest bezpieczny. Święci tracą wiarę, a grzesznicy się nawracają i tylko my możemy zapobiec temu pierwszemu, a umożliwić to drugie.
Poniżej kilka linków do angielskojęzycznych materiałów na temat ojca Corapi. Ja być może za parę miesięcy napiszę jak ta sprawa dalej się rozwija. Dziś po prosto proszę o modlitwę za niego i za wszystkich kapłanów. Także za wszystkie inne osoby, świeckie, za dziennikarzy piszących w katolickich mediach i za mnie także. O dar wiary musimy się modlić, bo jest to dar, który każdy z nas może utracić.
I choć jestem daleki od stwierdzenia, że ojciec Corapi tę wiarę traci i mam nadzieję, że pozostanie on zawsze bardzo ortodoksyjnie katolicki, to przecież widać wyraźnie, że coś złego się tu dzieje. Że mogło być inaczej, lepiej. I częściową winę za to ponosimy także my, zapominający o tym, jak bardzo są im, naszym pasterzom, potrzebne nasze modlitwy.
Angielskie źródła:
Opinia byłego biskupa Corpus Christi, broniąca decyzji ojca Corapi
Wpisy na moim blogu:
Notka biograficzna o ojcu Corapi na moim blogu
Odsłon: 2488 Komentarzy: 37
Wednesday,22 June 2011,02:41
Kategoria: Kościół Wednesday, 22 June 2011, 02:41
Sienkiewicz jest jednym z moich ulubionych autorów, a Trylogia i Krzyżacy należą do moich ulubionych książek. Wiem, wiem, nie powalę tym oświadczeniem na kolana żadnych intelektualistów, ale co z tego? W niczym to nie zmienia faktu, że ciągle wracam do tych powieści, a niektóre fragmenty tych arcydzieł polskiej literatury, jak np. rozmowa Hlawy z okaleczonym Jurandem powracającym ze Szczytna, czy odczytanie listu króla Kazimierza w parafii pana Andrzeja Kmicica to prawdziwe majstersztyki i za każdym razem gdy czytam te fragmenty, ryczę jak bóbr:
Ksiądz czytał dalej:
"Przez tegoż księcia postrzelon, ledwie do zdrowia przyszedłszy, do Częstochowy się udał i tam piersią własną najświętszy przybytek osłaniał, przykład wytrwania i męstwa wszystkim dając; tamże z niebezpieczeństwem zdrowia i życia największe działo burzące prochami rozsadził, przy którym hazardzie pojman, na śmierć przez okrutnych nieprzyjaciół był skazany, a przedtem żywym ogniem palony."
Tu już płacz niewieści rozległ się tu i owdzie po kościele. Oleńka trzęsła się cała, jak w paroksyzmie febry.
"Ale i z tych srogich terminów mocą Królowej Anielskiej wyratowan, do nas na Śląsk się udał i w powrocie naszym do miłej ojczyzny, gdy zdradliwy nieprzyjaciel zasadzkę nam nagotował, pomieniony chorąży orszański samoczwart tylko na całą potęgę nieprzyjacielską się rzucił, osobę naszą ratując. Tam posieczon i rapierami skłuty, do pół boków we krwi własnej rycerskiej się pławiąc, z pobojowiska jako bez duszy był podniesion..."
Oleńka obie ręce przyłożyła do skroni i podniósłszy głowę, poczęła łowić w spieczone usta powietrze. Z piersi jej wychodził jęk:
- Boże! Boże! Boże!
I znów zabrzmiał głos księdza, także coraz bardziej wzruszony:
"A gdy staraniem naszym do zdrowia przyszedł i wtedy nie spoczął, ale dalsze wojny odprawował, z chwałą niezmierną stawając w każdej potrzebie, za wzór rycerstwu przez hetmanów obojga narodów podawany, aż do szczęśliwego zdobycia Warszawy, po którym do Prus pod przybranym nazwiskiem Babinicza był wyprawiony..."
Gdy to imię zabrzmiało w kościele, gwar ludzki zmienił się jakoby w szmer fali. Więc Babinicz to on?! Więc ów pogromca Szwedów, zbawca Wołmontowicz, zwycięzca w tylu bitwach to Kmicic?!... Szum wzmagał się coraz bardziej, tłumy poczęły cisnąć się ku ołtarzowi, aby go widzieć lepiej.
- Boże, błogosław mu! Boże, błogosław! - ozwały się setki głosów.
Ksiądz zwrócił się ku ławce i przeżegnał pana Andrzeja, który wsparty ciągle o stallę, do umarłego niż żywego był podobniejszy, bo dusza wyszła zeń ze szczęścia i uleciała ku niebiosom."
Wspominam powieści Sienkiewicza, bo opisują one zupełnie inną rzeczywistość, inny świat, niż ten, w którym nam przyszło żyć. I nie chodzi mi wcale o to, że dziś mamy elektryczność i samochody, Internet i telefony. Chodzi mi o to, że wtedy Bóg był obecny w życiu każdego człowieka, od rana do wieczora, a dziś wstydzimy się naszej wiary.
Ani Krzyżacy, ani Potop nie są religijnymi powieściami. Są to opisy przygód wspaniałych, mężnych rycerzy. Czasem hulaków, rozbójników, zdrajców - ale zawsze ludzi wiary. W tamtych latach było nie do pomyślenia, by można nie wierzyć w Boga. By można było wstydzić się Jezusa. Wstydem było przyznać się do niewiary.
Niedawno na Frondzie i w innych miejscach można było przeczytać o ciekawej inicjatywie breloczków z napisem "Nie wstydzę się Jezusa". Bardzo fajna inicjatywa, ale sam fakt, że coś takiego powstało świadczy, że my dzisiaj się Go wstydzimy. Dlatego potrzeba specjalnej akcji. By to przełamać. A ludzie tacy, jak np. Przemysław Babiarz, który publicznie oświadcza, że się Jezusa nie wstydzi, wyrastają wręcz na jakiś niezwykle odważnego bohaterów.
Bardzo mi pan Babiarz zaimponował swą wypowiedzią. Jest to bowiem to nie tylko zachęta do noszenia breloczków, ale prawdziwe świadectwo wiary i dowód na to, że on doskonale rozumie czym prawdziwe chrześcijaństwo jest. Jest to tym bardziej budujące, że dziś zredukowaliśmy naszą wiarę do godzinki dla Pana Boga tygodniowo, w niedzielę, pod warunkiem, że nam nic innego ważniejszego nie wypadło. I choć akurat mnie idea breloczków nie do końca przekonuje, być może dlatego, że od lat chodzę z dość dużym krucyfiksem na piersi i w podkoszulkach z katolickimi napisami, to lepsze to, niż nic. Na początek. Żal jednak, że zginęła ta rzeczywistość, jaka była jeszcze w czasach moich dziadków, rzeczywistość, gdy wstydem było nie przyznawać się do Jezusa.
Ale jak to możemy zmienić? Jedynie naszym przykładem. Nie bójmy się przeżegnać przed kościołem, nie wstydźmy się modlitwy przed posiłkiem w knajpie, czy w domu. Nie wstydźmy się zaprosić nasze dzieci i naszym współmałżonków do wspólnej modlitwy. Pokażmy innym, także naszym najbliższym, że codzienne życie i nasza wiara to nie są dwie oddzielne szufladki, ale że jest to coś, co jest ze sobą tak splątane, tak związane, że nie da się tego odseparować.
Ostatnie dni poświęciłem na zrobienie reportażu o życiu kierowcy. Reportaż zresztą jest tu zbyt wielkim słowem. Cejrowskim to ja nigdy nie będę, a i rzeczywistość, którą opisuję, nie jest tak fascynująca jak dorzecze Amazonki. Jednak nie zmienia to w niczym faktu, że mam swoich fanów, którzy oglądają wszystko co wrzucę na YouTube. Stąd pomysł zrobienia tego reportażu.
Wiem, że znakomita większość widzów moich filmików ogląda je dla ciężarówek, dla zobaczenia jak wygląda moja praca, a nie dla pogłębienia swej wiary. I moje filmy wcale nie są "religijne". Jednak staram się zawsze pokazać w nich, że jestem katolikiem. Albo raczej to jakoś samo wychodzi. Jak w powieściach Sienkiewicza. I to jest, wydaje mi się, bardzo ważne. Chodzi bowiem o to, by dać świadectwo tym młodym, i nie tylko młodym chłopakom. By pokazać, że można traktować sprawy wiary normalnie, że są to rzeczy istotne, których nie powinniśmy się wstydzić.
Przemysław Babiarz powiedział: "Wiem, że nie każdy jest mężny. Ja sam jestem raczej człowiekiem słabym i lękliwym, ale odwagi dodaje mi po pierwsze sam Chrystus, a poza tym inni ludzie, na których patrzę, którzy wobec mnie dają świadectwo i którzy mnie umacniają". I taki cel mają także moje filmiki. Umocnienia innych w wierze, dodania im odwagi, tak jak mnie umocniła wypowiedź Babiarza.
Zapraszam do zobaczenia wypowiedzi pana Przemysława Babiarza i zapraszam do rzucenia okiem na mój reportaż. Siódmy odcinek powstał w niedzielę, gdy mogłem sobie zrobić dzień przerwy i gdy odwiedziłem jakąś amerykańską parafię gdzieś w Południowej Dakocie. To najbardziej "religijny" odcinek mojego mini-serialu, ale we wszystkich można zobaczyć to, co było tak oczywiste w czasach opisywanych przez Sienkiewicza, a co trochę zaginęło ostatnimi czasy. Ale tylko od nas zależy, czy to zaginie na zawsze, czy powróci. Bo czy to będzie Babinicz, czy Babiarz, to trzeba prawdziwego twardziela, a nie baby, by się przyznać do Jezusa. I choć dziś jest to trudniejsze niż przed wiekami, to przecież nie jest to wcale niemożliwe. Pokazał to pan Przemysław i staram się to także pokazać ja sam.
Odsłon: 898 Komentarzy: 15
Tuesday,06 December 2011,17:36
Kategoria: Kościół Tuesday, 06 December 2011, 17:36
Szczęść Boże!
Witam wszystkich w tym świątecznym dniu.
Przede wszystkim przepraszam, że nie odzywałem się tak długo. Ale gdy ktoś chce mnie odszukać, wie, że zawsze o 21 staramy się wspólnie modlić poprzez stronę www.truck27.com. Dużo pracy ostatnio plus moje forum i reportaż z podróży na YouTube, który także jest ważnym narzędziem ewangelizacyjnym. Dzięki takim filmom docieram do tysięcy młodych chłopców, z których wielu jest daleko od Boga.
Dziś Dzień Zesłania Ducha Świętego. Trudno nie wrócić pamięcią do historycznego wołania do Ducha Świętego przez naszego papieża, błogosławionego Jana Pawła, jakie miało miejsce w czasie Jego pierwszej pielgrzymki do Polski w 79 roku. I trochę smutno, że jakoś nie możemy się dopatrzyć owoców tego wezwania.
Nie jest to do końca prawdą, bo Polska dzisiaj jest zupełnie innym krajem, niż była 32 lata temu. Jednak w sferze duchowej, w kwestiach wiary wygląda, jakbyśmy ponieśli sromotną klęskę. Sondaże przedwyborcze pokazują, że co najmniej dwie trzecie Polaków będą głosować na partie mniej lub bardziej otwarcie antychrześcijańskie, premier buńczucznie zapowiada, że jego rząd "nie będzie klękał przed księdzem", a społeczeństwo się tym zachwyca. Po odzyskaniu wolności politycznej, po latach nauczania papieża, którego tak wszyscy kochamy - większość Polaków oddaje się w niewolę duchową bezbożnej ideologii. W imię czego? Niespełnionych i niewykonalnych obietnic?
Jednak nie o polityce tu piszę, ale o duchowym aspekcie naszej rzeczywistości. Ciągle jest nas mało. Za mało. Nie słychać jakiegoś głosu, ze strony Kościoła, który by nawoływał do modlitewnej krucjaty, do odnowy serc naszych rodaków. Wiele polityki w katolickich mediach, mało miłości, zaufania Bogu i błagania tego Boga o pomoc i ratunek. Tylko On nam może pomóc. Tylko On może odmienić rzeczywistość. Nie PiS, nie Kaczyński, nie Jurek, czy jakakolwiek polityczna partia. Albo raczej - bez zaplecza milionów gorących chrześcijan żadna partia nie dokona niczego.
Węgrzy pokazali, że się da. A my, Polacy? A my, Polacy nic. Nie wszyscy, nie chcę obrażać nikogo, ale mówię o większości mieszkańców Rzeczypospolitej. Nam dobrze w naszej letniej (nie od "lata", ale od "letniości") rzeczywistości. Kto by tam sobie zawracał głowę Bogiem i Jego przykazaniami. Głodu nie ma, wojny nie ma, ponarzekamy, że droga benzyna, ponarzekamy, że kulawa demokracja, na wybory nie pójdziemy, albo zagłosujemy na "mniejsze zło", bo wstyd przed Europą głosować na tych "nawiedzonych" i zimnym piwkiem tudzież bełkotem z telewizji zalejemy nasze umierające sumienie.
Ja jednak jestem optymistą. Bo choć mało nas w naszej Wspólnocie, to wiem, że Bóg nie żąda od nas sukcesów, lecz wierności. Zatem wytrwajmy. Dziesięciu sprawiedliwych mogło ocalić Sodomę. Módlmy się za naszych biskupów i za naszych polityków. I nie traćmy ducha, bo zwycięstwo jest nasze. Nawet, gdy czasem tego nie widzimy, gdy opadają ręce i tracimy nadzieję.
"Niech zstąpi Duch Twój! I odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi!"
hiob
PS. Powyższy tekst jest moim listem do naszejWspólnoty Marto, www.WspolnotaMarto.com
Odsłon: 1312 Komentarzy: 87
Wednesday,25 May 2011,22:22
Kategoria: Teologia Wednesday, 25 May 2011, 22:22
Najwyraźniej nie udało mi się do niczego przekonać blogera o nicku „tia” w mojej poprzedniej notce. Nadal uważa on, że skoro święty Paweł mówi, że „zaleca” abyśmy się modlili za wszystkich ludzi, to znaczy, że wcale nie musimy tego robić. W komentarzu pisze on:
Będziesz łaskawy, hiobie, odpowiedzieć mi na pytanie? Powtarzam: czy znasz znaczenia słów/wyrazów 'zalecenie' i 'przykazanie' lub/ewentualnie jaka jest różnica znaczeniowa między nimi?
Odpowiedziałem, nieco wymijająco, lekko poirytowany takim podejściem do Słowa Bożego:
Tia, a czy wiesz dlaczego Pan Jezus tak potępiał faryzeuszy? Czy rozumiesz czym jest chrześcijaństwo? Czym jest bezwarunkowa miłość do każdego człowieka? Czy rozumiesz, że nie wciągniesz mnie w tego typu dywagacje? Czy rozumiesz, że jeżeli Jezus i apostołowie i Maryja w Fatimie uczą nas, że modlitwy za wszystkich ludzi są dobrą i miłą Bogu rzeczą, to ja nie będę się zastanawiał, czy "muszę", czy "powinienem", czy co tam jeszcze?
Faryzeusze byli doskonali w wyszukiwaniu pretekstów pozwalających obchodzić przeróżne prawa. Nie był dla nich ważny "duch Prawa", ale litera i jak znaleźli jakikolwiek pozór, by to prawo obejść, wykorzystywali to w doskonały sposób. I dlatego ich Pan Jezus nazwał "plemieniem żmijowym" i retorycznie zapytał: "Jak wy możecie uniknąć kary?"
Chrześcijaństwo jest religią miłości. I każdy człowiek jest naszym bratem. Każdy jest dzieckiem bożym. Za każdego Jezus umarł na Krzyżu, bo każdego kocha. I często ja i Ty jesteśmy jedynymi, którzy mogą komuś pomóc w uzyskaniu tego zbawienia. w zaakceptowaniu tego daru, jaki otrzymaliśmy wszyscy od Jezusa. Dlatego Twoje sztuczne i faryzeuszowskie rozgraniczenia miedzy "bliźnim, wrogiem i obojętnym", czy też między "zalecane" i "przykazane" jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
Przeczytaj w jakim kontekście Katechizm cytuje ten werset. Zresztą... zrobisz co chcesz. Jak na razie głównie starasz się tu udowodnić mi błędy, powtarzając mi tu już coś ze cztery razy słowa: "hiobie, oczywiście się mylisz". Zostawmy więc to. Przyjąłem do wiadomości, że tak uważasz i widzę też że i ja Cię nie przekonam. Jednak mam teraz czyste sumienie, a co Ty z tym zrobisz, to sprawa między Tobą a Panem Bogiem.
Jedyną reakcją na to było powtórzenie przez niego pytania:
Ale ja zadałem proste pytanie. Czy w związku z tym raczyłbyś na nie odpowiedzieć, czy raczej nie raczysz?
Raczej raczyłbym odpowiedzieć, ale by to zrobić należałoby najpierw zrozumieć o jakie słowo chodzi. Bowiem tłumaczenie nie zawsze do końca oddaje sens oryginalnego słowa. Włoskie powiedzenie mówi: "traduttore, traditore". Tłumacz to zdrajca. Zatem zobaczmy co to słowo, przetłumaczone jako “zalecam” naprawdę oznacza i jak jest tłumaczone w innych wersetach.
Najpierw definicja ogólna:
Słowo oryginalne: παρακαλέω Część mowy: czasownik Transliteracja: parakaleo Pisownia fonetyczna: (par-ak-al-eh'-o) Krótka definicja: wzywać, prosić, upominać, pocieszać Definicja: (a) wysłać do, wezwać, zaprosić, (b) prosić, błagać, (c) nawoływać, ostrzegać, (d) zachęcać, pocieszać.
Zatem, jak widzimy, nie jest to taka prosta sprawa. Nie można powiedzieć, że św. Paweł coś nam po prostu „zaleca”, a więc nam tego nie nakazuje. Gdy przetłumaczymy to słowo jako „wezwanie”, albo „błaganie”, to wydźwięk całego zdania zmienia się diametralnie.
W Biblii Tysiąclecia werset, o którym mowa, brzmi:
Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi. (1 Tm 2,1; BT)
Ale w Biblii Gdańskiej już inaczej to przetłumaczono:
Napominam tedy, aby przed wszystkiemi rzeczami czynione były prośby, modlitwy, przyczyny i dziękowania za wszystkich ludzi. (BG)
Podobnie w Biblii Warszawskiej:
Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi. (BW)
Biblia Poznańska tak tłumaczy:
Polecam więc przede wszystkim zanosić błagania, modlić się, prosić i dzięki czynić za wszystkich ludzi.
Biblia Warszawsko-Praska biskupa Romaniuka:
Przede wszystkim zaś nakazuję, żebyście zanosili prośby, modlitwy, błagania i dziękczynienia za wszystkich ludzi
… i zgodzimy się chyba wszyscy, że „polecam”, „napominam”, czy „nakazuję” ma troszkę inny wydźwięk, niż „zalecam”. Znacznie mocniejszy. Widać tu wyraźnie, że tylko Tysiąclatka tłumaczy to tak, że można by odebrać to polecenie jako sugestię, nie nakaz. Wszystkie inne tłumaczenia są znacznie mocniejsze.
Zatem nie da się obronić tezy jakoby święty Paweł nam coś zaledwie sugerował. On nam nakazuje modlitwę za wszystkich ludzi. Tak, jak tego uczył sam Pan Jezus. Tutaj cala Biblia jest spójna i jednoznaczna w swej nauce. Nie ma jakiejś kategorii ludzi, za których nie musimy się modlić. „Wszyscy” dość jednoznacznie określa tych, za których modlić się musimy.
Słowo „parakaleo” w różnych formach występuje w Nowym Testamencie ponad sto razy. Na koniec zatem podam kilka wersetów z przykładami użycia tego słowa, co pozwoli lepiej nam je zrozumieć:
I błagał go usilnie, mówiąc: Córeczka moja kona, przyjdź, włóż na nią ręce, żeby odzyskała zdrowie i żyła. (Mk 5,23, BW)
Starszego wiekiem nie strofuj, lecz nakłaniaj prośbą jak ojca, młodszych - jak braci (1 Tm 5,1, BT)
Młodzieńców również upominaj, aby byli umiarkowani. (Tyt 2,6, BT)
To mów i napominaj, i strofuj ze wszelką powagą; żaden tobą niechaj nie gardzi. (Tyt 2,15, BG)
Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? (Mt 26, 53, BT)
Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu, bo taka winna być duchowa służba wasza. (Rz 12, 1, BW)
Przykłady za stroną http://strongsnumbers.com/greek/3870.htm I choć jasne jest, że słowo to można przetłumaczyć zarówno jako „wezwanie”, „nakaz”, czy „błaganie”, jak i jako „prośbę”, lub „zalecenie”, to przykłady te wskazują dobitnie, że nie chodzi tu zaledwie o jakąś luźną sugestię, ale o wyraźne polecenie. Bóg, poprzez autorów swej Księgi przemawia do nas bowiem jak ojciec do dzieci. I jak ojciec prosi swe dziecko, by umyło zęby, odrobiło zadanie i posprzątało pokój, to nie są to luźne sugestie, ale polecenie, przekazane z miłością, ale mimo to stanowcze i wymagające pozytywnej odpowiedzi.
Jest rzeczą oczywistą, że dziecko i tak może odmówić. Ale z pewnością nie może się tłumaczyć, że przecież tata nie powiedział: „musisz”, a jedynie „proszę cię, zrób to”, czy też „radziłbym ci z dobrego serca, byś to zrobił”. Każde dziecko rozumie, że nie spełnienie prośby taty przyniesie pewne, niezbyt miłe konsekwencje, a słowo "proszę" w jego ustach jest synonimem słowa "musisz".
Podobnie jest z naszym odrzucaniem „sugestii” Pana Jezusa i Apostołów. Możemy się czepiać znaczenia słówek, zwłaszcza gdy tłumaczenie jest kalekie i bronić się, że przecież tam było napisane, że to jedynie zalecenie, nie nakaz. Ale oryginalne słowo sugeruje co innego, nie wspominając już o całej, spójnej nauce Biblii i kościoła, która nie pozostawia wątpliwości co to tego, czy to jest sugestia, czy polecenie. Wymowa nauki Biblii jest bowiem jednoznaczna: Należy się modlić za wszystkich ludzi.
Zatem, panowie i panie, na kolana. Gdy wszyscy się zaczniemy modlić za wszystkich, gdy pokochamy każdego człowieka tak, jak go kocha nasz Ojciec w Niebie – ani się obejrzymy jak zmienimy cały świat. To naprawdę da się zrobić. Trzeba tylko zacząć.
_________________________
Odsłon: 765 Komentarzy: 22
Monday,23 May 2011,04:22
Kategoria: Teologia Monday, 23 May 2011, 04:22
Na samym wstępie chciałbym od razu wyraźnie zaznaczyć, że ten tekst nie będzie o Michniku. Będzie o naszej wierze, o chrześcijaństwie i o tym, czego nas uczy Kościół i Biblia. Jednak nazwisko Michnika będzie wspomniane, bo napisania tego tekstu sprowokował mnie komentarz pod notką dotyczącą Adama Michnika.
Jeden z blogerów Frondy, o nicku „tia” napisał:
„Są ludzie, których po ludzku zostawiam w spokoju, gdyż nie mogą zostać moimi przyjaciółmi, ale nie czynię z nich swoich wrogów. Ich dusze to ich sprawa, odbiorą nagrodę, na którą zasłużyli. Nie jest też sprzeczne, że redaktor Sakowski ma wpływ na opinię publiczną, redaktor Lis ma wpływ na opinię publiczną. No i co z tego? Jakiś człowiek ma różny wpływ na różnych ludzi, co nie oznacza, że taki lub owaki staje się rychło moim przyjacielem lub moim wrogiem. W związku z powyższym trochę przegiąłeś, pisząc, że Michnik jest albo naszym wrogiem, albo sojusznikiem. Postawiłeś ogromny mur, na który zgodzić się nie mogę. Dziwne jest to, że ludzie dają się urobić takim argumentem i wydobywają z siebie nienawiść, aby szydzić lub litość, aby się modlić. [...] Reasumując, skoro Michnik to nie Twój przyjaciel a wróg, to gorliwie się za niego módl, jak nakazał Chrystus Pan. Michnik nie może na razie być moim przyjacielem i wrogiem. Dlatego zostawiam go w spokoju.”
Komentarz ten, moim zdaniem, zasługuje na szerszą odpowiedź. Najwyraźniej bowiem zgadzamy się tutaj, że powinniśmy się, jako chrześcijanie, modlić się i za naszych wrogów i za nieprzyjaciół. Ja zawsze rozumiałem to „jak dziecko”, uważając, że należy się modlić za każdego człowieka. Nigdy mi nawet nie przyszło do głowy, że można to zinterpretować tak, że są jeszcze „jacyś oni”, ludzie, którzy nie są ani naszymi przyjaciółmi, ani wrogami i w takim razie my mamy święty spokój i możemy ich po prostu zignorować.
Dla tych, którzy nie zgadzają się nawet z tym, że modlić się mamy i za wrogów i za przyjaciół, parę przykładów z Pisma Świętego, które wyraźnie nam takie zachowanie nakazują. Nakazy modlitwy za nieprzyjaciół:
A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. (Mt 5, 44-45)
błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (Łk 6, 28)
I za braci:
Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże - wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych (Ef 6, 17-18)
Bracia, módlcie się także i za nas! (1 Tes 5, 25)
módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. (Jk 5, 16b)
No ale co z tymi, co nie są „z nami” i nie prześladują nas? Przecież nie można się modlić imiennie za sześć miliardów ludzi. Trochę głupio też modlić się tak ogólnie „za wszystkich ludzi”. Nie możemy przecież być takimi skrupulantami i żyć w ciągłym strachu, że zapomnieliśmy się za kogoś pomodlić. Może zatem tia ma rację?
Ja bardzo wielu osobom obiecuję modlitwę. Jest więcej niż pewne, że gdyby dziś ktoś kazał mi wymienić te wszystkie osoby i ich intencje, to nie potrafiłbym nawet przypomnieć sobie co dziesiątej z nich. Cóż, pamięć ludzka jest zawodna, a moja pamięć w ogóle nie rejestruje takich sytuacji. Dlatego zawsze, obiecując modlitwę, polecam ją pamięci Pana Boga. On nie zapomina. A ja tylko, modląc się, mówię: „Panie Boże, teraz w intencjach tych, którym obiecałem modlitwy i których Ty pamiętasz”.
Ale to ciągle nie posuwa nas dalej w naszych rozważaniach na temat „obojętnych”. Bo przecież swoje modlitwy obiecuję przyjaciołom i znajomym, czy też zupełnie przypadkowo napotkanym ludziom. Ale napotkanym. Na przykład modlę się za wszystkich, którzy trafiają na mego bloga i forum. Modlę się też za swych wrogów i prześladowców. Ale co tymi, o których istnieniu nawet nie wiem?
Jest oczywiste, że nie można się modlić za kogoś, o kim nawet się nie wie, że istnieje. Jasne, można i należy się modlić, powiedzmy, za wszystkich naszych rodaków, za Ojczyznę, za polityków itp. Ale za jakiegoś, powiedzmy, Dreptaka z Koziej Wólki? Oczywiste, że mi tego ani Kościół, ani Biblia nie nakazują.
Jednak komentarz pod moim postem nie dotyczył Dreptaka z Koziej Wólki, ale Adama Michnika, naczelnego GW. I tu sytuacja się jednak zmienia. Dlaczego? Bo to nie jest jakiś anonimowy osobnik, ale człowiek, który ma wielki wpływ na opinię milionów Polaków. Tak, jak redaktor Lis i redaktor Sakowski. Co prawda o tym ostatnim nawet nie słyszałem, a Lisa nigdy chyba nie czytałem, czy nie słyszałem na własne uszy, ale to jest tu najmniej istotne. Istotne jest to, że ludzie ci, swą działalnością, powodują to, że nasi bracia albo się do Boga zbliżają, albo od Niego oddalają, wpadając w łapy kudłatego.
Wokół nas toczy się walka o dusze. Media są tu niesamowicie ważną i skuteczną bronią. Bronią doskonale wykorzystywaną przez kudłatego. Ale i my umiemy ją wykorzystywać. Wystarczy wspomnieć pozycję Gościa Niedzielnego w rankingu polskich tygodników. I dlatego, że tak jest, nie możemy być obojętni wobec takich osób jak Michnik. Dlatego musimy się za nich modlić. Złemu bowiem wcale nie chodzi o to, byśmy my się stali „wcielonymi diabłami”. Jemu wystarczy, jak nie będziemy robili nic.
Jest taki żart, który gdzieś przed laty usłyszałem o pewnej pani, chrześcijance, która była tak przepełniona miłością do każdego człowieka, że w każdym widziała coś dobrego i na nikogo nie powiedziała złego słowa. Denerwowała tym wszystkich ludzi ze swego otoczenia, więc by jej zepsuć humor i wreszcie zmusić ją do powiedzenia negatywnej opinii o kimś zapytano ją: „A co powiesz o szatanie?” –„Bardzo pracowite stworzenie. Bardzo pracowite. Nie odpoczywa ani na sekundę” –odpowiedziała.
Polskie przysłowie mówi, że uczyć się trzeba nawet do diabła. I z pewnością moglibyśmy się od niego nauczyć pracowitości. W wojnie o dusze bowiem nie ma rozejmów i zawieszenia broni. A kto nie robi nic, służy tylko wrogowi.
Ewangelia Mateusza, opis Sądu Ostatecznego, przedstawiony nam przez samego Sędziego:
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25, 41-46)
Jeden z najbardziej do mnie przemawiających fragmentów Pisma Świętego jest w Listach do Siedmiu Kościołów w Apokalipsie św. Jana. Pan Jezus dyktuje Janowi takie słowa:
„Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się! Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów” (Ap 3, 14-22)
My jesteśmy Kościołem w Laodycei. To my dziś mamy samochody, jeździmy na wycieczki zagraniczne, mieszkamy w pięknych domach, walczymy z nadwagą – nie zdając sobie spray z tego, że jesteśmy biedni, ślepi, nadzy i godni litości. Zredukowaliśmy naszą wiarę do laptopów na Pierwszą Komunię i wspaniałych przyjęć, do gór prezentów pod choinką, a losy innych często nas w ogóle nie interesują. Modlić się za Michnika? A co on mnie obchodzi?
W naszej Wspólnocie Marto modlimy się każdego dnia za grzeszników, za kapłanów, za nasze rodziny, za Ojczyznę i ludzi odpowiedzialnych za jej losy, (a to także obejmuje dziennikarzy, nie tylko polityków), za nienarodzone dzieci i tych, którzy je chcieliby zabijać. Dlaczego akurat takie osoby? Nie wiem. Myślę, że takie intencje są na dziś najważniejsze. I choć wszyscy jesteśmy grzesznikami, to przecież pewne grupy ludzi wymieniamy osobno, bo wydaje mi się, że oni dziś potrzebują tej modlitwy najbardziej.
Sobór Watykański II, Dekret o środkach społecznego przekazywania myśli "INTER MIRIFICA":
DSP 11. Szczególny obowiązek moralny odnośnie do właściwego korzystania ze środków przekazu społecznego ciąży na dziennikarzach, pisarzach, aktorach, reżyserach, producentach, nakładcach, dystrybutorach, wynajmujących lokale, agentach i sprzedawcach, na krytykach i w ogóle na wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób uczestniczą w przygotowywaniu i przekazywaniu programów. Zupełnie bowiem jasną jest rzeczą, jakie i jak ważne obowiązki mają oni wszyscy w obecnych warunkach, skoro mogą przez informację oraz propagandę prowadzić rodzaj ludzki ku dobremu lub ku złemu.
Katechizm Kościoła Katolickiego:
2634 Wstawiennictwo jest modlitwą prośby, która bardzo przybliża nas do modlitwy Jezusa. To On jest jedynym wstawiającym się u Ojca za wszystkich ludzi, a w szczególności za grzeszników. […]
2636 […] Wstawiennictwo chrześcijan nie zna granic: „za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich sprawujących władzę", za tych, którzy prześladują, za zbawienie tych, którzy odrzucają Ewangelię.
I na koniec jeszcze raz Święty Paweł, którego cytuje powyższy fragment z Katechizmu:
Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich sprawujących władze, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. (1 Tm 2, 1-4)
Zatem, jak widać, nie da się obronić tezy, jakoby do naszych obowiązków należało tylko modlenie się za wrogów i przyjaciół, a tych „obojętnych” możemy sobie darować. Nie ma tu bowiem żadnych obojętnych. Modlić się powinniśmy za wszystkich ludzi. Szczególnie za takich, którzy sprawują władzę nad innymi. Szczególnie tych, którzy sprawują władzę dusz.
__________________________________________________
Odsłon: 871 Komentarzy: 37
Friday,20 May 2011,07:16
Kategoria: Polityka Friday, 20 May 2011, 07:16
"Kochać człowieka, nienawidzić grzech". Takie proste, a tak trudne dla niektórych chrześcijan do przełknięcia.
Napisałem parę dni temu tekst o manipulacjach Gazety Wyborczej. Tekst jak tekst, nic odkrywczego. Potwierdza tylko to, co i tak wszyscy wiemy. Jednak ukazało się pod nim kilka ciekawych komentarzy. Nie będę ich powtarzał tutaj, każdy może je sam przeczytać. Odpowiem tylko na jeden z nich. Ktoś o nicku Zajkowski napisał:
Hiobie, lubię czytać Twoje komentarze na temat wiary, ale wybacz z historii to chyba miałeś 5 w komunistycznej szkole. Takich bowiem głupot jak te, że jakoby Michnikowi zawdzięczamy wolność to mogłeś jedynie się dowiedzieć albo w wyborczej, albo od nauczyciela historii który pobierał dotacje od PZPR. To doprawdy wstyd nie znac kilku podstawowych faktów z historii Polski. Ten człowieczek nie ma nic wspólnego z walką z komunizmem czym dał wyraz wielokrotnie poprzez całe swoje zycie. Jedynie z czym walczył to z przeciwną sobie czasem stroną w we frakcji PZPR. owa walka frakcyjna pomiędzy "żydami i chamami" nie miałą i nie ma nic wspólnego z wolnoscią Polski ( która to wolnośc jest ułudą i fałszem nie zaś wolnością).
Możesz sobie kochać tego tam z szechterów - prosze bardzo, ale nie wciskaj ludziom głupot o jego walce dla Polski - wielu może być bardzo okłamanych przez ciebie, bo ci poprotu uwierzą.
Moja odpowiedź:
Drogi Zajkowski, współczesnej historii Polski nie uczyłem się w komunistycznej szkole, ale ja ją przeżywałem własnym życiem. Oczywiście nie zmienię Twoich poglądów na pewne sprawy, ale nie zmienia to w niczym faktu, że to co napisałem w poprzednim komentarzu jest obiektywną prawdą. Niezależnie bowiem od tego jak niedoskonała i kulawa jest dzisiejsza demokracja, jest faktem nie podlegającym żadnej dyskusji, że jest ona systemem lepszym i sprawiedliwszym od reżimu komunistycznego, który upadł także dzięki Michnikowi.
Nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia to, jakie Michnik ma poglądy, jaką wyznaje wiarę, jaka nim kierowała motywacja i jaką ma wizję Polski. To dzięki takim ludziom jak on dziś możemy pisać swobodnie na blogach, odsunąć w najbliższych wyborach każdego polityka, który nam nie pasuje i sami tworzyć inną, lepszą Polskę. Nikt nas za to nie wsadza do więzień i nie zszyła na Sybir.
Oczywiście nie twierdzę, że to tylko jego, czy nawet głównie jego zasługa. Niemniej jednak nie można nie uznać faktu, że to jest także jego zasługa.
I riposta Zajkowskiego:
Cóż bardzo mi przykro, bo w ten sposób myślą miliony Polaków, czytając tę jego gazetę. Moim zdaniem nie powinieneś pisać, że to co napisałeś jest obiektywna prawdą - bo tak to może stwierdzić jedynie Bóg który zna serca wszystkich ludzi także owego człowieka którego kochasz. Ja zaś jako człowiek który mieszkam w Polsce myślę dłużej niż ty oraz mam dostęp do źródeł i ludzi którzy naprawdę znają zasługi tego pana - mogę stwierdzić wyraźnie że nie tylko że jesteś w błędzie, ale jeszcze siejesz zamęt we umysłach wielu ludzi. bardzo mi przykro - bo Boga i Polskę kocham bardzo mocno.
jeszcze jedno na przykładzie powyższym - czyli kłamstw w wyborczej nie przyszło ci do głowy że może i przed 89 rokiem podobnie rozgrywano nas jak teraz? nie przyszło ci do głowy że człowiek który sieje tyle kłamstwa wraz ze swoim środowiskiem mógł żyć w kłamstwie i przed 89 ?
właściwie to już szkoda moich słów więcej.
Pozwolę sobie więc jeszcze raz powtórzyć to, co już nie raz na swym blogu pisałem. Najlepiej w puntach. Tak, żeby każdy, kto tylko będzie chciał, mógł mnie zrozumieć.
Po pierwsze: To, że GW kłamie, czy to, że poglądy Michnika są takie jakie są, nie ma nic wspólnego z faktem, że także jemu zawdzięczamy fakt upadku komuny. Argumenty, czy spekulacje, że to wszystko było ułożone z góry na wiele lat przed 1989 rokiem są, moim zdaniem, żenujące. Przypomnę, że nie mówię tu w ogóle o sytuacji w Polsce z roku 1989. Mówię tu o czasach do stanu wojennego.
Wyjeżdżając na stałe z Polski w roku 81 utrwaliłem sobie w pamięci pewien obraz, który nigdy nie ulegnie zatarciu, czy zniekształceniu. Gdy widzimy jakieś dziecko, po czym znika nam ono na jakiś czas, to przy ponownym spotkaniu zdumiewa nas jak ono wyrosło i wydoroślało. Ale rodzice widzący je każdego dnia nie dostrzegają tego w tak oczywisty i klarowny sposób. Dlatego śmiem twierdzić, że obraz Polski sprzed stanu wojennego jest w mej pamięci znacznie bardziej klarowny niż tych, którzy w Polsce byli przez całe lata osiemdziesiąte.
Po drugie przykłady takich krajów jak Białoruś, czy Kuba pokazują, że komuna wcale upaść nie musiała. Nikt nie oddaje władzy dobrowolnie. To, że system w którym ja się urodziłem i wyrosłem padł, to jest czyjaś zasługa. Zasługa Ducha Świętego i papieża i Reagana, ale także ludzi, którzy byli gotowi na utratę wolności, którzy nie bali się prześladowań walcząc o swoją Wizję Polski. I nie ma tu znaczenia jakie mieli oni poglądy. To dzięki wszystkim tym ludziom, którzy dziś tworzą elity polityczne Polski, ludziom takim jak Michnik, Tusk, Komorowski, Kaczyński, Borusewicz, Wałęsa, Buzek i wielu, wielu innych mamy dziś możliwość głosowania i wybierania swych przedstawicieli do władz.
I błagam: Nie mówicie mi, że to nie jest żadna demokracja. Zgodzę się, że to nie jest idealny system. Żaden system nie jest idealny poza Królestwem Bożym. System amerykański też nie jest idealny. Też się tu zdarza, że kandydat, który uzyskał mniej głosów zdobył więcej elektorów i został prezydentem. Nikt jednak tego nie nazywa "niedemokratycznym systemem", bo przepisy są jasne i znane wszystkim przed wyborami. Każdy więc ma równe szanse na wykorzystanie tego systemu na swoją korzyść.
Po trzecie nie wolno nam się obrażać na system tylko dlatego, że działa on nie po naszej myśli. Jest przecież oczywiste, że gdy już się okazało, że komuna straciła zęby i nie ugryzie, to zaczęła się walka o władze. Wszyscy niemal dawni opozycjoniści chcieli wprowadzić swój ideał rządów w Polsce. Rzecz zupełnie naturalna. I niezależnie od tego, czy ktoś poszedł "w politykę", czy jego narzędziem są media, każdy promuje swoje idee. Jednak nikt ich teraz nie narzuca na siłę. Jasne, że w celu przekonania społeczeństwa wiele informacji i faktów upiększa się, przekręca, manipuluje się nimi itp. Tak robią wszyscy politycy na całym świecie. Podobnie media biorą też w tym aktywny udział. Te, których właściciele sympatyzują z danym politykiem, czy jakąś partią - przemilczają potknięcia ich ulubieńców, wyciągając słabe strony i pomyłki obozu przeciwnego i vice versa.
Mamy więc w Polsce to, co nam się zawsze marzyło, choć nie przewidzieliśmy, że te spełnione marzenia będą takie gorzkie. Nie dość, że wielu opozycjonistów, wielu z tych, którzy byli dla postronnych i biernych kibiców jakim byłem ja bohaterami - okazało się szkodnikami, to na dodatek to najmądrzejsze, najwspanialsze społeczeństwo na świecie, te miliony mądrych i odważnych rodaków okazały się oportunistami, bezideowcami i do tego sklerotykami zapominającymi z kim i o co walczyli. Pomińmy tu nawet Platformę. Ale przecież komuniści także odzyskali władzę na jakiś czas. Wybrani przez tych, którzy kilkanaście lat wcześniej tak entuzjastycznie zapisywali się do Solidarności. Za co? Za kawałek wyborczej kiełbasy, której oczywiście nigdy nawet nie powąchali? Bo przecież kiełbasa wyborcza nigdy się nie materializuje. No chyba, że obiecuje ją polityk takiej klasy jak Ronald Reagan.
Czyli nic nowego pod słońcem i mamy to, co już od dawna mają demokracje zachodnie. Obawiam się też, że się to szybko nie zmieni. Dlaczego? Dlatego, że tak wielu ludzi myśli, że wystarczy wygrać najbliższe wybory. Jakie jednak znaczenie ma to, czy u władzy jest PO, PiS, czy jeszcze inna partia? Co by się tak naprawdę zmieniło, gdyby PiS zdobył bezwzględną większość? Przecież byli już u władzy i co? I pstro. Nie zrobili prawie nic.
Księga Jonasza:
Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie co następuje: Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory - - niech żarliwie wołają do Boga! Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą [popełnia] swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy? Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej.
Da się? Nie wiem. Chyba się da, skoro się dało w Niniwie. Chyba się da, skoro się dało na Węgrzech. Ale ilu z nas jest gotowych na serio włączyć się w krucjatę modlitewną? Ilu z nas jest gotowych do prawdziwych wyrzeczeń dla Ojczyzny i w intencji nawrócenia grzeszników? Przecież znacznie korzystniejsze jest wygranie dla Boga naszych politycznych wrogów, niż pokonanie ich w wyborach. I to jest do zrobienia, ale trzeba rzeczywiście spróbować. Nie oglądając się na innych. Musi to zrobić każdy z nas. Wygranie dla Boga politycznych wrogów, ale też wygranie dla Boga politycznych sprzymierzeńców. Bo przecież nawet wśród tych, których popierają niektóre katolickie media z ortodoksją wcale tak różowo nie jest.
Nie chciałbym, by każdy z moich tekstów stawał się kryptoreklamą Wspólnoty Marto, ale to naprawdę jest droga do osiągnięcia sukcesu. Jedyna droga. To znaczy niekoniecznie Wspólnota, nie chodzi tu o nią. Jednak chodzi tu o to, byśmy te wszystkie złe duchy powyrzucali modlitwą i postem. Bo innego sposobu nie ma. Ani rzucanie w nie kamieniami, ani obrażanie ich, ani szyderstwa, ani sarkazm, ani kpina nie odniosą żadnego skutku. To są pozorne działania, które co najwyżej mogą nam poprawić humor, ale czy to o to chodzi? Czy celem naszym jest nasze lepsze samopoczucie, czy też raczej chodzi o skuteczny sposób na to, by ich, politycznych i ideologicznych przeciwników wygrać dla Królestwa Bożego i dla Polski?
Modlitwa Wspólnoty:
Przyjmij naszą ofiarę za wszystkich grzeszników. Daj im łaskę nawrócenia. Spraw, byśmy pokochali każdego człowieka tak, jak Ty kochasz. Pozwól nam zobaczyć w każdym grzeszniku Twoje ukochane dziecko, syna marnotrawnego i dopomóc mu w odnalezieniu drogi do Twego Domu.
[...] Przyjmij, Panie, tę ofiarę za naszą Ojczyznę. Udziel daru prawdziwej mądrości wszystkim naszym rodakom. Polecamy Ci szczególnie tych, którzy są odpowiedzialni za losy naszego kraju.
Przed tygodniem minęła rocznica pierwszego objawienia w Fatimie. Nie napisałem wtedy nic na ten temat, ale może dobrze. Nie chodzi tu bowiem o jakieś rocznicowe laurki, ale chodzi raczej o codzienne życie tym orędziem, jakie nam Maryja przekazała. A co powiedziała ona wtedy? Zapytała Ona dzieci:
Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On wam ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośbę o nawrócenie grzeszników?
W sierpniu Maryja powiedziała:
Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, nie mają bowiem nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.
Mamy zatem pewną receptę na zwycięstwo w tej walce. Trzeba ją tylko zastosować. I nie ma się co oglądać na innych. Nikt z nas nie jest odpowiedzialny za decyzje braci. Ale każy z nas będzie rozliczony ze swojegi życia. Bóg bowiem nie wymaga od nas sukcesów, ale wierności. Dlatego ja będę robił swoje wierząc, że będzie nas wkrótce wielu. I wtedy naprawdę odmienimy losy świata. Bracia Węgrzy pokazali nam, że to możliwe. Ale to, co tam się stało, było wynikiem krucjaty modlitewnej. Miliony ludzi modliło się za swą ojczyznę. A my? Czy my też potrafimy to zrobić? Czy potrafimy modlić się za naszych politycznych wrogów? Modlić się za nich tak, jak ojciec modli się za dziecko? Jak siostra za brata? Jak dzieci za rodziców? Szczerze i żarliwie?
Jeżeli tego nie robimy, to komu tak naprawdę służymy swych zachowaniem? Kto zyskuje na tym, że odtrącimy, odepchniemy, obrazimy i zwymyślamy tych, którzy myślą inaczej niż my? Chyba nie trudno znaleźć na to odpowiedź.
Odsłon: 2184 Komentarzy: 119
Tuesday,17 May 2011,23:55
Kategoria: Polityka Tuesday, 17 May 2011, 23:55
Gazeta Wyborcza kłamie! Zatem co nowego? Ano nic, tylko, że tym razem sprawa dotyczy pewnej sprawy, o której pisaliśmy na forum, więc niejako zobaczyłem tę manipulację z pierwszej ręki i postanowiłem o tym napisać.
Mieszkam w USA od niemal trzydziestu lat. Moi wirtualni pasażerowie w większości są w Polsce. wielu z nich to młodzi chłopcy, marzący o pracy w USA. Nic dziwnego więc, że temat pracy w USA, wiz, zielonej karty itp. powraca na forum dość często. Niedawno jeden z moich gości napisał:
O tutaj ciekawy artykuł, który może was zaciekawić (do tematu wyjazdu do USA, Zielonej Karty i obywatelstwa USA)
Po czym podał link do tekstu w Gazecie Wyborczej. Kliknąłem na niego i zobaczyłem jakie to rewelacje ma nam do zaoferowania ten organ. Od razu uderzył mnie tytuł: "Polacy giną w Afganistanie i Iraku za obywatelstwo USA!" Dalej zwykłe bzdury, jakaś propaganda mijająca się z prawdą. Odpisałem na forum:
"...dotyczy to osób już posiadających zieloną kartę, czyli prawo pobytu w USA. Więc wymowa artykułu jest bezsensowna i kłamliwa. Nie chodzi tu o jakieś kuszenie Polaków by otrzymali obywatelstwo, ale zwyczajny program rekrutacyjny armii USA prowadzony wśród osób, które mieszkają w USA, mają tam prawo pobytu i prawo do pracy."
To jednak nie koniec historii. Okazuje się bowiem, że to nie była zwykła pomyłka autora, ale celowa manipulacja i przekłamanie. Tekst ten bowiem powstał w wyniku rozmowy telefonicznej z naszym rodakiem, panem Rafałem Stachowskim, mieszkającym od lat w USA, który jest dowódcą Kompanii Rekrutacyjnej w US Army i autorem bardzo dobrego i popularnego bloga. A na czym ta manipulacja polegała najlepiej wytłumaczy sam oszukany i dlatego pozwolę sobie tu oddać mu głos. Bez jego zgody i wiedzy, ale myślę, że mi to wybaczy.
O tym jak Gazeta Wyborcza kłamie.
Jakiś czas temu dostalem emaila od pana Marcina Górki, z prośbą o udzielenie wywiadu do artykułu który pisze. Zgodziłem się bez chwili namysłu, zawsze miałem słabość do Rodaków... Poza tym do dzisiaj, moje doświadczenia z dziennikarzami z Polski były wspaniałe, więc naprawdę ucieszyłem się, mając okazję pogadać trochę w ojczystym języku. Do pana Marcina zadzwoniłem płacąc za połączenie z własnej kieszeni. Przegadaliśmy z godzinę – bardzo fajnie mi się z nim rozmawiało.
Dzisiaj rano żona dzwoni do mnie że podobno w “Przeglądzie Prasy” w ITVN, jakiś artykuł w Gazecie Wyborczej wywołał spore wzburzenie prowadzących. Wchodzę na maila, a tutaj mam ze dwadzieścia przesłanych linków o d najróżniejszych znajomych, wszystkie do owego nieszczęsnego artykułu. Baa, nawet na Niezależnym Forum o Wojsku zawrzało na temat mojej skromnej osoby.
Artykuł pana Marcina przeczytałem z zapartym tchem. Chciałbym dodać że słowo artykuł jest w tym przypadku słowem zbyt szumnym na określenie tego steku bzdur który wylądował na łamach poważanej, jak dotąd uważałem, gazety. Przyznam się że poczułem się trochę zdradzony przez gościa, który pod pretekstem przyjacielskiego wywiadu wyłudził odemnie informację, która potrzebna mu była do wysłania w świat kolejnej kaczki dziennikarskiej. I żeby chociaż nasz dziennikarzyna użył informacji którą mu w dobrej wierze podałem. Nie, prawda się nie sprzedaje, więc aby odnieść większy “sukces”, gość przeinaczył każdą moją wypowiedź, tutaj dodał jakieś kłamstwo od siebie, tutaj sobie coś zmyślił, tutaj coś odjął, tutaj dodał, a efekt? Wypaczony obraz mojej ukochanej Armii, który spowodował że pół mojej dawnej ojczyzny zawrzało.
A więc, przeanalizujmy bzdury którymi nasz “dziennikarz” zbombardował polskie społeczeństwo:
W ramach kampanii "Go to army" amerykańscy rekruterzy werbują obcokrajowców posiadających zielone karty, głównie Latynosów i Polaków. Dają im błyskawicznie amerykańskie obywatelstwo. Potem - na wojnę. Już 20 Polaków zginęło w Iraku i Afganistanie.
W ramach kampanii “Go to Army”. Hehehehe. No popatrz, jestem w wojsku już osiemnaście lat, a o takiej kampanii reklamowej, jak żyję nie słyszałem. Sam osobiście w 1993 roku zaciągnąłem się bo chciałem być “Be all that you can be” (Żyj Pełnią Życia). Potem, jakoś w roku 2003 Armia wymyśliła kampanię reklamową “Army of One” – slogan ten nie utrzymał się zbyt długo, bo przyznam się że był naprawdę idiotyczny. Slogan ten był tak idiotyczny że nawet nie wiem jak go przetłumaczyć na polski. Slogan “Army Strong” (Wojskowa Siła) został wylansowany w 2006 roku, i utrzymuje się do dziś – za to za kilka miesięcy, Armia wypuszcza nową kampanię reklamową “Symbol of Strenght” (Symbol Siły). A owe nieszczęsne, wyssane z palca “Go to army?” To wyrażenie nawet nie ma sensu, bo albo może być “Go Army” albo “Go to the Army”. Jak można brać poważnie artykuł który zaczyna się od kłamstwa już w pierwszym zdaniu?
Prawda jest taka że armia amerykańska rzeczywiście ma specjalną misję rekrutacji obcokrajowców – głównie ludzi władającymi płynnie językami wschodu – tego bliskiego jak również dalekiego. A werbujemy obcokrajowców nie po to aby mieć świeże mięso armiatnie, jak insynuuje nasz początkujący dziennikarzyna, a ze względu na ich specjalny talent, czyli języki obce. Bo jak wiadomo, znajomość języków obcych, nie jest najmocniejszą stroną amerykańskich obywateli.
Chciałbym też dodać, że cała przewodnia myśl artykułu to bzdura! Że niby rząd Stanów Zjednoczonych rozdaje obywatelstwa w zamian za służbę w Armii. Nie. Stany Zjednoczone nie mają legii cudzoziemskiej. Nie można sobie wyrobić obywatelstwa przez służbę. Do wojska obecnie mogą tylko pójść ludzie którzy mają zielone karty, a więc tacy którzy to obywatelstwo wcześniej czy później i tak dostaną, bez względu na to czy będą służyli w wojsku czy nie.
Faktem natomiast jest, że każdy kto posiada zieloną kartę może wstąpić w szeregi US Army – a to dlatego bo Armia nie dyskryminuje nikogo, bez względu na pochodzenie, wyznanie, czy też kolor skóry. Następnym faktem jest to, że latynosi w Armii nie odzwierciedlają etnicznego przekroju społeczeństwa amerykańskiego – jest ich za mało. O Polakach nawet nie wspomnę – większość Polaków woli przez całe życie harować na budowie czy też pucować amerykanom toalety, zamiast użyć Armii aby osiągnąć coś w tym kraju, zaczynając od edukacji. Plutony latynowskie? Bzdura. Skończyliśmy z segregacją rasową jeszcze 1951 roku. Każdy kto ma choć trochę oleju w głowie o tym wie.
Dorota Pietrek z podszczecińskich Polic przechowuje w domu gwiaździsty sztandar, odznakę Purpurowe Serce i zaświadczenie o przyznaniu synowi amerykańskiego obywatelstwa. Polski strzelec z 1. Dywizji Piechoty Morskiej zginął w czerwcu 2008 r. w prowincji Farah w Afganistanie. Przyjechał do Ameryki w 2005 r., miał 21 lat, wylosował zieloną kartę. Wstąpił do marines, gdy z kampanii reklamowej "Go to army" dowiedział się, że w ten sposób zyska obywatelstwo. W kwietniu 2008 r. odleciał do Afganistanu.
Wstąpił do marines, gdy z kampanii reklamowej "Go to army" dowiedział się, że w ten sposób zyska obywatelstwo. A ile przekłamań możemy naliczyć w tym jednym zdaniu które wyszło spod pióra pana Marcina Górki? A więc, jeżeli pan Pietrek w roku 2005 dostał zieloną kartę, to znaczy że w roku 2008 pozostało mu zaledwie dwa lata aby dostać obywatelstwo amerykańskie, a miał je gwarantowane. Zielona karta daje imigrantowi dokładnie takie same prawa co obywatelstwo, z wyjątkiem prawa głosowania, a więc należy wykluczyć że pan Pietrek poszedł do Marines tylko i wyłącznie aby dostać obywatelstwo, co insynuuje pan Górka. Jaki człowiek o zdrowych zmysłach podpisałby trzy letni kontrakt aby dostać obywatelstwo na które musiałby zaczekać tylko dwa lata? Nie. Pan Pietrek poszedł do Marines bo chciał być żołnierzem piechoty morskiej – a jest to pobudka jakiej pan Górka nigdy nie zrozumie, ponieważ zupełnie obce są mu takie słowa jak “Duma”, czy “Honor”. Aha, rówież niedorzeczne jest stwierdzenie że gość poszedł do Marines po zobaczeniu reklamy Army – to są dwie zupełnie różne części amerykańskich sił zbrojnych. A tak nawiasem mówiąc, kampania reklamowa Marines to “For Us All” (Za nas wszystkich)
- Ilu obywateli RP zaciągnęło się do US Army? - pytamy Elizabeth Robbins ze służb prasowych Pentagonu.
- Nikt nie prowadzi takiej statystyki - odpowiada.
I tutaj należna jest mała dygresja. Jeżeli sama rzeczniczka Pentagonu objawiła że NIKT nie prowadzi statystyki ilu obywateli RP zaciągnęło się do US Army, to skąd u pana Górki takie dokładne dane że niby dwudziestu Polaków zginęło, i że kolejne pięciuset służy w Amerykańskich mundurach? Według artykułu wynika jasno, że ode mnie:
Pochodzący z warszawskiej Pragi Rafał Stachowski, rekruter, który werbuje do armii rodaków, mówi, że w wojskach USA służy ok. 500 "naszych". Zginęło już 20 z nich.
Bardzo mi miło że pan Górka ceni informację pochodząca z moich ust wyżej niż od pani rzeczniczki Elizabeth Robbins, ale w tym miejscu chciałbym przytoczyć resztę rozmowy jaka odbyła się między mną a panem Górką, owego mroźnego marcowego poranka (tak, tak, napisanie tych wypocin dla Gazety Wyborczej zajęło panu Górce aż siedem tygodni).
- A ilu Polaków służy w Armii Amerykańskiej? – dopytuje pan Górka.
- Ciężko powiedzieć. Pani Paulina Glińska z Polski Zbrojnej zadała mi kiedyś takie samo pytanie, ale niestety nie byłem w stanie znaleźć na nie odpowiedzi. Po prostu takich statystyk się nie prowadzi. – odpowiadam wymijająco.
- No gdyby miał pan zgadywać? – nie daje za wygraną pan Górka.
- Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym że okolo pięciuset. Wie pan, Polacy nie garną się do wojska – do tej pory mają w głowach wypaczony obraz wojska z czasów Ludowego Wojska Polskiego. – dodaję.
Skąd mi przyszła do głowy liczba pięćset? Ponieważ facet koniecznie chciał abym mu podał jakąś cyfrę, pomimo faktu że parę razy mu powiedziałem że taka statystyka nie istnieje, zrobiłem szybko rachunek sumienia, i spróbowałem z grubsza ustalić ilu gości z polskimi naszywkami spotkałem na wojskowej stołówce, i ilu z nich potrafiło jeszcze powiedzieć “Mam czę w dupe”, “Day mee bushi” lub “Doopa Jash”, pomnożyłem ten numer przez liczbę naszych dywizji, i zaokrągliłem do najbliższej setki. I tak oto numer, który sam, przyznaję się ze wstydem, wyssałem sobie z palca, zbulwersował dzisiaj pół Polski. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko że wyraźnie powiedziałem panu Górce że “zgaduję że około pięciuset”.
Tzw. rekruterzy (żołnierze kompanii rekrutacyjnej) amerykańskiej armii werbują w USA ochotników obcokrajowców posiadających zielone karty, głównie Latynosów i Polaków.
Kolejne zdanie pana Górki, kolejne kłamstwo. Ani moi żołnierze, ani żadni inni tzw. Rekruterzy nie rekrutują obcokrajowców posiadających zielone karty, głownie Latynosów i Polaków. Moi żołnierze pomagają założyć mundur każdemu kto ma na to chęć, albowiem US Army jest armią ochotników, oraz każdemu posiada odpowiednie kwalifikacje do służby. Prawda jest taka że tylko trzech na dziesięciu aplikantów kwalifikuje się do służby. Kolejna prawda jest taka że zaciągnięcie kogoś do wojska wymaga wypełnienia tony dokumentów, a tych dokumentów jest znacznie więcej jeżeli ktoś jest obcokrajowcem na zielonej karcie. Prawdę mówiąc, to z obcokrajowcami jest więcej kłopotu niż to jest warte, bo po pierwsze większość z nich nie jest w stanie przejść egzaminu kwalifikującego do wojska ASVAB; po drugie trzeba się użerać z imigracją; po trzecie ich zielone karty mają tendencję do utraty ważności tuż przed wyjazdem na unitarkę; po czwarte przeważnie ich dyplomy ze szkoły średniej są dalej w ich ojczystym języku, i trzeba znaleźć kogoś kto by je przetłumaczył; po piąte imigranci mają słabe poczucie obowiązku, i często po podpisaniu kontraktu zmieniają zdanie – w zeszłym miesiącu dwóch różnych Ghańczyków nie stawiło się na unitarkę, bo zmienili zdanie w ostatniej chwili. Straciłem też Polaka, rodzonego tutaj, który z jakiegoś nieogarniętego logiką powodu zdecydował że zamiast studiować w Stanach, w prestiżowym uniwersytecie Rutgers za który Rezerwa Armii by mu zapłaciła, będzie studiował w Krakowie na AGH. Gość porzucił zawód Operatora Wojskowych Sieci Komputerowych, zawód który dostałby nie przerywając szkoły, zawód który otworzyłby mu wiele drzwi po studiach z informatyki.
- Do mnie zgłosił się ostatnio gość, który złamał żebro, pracując na czarno. Nie było go stać na lekarza, miał tego dość. Dzisiaj jest w armii, właśnie jedzie na wojnę.
Historia pewnego emerytowanego sierżana wojsk rakietowych w Polsce szczególnie mi przypadła do gustu, więc przytoczyłem ją panu Górce podczas naszej długiej rozmowy na mój koszt. Po przejsciu na wcześniejszą emeryturę gość imał się różnych prac, w większości związanych z budową. Bo co innego może robić w Stanach gość z minimalnym językiem, bez specjalizacji? Któregoś dnia złamał sobie żebro, gwintując rurę na budowie. Pomimo okropnego bólu facet nie poszedł do lekarza, bo go nie było na to stać, za to codziennie chodził do pracy, bo nie mógł sobie pozwolić na wzięcie chorobowego. Wojsko dało mu możliwość na edukację, godziwe życie dla rodziny, ubezpieczenie medyczne, oraz za dwadziescia lat, na emeryturę. Nigdy nie powiedziałem panu Górce że “właśnie jedzie na wojnę”. Powiedziałem mu że właśnie jedzie na unitarkę. Ale gość najwyraźniej słyszy tylko to co chce słyszeć.
No cóż, Gazeta Wyborcza dużo straciła w moich oczach. Jeżeli w jednym artykule jest tyle kłamstw, to aż się boję pomyśleć ile kłamstw jest w innym artykułach, na tematy o których nie mam zielonego pojęcia. Zastanawia mnie czy to zwykły zbieg okoliczności że i Wróżka, i Wyborcza zaczynają się na tą samą literę alfabetu. Przypuszczam że to właśnie we Wróżce pan Górka nabierał dziennikarskiego doświadczenia. Słyszałem że w drukowanej wersji “Wyborczej” jest wypisanych dużo więcej bzdur na mój temat, ale nie mam do niej dostępu.
To tyle cytatu, ale nie koniec historii, bo jest jeszcze druga część. Ale by nie przedłużać swojego wpisu, zapraszam do źródła, czyli do notki pod tytułem: "O tym, jak Gazeta Wyborcza kłamie, część II"
A ponieważ sprawa dotyczy kraju, który stał się moją drugą ojczyzną, kraju, który jest mi bardzo bliski i który naprawdę pokochałem, postanowiłem o tym tu napisać. Bo nie jest prawdą, że "Polacy giną w Afganistanie i Iraku za obywatelstwo USA". Owszem, giną tam nasi rodacy, także ci, którzy mieszkają na stałe w Stanach, ale nie "za obywatelstwo". W Iraku zginął syn mojego dobrego znajomego z Charlotte, Cliff Golla. Takie są smutne realia naszego życia. Żołnierze giną na wojnie, tak, jak policjanci i strażacy czasem giną na służbie i kierowcy też czasem nie powracają do domu z trasy. Jednak nie jest prawdą, że rząd amerykański kusi kogokolwiek obywatelstwem, czy prawem stałego pobytu, w zamian za służbę w wojsku. A to wyraźnie sugeruje ta, pożal się Boże, "informacja" w GW.
Odsłon: 998 Komentarzy: 19
Tuesday,17 May 2011,22:51
Kategoria: Fronda Tuesday, 17 May 2011, 22:51
Parę miesięcy temu zamieściłem link do programu, który pozwala monitorować komentarze pod wybranymi postami na blogowisku "Frondy". Program bardzo pomocny, bo pozwalający blogerom dowiedzieć się, że ktoś skomentował ich wpis sprzed miesięcy, albo że ktoś dopowiedział coś pod ich komentarzem na innym blogu.
Jednak rewolucja, jaka miała tu miejsce niedawno spowodowała, że program przestał działać. Na szczęście jego autor, Marcin "NoHuman", jeden z administratorów mojego forum, poprawił go już i można zainstalować nową wersję.
Program jest całkowicie darmowy, ale modlitwa w intencjach jego autora zawsze jest mile widziana i do tego oczekiwana. Ponadto udało mi się zdobyć numer konta autora programu, więc gdyby ktoś chciał i mógł wesprzeć go dowolnym datkiem za jego pracę, z pewnością spotkałby się z wielką wdzięcznością tego bezrobotnego geniusza.
Nawiasem mówiąc szkoda, że "Fronda" go nie zatrudniła, może ta rewolucja z ostatnich tygodni była by mniej krwawa. :-D Program do monitorowania komentarzy można ściągnąć TUTAJ.
Konto autora programu: Bank PKOBP Oddział-Centrum Bankowości Elektronicznej w Warszawie, 50 1020 5558 1111 1496 2470 0020
Odsłon: 1416 Komentarzy: 6
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Wednesday, 21 December 2011
Tuesday, 17 January 2012
Friday, 17 February 2012
Thursday, 24 November 2011
Monday, 19 December 2011
