Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Kronika Pielgrzymki 2012

Kategoria: Świat Tuesday, 17 January 2012, 05:13

"Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swych planach".  Lubię to powiedzenie, bo mnie życie zaskakuje na każdym kroku. Zwykle toczy się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałem.



Planowałem zmianę pracy - ukończyłem właśnie kilkutygodniowy proces, w czasie którego wypełniłem tony formularzy, przeszedłem przez badania lekarskie i testy sprawnościowe, po czym otrzymałem w ubiegłą środę informację, że zaczynam nową pracę od poniedziałku, 16 stycznia.  Dzień później powiadomiono mnie jednak, że na razie nie są zainteresowani moją osobą.



Cóż, choć ta ostatnia informacja mnie zupełnie zaskoczyła i nieco rozczarowała, to przecież nie jest to koniec świata. Jest to moment, w którym warto sobie uzmysłowić w Kim pokładamy nadzieję i zaufać, że być może On ma dla nas lepszy plan.



W ostatnią niedzielę słyszeliśmy fragment z Pierwszej Księgi Samuela, gdzie Heli instruuje młodego Samuela: "Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha". Bóg woła każdego z nas, ale często zagonieni nie mamy czasu na wsłuchiwanie się w Jego głos. Wygląda na to jednak, że teraz będę miał tego czasu sporo. Problem jednak polega na tym, że nic nie słyszę... Czasem szkoda, że dobry Bóg nam nie podpowiada tak wyraźnie, jak Samuelowi.



Co w takim razie teraz zrobię? Najpierw pojadę do Polski. Ponieważ zwykle w USA po roku pracy w nowej firmie otrzymuje się zaledwie jeden tydzień urlopu, a po dwóch latach dochodzi drugi (i często na tym się kończy), to teraz mam być może ostatnią szansę, by w ciągu najbliższych paru lat na dłuższej odwiedzić Ojczyznę. Wylot w sobotę, 21 stycznia.

 


Zatem pielgrzymka, bo każdy wyjazd do Polski jest dla mnie pielgrzymką. Jest to zawsze jakieś ładowanie akumulatorów duchowych. Wizyty w katedrze na Wawelu, na Jasnej Górze, w Kalwarii Zebrzydowskiej, w Czernej u Karmelitów, w Niepokalanowie, w obozie w Auschwitz, gdzie został zamordowany św. Maksymilian - to są stałe programy, które sobie zawsze bardzo cenię. I choć nie za każdym razem uda się odwiedzić wszystkie te miejsca, to są też jakieś inne, a wszystkie doskonale mnie duchowo podbudowują.



Co prawda nie wiem, czy mi te akumulatory nie zamarzną, bo ostatnio zima sobie przypomniała o Europie, ale to też będzie ekscytujące przeżycie. Ja mieszkam w mieście położonym na szerokości geograficznej Casablanki i zimy u nas są zwykle bezśnieżne. Bywało nawet, że po Świętach Bożego Narodzenia jechaliśmy nad morze i kąpaliśmy się w Atlantyku. Jednak jeżdżąc po całych Stanach nie zapomniałem jak wygląda zima. W tym sezonie już mnie dopadły w Wyoming niemal 30-stopniowe mrozy. Polskiej zimy jednak nie widziałem już ponad 30 lat.  Muszę tylko zakupić jakieś zimowe rzeczy i w drogę. Jestem gotowy przypomnieć sobie jak to jest, gdy przemarznięty człowiek czeka na tramwaj w lutowy poranek.



Zapraszam więc na wspólną pielgrzymkę. Na pewno opiszę tu swoje przeżycia. Będą też jakieś zdjęcia, a na YouTube filmy. I proszę o modlitwę w intencji szczęśliwej podróży i szybkiego znalezienia pracy po powrocie do Stanów. A gdyby ktoś chciał mnie "namierzyć", będę informował gdzie jestem na moim Twitterze, twitter.com/truckerhiob.

Odsłon: 495 Komentarzy: 14


Theotokos

Kategoria: Kościół Sunday, 01 January 2012, 03:52

 

Pierwszy stycznia to nie tylko Nowy Rok i Światowy Dzień Pokoju, ale przede wszystkim święto Maryi, Świętej Bożej Rodzicielki. Czyli Matki Boga. Dziś w Kościele usłyszeliśmy znowu to piękne błogosławieństwo, jeden z moich ulubionych wersetów:

 

Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. (Lb 6,24-26)


Błogosławieństwo rzeczywiście piękne, ale co z tą Matką Boga? Jak to Matka Boga? Jak Maryja, która jest tylko człowiekiem może być matką Kogoś, kto istnieje od zawsze? Kto nie ma początku? Często takie zarzuty stawiane są nam, katolikom. „Przesadzacie z tym uwielbianiem Maryi, nadając jej jakieś niezrozumiałe i wręcz bluźniercze tytuły”. Ale negowanie tego, że Maryja jest Matką Boga jest negowaniem tego, że Jezus jest Bogiem. Ten tytuł ma bowiem bardzo niewiele wspólnego z Maryją, za to bardzo dużo z tym, kim naprawdę jest Jezus.



Sam tytuł („Theotókos”) został Jej nadany na soborze powszechnym w Efezie w roku 431. Nestroriusz, patriarcha Konstantynopola i Cyryl, patriarcha Aleksandrii, nie tylko inaczej interpretowali słowa, że „Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”, ale także walczyli ze sobą o to, kto ma być przywódcą Kościoła na Wschodzie. Zwalczali się także w sferze politycznej, walcząc o wpływy w tamtym rejonie świata. Pogląd Nestoriusza został potępiony i herezja ta znana jest dzisiaj jako „nestorianizm”. Nestorianizm to doktryna głosząca, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Według Nestoriusza więc Maryja urodziła „Jezusa-człowieka”, ale nie Boga. Cyryl nauczał, że Jezus jest jedną Osobą, Boską, ale mającą dwie natury: Boską i ludzką. Nie da się więc „dzielić” Jezusa na Boga i na człowieka. On jest cały czas, niepodzielnie, jednym i drugim. Zatem Maryja rodząc Go musiała urodzić Boga.



Pamiętam raz, jak przysłuchiwałem się debacie między Timem Staples i jakimś wrogo nastawionym do Kościoła Katolickiego fundamentalistą. Tim, sam były Zielonoświątkowiec, były pastor, aktywnie w swoim czasie zwalczający Kościół Katolicki, a teraz wielki obrońca Kościoła Katolickiego, zadał pytanie swemu adwersarzowi: „Czy Jezus był Bogiem zanim anioł Gabriel zwiastował Maryi, że pocznie i porodzi Syna?” „Tak, oczywiście”, odpowiedział jego rozmówca. „A czy Jezus był nadal Bogiem w minutę po Zwiastowaniu?” „Tak”. „A później… pięć miesięcy później, czy dziewięć, na moment przed Bożym Narodzeniem… Czy Jezus był ciągle Bogiem?” „Taaak… myślę, że tak…na pewno tak” z rozmysłem odpowiedział protestant, czując, że pakuje się w jakąś pułapkę. „A czy Jezus był Bogiem minutę po tym jak go urodziła Maryja?” „Tak”. To czy nie jest prawdą, że Maryja urodziła Boga, a więc jest Matką Boga?” „Nie!” –brzmiała natychmiastowa odpowiedź. Tak to bywa, jak nasze uprzedzenia są ważniejsze od logicznego myślenia.



Nikt w Kościele nie twierdzi, że boskość Jezusa jest w jakikolwiek sposób darem Maryi. Ale też nikt nie twierdzi, że, powiedzmy, moja mama dała mi duszę. Moja mama dała mi ciało, a duszę dostałem od Boga. Ale ja nie nazywam mojej mamy „Mamą mojego ciała”. Moja mama jest moją mamą. Urodziła mnie. I niezależnie skąd otrzymałem duszę, ciągle jest ona (mama, nie dusza) mamą całej mojej osoby. Bo ja nie jestem ciałem, w którym telepie się dusza, ( która zresztą zazwyczaj siedzi na ramieniu). Nie jestem też duszą uwięzioną w ciele. Jestem urodzonym przez kobietę człowiekiem.



Dogmat o Maryi, matce Boga właśnie o tym mówi. Że Jezus jest Jeden. Ma dwie natury, Boską i ludzką, ale jest Jedną Osobą. Jest Synem Bożym, drugą  Osobą Trójcy Świętej i nie ma jakiegoś innego Jezusa, który byłby tylko człowiekiem, nie będąc Bogiem. A więc dogmat o tym, że Maryja jest Matką Boga jest nie tyle dogmatem Maryjnym, ile chrystologicznym, nauczającym nas o Jezusie. To, że Ona jest Matką Boga jest tylko zwykłą konsekwencją faktu, że Jezus rzeczywiście tym Bogiem jest. Zawsze i niepodzielnie.


Drugiego stycznia usłyszymy czytanie z 1. Listu św. Jana:


Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. Wy zaś zachowujecie w sobie to, co słyszeliście od początku. Jeżeli będzie trwało w was to, co słyszeliście od początku, to i wy będziecie trwać w Synu i w Ojcu. A obietnicą tą, daną przez Niego samego, jest życie wieczne. (1 J 2, 22-25)



A w Ewangelii z tego dnia św. Jan, umiłowany uczeń Jezusa przytacza słowa św. Jana Chrzciciela:



Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. (J 1,26-27)


Słowa człowieka, który został nazwany przez Jezusa „Największym spośród narodzonych z niewiast” (por. Mat 11,11). Jeżeli więc ten największy spośród narodzonych w naturalny sposób nie jest godzien nawet odwiązać rzemyka w sandałach Jezusa, to kim On jest?



Jezus to nie jest syn Boży w takim samym znaczeniu jak ja i Ty. W takim znaczeniu, o jakim mówi czytanie w Kościele w dniu 3 stycznia. Nawiasem mówiąc kolejny z moich ulubionych wersetów:



Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1)



Nasze synostwo, choć rzeczywiste, zostało nam dane przez adopcję. My przez wiarę, w Jezusie, staliśmy się dziećmi Bożymi, a Jezus jest Nim z samej swojej natury. Uczy nas o tym św. Paweł:



Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. (Ga 3,26-27)



… i mówi nam o tym sam Pan Jezus:



Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J 10,30)

Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)

 

Już w czwartym wieku, na Soborze w Konstatntynopolu, zatwierdzony został tekst Credo, naszego wyznania wiary, tak mówiącego o Jezusie:

 


[Wierzę] w jednego Pana Jezusa Chrystusa,
Syna Bożego Jednorodzonego,
który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami,

Bóg z Boga,
Światłość ze Światłości,
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.
Zrodzony a nie stworzony,
współistotny Ojcu,
a przez Niego wszystko się stało.

 

"Zrodzony" nie oznacza tu tego, że był czas, kiedy nie było Syna, który dopiero został "zrodzony" w późniejszym czasie. Bo skoro "przed wszystkimi wiekami", skoro "przez Niego wszystko się stało", skoro Jezus jest "współistotny Ojcu", to znaczy, że przez całą wieczność Ojciec i Syn istnieli.

 

"Zrodzony a nie stworzony" oznacza jedynie, że Ojciec i Syn mają tę samą naturę. Jak ja i mój syn. Fizycznie wcale nie jesteśmy do siebie za bardzo podobni. Gdybym był utalentowanym rzeźbiarzem, potrafiłbym wyrzeźbić posąg wyglądający identycznie jak ja. Ale posąg ten byłby "stworzony" i choć byłby podobny do mnie jak dwie krople wody, miałby zupełnie inną naturę. Mój syn ma moją naturę, jest czlowiekiem, bo jest "zrodzony, a nie stworzony". Tak samo Syn, Jezus, jest Osbą Boską, bo jst "zrodzony, a nie stworzony".

 

 A skoro Jezus i Ojciec są Jednym, skoro każdy, kto widział Jezusa widział także Ojca, skoro Jezus jest "genitum non factum, consubstantialem Patri", to jasne jest, że Jezus jest Prawdziwym Bogiem. Nic więc dziwnego, że Kościół nadał Jego Matce tytuł, który potwierdza tylko niezaprzeczalny fakt: Maryja urodziła Boga, który stał się człowiekiem, abyśmy my wszyscy mogli stać się dziećmi Bożymi.



Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. […]

Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1-5,10-14)

 

Odsłon: 475 Komentarzy: 16


The Twelve Days of Christmas

Kategoria: Kościół Monday, 26 December 2011, 03:55

The Twelve Days of Christmas to bardzo popularna piosenka świąteczna w anglosaskich krajach. Znana jest także we Francji (i najprawdopodobniej właśnie z Francji pochodzi) i zapewne znana jest już także w Polsce. Pewnie głównie dzięki Shrekowi, który ją chyba śpiewał w jednym ze swych filmów. Nie każdy jednak wie, że jest to ukryty katechizm Kościoła Katolickiego.



Piosenka ta przyszła z Francji do protestanckiej Anglii w czasach, gdy Kościół Katolicki był tam nielegalny. Posiadanie jakichkolwiek katolickich materiałów, jakichkolwiek pism związanych z papiestwem było przestępstwem według obowiązującego prawa, więc przy pomocy tej piosenki można było "przemycić" mały Katechizm.



Dzisiaj także może ona służyć nie tylko jako mały Katechizm. Tym bardziej, że w protestanckiej Ameryce wszyscy śpiewają o dwunastu dniach Bożego Narodzenia, ale nikt już nie obchodzi tak tego Święta. Na naszej ulicy śmieci zabierane są we wtorki, więc pewnie jutro choinki będą już wystawione na trawniki. Lampki przed domami też pogasną, albo w najlepszym przypadku dotrwają do Nowego Roku. Nasz dom jest jedyny, który ma choinkę, szopkę i lampki przed domem przez 12 dni Bożego Narodzenia, do Święta Trzech Króli. Do święta, którego nie ma w kalendarzach liturgicznych wspólnot ewangelickich. Ale skoro się nie ma kalendarza liturgicznego, to gdzie jakieś święta umieszczać? 



Oto słowa tej piosenki:



On the twelfth day of Christmas, my true love gave to me...
12 Drummers Drumming
11 Pipers Piping
10 Lords-a-Leaping
9 Ladies Dancing
8 Maids-a-Milking
7 Swans-a-Swimming
6 Geese-a-Laying
5 Golden Rings
4 Calling Birds
3 French Hens
2 Turtle Doves
And a Partridge in a Pear Tree.



Nie jest istotne co oznaczają dosłownie po polsku, natomiast ukryte, symboliczne znaczenie  było takie:



True love to miłość Boga do nas,
Partridge in a Pear Tree (przepiórka na gruszy)  to Jezus przybity do Krzyża.
2 Turtle Doves to Stary i Nowy Testament,
3 French Hens to trzy cnoty boskie (wiara, nadzieja, miłość), albo wg. innej interpretacji, trzy dary Mędrców złożone Jezusowi i Maryi,
4 Calling Birds to czterech Ewangelistów, Mateusz, Marek, Łukasz i Jan.
5 Golden Rings to Pentateuch, Pięcioksiąg, pięć pierwszych Ksiąg Starego Testamentu,
6 Geese-a-Laying to sześć dni stworzenia,
7 Swans-a-Swimming to siedem darów Ducha Świętego (dar mądrości, rozumu, umiejętności, rady, męstwa, bojaźni Bożej. - Iz 11:2-3)
8 Maids-a-Milking to osiem Błogosławieństw ((Mt 5, 3-11)
9 Ladies Dancing to dziewięć owoców Ducha Świętego ( "miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" - Gal 5, 22-23)
10 Lords-a-Leaping to Dziesięć Przykazań,
11 Pipers Piping to jedenastu wiernych Apostołów i
12 Drummers Drumming to dwanaście artykułów wiary w Składzie Apostolskim.



A to linki do piosenki. Pierwsza wersja w wykonaniu genialnego chóru Straight No Chaser. 10 facetów śpiewających a capella. Nie całkiem wykonanie wierne oryginałowi, ale  co to szkodzi. Naprawdę warto posłuchać. ;-)

http://www.youtube.com/watch?v=2Fe11OlMiz8 

... a to równie nieortodoksyjna wersja Shreka: 

http://www.youtube.com/watch?v=-UhcmUU0QpY




Odsłon: 197 Komentarzy: 0


O tym dlaczego Bóg stał się człowiekiem i przepis na Dobre Święta

Kategoria: Fronda Friday, 23 December 2011, 13:20

W pewną mroźną, grudniową noc pewien ojciec został sam w domu, gdyż jego żona z dziećmi pojechali na Pasterkę. On sam uważał się za intelektualistę, człowieka racjonalnego. Nie wierzył w żadne zabobony i gusła, a naukę Kościoła traktował jak mity greckie.  Wydawało mu się zupełnie nielogiczne, by Bóg mógł się narodzić jako małe Dzieciątko.  Bo niby po co? Wierzył on w  jakiegoś Boga – Wielkiego Zegarmistrza, który stworzył Wszechświat – Maszynę, raz „nakręconą”, którą więcej się On nie interesuje, ale nie rozumiał koncepcji Boga stającego się człowiekiem i odrzucał możliwość, by taki Bóg mógł istnieć.

 

Pogoda stawała się coraz gorsza, wiatr się wzmagał i trwała burza śnieżna. Nagle niewiadomo skąd przyleciała gromada ptaszków i zwabione światłem w oknie domu zaczęły wpadać w szybę, szukając ratunku przed mrozem i śnieżycą. Musiały przylecieć z daleka, osłabione brakiem pokarmu, bo kilka z nich padło martwych na śnieg pod oknem i na parapet. Człowiek ten bardzo kochał przyrodę, był ekologiem. Żal mu się zrobiło tych biednych ptaszków, więc postanowił je uratować.

 

Rodzina ta mieszkała na wsi, mieli swą farmę i w budynku gospodarczym było dużo miejsca. Było tam  wiele ziaren i nasion i było tam ogrzewanie. Ubrał  się więc, wyszedł na dwór, otworzył drzwi do stodoły i zaczął tam naganiać ptaszki. One jednak go nie rozumiały. Przestraszone, uciekały i ginęły, usiłując szukać ratunku w zamkniętym oknie.

 

„Gdybym tylko mógł się stać jednym z nich” – Pomyślał. – „Mógłbym wtedy przemówić do nich zrozumiałym językiem, pokazać im drogę do zbawienia. Poszłyby za mną i odnalazły ratunek”. Gdy tylko to powiedział, doznał olśnienia.  Upadł na kolana i zaczął się modlić do Boga, w którego jeszcze przed godziną nie mógł uwierzyć. Nagle zrozumiał, dlaczego Bóg stał się człowiekiem. To przecież takie oczywiste! Takie logiczne! Szybko się przebrał i pojechał do kościoła, dołączyć do swoich najbliższych, by razem witać nowonarodzone Dziecię.

 

Przepis na Dobre Święta:

 

Potrawy wigilijne tradycyjnie powtarza się co roku, więc i ten przepis warto przypomnieć. Przepis jest bardzo trudny, ale jak się już raz spróbuje, to potem za każdym razem wychodzi lepiej:

 

PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA.


Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności.

 

Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku - przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.

 

W tą najpiękniejszą noc roku, gdy sam Bóg się narodził i stał się jednym z nas, życzę Wam wszystkim wiele Bożych Błogosławieństw, dużo zdrowia, radości, szczęścia, spełnienia najskrytszych marzeń i wiele miłości z okazji Świąt Bożego Narodzenia, teraz i w całym 2012 roku.



 

Niech nowonarodzone Dzieciątko Jezus błogosławi Was i strzeże. Niech rozpromieni oblicze swe nad Wami, niech Was obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku Wam oblicze swoje i niech Was obdarzy pokojem.

 

Piotr Jaskiernia z rodziną

Odsłon: 378 Komentarzy: 10


Jezus, Eliasz i reinkarnacja, czyli katolicyzm po polsku.

Kategoria: Kościół Wednesday, 21 December 2011, 04:53

Inspiracją do tego wpisu był doskonały tekst księdza Mieczysława Piotrowskiego TChr z czasopisma Miłujcie się, przedrukowany przez Frondę. Przeczytałem tam, że "aż 32 proc. Polek i Polaków wierzy w reinkarnację. I jest to najwyższy odsetek na kontynencie!"



Nie chcę powtarzać tego, co każdy może wyczytać w tamtym tekście. Artykuł księdza Piotrowskiego doskonale obnaża niebezpieczeństwa tej wiary. Pokazuje zagrożenia dla naszej duszy, związane z tą ideologią. Ja chciałbym tu jedynie zająć się nielogicznością wiary w reinkarnację. Dla mnie bowiem jest to totalnie bezsensowna idea.



Przede wszystkim mam problem z liczbami. Ja nie jestem politykiem, mnie cyferki muszą się zgadzać. Tymczasem wśród europejskich wyznawców tej wiary trudno spotkać takich, co wierzą, że kiedyś byli, albo że w kolejnym wcieleniu będą jakimiś zwierzętami. Oni zawsze w poprzednich wcieleniach byli ludźmi, i to najczęściej ludźmi znaczącymi.


Jednak... jeżeli każdy człowiek miał ileś poprzednich wcieleń, to nam brakuje ludzi. Nauka nam mówi, że wszyscy pochodzimy od jednej matki. Zatem... skąd się wzięły dusze jej dzieci? Kiedyś ludzkość całej Ziemi liczyła kilka milionów. Dzisiaj kilka miliardów. Zatem skąd się biorą te "nowe dusze"?


I jeżeli karma determinuje w naszym życiu to, czy jesteśmy zdrowi i bogaci, czy też chorzy, biedni i nieszczęśliwi, to kto, albo co determinuje jakie będzie życie tych nowych osób, które w jakiś sposób "zaistniały" nie mając poprzedniego wcielenia?


Powiecie, że problem ten znika, gdy przyjmiemy, że nasze dusze mogą powrócić do życia w zwierzętach? Nie prawda. Nie tylko problem nie znika, ale staje się jeszcze poważniejszy. Zwierzęta bowiem nie mają wolnej woli, zatem nie mogą postępować "moralnie". Zwierzęta zawsze postępują instynktownie. Tygrys rozszarpujący antylopę nie zrobił nic złego, tak, jak pies, który zagryzł kota. Złem może być jedynie postępowanie właściciela psa, który go poszczuł, samo zwierze zawsze robi to, co mu zew krwi nakazuje.


Zatem w jaki sposób karma zwierząt może być dobra, albo zła? I nie mówię tu o obroku dla konia. Czy też może to my, ludzie, oceniamy, że krową to się zostaje w nagrodę, a szczurem za karę? I co dalej? I jak się "odwali szczurzą zmianę", to automatycznie w następnym wcieleniu stajemy się krową? Przecież to się nie trzyma kupy.


Jednak i tak nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ nie pamiętamy ani naszych poprzednich wcieleń, ani nie będziemy pamiętać w przyszłości naszego, aktualnie przeżywanego życia. Tak, tak, wiem, Shirley MacLaine podobno pamięta. I na co dzień rozmawia nie tylko ze swoimi poprzednimi wcieleniami, ale także ze swoimi przyjaciółmi z innych planet. Lecz ja nie mówię o ludziach, którzy się powinni leczyć u psychiatry, ale o sobie i o Tobie, drogi czytelniku. Ani ja, ani Ty nie pamiętamy żadnego poprzedniego wcielenia, prawda? Zatem... nawet, gdyby ono było, nie miałoby to dla nas żadnego znaczenia.


W praktyce wyznawca wiary w reinkarnację niczym się nie różni od ateisty. Dla jednego i dla drugiego koniec ziemskiego życia oznacza nicość. Ich pamięć, jestestwo, samoświadomość istnienia znika. To, czy się nasza dusza odradza w innym ciele, czy też nie istnieje w ogóle, z praktycznego punktu widzenia nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Dla umierającego wyznawcy New Age, czy hindusa, czy buddysty, czy też ateisty, śmierć oznacza koniec i pustkę.


Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Prawda jest taka, że nasza dusza powstaje, stworzona przez Boga, w momencie naszego poczęcia. Powstaje z niczego, ale nigdy nie przestaje istnieć i istnieje wraz z pamięcią i ze świadomością tego, kim jesteśmy. W Liście do Hebrajczyków czytamy, że "postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd". Raz to znaczy raz. A jak sąd, to musimy mieć pamięć tego, za co nas Sędzia będzie sądził.


Święty Jan Chrzciciel nie był Eliaszem po reinkarnacji. Sam to potwierdził:

 

Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! (J 1, 19-21)

Zatem gdy Jezus mówi, że

Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. (Mt 11, 13-14)

... to nie mówi, że św. Jan jest zmartwychwstałym Eliaszem, ale, że to św. Jan jest tym, kogo zapowiadał Malachiasz, mówiąc, że przyjdzie taki prorok jak Eliasz:

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego. (Ml 4,5)

A skąd wiemy, że to nie sam Eliasz? Bo nam to wyjaśnia św. Mateusz:

Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu. (Mt 17, 10-13)


Eliasz został zabrany do Nieba i nie powraca tu w niekończącym się cyklu kolejnych reinkarnacji. Spotkanie z nim będzie możliwe dopiero wtedy, gdy i my będziemy w Niebie. Chyba, że Bóg da nam łaskę mistycznego przeżycia, podobnego do tego, jakiego świadkami byli wybrani apostołowie:

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. (Mt 17, 1-3)

To jednak nie ma nic wspólnego z reinkarnacją.

Nie było też reinkarnacją Wcielenie Pana Jezusa. W momencie Poczęcia Jezus otrzymał ludzką duszę, ale to nie było nowe wcielenie istniejącej duszy. I po Jego śmierci Jego dusza nie powędrowała do innej osoby. Pan Jezus, prawdziwy i jedyny Bóg, JEST. JEST w momencie stworzenia świata, JEST w momencie wcielenia, JEST w dniu swych narodzin w Betlejem i JEST w dniu Sądu Ostatecznego. JEST poza czasem i ponad czasem. Ale na osi upływu czasu stał się On w pewnym momencie historii Świata człowiekiem. Otrzymał ciało i duszę jak każdy z nas. Nigdy jednak nie przestał być Bogiem, ani nigdy nie utracił świadomości, że JEST Bogiem. A dziś, będąc w Niebie, nadal pozostaje tym samym prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Ze swą ludzką duszą, która nigdzie nie powędrowała.


Nie wiem jak 32% Polaków może pogodzić swą wiarę w reinkarnację z faktem, że, przynajmniej nominalnie, w większości są katolikami. Nie wiem, ale się domyślam. Jest to możliwe tylko dlatego, że dzisiaj myślenie sprawia zbyt wielki wysiłek. Ludzie powtarzają brednie po innych, nie zastanawiając się nad tym, czy to ma jakikolwiek sens, czy nie. Ważne, żeby to było "trendy" i "cool", żeby było "nowoczesne", a nie takie zacofane, jak "zwykłe chrześcijaństwo".


A że jest to bez sensu? Że naraża nas na utratę zbawienia? Że prowadzi do takiego życia, które konsekwentnie pozbawia nas łaski uświęcającej i prowadzi do potępienia? No przecież właśnie dlatego wierzymy w reinkarnację, żeby się takich przesądów jak sąd i piekło nie bać! Jakie potępienie, jak po śmierci żadnego sądu nie ma? Hulaj dusza, a jak coś zawalimy, to co najwyżej następny "wehikuł" naszej duszy pomęczy się troszkę. To już nie mój problem, tylko jego i mojej duszy z amnezją, która nie będzie pamiętać, że ja to ja.


Wszystko się sprowadza do tego, co zrobili Ewa i Adam w rajskim ogrodzie:

Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. (Rdz 3, 4-6)


My wszyscy chcemy być jak Bóg. Nie chcemy, by On nam mówił, co jest dobrem, a co złem. My sami chcemy o tym decydować. Ale ta perspektywa Sądu Ostatecznego nam strasznie bruździ, więc lepiej pomieszać nasze chrześcijaństwo z New Age, dodać trochę buddyzmu, troszkę hinduizmu, jakąś medytację, jakieś wierzenia w cykl reinkarnacji kończący się rozpłynięciem się w niebycie nirwany i już można wszystko: Hulaj dusza, piekła nie ma. A że to sprzeczne z nauką Kościoła? "Ja wierzę w Boga, ale nie wierzę w Kościół". Yeah, right. W boga, którym jest mój własny brzuch.


Skoro jesteśmy przy 3 rozdziale Księgi Rodzaju, warto wspomnieć, że jest on nazywany protoewangelią, bo Bóg tu zapowiada to, co miało się stać tysiące lat później:

Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)

 

I tak doszliśmy do dzisiejszego dnia. Potomek Niewiasty narodził się w Betlejem i trzydzieści trzy lata później zmiażdżył głowę wężowi. Dał nam życie wieczne. Dał nam łaskę, umożliwiającą wieczne życie i okazał nam miłosierdzie. Zatem zamiast mydlenia sobie oczu bredniami o reinkarnacji może warto oddać pokłon Temu, na którego przyjście w Adwencie tak niecierpliwie czekamy? Może warto się zastanowić nad bezsensem reinkarnacji i przyjąć całym sercem to, co jest Prawdą?


Warto to zrobić, bo Prawda zawsze jest najpiękniejsza.

Odsłon: 1186 Komentarzy: 56


Dlaczego 25 grudnia?

Kategoria: Kościół Monday, 19 December 2011, 17:46

Dlaczego 25 grudnia? Pisałem już przed rokiem dlaczego uważam, że to nie jest zaledwie symboliczna data, ale mamy kolejny rok i mamy kolejnych gości na blogu, więc warto przypomnieć, czemu nasz Pan, gdyby posiadał paszport, miałby tam wpisane "Urodzony 25 XII". ;-)


„Sol Invictus”


Zacznijmy więc od "standardowego tłumaczenia". W wielu miejscach możemy przeczytać, że 25 grudnia to jedynie "ochrzczone" święto „Sol Invictus”, związane z przesileniem zimowym. Jednak, jak się wydaje, jest to spore uproszczenie i najprawdopodobniej nie ma w nim wcale prawdy.


„Ochrzczenie” pogańskiego święta na cześć boga Sol Invictus nastąpiło dopiero pod koniec czwartego wieku, a tymczasem data narodzin naszego Pana była znana Kościołowi wcześniej. Zatem to nie data narodzin Pana Jezusa została zdeterminowana przez święto fałszywego bożka, ale raczej święto bożka musiało zostać zamienione na obchody Bożego Narodzenia, bo akurat obchodzono je w dniu narodzin Prawdziwego Boga. Gdy chrześcijaństwo wyszło z podziemia i stało się religią państwową, Boże Narodzenie musiało wyprzeć święto fałszywego bożka z "państwowego kalendarza".


Nawet, gdy przyjmiemy, jak podaje Wikipedia, że święto Sol Invictus zostało ustanowione przez cesarza Lucjusza Domicjusza Aureliana w 274 roku, to przecież chrześcijanie pozostający wtedy w ukryciu i często prześladowani, nie mieliby żadnego powodu, by uznać akurat taką datę za Boże Narodzenie. Chyba, że… Chyba, że rzeczywiście byłby to dzień narodzin Jezusa.
Nowe Narodzenie na Krzyżu.


Joseph Ratzinger w swej książce "The Spirit of the Liturgy" pisze, a ja tu sparafrazuję jego słowa, opierając się na angielskim tekście:


Zadziwiające jest to, że punktem wyjścia do ustalenia daty narodzin Jezusa jest 25 marca. O ile wiem, (pisze Ratzinger), najstarsza antyczna wzmianka o tym znajduje się w pismach Tertuliana (ur.150 – zm.207), który przyjmuje za powszechnie uznaną tradycję, że Chrystus umarł na Krzyżu 25 marca. W Galii aż do szóstego wieku była to niezmienna data obchodzenia Ukrzyżowania. W dziele wyliczającym datę Wielkanocy, napisanym w roku 243 i pochodzącym z Afryki znajdujemy datę 25 marca jako dzień stworzenia świata i w połączeniu z nią osobliwe datowanie narodzin Jezusa. Według przekazu z Księgi Rodzaju słońce zostało stworzone czwartego dnia, czyli 28 marca. Zatem ten dzień powinien być uznany za dzień narodzin Chrystusa, Prawdziwego Słońca. […]


Stare teorie (o "ochrzczeniu" pogańskich świąt) nie dadzą się dłużej utrzymać. Decydującym czynnikiem bowiem jest tu zależność między stworzeniem, a Krzyżem, stworzeniem i Poczęciem Jezusa. W świetle "Jego Godziny" daty te mają kosmiczne znaczenie. Cały początek Wszechświata był zatem zapowiedzią Chrystusa, "Pierworodnego wobec każdego stworzenia". […] Fakt, że daty Poczęcia i Narodzin od początku miały kosmologiczne znaczenie pokazuje, że Boże Narodzenie może teraz stawić czoła kultowi Słońca i włączyć go w teologię Święta Bożego Narodzenia.

 

Ratzinger przypomina potem, że Ojcowie Kościoła, Święty Hieronim i święty Augustyn pisali o tym już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i przypomina, że święto Jana Chrzciciela, który zapowiedział przyjście Jezusa, wypada dokładnie w połowie miedzy Poczęciem, a Bożym Narodzeniem. Powrócę jeszcze do tego poniżej.



Antyczne pisma.



Pierwsza historyczna wzmianka o 25. grudnia, jaka dotrwała do naszych czasów, pochodzi z tak zwanego Kalendarza Filokaliańskiego, z roku 336, czy, według innych, chyba bardziej prawdopodobnych źródeł, z roku 354, gdzie czytamy przy dacie 25 grudnia: „Natus Christus in Betleem Judea”, czyli „Chrystus się narodził w Betlejem w Judei”.



Święty Augustyn około roku 400 AD wspomina donatystów, którzy obchodzili Boże Narodzenie 25. grudnia, ale odmawiali obchodzenia święta Objawienia Pańskiego 6. stycznia. Ponieważ ta schizmatycka, czy heretycka grupa chrześcijan pojawia się około roku 312 AD, w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana i trzymała się sztywno swych przekonań, jakie jej towarzyszyły od początku, można przyjąć, że w na samym początku czwartego wieku data 25. grudnia była dość dobrze ustalona, przynajmniej w Północnej Afryce.



Co z tym 6 Stycznia?

 


Powróćmy więc jeszcze do teorii pogańskiego pochodzenia daty Bożego Narodzenia. Co prawda w świetle słów kardynała Ratzingera widzimy, że zależność jest raczej odwrotna. To właśnie poganie czczą fałszywych bożków w tym czasie, bo sama natura wskazuje na ten czas, na jego niezwykłość, ale w sumie to i tak najprawdopodobniej nie ma większego znaczenia. Możemy bowiem zostawić kosmiczną symbolikę na boku. Ja mam bowiem dużo ambitniejszy plan. Chcę wykazać, że 25 grudnia to jest prawdziwa data nie tylko w oparciu na mistyczno-filozoficzno-symboliczne rozważania, ale także w oparciu jak najbardziej historyczne fakty.



Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że pierwsza wzmianka sugerująca, jakoby daty 6 I i 25 XII były zdeterminowane przez pogańskie święto pochodzi dopiero z dwunastego wieku. Jakaś notka na marginesie komentarzy syryjskiego biblijnego komentatora Dionizosa syna Salibiego mówi, że Boże Narodzenie zostało przeniesione z 6 stycznia na 25 grudnia, by wypadło w dniu święta Sol Invictusa. Nie ma żadnych śladów wskazujących na to, że ktokolwiek wcześniej wyznawał takie teorie. Co więcej, dopiero znacznie później, w XVIII i XIX wieku, w epoce tak zwanego "oświecenia" rozwinięto tę, tak dziś popularną ideę. Ale „popularna” niekoniecznie i nie zawsze znaczy „poprawna”. Zwłaszcza, gdy się wywodzi z "oświecenia".



Może wyda się to dziwne, ale obie daty, 25 grudnia i 6 stycznia wynikają z tego samego faktu powiązania dnia poczęcia Jezusa z dniem Jego śmierci. Ojcowie Kościoła po prostu rozumieli, i tak nauczali, że dzień poczęcia naszego Pana jest tym samym dniem, w którym oddał On za nas swoje życie, gdyż śmierć Jezusa na Krzyżu i Jego Zmartwychwstanie było Nowym Stworzeniem, powstaniem zupełnie nowej rzeczywistości. A daty 25 grudnia i 6 stycznia różnią się tylko dlatego, że data śmierci Jezusa w drugim przypadku została po prostu błędnie obliczona.


Około roku 200 Tertulian z Kartaginy wyliczył, że 14 Nisan, dzień śmierci Pana Jezusa według Ewangelii Św. Jana odpowiada 25. marca w słonecznym kalendarzu rzymskim. Nieco ponad sto lat później powstał traktat nieznanego autora, „On Solstices and Equinoxes”, („O przesileniach i równonocach”) napisany gdzieś w Północnej Afryce, gdzie możemy przeczytać:

 

A zatem nasz Pan został poczęty w dniu 25. marca, który to dzień jest dniem Jego męki i dniem Jego poczęcia. Bo dzień Jego poczęcia jest także dniem Jego cierpienia.


Święty Augustyn, pochodzący z Północnej Afryki, zapewne znał ten traktat, bo w swoim dziele „O Trójcy Świętej” napisał:

 

Przyjmuje się bowiem, że tak poczęcie, jak i męka miały miejsce 25 marca; podobnie jak się przyjmuje, że „nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony" (J. 19, 41) ani przedtem, ani potem, a w którym pochowano Jezusa, jest odpowiednikiem dziewiczego łona, w którym został poczęty i którego nie tknął nikt ze śmiertelnych. Tradycja podaje 25 grudnia jako datę Jego narodzenia. Otóż między tymi dwiema datami upłynęło dwieście siedemdziesiąt sześć dni, czyli sześć razy po czterdzieści sześć dni. A właśnie tyle trwała budowa świątyni i taką liczbę sześciodniowych okresów objęło doskonałe ukształtowanie się ciała Pańskiego, które — zburzone przez mękę i śmierć — po trzech dniach zmartwychwstało. Mówił On bowiem „o świątyni ciała swego" (J. 2, 21), jak tego dowodzi bardzo wyraźne i bardzo mocne świadectwo Ewangelii: „Albowiem jako był Jonasz w żywocie wielkiej ryby trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w sercu ziemi trzy dni i trzy noce" (Traktat O Trójcy Świętej, Księga Czwarta, V 9)

 


Na Wschodzie, w „greckim” Kościele, to 6 stycznia był datą narodzin Pana Jezusa. Różnica wynikała z tego, że na Wschodzie zamiast uznać dzień 14 Nisan za dzień Męki Pańskiej, uznali, że stało się to 14. dnia pierwszego wiosennego miesiąca (Artemisios) w ich lokalnym, greckim kalendarzu, którego odpowiednikiem w kalendarzu rzymskim był szósty kwietnia. A zatem narodziny Pana Jezusa wypadały im 6. stycznia. Jednak sama idea łączenia Wcielenia ze Stworzeniem Wszechświata była identyczna na zachodzie, jak i w kościołach wschodnich.


Dla nas, żyjących w XXI wieku, łączenie poczęcia Jezusa i Jego śmierci wydaje się czymś nienaturalnym, sztucznym, ale dla antycznych i średniowiecznych chrześcijan było to całkiem naturalne. Widzimy to choćby w sztuce, na przykład w malarstwie Meister Bertrama, który pokazuje nam moment Zwiastowania i w tle Dzieciątko z krzyżem w rączce. Przypomnienie, że poczęcie staje się już obietnicą zbawienia przez śmierć Pana Jezusa.

 


Także żydowska tradycja nas uczy, że stworzenie i zbawienie powinno wypaść tego samego dnia. Możemy o tym przeczytać w Talmudzie. Na przykład „Babiloński Talmud” zachował dyskusję między dwoma rabinami z początku drugiego wieku, którzy zgadzają się co do samej idei, ale nie co do daty. Rabin Eliezer mówi: „W miesiącu Nisan świat został stworzony, w Nisan patriarchowie się urodzili, […] i w Nisan będą zbawieni, gdy nadejdzie odpowiedni czas.” Rabin Joshua, z którym rabin Eliezer dyskutował, zgadzał się z samą ideą, ale uważał, że był (i będzie) to następny miesiąc, Tishri.



Nie jest więc wcale dziwne, że i Kościół wierzył, że Zwiastowanie, a zatem i Wcielenie miało miejsce w tym samym dniu, co Śmierć Pana Jezusa. Nie jest to oczywiście żaden bezwzględny dowód na prawdziwość daty 25 grudnia, ale przynajmniej pośrednio potwierdza, że w tej dacie jest coś znacznie więcej, niż zaledwie ochrzczenie pogańskiego święta.



Zachariasz.



Zachariasz, według tego, co nam podaje św. Łukasz w swej Ewangelii, rozdział 1, wersety 5 i 8, był kapłanem „z oddziału Abiasza”. Kapłani służyli w Świątyni według kolejności ustalonej losowo, i „oddział Abiasza” był ósmy w kolejności, jak nam to mówi 1 Księga Kronik, 24, 1-10. Członkowie każdego „oddziału” służyli przez tydzień w Świątyni.



Amerykańska Katolicka Encyklopedia z 1917 roku podaje, że dwadzieścia cztery oddziały kapłanów służyły po kolei w Świątyni. Zachariasz, jak wspominaliśmy przed momentem, był w ósmym oddziale. Świątynia została zniszczona w dniu 9 Ab 70, gdy według rabinistycznej tradycji służył pierwszy oddział kapłanów. Wychodząc z tego punktu i cofając się do tyłu możemy ustalić, że oddział Abiasza służył między 2-9 października. Zatem Elżbieta mogła zajść w ciążę na początku października, a więc gdy Archanioł Gabriel mówił do Maryi:

 

A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. (Łk 1, 36)

… mógł to być 25 marzec.



Powyższe datowanie ma jedną wadę. Polega na tradycji, co do której nie mamy stuprocentowej pewności. Jest to mocna poszlaka, ale jeszcze nie dowód. Jednak i dowód się wkrótce znalazł. Odnaleziono go wśród zwojów w Qumran. Dokument tam odkryty podaje nam bardzo konkretną datę, kiedy wypadała ta służba dla Zachariasza. Był to, według dziś obowiązującego kalendarza, tydzień między 23, a 30 września.



Zatem termin ten nie zgadza się zaledwie o tydzień z tym, co wyliczyliśmy wychodząc od daty zburzenia Świątyni. Jednak gdy sobie uświadomimy ogrom działań wojennych w roku 70, to możemy uznać, że walki te trwały co najmniej tydzień i zburzenie Świątyni nie było jakimś konkretnym, jednostkowym momentem, ale musiało być wydarzeniem trwającym w czasie. A przy takim założeniu mamy doskonałą zgodność dat.



Święta Elżbieta mogła zajść w ciążę na przełomie września i października, a zatem 25 marca następnego roku była w już w szóstym miesiącu ciąży. Czyli Ewangelia świętego Łukasza, wraz z dokumentem znalezionym w Qumran potwierdza nam, że data narodzin Pana Jezusa, 25. grudnia, to coś znacznie więcej, niż zaledwie symbolicznie wyznaczony dzień. Dokument ten potwierdza także, że jest bardzo prawdopodobne, że święty Jan rzeczywiście urodził się 24. czerwca.



Nocna straż



Mamy także jeszcze jedną przesłankę za grudniową datą narodzin Pana Jezusa. Święty Łukasz podaje nam bowiem taką informację:

 

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. (Łk 2,8)


Wielu egzegetów i historyków przypomina tu, że straż nocną pasterze trzymali tylko w czasie, gdy się rodziły młode jagnięta. Trzeba je było bowiem czyścić i pilnować, strzec przed zmarznięciem i otaczać opieką. A ponieważ owce parzą się zawsze po przesileniu letnim i ich ciąża trwa pięć miesięcy, więc właśnie w okresie grudnia rodzą się młode owieczki i wtedy pasterze „trzymają nocną straż” nad swymi trzodami. Nie jest to niepodważalny dowód, ale jest to kolejna wskazówka, kolejna poszlaka wskazująca na 25. grudnia.



Oczywiście dla naszej wiary nie ma to żadnego znaczenia. Narodziny Pana Jezusa obchodzimy w sposób symboliczny. Niczego by to nie zmieniło, gdyby w rzeczywistości narodził się On w jakimkolwiek innym czasie. Ale ja, choć nie jestem zwolennikiem żadnych "spiskowych teorii dziejów", to jakoś nie mogę uwierzyć w to, że jest to jedynie symboliczna data. Jeżeli bowiem i filozoficzne rozważania i teologiczne przemyślenia i badanie starych dokumentów i nawet poznawanie zwyczajów lokalnych hodowców owiec wskazuje na to samo, to dlaczego po prostu nie przyjąć tego za prawdę?



Pewnie, że można powiedzieć, że uznajemy okres, gdy zaczyna przybywać dnia za czas narodzin naszego Pana, bo ma to wspaniałą symbolikę, ale czy nie wspanialszą symbolikę ma fakt, że dnia zaczyna przybywać wtedy, gdy narodził się nasz Pan? Kto bowiem był "na początku"? Son, czy sun? Syn, czy słońce?



Ja wierzę, że data 25 grudnia jest czymś więcej, niż „ochrzczonym” pogańskim świętem. Jestem przekonany, że jest to także faktyczna data urodzin naszego Pana. A zatem… Happy birthday, Jesus!

Odsłon: 503 Komentarzy: 13


Why me, Lord?

Kategoria: Modlitwa Saturday, 26 November 2011, 14:47

Czemu ja, Panie, co takiego uczyniłem,
że zasłużyłem na choćby jedną z przyjemności,
jakich doznałem w życiu.
Powiedz mi, Panie, co kiedykolwiek zrobiłem,
co było warte kochania Cię,
lub życzliwości mi okazanej.



Panie pomóż mi, Jezu, zmarnowałem życie,
więc pomóż mi Jezu. Wiem, czym jestem.
Teraz, gdy wiem, że Cię potrzebuję pomóż mi, Jezu.
Moja dusza jest w Twoich rękach.

 

 

Powiedz mi Panie, gdy myślisz,
że mógłbym Ci jakoś odpłacić
za to wszystko, co wziąłem od Ciebie.
Może Panie mógłbym pokazać komuś innemu
przez co przeszedłem
w mojej drodze z powrotem do Ciebie.



Panie pomóż mi, Jezu, zmarnowałem życie,
więc pomóż mi Jezu. Wiem, czym jestem.
Teraz, gdy wiem, że Cię potrzebuję pomóż mi, Jezu.
Moja dusza jest w Twoich rękach.


http://youtu.be/mtQOY-0sViQ

Why me Lord, what have I ever done
To deserve even one
Of the pleasures I've known
Tell me Lord, what did I ever do
That was worth loving You
Or the kindness You've shown



Lord help me Jesus, I've wasted it so
Help me Jesus I know what I am
Now that I know that I've needed You so
Help me Jesus, my soul's in your hand



Tell me Lord, if you think there's a way
I can try to repay
All I've taken from you
Maybe Lord, I can show someone else
What I've been through myself
On my way back to you



Lord help me Jesus, I've wasted it so
Help me Jesus I know what I am
Now that I know that I've needed You so
Help me Jesus, my soul's in Your hand

Odsłon: 202 Komentarzy: 3


On jest Bogiem żyjącym i trwa na wieki.

Kategoria: Kościół Thursday, 24 November 2011, 17:05

Pisałem kilka dni temu o Święcie Dziękczynienia, cytując czytania, jakie w USA mamy w tym dniu na Mszy Świętej. Ale w Kościele Powszechnym dzisiaj jest zwykły dzień i są zupełnie inne czytania. Ze Starego Testamentu "przerabiamy" teraz Księgę Daniela i dzisiejszy fragment mówi o kolejnym, niezwykłym wydarzeniu z życia tego proroka.

 

Jak zapewne pamiętacie, Daniel, arystokrata żydowski, został uprowadzony do niewoli w Babilonii. Tam miał być przyuczony do służby na dworze króla Nabuchodonozora. Dwukrotnie wytłumaczył znaczenie snów królowi. Oskarżony o to, że nie chce oddawać czci złotemu posągowi, został wrzucony w ogień wraz ze swymi towarzyszami, ale Bóg uchronił ich od niechybnej śmierci.  Dzięki temu sam król przekonał się, że Bóg Daniela jest Bogiem Prawdziwym:

 

Dlatego wydaję rozkaz, by bez względu na przynależność narodową, rodową czy język, każdy, kto by wypowiedział bluźnierstwo przeciw Bogu Szadraka, Meszaka i Abed-Nega, został rozerwany w kawałki, a dom jego żeby stał się rumowiskiem. Bo nie ma innego Boga, który by mógł zapewnić ratunek, jak Ten.  Król Nabuchodonozor do wszystkich narodów, pokoleń, języków, mieszkających po całej ziemi: Obyście zaznali wielkiego pokoju! Spodobało mi się oznajmić znaki i cuda, jakie Najwyższy Bóg dla mnie uczynił. Jak wielkie są Jego znaki, jak potężne Jego cuda! Jego królestwo jest wiecznym królestwem, a panowanie Jego przez wszystkie pokolenia.  (Dn 3,96, 98-100)

 

Całkiem nieźle, jak na zachowanie tego, który nas zniewolił. Może to jakaś wskazówka dla nas, malej wiary, jak należy ewangelizować Europę?

 

Następca Nabuchodonozora, Baltazar, zobaczył tajemnicze słowa napisane na ścianie, które wyjaśnił mu Daniel. Sprawdziły się one tej samej nocy, gdy Babilon uległ Medom i Persom i królem został Dariusz:

 

Dariusz zaś, Med, liczący sześćdziesiąt dwa lata, otrzymał królestwo. Spodobało się ustanowić Dariuszowi nad państwem stu dwudziestu satrapów, którzy mieli przebywać w całym królestwie, nad nimi zaś trzech zwierzchników - jednym z nich był Daniel - którym satrapowie składali sprawozdania, by nie obciążać króla. Daniel zaś przewyższał zwierzchników i satrapów, posiadał bowiem niezwykłego ducha. Król zamierzał ustanowić go nad całym królestwem. (Dn 6, 1-4)

 

To oczywiście wzbudziło zazdrość innych i uknuli pewien plan. Namówili króla, by wydał dekret, że każdy, kto w najbliższych 30 dniach będzie się modlił do innych bogów niż on sam, będzie wrzucony do jaskini lwów. Król dekret wydał, a wtedy oskarżono Daniela o złamanie tego prawa. Daniel oczywiście konsekwentnie modlił się jedynie do Boga Prawdziwego, Boga Jahwe.

 

Król się bardzo zmartwił, ale prawo musiał wypełnić. Jednak uwierzył on, że ten Bóg Daniela ciągle go może uratować. I tu dochodzimy do dzisiejszych czytań:

 

Mężowie podbiegli gromadnie i znaleźli Daniela modlącego się i wzywającego Boga. Udali się więc i powiedzieli do króla w sprawie zakazu królewskiego: Czy nie kazałeś, królu, ogłosić dekretu, że ktokolwiek prosiłby w ciągu trzydziestu dni o coś jakiegokolwiek boga lub człowieka poza tobą, ma być wrzucony do jaskini lwów? W odpowiedzi król rzekł: Sprawę rozstrzygnięto według nienaruszalnego prawa Medów i Persów. Na to odpowiedzieli zwracając się do króla: Daniel, ten mąż spośród uprowadzonych z Judy, nie liczy się z tobą, królu, ani z zakazem wydanym przez ciebie. Trzy razy dziennie odmawia swoje modlitwy. Gdy król usłyszał te słowa, ogarnął go smutek, postanowił uratować Daniela i aż do zachodu słońca usiłował znaleźć sposób, by go ocalić. Lecz ludzie ci pospieszyli gromadnie do króla, mówiąc: Wiedz, królu, że zgodnie z prawem Medów i Persów żaden zakaz ani dekret wydany przez króla nie może być odwołany. Wtedy król wydał rozkaz, by sprowadzono Daniela i wrzucono do jaskini lwów. Król zwrócił się do Daniela i rzekł: Twój Bóg, któremu tak wytrwale służysz, uratuje cię. Przyniesiono kamień i zatoczono na otwór jaskini lwów. Król zapieczętował go swoją pieczęcią i pieczęcią swych możnowładców, aby nic nie uległo zmianie w sprawie Daniela. Następnie król odszedł do swego pałacu i pościł przez noc, nie kazał wprowadzać do siebie nałożnic, a sen odszedł od niego. Król wstał o świcie i udał się spiesznie do jaskini lwów. Gdy był blisko jaskini, wołał do Daniela głosem pełnym bólu: Danielu, sługo żyjącego Boga, czy Bóg, któremu służysz tak wytrwale, mógł cię wybawić od lwów? Wtedy Daniel odpowiedział królowi: Królu, żyj wiecznie! Mój Bóg posłał swego anioła i on zamknął paszczę lwom; nie wyrządziły mi one krzywdy, ponieważ On uznał mnie za niewinnego; a także wobec ciebie nie uczyniłem nic złego. Uradował się z tego król i rozkazał wydobyć Daniela z jaskini lwów; nie znaleziono na nim żadnej rany, bo zaufał swemu Bogu. (Dn 6, 12-24)

 

Ja chciałbym zwrócić uwagę na ten fragment:  "Następnie król odszedł do swego pałacu i pościł przez noc, nie kazał wprowadzać do siebie nałożnic, a sen odszedł od niego."  Zbliża się Adwent, okres, który historycznie był okresem obchodzonym bardzo podobnie do czasu Wielkiego Postu. Dziś pozostał nam jedynie kolor szat liturgicznych, a atmosferę Adwentu nakręcają nam sklepy i reklamy telewizyjne, puszczając w kółko amerykańskie świąteczne melodie. Jakby okres Bożego Narodzenia zaczynał się teraz. Jedynie Kościoły Wschodnie nie zatraciły tego postnego znaczenia okresu Adwentu. I warto by pamiętać o tym, że teraz jest czas czekania. A król Dariusz pokazuje nam, jak wiele można wybłagać u Boga modlitwą i postem.

 

Przypominamy sobie, że Lud Wybrany cztery tysiące lat czekał na przyjście Mesjasza, co symbolizują cztery tygodnie Adwentu i przypominamy sobie, że i my teraz czekamy na powtórne przyjście Pana Jezusa, w chwale i mocy. Na przyjście Króla Wszechświata i Sprawiedliwego Sędziego. Na świętowanie przyjdzie czas, mamy na to 40 dni, od Bożego Narodzenia do Ofiarowania Pańskiego. Teraz jest czas postu.

 

A ci, którzy spiskowali, ponieśli zasłużoną karę. Król nakazał ich wrzucić do jaskini lwów, które wcale nie były łagodnymi kociakami. Połamały im kości, zanim dolecieli na dno jaskini. Dariusz nakazał także w swym królestwie czcić Boga Daniela"

 

Na rozkaz króla przyprowadzono mężów, którzy oskarżyli Daniela, i wrzucono do jaskini lwów ich samych, ich dzieci i żony. Nim jeszcze wpadli na dno jaskini, pochwyciły ich lwy i zmiażdżyły ich kości. Król Dariusz napisał do wszystkich narodów, ludów i języków, zamieszkałych po całej ziemi: Wasz pokój niech będzie wielki! Wydaję niniejszym dekret, by na całym obszarze mojego królestwa odczuwano lęk i drżenie przed Bogiem Daniela. Bo On jest Bogiem żyjącym i trwa na wieki. On ratuje i uwalnia, dokonuje znaków i cudów na niebie i na ziemi. On uratował Daniela z mocy lwów. (Dn 6, 25-28)

 

Gdy sobie przypominam, jak nasz Papież, błogosławiony Jan Paweł Wielki, powtarzał, że Polska jest częścią Europy i że powinna do niej należeć, nie mogę się pozbyć wrażenia, że musiał on myśleć o nas jak o takich "Danielach w Babilonie".  My powinniśmy stać się świadkami Ewangelii. My możemy odmienić Europę. Skoro Daniel mógł odmienić serce Nabuchodonozora i Dariusza, to dlaczego nie my? Chyba tylko dlatego, że my nie mamy takich serc jak Daniel. Dlatego, że nasza wiara jest słaba. dlatego, że zarzuciliśmy odwieczne praktyki postów, dlatego, że nawet z modlitwą mamy problemy. Brakuje nam na nią czasu, gdy tymczasem powinno to być dla nas najważniejsze.

 

Zbliża się okres Adwentu, przemyślmy to sobie wszystko. Zachęcam jednak, także siebie, by przemyśleć to w stosunku do własnej osoby.  Bo my jesteśmy doskonali w poprawianiu innych. Mamy sto pomysłów na to, jak zmienić naszych współmałżonków, naszego biskupa, polityków, dziennikarzy, rodaków, przyjaciół i wrogów. Myślę, że nadszedł czas, by przemyśleć, jak zmienić samego siebie.

Odsłon: 536 Komentarzy: 13


Bogu mojemu dziękuję wciąż za was

Kategoria: Kościół Sunday, 20 November 2011, 02:24

Czy wszystko, co przychodzi z Ameryki jest złe? Wiele ostatnio się mówiło o Halloween i to najczęściej negatywnie. Tymczasem mamy tu także jedno bardzo pozytywne święto, zupełnie świeckie, które zostało uchwalone przez kongres USA, ale jest już zaadaptowane przez Kościół Katolicki i ma swoje własne czytania. Na dodatek doskonale wpisuje się liturgiczny kalendarz. I choć nie jest ono zbyt popularne w Polsce, to  może warto, by to święto jednak jakoś szerzej rozpropagować?

 

Kończy się rok liturgiczny. Ostatnia niedziela roku to Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata, wypadająca zawsze w niedzielę między 19, a 26 listopada. Święto Dziękczynienia zawsze obchodzimy w czwartek między 22, a 28 listopada, zatem Święto Dziękczynienia jest albo tuż przed, albo zaraz po tej Uroczystości. Jest to zatem doskonała okazja, by kończąc ten rok podziękować Mu, Królowi Wszechświata, za wszystkie łaski, które otrzymaliśmy od Niego.

 

Skąd jednak się to święto wzięło? Pewien Indianin imieniem Squanto został porwany na początku XVII wieku przez Anglików i sprzedany w niewolę. W Anglii nauczył się języka i po latach powrócił do Ameryki jako tłumacz i przewodnik w jednej z handlowych wypraw Anglików do Nowej Ziemi. Uzyskawszy podczas niej wolność osiadł u wybrzeży Nowej Anglii w swej rodzinnej wiosce. Gdy ponownie zobaczył nadpływający okręt, witał bez strachu przybyłych Anglików. Niestety tylko po to, żeby ponownie stać się ich niewolnikiem. Wykupiony w Hiszpanii przez zakonników powrócił drugi raz do Ameryki, już jako chrześcijanin. Do „Boga białego człowieka” przekonało go działanie właśnie tych zakonników, przywracających wolność i godność niewolnikom przywożonym z zamorskich krajów.

 

Squanto po powrocie do ojczyzny nie zastał jednak już swych krewnych. Wszyscy mieszkańcy wioski zmarli na skutek jakiejś epidemii. Niedaleko jej jednak była pierwsza osada pielgrzymów europejskich, purytan, przybyłych na statku „Mayflower”, którzy schronili się w Nowym Świecie przed religijnymi prześladowaniami ze strony kościoła anglikańskiego. Squanto zamieszkał pośród nich, ucząc ich uprawy kukurydzy i ziemniaków, polowania i przetrwania mroźnych zim północno-wschodniego wybrzeża. Zmarł on wśród nich w listopadzie 1622. roku, prosząc o modlitwę, aby „znaleźć się u Boga białego człowieka w niebie”.

 

Święto dziękczynienia było obchodzone lokalnie „od zawsze”, a gdy powstało niezależne państwo amerykańskie już w pierwszym roku jego istnienia Jerzy Waszyngton, pierwszy prezydent i jeden z ojców Stanów Zjednoczonych, napisał taką proklamację:

 

"[…]Kongres postanowił wyznaczyć dzień 29. Czerwca jako Święto Dziękczynienia i wysławiania Boga za dobro i łaskę, wiele szczególnych przypadków miłosierdzia doświadczanego przez wielu z nas, abyśmy pilnie oddali Mu dzięki, a On wziął nas za swój naród wysławiający Go i oddający Mu cześć. Kongres rekomenduje więc poszczególnym ministrom, starszym i wszystkim ludziom mu podlegającym: Uroczyście i poważnie błagajmy, przekonani przez Boże miłosierdzie, byśmy wszyscy, cały naród, ofiarowali Bogu w podzięce nasze ciała i dusze w ofierze, przez Jezusa Chrystusa”.

 

Prezydent Lincoln ustanowił w drugiej połowie XIX. wieku coroczne święto, którego aktualnie obowiązującą datę ustalił w 1941 roku prezydent Roosevelt. Motywacją jego była poprawa gospodarki państwa, nie jakieś religijne względy. Chodziło o ustanowienie okresu zakupów świątecznych. Do dziś piątek po Święcie Dziękczynienia jest dniem, w którym sklepy uzyskują największe obroty w roku i w handlu zaczyna się niezwykle ważny z ekonomicznego punktu widzenia okres przedświątecznych zakupów.

 

Zostawmy jednak zakupy ekonomistom i specom od marketingu i wróćmy do teologicznego aspektu tego święta. Pamiętajmy, że samo słowo „dziękczynienie” po grecku to nic innego, tylko „eucharystia”. Nazywanie ofiary Mszy Świętej „Eucharystią” wzięło się właśnie z tego, że zawsze, gdy  Jezus sprawował ofiarę „łamania chleba”, składał najpierw dziękczynienie. Widzimy to między innymi w tym fragmencie Pisma:

 

Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie rzekł: Weźcie go i podzielcie między siebie; albowiem powiadam wam: odtąd nie będę już pił z owocu winnego krzewu, aż przyjdzie królestwo Boże. Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! (Łk 22:17-19)

 

Tak się przyzwyczailiśmy do tej ofiary, że nawet się nie zastanawiamy nad nią. Pomyślmy jednak przez moment. Bóg, ten Nieogarnięty, po trzykroć Święty, Nieskończony Bóg stal się jednym z nas, zwykłym stworzeniem, nie po to, żeby nami rządzić, nie po to, żeby opływać w bogactwa, ale po to, żeby obdarty ze wszystkiego umrzeć śmiercią niewolnika za nie swoje winy. Pojawił się wśród nas, aby zapłacić nie swój dług, abyśmy my mogli żyć z Nim w wieczności. Co za wspaniały dar, co za wspaniały Bóg. Nic dziwnego, że nazywamy ofiarę Mszy Świętej Eucharystią.

 

Tak więc dzięki Indianinowi imieniem Squanto, hiszpańskim zakonnikom wykupującym wolność niewolnikom przywożonym przez Anglików z Nowego Świata i prezydentom Waszyngtonowi, Lincolnowi i Rooseveltowi, mamy teraz wspaniale święto, klamrę łączącą stary i nowy rok liturgiczny, dzień dziękczynienia Bogu za wszystkie błogosławieństwa i dary, które od niego bez przerwy i w obfitości otrzymujemy. Szczególnie za dar Jego Syna. Nie nazywajmy więc tego dnia „Świętem Indyka”. Indykowi nie zawdzięczamy nic. Wszystkie podziękowania należą się Bogu.

 

Czytania w amerykańskim Kościele w dniu Święta Dziękczynienia:

 

 A teraz błogosławcie Boga całego stworzenia, który wszędzie czyni wielkie rzeczy, który od łona matczynego wywyższa dni nasze, który z nami postępuje według swego miłosierdzia. Niech nam da radość serca, niech nastanie za dni naszych pokój w Izraelu - po wieczne czasy, aby miłosierdzie Jego trwało wiernie z nami i by nas wybawił za dni naszych. (Syr 50, 22-24)

 

Każdego dnia będę Cię błogosławił i na wieki wysławiał Twe imię.

Wielki jest Pan i godzien wielkiej chwały, a wielkość Jego niezgłębiona.

Pokolenie pokoleniu głosi Twoje dzieła i zwiastuje Twoje potężne czyny.

Głoszą wspaniałą chwałę Twego majestatu i rozpowiadają Twe cuda.

I mówią o potędze Twoich dzieł straszliwych, i opowiadają Twą wielkość.

Przekazują pamięć o Twej wielkiej dobroci i radują się Twą sprawiedliwością.

Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.

Pan jest dobry dla wszystkich i Jego miłosierdzie ogarnia wszystkie Jego dzieła.

Niechaj Cię wielbią, Panie, wszystkie dzieła Twoje i święci Twoi niech Cię błogosławią!

Niech mówią o chwale Twojego królestwa i niech głoszą Twoją potęgę.  (Ps 145 2-11)


Łaska wam i pokój od Boga Ojca naszego, i Pana Jezusa Chrystusa! Bogu mojemu dziękuję wciąż za was, za łaskę daną wam w Chrystusie Jezusie. W Nim to bowiem zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie brakuje wam żadnego daru łaski, gdy oczekujecie objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa. On też będzie umacniał was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dzień Pana naszego Jezusa Chrystusa Wierny jest Bóg, który powołał nas do wspólnoty z Synem swoim Jezusem Chrystusem, Panem naszym. (1 Kor 1, 3-9)



Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17, 11-19)

Odsłon: 354 Komentarzy: 11


Zaprzedali się im, aby robić to, co złe.

Kategoria: Polityka Monday, 14 November 2011, 16:51

Historia kołem się toczy, choć nigdy się nie powtarza. Tragedia zamienia się w farsę i to jest też tragedia. Prawdziwa tragedia dzisiejszych czasów. 

 

Mówiąc o dzisiejszych czasach, poniżej cytat z dzisiejszych czytań w Kościele Katolickim:

 


Wyszedł korzeń wszelkiego grzechu - Antioch Epifanes, syn króla Antiocha. Przebywał on w Rzymie jako zakładnik, zaczął panować w sto trzydziestym siódmym roku panowania greckiego. W tym to czasie wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili. Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i zaprzedali się im, aby robić to, co złe. Król wydał dekret dla całego państwa: Wszyscy mają być jednym narodem i niech każdy zarzuci swoje obyczaje. Wszystkie narody przyjęły ten rozkaz królewski, a nawet wielu Izraelitom spodobał się ten kult przez niego nakazany. Składali więc ofiary bożkom i znieważali szabat. W dniu piętnastym miesiąca Kislew sto czterdziestego piątego roku na ołtarzu całopalenia wybudowano "ohydę spustoszenia", a w okolicznych miastach judzkich pobudowano także ołtarze - ofiary kadzielne składano nawet przed drzwiami domów i na ulicach. Księgi Prawa, które znaleziono, darto w strzępy i palono ogniem. Wyrok królewski pozbawiał życia tego, u kogo gdziekolwiek znalazła się Księga Przymierza albo jeżeli ktoś postępował zgodnie z nakazami Prawa. Wielu jednak spomiędzy Izraelitów postanowiło sobie i mocno trzymało się swego postanowienia, że nie będą jeść nieczystych pokarmów. Woleli raczej umrzeć, aniżeli skalać się pokarmem i zbezcześcić święte przymierze. Oddali też swoje życie. Wielki gniew Boży strasznie zaciążył nad Izraelem. (1 Mch 1,10-15.41-43.54-57.62-64)

 

Co tu można dodać? Chyba tylko to, że wtedy było "wielu" takich, co "postanowiło sobie i mocno trzymało się swego postanowienia, że nie będą jeść nieczystych pokarmów. Woleli raczej umrzeć, aniżeli skalać się pokarmem i zbezcześcić święte przymierze. Oddali też swoje życie".  A dzisiaj? A dzisiaj co jest, każdy widzi.

Odsłon: 730 Komentarzy: 21


« wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 36 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.