
Thursday,27 October 2011,02:14
Kategoria: Kościół Thursday, 27 October 2011, 02:14
W ostatnich wyborach partia, z której programu najbardziej znany jest jej antyklerykalizm i która hołubi wydawców antyklerykalnych wydawnictw zdobyła 10% głosów społeczeństwa, które jeszcze tak niedawno nie wstydziło się publicznie całować swych kapłanów po rękach.

W USA i w wielu innych krajach trawa ciągle akcja "40 dni dla życia", o czym na Frondzie konsekwentnie przypomina nam Moni i chwała jej za to. Nawiasem mówiąc gdy byłem w Charlotte przed wyjazdem w trasę poszedłem się pomodlić przed kliniką aborcyjną i spotkałem tak tylko jedną osobę: "bikerkę", kobietę, która przyjechała na swoim "cruiserze", ciężkim motocyklu i samotnie modliła się w intencji zakończenia aborcji. Czasem tak łatwo nam oceniać innych po zewnętrznych atrybutach, a tymczasem nigdy nie wiemy, co w człowieku siedzi... Napis na chodniku zapewne zrobiony przez dzieci, bo często na takie modlitewne czuwanie przychodzą całe rodziny.

W naszej Wspólnocie Marto staramy się odpowiadać na wezwanie Maryi z Fatimy, ofiarując posty, cierpienia i modlitwy w intencjach wymienionych w naszej Modlitwie. Modlimy się tam także za kapłanów.
Wszystkie te rzeczy są w pewien sposób powiązane. Antyklerykalizm partii Palikota trafił na podatny grunt. Na moim forum dość regularnie zjawiają się osoby obrażające księży, Kościół, czy błogosławionego Jana Pawła. Ale ten antyklerykalizm przynajmniej częściowo wynika z tego, że nie każdy ksiądz jest świętym Franciszkiem. I nie chciałbym, by to było odebrane jako krytyka księży, którzy w znakomitej większości są wspaniałymi ludźmi. Ale są tylko ludźmi, a każdy człowiek może się stać lepszy. Może w swym duchowym rozwoju czynić ciągłe postępy.
To także dotyczy każdego z nas. Nie tylko księży. Bez Krzyża nie Zmartwychwstania. Jedyna droga do zwycięstwa, to droga przez Golgotę. Nie ma innej, na skróty, nie łudźmy się. To jest wyzwanie dla każdego z nas. Dla kapłanów przede wszystkim, ale i dla mnie i dla Ciebie także. Wszyscy musimy naśladować Jezusa, inaczej będziemy, całkiem słusznie, postrzegani jako hipokryci. Bo Jezus nie politykował, nie nawoływał do rewolucji, ale ofiarował Siebie za wszystkich ludzi. Także za tych, szczególnie za tych, którzy pluli Mu w twarz.
To tyle wstępu, który ma być jedynie zachętą do przeczytania fragmentu książki O. Gabriela od św. Marii Magdaleny, "Żyć Bogiem". Cytuję za stroną www.Mateusz.pl, która zamieściła ten fragment jako komentarz do wtorkowych czytań w Kościele.
O Jezu, obym każdego dnia potrafił umierać, aby braciom wyjednać życie (1 Kor 15, 31; 2 Kor 4, 12)
Jak Jezus przez mękę zbawił świat i wszedł do chwały swojej, tak apostołowie „umartwiają w sobie uczynki ciała i oddają się całkowicie na służbę ludzi i w ten sposób mogą postępować w świętości... i stawać się człowiekiem doskonałym” (DK 12). Ta zasada, którą Sobór Watykański II stawia jako główny punkt dla świętości kapłańskiej, stosuje się do wszystkich apostołów. Powinni oni czuć się tym bardziej zobowiązani do ciągłej praktyki umartwienia, im bardziej ich misja skłania ich do zastępowania Chrystusa i do działania „w osobie Chrystusa”. Dlatego kapłanów „zachęca się, by naśladowali to, co sprawują: niech sprawując tajemnicę śmierci Pańskiej, starają się przez umartwienie uwolnić swe członki od wad i pożądliwości” (tamże 13), Podobnie wszyscy wierni — a jeszcze więcej wszyscy apostołowie świeccy lub zakonni — jeśli mają uczestniczyć w sprawowaniu Eucharystii, zachęcani są do złączenia się z ofiarą Boskiej Żertwy przez ofiarowanie siebie samych „jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu” (KK 10, 11; KL 48). Nie można być apostołem Tego, kto nieustannie składa siebie w ofierze za zbawienie ludzi, nie mając cząstki w Jego ofierze. Nie można głosić Chrystusa ukrzyżowanego bez zaparcia się siebie i naśladowania Go przez niesienie na każdy dzień własnego krzyża (Łk 9, 23).
Pierwsza praktyka umartwienia wypływa zawsze z potrzeby ukrzyżowania „ciała swojego z jego namiętnościami i pożądaniami” (Ga 5, 24), zadania śmierci „dawnemu człowiekowi” z jego nieuporządkowanymi dążnościami nieustannie odradzającymi się, aby „przyoblec się” całkowicie „w Pana Jezusa Chrystusa” i Jego cnoty (Rz 6, 6; 13, 14). Działalność apostolska, przeżywana ze szczerym pragnieniem szukania tylko chwały Bożej i dobra braci, nastręcza do tego nieustannych okazji: wyrzekać się własnych widoków, przystosowywać się do mentalności drugich, ustępować lub być wytrwałym zależnie od okoliczności, znosić upokorzenia lub krytyki i ciągle zapominać o sobie samych, by służyć innym.
O Chryste, uwielbiam Cię głębiej, niż kiedykolwiek czyniłem to rozważając Twoje życie. Nie zrozumiałem bowiem nigdy miłości tak, jak w czasie Twojej męki, podczas której miłość kazała Ci wyrzec się wszystkiego dla nas, nawet wyglądu człowieka. O Chryste, przez Twoją krew wylaną, przez Matkę Twoją, udziel mi odwagi, abym przeżywał z Tobą Twoją mękę...
Chryste, o Chryste, życie moje, nie chcę innej drogi, jak Ciebie, Twojego krzyża, Twoich cierpień, Twojej Kalwarii. Pragnę rozszerzenia Twojego królestwa, odczuwam odrazę przed tym wszystkim, co mię odciąga od Twojej chwały. Uczyń ze mną, co chcesz, lecz nie uważaj mnie za niegodnego Twojego krzyża, nie odmawiaj mi swojej pomocy, daj mi cały Twój pokój i Twoją radość...
Spraw, abym był gotów oddać moje życie. Naucz mnie przynosić i ofiarować we Mszy całe moje życie i moją śmierć. Naucz mnie ofiarować ją woli Ojca i służbie moich braci. I w jedynej ofierze ofiarować szczególnie... moją codzienną śmierć... Naucz mnie nadawać życiu i śmierci mojej znaczenie odkupicielskie: przebłagania i wynagrodzenia za grzechy, postawę posłuszeństwa synowskiego, miłości braterskiej (P. Lyonnet).
Spraw, o Panie, abym Cię naśladował w ofierze i w cierpieniu. Naśladować Cię w ciągu trzech lat pracowitej posługi i oddać się pracy, gorliwości, trudom apostolskim... nie, nic nie znaczyłoby, gdybym nie naśladował Cię w Twojej męce. Dajesz mi zrozumieć, że wszystkie trudy i prace pozostają bezskuteczne, jeśli nie nabiorą wartości z ducha męki, z cierpienia. Pragnę oddać się na cierpienia jak Ty, o Chryste. Spraw, abym wydał samego siebie na odkupienie za ludzi... naśladując Ciebie, który stałeś się Hostią wynagradzającą za rodzaj ludzki... Naucz mnie odmawiać sobie tego wszystkiego, co w jakiś sposób może obrócić się na moją radość i pociechę, i żyć życiem ciągłej męki z Tobą, w Tobie, dla Ciebie, na odkupienie dusz (G. Canovai)."
O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy Żyć Bogiem, t. III, str. 376
Odsłon: 380 Komentarzy: 17
Sunday,16 October 2011,02:54
Kategoria: Film Sunday, 16 October 2011, 02:54
Niemal żaden ateista z którym rozmawiałem nie rozumie co my mamy na myśli mówiąc o Bogu. Zatem to, co oni odrzucają, odrzucam i ja. Zgadzam się z nimi, że taki bóg o jakim oni myślą nie istnieje.
Gdy Mojżesz zobaczył płonący krzak na pustyni i odszedł do niego, usłyszał głos Boga, który się mu przedstawił: "Jestem który jestem". Bóg powiedział, że jego naturą, istotą jest istnieć, być. Nie jest On największym spośród wszystkich bytów, jest samym Istnieniem. Ipsum esse.
Święty Anzelm powiedział o Bogu: "A wierzymy zaiste, że jesteś czymś, ponad co niczego większego nie można pomyśleć." Ale czy Bóg plus świat to coś większego niż Bóg? Jednak nie. Nic "dodane do Boga" nie jest większe od Boga, bo wszystko się w Bogu niejako zawiera. I ja tego nie wytłumaczę, bo jest to misterium, Tajemnica Wiary.
Wszystko, co człowiek jest w stanie sobie pomyśleć i wyobrazić o Bogu, nawet taki człowiek jak św. Augustyn, czy św. Tomasz z Akwinu, to za mało by w jakikolwiek sposób zdefiniować Boga. Święty Tomasz powiedział, że my nie wiemy kim Bóg jest. Wiemy co najwyżej kim, czy czym On nie jest.
Mówiąc o świętym Tomaszu warto wspomnieć o jego argumentach na to, że Bóg istnieje. Przynajmniej o jednym, tym najbardziej podstawowym. Argument "przyczynowości" (ex ratione eausae efficientis) który głosi, że musi być jakaś "istota samoistna" będąca przyczyną świata.
Wszystko, co widzimy ma swoją przyczynę, początek i koniec. Letnia chmura na niebie powstaje i za jakiś czas znika. A powstaje, bo zaistniały pewne warunki atmosferyczne: Wilgotność, słońce, odpowiednie ciśnienie atmosferyczne itd. Te zjawiska i rzeczy także mają jakiś początek, zależą od czegoś. Możemy się tak cofać, do postania ziemi, układu słonecznego, do Wielkiego Wybuchu... i dochodzimy do momentu, gdzie musimy przyjąć, że istnieje jakiś Byt nie mający przyczyny. Jakiś Byt samoistny. My z definicji nazywamy Go Bogiem.
Przypomnijmy sobie Mojżesza i płonący krzak. Co Bóg odpowiedział na pytanie Mojżesza o to kim On jest? "Jestem który jestem". Jestem samym Istnieniem. Święty Tomasz nie wiedział w XIII wieku, że Wszechświat miał początek. Mógł to przypuszczać na drodze filozoficznych rozważań, ale nie miał takiej wiedzy jak my, którzy wiemy, że Wszechświat zaczął się 13,7 mld lat temu od Wielkiego Wybuchu. Jednak poprzez samo swe rozumowanie wykazał, że tak musiało być. Że ten początek musiał gdzieś istnieć w czasie i spowodować go musiał Byt samoistny.
Hiob nie rozumiał co się działo w jego życiu. Przyjaciele tłumaczyli mu, że musiał nagrzeszyć, skoro go Bóg tak karze, ale on wiedział, że jest niewinny. Oddalił więc przyjaciół i zaczął wołać Boga, niemalże grożąc Mu i prosząc go o wyjaśnienie. I Bóg mu odpowiedział:
Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeżeli znasz mądrość. Kto wybadał jej przestworza? Wiesz, kto ją sznurem wymierzył? Na czym się słupy wspierają? Kto założył jej kamień węgielny ku uciesze porannych gwiazd, ku radości wszystkich synów Bożych? Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone, gdym chmury mu dał za ubranie, za pieluszki ciemność pierwotną? (Hi 38, 4-9)
Bóg przez parę rozdzialów tłumaczy Hiobowi, że nie powinien on dociekać bożych planów, bo i tak nie jest w stanie ich do końca pojąć i Hiob przyznaje Bogu rację.
Wiliam James, zmarły przed stu laty amerykański filozof, napisał kiedyś, że wieczorem do jego gabinetu lubi przyjść jego pies. Widzi on książki na półkach, pisma na biurku, globus na stoliku, ale nic z tych rzeczy nie pojmuje. I nawet, gdybyśmy się mu starali wytłumaczyć, że książki zawierają wiedzę zanotowaną przy pomocy liter i wyrazów, że globus to jest obraz kuli ziemskiej - patrzyłby on na nas swymi mądrymi oczami i nie rozumiał ani słowa z tego, co mu tłumaczymy.
My wszystko widzimy w "gabinecie Pana Boga" ale niewiele z tego rozumiemy. Jego drogi nie są naszymi drogami, a Jego myśli - naszymi myślami. Przecież różnica między psem a człowiekiem, choć olbrzymia, jest znacznie mniejsza, niż między nami, a Bogiem. Między naszym intelektem, naszą zdolnością rozumienia pewnych spraw, a Tym, który jest Wszechwiedzący. Dlatego nigdy nie ogarniemy naszym intelektem Boga. Nigdy Go nie zdefiniujemy. Święty Augustyn: Si comprehendis non est Deus. Jak myślisz, że Go pojąłeś, to to, co pojąłeś nie jest to Bogiem.
***
Może warto teraz wyjaśnić dlaczego tytuł tej notki jest po angielsku. Otóż dlatego, że powyższe kilka myśli są parafrazą fragmentów komentarza księdza Roberta Barrona z jednego z odcinków serialu "Catholicism", wyświetlanego aktualnie przez amerykańską, bardzo lewicową publiczną telewizję PBS. Ja nie oglądam w ogóle TV, a zwłaszcza PBS, bo nie lubię się denerwować bez potrzeby, jednak gdy dowiedziałem się o tym serialu i gdy ujrzałem pozytywne komentarze ortodoksyjnych katolików o nim, gdy zobaczyłem trailer filmu, postanowiłem zobaczyć sam film.
Rzeczywistość przeszła moje oczekiwania. Film nie tylko jest doskonały pod względem technicznym: Piękne zdjęcia, zrobione na całym świecie. Gdy była mowa o płonącym krzaku, widzieliśmy Półwysep Synaj, gdy była mowa o problemie zła - pokazano obóz koncentracyjny w Auschwitz. Gdy była mowa o Trójcy Świętej, widzieliśmy żegnających się wiernych w Wawelskiej Katedrze... Tego jednak się spodziewałem po trailerze i widzianych wcześniej fragmentach serialu.
Zaskoczyła mnie jednak głębia komentarza księdza Roberta. To nie była opowiastka na poziomie ucznia trzeciej klasy szkoły podstawowej. To była "heavy duty" teologia i filozofia. Wykład nie da leniwych umysłowo. Wyzwanie dla przeciętnego zjadacza telewizyjnej papki.
Nie wiem o czym będą inne odcinki. Ten był o samym istnieniu Boga. Był to monolog księdza Barrona, wykład, ilustrowany obrazami z całego świata: Od krajobrazów Bliskiego Wschodu, przez parki narodowe Ameryki po piękno katedr w Kolonii, Toledo i Krakowie, po zdjęcia z Oświęcimia i Lourdes. Jednak komentarz prowadzącego ten program przyćmił piękno obrazów ukazujących się na ekranie. Zdumiewające!
Mam nadzieję, że inne odcinki będą równie wspaniałe i że program ten zakupi ktoś także do Polski. Z tego, co zobaczyłem - naprawdę warto.
Odsłon: 821 Komentarzy: 24
Monday,10 October 2011,03:10
Kategoria: Polityka Monday, 10 October 2011, 03:10
No i co z tymi wszystkimi, którzy uważali, że trzeba koniecznie angażować się w polityczne rozwiązywanie problemów Polski, by uzyskać jak najlepsze wyniki wyborów? Gdzie są owoce waszej działalności? Czy teraz już nie jest dla wszystkich jasne, że jedyną drogą jest odmiana serc naszych rodaków? Jak to jest możliwe, że w Dniu Papieskim 10% ludzi glosuje na polityka, który zajmuje się głównie obrażaniem papieża i Kościoła?
Jarosław Kaczyński powiedział: "Jestem głęboko przekonany, że przyjdzie taki dzień, kiedy nam się uda, że będziemy mieli w Warszawie Budapeszt". I oczywiście pan Kaczyński może mieć rację, ale pod jednym warunkiem. Warunkiem tym jest nawrócenie naszych serc.
Jest coś fundamentalnie złego z rodakami Jana Pawła Wielkiego, gdy na każdych trzech głosujących na PiS przypada jeden głosujący na Palikota, a ponad połowa społeczeństwa, które rzekomo jest w 90% katolickie, ma nauczanie Kościoła w ... "głębokim poważaniu". Nam nie trzeba PiSu, ani Nowej Prawicy, nam trzeba krucjaty rożańcowej, modlitw i postów w intencji nawrócenia Polaków.
Odsłon: 4941 Komentarzy: 100
Wednesday,28 September 2011,00:14
Kategoria: Polityka Wednesday, 28 September 2011, 00:14
Niedawno pisałem tutaj o konieczności wyboru takich kandydatów w najbliższych wyborach, którzy będą zawsze tworzyli prawa prorodzinne i broniące życia. Jednak czasem jest nam trudno zdobyć taką informację. Nieraz nie wiemy jak dany kandydat głosował do tej pory i nie wiemy gdzie się dowiedzieć. Dlatego z radością chciałbym poinformować, że jest organizacja, ktora zrobi to za nas. Jest to Fundacja Pro - Prawo do Życia.
Na stronie tej fundacji znajdujemy Certyfikat Kandydata Przyjaznego Życiu i Rodzinie, a na dole tamtej strony jest link do Listy posłów przyjaznych Życiu i Rodzinie. Oczywiście nie jestem w stanie sprawdzić jak dobra jest ta lista, ale wydaje się, że jeżeli znajduje się na niej jakiś kandydat z naszego okręgu, nasz wybór będzie prosty.
Dzisiaj rozpoczyna się akcja 40 Dni dla życia. Także tutaj, na Frondzie. Poza naszymi modlitwami, poza postem w tej intencji możemy podjąć zobowiązanie, że będziemy głosować tylko na prorodzinnych kandydatów, którzy zawsze będą bronić poczętego życia. Zawsze. I gdy to zrobimy, nie będzie już takich sytuacji, że "niemal się udało" przegłosować ustawę broniącą życia. Bo przecież ustawa ta nie przeszła także "dzięki" PiS-owi. Zatem nie głosujmy "na partię". Głosujmy na tych kandydatów, którzy będą w praktyce bronić tego, co dla każdego z nas jest najważniejsze.
Odsłon: 694 Komentarzy: 3
Sunday,25 September 2011,13:14
Kategoria: Pro life Sunday, 25 September 2011, 13:14
W najbliższą środę, 28. września w 48 stanach USA, na terytorium Puerto Rico i w Dystrykcie Kolumbii, a także w siedmiu prowincjach Kanady, pięciu stanach Australii, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii i Argentynie rozpocznie się kolejna akcja pod nazwą "40 dni dla życia". 301 miast. Przed dwoma było ich 212, a przed czterema - 89 miast w 33 stanach USA. Ja widać więc zwolennicy legalnej aborcji na żądanie, propagatorzy "cywilizacji śmierci" wcale nie odnieśli zwycięstwa. Dalecy są od tego. Wygrali parę bitew, ale walka dopiero się rozpoczyna. Nikt tu nie wątpi, że zwycięstwo będzie nasze.
Sama akcja "40 dni dla życia" ma na celu zwiększyć wiedzę na temat czym naprawdę aborcja jest, wzbudzić zainteresowanie tym problemem, uratować wiele nienarodzonych dzieci, przynieść uzdrowienie duszy tym, którzy zabili swoje dziecko i przygotować Amerykę i inne kraje na ponowne zdelegalizowanie zabijania nienarodzonych dzieci. Akcja przynosi także doraźne skutki. W jej wyniku każdego roku zamykane są kolejne młyny aborcyjne, nierzadkie są przypadki matek odstępujących od zamiaru zabicia swego dziecka, a także wiele pracowników tych placówek rezygnuje z pracy. Przed dwoma laty na przykład była głośna sprawa pani Abby Johnson, dyrektorki kliki aborcyjnej Planned Parenthood w Teksasie, która rzuciła pracę i dołączyła do modlących się przed kliniką osób.
Akcja zaczyna się 28. września, trwa do 6. listopada i składa się z trzech elementów:
1. Modlitwa i post. Pierwsze, najważniejsze, co można uczynić, co każdy z nas może zrobić, to modlitwa. W modlitwie każdy może się przyłączyć do tej kampanii. Nie tylko w USA, ale na całym świecie. Bo to nie jest problem Ameryki, to problem ludzkości. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi i wszyscy są dziećmi Bożymi. Za wszystkich Jezus oddał swe życie na Krzyżu i za wszystkich mamy obowiązek się modlić. Ponieważ jednak Biblia nas uczy, że pewne złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem, organizatorzy tego ruchu serdecznie zachęcają do tego, by swe modlitwy wspomóc jakąś formą postu. Każdy sam w swoim sercu oceni ile może poświęcić Bogu. Nie musi to nawet być post od pokarmów, może być od telewizji, plotkowania, spędzania bezużytecznych godzin na czatach i innych stronach internetowych, post od złego języka i złego spojrzenia, post od grzechu. Ale post o chlebie i wodzie na pewno nikomu także nie zaszkodzi. ;)
2. Pokojowe czuwanie. Drugą rzeczą, jaką będziemy robić w czasie tych 40 dni, to pokojowe czuwanie przed klinikami aborcyjnymi, modląc są o ich zamknięcie i oferując gotowość pomocy wszystkim tym, którzy może nie widzą innego wyjścia, niż zabicie własnego dziecka. Modlitwa taka ma wielką moc, ratuje życie dzieciom i o ile nie jest niczym nadzwyczajnym w USA spotkanie modlących się ludzi przed klinikami zabijającymi dzieci, to w czasie tej akcji czuwanie w wielu miejscach będzie trwało niezmiennie przez całą dobę, dzień i noc, przez okres 40 dni.
Ja pierwszy raz modliłem się pod kliniką aborcyjną cztery lata temu, podczas podobnej kampanii. Zawsze chciałem to zrobić, nigdy nie było czasu. Jednak znalazłem ten czas, zabrałem także dzieci. Poszliśmy całą rodziną, a później jeszcze kilkakrotnie uczestniczyłem w takim czuwaniu. A jak bardzo takie akcje przeszkadzają właścicielom tych młynów aborcyjnych wiem choćby stąd, że gdy modliłem się tam ostatniego dnia akcji, czuwałem do północy, parę minut później zobaczyłem właścicielkę tego miejsca, która mimo okropnej pogody przyjechała swoim pięknym Mercedesem i osobiście posprzątała wszystkie znicze, plakaty i znaki, jakie zostawiliśmy po sobie. Mimo, że były one nie na jej terenie, ale na publicznym miejscu i prawdę mówiąc nie miała ona żadnego prawa do usuwania tych rzeczy.
3. Wyciągnięcie ręki do lokalnej społeczności. W czasie tych 40 dni akcji jej uczestnicy aktywnie będą starali się dotrzeć do wszystkich mieszkańców naszego miasta z wiadomością o niej. Będą petycje do podpisania i ulotki informujące. Ludzie będą chodzili od drzwi do drzwi informując o akcji, będą informacje udostępnione mediom, uczelniom, kościołom itd., itp. Także ten mój wpis można potraktować jako część akcji informacyjnej kampanii "40 dni dla życia".
Dlaczego 40 dni? W biblijnej historii Bóg niejednokrotnie używał okresów 40-dniowych by odmienić ludzi, społeczności i narody. 40 dni padał deszcz w czasach Noego, przynosząc oczyszczenie i niszcząc zło: 40 dni modlił się Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat urągał Izraelitom, odmieniając serce Dawida, który zdobył się na odwagę i go pokonał. Niniwa została uratowana przez 40 dniowy post i modlitwę na skutek ostrzeżeń Jonasza. Jezus przez 40 dniowy post na pustyni przygotował się do swej działalności, która odmieniła świat. Po zmartwychwstaniu Jezus przez 40 dni pouczał swych apostołów, którzy zostali całkowicie odmienieni.
My także możemy odmienić świat naszymi czterdziestoma dniami. Akcje takie przynoszą rezultaty. W kilku miastach doprowadziły do zamknięcia młynów aborcyjnych. Uratowały wiele ludzkich istot. Amerykanie coraz częściej zdają sobie sprawę, że coś z tą legalizacją aborcji w czasie całych dziewięciu miesięcy ciąży jest nie tak. Gdy co trzecia ciąża kończy się zabiciem dziecka, gdy ponad 40 milionów dzieci zostało zamordowanych od legalizacji tej zbrodni, gdy zabijane są nawet dzieci zupełnie zdrowe, dzieci zupełnie zdrowych matek i to w siódmym, ósmym, czy dziewiątym miesiącu ciąży, to te „prawa kobiece” zaszły naprawdę zbyt daleko.
Oczywiście każde życie ludzkie jest tak samo wartościowe i Kościół uczy, Bóg uczy, że zabicie dziecka w dziewiątym miesiącu ciąży jest takim samym grzechem, jak zabicie go w dziewiątym dniu. Jednak aby odmienić ludzkie serca, trzeba czasem apelować do uczuć. A te inaczej spostrzegają zabicie dziecka które „wygląda jak dziecko”, niż zabicie go zaraz po jego poczęciu. Jednak z naukowego, teologicznego, filozoficznego punktu widzenia nie ma tu różnicy: Żywy organizm, mający DNA człowieka jest człowiekiem. Co więcej, kod genetyczny nowego życia w organizmie matki różni się od samego początku od jej kodu genetycznego. Nie jest to więc nigdy część jej organizmu, zawsze jest to inny człowiek.
Łatwo sobie to wyobrazimy, gdy pomyślimy o momencie w którym archanioł Gabriel zwiastował Maryi, że została matką Bożego Syna. Dziecko, które w tym momencie powstało w jej łonie było od początku Synem Bożym, nie częścią Jej organizmu, prawda? I gdyby Je ktoś wtedy zabił, zabiłby Pana Jezusa. Tak jest z każdym nowym człowiekiem. Gdyby ktoś zabił zygotę, którą ja kiedyś byłem, to ja bym się nigdy nie urodził. Byłbym po prostu zamordowany.
Gdy sobie to uświadomimy, to staje się jasne, że aborcja jest zabiciem niewinnego człowieka. Jest niewyobrażalną wręcz zbrodnią. Jednak od razy chciałem tu dodać, że żadna zbrodnia nie jest zbyt wielka, by jej Bóg nie mógł wybaczyć.
Matki decydujące się na taki krok, jeszcze raz to podkreślę, często są zaszczute, zahukane, zabłąkane w swej trudnej sytuacji, często właśni rodzice i bliscy kładą wielki nacisk na to, by przerwały ciążę i nawet w swej rozpaczy nie są w stanie dostrzec tego, czym obiektywnie jest ten czyn, na który się zdecydowały. Opamiętanie przychodzi często znacznie później i żyją one całe lata w stanie depresji, żalu za tym, co się stało, z tęsknotą za swym dzieckiem, którego nigdy nie zobaczą. Ale pomoc dla nich istnieje. W Stanach jest wiele możliwości pomocy takim matkom. Bardzo dobrą organizacją jest Rachel’s Vineyard Ministries, www.rachelsvineyard.org .
Ponieważ w Stanach są miliony matek, które miały aborcję, one to paradoksalnie są częścią tego ruchu, który powoduje odmianę serc społeczeństwa USA. One bowiem widzą w swoim życiu, że nie był to „zwykły zabieg” jak wyrwanie zęba, czy usunięcie wyrostka robaczkowego. Widzą jak głębokie rany w ich psychice zostawiła ta tragiczna decyzja i jak bardzo trudno jest potem z nią żyć.
Aborcja nie rozwiązuje żadnych problemów. Nie pomaga kobiecie i z pewnością nie pomaga nienarodzonemu dziecku. Aborcja powoduje całą masę nowych problemów zdrowotnych, tworząc rany na ciele, duszy i psychice człowieka. I o ile rany na ciele czasem są nieodwracalne, to rany w sferze psychiki leczą takie organizacje jak Rachel’s Vineyard Ministries. Częścią tej terapii jest pogodzenie się z Bogiem, przez spowiedź świętą i przeproszenie Go. On na pewno wybaczy i, jak ojciec z przepowiedni o synu marnotrawnym, wybiegnie z rozpostartym ramionami przytulić powracającą na łono rodziny córkę.
A ja na koniec chciałbym zachęcić wszystkich do przyłączenia się do tej kampanii. Tych, którzy są w Stanach do aktywnego udziału w modlitwach pod klinkami mi aborcyjnymi, tych w Polsce i innych krajach proszę o post i modlitwy w tej intencji. Zwłaszcza kapłanów i siostry zakonne, ale też wszystkich ludzi dobrej woli. Bo wspólnie możemy naprawdę zatrzymać bieg historii i odwrócić to zło, jakie się stało gdy aborcja została zalegalizowana. Jestem przekonany, że już niedługo będzie ten dzień, gdy odmieni się nie tylko prawo, ale głownie serca Amerykanów i gdy aborcja będzie czymś tak odstręczającym i oburzającym dla wszystkich, jak teraz jest choćby niewolnictwo. Serdeczne Bóg zapłać.
Odsłon: 549 Komentarzy: 15
Monday,19 September 2011,02:13
Kategoria: Kościół Monday, 19 September 2011, 02:13
Mam wrażenie, że w ostatnich tygodniach nasilają się ataki złego na Kościół i na naszą wiarę. Kontrowersje związane z zatrudnieniem w publicznej TV Nergala, czy bulwersująca okładka ostatniego Newsweeka to tylko parę przykładów. I do tego można odnieść wrażenie, że my nie robimy nic. Albo, precyzyjniej, nasz działania są zupełnie nieskuteczne.
Jednak co można zrobić w takiej sytuacji? Co powinniśmy robić? Gdy protestujemy, spotykamy się z krytyką nie tylko naszych wrogów, ale także wielu katolików. Czy też ludzi uznających się za takich. Gdy ignorujemy te ataki na Kościół, na Biblię, na Boga, pokornie nastawiając drugi policzek, oddajemy tylko walkowerem pole walki i kudłaty zdobywa coraz to nowe przysiółki. Co więcej, przytępiamy, wypaczamy nasze sumienia i teraz wydarzenia, które oburzałyby wszystkich naszych rodaków zaledwie pokolenie, czy dwa temu, dziś u większości z nas nie powodują nawet zmarszczenia brwi.
Problemem jest oczywiście nasza letniość wiary. Problemem są te kremówki papieskie i laptopy na pierwszą komunię i króliczki znoszące jajka wielkanocne i palmy mające pięć metrów i przerośnięte krasnale w czerwonych kubraczkach, rodem z reklamy Coca Coli, udające Świętego Mikołaja. Problemem jest to, że tak naprawdę to nie kochamy ani Boga, ani naszych braci, a chrześcijaństwo zredukowaliśmy do jakiś symboli bez znaczenia. Problemem jest to, że nie znamy nauki Kościoła, a gdy ją nam ktoś przekazuje, odrzucamy ją często, sami sobie wybierając to, w co chcemy wierzyć.
Gdy mnie ktoś pyta dlaczego niby miałoby go oburzać zatrudnienie Nergala w TV, odpowiadam: "A czy nie oburzałoby Cię, gdyby ktoś promował osobę, która publicznie obraża twoją matkę? Twoją córkę? Czy nie miałbyś jakiś problemów z faktem, że telewizja, która głównie jest finansowana z twoich pieniędzy przeznacza je na tworzenie etatu dla osoby, która pluje ci w twarz i szarga wszystkie twoje świętości?" Czy to, że niektórym z nas nie przeszkadza Nergal w publicznej TV nie dowodzi tego, że nas naprawdę nie obraziło to, że podarł on Biblię? Że tak naprawdę to jest nam wszystko jedno?
Najwyraźniej my nie traktujemy Pana Boga tak personalnie, tak osobiście, jak traktujemy nasze matki. Gdyby ktoś powiedziałby coś obraźliwego na ich temat, krew sama by się w nas zagotowała. Ale gdy ktoś potargał Biblię? Hmm... Musimy być wyrozumiali, przecież znowu nic takiego się nie stało... Nie traktujemy Go także z takim szacunkiem i uwielbieniem, z takim oddaniem, jak to robią wyznawcy islamu. dla nich nie tylko jest nie do pomyślenia, by puścić płazem jakikolwiek atak, czy choćby jego pozór, na Allacha, ale także nie przepuściliby nikomu, kto obraziłby proroka Mahometa, czy świętą księgę Koranu.
Pomijam tu ich motywację, nie o tym jest mój wpis. Nie namawiam też w żaden sposób do przemocy. Chrześcijaństwo jest religią miłości, a miłość musi być wolna. Każda przemoc jest tej miłości zaprzeczeniem. Ale przecież nie znaczy to, że ma nam być wszystko jedno. Nie znaczy to, że nie moglibyśmy, że nie powinniśmy skutecznie się bronić. Choćby w formie skutecznego bojkotu. Bo żaden program w TV nie przetrwa bez publiczności, a jak bardzo to jest ważne także dla publicznej TV wie każdy, kto ogląda np. Wiadomości. Bardzo często chwalą się tam ile milionów ludzi ich oglądało.
Przytaczałem już parokrotnie słowa Pana Jezusa do mieszkańców Laodycei. Czyli do nas. To my staliśmy się dziś Laodyceą. Pan Jezus mówi:
Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się! (Ap 3, 14-19)
Co jednak możemy zrobić? Co mogą zrobić ci z nas, którzy nie chcą być letni w swej wierze? Zwracanie uwagi, protesty, awantury, bojkoty prowadzone przez grupki "ekstremów" - nie przynoszą żadnego skutku. Przynajmniej takie można odnieść wrażenia. A więc co? Czyżbyśmy mieli stwierdzić, że zrobiliśmy już wszystko i teraz to nam już została chyba tylko modlitwa i czekanie na cud?
No nie wiem. Przede wszystkim nie jestem przekonany co do tego, że zrobiliśmy już wszystko. Jeszcze większy problem mam ze stwierdzeniem, że modlitwa to coś, co nam zostaje wtedy, gdy już wszystkie inne sposoby zostaną wypróbowane. Raczej skłaniałbym się do tego, co powiedział kiedyś św. Ignacy Loyola: "Pracuj, jakby wszystko zależało od ciebie i ufaj, jakby wszystko zależało od Boga". A zaufanie musi się wiązać z modlitwą. Musi być owocem modlitwy, konsekwencją tego, że o coś Boga będziemy prosić. Potem dopiero możemy ufać, że On nas wysłucha. Zatem modlitwa to nie jest coś, co nam zostaje na końcu. Modlitwa to coś, od czego wszystko musimy zaczynać. Także naszą pracę, także nasze protesty, także nasze dyskusje.
Mieliśmy bardzo ciekawe czytania w Kościele we wczorajszą niedzielę. Pierwsze z nich było z Księgi Proroka Izajasza:
Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi. (Iz 55,6-9)
"Myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami" - mówi Bóg. My jednak ciągle uważamy, że Bóg jednak powinien raczej wybrać tę drogę, którą my Mu podpowiadamy. Niecierpliwimy się, zaczynamy wątpić, uważamy, że Bóg stracił już kontrolę. Że sobie chyba zaspał i nie widzi, co się wokół nas dzieje. Może zatem róbmy to, co do nas należy i ufajmy? Może to jeszcze nie czas żniw. Może owoce jeszcze niedojrzały.
Znalazłem gdzieś w Necie słowa Maryi, jakie przez siostrę Łucję przekazała ona papieskiemu wysłannikowi. Nie jestem ich w stanie obiektywnie zweryfikować, ale też nie ma żadnych podstaw, by im nie wierzyć. Siostra Łucja powiedziała:
„Ojcze, Matka Najświętsza jest bardzo zmartwiona, rozżalona, że tak bardzo zlekceważono jej orędzie z maja 1917 roku. Ani dobrzy ani źli ludzie nie liczą się z Nią. Dobrzy idą dalej swoją drogą nie przejmując się i nie wypełniając Niebieskich Nakazów, źli idą szeroką drogą zatracenia, nie dbając o kary, które im grożą."
Z jednej strony my, dobrzy ludzie, którzy często nie robimy nic. I to wystarcza złemu. On jest bardzo pracowitym stworzeniem, nie musimy mu pomagać. Wystarczy, że mu nie przeszkadzamy, on sobie z resztą poradzi. Z drugiej są osoby takie, jak Nergal. Wprost mówiące o tym, że służą kudłatemu. Otwarcie walczące z Kościołem i Bogiem. Ale przecież to nie oni są naszymi wrogami. Nic zatem dziwnego, że Maryja martwi się o jednych i o drugich.
Musimy się obudzić z letargu. Musimy wszyscy coś zrobić. Każdy z nas. Pewne złe duchy można pokonać tylko modlitwą i postem. Rzucanie w nie kamieniami nie jest zbyt skuteczną bronią. Post, modlitwa, pokora, umartwienia - są. Kudłaty nie wie jak z taką bronią walczyć. A walczyć musimy. Zwłaszcza o takich ludzi jak Nergal. Także o tych, którzy dali mu pracę w TV i wszystkich tych, którzy to popierają. Naprawdę się za nich modlić. Szczerze. Jak o własne dzieci. Im więcej ludzi wygramy dla Pana, tym mniejszą armię będzie miał zły. Nie zapominajmy, że Bóg nie kocha ich mniej, niż któregokolwiek z nas. On jak ojciec z przypowieści o marnotrawnym synu każdego dnia wyczekuje ich powrotu. Nie bądźmy jak ten skarcony przez ojca starszy brat.
Wczorajsza Ewangelia przypomniała nam przypowieść o robotnikach w winnicy:
Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. (Mt 20,1-16a)
Jawna niesprawiedliwość, prawda? Ci, co godzinę pracowali dostali taką samą zapłatę, jak ci, co pracowali dwanaście godzin? W chłodzie poranka i spiekocie dnia? "Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi" - powiedział Pan Izajaszowi. Więc może nie powinniśmy się domagać tak głośno sprawiedliwości, bo sprawiedliwość Boga może i nas dotknąć. Błagajmy Go o miłosierdzie, bo jaką miarą my mierzymy, taką i On nam wymierzy. I miłosierdziem zdziałamy znacznie więcej. Nawrócony Nergal byłby wspaniałą postacią w publicznej TV.
Co zatem? Odpowiedź jest bardzo prosta. Każdy z nas musi robić swoje. Powróćmy do Fatimy, przypomnijmy sobie o co Maryja nas prosiła. Jej orędzie jest dziś bardziej aktualne, niż było kiedykolwiek w historii. Nie tylko aktualne, ale wręcz jest ono dziś ostatnim wołaniem, ostatnią naszą nadzieją. Czy też precyzyjniej: Nasza na nie odpowiedź, nasze działanie jest tą ostatnią nadzieją.
Bo choć Bóg mógłby zrobić wszystko bez nas, to przecież nigdy tak nie robił. On nie jest jedynie naszym Panem, On jest przede wszystkim naszym Ojcem. Nie chce nas do niczego zmuszać, daje nam wybór. Do końca. Traktuje nas jak dorosłe, mądre dzieci i nie ogranicza nigdy naszej woli. Ale w zamian także oczekuje od nas czegoś. Skoro On nas traktuje jak dorosłych, zachowujmy się jak dorośli. Czyli odpowiedzialnie. A gdy nie wiemy skąd wziąć taki przykład, popatrzmy na Franciszka i Hiacyntę z Fatimy. One nas mogą nauczyć dorosłego i odpowiedzialnego podejścia do życia.
W czasach starożytnych, w dawnych królestwach, nawet następca trony był traktowany jak niewolnik. Oddawany pod nadzór nauczycieli, opiekunów, musiał ich we wszystkim słuchać i być im posłusznym. Dopiero gdy doszedł do odpowiedniego wieku, zaczynał funkcjonować jako królewski syn. I my, przed przyjściem Jezusa, przed Zesłaniem Ducha Świętego byliśmy niewolnikami Prawa i nie rozumieliśmy wszystkiego. Nie znaliśmy Planu Bożego. Dopiero teraz, w Kościele, staliśmy się prawdziwymi Dziećmi Bożymi. Zacznijmy zatem się zachowywać jak na Dzieci Boże przystało, bo jak pisze św. Jan w swym Pierwszym Liście, "rzeczywiście nimi jesteśmy". Nie dlatego, że nam to ktoś nakazuje, ale z miłości do Ojca, z miłości do braci i dlatego, że już wiemy, czego On od nas oczekuje.
Wspólnota Marto. To jedna z dróg, która może pomóc, by iść za wołaniem naszej Królowej Matki. Na pewno nie jedyna droga, bo dróg do Królestwa jest wiele. Ale jest to pewna propozycja. Zapraszam do zapoznania się z tą naszą wspólnotą. Razem jest raźniej, bo możemy się wspierać radą i modlitwą. I mówiąc o modlitwie, przypominam, że we wspólnocie staramy się nie tylko zadośćuczynić Bogu i Maryi za wszystkie bluźnierstwa, jakich ludzie się przeciw Nim dopuszczają, ale modlimy się o nawrócenie wszystkich grzeszników. Przyłączcie się, razem będzie raźniej.
____________
I to już koniec felietonu, ale będzie jeszcze PS. Piszę te słowa w Louisville, Kentucky, w mojej ciężarówce, oczekując na rozładunek. Byłem wczoraj w kościele św. Marcina i chciałbym jeszcze napisać o nim kilka słów. Chciałbym to zrobić dlatego, że my mamy często dość negatywne skojarzenia, gdy myślimy o kościołach w Zachodniej Europie i w Ameryce. I chociaż te wyobrażenia nie zawsze są bezpodstawne, to przecież prawda jest taka, że tu, w USA, mamy wielu wspaniałych biskupów, tysiące cudownych księży i wiele wspaniałych parafii. Parafia św. Marcina w Louisville także do nich należy.
Założona, sądząc po napisie na przykościelnej szkole, przez niemieckich imigrantów, dziś służy wszystkim Amerykanom. Tradycyjna budowla, o architekturze w której widać romańskie i gotyckie elementy, ale to, choć ważne, nie jest tu najważniejsze. Istotne jest to, że w tym kościele jest tak dużo tradycyjnych katolickich elementów. Są witraże, są statuy świętych, są relikwie, obrazy, piękna Droga Krzyżowa i do tego nieustająca Adoracja Najświętszego Sakramentu. Pod bocznymi ołtarzami,w szklanych trumnach spoczywają męczennicy z czasów prześladowań Kościoła w pierwszych wiekach, jest tam też relikwiarz Świętej Faustyny, na tle obrazu z polskim napisem "Jezu ufam Tobie". A sama liturgia także była niebiańska, i nawet kazanie było mądre... Nie dziwi więc nikogo, że i Msza w Nadzwyczajnym Rycie także jest odprawiana właśnie w tamtej parafii.
A ponieważ jedno zdjęcie jest warte tysiąc słów, a ja tych słów powiedziałem już tu o wiele za dużo, to po prostu zapraszam do obejrzenia fotek. Są to miniaturki, które otworzą się po kliknięciu na nie, jeżeli ktoś chciałby się przyjrzeć szczegółom. Pierwsze fotki to plebania, w której pewnie też są jakieś administracyjne pomieszczenia i szkoła. Pozostałe fotki z samej świątyni, a na końcu widać kaplicę adoracyjną, która ma nawet kamerę internetową i można ją odwiedzić także wirtualnie.
Odsłon: 883 Komentarzy: 23
Monday,09 May 2011,06:52
Kategoria: Polityka Monday, 09 May 2011, 06:52
Każdy katolik powinien bezwarunkowo głosować zgodnie z moralnym nauczaniem Kościoła Katolickiego. Pamiętając, że sporo politycznych decyzji jest wyborem między dobrymi, albo neutralnymi z moralnego punktu widzenia możliwościami, wiemy, że katolicy mają tu całkowitą wolność wyboru. Są jednak pewne zagadnienia, które nigdy nie podlegają dyskusji. Są rzeczy, które możemy jednoznacznie i w każdej sytuacji określić, jako moralnie złe. Są propozycje, na które nigdy żaden chrześcijanin nie może przystać. I właśnie o niektórych z nich chciałem kilka słów napisać.
Oczywiście nie zawsze nasz wybór jest prosty. Nie zawsze udaje się znaleźć kandydata, który zawsze postępuje według nauczania Kościoła. Często politycy, nawet ci, którzy głośno podkreślają, że są chrześcijanami, katolikami, którzy chętnie się pokazują w towarzystwie biskupów, którzy nie pogardzą żadną okazją by się pokazać w mediach uznających się za katolickie – nie głosują zgodnie z nauczaniem Kościoła. Dlatego jest bardzo ważne, by sprawdzać ich stanowisko w poniższych kwestiach. Nie tylko to, co obiecują na przyszłość, ale przede wszystkim ich dotychczasową działalność.
Każdy ma prawo do poprawy. Życzę każdemu, by się nawrócił. Powiem więcej: Modlę się codziennie o nawrócenie każdego grzesznika i jestem gotów na wiele postów i wyrzeczeń w tej intencji. Pan Jezus jednak nakazał nam rozsądek. Naiwność w polityce nie jest zaletą, a czyny mówią głośniej niż słowa. Zatem rozliczajmy polityków.
Tylko w sytuacji, gdy nasz wybór będzie „mniejszym złem” jest dopuszczalne głosowanie na polityka, który ma poglądy sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Na przykład gdy mamy do wyboru dwóch kandydatów, z których jeden ma poglądy zupełnie niemoralne, a drugi choć w kilku sprawach zgadza się z Kościołem, nie tylko możemy, ale wręcz powinniśmy glosować na tego „trochę lepszego”. Zawsze jednak należy szukać i popierać kandydatów, którzy są czymś lepszym, niż „mniejsze zło”.
Bardzo ważne jest także to, by nie głosować „na partię”, ale na poszczególne osoby. Gdy mamy „listę” - skreślać z niej tych, którzy są nie do zaakceptowania. W dzisiejszych czasach jest bardzo łatwo zdobyć i przekazać innym informacje o poszczególnych kandydatach. Media katolickie powinny konkretnie pytać kandydatów o ich stanowisko w sprawie zagadnień niepodlegających dyskusji i publikować ich stanowisko. Powinni być oni także rozliczani z dotychczasowej działalności.
Pamiętajmy też, że są pewne partie, które programowo są nie do zaakceptowania przez chrześcijanina. Partie, które mają wpisaną w swój program działalność sprzeczną z nauczaniem Kościoła. Trudno sobie wyobrazić możliwość, by katolik głosował na jakiegokolwiek przedstawiciela takiej partii. Świadome oddanie na nich głosu jest grzechem i może być to nawet grzech śmiertelny, pozbawiający nas łaski uświęcającej, a więc także zbawienia.
Musimy również wiedzieć, że dobrowolna rezygnacja z udziału w wyborach może być grzechem. Nawet śmiertelnym. Złemu wystarczy, gdy po prostu nic nie zrobimy. Wokół nas toczy się walka o dusze i nasza rezygnacja z jej podjęcia to zwykła dezercja, a dezerterów karze się śmiercią. W tym przypadku jest to nawet gorsza śmierć, bo śmierć duchowa.
Katechizm Kościoła Katolickiego uczy nas, że
2239 Obywatele mają obowiązek przyczyniać się wraz z władzami cywilnymi do dobra społeczeństwa w duchu prawdy, sprawiedliwości, solidarności i wolności. Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości. Podporządkowanie prawowitej władzy i służba na rzecz dobra wspólnego wymagają od obywateli wypełniania ich zadań w życiu wspólnoty politycznej.
2240 Uległość wobec władzy i współodpowiedzialność za dobro wspólne wymagają z moralnego punktu widzenia płacenia podatków, korzystania z prawa wyborczego, obrony kraju.
Kongregacja Nauki Wiary w 2002 roku, gdy przewodził jej kardynał Ratzinger, wydała dokument „Nota doktrynalna o niektórych aspektach działalności i postępowania katolików w życiu politycznym”. Warto się z tą notą zapoznać. Możemy tam przeczytać między innymi:
W ciągu minionych dwóch tysięcy lat historii chrześcijanin uczestniczył w życiu tego świata na różne sposoby. Jednym z nich był udział w działalności politycznej, jak pisał jeden z kościelnych autorów pierwszych wieków, chrześcijanie «podejmują wszystkie obowiązki w życiu publicznym jako obywatele». Pośród świętych czczonych przez Kościół wielu jest mężczyzn i kobiet, którzy służyli Bogu przez ofiarny udział w działalności politycznej i sprawowaniu rządów. Należy do nich św. Tomasz Morus, ogłoszony patronem rządzących i polityków, który potrafił świadczyć o "niezbywalnej godności sumienia» nawet za cenę męczeństwa. Choć poddawany był różnym formom nacisku psychicznego, nie zgodził się na żaden kompromis, lecz dochowując «niezłomnej wierności prawowitym władzom i instytucjom», która go wyróżniała, swoim życiem i śmiercią potwierdził, ze «człowiek nie może oderwać się od Boga ani polityka od moralności". [...]
[Z] nauczania Soboru Watykańskiego II wypływa wniosek, że «świeccy nie mogą rezygnować z udziału w 'polityce', czyli w różnego rodzaju działalności gospodarczej, społecznej i prawodawczej, która w sposób organiczny służy wzrastaniu wspólnego dobra», a która obejmuje umacnianie i obronę takich dóbr, jak porządek publiczny i pokój, wolność i równość, poszanowanie życia ludzkiego i środowiska, sprawiedliwość, solidarność itd. [...]
W ostatnim okresie, często pod wpływem nawarstwiających się wydarzeń, pojawiają się dwuznaczne poglądy i budzące zastrzeżenia postawy, co stwarza potrzebę jasnego przedstawienia ważnych aspektów i wymiarów poruszanej tu problematyki. […]
Można się dziś zetknąć z pewnego rodzaju relatywizmem kulturowym, przejawiającym się wyraźnie w próbach teoretycznego uzasadniania i obrony pluralizmu etycznego, który sankcjonuje dekadencję rozumu oraz rozkład zasad naturalnego prawa moralnego Pod wpływem tej tendencji nierzadko niestety pojawiają się w deklaracjach publicznych tezy, ze tego rodzaju pluralizm etyczny jest warunkiem demokracji W konsekwencji dochodzi do tego, ze z jednej strony obywatele domagają się uznania całkowitej autonomii swoich wyborów moralnych, z drugiej zaś ustawodawcy uważają, ze wyrazem poszanowania tej wolności wyboru jest tworzenie praw nie liczących się z zasadami etyki naturalnej i ulegają przemijającym tendencjom kulturowym i moralnym, tak jakby wszystkie możliwe wizje życia miały taką samą wartość Jednocześnie żąda się od znacznej części obywateli, w tym także od katolików, aby w imię opacznie rozumianej tolerancji rezygnowali z uczestniczenia w życiu społecznym i politycznym swoich krajów w sposób zgodny z wizją człowieka i dobra wspólnego, którą uważają za prawdziwą i słuszną z ludzkiego punktu widzenia i którą chcieliby realizować za pomocą legalnych środków, jakie demokratyczny porządek prawny zapewnia wszystkim członkom wspólnoty politycznej Historia XX wieku jest wystarczającym dowodem na to, ze słuszność mają ci obywatele, którzy są przekonani o całkowitej błędności relatywistycznej tezy, negującej istnienie normy moralnej zakorzenionej w samej naturze istoty ludzkiej, wedle której należy oceniać każdą wizję człowieka, dobra wspólnego i państwa.
[…] Wolność polityczna nie jest i nie może być oparta na relatywistycznej tezie, że wszystkie wizje dobra człowieka są równie prawdziwe i mają taką samą wartość.
[...]Chrześcijanin winien «w zakresie porządku spraw doczesnych uznawać uprawnione różnice poglądów», ale zarazem musi też wyrażać sprzeciw wobec koncepcji pluralizmu opartej na relatywizmie moralnym, która szkodzi samej demokracji, ta bowiem potrzebuje prawdziwych i solidnych podwalin, to znaczy zasad etycznych, które ze względu na swą naturę i rolę, jaką pełnią w życiu społecznym, nie mogą być przedmiotem «negocjacji».
[...]Jan Paweł II, w duchu niezmiennego nauczania Kościoła, wielokrotnie przypominał, że na wszystkich, którzy bezpośrednio uczestniczą w ciałach ustawodawczych, spoczywa "konkretna powinność przeciwstawienia się» jakiejkolwiek ustawie stanowiącej zagrożenie dla ludzkiego życia. Obowiązuje ich — tak jak każdego katolika — zakaz uczestnictwa w kampaniach propagandowych na rzecz tego rodzaju ustaw, nikomu też nie wolno ich popierać oddając na nie głos.
[...]Gdy dochodzi do konfrontacji polityki z zasadami moralnymi, które nie mogą być uchylone, nie dopuszczają wyjątków ani żadnych kompromisów, zadanie katolików staje się szczególnie ważne i odpowiedzialne. W obliczu tych fundamentalnych i niezbywalnych nakazów etycznych wierzący muszą zdawać sobie sprawę, że w grę wchodzi sama istota ładu moralnego, od którego zależy integralne dobro ludzkiej osoby. Odnosi się to na przykład do ustaw dotyczących aborcji i eutanazji [...] W myśl tej samej zasady należy przypominać o obowiązku poszanowania i ochrony praw ludzkiego embrionu.
[…] nikomu z ludzi wierzących nie wolno powoływać się na zasadę pluralizmu i autonomii świeckich w dziedzinie polityki, aby popierać rozwiązania, które przekreślają lub podważają zasady etyczne o fundamentalnym znaczeniu dla dobra wspólnego społeczeństwa. Nie chodzi tu w istocie rzeczy o «wartości wynikające z wyznawanej wiary», ponieważ te zasady etyczne zakorzenione są w samej naturze człowieka i stanowią część naturalnego prawa moralnego.
[…] Zabierając głos w tej sprawie, Urząd Nauczycielski Kościoła nie zamierza sprawować władzy politycznej ani odbierać katolikom prawa do wolności opinii w konkretnych sprawach. Pragnie natomiast — zgodnie z właściwą sobie misją — kształtować i oświecać sumienia wiernych, tych zwłaszcza, którzy poświęcają się działalności politycznej, tak aby ich wysiłki przyczyniały się zawsze do integralnego postępu człowieka i dobra wspólnego. Przez swoje nauczanie społeczne Kościół nie chce uczestniczyć w rządzeniu poszczególnymi krajami. Niewątpliwie natomiast nakłada na wiernych świeckich moralny obowiązek wierności przekonaniom, obowiązek wpisany w ich sumienie, które jest jedno i niepodzielne.
A zatem o które to zagadnienia chodzi? Jakie pięć rzeczy nigdy nie może podlegać dyskusji i zawsze jest niemoralne? Jakich rzeczy nie może popierać polityk, byśmy mogli z czystym sumieniem na niego glosować? Oto one:
1.Aborcja
2.Eutanazja
3.Badania na embrionalnych komórkach macierzystych
4.Zapłodnienie „in vitro”
5.„Małżeństwa” homoseksualne.
Oczywiście są także inne sprawy zawsze niemoralne, jak np. klonowanie ludzi, ale w Polsce chyba nikt dziś nie proponuje praw zezwalających na taką działalność. Powyższa lista może być zresztą powiększona, lub zmodyfikowana. Ważnie jest także i to, by nie tylko informować katolików o tym, co jest zawsze i w każdej okoliczności niemoralne, ale także tłumaczyć dlaczego tak jest.
Na koniec powtórzę jeszcze raz: Nie ma w Polsce, ani nigdzie na świecie „idealnej partii”. W każdej są osoby, które mają poglądy niezgodne z nauką Kościoła. Jednak gdy my, poinformowani katolicy, zaczniemy rzeczywiście głosować według tego, czy polityk postępuje zgodnie z nauczaniem Boga i Kościoła, partie same zaczną promować kandydatów których my, katolicy, możemy bez konfliktu sumienia zaakceptować.
Sprawdzajmy zatem nie tylko programy partyjne. Te zresztą zwykle są pełne pustych obietnic, z których i tak nigdy nic nie wychodzi. Sprawdzajmy przede wszystkim konkretnych kandydatów i ich poglądy na te najważniejsze sprawy.
Pan Jezus w Kazaniu na Górze powiedział:
„Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? […] Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.”
Zatem nie rozwiązanie zagadki katastrofy smoleńskiej, nie wykorzystanie unijnych środków, nie kurs franka, inflacja i wysokość bezrobocia, nie tempo budowy autostrad i nie kwestia posyłania sześciolatków do szkoły musi tu mieć decydujące znaczenie. W tych sprawach katolicy mogą mieć różne poglądy. Jest to ich prawo. Głupota nie jest kategorią moralną. Jednak w kwestii aborcji, eutanazji, „małżeństw” homoseksualistów, finansowania przez państwo zabiegów in vitro, czy nawet zezwalania na nie i w sprawie badań z użyciem embrionalnych komórek macierzystych – żadne kompromisy, ani żadne specjalne okoliczności nie wchodzą nawet w grę.
Pomyślcie o niewolnictwie. Przecież nie tak dawno jeszcze w USA było ono nie tylko legalne, ale wielu ludzi twierdziło, że nie ma w tym nic złego. Podawali tysiące argumentów usprawiedliwiających ich poglądy. Sprawa ta tak spolaryzowała USA, że stała się ona powodem wybuchu wojny domowej. To było zaledwie 150 lat temu. A dziś nikt normalny nawet nie pomyśli, że istnieje jakakolwiek sytuacja usprawiedliwiająca zniewolenie innego człowieka. Dlaczego zatem usprawiedliwiamy możliwość zabicia niewinnej osoby w pewnych okolicznościach? Bo jest mała, bezsilna? Albo stara i schorowana? Argumenty za niewolnictwem są dużo lepsze i co z tego?
Dlaczego o tym piszę? To chyba oczywiste. Wielu naszych rodaków, uważających się za dobrych katolików, nie zgadza się z tym, że powyższe pięć punktów zawsze jest niemoralnych. Wielu z nich twierdzi, że zapłodnienie „in vitro” jest dobrem, że nie ma nic złego w tym, by dwoje kochających się ludzi było razem, nawet gdy są to osoby tej samej płci. Wielu uważa, że aborcja w pewnych szczególnych przypadkach powinna być dopuszczalna. Są tacy, co twierdzą, że eutanazja wynika z miłości bliźniego. Inni jeszcze twierdzą, że embrionalne komórki macierzyste mogą wyleczyć w przyszłości wiele chorób, więc należy prowadzić badania w tym kierunku. Wielu tak myśli, spotykam ich na swym forum niemal każdego dnia, lecz wszyscy oni są w błędzie.
W pierwszym czytaniu w ubiegłą niedzielę usłyszeliśmy te słowa:
To mówi Pan: Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela po to, byś słysząc z mych ust napomnienia przestrzegał ich w moim imieniu. Jeśli do występnego powiem: Występny musi umrzeć - a ty nic nie mówisz, by występnego sprowadzić z jego drogi - to on umrze z powodu swej przewiny, ale odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie. Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił, on jednak nie odstępuje od swojej drogi, to on umrze z własnej winy, ty zaś ocaliłeś swoją duszę. (Ez 33,7-9)
To nie są słowa skierowane tylko do proroka Ezechiela. To są słowa skierowane także do nas. Gdy my będziemy milczeć, będziemy współodpowiedzialni za grzechy innych. Ich grzechy mogą spowodować utratę naszego zbawienia tylko dlatego, że ich nie upomnieliśmy.
Wszyscy tworzymy Kościół, Ciało naszego Pana. A w zdrowym ciele każdy członek musi być zdrowy. To, że tak wielu katolików nie zna moralnego nauczania Kościoła, nie zna przyczyn takiego nauczania, to także moja i Wasza wina. Nie wolno nam milczeć. Musimy o tym pisać, musimy o tym mówić i przede wszystkim musimy sami rozumieć dlaczego te rzeczy zawsze, w każdych okolicznościach są niemoralne.
Nie sprzedawajmy naszej duszy za miskę soczewicy. Nie głosujmy na nikogo dlatego, że nam obiecuje gruszki na wierzbie. Naszym Panem bowiem jest Jezus, a nasze Królestwo nie jest z tego świata. Tu jesteśmy tylko pielgrzymami. Uważajmy zatem, byśmy w tej pielgrzymce sami nie pobłądzili i nie zaprowadzili innych na manowce. Trzymajmy Maryję za rękę, wpatrujmy się w Światło Jezusa, który jest Drogą Prawdą i Życiem i prośmy Ducha Świętego o Jego dary: mądrości, rozumu i rady, a w sprawach dotyczących moralności zawsze słuchajmy Kościoła. On bowiem mylić się nie może.
Odsłon: 1570 Komentarzy: 63
Friday,19 August 2011,15:22
Kategoria: Kościół Friday, 19 August 2011, 15:22
Dwudziestego drugiego sierpnia obchodzimy w Kościele Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

Ale co to znaczy? Nie jest to powiem uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski które obchodzimy 3 maja i które jest naszym lokalnym, polskim świętem. W najbliższy poniedziałek mamy święto powszechne, obchodzone w kalendarzu liturgicznym Kościoła Katolickiego na całym świecie.
Dlaczego jednak Maryja została Królową? Czy Kościół przypadkiem się tu nie zagalopował? Tak przynajmniej uważa wielu naszych braci – protestantów, którzy mają bardzo często problemy z Maryją. Uważając się za „biblijnych chrześcijan” nie bardzo są w stanie wypełnić swym życiem biblijne proroctwo, które sama Maryja przepowiedziała:
Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię. (Łk 1, 48b-49)
… i mimo tego, że święta Elżbieta, napełniona Duchem Świętym tak Ją nazwała:
Duch Święty napełnił Elżbietę. 42 Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. (Łk 1, 41b-42)
No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale gdzie tu jest tytuł królewski? To, że jest Ona błogosławiona nie koniecznie musi znaczyć, że jest królową, prawda? Prawda. I nie dlatego Ją tak nazywamy. Maryja jest Królową dlatego, że Jej Syn jest Królem.
Bóg stał się człowiekiem w pewnym konkretnym czasie i w konkretnym miejscu. Mógł to uczynić kiedy chciał i gdzie chciał, ale wybrał właśnie to, co wybrał. Naród Izraelski i antyczną (z naszej perspektywy) cywilizację. I On sam używa pewnych obrazów w swej nauce i pewnych symboli, które się odnoszą właśnie do tamtej cywilizacji. On przemawiał przede wszystkim do Żydów i to takim językiem, jaki przede wszystkim dla nich był zrozumiały. A my, żyjąc dwa tysiące lat później, musimy tamte uwarunkowania poznać, by zrozumieć wszystko to, czego On nauczał.
Dlatego ważne jest, by wiedzieć kim była królowa-matka. Nie jest to bowiem jakiś późny wymysł, stworzony by wynieść Maryję ponad innych ludzi. Nie jest to także to samo, co mamy we współczesnym "Zjednoczonym Królestwie". Jerozolima to nie Londyn, a Syn Dawida nie ma nic wspólnego z Windsorami. Królowa-matka w czasach biblijnych, w czasach Jezusa, była od wieków usankcjonowaną instytucją, znaną każdemu Izraelicie. W języku hebrajskim istniało nawet specjalne słowo na oznaczenie tego urzędu, czy stanowiska, mianowicie „gebirah”.
Oczywiście mamy niezliczone przykłady w historycznej literaturze antycznej o królowych-matkach różnych narodów i królestw, ale ja tu przytoczę tylko parę biblijnych przykładów z historycznych Ksiąg Królewskich. Wcześniej jednak inny przykład, może nie całkiem jeszcze już ugruntowanej instytucji „gebirah”, ale na pewno zapowiedź, archetyp Królowej-Matki.
I mówił Bóg do Abrahama: «Żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Błogosławiąc jej, dam ci i z niej syna, i będę jej nadal błogosławił, tak że stanie się ona matką ludów i królowie będą jej potomkami». (Rdz 17, 15-16)
Bóg zapowiadając Abrahamowi, że stanie się przodkiem królewskiego rodu zmienia równocześnie imię jego żony na „Sara”, co oznacza „księżniczkę”. Nie całkiem jeszcze „królowa”, bo Izaak, jej syn, nie całkiem jeszcze był królem, ale już zapowiedź tego, co będzie. A co będzie? Będzie Salomon, syn Dawida i jego królowa-matka i będzie inny Syn Dawida… ale do tego wrócimy za chwilkę.
Na razie parę przykładów z Ksiąg Królewskich, opisujących dzieje narodu Izraelskiego:
[…] Jeroboam, syn Nebata Efratejczyka ze Seredy – matka jego nazywała się Serua, a była wdową – niegdyś sługa Salomona, zbuntował się przeciw królowi. (1 Krl 11, 26)
Przypomnę, że Jeroboam został królem Izraela po rozpadzie Królestwa Salomona na Izrael i Judę. Powyższy werset jeszcze nie nazywa go królem, bo to dopiero zapowiedź tego, co się stanie, ale już wspomina imię jego matki. A poniżej następca Jerobama, Asa. Biblia nie tylko podaje nam imię jego matki, ale też nas uczy, że miała ona godność „królowej-matki”. Asa był prawym królem, pozbawił więc swą matkę urzędu gebiry za jej grzechy bałwochwalstwa:
Asa, król Judy, objął władzę w dwudziestym roku [panowania] Jeroboama, króla Izraela, i królował w Jerozolimie w ciągu czterdziestu jeden lat. Jego matce było na imię Maaka, córka Abiszaloma. Asa czynił to, co jest słuszne w oczach Pana, tak jak jego przodek Dawid, gdyż kazał wysiedlić z kraju uprawiających nierząd sakralny i usunął wszelkie bożki, które zrobili jego przodkowie. A nawet swą matkę Maakę pozbawił godności królowej-matki za to, że sporządziła bożka ku czci Aszery. (1 Krl 15, 9-13)
Kolejne przykłady, gdzie Biblia wspomina imię matki króla:
W dwunastym roku [panowania] Jorama, syna Achaba, króla Izraela – Ochozjasz, syn Jorama, został królem Judy. W chwili objęcia władzy Ochozjasz miał dwadzieścia dwa lata i królował jeden rok w Jerozolimie. Jego matka miała na imię Atalia, wnuczka Omriego, króla izraelskiego. (2 Krl 8, 25-26)
… albo urząd królowej-matki:
Następnie [Jehu] wstał i wyruszył do Samarii. Kiedy Jehu był w drodze, w Szałasach Pasterskich, napotkał braci Ochozjasza, króla judzkiego, i zapytał: «Kim wy jesteście?» Odpowiedzieli: «Jesteśmy braćmi Ochozjasza i przyszliśmy pozdrowić synów króla i synów królowej matki». Wtedy rozkazał: «Pochwyćcie ich żywych!» Pochwycono więc ich żywych i zamordowano ich nad cysterną Szałasów, czterdziestu dwóch ludzi; nie oszczędził z nich ani jednego. (2 Krl 10, 12- 14)
… albo daje nam przykład, że po śmierci króla to właśnie królowa-matka czasem przejmowała rządy w królestwie:
Kiedy Atalia, matka Ochozjasza, dowiedziała się, że syn jej umarł, zabrała się do wytępienia całego potomstwa królewskiego. Lecz Joszeba, córka króla Jorama, siostra Ochozjasza, zabrała Joasza, syna Ochozjasza – wyniósłszy go potajemnie spośród mordowanych synów królewskich – i przed wzrokiem Atalii skryła go wraz z jego mamką w pokoju sypialnym, tak iż nie został zabity. Przebywał więc z nią sześć lat ukryty w świątyni Pańskiej, podczas gdy Atalia rządziła w kraju. (2 Krl 11, 1-3)
Nie tylko w Izraelu był ten zwyczaj. Każde antyczne królestwo miało swą królową-matkę. Na przykład widzimy to w tym fragmencie Drugiej Księgi Królewskiej:
Nabuchodonozor, król babiloński, stanął pod miastem, podczas gdy słudzy jego oblegali je. Wtedy Jojakin, król judzki, wyszedł ku królowi babilońskiemu wraz ze swoją matką, swymi sługami, książętami i dworzanami. (2 Krl 24, 11-12)
Widać tam, że królowa-matka nawet ruszała na wojny ze swym synem i z całym wojskiem. Była ona bowiem bardzo ważną osobą w królestwie. Ponieważ królowie mieli wiele żon, a matkę tylko jedną, to było naturalne, że to matka była królową. Była też jakąś gwarantką ciągłości dynastii, bo to z nią, nie z dziesiątkami, czy setkami żon łączyły króla więzy krwi.
Arka Przymierza w Starym Testamencie jest archetypem Maryi. Pisałem o tym w poprzedniej notce. Na Arce był tron, ale zawsze pusty. Arka była miejscem spotkania z Bogiem. Zawierała mannę, cudowny Chleb Boży, laskę Aarona, symbol kapłaństwa i Prawo, tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. A „shakina-glory”, chwała Pana zstępowała na Arkę, gdy Izraelici spoczywali na pustyni. Pan Jezus, Ten, który jest Chwałą Pana, prawdziwym Chlebem, prawdziwym Kapłanem i Prawem, przyszedł do nas przez Maryję. Ona była Jego „tabernakulum” przez dziewięć miesięcy. Zatem ten tron na Arce był Jej tronem, bo to Ona była Królową Matką Izraela. Nie mogła zasiąść na tym tronie, bo Maryja, będąc człowiekiem, żyła w czasie. Nie narodziła się jeszcze. Ale z boskiej perspektywy czas nie istnieje. Bóg jest Bogiem "Ja Jestem". Dla Boga ten tron dla Maryi był jak najbardziej na czasie.
Ale ile było w tym stanowisku królowej matki zwykłej kurtuazji, a ile ona miała władzy? Atalia faktycznie przez sześć lat rządziła w Izraelu, ale to było po śmierci jej syna. Ile władzy miała królowa gdy jej syn pozostawał przy władzy? I na to znajdujemy odpowiedź w Biblii. A ponieważ już o tym pisałem, najprościej będzie jak sam siebie zacytuję:
„Jezus jest wielokrotnie nazywany w Biblii Synem Dawida. Prawdziwym jednak synem króla Dawida był Salomon. Przyjrzyjmy się może zwyczajom panującym na ich dworze, gdyż ich królestwo jest archetypem Królestwa Bożego. My, mieszkańcy państwa demokratycznego, republiki, na początku trzeciego tysiąclecia, często nie bardzo wiemy jak wyglądało królestwo 3 tysiące lat temu. Zajrzyjmy wiec do Biblii, do 1. Księgi Królewskiej.
Król Dawid był już starcem, podupadłym na zdrowiu i marzł w nocy. Słudzy znaleźli mu więc młodą, piękną dziewicę, Szunemitkę Abiszag żeby z nim spała i ogrzewała go w nocy. Tymczasem Adoniasz, syn Haggity, jeden z najstarszych synów Dawida praktycznie przejął władzę w państwie. Prorok Natan zapytał wiec Batszebę, matkę Salomona, czy król o tym wie i polecił jej iść i zapytać. Dawid przysiągł jej, że Salomon zostanie następcą tronu. Batszeba udała się do niego, uklękła, oddala mu pokłon i przedstawiła, wraz z Natanem, jak się sprawy w państwie mają. Jak sprawy się dalej potoczyły, wiemy, bo to właśnie jej syn, Salomon został królem. Adoniasz jednak nie zrezygnował tak łatwo.
Udajmy się wiec na dwór króla Salomona. Zarówno Dawid jak i Salomon mieli wiele żon, Salomon miał ich 700, nie licząc nałożnic, „żon drugorzędnych”, jak to ładnie Tysiąclatka tłumaczy, których miał trzysta. Wiele z nich było wynikiem sojuszy zawieranych z innymi państwami, królestwo Izraela było w tym okresie dość poważnym mocarstwem, był to okres największej jego świetności. Adoniasz udał się wiec do Batszeby i przedstawił jej swoją prośbę. Upewnił ją, ze ma dobre zamiary i ze prosi tylko o to, żeby mu król Salomon zezwolił na poślubienie Szunemitki Abiszag. Nie wiem, jak piękną była ta Szunemitka,(moja Biblia jest bez obrazków ;-) ), ale jak piękna by nie była, Adoniaszowi chodziło o cos zupełnie innego. Mimo, że Abiszag była tylko osobą, która miała ogrzewać króla Dawida, dla przeciętnego poddanego była ona ostatnią żoną królewską. Adoniasz wiedział, ze gdyby ją poślubił, nabrałby w pewnym sensie praw do tronu. Mając za żonę ostatnia żonę króla, sam stawał się głównym pretendentem do korony. Batszeba tego nie zauważyła, ale mądrość Salomona przewyższała mądrość wszystkich ludzi i on od razu przejrzał plan Adoniasza.
Przyjrzyjmy się jednak, jak sama wizyta Batszeby u króla Salomona wyglądała. Jakże inaczej, niż u króla Dawida. Gdy Batszeba udała się do Dawida, uklękła i oddala mu pokłon. Gdy udała się do syna Dawida, do Salomona, to on wstał na jej powitanie i oddal jej pokłon. Dlaczego taka nagła zmiana? Bo ona była teraz Krolową-Matką. Na dworze Izraelskim i także na innych dworach wschodu w tamtych czasach nigdy żona króla nie miała tytułu królowej, choćby z tego względu, ze nie wiadomo która z nich miałaby ten zaszczytny tytuł nosić. Zawsze matka króla była królową. Czytamy dalej, ze postawiono tron dla niej po prawej stronie króla. Wszyscy wiedzieli, ze prośba królowej matki jest rozkazem dla króla. Adoniasz powiedział: „Powiedz królowi Salomonowi, bo on niczego ci nie odmówi”, sam Salomon znalazł się w kłopocie, gdyż nie mógł odmówić Królowej- Matce, nie mógł też spełnić jej prośby. Powziął wiec „salomonową decyzję”, kazał zabić Adoniasza i w ten sposób rozwiązał ten problem.”
Jak więc sami widzimy, „Syn Dawida” niczego nie może odmówić Królowej-Matce. Swojej Matce. Oczywiście Jej wola, wola Maryi, jest dokładnie taka, jak wola Jej Syna, więc Jezus, w przeciwieństwie do Salomona, nie ma problemów z takimi prośbami, jakie zanosiła Batszeba. Nie o to tu zresztą chodzi. Chodzi raczej o wykazanie, że zbliżające się święto jest bardzo biblijne i uczy nas ono, że Maryja, matka Jezusa, nie jest jakąś „malowaną świętą”, która została wzięta do nieba przed wiekami i jest tam teraz na zasłużonej emeryturze. Maryja jest prawdziwą Królową, której Syn dał wiele łask umożliwiających jej aktywną i skuteczną walkę z szatanem i pomoc nam na naszej drodze do zbawienia. Tak jak na początku zapowiada to protoewangelia w Księdze Rodzaju, jak opisuje to Apokalipsa na zakończenie Świętej Księgi, Biblii i jak uczy nas tego Kościół.
Odsłon: 400 Komentarzy: 10
Monday,15 August 2011,17:37
Kategoria: Kościół Monday, 15 August 2011, 17:37
W wigilię Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, w czytaniu z z Księgi Kronik słyszymy, że „Lewici nieśli Arkę Bożą na drążkach na swoich ramionach, jak przykazał Mojżesz zgodnie ze słowem Pana.” Także świąteczne czytanie z Apokalipsy mówi o Arce Przymierza, jaka ukazała się Janowi podczas widzenia na wyspie Patmos. Słowa te przypomniały mi o czymś, z czym chciałbym się z Wami podzielić.
Maryja jest często nazywana „Arką Przymierza”. Dzieje się tak dlatego, że jest Ona, tzn. Maryja, doskonałym spełnieniem archetypu tego mebla, znanego nam ze Starego Testamentu. Ta skrzynia drewniana, bogato zdobiona, zawierała w sobie, wg. Listu do Hebrajczyków, trzy rzeczy: „naczynie złote z manną, laska Aarona, która zakwitła, i tablice Przymierza”(Hbr 9,4b).
Manna, chleb, który Izraelici jedli na pustyni, podczas wyjścia z Egiptu, to archetyp Chleba Żywego. Jezus nam to sam powiedział:
„Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata.”(J 6,49-51)
Laska Aarona to symbol władzy kapłańskiej. List do Hebrajczyków nam mówi, kto jest prawdziwym Kapłanem na wieki:
„Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego…” (Hbr 4,14a)
Tablice Przymierza to, rzecz Jasna, kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami, czyli ze Słowem Bożym. Ale żywym Słowem Bożym jest sam Jezus:
„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.” (J 1,14)
Nie odkryłem tu, rzecz jasna, Ameryki. Ten wybór świątecznych czytań był świadomy. Już Ojcowie Kościoła zauważyli tą zależność. Chciałem jednak zwrócić uwagę na pewne konsekwencje tego faktu. Na znaczenie tego w naszym codziennym życiu, albo raczej naszym zrozumieniu pewnych prawd naszej wiary.
Pierwszy cytat, jaki zamieściłem, mówi, że Lewici nieśli Arkę na drążkach. Nie robili tego dlatego, że tak było wygodniej, ale dlatego, że za dotknięcie Arki Bóg karał śmiercią. Arka, nie tylko przez swoją zawartość, ale przede wszystkim przez obecność Ducha Świętego, który na Nią zstępował, była święta. Człowiek taki nie jest. Nie jesteśmy niepokalani. Dlatego to zetknięcie „sanctum” z „profanum” zawsze ma dramatyczne skutki. Albo „sanctum” jest sprofanowane, albo, gdy Święte jest Nieograniczone i Pełne i Doskonałe w swej świętości, to „profanum” nie przeżywa tego bliskiego spotkania.
Izraelici doskonale to rozumieli i Biblia jest pełna przykładów. Jest taka scena w Biblii doskonale nam to ilustrująca. Gdy podczas zawiłych losów Izraela Arka Przymierza dostała się w ręce wrogów, po jakimś czasie wracała do prawowitych właścicieli. Oddana, nawiasem mówiąc dobrowolnie, właśnie dlatego, że nawet ci, co do niej tylko zaglądali, przepłacili to życiem. Wracała Ona nie niesiona na drążkach przez Lewitów, ale wsadzona na wóz, ciągnięty przez woły. Szarpnęły one w pewnym momencie i Uzza podtrzymał Arkę, aby nie spadła na ziemię. Przepłacił to życiem. Możemy o tym przeczytać w 2 Sm 6,6-7 i 1 Kr 13,9-10.
Nam się często wydaje, że wystarczy robić to, co nam się wydaje dobre i słuszne, jest takie i w oczach Boga. Często jednak popełniamy wtedy taki grzech, jaki popełnili nasi prarodzice, Adam i Ewa. Ich grzech nie polegał na zjedzeniu jakiegoś owocu. Oczywiście, zgrzeszyli także nieposłuszeństwem wobec wyraźnego zakazu Boga, ale prawdziwy ich grzech, to fakt, że sami chcieli decydować, co jest dobre, a co złe.
W naszej współczesnej rzeczywistości spotykamy się z tym na co dzień. Wśród naszych braci i sióstr uważających się za dobrych chrześcijan argumentujących katolików, ale argumentujących do upadłego, że środki antykoncepcyjne są dobre, bo…, że klonowanie jest rzeczą pożyteczną, bo…, że zapłodnienie in vitro jest wspaniałą zdobyczą dla bezpłodnych kobiet, bo…Uzasadnić można niemalże wszystko i ja sam mógłbym podać kilka argumentów w obronie Uzzy. Ale Bóg wyraźnie powiedział, że Arki dotykać nie wolno:
„Przy zwijaniu obozu, gdy Aaron i synowie jego skończą okrywać przedmioty święte i wszystkie przynależne do nich sprzęty, wtedy przystąpią Kehatyci, aby je ponieść. Nie wolno im jednak przedmiotów świętych dotykać; w przeciwnym razie umrą. Taką to służbę mają do spełnienia Kehatyci w Namiocie Spotkania.” (Lb 4,15)
Bóg wymaga od nas posłuszeństwa. Nie dlatego, że jest tyranem, ale dlatego, że jest kochającym Ojcem i wie lepiej od nas, co jest dla nas pożyteczne.
Maryja przez to, że zawierała w sobie Słowo, Prawdziwego Kapłana i Chleb Żywy i dlatego, że i na nią zstąpił Duch Święty (Łk1,35) musiała być czysta, święta i wolna od profanacji. Całe swoje życie. I fakt, że wszyscy jesteśmy dziećmi Ewy i w grzechu się rodzimy nic tu nie zmienia. Jeżeli Wszechmogący Bóg może drewnianą skrzynię, nawet jak jest ona pozłocona, uczynić świętą, na pewno może uczynić Świętą i Niepokalaną Kobietę, która jest nie tylko Jego córką, dzieckiem, jak każdy z nas, ale także Oblubienicą i Matką Jego jedynego Syna. Z tego faktu wynika automatycznie dogmat o Niepokalanym Poczęciu i o wiecznym dziewictwie Maryi.
A co z takimi wersetami, jak te o „braciach Jezusa” i ten mówiący, że Józef nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna? Czy one nie mówią wyraźnie, że Maryja później miała „normalne” małżeństwo z Józefem?
Nie, nie mówią. Z wielu względów. Po pierwsze Bóg jest wierny. Jeżeli jest On oblubieńcem Maryi, jest nim aż do śmierci. A ponieważ jest On nieśmiertelny, jest nim nadal. Po drugie słowo „brat” ma inne znaczenie w językach używanych na wschodzie, niż w polskim czy angielskim. Oznacza on i kuzyna i współplemieńca i dalszego krewnego. Wiemy np., że Lot był siostrzeńcem Abrahama a Biblia nazywa go jego bratem. Zresztą nawet w naszym języku, gdy mówimy o „braterstwie” rozumiemy to szerzej, niż związek między braćmi-dziećmi jednej matki. Poza tym wiemy na pewno, że przynajmniej niektórzy z „braci” Jezusa są synami innej kobiety. Wyjaśnia to na przykład Katechizm Kościoła Katolickiego w paragrafie 500:
„Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie.”
A co z tym wersetem: „lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.”? (Mt 1,25) To zdanie nic nam nie mówi o tym, co Maryja robiła po narodzinach Jezusa. Ważne było wg św. Mateusza, żeby podkreślić fakt Jej dziewictwa w momencie narodzin Jezusa, nic on tu nie mówił o dalszych latach jej małżeństwa. Sformułowanie takie wcale nie musi sugeruje niczego, co miałoby się stać później, jak widać to na innym przykładzie z Biblii.
Pamiętacie powrót Arki do Izraela, o którym wcześniej pisałem? Król Dawid, który tę Arkę odzyskał, tak się cieszył, że fikał z radości przed Arką koziołki. Słowo użyte przez natchnionego autora jest tym samym, nawiasem mówiąc, jakiego użył św. Łukasz, mówiąc o Janie Chrzcicielu, który „podskoczył” w łonie świętej Elżbiety, gdy ją odwiedziła Maryja, ta prawdziwa Arka Przymierza. Podskakującego króla widziała jego żona, Mikal i wzgardziła nim. Wydawało jej się, że nie przystoi wielkiemu królowi robić z siebie publicznie pajaca. Ale Bóg był zapewne innego zdania, Jemu publiczne okazywanie naszej miłości i radości i procesje nie przeszkadzają. Przeszkadzają Mu natomiast ci, którzy się tego wstydzą i tych, którzy Boga wielbią. Ukarał więc Mikal. Nie mogła mieć ona dzieci, co zawsze było przekleństwem. Ale Biblia używa ciekawych słów: „Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci.” (2 Sm 6,23). Tym, którzy uważają, że takie sformułowanie sugeruje, że coś się później musiało wydarzyć, chciałbym tylko przypomnieć, że i po śmierci Mikal nie miała żadnych dzieci.
Innym ważkim argumentem jest właśnie ten przykład z Arką Przymierza i Uzzą. Skoro Maryja jest prawdziwą Arką Przymierza, to już z tego faktu wynika, że pozostała Ona Czysta. Święty Józef doskonale wiedział, na jakie małżeństwo się decyduje i komu będzie opiekunem. Gdy Maryja zapytała: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” to nie znaczyło, że nie wiedziała, skąd się biorą dzieci. Dziewczyna mieszkająca w malutkim miasteczku, właściwie wiosce, wśród pasterzy i zwierząt, 2 tysiące lat temu, musiała widzieć naturalny porządek rzeczy. Jej zdziwienie wynikało z innego faktu. Z tego, że ona już ofiarowała swe dziewictwo Bogu i Józef o tym wiedział.
Także ten werset to nam potwierdza: „Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.” (Mt 1,19). Gdyby Święty Józef myślał, że Maryja nie była mu wierna, nie oddalałby jej potajemnie. Jeżeli był on człowiekiem sprawiedliwym, a mówi nam to Biblia, to wypełniłby prawo. Postępowanie przeciw Prawu jest grzechem, a nie uczynkiem sprawiedliwym. Święty Józef dowiedziawszy się, że Maryja poczęła dziecko uwierzył i musiał się poczuć niegodnym bycia ojczymem Wcielonego Boga i dlatego chciał Maryję odesłać do rodziny. Dopiero jak anioł Pański w widzeniu powiedział mu, żeby się nie bał, oddalił od siebie tę myśl.
Pisałem też wcześniej, że Biblia używa tego samego słowa na określenie podskakującego z radości króla Dawida i Jana Chrzciciela. Warto porównać te dwie sceny: Jedna to powracająca Arka Przymierza do Izraelita, a druga to ta prawdziwa Arka Przymierza, ta z wizji umiłowanego ucznia Jezusa, świętego Jana, którą opisał w Apokalipsie, rozdziały 11i 12, Maryja przychodząca do domu Najwyższego Kapłana, Zachariasza i jego żony Elżbiety.
Porównując rozdział 6. drugiej Księgi Samuela i rozdział 1. Ewangelii Łukasza natrafiamy na więcej słów identycznych , lub bardzo podobnych. Czasem tracimy je w tłumaczeniu, ale ci egzegeci, którzy badają Pismo w oryginalnych językach zauważają te podobieństwa. Jak to, że Dawid wstał i poszedł do Judy (w.2) i Maryja wstała i udała się do pewnego miasta w pokoleniu Judy. (w.39); Dawid się dziwił, jak Arka Pana może przyjść do niego (w. 9) i Elżbieta się dziwiła, że Matka jej Pana ją odwiedziła (w.43); Arka trafiła do domu Obed-Edoma (w.10) i Maryja weszła do domu Zachariasza (w.40); Dawid sprowadził Arkę „z wielką radością” (w.12) i Maryi duch radował się w Bogu (w.47); Dawid prowadził Arkę wśród radosnych okrzyków (w.15) i Elżbieta krzyknęła, gdy Duch Święty ją napełnił na widok Maryi (w.42). I ten tańczący król Dawid w wersecie 16. w 2.Księdze Samuela i Jan Chrzciciel w wersecie 41. Ewangelii Łukasza. I jeszcze jedno podobieństwo: Arka Przymierza pozostawała w domu Obed-Edoma trzy miesiące (w11) i Maryja pozostawała w domu Elżbiety trzy miesiące (w56).
Wróćmy jeszcze na chwilkę do Apokalipsy Świętego Jana. Czasami spotykam się z zarzutem, że to, o czym mówi Jan pod koniec 11 rozdziału, ta wizja Arki, a początek 12, Niewiasta w koronie z dwunastu gwiazd, to dwie różne rzeczy i Kościół nieprawidłowo łączy te wersety w jeden ciąg. Jednak prawda jest taka, że to kościół ma rację. Jest ku temu kilka przyczyn i nie wszystkie tu uwzględnię, ale na parę chciałem zwrócić uwagę.
Przede wszystkim podział na rozdziały i numerowanie wersetów jest znacznie późniejszy, niż sama Biblia. Podział na rozdziały nie pochodzi od Jana. On pisał o Niewieście tuż po tym, jak napisał o wizji Arki, więc wydaje się naturalną rzeczą, że to tę Arkę opisuje dalej. Po drugie nie możemy zapominać czym była Arka Przymierza dla Żydów dwa tysiące lat temu. Był to najświętszy obiekt w ich całej historii. W świątyni przechowywana była w najświętszym miejscu, do którego tylko Najwyższy Kapłan miał dostęp raz w roku. Miejsce to było tak święte, że kapłanowi przywiązywano sznurek do nogi, aby w razie nagłej śmierci móc go wyciągnąć stamtąd, nie narażając się samemu na śmierć. A nagła śmierć groziła kapłanowi, gdyby w grzechach wstąpił do tego miejsca. Jednak w czasach Jezusa tej Arki już nie było. Najświętsze miejsce w świątyni nie zawierało jej od kilkuset lat. Była ona ukryta w górach, ale już nikt nie pamiętał gdzie. Gdy więc Jan napisał, że ją zobaczył w swej wizji, każdy Żyd wstrzymał oddech, pełen napięcia i niedowierzania, czekając na dalsze słowa Jana. Ale dalsze słowa nie były o skrzyni, ale o Niewieście. Nie dlatego, że Jan zlekceważył wizję Arki i przeszedł do czegoś innego. On opisując Niewiastę, która porodziła Syna, opisuje Arkę.
W niebie jedyną rzeczą uczynioną ręką ludzką są Rany Pana Jezusa. Nie ma tam mebli przytarganych z ziemi, ani żadnych naszych innych „skarbów”. Nawet takich jak ta drewniana Arka Przymierza. Jedyną Arką Przymierza, jaka tam jest, jest Królowa Niebieska, Niewiasta obleczona w wieniec z dwunastu gwiazd, Matka naszego Boga i Zbawiciela, Maryja.
Nie każdy dogmat, którego nas uczy Kościół, musi być wyraźnie określony w Biblii. To nie Kościół wyrasta z Biblii, ale Biblia jest dzieckiem Kościoła. Ale czasem warto zobaczyć, że i te dogmaty, które nie są wyraźnie w Biblii napisane, są w niej ukryte w sposób typologiczny. W końcu dogmat to nic innego, niż, jak mówi kardynał Ratzinger, nieomylna interpretacja Pisma Świętego.
Wszyscy chrześcijanie zgadzają się, że dogmat o Trójcy Świętej jest prawdziwy. Gdy ktoś go neguje, automatycznie przestaje być chrześcijaninem, mimo, że Biblia słów „Trójca Święta” nigdy nie używa. Byłoby wspaniale, gdybyśmy wszyscy zjednoczyli się wokół innych dogmatów, takich jak Niepokalane Poczęcie i Wniebowstąpienie. Nie dlatego, że uczy ich Kościół Katolicki, ale dlatego, że są prawdziwe. I wszyscy możemy wiele skorzystać z tradycji Kościoła, z nauki Ojców Kościoła i wielowiekowej pracy teologów i egzegetów nad depozytem Wiary zostawionym nam przez Jezusa. Nie ma potrzeby po dwudziestu wiekach chrześcijaństwa odcinać się od jego korzeni i odkrywać na nowo prawd znanych od dawna. Tym bardziej, że jak od tych korzeni się odetniemy, łatwo popełnić błędy, lub nie zauważyć pewnych prawd przekazanych nam w tym depozycie wiary.
Odsłon: 1297 Komentarzy: 107
Saturday,13 August 2011,06:25
Kategoria: Kościół Saturday, 13 August 2011, 06:25
Na Facebooku ktoś zaprasza do modlitw i postu w intencji ojca Corapi.
Pisałem o tym kapłanie parokrotnie, więc nie będę tu nic dodawał. Proszę tylko każdego, by się do nas przyłączył. Wyrwijmy go kudłatemu, bo naprawdę szkoda tak wspaniałego kapłana.
Oczywiście "koszula bliższa ciału", a ksiądz Natanek bliższy nam, Polakom, niż ojciec Corapi. Zatem przy okazji prośba, by i o księdzu Natanku nie zapominać. Modlitwą i postem każdego złego ducha się pokona. Jednak prośba o modlitwy i post za ojca Corapi jest na "teraz", na najbliższą niedzielę, więc dlatego głównie o nim dzisiaj piszę.
Ojciec Corapi był bardzo maryjny. Zawsze to podkreślał w swych kazaniach i wykładach. Często mówił o modlitwie różańcowej, cytując Padre Pio, który nazywał swój różaniec "bronią przecie złemu". Może więc Matka Pana Jezusa, w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia wymodli mu łaskę opamiętania się i powrotu do tego, co przyrzekł przed dwudziestu laty.
Ja się przyłączę. Chleb i woda. W tę niedzielę za ojca Corapi, a mam nadzieję, że podobna akcja powstanie też w intencji księdza Natanka. Nie dajmy sobie odbierać najlepszych kałanów. Na pokorę kudłaty nie ma sposobu, a poniżenie siebie samego dla Królestwa, dla Jezusa, poprzez dobrowolne odebranie sobie przyjemności związanych z jedzeniem jest doskonałym sposobem wyrażenia tej pokory. Zatem zapraszam.
Odsłon: 628 Komentarzy: 14
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Wednesday, 21 December 2011
Tuesday, 17 January 2012
Friday, 17 February 2012
Thursday, 24 November 2011
Monday, 19 December 2011
