
Thursday,03 September 2009,03:00
Kategoria: Religia Thursday, 03 September 2009, 03:00
Mamy teraz okres Wielkiego Postu. Nie wątpię, że nakłonieni odwiecznym nauczaniem Kościoła wielu z nas pości w tym okresie. Kościół wymaga od nas bardzo niewiele: Powstrzymania się od potraw mięsnych w piątki i post w Wielki Piątek. Ale wiem, że wielu z potrzeby serca, z własnej woli, pości znacznie intensywniej. Pości, by to ofiarować Jezusowi.
Są różne formy postu i każdy może sobie znaleźć taką, jaka najbardziej odpowiada jego drodze duchowej. Dla mnie taką najlepszą formą jest post o chlebie i wodzie. Do takiego postu nakłania nas na przykład Maryja w orędziach z Medjugorie. Taką formę postu zatem wybrałem dla siebie. Jednak sam chleb nie zawiera wcale białka, które jest podobno niezbędne dla naszego zdrowia. Oczywiście jak ktoś nie zje w jeden, czy dwa dni w tygodniu swej porcji białka, to mu to na pewno nie zaszkodzi. Wyjdzie mu to tylko na zdrowie. Ale jak post jest bardziej intensywny? Co wtedy?
Ja jestem przekonany, że nawet gdybyśmy przez cały Wielki Post jedli sam chleb, to i tak by nam to wyszło tylko na zdrowie. Jednak nie jest to aż tak ważne, bo w Biblii mamy odpowiedź dla tych „dietetyków”, którzy uważają, że bez białka szybko zmarniejemy. Mamy „chleb Ezechiela”.
Prorok Ezechiel dostał polecenie od Boga, by pościć przez 390 dni. Bóg mu powiedział:
4 Połóż się na lewym boku, a Ja złożę winę Izraelitów na ciebie. Przez tyle dni będziesz znosił ich winę, przez ile będziesz na nim leżał. 5 Podaję ci lata trwania ich winy w liczbie dni: przez trzysta dziewięćdziesiąt dni będziesz znosił winę pokoleń izraelskich. […] 9 Weź sobie pszenicy i jęczmienia, bobu i soczewicy, prosa i orkiszu: włóż je do tego samego naczynia i przygotuj sobie z tego chleb. Będziesz go spożywał przez tyle dni, przez ile będziesz leżał na swym boku - przez trzysta dziewięćdziesiąt dni. (Księga Ezechiela, rozdział 4)
Musi być to zatem pożywny pokarm, skoro prorok ponad rok przeżył nie spożywając nic innego. Postanowiłem i ja w takim razie spróbować tego cymesu. Zacząłem szukać przepisów w necie i jest ich tam wiele, ale są tak udoskonalane, że niewiele przypominają to, co Bóg powiedział prorokowi Ezechielowi. Zwykle poza wymienionymi w Biblii składnikami zawierają także miód, oliwę, drożdże, nawet daktyle. Ale takie coś to już jest chyba bardziej babka, albo piernik, niż chleb. My więc (to znaczy w zasadzie Grażynka, moja kochana żona), upiekliśmy chleb tylko z tych składników, jakie są w Biblii. A więc mąka pszeniczna, jęczmienna, z prosa i orkiszu, a do tego rozmoczona, zmielona soczewica i podobnie przygotowany groch. (Bo nie udało nam się kupić mąki z soczewicy i grochu). Odrobina soli, zakwas pszenny i gotowe.
Pierwszy wypiek nam co prawda nie wyrósł zbytnio i wynik eksperymentu był taki, że gdyby Dawidowi brakło kamieni do procy, to mógłby użyć te chlebki, ale co tam. Postny chleb nie musi być aż tak smaczny. Musi być postny, a więc jedzenie go powinno być pewną ofiarą. Ale na zdjęciach, przyznacie sami, wygląda wspaniale:
Druga próba była już znacznie bardziej udana. To jest bardzo ciężkie, gęste ciasto i chyba potrzebuje więcej czasu, by wyrosnąć. Zaczekaliśmy więc dłużej i rzeczywiście chlebki, albo raczej bułeczki Ezechiela, wyrosły nad podziw:
Chlebek też stał się przez to znacznie smaczniejszy. Teraz już bym go nie odstąpił tak łatwo Dawidowi. Chyba, żeby był głodny.
Chleb, jak wspomniałem już wcześniej, jest dość ciężki, gęsty. Bardzo szybko nasyca i do tego odnoszę wrażenie, że jeszcze „rośnie w żołądku”. Ma też dość charakterystyczny posmak. Troszkę goryczkowaty, może nawet pieprzny. Nie wiem, który to składnik go pozostawia i pewnie ten smaczek jest przyczyną dla której większość przepisów nakazuje dodać do niego miodu. Ja jednak uważam, że ten smaczek nie przeszkadza w niczym. Jest delikatny, ledwo odczuwalny i wręcz dodaje chlebkowi jakiejś dystynkcji. Wyróżnia go od innych pszenno-żytnich bułeczek i chlebów.
Prorok mógł spożywać tego chleba niewiele. W czwartym rozdziale Księgi Ezechiela czytamy:
10 Waga tego pokarmu, który będziesz spożywał, wyniesie dwadzieścia syklów na dzień. Raz na dobę będziesz go spożywał. 11 Także wodę oszczędnie pić będziesz: wypijesz raz na dobę jedną szóstą hinu.
Sykl ma, według samego Ezechiela, około 10 gramów, a więc mógł spożywać tego chleba zaledwie 20 deko. Także ilość wody, około litra na dobę, w tamtym suchym i upalnym klimacie nie wystarczała na zaspokojenie pragnienia. Co więcej, sam chleb, jak i sposób jego przyrządzania, był, jak wynika z kontekstu i z przepisów starotestamentowych, nieczysty:
19 Będziecie przestrzegać moich ustaw. Nie będziesz łączył dwóch gatunków bydląt. Nie będziesz obsiewał pola dwoma rodzajami ziarna. Nie będziesz nosił ubrania utkanego z dwóch rodzajów nici. (Kpł 19,19)
9 Nie zasiejesz w twojej winnicy dwu gatunków roślin, aby wszystkie nie zostały uznane za święte: nasiona posiane i zbiory w winnicy. (Pwt 22,9)
Ezechiel był kapłanem i zawsze przestrzegał czystości rytualnej spożywanych pokarmów, przygotowanie takiego chleba musiało być wielkim poświęceniem. Tym bardziej, że początkowo Bóg nakazał mu piec go na ogniu z ludzkich odchodów:
12 Będziesz go spożywał jak podpłomyk jęczmienny; upieczesz go przed ich oczami na nawozie ludzkim. 13 I dodał Pan: Tak będą spożywać Izraelici swój pokarm nieczysty między poganami, wśród których ich rozproszę.
Biedny prorok i kapłan zaczyna błagać Boga, by mu troszkę darował, ale niewiele wskórał. Jedynie Bóg zgadza się na zamianę źródła ognia:
14 Na to rzekłem: Ach, Panie Boże, oto dusza moja nigdy się nie splamiła: od dzieciństwa aż do tej pory nie spożywałem ani padliny, ani tego, co zostało rozszarpane; żadne mięso nieczyste nie weszło do moich ust. 15 A On rzekł do mnie: Patrz, zezwalam ci, byś upiekł sobie pokarm na nawozie wołowym zamiast na ludzkim.
Nas już nie obowiązuje prawo dotyczące czystości pokarmu. Chleb Ezechiela nie jest nieczystym pokarmem. Ale symbolika tego chleba pozostała. Tak, jak Ezechiel miał go spożywać z powodu grzechów swych rodaków, tak i my możemy, poszcząc, ofiarować to wyrzeczenie za dusze naszych braci, bliskich, krewnych, rodaków, polityków, czy kogokolwiek, kto nam leży na sercu. A więc… na co czekamy? Modlitwą i postem możemy wyrzucić wiele złych duchów, więc zaczynajmy. Zostało jeszcze wiele tygodni Postu, jeszcze nie jest za późno, by się dołączyć. Zapraszam.
Odsłon: 3376 Komentarzy: 4
Friday,03 April 2009,17:38
Kategoria: Religia Friday, 03 April 2009, 17:38
My, katolicy, wierzymy, że Najświętsza Maryja Panna była zawsze dziewicą. Do końca swego ludzkiego życia. Jej małżeństwo z Józefem było prawnym, legalnym związkiem, jednak nigdy, od samego początku, nie było planowane jako „normalne” małżeństwo. Jednak Biblia wyraźnie mówi, że Jezus miał braci. Braci, nie kuzynów, mimo, że język grecki, oryginalny język Nowego Testamentu, posiada słowo określające kuzyna. Jak pogodzić te pozorne trudności?
Przede wszystkim to, że jakiś język posiada określenia na coś, nie znaczy to wcale, że zawsze będziemy te określenia stosować. I to z wielu względów. Przede wszystkim samo słowo „brat” ma zwykle znacznie szersze znaczenie, niż „syn mojej mamy”. Może oznaczać także brata przyrodniego, „syna mojego ojca” i tak rozumiało „braci Jezusa” wielu Ojców Kościoła. Przez wieki uważano (i nawet jeszcze w czasach mojej młodości to przekonanie było całkiem popularne), że Józef został wybrany na opiekuna Maryi, bo był już wdowcem podeszłym w latach, na dodatek mającym dzieci z poprzedniego małżeństwa. To by tłumaczyło zarówno dlaczego Biblia wspomina o „braciach pańskich”, jak i dlaczego Józef zgodził się na rolę nieledwie opiekuna Maryi, a nie „prawdziwego” małżonka.
Takie tłumaczenie, aczkolwiek mające dobre motywy, jest jednak, moim zdaniem, troszkę naciągane. Józef nie musiał być stuletnim starcem, by się podjąć opieki nad poświęconą Bogu Maryją. Musiał być tylko człowiekiem świętym. Tak też i Kościół rozumie to teraz. Pokazuje to nawet zmieniając słowa popularnych kolęd, w których już nie „Józef stary”, ale „Józef Święty Ono pielęgnuje”. A to, że Maryja miała pozostać dziewicą, wiemy na przykład z jej pytania, jakie zadała archaniołowi Gabrielowi:
30 Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. 31 Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. 32 Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. 33 Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. 34 Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? 35 Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. (Lk 1)
Maryja była już poślubiona Józefowi. Co prawda Ewangelia Mateusza podaje, że stała się ona brzemienna „zanim zamieszkali razem”, ale nie znaczy to przecież, że Maryja nie wiedziała skąd się biorą dzieci. Wychowana w małej miejscowości, gdzie każde gospodarstwo domowe było pełne zwierząt gospodarskich, wiedziała to doskonale. Dzieci na wsi nie trzeba uświadamiać, uświadamia je samo życie. Wystarczy, że mają oczy i od najmłodszych lat wiedzą skąd się biorą małe cielątka, owieczki, kózki, pieski, a więc i ludzie. Zatem pytanie Maryi miało sens jedynie wtedy, gdy zakładała ona od początku, że pozostanie dziewicą.
Jednak, powie ktoś, Biblia nam mówi, że Józef „nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.” (Mt 1,25) Czy zatem nie sugeruje to, że zbliżyli się później? Cóż, nie koniecznie i mamy na to dowody także w Biblii. Na przykład w Drugiej Księdze Samuela czytamy, że „Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci.” (2 Sm 6,23) Czy to znaczy, że po swej śmierci miała całą gromadkę dzieci? Nie sądzę. Święty Mateusz nam po prostu uwypukla fakt, że narodziny Jezusa były dziewicze, nic natomiast w tamtym wersecie nie mówi o tym co się stało później.
Maryja jest prawdziwą Oblubienicą Ducha Świętego. To jest mistyczne, ale i realne małżeństwo. Realne, bo z niego poczęła się realna, prawdziwa Boska Osoba, Syn Boży, Jezus. Trudno więc przypuszczać, by w zamysłach bożych był to „przygodny incydent”, „one night stand”. Maryja całe życie pozostała żoną Ducha świętego. Jedyna osoba na świecie, w całej historii ludzkości, która jest nie tylko córką Ojca, jak każdy z nas, ale także matką Syna i oblubienicą, żoną Ducha Świętego. I to się nie zmieni przez całą wieczność.
Zresztą na podstawie samej analizy tekstu Pisma Świętego można bardzo konkretnie wykazać, że Biblia mówiąc o „braciach Jezusa” ma na myśli jego dalszych krewnych, a nie dzieci Maryi, żony Józefa. Katechizm Kościoła Katolickiego w paragrafie 500 tak to wyjaśnia:
Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie. (KKK 500)
Przypatrzmy się więc bliżej tym “braciom Jezusa”, którzy są nazwani imiennie w Biblii. Weźmy, dla przykładu, Jakuba. Wiemy, że matka „Jakuba młodszego” miała na imię Maria. Wiemy to z Ewangelii Mateusza, opisującej scenę pod Krzyżem:
Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza. (Mt 27, 56)
Święty Marek tak to opisuje:
Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome. (Mk 15,40)
Zobaczmy teraz, co pisze święty Jan:
A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. (J 19,25)
A więc jak widać wyraźnie z porównania tych wersetów, Jakub, brat Jezusa jest synem Maryi, żony Kleofasa, a nie synem Maryi, żony Józefa. Jest to więc z całą pewnością kuzyn, czy jakiś inny dalszy krewny, lub nawet po prostu „ziomek”, pobratymiec, ale na pewno nie jest to ani „rodzony brat”, ani nawet brat przyrodni. A więc mamy tu wyraźny dowód na to, że Biblia mówiąc o „braciach Jezusa” nie musi wcale nam mówić nic o tym, że Maryja, Matka Jezusa, miała inne dzieci.
Są także inne fakty, warte wspomnienia. Na przykład scena ze znalezieniem 12-letniego Jezusa w Świątyni. Nic tam nie słyszymy o żadnych braciach, czy siostrach Jezusa. Gdyby Święta Rodzina miała więcej dzieci, zapewne coś by wtedy było na ten temat wspomniane. Scena z Krzyża. Jezus, umierając na Krzyżu daje swą Matkę Janowi. Rzecz nie do pomyślenia, gdyby Jezus miał młodsze rodzeństwo. W momencie swej śmierci łamałby on prawo i dopuszczał się nielegalnego aktu, który i tak niebyły uznany przez jego braci. Gdyby tacy istnieli. Fakt, że Maryja po śmierci Jezusa, będąca już wtedy wdową, zamieszkała z Janem, świadczy wyraźnie o tym, że Jezus nie miał żadnych braci.
Są jeszcze inne fakty. Septuaginta, greckie tłumaczenie hebrajskiego Starego Testamentu, używa słowa „brat”, „adelphos”, nawet tam, gdzie wiadomo z kontekstu, że chodzi o kuzynów, czy innych krewnych. Grecki język, w przeciwieństwie do aramejskiego, czy hebrajskiego, ma osobne słowo oznaczające kuzyna. Jest to „anepsios”, ale tłumacze Septuaginty (Biblii cytowanej słowo w słowo w Nowym Testamencie przez Jezusa w 80% przypadków, gdy cytuje on Stary Testament) nawet pisząc o kuzynach używają słowa „adelphos”.
Zatem zapewne podobny mechanizm lingwistyczny zaistniał, gdy autorzy Ewangelii, ludzie na co dzień posługujący się językiem aramejskim, pisali po grecku. Gdy codziennie, w potocznej mowie, używali słowa „brat” na wszystkich krewnych, naturalne jest także, że pisząc o tym automatycznie użyli podobnego słowa nawet, gdy istniało inne, określające precyzyjniej dane pokrewieństwo.
Zresztą słowo „brat” w każdym chyba języku ma znacznie szersze znaczenie, niż „syn mojej matki”. I w angielskim i w polskim mówimy o braciach w wierze, o kuzynach jako braciach stryjecznych i ciotecznych, o „brothers” jako „ziomkach” (np. bardzo popularne wśród czarnoskórych Amerykanów, którzy w pewnym sensie wszyscy się uważają za „braci”). Widzimy to także wyraźnie w tej scenie, opisanej w Dziejach Apostolskich:
12 Wtedy wrócili do Jerozolimy z góry, zwanej Oliwną, która leży blisko Jerozolimy, w odległości drogi szabatowej. 13 Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. 14 Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. 15 Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił... (Dz 1, 12-15)
Policzmy te osoby. Jedenastu apostołów, Maryja, matka Jezusa, niewiasty, zapewne te, które były pod Krzyżem, a więc może pół tuzina kobiet i „bracia”, których musiała być setka. Czyżby to byli rzeczywiście „synowie jednej matki”? Czy raczej uczniowie Jezusa? Z pewnością tu także natchniony autor Dziejów Apostolskich używa słowa „bracia” w znacznie szerszym znaczeniu.
Można by jeszcze więcej o tym pisać i ja sam wspominałem o tym w innych swoich tekstach. Zapraszam do przeczytania tekstów o ostatnich słowach Jezusa z Krzyża i o Maryi jako Arce Przymierza, które to teksty szerzej mówią na ten temat. Ale i to, co napisałem wyżej wyraźnie wykazuje, że Biblia mówiąc o „braciach Jezusa” wcale nie mówi, że Maryja miała inne dzieci. Nauka Kościoła nie jest wcale sprzeczna z biblijnym przekazem i choć nie bazuje na Biblii (wiara w nieustające dziewictwo Najświętszej Maryi Panny jest starsza od Nowego Testamentu), to na pewno też Jej nie zaprzecza.
Odsłon: 1235 Komentarzy: 2
Thursday,19 February 2009,08:14
Kategoria: Religia Thursday, 19 February 2009, 08:14
Dzisiaj tłusty czwartek, a to oznacza, że już zostało tylko kilka dni do Środy Popielcowej i Wielkiego Postu. Ostatnimi laty jakoś chyba zatraciliśmy znaczenie tego liturgicznego okresu. Ja co prawda już parę lat temu pisałem o potrzebie postu, ale większość ludzi, mam wrażenie, przeżywa ten okres czasu dokładnie tak samo, jak każdy inny. Jednak Kościół nie zapomniał czym Wielki Post powinien być. I niedawno przypomniał nam o tym nasz papież, Benedykt XVI. W „Papieskim Orędziu na Wielki Post 2009” napisał on między innymi:
"W Konstytucji Apostolskiej Paenitemini z 1966 r., Sługa Boży Paweł VI stwierdził, że należy postrzegać post w kontekście powołania każdego chrześcijanina, który “nie dla siebie (…) żyć winien, ale dla Boga, który go umiłował i za niego wydał samego siebie, żyć też winien dla braci” (por. Rozdz. I). Wielki Post mógłby być dobrą okazją do przypomnienia sobie zasad zawartych w cytowanej Konstytucji Apostolskiej, podnosząc tym samym wartość autentycznego i niezmiennego znaczenia tej pradawnej praktyki pokutnej, która może nam pomóc zadać śmierć naszemu egoizmowi i otworzyć serce na miłość Boga i bliźniego, co stanowi pierwsze i najważniejsze przykazanie nowego Prawa, a zarazem kompendium całej Ewangelii (por. Mt 22, 34-40).Skrupulatne przestrzeganie postu przyczynia się ponadto do nadania osobie – jej ciału i duszy – spójności, co pomaga jej unikać grzechu i wzrastać w zażyłości z Bogiem. […] Odmawianie sobie pokarmu materialnego, który żywi ciało, umacnia wewnętrzną gotowość do słuchania Chrystusa i żywienia się Jego zbawczym słowem. Przez post i modlitwę pozwalamy, by On przychodził i by zaspokajał największy głód, jakiego doświadczamy w naszym wnętrzu: głód i pragnienie Boga.[…]Zachęcam parafie i wszystkie inne wspólnoty, żeby w okresie Wielkiego Postu wierni częściej praktykowali post, indywidualnie i wspólnotowo, oddając się ponadto słuchaniu Słowa Bożego, modlitwie i uczynkom miłosierdzia.[…] Z tego, co powiedziałem, jasno wynika, że post jest wartościową praktyką ascetyczną, duchową bronią w walce z wszelkim możliwym, nieuporządkowanym przywiązaniem do nas samych. Dobrowolna rezygnacja z przyjemności, jaką jest jedzenie, i z innych dóbr materialnych pomaga uczniowi Chrystusa panować nad innymi rodzajami głodu osłabionej grzechem pierworodnym natury, którego negatywne skutki odbijają się na całej osobowości człowieka."
Cały ten dokument można przeczytać TUTAJ, a wspomniany wyżej Konstytucję Apostolską Paenitemini Pawła VI TUTAJ.
Ja od siebie tylko dodam na koniec, że oprócz indywidualnej korzyści, jaką każdy z nas osiąga poprzez praktykowanie postu, także każdy z nas pomaga Kościołowi w walce z szatanem. Papież Benedykt napisał że „post jest duchową bronią”.
Nie pokonamy kudłatego z pomocą Paktu Północnoatlantyckiego. To jest innego rodzaju wojna. Jego można pokonać tylko modlitwą, postem i miłosiernymi uczynkami wynikającymi z miłości do Boga i do naszych braci.O ile z modlitwą i czynieniem dobra nie jest tak źle, bo przynajmniej teoretycznie wszyscy się zgadzamy, że są to rzeczy pożytecznie i powinny być przez nas praktykowane, to z postem już jest znacznie gorzej. Obawiam się, że dla większości chrześcijan jest to już jakaś historyczna skamielina dawnych wieków, a nie coś żywego i obecnego w dzisiejszym życiu.
I żeby było jasne: Ja mówiąc o poście nie mam na myśli jedzenia w piątek łososia zamiast kotleta wieprzowego. To nie o taki post chodzi. Post powinien boleć. Post powinien być trudny. Post powinien być poświęceniem się z naszej strony. Powinien być także czymś duchowym, nie tylko fizycznym. Powinniśmy, poszcząc, być życzliwsi dla innych, z uśmiechem znosić jego niedomagania, pościć także od złości i gniewu. Niech nikt po nas nie widzi ile to nas kosztuje. Bóg na pewno wie i to nam powinno wystarczyć. W końcu robimy to dla Niego. A więc… życzę wszystkim dziś smacznych i tłustych pączków.
I proszę Was, pomyślcie o tym, co pisze nasz papież. To są niezwykle mądre słowa. O to samo prosi nas od wielu lat nasza Matka w orędziach z Medjugorie. To jest odwieczna nauka Kościoła. Wcale nie mniej aktualna dzisiaj, niż kiedykolwiek w historii. Zapewne nawet dziś bardziej aktualna i bardziej potrzebna. Modlitwą i postem pokonamy każde zło, ale by to się stało, musimy ten post zacząć. To się da zrobić, zapewniam Was. I nie jest to wcale takie trudne, gdy zrobimy to „w Tym, który nas umacnia” (Flp 4,13).
Odsłon: 791 Komentarzy: 6
Monday,26 January 2009,05:24
Kategoria: Religia Monday, 26 January 2009, 05:24
Na moim forum znowu zaczęła się gorąca dyskusja na temat Intronizacji Chrystusa Króla i Szymona Hołowni. Nie bardzo wiem zresztą co ma Intronizacja wspólnego z Hołownią, ale jakoś tak wyszło, że wyszliśmy od jednego, a doszliśmy do drugiego. Zostawmy więc na moment sprawę Intronizacji, a zastanówmy się nad Hołownią.
Od lat zastanawia mnie jak dotrzeć z Ewangelią do tych osób, którym nie po drodze do kościoła. Jak ewangelizować tych, którzy nie są ewangelizacją w ogóle zainteresowani. Albo nawet jak dotrzeć do tych, którzy szukają Jezusa, ale są „obcy”. Nie są jednymi z nas. I nie zastanawia mnie to tylko teoretycznie, ale w praktyce staram się jakoś to wprowadzać w moim życiu. Na przykład przez pisanie blogów. Dzięki takiemu blogowi dotarłem nawet kiedyś do pewnej zagubionej dziewczyny. Pisałem już kiedyś o tym, ale powtórzę tę historię, bo ilustruje ona doskonale to, co chciałbym przekazać.
Skontaktowała się ona ze mną przez gg. To był zresztą do końca jedyny nasz kontakt i ona zawsze używała nowego numeru. Powiedziała, że jest satanistą i zaczęła obrażać „wszystkie moje świętości”. Akurat jechałem swym truckiem, ale zatrzymałem się i zaczęliśmy rozmawiać. Nie będę opisywał całej naszej, trwającej zresztą, z długimi przerwami, wielomiesięcznej konwersacji. Powiem tylko tyle, że bardzo serio podszedłem do jej problemu, bo wyczułem instynktownie, że ona szukała Boga. Mimo, że sama bardzo długo nie chciała się do tego przyznać. Nikt jednak nie pisze do „nawiedzonego truckera” bez powodu (oczywiście poza tymi, co koniecznie chcą wiedzieć co wiozę i ile moje Volvo ma koni). Zwłaszcza nikt tak głęboko zanurzony w satanizm jak ona. Nie raz jeszcze zjeżdżałem na pobocze swoją ciężarówką, by prowadzić z nią długie dyskusje.
W końcu i ona zaczęła się zmieniać. Coraz mniej obrażała Kościół, Boga, czy mnie, coraz więcej pytała, coraz bardziej się „oswajała” z ideą kochającego Boga. Bo ona przecież szukała tylko miłości. W końcu doszło do tego, że zdecydowała się pójść na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. I co? I jak tylko wróciła, napisała do mnie takie mniej-więcej słowa:
„Wiesz, ja pieprzę takie chrześcijaństwo. (prawdę mówiąc wyraziła się troszkę dosadniej). Nikt mnie tam nie chce. Nie umiem się ubrać, nie umiem śpiewać, nie umiem się zachować, wszyscy szli razem, zgraną paczką, a ja kilkadziesiąt metrów za nimi, wściekła, że się dałam nabrać. Wszyscy tylko mieli do mnie pretensje, a ja wszystkim przeszkadzałam. Wracam do swoich satanistów, tam przynajmniej jestem u siebie!”
Tak się skończyła wielomiesięczna praca, pełna modlitw, poświęceń i trudu. Każdą przeszkodę mogliśmy pokonać, ale nie udało nam się pokonać najgorszej przeszkody: „chrześcijan” nie widzących innego człowieka. I to chrześcijan z tych „dobrych”, wydawałoby się. Nie każdy w końcu chodzi na piesze pielgrzymki. Po tych można by się spodziewać, że jest to sam kwiat chrześcijaństwa, prawda?
Ale jest to problem wielu grup. Ludzie w „Odnowie”, w „Neokatechumenacie”, czy innych tego typu grupach często się zamykają w sobie. Tworzą wspaniałe rodziny, ale zamknięte na zewnątrz. Dobrowolnie tworzą swoje własne getta, odgrodzone od świata wysokim murem. A gdy już wyjdą, to czasem robią to tak „subtelnie”, że skutek jest dokładnie przeciwny od zamierzonego. Hołownia w wywiadzie dla Przekroju powiedział:
„Kiedyś na moje spotkanie autorskie przyszły dwie miłe panie, chyba z Radia Maryja. Usiadły w pierwszym rzędzie i zaczęły się chwalić: Pan tu opowiada, że z młodzieżą trzeba delikatnie. Proszę pana, do nich nic nie dociera, więc my z koleżanką w ubiegłym roku w wielkim poście zrobiłyśmy im coś takiego, że oni już do końca życia będą pamiętać, że w piątek nie chodzi się na dyskoteki! Dociekałem, co takiego zrobiły: puściły gaz, strzelały śrutem, ale one dalej emocjonowały się, że dzisiejsza młodzież musi szanować piątek. Zapytałem więc z innej strony: Proszę pani, a co pani robiła 3 września, dokładnie o 17.30. Ona: Ale o co panu chodzi? A co się wtedy stało? Ja się urodziłem, to były moje urodziny, dlaczego pani na to nie zareagowała w żaden sposób? Ona na to: A kim pan dla mnie jest? No właśnie, a kim jest Jezus dla tych ludzi? Zanim zacznę na nich lecieć z policjantem, powinienem zapytać sumienia, co zrobiłem, żeby oni wiedzieli, kim jest Jezus. Moja wolność kończy się tam, gdzie ogranicza wolność drugiego. Nie chcę cię nawracać, chcę ci pokazać, czym jest wiara dla mnie. Nie mam ochoty wchodzić w sferę twojej wolności i zacząć ci w niej dłubać. Ty nie wchodź z butami w moją.”
Właśnie. Jak to rozumieć: „Nie chcę cię nawracać, chcę ci pokazać, czym jest wiara dla mnie. Nie mam ochoty wchodzić w sferę twojej wolności i zacząć ci w niej dłubać. Ty nie wchodź z butami w moją”? Nie ze wszystkim się z Hołownią zgadzam, ale trudno mu zarzucić, że się kryje ze swą wiarą. Wprost przeciwnie. On wychodzi z Ewangelią do świata. I robi to na tyle atrakcyjnie, że na pewno dociera do wielu, do których żaden ksiądz dotrzeć nie może. Co więcej, dostrzega, że wiarę można dyskretnie zaoferować bez narzucania jej, bez wpychania jej innym w gardło. Ale jeden Hołownia sprawy nie rozwiąże.
Ja mam od jakiegoś czasu na to swój własny pomysł. Połączenie forum o truckach z forum o wierze. Czy to działa? I tak i nie. Na pewno są osoby nigdy nie przekraczające granicy. Niektórzy wręcz od początku mówią: „Ja tu jestem tylko dla ciężarówek!”. Ale mija miesiąc, czy dwa, czasem ktoś ma zadanie z religii… i zagląda na drugą stronę. Czasem zostaje na dłużej. Nie działa więc uniwersalnie, ale co z tego? Zawsze chodzi tylko o jednego człowieka. Tym bardziej, że są także osoby przychodzące tylko podyskutować o wierze. Tym ciężarówki nie są do niczego potrzebne. Jednak sama idea forum, to dotarcie do chłopaków interesujących się motoryzacją i "dyskretne dawanie świadectwa wiary". Oferta. Na tyle, mam nadzieję, atrakcyjna, że może ją niektórzy kupią.
Nie każdy jednak ma takie możliwości i talent jak Hołownia. Nie każdy przemierza 18-kołowcem Amerykę, mając do tego ma odrobinkę wiedzy o Bogu i ślad talentu literackiego. A także wielką miłość do Jezusa, która, mam nadzieję, pokrywa braki teologiczne i literackie. Każdy jednak ma „coś”. Każdy ma jakiś talent. Każdy coś może zrobić. Jak pisałem niedawno, nikt z nas nie musi nawrócić całego świata. Wystarczy przekonać do Boga dwie osoby. I te pójdą dalej. Ale każdy z nas musi zmienić swoje nastawienie do wiary. Musimy, jak pierwsi chrześcijanie, wyjść. A więc wstańcie, chodźmy! Zróbmy pierwszy krok. Każdy z nas. Inaczej chrześcijaństwo stanie się jakąś „marginalną filozofią grupki nawiedzonych dziwaków”.
Scott Hahn zapytany jakie było jego nastawienie do katolicyzmu, gdy pierwszy raz się nawrócił i został chrześcijaninem, (był wtedy nastolatkiem, w licealnym wieku), odpowiedział, że on w ogóle nie uważał katolików za chrześcijan. To właśnie koledzy-katolicy zwykle potrafili wypić najwięcej na imprezach, najbardziej klęli, najbardziej wulgarnie się zachowywali. Gandhi także podobno miał powiedzieć, że zostałby chrześcijaninem, gdyby chrześcijanie nimi byli. Może więc zacznijmy nimi być. Pamiętając ostatnie słowa Jezusa, jakie przekazał nam święty Mateusz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody.[…] Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem.” (Mt 28, 19a-20a)
A co z „moją satanistą”? Usłyszałem potem od niej tylko jeszcze raz. Po wielu miesiącach odezwała się z Włoch, że wyjechała tam i wstąpiła do nowicjatu. Nic więcej o niej nie wiem, ale wierzę, że Duch Święty może pokonać nawet takie przeszkody, jakimi są chrześcijanie.Ja w każdym razie ciągle o niej pamietam w swoich modlitwach.
Odsłon: 867 Komentarzy: 1
Friday,23 January 2009,17:35
Kategoria: Religia Friday, 23 January 2009, 17:35
Odsłon: 1156 Komentarzy: 0
Friday,23 January 2009,05:08
Kategoria: Religia Friday, 23 January 2009, 05:08
Gdy ktoś zna mój "adres" na Skype, czy w komunikatorze AIM ze zdziwieniem zauważa, że jest nim "nietolerancyjny". Odkryłem bowiem już dość dawno, że jest to jedyna postawa, jaką powinien mieć każdy chrześcijanin. Każdy logicznie myślący człowiek.
Zanim zostanę tu odsądzony od czci i wiary i zanim zostaną mi przypomniane wyprawy krzyżowe, inkwizycja i palenie czarownic, muszę coś wyjaśnić. To, że jestem nietolerancyjny, nie musi oznaczać, że gonię z obnażonym mieczem i obłędem w oczach, gotów ścinać głowy wszystkim, którzy mają odmienne poglądy od moich. Co więcej, ponieważ ja nie toleruję przemocy, to zarzut, że będąc nietolerancyjny przemoc pochwalam jest logicznie sprzeczny. Jest bez sensu. Jak cała ta tolerancja.
Myślę, że nadszedł czas na uściślenie definicji. Co ja rozumiem przez tolerancję. I czym jest wg mnie akceptacja. I konformizm. I logiczne myślenie.
Tolerancja (z języka łacińskiego tolerare - "znosić", "cierpieć"), świadoma zgoda na wyznawanie i głoszenie przez innych ludzi poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na wybór sposobu życia uważanego przez nich za właściwy, chociaż go nie aprobujemy. Tolerancja oznacza rezygnację ze stosowania przymusu wobec innych.
Cóż, od siebie muszę tu dodać tylko, że ostatnie zdanie jest nie bardzo logiczne, bo jeżeli ktoś toleruje przemoc, to dlaczego, w imię tolerancji, ma z niej rezygnować? Nie powinno się mieszać tych rzeczy, bo przemoc i tolerancja to zupełne różne zagadnienia. To prawda, że jak ktoś nie ma problemu z używaniem przemocy, to gdy do tego jest nietolerancyjny w innych dziedzinach, łatwo mu będzie pokazać swoją agresywność. Ale to nie nietolerancja jest przyczyną agresywności, nietolerancja daje mu tylko pretekst, żeby tą agresywność wykazać. I odwrotne, jeżeli ktoś toleruje przemoc, to nie zrezygnuje z jej stosowania. Przykład, który się tu narzuca, to tolerancja nazizmu w Niemczech w latach trzydziestych. Program tej partii zakładał eksterminację całych narodów i grup etnicznych i był tolerowany przez miliony Niemców. Łącznie z tolerancją obozów koncentracyjnych.
Ale wróćmy do definicji:
„Zakres tolerancji jest historycznie zmienny. Występuje w dwóch formach:
1) jako tzw. tolerancja negatywna, klasyczna, określona przez takich myślicieli, jak Wolter i J. Locke, polega na uznaniu, mimo wewnętrznego sprzeciwu, że inne poglądy, postawy i działania są też uprawnione, chociaż nie powinny być takimi, jakie są, ponieważ nie wyrażają tradycyjnych wartości: prawdy, dobra, piękna itp., do których należy dążyć. Tolerancja negatywna nie zaprzecza istnieniu prawdy w sensie klasycznym, uznaje, że możliwe jest znalezienie poglądów właściwych, które należy przyjąć, i niewłaściwych, które należy odrzucić w wymiarze osobistym i społecznym.
2) jako tzw. tolerancja pozytywna, charakterystyczna dla założeń współczesnego nurtu filozofii - postmodernizmu. Polega na dopuszczeniu wszystkich innych postaw, działań i poglądów jako równouprawnionych. Wynika to z przeświadczenia, że nie istnieje prawda obiektywna ani inna wartość, za pomocą której można by ocenić jakiekolwiek poglądy, postawy i działania. Tolerancja pozytywna wyraża się w stwierdzeniu, że "ponieważ nie istnieje prawda, nie mogę uznawać swego stanowiska za obowiązujące".
Właśnie. Mam tu poważny problem. Zwłaszcza z drugą formą tolerancji. Pierwszy rodzaj tolerancji polega, wg tej definicji, na uznaniu, mimo wewnętrznego sprzeciwu, że inne poglądy, postawy i działania są też uprawnione, chociaż nie powinny być takimi, jakie są. Ale ponieważ nie zaprzecza ona istnieniu prawdy, to nie mam z taką tolerancją zbyt wielkiego problemu. Raczej nazwałbym taką tolerancję akceptacją.
Podam przykład. Gdy zobaczę młodego człowieka z kolczykiem w języku, burzy się we mnie poczucie piękna. Przeszkadza mi to. Nie wiem, jak rozmawiać z takim osobnikiem. Ale zachowuję te uwagi dla siebie. Chyba, że tym człowiekiem byłoby moje dziecko. Jestem w stanie zaaprobować ten kolczyk, zaakceptować taką formę ekspresji, ponieważ ona tylko się kłóci z moim poczuciem piękna, nie ma nic wspólnego z wartościami obiektywnymi, a odwieczną Prawdą. I ja walczyłem ze swoimi rodzicami o to, jakie długie mogę mieć włosy i jakie szerokie nogawki u spodni. I do dzisiaj mam dziurę w uchu po kolczyku, który nosiłem przez krotki czas. Więc nie jestem tu bez winy, jeżeli można by mówi c w ogóle o jakiejś winie. Wiec jeżeli chodzi o tolerancje negatywną, to w porządku. Możecie mnie nawet nazywać tolerancyjnym, choć bardzo tego nie lubię.
Poważniejszy problem jest z tolerancją pozytywną. Zwłaszcza z tym stwierdzeniem: „…nie istnieje prawda obiektywna ani inna wartość, za pomocą której można by ocenić jakiekolwiek poglądy, postawy i działania. Tolerancja pozytywna wyraża się w stwierdzeniu, że "ponieważ nie istnieje prawda, nie mogę uznawać swego stanowiska za obowiązujące”.
To okropne, taka tolerancja. Taka postawa nie tylko, że nie jest dobra, ale , moim zdaniem, jest grzeszna, jest niedopuszczalna. Jako chrześcijanin, jako katolik, wiem, powinienem wiedzieć, ze istnieje obiektywna prawda, i powinienem według tej prawdy żyć i starać się ją pokazać innym. Chodzi przecież o życie wieczne, o nasze zbawienie.
W całej Biblii nie ma ani raz użytego słowa „tolerancja”. Pan Jezus z pewnością nie był tolerancyjny. Pouczał wszystkich, nakierowywał na właściwą drogę, tłumaczył. Powiecie mi, że przecież nie potępił cudzołożnej kobiety? To prawda. Ale nie powiedział jej: Rób, co chcesz. Powiedział: „ Idź, a od tej chwili już nie grzesz.”
Brak tolerancji nie jest oznaką braku miłości. Wprost przeciwnie. To właśnie miłość bliźniego nie pozwala nam być tolerancyjna. Całe życie w stosunkach z najbliższymi wykazujemy ten brak tolerancji. Nie tolerujemy tego, że nasze dzieci sikają w pieluchy i uczymy je używać nocnika. Nie tolerujemy, że nie potrafią czytać i pisać i sami im najpierw pomagamy, a gdy osiągną odpowiedni wiek, „zmuszamy”, żeby chodziły do szkoły. Nie tolerujemy wagarów, ani nieodrobionych zadań. Nie tolerujemy jedynek i dwój w szkole.
Czego nie tolerujemy u współmałżonków, nie będę pisał może, moja żona jest wierną czytelniczką moich tekstów. Ale zauważmy, że dopóki istnieje miłość w małżeństwie, nie tolerujemy jakiejkolwiek niewierności, jesteśmy mniej lub bardziej zazdrośni, przeszkadza nam wiele rzeczy. Gdy ktoś ma nieszczęście osiągnąć taki etap rozkładu małżeństwa, że każde robi co chce, to nagle, zwłaszcza, gdy pozostało małżonkom trochę kultury osobistej, wszystko staje się nieważne, wszyscy stają się tolerancyjni. Sam niedawno miałem wątpliwe szczęście rozmawiać z facetem, który przyjechał do Stanów zostawiając w Polsce żonę i ona zasugerowała mu niedwuznacznie, że nie będzie miała problemu z tolerowaniem tego, że znajdzie sobie on jakąś inną towarzyszkę życia. Ta jej nagła tolerancja wynika zapewne z tego, że ona już takiego towarzysza znalazła. I zapewniam was, że nie jest on wcale zachwycony tą jej nagłą tolerancją. Wprost przeciwnie, jest on na granicy załamania psychicznego.
Myślę, że przyszedł czas na następną definicję:
Konformizm (z łaciny conformo – nadaję kształt), zachowanie lub postawa polegająca na przyjęciu i podporządkowaniu się wartościom, zasadom, poglądom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. Konformizm utożsamiany jest na ogół z nadmiernym, bezkrytycznym przyjmowaniem i stosowaniem się do owych norm, zbyt intensywnym identyfikowaniem swoich celów z celami grupy, mechaniczną akceptacją wszelkich zasad i wartości, biernej uległości, bezmyślnej aprobacie reguł głoszonych przez innych.
Postawa konformizmu w tej interpretacji wynika z obawy przed formułowaniem jakichkolwiek własnych poglądów, propozycji rozwiązań czy też prezentowania wzorów zachowań.
Osoby tolerancyjne są, niejako z definicji, konformistami. Gdy sobie to uświadomimy, od razu koncepcja tolerancji przestanie nam się tak podobać. Nawet, jak uważają, że tak nie jest, w praktyce nie ma wielkiej różnicy między konformistą a osobą tolerancyjną. Przykładem mogą być tu politycy pokroju Joe Bidena, czy Nancy Pelosi. Są oni tak tolerancyjni, że zapomnieli jakie mają poglądy. jeżeli je kiedykolwiek mieli. Przypominają sobie o tym, że są katolikami tylko wtedy, gdy potrzebują katolickich głosów, albo gdy mają ochotę skrytykować jakiegoś biskupa, który ośmiela się przypominać to, czego Kościół Katolicki uczy. Biskupi, ich zdaniem, powinni być znacznie bardziej tolerancyjni w kwestiach aborcji, eutanazji, "małżeństw" homoseksualnych, czy klonowania ludzkich zygot w celach naukowych.
Ja mam problem z tolerancją z kilku powodów. Jednym z nich jest nielogiczność tej koncepcji. Tolerowanie aborcji jest równocześnie nietolerowaniem prawa do życia nienarodzonego dziecka. Nie można byś zawsze tolerancyjnym, bo nie można równocześnie tolerować rzeczy przeciwstawnych sobie. Pani marszałek kongresu Pelosi mówi, że prywatnie jest katoliczką, ale jako polityk musi byś przedstawicielem wszystkich wyborców. Także tych, którzy uważają, że każda kobieta powinna mieć prawo zabić swoje własne dziecko.
Ja nie mogę takiego poglądu tolerować. Trudno. Dla mnie jest to oznaka zupełnego braku jakichkolwiek zasad, braku moralnego kręgosłupa. Nie można być prywatnie kim innym, niż się jest „służbowo”. Albo ktoś jest katolikiem zawsze, albo nigdy. Albo się w coś wierzy, albo nie. Albo się w Kogoś wierzy, albo nie. Pani Pelosi udowodniła wielokrotnie, w co wierzy. Głosowała przeciw prawom najsłabszych, przeciw nienarodzonym dzieciom zawsze i konsekwentnie. Łącznie z głosem sprzeciwiającym się zdelegalizowaniu barbarzyńskiego prawa zezwalającego na zabicie dziecka w czasie porodu. I ma do tego jeszcze czelność publicznie przystępować do Komunii Świętej, powodując skandal w Kościele. I pouczać biskupów, co im wolno, a czego nie w dziedzinie nauki w sprawach wiary i moralności. Cóż, jak już wspominałem, zdaniem pani Pelosi biskupi powinni być bardziej tolerancyjni.
Moim natomiast zdaniem nie powinni. Moim zdaniem istnieje obiektywna Prawda. Tak obiektywna, że aż uosobowiona w postaci naszego Zbawiciela. Jezus powiedział przecież: „Ja jestem drogą i prawdą i życiem.” Nikt mnie nie przekona, że tolerancja pomyślana tak, jak ją widzą liberalni politycy jest zaletą. Wszyscy się zgadzamy, nawet najbardziej tolerancyjne osoby, że tolerancja ma swoje granice. Wystarczy zobaczyć ich reakcje na widok chuligana rysującego gwoździem ich samochód, albo malującego farbą w aerozolu na ścianie ich domu jakieś głupie slogany. A przecież jest różnica między porysowanym samochodem a zabitym niewinnym dzieckiem. Więc jeżeli możemy nietolerować chuligańskich wybryków, to czemu mamy tolerować zabijanie niemowląt? Czemu mamy tolerować te 4 tysiące dzieci zamordowanych każdego dnia w pełnym majestacie prawa w samych Stanach Zjednoczonych?
Patrząc na ten przykład warto by się zastanowić, gdzie powinny być granice tolerancji. Prawo karne jest nietolerancyjne. Zabrania nam mordować, nakazuje płacić podatki pod groźbą kary więzienia, nawet nakazuje nam posyłać dzieci do szkoły. No, w Polsce przynajmniej, tu możemy je uczyć w domu, ale nakazuje nam je uczyć. Dlaczego nie możemy tolerować morderstw, rebelii podatkowej i nieuctwa naszych milusińskich? Kto ma określać, gdzie się musi kończyć tolerancja? Partie liberalne (w amerykańskim znaczeniu tego słowa, będącego synonimem partii lewicowych) w wielu dziedzinach przesuwają tą granicę bardzo daleko. Ale ci, którzy najgłośniej krzyczą o tolerancji, socjaliści i komuniści, najbardziej ograniczaliby nasze życie przepisami i wprowadziliby najwyższe podatki, aby nie tolerować tego, że sami będziemy decydować, na co wydawać nasze pieniądze. Oni wiedzą lepiej. Więc? Gdzie tu logika?
Często w Stanach słyszę opinię: „We can't legislate morality.” Nie można moralności ująć w karby ustaw. Zawsze mnie też zastanawiał bezsens tego stwierdzenia. Czy zakaz mordowania i bicia bliźnich nie jest zakazem moralnym? Nie wynika z dziesięciu przykazań? Powiecie, że to wynika z prawa naturalnego? Zapewne. Ale i to pochodzi od Boga. Gdyby nie było Boga, gdybyśmy byli przypadkową pulpą wyewoluowaną na skutek jakiegoś nieprawdopodobnego przypadku, nie byłoby i moralności. Ale wszyscy się zgadzamy, mam nadzieję przynajmniej, że są pewne obiektywnie złe czyny. Jak zabicie niewinnego człowieka bez żadnej przyczyny. Jak znęcanie się nad dziećmi czy współmałżonkami. Więc gdy zrobimy w takich przypadkach wyjątek, przyznajemy, że nie jesteśmy tolerancyjni. A przynajmniej przyznajemy, że nasza tolerancja ma granice. A więc jeżeli tak, to na jakiej podstawie ja jestem oceniany negatywnie gdy mówię, że jestem nietolerancyjny? I kto to mnie ocenia? Ten tolerancyjny, co toleruje wszystko naokoło? Wszystko oprócz mnie?
Do napisania tego tekstu sprowokował mnie wpis do księgi gości na mojej stronce. Ktoś mi napisał:
„W naszej kulturze pokutują różne mity, szerzone przez tych, co uważają, że "oni wiedzą lepiej" i "ludziom trzeba powiedzieć jak mają robić, bo są za głupi, by sami to wymyślić". Przecież nikt nie każe nikomu na siłę stać się homoseksualistą! Pozwólcie w imię tolerancji istnieć im obok nas. Ich agresywność wynika właśnie z tego, że się im utrudnia życie. Czy boicie się, że wasze dzieci zobaczą "zły przykład"? Złym przykładem jest nietolerancja i tabu jakie nakładacie na całą sferę seksu w imię religijnej poprawności.”
Bardzo lubię takie teksty. Świadczą o tym, że ludzie już całkiem zapomnieli, do czego służy rozum. Podpowiem… rozum… rozumowanie...świta coś? Pójdźmy dalej tym tokiem rozumowania. Jeżeli musimy tolerować sposób życia homoseksualistów, związek mężczyzny z mężczyzną lub kobiety z kobietą to, myśląc logicznie, czemu nie mężczyzny z dwoma kobietami? Kto mi ma powiedzieć, że małżeństwo ma być związkiem dwojga ludzi? W USA w tych stanach, (jak Massachusetts, stan naszych kochanych "katolickich" senatorów, panów K: Kerry’ego i Kennedy’ego) gdzie sądy zadecydowały, że muszą być uznane związki ludzi jednej płci, już wpłynęły wnioski muzułmanów i mormonów o uznanie wielożeństwa. Ciekawe jak sądy uzasadnią odrzucenie tych wniosków? Czy nie będą musiały nic odrzucać?
A dlaczego zatrzymać się tutaj? Czemu małżeństwo nie mogłoby być związkiem trzech panów i siedmiu pań? Albo pana, pani, kozy, barana, dwóch suczek i telewizora? Czemu wszyscy się nie połączymy w jedno wielkie małżeństwo? To by nam rozwiązało wiele problemów. Zniknąłby problem niewierności małżeńskiej, gdybyśmy się wszyscy połączyli w jedno małżeństwo. Zniknąłby problem prostytucji, bo gdy każda prostytutka byłaby moją żoną, nie byłaby chyba tak bezczelna…
Sami widzicie, że tolerancja to jest idiotyczny koncept. Nie można być tolerancyjnym bez ograniczeń. Gdzieś zaczyna się absurd. Ale jak odrzucimy Boga, jak odrzucimy fakt, że to On dał nam Prawo jak odrzucimy moralne nauczanie Kościoła, Jego autorytet, to musimy dojść do koszmaru. Całe to mówienie o tolerancji okazuje się nie warte funta kłaków.
Najsmutniejsze jest to, że nowa administracja właśnie dzięki "postępowym katolikom", postępowym i tolerancyjnym, doszła do władzy i dzięki katolikom szybko zakończy jakiekolwiek restrykcje ograniczające swobodę przeprowadzania aborcji przez całą ciążę, nie wspominając już o prawach homoseksulaistów i innych podobnych pomysłach. Trudno wyczuć w co wierzy Obama (o ile wierzy w cokolwiek), ale jego vice i szefowa kongresu są katolikami. Niestety z tych "tolerancyjnych" A ja Bogu dziękuję, że jestem nietolerancyjny i, dodam, jestem dumny z tego faktu.
Odsłon: 1155 Komentarzy: 3
Tuesday,20 January 2009,10:29
Kategoria: Religia Tuesday, 20 January 2009, 10:29
Jesteśmy teraz w Stanach Zjednoczonych w trakcie trwania niezwykłego tygodnia. Odchodzi prezydent Bush, władzę obejmuje prezydent Obama. Prezydent Bush odchodząc zdążył jeszcze zadeklarować dzień 18 stycznia Narodowym Dniem Świętości Ludzkiego Życia.
Pierwszym prezydentem, który taki dzień proklamował, był Ronald Reagan. Było to w 11. rocznicę legalizacji aborcji we wszystkich stanach, 22. stycznia 1984 roku. Później dzień ten został przesunięty na trzecią niedzielę stycznia. Następca Reagana, George Bush, kontynuował ten zwyczaj. Gdy Clinton doszedł do władzy, proklamacje się zakończyły i wznowił je po ośmiu latach George W Bush. Nie trzeba być prorokiem, by zgadnąć, że ta ostatnia proklamacja jest rzeczywiście ostatnia na pewien czas. Obama, jak Clinton, nie uważa bowiem ludzkiego życia za jakąkolwiek świętość.
A oto sam tekst deklaracji prezydenta, w moim nieudolnym tłumaczeniu:
Życie ludzkie jest darem od Stworzyciela i jest święte, niepowtarzalne i zasługujące na ochronę. W Narodowym Dniu Świętości Ludzkiego Życia nasz kraj uznaje, że każda osoba, włącznie z osobami jeszcze nienarodzonymi, ma specjalne miejsce i cel w tym świecie. Podkreślamy także nasze oddanie obronie najsłabszych spośród nas, oraz tych, którzy sami nie mogą w swej obronie przemawiać.
Podstawowym obowiązkiem rządu jest ochrona życia niewinnych. Moja Administracja była oddana budowie cywilizacji życia poprzez energiczne promowanie adopcji dzieci i praw nakazujących informowanie rodziców o zamierzonej aborcji ich nieletniej córki, sprzeciwiając się finansowaniu z budżetu państwa aborcjom poza granicami USA, zachęcają nastolatki do wstrzemięźliwości seksualnej i finansując programy pomocy kobietom w ciąży. W 2002 roku miałem zaszczyt podpisać prawo chroniące życie dzieci które przeżyły aborcję. W 2003 roku podpisałem prawo zakazujące okrutnej praktyki zabijania dzieci częściowo już narodzonych (partial birth abortion), pokazując nasze zaangażowanie w budowanie kultury życia w Ameryce. Jestem także dumny z faktu, że podpisałem w 2004 roku prawo zezwalające na oskarżenie osoby odpowiedzialnej za śmierć lub zranienie nienarodzonego dziecka o dodatkową zbrodnię, niezależnie od oskarżeń o szkody wyrządzone matce.
Ameryka jest państwem troskliwym i nasze wartości powinny nas prowadzić w ocenie zdobyczy nauki. W naszej gorliwości szukania nowych sposobów leczenia nigdy nie możemy porzucić naszych fundamentalnych zasad moralnych. Możemy osiągnąć poszukiwane przez nas wielkie cele z poszanowaniem daru życia.
Świętość życia jest wypisana w sercach wszystkich ludzi. W tym dniu i poprzez cały rok dążymy do budowania społeczeństwa w którym każde dziecko jest oczekiwane i chronione przez prawo. Także naszych rodaków zachęcamy do przyłączenia się do naszej godnej i szlachetnej sprawy. Historia nas uczy, że gdy walczymy o sprawę zakorzenioną w naszych najgłębszych przekonaniach i odwołującą się do najlepszych instynktów naszych obywateli, zwyciężymy.
Ja, George W Bush, Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, na mocy prawa danego mi przez konstytucję Stanów Zjednoczonych, proklamuję dzień 18 stycznia 2009 Narodowym Dniem Świętości Ludzkiego Życia. Wzywam wszystkich Amerykanów do świętowania tego dnia poprzez odpowiednie uroczystości i przez podkreślenie naszego oddania respektowaniu i ochronie życia i godności każdego człowieka.
George W Bush.
Niestety wszystko to, co osiągnął Bush w dziedzinie ochrony ludzkiego życia, zmarnuje Obama. Wśród priorytetów jego administracji jest nie tylko podpisanie Freedom of Choice Act, ustawy znoszącej wszelkie restrykcje w dziedzinie aborcji, łącznie z jakimikolwiek ograniczeniami w zabijaniu częściowo już narodzonych dzieci do dziewiątego miesiąca ciąży włącznie, ale także pomoc dla „przemysłu aborcyjnego” w wysokości półtora miliarda dolarów. To są także moje pieniądze z podatków które płacę. Ameryka powróci także do promowania aborcji w innych krajach, poprzez ONZ i inne organizacje, uzależniając swą pomoc od wprowadzania programów promujących cywilizację śmierci.
Administracja Busha kilka tygodni temu ogłosiła przepisy chroniące pracowników służby zdrowia odmawiających z powodów religijnych, czy moralnych współpracy przy zabiegach aborcji. Siedem stanów: Kalifornia, Connecticut, Illinois, Massachusetts, New Jersey, Oregon i Rhode Island wraz z Planned Parenthood i American Civil Liberties Union podały to rozporządzenie do sądu, twierdząc, że może ono ograniczyć „prawa kobiet do powszechnego dostępu do aborcji”. I administracja Obamy przypilnuje, by te prawa były ważniejsze, niż prawa osób, którym sumienie zabrania współuczestnictwa w morderstwie niewinnych. Nie wspominając o prawie nienarodzonego dziecka do życia. Prawo wchodzi w życie dzisiaj, ale nowy kongres już przedstawił projekt nowej ustawy zmieniającej te przepisy.
Podczas niedzielnych uroczystości inauguracyjnych przemawiał duchowny zaproszony przez prezydenta-elekta. Nie jest wielką niespodzianką, że Obama wybrał anglikańskiego biskupa nie ukrywającego, że jest homoseksualistą. Eugene Robinson, episkopalny biskup New Hampshire, powiedział, że czytając przemówienia jego poprzedników był zszokowany tym, jak „specyficznie i agresywnie chrześcijańskie były poprzednie inwokacje”. Hmmm. Całkiem nieźle, jak na chrześcijańskiego duchownego. I to na dodatek biskupa. Zapewnił, że jego inwokacja nie będzie w ogóle chrześcijańska. I „nie będzie cytował Biblii, ani niczego takiego”. Już wiemy zresztą, co powiedział w niedzielę. Oto jego słowa:
"O God of our many understandings, we pray that you will…"
Czyli „Boże naszych wyobrażeń…” A ja, naiwny, myślałem, że Bóg jest Kimś realnym, konkretnym, a nie zaledwie tym, co każdy z nas sobie wyobraża.
"Bless us with anger – at discrimination, at home and abroad, against refugees and immigrants, women, people of color, gay, lesbian, bisexual and transgender people."
Błogosław nas gniewem– na dyskryminację, u nas i poza granicami, uchodźców i imigrantów, kobiet, ludzi o innym kolorze skóry, gejów, lesbijek, biseksualistów i transwestytów.
"Bless us with patience – and the knowledge that none of what ails us will be “fixed” anytime soon, and the understanding that our new president is a human being, not a messiah."
Hehe, „Błogosław nas cierpliwością […] byśmy zrozumieli, że nasz nowy prezydent jest człowiekiem, nie mesjaszem.” To będzie trudne, bo on już został ogłoszony mesjaszem przez media i za takiego jest przez wielu uważany. Czyżby to był jeden z „Bogów naszych wyobrażeń”?
"Bless us with freedom from mere tolerance – replacing it with a genuine respect and warm embrace of our differences, and an understanding that in our diversity, we are stronger."
Błogosław nas wolnością od zaledwie tolerancji, zamieniając ją na prawdziwy respekt i ciepłe przygarnięcie naszych różnic i na zrozumienie, że w naszej wielorakości jesteśmy mocniejsi.
Interesujące słowa w ustach aktywnego i nie ukrywającego tego faktu geja. A może ja nie tylko nie chcę być przez niego „ciepło przygarnięty”, ale i od tolerowania go jestem daleko? Zgadzam się z nim, że Bóg nas powinien ochronić od „zaledwie tolerancji”. Tolerancja to okropna rzecz. Ale na pewno nie powinniśmy jej zamieniać na akceptację tego, co jest niemoralne i grzeszne. Od tego, Boże, nas chroń. Pełny teks inwokacji można znaleźć TUTAJ. Nawiasem mówiąc po raz pierwszy od lat ani katolicki ksiądz, ani rabin nie zostali zaproszeni na żadną z inauguracyjnych uroczystości Obamy. Ale wiedząc jakiego księdza by Obama zapraszał to zapewne lepiej, że nie zaprosił żadnego.
Dzisiaj główne uroczystości inauguracyjne. Podobno ma być parę milionów ludzi. Bilety wstępu na inaugurację osiągają cenę 20 tysięcy dolarów. Histeria Ameryki sięga zenitu. Wczoraj było święto Martina Lutera Kinga. Dziś, zaledwie 40 lat po jego zamordowaniu, Murzyn został prezydentem USA. Niesamowite. Wielki dzień dla demokracji i wielki dzień dla Ameryki. Tylko szkoda, że człowiek, który mógł to osiągnąć dzięki ruchowi obrony praw człowieka, za który ML King oddał życie, sam tak aktywnie i agresywnie przeciw prawom najsłabszych występuje. Czyżby nie wiedział, że celem założycielki organizacji Planned Parenthood była właśnie eliminacja jak największej ilości kolorowych dzieci? I że się jej to udało, bo spośród niemal 50 milionów zamordowanych nienarodzonych dzieci we ostatnich 36 latach nieproporcjonalnie dużo jest właśnie Murzynów.
W czwartek jest 36. rocznica legalizacji aborcji w USA. W czwartek będzie w Waszyngtonie wielki marsz „pro life”. W najbliższą niedzielę podobny w San Francisco. Ale jak ktoś nie ogląda telewizji katolickiej EWTN, to nie będzie nawet o tym słyszał. Główne sieci telewizyjne konsekwentnie i solidarnie bojkotują od lat to wydarzenie. Bo co to za news? Że sto tysięcy ludzi przemaszerowało w proteście przeciw zabijaniu niewinnych? To żadna wiadomość godna przekazania. Co innego, jakby setka aktywistów gejowskich protestowała przeciw ich urojonej dyskryminacji. To byłaby wiadomość na pierwsze strony dzienników. Ale pisać o chrześcijanach? A kogo to obchodzi?
Zobaczymy co przyniosą najbliższe dni. Ale nie spodziewam się niczego dobrego. Chyba, że się zdarzy cud. Jednak nie takich potworów przetrzymaliśmy. Na szczęście nie wybraliśmy króla, ale prezydenta. A ponieważ został wyniesiony przez media bardzo wysoko, to i jego upadek będzie spektakularny. Będą kolejne wybory, będą kolejni prezydenci. I może wreszcie się nauczymy patrzeć na to, co politycy robią, a nie na to, co obiecują. A zresztą Obama niewiele obiecał, poza tym, że będzie zmiana. I wygląda na to, że zmiana będzie rzeczywiście. Zmiana z cywilizacji życia na cywilizację śmierci. A reszta i tak pozostanie tak, jak była.
Odsłon: 1044 Komentarzy: 3
Friday,16 January 2009,04:34
Kategoria: Religia Friday, 16 January 2009, 04:34
W tę niedzielę zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Czym jednak jest prawdziwy ekumenizm? Czy jest to coś ważnego? Czy naprawdę musimy poświęcać temu tyle czasu? Aż cały tydzień modlitw? Jeżeli to jest takie ważne, to dlaczego? I dlaczego do tej pory ekumenizm przyniósł tak mizerne owoce?
Poniżej jest tłumaczenie odczytu Petera Kreefta na temat ekumenizmu. Daje on odpowiedź na przynajmniej niektóre z powyższych pytań. Nie jest ono „autoryzowane” w żaden sposób i czasem wręcz jest zaledwie parafrazą, a nie dosłownym tłumaczeniem. Nie było moim celem dosłowne przekazanie słów Kreefta, ale raczej oddanie ich sensu. Zresztą każdy może sam posłuchać, lub przeczytać oryginalny tekst.
Gdy więc profesor Kreeft, wykładowca filozofii z Boston College i „konwertyta” na katolicyzm zabrał na ten temat głos, a ja się z nim całkowicie zgadzam, rozsądną rzeczą wydaje się po prostu przekazanie co ona ma do powiedzenia.
Peter Kreeft. Ekumenizm.
Czy jest nadzieja na zjednoczenie chrześcijan? Jestem coraz bardziej przekonany, że jest na to większa szansa, niż wielu z nas przypuszcza. I moja nadzieja bazuje przede wszystkim na tym, że najbardziej żarliwym ekumenistą jest sam Jezus. Wszyscy znamy Jego modlitwę do Ojca tuż przed Ukrzyżowaniem w 17. rozdziale Ewangelii Jana, „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył”. Jezus bardzo konkretnie łączy apologetykę z ekumenizmem. „Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś.”
Gdy przeczytamy pierwsze trzy rozdziały Pierwszego Listu do Koryntian widzimy, że podział na denominacje był nie tylko skandalem, lecz był wręcz absolutnie nie do pomyślenia i nie do zaakceptowania dla świętego Pawła. Jest to bowiem nie tyle mnożenie grup należących do jakiejś organizacji, co raczej amputowanie członków jakiegoś organizmu. I jak nikt normalny nie kocha wojny, tak też żaden normalny chrześcijanin nie kocha wojny między chrześcijanami, która jest zgorszeniem dla świata i osłabia nasze świadectwo. W jaki sposób podzielony kościół może zjednoczyć podzielony świat? Nasze podziały są więc co najmniej tak trudnym problemem, jak wojny.
Oto dziewięć punktów będących podstawą do nadziei, że ekumenizm się powiedzie. Są często podawane, ale żaden z nich nigdy się nie sprawdził:
1. Rozsądny kompromis.
2. Zrozumienie i edukacja: Nadzieja, że gdzieś w samej istocie rzeczy tak naprawdę to się zgadzamy. Że mówimy to samo, ale innymi słowami i tylko dla tego nie możemy się zrozumieć.
3. Przeżycia mistyczne. Jeżeli coś takiego przeżyłeś, wiesz najlepiej, że powyższy punkt jest prawdziwy.
4. Tolerancja. Akt o nieagresji. “Czy nie możemy wszyscy współżyć w pokoju?”
5. Subiektywizm. Zredukowanie Prawdy do „mojej prawdy”, albo „twojej prawdy”, albo „naszej prawdy”
6. Sceptycyzm. “Tak naprawdę to nikt nie zna prawdy”.
7. Argumenty naukowe. Może przekonamy się nawzajem w jakimś laboratorium?
8. Niepoprawny optymizm. „Coś się wymyśli”.
9. Tymczasowa taktyczna i pragmatyczna koalicja do zwalczania wspólnego wroga. Ekumeniczny dżihad. Powód dobry, ale nie wystarczający. Żaden z powyższych punktów nie jest wytrychem otwierającym drzwi do ekumenizmu.
Złoty klucz.
Jest jednak złoty klucz, który otworzy ten zamek. Ma On na imię Jezus Chrystus. My tego nie dokonamy, ale On może. I musimy sobie bardzo jasno z tego zdać sprawę. Główny powód, dla którego zjednoczenie chrześcijan jeszcze się nie stało faktem jest taki, że my sami tak do końca nie wierzymy w powyższe stwierdzenie.Ciągle nam się wydaje, że to my tego dokonamy.
Jezus jest najpotężniejszym źródłem zjednoczenia świata, ponieważ pochodzi nie ze świata, ale z Nieba. I Jego wola się wcześniej, czy później spełni. W taki, czy inny sposób. Nie wiemy, czy to będzie wcześniej raczej, niż później i nie wiemy w jaki sposób się to stanie. Ale wiemy, że się stanie, bo taka jest Jego wola. Nie wiemy kiedy i nie wiemy jak, ale wiemy Kto.
Papież Jan Paweł II powiedział, że pierwsze tysiąclecie chrześcijaństwa było tysiącleciem jedności, drugie podziałów, 1054, 1517 i ponad dwadzieścia tysięcy denominacji jako owoc reformacji 1517, więc trzecie tysiąclecie może być tysiącleciem zjednoczenia.
Ale jak? Najgłębszy podział jest oczywiście między katolikami i protestantami, Kościoły ortodoksyjne pozostały nienaruszone, nie podzieliły się na dwadzieścia tysięcy rodzajów Credo, liturgii, czy praw. Zachowały pełnię Katolickiej wiary. Z wyjątkiem uniwersalnego uznania autorytetu papieża. Ale to się w swej formie, nie w istocie, zmieniało całkiem często w historii, więc może się zmienić ponownie. Sam papież powiedział, że Ut Unum Sint. Lecz jak protestanci i katolicy mogą osiągnąć jedność? (odcinam się tu zupełnie od rozwiązywania zagadnienia, czy anglikanie są katolikami, protestantami, jednymi i drugimi, czy też ani tymi, ani tymi.) Cóż, na pewno nie przez krzyki, osłabianie swojej pozycji, czy też pójście na kompromis gdy chodzi o Prawdę Objawioną.
Wszystkie poważne różnice pomiędzy protestantami i katolikami dotyczą pytania co tak naprawdę zawiera Prawda Objawiona. Na przykład doktryny Kościoła o Maryi Dziewicy, o świętych, siedmiu sakramentach, prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii, czy czyśćcu. Katolicy je akceptują, bo wierzą, że to jest prawda i to prawda objawiona przez Boga. Protestanci je odrzucają, bo wierzą, że to nie jest prawda i że Bóg tego nie objawił. Protestanci mówią: „Katolicy wierzą zbyt w zbyt wiele doktryn”. Katolicy twierdzą: „Protestanci wierzą w zbyt mało”. Protestanci mówią, że katolicy coś dodali do oryginalnej, czystej i prostej Ewangelii Chrystusa z Nowego Testamentu. Protestantyzm zatem jest to katolicyzm oczyszczony: Katolicka Barka z usuniętymi, według protestantów nie-biblijnymi zanieczyszczeniami.
Gdy studiowałem w Calvin College i interesowałem się katolicyzmem, zakochując się w nim i czując się winnym z tego powodu (bo był to „nieodpowiedni” kościół), zacząłem studiować historię Kościoła by sobie wszystko wyjaśnić. I na pierwszym wykładzie stary, mądry profesor zapytał: „Co to jest Kościół?” Byliśmy świeżo upieczonym studentami, nikt z nas niczego nie rozumiał, więc nikt nic nie odpowiedział. Więc on rzekł: „Zobaczycie, spotkacie kiedyś katolika, który wam powie: ‘Jesteś w złym kościele Jesteś Kalwinistą i jesteś w kościele, który Jan Kalwin założył 500 lat temu.’ Co mu odpowiesz?” Nikt nie miał na to odpowiedzi, a ja pomyślałem: „Wybrałem sobie odpowiedni przedmiot”.
Profesor kontynuował: Oto, co wam katolicy powiedzą: Kościół dzisiaj jest czymś wielkim i wygląda inaczej niż ta organizacja o której czytacie w Nowym Testamencie, ale to jest ten sam organizm. Tak samo jak dąb. Jest tym samym w swej istocie co żołądź. Gdzie tkwi błąd takiego stwierdzenia? Katolicy powiedzą, że Luter i Kalwin odłamali kilka gałęzi dębu, bo były przegniłe i próbowali stworzyć inne, ale tego nie da się zrobić, bo jest tylko jeden Jezus. A więc tylko jeden Kościół. Co im odpowiecie? Gdzie tu błąd? Nikt nie odpowiedział. A ja rzekłem do siebie: “Jestem w odpowiedniej klasie”.
Profesor kontynuował: Oto błąd ich rozumowania. Jezus rzeczywiście założył jeden Kościół, który był jak Arka Noego. I rzeczywiście zaczął gnić i tonąć. I Luter i Kalwin i Knox i inni stwierdzili: Musimy go oczyścić od tych wszystkich dodatków. I oczyścili, odrestaurowali do jego pierwotnej, prostej, nowotestamentowej formy. A więc to my jesteśmy w prawdziwym kościele. To katolicy się mylą. To oni pododawali te pogańskie zwyczaje. Powiedziałem: “O, od razu się lepiej czuję”. Pamiętam, że zapytałem: “Panie profesorze, a więc mówi pan, że gdybym wraz z moim sąsiadem, katolikiem, wsiadł do wehikułu czasu i udał się w podróż w czasie do pierwszego wieku i poszlibyśmy na nabożeństwo razem, to kościół który byśmy zobaczyli byłby bardziej mój, niż jego”? Uśmiechnął się i odrzekł: „To jest dokładnie to, co chcę wam przekazać”. Powiedziałem do siebie: Dobrze. To znaczy, że nie muszę być wielkim teologiem, żeby dojść do prawdy. Jedyne co potrzebuję, to poczytać pisma Ojców Kościoła by zobaczyć, że byli oni kalwinistami. I przeczytałem, udowadniając sobie przy okazji, że byli jednak katolikami. Dlatego teraz jestem tutaj.
Słowo „protestant” znaczy „protestujący”, odrzucający część katolickiej „całości”. Oni uważają, że są to niebiblijne dodatki do tego, co nam dał Jezus. Natomiast „katolicki” znaczy uniwersalny, całościowy, pełny. A więc mamy pozornie nierozwiązywalny problem, bo wierny nauczaniu Kościoła katolik nawet nie dopuszcza możliwości zjednoczenia chrześcijan na gruncie innym niż przyjęcie pełni nauczania Kościoła. Wierzy bowiem on, że wszystkie te doktryny są objawione przez Boga. To protestanci muszą się ugiąć. Katolicy nie mogą iść na kompromis w sprawach depozytu wiary bo to nie jest ich depozyt, ale Jezusa. Wyznaczony przez Boga kurier nie może edytować boskich przesyłek.
Wspólna płaszczyzna.
A więc zjednoczenie musi nastąpić na warunkach katolików. A więc na kompletnej, uniwersalnej płaszczyźnie pełnego depozytu wiary. To nie może podlegać dyskusji dla żadnego prawowiernego katolika. Ale równocześnie zjednoczenie musi nastąpić na warunkach protestantów. Ten warunek także nie podlega dyskusji. To, co mam na myśli, to esencja stanowiska protestantów, czyli „tylko Jezus”. Jezus plus nic więcej. Jezus nie zmieszany z niczym. Jeżeli zjednoczenie jest możliwe, to tylko na takim fundamencie. Jedynym fundamencie Kościoła, jakim jest Jezus Chrystus.
Oczywiście to wcale nie musi, ani nie powinno znaczyć, że „nie mamy Credo poza Jezusem”, czy „Tylko Jezus, a więc nie jest nam potrzebny Kościół”, czy też „Tylko Jezus, a więc nie są nam potrzebne żadne sakramenty”. Większość protestantów ma swoje Credo, kościół i sakramenty.
A więc te płaszczyzny porozumienia się trochę pokrywają. Albo nawet znacznie bardziej, niż trochę. Prawdę mówiąc można wręcz powiedzieć, że jedynym powodem by być katolikiem jest chęć stania się możliwie najlepszym ewangelicznym protestantem.
Mówiąc to dziwne stwierdzenie mam na myśli fakt, że w swej istocie ewangeliczny protestantyzm to stanie się jednością z Jezusem, spotkanie Jezusa, a to jest także najlepszy powód, by stać się katolikiem. To jest przyczyna dla której mamy Mszę, Eucharystię.
Chrystus nie jest wspaniały z powodu Eucharystii. Eucharystia jest wspaniała z powodu Jezusa. To Jezus najpierw dał nam Kościół. Dopiero w konsekwencji tego Kościół nam daje Jezusa. Ale to On sam „umieścił się w Kościele”. Kościół to sługa, kurier, listonosz. Kościół jest Ciałem, ale Ciałem Głowy, którą jest Jezus.
My nie mamy bożków w Kościele. Protestanci oskarżają nas o idolatrię, „eklezjolatrię”, „sakramentologię”, „Mariolatrię”. Ale Chrystus jest jedynym „Idolem”. My wielbimy Jezusa, nie doktryny o Nim. Prawdziwa Obecność Jezusa w Eucharystii jest Prawdziwą Obecnością. Tylko Chrystus jest Absolutem w katolicyzmie. Maryja jest święta tylko w odniesieniu do Jezusa. Dała Go nam z własnego wyboru, zgadzając się być Jego Matką. I On nam ją dal z Krzyża. „Oto matka Twoja”.
Zaskakujące rozwiązanie.
Zjednoczenie katolików z protestantami bez pójścia na kompromis ciągle wydaje się niemożliwe. A jednak jest zaskakujące rozwiązanie, które może sprawić, że niemożliwe stanie się możliwe. „Tylko Jezus”. Jest to „warunek protestancki”, który ja, katolik, przed chwilą sam postawiłem.
Katolicyzm jest spostrzegany przez protestantów jako „Jezus plus pogaństwo”, „arka plus przyrośnięte do niej skorupiaki”, albo jako „Jezus plus ludzkie tradycje”, „Jezus plus papież”, czy „Jezus plus Maryja”. Najpoważniejszym zarzutem protestantów przeciw katolicyzmowi jako religii, nie teologii, jest to, że gwałci biblijną zasadę wystarczalności Jezusa w ekonomii zbawienia. Zaprzecza przekazowi Biblii, że jest tylko jeden pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Jezus Chrystus.
Protestanci mają wrażenie, że katolicyzm dodał innych pośredników między człowiekiem a Jezusem: Maryję, świętych, Kościół, sakramenty, księży, ludzką tradycję.
Ja jednak zasugerowałbym, że gdyby protestanci zrobili zaledwie jedną małą poprawkę w ich wizji, zobaczyliby możliwość zjednoczenia. Nie tylko teologicznie, ale głębiej: religijnie i duchowo. Bez pójścia na jakiekolwiek kompromisy. I ta poprawka nie polega na tym, by zobaczyć Jezusa w jakikolwiek inny sposób, ale by spostrzec inaczej Kościół. Nie jako przeszkodę między nami i Jezusem, nawet nie jako pośrednika między nami i Jezusem, ale jako Jego Ciało.
Dlaczego jednak mieliby oni robić taką poprawkę? A która z tych dwu koncepcji Kościoła jest biblijna? *) Niech protestanci odpowiedzą sami. Tylko szczerze. Czytaliśmy wszyscy Biblię. Czy nie jest Ona głównym autorytetem dla każdego protestanta? I gdy protestanci zobaczą prawdziwą tożsamość Kościoła, zaczną go kochać zamiast się go obawiać. Bo Ciało Chrystusa jest Chrystusem tak, jak twoje ciało jest tobą. Nie jest czymś obcym, nie jest przeszkodą. Jak twoje własne ciało może być przeszkodą? To gnoza! Ciało nie jest więzieniem, ani trumną, ani pokutą. Nie jest nawet narzędziem, ani ubraniem, ani domem. To nie jest “mały biały domek”, to jesteś ty. Oczywiście nie jest to “cały ty”. Nie jest to Twoja głowa, ani dusza. Tak samo jest z Kościołem, nazwanym w Nowym Testamencie Ciałem Chrystusa. Kościół to jest Jezus. Ale nie cały Jezus, bo On sam jest głową Kościoła. A Duch Święty Jego duszą.
Protestanci nie przestaną i nie powinni przestawać protestować przeciw Kościołowi Katolickiemu dopóki nie zobaczą totalnie chrystocentrycznego charakteru Kościoła i wszystkich doktryn, których Kościół naucza. Czasem zrozumienie chrystocentryzmu Kościoła może być kluczem do zrozumienia chrystocentycznej natury wszystkich doktryn. Czasem działa to w przeciwnym kierunku. Znam wielu protestantów, którzy przeczytawszy Katechizm Kościoła Katolickiego byli zdumieni jak wszystko co on zawiera jest konsekwentnie chrystocentryczne. Jednak dopóki protestanci tego nie zobaczą, jak mogą nawet myśleć o zjednoczeniu? A jak to mają zobaczyć, gdy im katolicy tego nie pokazują? Lecz jak katolicy mają to pokazać, gdy sami tego nie widzą? I jak mają zobaczyć, gdy nie mają nauczyciela? „Jak to jest napisane: Jak piękne stopy tych, którzy zwiastują dobrą nowinę!”
W tym świetle wydaje mi się całkiem opatrznościowe, że na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia, tysiąclecia rozłamu chrześcijaństwa i tysiąclecia, miejmy nadzieję, ponownego zjednoczenia, Bóg powołał Jana Pawła Wielkiego. Najbardziej chrystocentrycznego papieża w historii. Najbardziej ekumenicznego papieża w historii i na dodatek takiego, który jest całkowicie, tradycyjnie i entuzjastycznie katolicki. Czy papież jest katolikiem? (śmiech słuchaczy) Jednak były sytuacje w czarnej historii Kościoła, gdy taki dowcip wcale nie był śmieszny. Dzisiaj jest.
Dlaczego nie teraz?
Cóż, jeśli Bóg może to zrobić, jeśli Bóg może sprawić ekumeniczne zjednoczenie, dlaczego nie teraz? Dlaczego to opóźnienie? Ale wiemy, że Bóg nigdy się nie spóźnia. Jeżeli więc nauki Kościoła są prawdziwe, to dlaczego Bóg nie przekona protestantów do tych prawd? Myślę, że powód jest tu bardziej duchowy i personalny, niż teologiczny.
Dlaczego Bóg miałby sprawić, by protestanci zostali katolikami, gdy wielu protestantów, (być może większość), zna Chrystusa bardziej intymnie i bardziej personalnie od wielu katolików, (może nawet większości)? Jak Bóg może przywieść protestantów do pełni wiary w Kościele Katolickim zanim ta pełnia wiary nie będzie tym, co oni poznali u siebie plus jeszcze więcej? A nie mniej? Gdy katolicy poznają Chrystusa lepiej niż protestanci, staną się lepszymi protestantami od protestantów, a wtedy protestanci zostaną katolikami by się stać lepszymi protestantami. Gdy katolicy się nawrócą, to protestanci przyjmą pełnię wiary. Nie wcześniej. Ewangelizacja musi być pierwsza.
Więc myślę, że katolicy muszą się zmienić pierwsi. Ale ta zmiana nie wiąże się w najmniejszym stopniu z pójściem na kompromis w sprawie wiary. Jedynie z odkryciem tego, co jest esencją katolicyzmu. Szczerze mówiąc, to protestanci będą musieli dodać odrzucone z powodu błędnego spostrzegania przez nich pewne doktryny. Ale to, co my musimy dodać, (a raczej odnaleźć), to coś istotniejszego niż doktryny: mianowicie nasz stosunek do Jezusa, który tak zaniedbaliśmy. Bo prawdziwa przyjaźń, prawdziwa relacja z daną osobą jest bardziej istotna niż najprawdziwsza wiedza o niej.
Każdy dobry protestant który tego słucha, powinien zaprotestować przeciw jednej rzeczy jaką powiedziałem kilka chwil temu: mianowicie, że protestantyzm jest zasadniczo ruchem protestu. Ruchem przede wszystkim negatywnym. Protestanci bronią protestantyzmu jako czegoś zasadniczo pozytywnego. Dlaczego? Nie dlatego, że nie mają papieża, transsubstancji, czyśćca, różańca, (co jest rzeczą negatywną), ale dlatego, że mają Jezusa. Ono Go naprawdę znają. Samą esencją protestantyzmu jest prawda o Jego, Jezusa, całkowitej wystarczalności w ekonomii naszego zbawienia.
To jednak oznacza, że dobrzy protestanci są protestantami dokładnie dla tego samego powodu, dla którego dobrzy katolicy są katolikami: dla wierności Jezusowi. Jeżeli więc tak protestanci jak i katolicy są naprawdę szczerzy w swym chrystocentryzmie, jeżeli obie sekcje orkiestry chrystusowej nie chcą niczego poza podążaniem za wskazaniami batuty ich jedynego dyrygenta, Jezusa i gdy nigdy nie ugną się w swym fanatyzmie miłości do Niego i w lojalności do Jego Osoby, to będą zgodnie współbrzmieć. Bo wiemy, że Jezus jest zgodą i jednością. Popatrz na najbardziej intymny wgląd w wewnętrzne życie Trójcy Świętej, jakie mamy w Biblii. Modlitwa Jezusa do Jego Ojca tuż przed śmiercią w 17. rozdziale Ewangelii Jana. Jedność jest jej centralnym motywem. Odejście od Chrystusa było fundamentalnym powodem tragicznego rozłamu w Kościele. Synonimem „odejścia od Chrystusa” jest „grzech”. A więc powrót do Chrystusa będzie przyczyną powrotu Kościoła do jedności. To logiczne. Można by to zapisać w postaci sylogizmu.
To także kwestia świętości. Innym synonimem „powrotu do Chrystusa” jest „świętość”. Gdy biskupi i teologowie zostaną świętymi, katolicy staną się ewangelikami, a ewangelicy katolikami. Gdy zarówno protestanci, jak i katolicy staną się świętymi, zjednoczą się. Bo „święty” oznacza “alter Christos”, “drugi Chrystus”, a Chrystus nie jest podzielony. Ciało Chrystusa nie jest podzielone. Gdy Chrystus powróci na końcu świata by poślubić swoją Oblubienice, nie będzie poligamistą. Kościół nie będzie Jego haremem.
Podsumowanie i przykład.
Zobaczmy to jeszcze raz, ale popatrzmy w innym świetle. Bo ta nadzieja na ekumeniczne zjednoczenie bez pójścia na kompromis to pozornie warunek niemożliwy do spełnienia. A jednak…
Ekumenizm oparł się wszystkim prognozom i oczekiwaniom. Pozornie łatwe mosty nie zostały postawione, na przykład te między katolicyzmem i prawosławiem. Z kolei, wydawałoby się, niemożliwe mosty zostały zbudowane, jak na przykład Katolicko-Luterańska Wspólna Deklaracja o Usprawiedliwieniu. Z mojego własnego doświadczenia widzę, że ta zasada sprawdza się i w moim życiu. Częściej jestem w stanie się zrozumieć z fundamentalistą kościoła Południowych Baptystów (który szczerze wierzy, że czczę Nierządnicę Babilonu i jestem w drodze do piekła), czy z muzułmaninem, (który odrzuca moją wiarę, że Jezus jest Bogiem jako absolutne pogańskie bluźnierstwo), niż z niektórymi aktywnymi członkami laikatu, zakonnicami, (szczególnie byłymi zakonnicami), księżmi i nawet biskupami. Jako katolicy być może przyjmujemy za prawdziwe więcej wspólnych doktryn, ale w pewnym sensie różnimy się między sobą bardziej fundamentalnie.
Oto zagadka. A oto do czego doszedłem, starając się ją rozwiązać. Zacznijmy od Boga, Jego natury i Jego woli. Bóg jest miłością i ponad wszystko chce, byśmy weszli do Jego Miłości na zawsze. Byśmy stali się częścią życia Trójcy Świętej. Wszystko, co Bóg robi, od Wielkiego Wybuchu, do Wcielenia Syna, do troski o każdy włos spadający nam z głowy, wszystko co On robi ma tylko ten jeden cel. I mając na uwadze ten ogólny i bardzo niebiański cel spójrzmy na coś bardzo ziemskiego i szczegółowego. Popatrzmy na sytuację ekumeniczną w bardzo konkretnym miejscu. W Ameryce Łacińskiej. Katolicy narzekają, że ewangelicy, fundamentaliści i zielonoświątkowcy kradną im owieczki. Protestanckie sekty rosną, a procentowa ilość katolików maleje. Jednak może zamiast narzekać należy spojrzeć głębiej na realia Kościoła? Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że tą fundamentalną przyczyną jest to, że Bóg jest miłością. To, że On chce każdego przyciągnąć do Siebie. Z powodu duchowej grawitacji. Że życie nie znosi próżni. Tak samo w świecie fizycznym, jak i duchowym.
Gdy Kościół zaniedbał karmienie dzieci bożych pełnią boskiego duchowego pożywienia, które Bóg dał Kościołowi by ten je rozdawał, to dzieci poszły gdzie indziej szukać tego pożywienia. I Bóg na to zezwolił, bo jest dobrym Ojcem. On raczej woli by Jego dzieci opuściły dom i przeżyły, niż by zostały w domu i umarły z głodu.
Oczywiście to nie takie proste. Przyczyny opuszczania Kościoła są różne i nie wszystkie są pozytywne, ale uważam, że jest to mimo wszystko działanie Ducha Świętego. Gdy owieczki znajdują niewiele Chrystusa w Kościele Katolickim, (jakakolwiek by nie była tego przyczyna), a znajdują Go w sektach protestanckich, i to realnie, a nie tylko subiektywnie, czy emocjonalnie, to się zbliżają, a nie oddalają od pełni wiary katolickiej. Opuścili co prawda Eucharystię, prawdziwą obecność Jezusa w Kościele Katolickim, czyli najpełniejszą obecność Jezusa na tym świecie, ale nie znali Osoby obecnej w Eucharystii. Osoby, której Ciało spożywali swoim ciałem, ale nie przyjmowali Jej swoją duszą.
Kiedy głodujące owieczki opuszczają dom by znaleźć mannę Chrystusa w sektach, uczą się lekcji, której powinni się nauczyć w Kościele. Ale się nie nauczyli. Pierwsza lekcja jest jedynym fundamentem na którym można zbudować lekcję drugą i trzecią i czwartą. Czyli pełnia nauczania, pełnia Prawdy jaką posiada Kościół Katolicki spoczywa na jedynym fundamencie. Jako katolicy ci ludzie może i mieli prawdziwego Jezusa w Eucharystii, ale nie mieli Jego prawdziwej obecności w ich sercach i w ich życiu. Mieli wyższe piętra katolickiego drapacza chmur, ale nie fundament. Nie mieli wiary, nadziei i miłości Jezusa - Pana i Zbawiciela. A więc by zostać dobrymi katolikami musieli najpierw zostać dobrymi protestantami.
Duchowa Grawitacja.
Bóg ich wyrwał z Kościoła Katolickiego i umieścił we wspólnotach protestanckich, gdyż Bóg jest Duchową Grawitacją i przyciąga nas jak olbrzymie słońce. Jak Jego promienie są zasłonięte w jednym miejscu, musimy iść w inne miejsce by je odnaleźć. Ale odnaleźć je musimy. One nas przyciągają, dają nam życie. Są kwestią życia i śmierci. Możesz pomyśleć, że przykład z duchową grawitacją jest naciągany, ale dlaczego Bóg miałby mniej przyciągać niż słońce? Dlaczego Łaska miałaby mniej przyciągać niż natura? Dlaczego wszechświat duchowy miałby być mniej zjednoczony przez grawitację niż wszechświat fizyczny? Myślę, że porównanie jest jak najbardziej prawidłowe.
Zobaczmy na fizyczne przyciąganie. Jest ono jak miłość. Zbliża do siebie. Czas i przestrzeń przeszkadzają w osiągnięciu pełnego zbliżenia. […] Gdy ludzkość dzięki Newtonowi poznała prawo ciężkości wynikła z tego technologiczna i naukowa rewolucja. Gdy my poznamy prawa duchowej grawitacji, gdy poznamy, że jest nią Osoba, a Jej imię to Jezus, to będziemy świadkami jeszcze większej rewolucji. On nam ją obiecał. „A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie.” „Przede Mną klęknie wszelkie kolano. a wszelki język wyzna, że Jezus Chrystus jest PANEM - ku chwale Boga Ojca.” To są boskie obietnice. Czemu je ograniczamy do tego, co już widzieliśmy, albo do tego, co zaledwie możemy sobie wyobrazić?
Wszystkie boże czyny przekraczają nasze wyobrażenia i nasze zrozumienie. Jezus jest kluczem do zrozumienia historii, a zatem i do przyszłości ekumenizmu. Nie dzielmy pełnego Chrystusa na zrozumiałe przez nas i przewidywalne kawałki. To jest dokładnie to, co wszystkie herezje próbowały uczynić.
Myślę, że jedność ekumeniczna musi zaczekać, aż Jezus protestantów i Jezus katolików się nawzajem zobaczą. Aż wszyscy zobaczą tego samego Jezusa. Można by powiedzieć: Aż osiągniemy „ewangeliczną intymność”. To samo się tyczy Prawosławia. Oni muszą zobaczyć adorację i piękno Jezusa w nas, albo zjednoczenie będzie kompromisem. Tak samo z Żydami. Żydzi muszą zobaczyć, że jesteśmy bardziej „żydowscy”, bardziej wierni Bogu, bardziej męczeńscy niż Żydzi. To samo z Muzułmanami. Oni muszą zobaczyć w nas ich „islam”, ich absolutne oddanie się Bogu. I Buddyści muszą w nas zobaczyć większy pokój. I nawet osoby światowe, maniacy seksualni, muszą w nas zobaczyć radość, której oni szukają i nie mogą znaleźć.
To jest konieczność, nie opcja, nie nieosiągalny ideał. Konieczność z powodu grawitacji. To nie wybór, to natura rzeczy. Jak fizyczna grawitacja. Może być opóźniona, spowolniona, jak grawitacja może być opóźniona przez rękę łapiącą spadające jabłko, ale tylko tymczasowo. Żadne sztuczki nie zmienią natury rzeczy. Natura zawsze w końcu zwycięży. W opuszczonych budynkach wyrasta trawa, a Jezus jest bardziej jak trawa, niż jak budynki. Zatem nie powstrzymujmy Jego wzrostu.
*) Moja uwaga na marginesie. Niedawno pisałem o Kościele jako Ciele Jezusa i Jego Oblubienicy. Można to przeczytać TUTAJ.
*) Pełny tekst Wspólnej Deklaracji o Usprawiedliwieniu jest TUTAJ i TUTAJ, a krytyczna analiza i rys historyczny TUTAJ.
Odsłon: 1529 Komentarzy: 19
Thursday,15 January 2009,03:29
Kategoria: Religia Thursday, 15 January 2009, 03:29
Powrócę jeszcze raz do tego, o czym pisałem przed paroma dniami. Chcę to zrobić dlatego, że jest to bardzo ważna sprawa, a boję się, że mogła być niezauważona w poprzednim poście. Chodzi mianowicie o tę propozycję, by każdy z nas przekonał do Jezusa tylko dwie osoby.
Świat potrzebuje ewangelizacji, ale praca ta przypomina sprzątanie stajni Augiasza. Na dodatek nie wydaje się, by nagle zjawił się jakiś Herakles i sprytnym sposobem dokonał dzieła. Jeden potop już był i Bóg obiecał, że nie będzie następnego. Nie oczyszczą żadne wody tego gnoju, który nam zatruwa dziś atmosferę. Chyba, że to sam Duch Święty wystąpi w roli Heraklesa. Jednak zanim to nastąpi to właśnie nas czeka ta niewdzięczna praca.
Jednak nie powinno nas to przerażać, bo nie jesteśmy sami. A będzie nas coraz więcej. I o tym właśnie chciałbym ponownie napisać.
Święta Tereska z Lisieux dlatego została doktorem Kościoła, że nauczyła nas jednej bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie tego, że nie musimy dokonywać wielkich czynów. Wystarczy, że robimy małe dobre uczynki, ale wykonujemy je z wielką miłością. Jest takie znane chińskie powiedzenia, że najdłuższą podróż zaczyna się od postawienia pierwszego kroku. Najbardziej zagnojona stajnia zostanie oczyszczona gdy zaczniemy od wyrzucenia pierwszych wideł gnoju. Najbardziej zdeprawowana cywilizacja zacznie się odmieniać od nawrócenia pierwszego serca. Najlepiej naszego.
Jak to się stało, że apostołowie byli w stanie nawrócić cały świat? I do tego zrobili to tak szybko? Bez SMS-ów, Internetu, TVN 24 i nawet bez radia. To proste: Opowiedzieli o Chrystusie tym, którzy byli obok nich. A ci poszli z Dobrą Nowiną dalej i wszystko ruszyła jak lawina. Nie chodzi bowiem o to, byśmy dotarli do milionów. Zawsze chodzi tylko o to, byśmy dotarli do jednego człowieka.
Oczywiście nie każdy ma identyczny wpływ na otaczającą go rzeczywistość. Dziennikarz w radiu czy w katolickiej gazecie dotrze do większej grupy ludzi, niż ktoś bez takich możliwości. Ktoś, kto pisze bloga i publikuje swoje przemyślenia w Necie ma więcej odbiorców, niż ktoś, kto tylko w pracy, wśród kolegów dzieli się swoją miłością do Jezusa. Ale potrzebni są wszyscy i nikt nie jest mniej ważny.
Takie osoby, jak pani redaktor Joanna Najfeld, z którą zamieniłem wczoraj parę słów, gdy była gościem audycji Radia Józef, czy pan redaktor Franciszek Kucharczak, którego mam zaszczyt nazywać swoim przyjacielem są wręcz niezbędni dla tego dzieła. Na szczęście takich osób jest wiele i będzie ich coraz więcej. Są niezbędni, by publicznie dać świadectwo Prawdzie. Takie spotkania w nieprzychylnych nam mediach, jak audycja w TVN 24 z udziałem pani redaktor Joanny Najfeld, którą można zobaczyć tutaj:
… są konieczne, by zobaczyć jak zakłamani są nasi adwersarze. Jak bardzo rzeczywistość jakiej są częścią jest różna od propagandowego obrazu, jaki starają się nam przedstawić. Oni bowiem, propagatorzy świata bez Boga, mają szeroko otwarty dostęp do mediów i bez osób takich jak pani Joanna mogliby łgać do woli, nie bojąc się, że ktokolwiek im te łgarstwa uświadomi.
Jednak tak naprawdę ważniejszy jest osobisty, bliski kontakt. Nic go nie zastąpi. Pamiętamy z Ewangelii, że gdy Jezus przemawiał do tłumów, a przy okazji ich nakarmił, to zyskiwał tysiące wyznawców, których wiara była potwornie płytka. Była jak ziarno spadające na skałę. Skończyła się wyżerka, zaczęła się trudna nauka o Prawdziwym Chlebie i wszyscy odeszli mówiąc” „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?”. Ale kiedy Jezus rozmawiał z jedną osobą, czy to z Samarytanką przy studni, czy nierządnicą przyłapaną na grzechu, to spotkania te odmieniały je trwale. Na całe życie.
Dlatego nie przejmujmy się, że nie jesteśmy panią Najfeld. Nie przejmujmy się, że nie mamy własnego cotygodniowego felietonu w Gościu Niedzielnym jak pan Kucharczak. Przekonajmy dwie osoby w naszym otoczeniu do Jezusa. Przekonajmy je tak, by one same poszły dalej z Dobrą Nowiną. By i one przekonały dwie następne, a zanim minie pokolenie nawrócimy cały świat. To naprawdę da się zrobić. Jedynie wtedy nam się to nie uda, gdy nie zrobimy tego najważniejszego, pierwszego kroku.
I oczywiście, jak już wspominałem, musimy zacząć od siebie. Nie mamy wiary? Módlmy się o nią. Nie potrafimy się modlić? Módlmy się o to, byśmy potrafili. Modlitwa to nic innego, niż rozmowa z Bogiem. Nie musi być „formalna”, nie musimy znać żadnych tekstów. Modlitwa musi pochodzić z serca, musi być zwyczajną, osobistą konwersacją. Opadają nam ręce? Módlmy się. Przeraża nas nasza rzeczywistość? Módlmy się. Nie wiemy, jak zacząć? Módlmy się. Opowiedzmy właśnie o tym Jezusowi. Oddajmy się Mu do dyspozycji, z naszymi słabościami, z naszym lękiem, ale oddajmy się ze szczerego serca, a On już sam dokona za naszym pośrednictwem wspaniałych rzeczy. Zaufajmy Mu tylko, a reszta ułoży się sama.
To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat. (J 16,33)
Odsłon: 655 Komentarzy: 2
Thursday,15 January 2009,03:28
Kategoria: Religia Thursday, 15 January 2009, 03:28
Dzisiaj będzie trochę statystyki i trochę rachunków. Ja wiem, że matematyka przeraża wielu ludzi i rozumiem to doskonale. Ja sam, choć chodziłem do klasy mat-fiz w liceum i zdawałem na maturze matematykę jako wybrany przedmiot, to teraz, gdy mój syn pyta o pomoc przy zadaniu z matmy, przypominam sobie nagle, że muszę wyjść z domu. Najwyraźniej coś się zmieniło, podniósł się poziom nauczania, czy coś, bo jakoś nic nie mogę zrozumieć z materiału przerabianego w pierwszej klasie liceum. Obiecuję więc, że moje wyliczenia będą nie tylko znacznie prostsze, niż materiał z pierwszej licealnej, ale nawet sam podam wynik.
Najpierw trochę wyliczeń o bardzo pesymistycznym wydźwięku. Sprowokowała mnie do nich wiadomość, że statystyczna polska rodzina ma tylko 1,25 dziecka. I prawdę mówiąc trochę mnie ta wiadomość przeraziła i bardzo zasmuciła. Dlaczego? Bo znaczy to, że i naszemu narodowi grozi wkrótce zniknięcie z powierzchni Ziemi.
Cała nasza historia to walka o przetrwanie. Polska leży bowiem nie tylko między dwoma narodami, które zawsze miały ekspansywne ambicje, ale też była „przedmurzem chrześcijaństwa”. Atakowana przez sąsiadów, przez „niewiernych” ze wschodu i sporadycznie napadana przez inne narody, jak choćby Szwedzi. My jednak bohatersko i mądrze się broniliśmy i uważam, że nasz naród należy do najdzielniejszych narodów na świecie. A każdego, który sobie postawił za cel wynarodowienie nas, wymazanie nas z istniejącej rzeczywistości, uważaliśmy słusznie za wroga, którego należy pokonać i unicestwić, albo zawrzeć z nim pokój. Jaka bowiem była inna inna alternatywa? Alternatywą była śmierć narodu.
Narody bowiem są jak ludzie. Rodzą się, rosną, rozmnażają, a potem się starzeją i umierają. Tylko, że nie jest powiedziane, że naród nie może istnieć 10 tysięcy lat. Że musi umrzeć po upływie tysiąclecia. Ale wiemy, że niektóre narody istnieją od tysięcy lat. Inne szybko wymarły, na skutek pokonania przez zewnętrznych wrogów, czy też na skutek wewnętrznego rozkładu.
Kto jest więc teraz największym wrogiem naszego narodu? Nikt inny, tylko my sami. Nikt nam tak naprawdę teraz zewnątrz nie zagraża. To nasze żony i córki mogą nasz naród unicestwić A my je do tego namawiamy. Bo jeżeli będą one miały tylko po „jeden koma dwadzieścia pięć” dziecka, to wystarczy zaledwie 200 lat, byśmy przestali istnieć. Popatrzcie na tę tabelkę:
Żeby nie komplikować zbytnio, przyjąłem, że nas jest 40 milionów, po 10 w każdej grupie wiekowej. Każda kolejna kolumna pokazuje, co się stanie za 20 lat. Ci z przedziału wiekowego 0-20 lat staną się przedziałem wiekowym 20-40, ci najstarsi odejdą na zawsze, a w pierwszym rzędzie urodzą się dzieci tych, co dorośli. Ale jak 10 milionów ludzi stworzy 5 milionów małżeństw, a każde będzie miało po 1,25 dziecka, to zamiast nowych 10 milionów naszych rodaków będzie ich tylko 6,25. W ostatnim poziomym rzędzie jest suma osób z wszystkich grup wiekowych. Sami zobaczcie, jak ich szybko ubywa. Za 200 lat praktycznie nie ma już nikogo.
Czy to znaczy, że Polska zamieni się w puszczę? Że porosną ją dziewicze lasy? Nie sądzę. Ale obawiam się, że naród zamieszkały te ziemie to już nie będą Polacy. Obawiam się, że nawet mogą oni wyznawać inną religię. Religię, która także uczy, że dziecko jest błogosławieństwem i której wyznawcy nie zbuntowali się przeciw tej nauce. Narody istnieją bowiem tylko wtedy, gdy są w nich silne rodziny, a rodzina w Polsce jest teraz chora. I jak się nie wyleczy, to śmierć naszego narodu jest nieuchronna. Rak to choroba komórek. Rodzina jest komórką, z której zbudowane jest ciało narodu. Obawiam się, że nasz naród ma bardzo rozsianego raka na swym ciele.
Ale nie popadajmy w rozpacz. Teraz będzie trochę optymizmu. Zakończyły się właśnie Światowe Dni Młodzieży i setki tysięcy, miliony młodych ludzi spotkało się z papieżem. Bardzo wielu z nich odmieniło na skutek tego spotkania życie. Papież nawoływał do tego, by wyjść na zewnątrz z naszą wiarą. By sięgać do innych. I nie jest to nic nowego, to kontynuacja nawoływania przez Jana Pawła Wielkiego do nowej ewangelizacji. Tylko czasem nas takie wołanie przeraża. Co my możemy zrobić? „Żniwo wielkie, ale robotników mało”. I tu nam może pomóc także matematyka. Jak? W bardzo prosty sposób.
Każdego nas przeraża myśl, że musimy nawrócić miliardy osób. Ale gdybyśmy mieli tylko nawrócić dwie osoby, to już nie jest to zadanie ponad siły, prawda? Powiedzmy więc, że ja tego roku przekonam tylko dwie osoby do tej idei. Tylko dwie. Ale przekonam je także do tego, by one poszły dalej. W końcu wszyscy pamiętamy, że Jordan wpływa do dwóch jezior: Najpierw do Genezaret, a potem do Morza Martwego. Ale Morze Martwe jest… no, właśnie martwe. Martwe, bo nic z niego nie wypływa. A Jezioro Genezaret jest pełne życia. Nie bądźmy więc i my martwi i niech z nas wypływa to, co do nas wpłynęło. Żywa woda. Podzielmy się tym, co otrzymaliśmy.
A więc udało mi się przekonać dwie osoby. I co to zmieni? Zaraz się przekonacie. One z kolejnym roku przekonają kolejne dwie każda, a więc po dwóch latach mamy już czterech przekonanych. I to nie licząc, dla ułatwienia, tych poprzednich. Ciągle nie zmieniliśmy losów świata? A ja myślę, że jednak tak. Bo za trzy lata będzie ośmiu odmienionych, za cztery szesnastu, za pięć trzydziestu dwóch, za sześć sześćdziesięciu czterech, za siedem stu dwudziestu pięciu, za osiem dwustupięćdziesięciu, za dziewięć pięciuset i za dziesięć lat tysiąc.
No, to rzeczywiście wielkie halo, powiecie. Dziesięć lat i tysiąc nawróconych. Co to zmieni? Wszystko, bo to dopiero początek. Następne dziesięć lat wszystko się powtarza, ale już nie zaczynamy od jednej osoby, ale od tysiąca. A więc nie kończymy na jednym tysiącu, ale na milionie. Więc trzecie dziesięć lat zaczyna się od miliona, którzy po roku nawracają dwa miliony, po dwóch latach cztery… i po trzech dziesięcioleciach mamy miliard nawróconych, pałających gorącą miłością do Jezusa ludzi. A teraz to już kwestia paru chwil. Po roku dwa miliardy, po dwóch latach cztery i po trzech nie mamy już kogo nawracać. Zdobyliśmy świat.
To naprawdę jest takie proste, jak powyżej napisałem. To naprawdę polega na tym, by przekonać dwie osoby, że warto żyć dla Jezusa i że trzeba wyjść do innych z Dobrą Nowiną. I, prawdę mówiąc, nie mamy innej alternatywy. Albo zaczniemy tak, jak pierwsi chrześcijanie, głosić wszystkim Jezusa, albo przestaniemy istnieć. Fizycznie i duchowo. I o ile nie mogę nikomu zagwarantować, że nawrócimy cały świat w 30 lat, to mogę zagwarantować, że jak nie spróbujemy, jak się od razu poddamy, to nie mamy nawet szans. Poza tym to nie musi być 30 lat. Nawróćmy jedną osobę w rok, drugą za dwa lata. Przedłuży się to trochę. Trudno. Ale jak nie będziemy siedzieć na rękach, to prędzej czy później jesteśmy po prostu skazani na sukces.
I jeszcze jedno. Zawsze pamiętajmy, że to nie my nawracamy. My dajmy świadectwo prawdzie, ale pamiętajmy, że nawrócenie pochodzi tylko od Boga. Bóg nie wymaga od nas, byśmy odnosili sukcesy, ale byśmy byli wierni. Może więc nie jest to jeszcze czas. Może ziarno zasiane przez nas potrzebuje więcej czasu. Święty Paweł pisze: „Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost.” Siejmy więc i podlewajmy i oddajmy resztę w ręce Boga. Ale nie obawiajmy się zbytnio. Bo o ile zewsząd do nas nadchodzące wieści są iście „hiobowe”, to ja, hiob, mam tutaj wieść bardzo optymistyczną. Naprawdę możemy odmienić losy świata i naprawdę niewiele do tego potrzeba. Wystarczy zacząć od siebie, a potem przekonać dwie osoby. Może współmałżonka i dziecko. Może rodziców. Może przyjaciół. Może nawet księdza w naszej parafii. Ale musimy wyjść z tym na zewnątrz. Alleluja i do przodu i zanim przeminie jedno pokolenie, cały świat będzie nasz. Co było do udowodnienia, amen.
Odsłon: 1569 Komentarzy: 5
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
