Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Kronika Pielgrzymki 5. Nadchodzący tydzień w drodze.

Kategoria: Świat Thursday, 26 January 2012, 22:41

Dzisiaj kończy się mój pobyt w Krakowie, choć oczywiście jeszcze tu wrócę. Jednak jutro rano wyjeżdżam i przez kolejne pięć dni będę prawdziwym pielgrzymem. 

 

Pisałem już o pierwszych dniach mojej pielgrzymki. Miałem także spotkania z kilkoma forumowiczami, "wirtualnymi" przyjaciółmi. Teraz są już realni, wiem jak wyglądają i jak brzmią ich głosy. Szczególnie wzruszające było spotkanie z Sewerynem. To młody mężczyzna, jeszcze nastolatek, w wieku mojego syna. Przypadkowo trafił dwa lata temu na forum przez link na kanale YouTube. Miał wtedy 17 lat i był dość daleko od Boga. Powiedział mi, że nasze wspólne podróże po USA, dyskusje i forum sprawiły, że zaczął poważniej podchodzić do wiary. Świadectwo jedno z wielu. Wzruszające było to, że on przyjechał dziś do Krakowa specjalnie po to, by mi za to podziękować. Sto kilometrów w jedną stronę w trudnych, zimowych warunkach, tylko po to, by mi podać rękę, pójść ze mną na Adorację i Mszę Świętą i wypić herbatę. Wspaniały chłopak. Dla nich właśnie warto robić to, co tu, na katolik.us, udało nam się stworzyć.

 

W piątek zaczyna mi się mały maraton. Rano ruszam do Częstochowy. O 14 spotkanie w redakcji Niedzieli, dzięki pani redaktor Agnieszce Konik Korn, żonie Marcina, naszego "frondowicza". Wieczorem natomiast, po Apelu, zaczyna się całonocne czuwanie przed Cudownym Obrazem w intencji naszej Ojczyzny. Na stronie krucjatarozancowazaojczyzne.pl/assets/Biuletyn_11.pdf  możemy przeczytać:

 

W nocy z 27 na 28 stycznia 2012 r. Ojcowie Paulini zapraszają na Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę przed Wizerunkiem Maryi, Królowej Polski.
Czuwanie rozpocznie się po Apelu Jasnogórskim. Uczestnicy Krucjaty modlić się będą wraz z Członkiniami Instytutu Prymasowskiego Stefana  Kardynała Wyszyńskiego.
Wszyscy są szczególnie zaproszeni, przybądźmy licznie na Jasną Górę!

W sobotę, po odespaniu nocnego czuwania na Jasnej Górze u państwa Kucharczaków w Rybniku, pojedziemy razem na Tyski Wieczór Uwielbienia. Następnie powrót do Rybnika, gdzie spędzę, nie wątpię,  cudowną niedzielę z Frankiem i Asią, a w poniedziałek i wtorek Bielsko Biała.   Jakieś nagranie dla radia Anioł Beskidów i spotkanie z forumowiczami. W środę powrót do Krakowa, wizyta u Benedyktynów w Tyńcu, gdzie moim gospodarzem będzie Marcin Konik Korn i wieczorem uczestnictwo w Mszy Świętej na Reformackiej w Krakowie, odprawianej przez ojca Józefa Witko, franciszkanina posiadającego niezwykłe dary Ducha Świętego.


To tyle planów na najbliższy tydzień. O kolejnych będzie jeszcze czas napisać. Na pewno napiszę także swe wrażenia z tego, co się już wydarzyło. W Częstochowie będę pewnie miał czas w piątek wieczorem na ewentualne spotkanie, a w Bielsku mamy nawet konkretną godzinę i miejsce: 
Pizzeria Retro, ul. Wyzwolenia 33 (róg Wyzwolenia i Piłsudskiego), poniedziałek, 30 01 2012, godz. 18:30.


Tyle mojej relacji na dziś. Proszę o modlitwy i dziękuję za nie. Ja także o Was będę pamiętał.  +++

Odsłon: 156 Komentarzy: 3


Kronika Pielgrzymki 4. To jest wojna!

Kategoria: Kościół Monday, 23 January 2012, 14:51

Jestem dość aktywny w Internecie. Poza blogiem, który publikuję w paru miejscach mam także forum i swój dość popularny kanał na YouTube. Nic dziwnego, że spotykam się na co dzień ze słowami krytyki.

 

Nikt z nas nie lubi być krytykowany, zwłaszcza, gdy jest ona niesprawiedliwa, czy bezsensowna. Choć i krytyka, która ma podstawy rani nasze ego. Na moim kanale jest na przykład film z mojego wypadku samochodowego. Oj, dostaje mi się za ten film, dostaje. Każdego dnia. Za to, że jadę niebezpiecznie po publicznej drodze (i to jest krytyka jak najbardziej słuszna), za to, że nie mam wystarczających umiejętności (ditto), ale też nie brakuje wpisów zupełnie idiotycznych, obraźliwych, czy też "pouczanek".

 

Nie od dziś wiadomo, że obecność w Necie, pełnym anonimowych "bohaterów" nie jest dla ludzi o delikatnej skórze. I ja się nie przejmuję zbytnio, gdy wzbudzam agresję i złość u innych. Nie przeszkadza mi, gdy ktoś poświęca swój czas, by wyprodukować kilka filmów na mój temat, krytykujących wszystko: Od tego jak jeżdżę ciężarówką i kiedy zmieniam w niej olej, poprzez mój wygląd, aż po fakt, że się publicznie modlę i do tego fałszuję, śpiewając Panience na Dobranoc. To są rzeczy normalne. Ale bywają i takie, które naprawdę bolą.

 

Jacek Fedorowicz produkował kiedyś parodię Dziennika Telewizyjnego, gdzie pod prawdziwy obraz nagrany z telewizora podkładał inny dźwięk, wkładając swoje słowa w usta polityków i dziennikarzy. Był to bardzo skuteczny sposób walki z propagandą w czasach, gdy nie było wolnego słowa w żadnych polskich mediach. Gdy cenzorzy zatwierdzali każdą linijkę tekstu wypowiedzianego w TV, te produkcje Fedorowicza były jak powiew świeżego powietrza. Nagle można było usłyszeć znanych polityków i prezenterów TV mówiących prawdę! Nawet samooskarżających się. Zdumiewające!

 

Pan Fedorowicz kontynuował to później "oficjalnie", w wolnych mediach, ale ze zrozumiałych przyczyn nie miało to wtedy już takiego wydźwięku, jak w czasach przed stanem wojennym. Krytyka polityków staniała, powstały niezależne kanały informacyjne, alternatywna prasa. Politycy musieli się zacząć liczyć z tym, że będą kontrolowani. Gdy jednak pan jacek zaczął swoje pierwsze programy, ich wpływ na tych widzów, którzy mieli okazję je zobaczyć, był zdumiewający. Nigdy już tak samo nie odbierało się danego prezentera, czy polityka. Król był nagi.

 

Wspominam o tym, bo podobna rzecz właśnie spotkała mnie. Ktoś zmontował trailer do fikcyjnego thrillera i opublikował go w Necie, w którym wykorzystuje sceny z kinowych filmów i z moich filmów na YouTube, także z tych z wypadku i na dodatek wkłada w moje usta nie tylko ordynarne przekleństwa, ale też bluźnierstwa.  A to naprawdę boli.

 

Oczywiście film ten szybko zgłosiłem i YT go usunęło. Ale nie był to pierwszy taki przypadek, pewnie nie ostatni. I zawsze mija trochę czasu, zanim mnie ktoś zawiadomi o powstaniu czegoś takiego, więc niektórzy zdążą  zobaczyć. Cóż, takie są dziś czasy i niewiele na to poradzę. Przynajmniej nikt nas nie rzuca na pożarcie lwom, więc i tak powinniśmy być wdzięczni Bogu za to, że żyjemy dzisiaj, a nie 2000 lat temu. Jednak sam fakt, że się komuś chce takie rzeczy robić udowadnia, że wokół nas toczy się wojna. Wojna o dusze. A na wojnie czasem się odnosi rany i każdy, kto staje do walki musi się z tym liczyć.

 

Jest jeszcze jedna strona tej całej historii. Bardzo budująca. Poświadcza ona mianowicie, że to, co robię, jest skuteczne, bo przeszkadza kudłatemu. Te bluźnierstwa wsadzone w moje usta są tu najlepszym dowodem. Czyli muszę coś robić dobrze. Nie ma bowiem nic gorszego, niż takie życie chrześcijanina, które nie wzbudza żadnych fal. My musimy płynąć pod prąd, musimy zmieniać świat. Tylko martwe ryby płynął z prądem. Nie wolno nam być tak tolerancyjnymi i tak uważającymi na to, by nie zranić niczyich uczuć, by stać się zaledwie tłem, zlewającym się z otaczającą nas rzeczywistością. My musimy być z tej rzeczywistości sterczeć jak wyrzuty sumienia, musimy ją uwierać jak ziarenko piasku w bucie.

 

Mój blog na Frondzie, www.hiob.us

Odsłon: 337 Komentarzy: 8


Kronika Pielgrzymki 3. Święta Rita, Jonasz i ojciec Serafin, czyli nie ma spraw beznadziejnych.

Kategoria: Świat Monday, 23 January 2012, 01:18

Jestem na miejscu. Lot bez większych wydarzeń. Samolot do Monachium był spóźniony, ale i tak zdążyłem na połączenie z Krakowem i w południe byłem na Balicach. Potem domowy obiad z rodziną. Przy obiedzie, jak to zwykle bywa, po podzieleniu się wiadomościami na temat dzieci i pracy, rozmowa schodzi na temat zdrowia. Ja akurat niedawno zrobiłem sobie gruntowne badania, by zobaczyć, czy mój post, który jest przecież także dość specyficzną dietą nie odbija się na moim zdrowiu. Wyniki mam doskonałe. Jestem zdrowy jak koń, albo nawet jak osioł, z wyjątkiem niedoboru witaminy B12 (częsta dolegliwość jaroszów) i witaminy D. Zatem dostaję teraz D w kapsułkach i B12 w zastrzykach, bo o zdrowie trzeba dbać.

 

Gdy tak rozmawialiśmy o lekach i zdrowiu, moja siostra pokazała mi pudełeczko z doskonałego lekarstwa. Myślę, że powinien je otrzymywać każdy. Nazywa się ono SERAPHINUS VITA COMPLEX i chyba zacytuję wszystkie informacje, jakie udało mi się odczytać z pudełka:

 

 

-przeciw dolegliwościom wynikającym z działania złej woli

-wzmacnia siły duchowe w drodze do świętości

-eliminuje obrzydzenie do tego co święte

-eliminuje ból glowy spowodowany niepotrzebnymi troskami

-podtrzymuje w momentach trudności i w walce z nałogami

-wzmacnia oddychanie duchem Bożym

-przeciwdziała utracie wiary

sprzyja podejmowaniu dobrych postanowień

przeciwdziała zniechęceniu i niezdrowej euforii

Przeciwwskazania: Brak.

Dawkowanie: Opakowanie zawiera zalecaną dawkę dzienną.

Dawka minimalna: Jedna dawka dzienna w tygodniu. Przyjmować z wiarą i nadzieją.

Uwaga: Mieć zawsze w zasięgu ręki.

Zawartość: 50+9 drażetek z krzyżykiem.

Substancja aktywna: Dobra wola człowieka złączona z łaską Bożą.

Reakcje na inne środki: Bardzo dobrze współdziała z przyjmowanymi sakramentami.

Działania uboczne: Może być źródłem wewnętrznego pokoju i radości.

Nr Serii: Łk 18,1-8

Termin ważności: WIECZNOŚĆ

Podmiot odpowiedzialny: Postulacja Sługi Bożego Ojca Serafina Kaszuby, ul Korzeniaka16, 30298 Kraków, email: postulacja@kapucyni.pl

Pozwolenie nr KKK 1674.   www.kaszuba.kapucyni.pl

 

 

Wczoraj był 22 stycznia, a dwudziestego drugiego każdego miesiąca w kościele św. Katarzyny w Krakowie odprawiane jest nabożeństwo w intencji próśb zanoszonych do Boga za wstawiennictwem świętej Rity. Święta Rita to patronka od spraw beznadziejnych, taka żeńska odpowiedniczka św. Tadeusza Judy. Nic dziwnego, że nabożeństwo to zawsze gromadzi tłumy. Fotka poniżej zrobiona jest dobre pół godziny po zakończonym nabożeństwie. ciągle wiele osób modli się przed statuą św. Rity.

 

 

 

Skoro mówimy o sprawach beznadziejnych, to warto przypomnieć biednego proroka Jonasza, który swym nauczaniem spowodował, że nawróciła się Niniwa. Czytania wczorajsze były raczej o powołaniu i przykład Jonasza nam ilustruje jak skuteczny może być ten, kto posłucha głosu Boga i  pójdzie za nim, ale warto zwrócić tu uwagę na dwie rzeczy, może nie do końca związane z tym, co nam Kościół wczoraj przypominał.

 

Przede wszystkim to, że Jonasz nie tylko nie miał najmniejszego zamiaru słuchać Pana Boga i nawracać mieszkańców Niniwy. On z całego serca pragnął, by Bóg ukarał tego odwiecznego wroga Izraela. Wiedział, że Niniwianie staną się instrumentem, którego Bóg użyje do ukarania jego kochanej ojczyzny. I gdy Niniwa rzeczywiście nawróciła się, modląc się i poszcząc, Jonasz jest tak zły, że chcę umrzeć.

 

Czasem słyszy się opinię, że Bóg Starego Testamentu był srogi i gniewny, a Bóg Nowego Przymierza jest miłosierny. Księga Jonasza jednak pokazuje nam, że Miłosierdzie Boże to nie jest coś nowego.  "Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej."

 

Żeby lepiej zrozumieć całą tę sytuację, wyobraźmy sobie ją w dzisiejszym świecie. Weźmy jakiś dowolny naród wybrany, który zapomniał o Bogu, na przykład Polskę, i jakiegoś ich odwiecznego wroga, który jest po stokroć gorszy. Powiedzmy Niemcy. I proroka z tego pierwszego narodu, którego Bóg posyła do wrogów, aby oni się nawrócili, co uratuje ich przed zasłużonym gniewem bożym i w konsekwencji podbiją wybrany naród, ojczyznę proroka.  Czy można się zatem dziwić, że Jonasz po sukcesie swojej misji:

 

Modlił się przeto do Pana i mówił: Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą.  Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie. (Jon 4,2-3)

 

Ale jeżeli taka Niniwa się nawróciła, to czy nie mógł się nawrócić Izrael? Mógł, ale w Izraelu nie słuchali swych proroków, którzy często własnym życiem płacili za słowa prawdy przekazywane od Boga. Niniwa jednak wysłuchała Jonasza. A czy Polska jest gorsza? Czy naprawdę musimy tracić nadzieję gdy chodzi o nasz kraj? A może święta Rita by tu pomogła?

 

 

 

Ojciec Serafin nie bał się iść do współczesnej Niniwy. Niósł Słowo Boże, Dobrą Nowinę do najdalszych zakątków Związku Radzieckiego. Dziś by się nam przydał na miejscu... W piątek całonocne czuwanie na Jasnej Górze w intencji krucjaty różańcowej za Ojczyznę. Ja będę... A Ty?

Odsłon: 236 Komentarzy: 20


Kronika Pielgrzymki 2

Kategoria: Świat Friday, 20 January 2012, 13:07

Jutro wyjazd. Nie mogę się doczekać. Jestem niezmiernie ciekawy co mnie czeka podczas pobytu w Polsce. Prawdę mówiąc ja bardzo niewiele widziałem na świecie. Jasne, zjeździłem wzdłuż i wszerz Stany Zjednoczone, byłem w Ziemi Świętej, widziałem Rzym i Wenecję i byłem przed laty w Gruzji i Armenii, ale nigdy nie byłem w Paryżu, Casablance, Lourdes i Fatimie, nie znam Egiptu, Skandynawii, nawet nie byłem w Bułgarii, ani Rumunii, tak popularnych "za komuny".  A jednak dziś zdecydowanie wolę wracać do Polski w czasie mych nielicznych urlopów, niż zwiedzać obce kraje. (Choć Lourdes i Fatimę, mam nadzieję, będę jeszcze miał okazję zobaczyć).

 

Dwa dni temu odezwał się do mnie na czacie naszego forum jakiś redaktor z programu "Na Osi" w TVN Turbo. Chciał nagrać nasze rozmowy przez Internet. Wcześniej, parę miesięcy temu, spotkałem się z innym dziennikarzem, Piotrem Szczepankiem, niedaleko Chicago i nagrał on ponad godzinę materiału o mnie i mojej ciężarówce. Właśnie jest to teraz poddawane obróbce i montażowi i producenci stwierdzili, że przydałoby się dodać coś z forum.

 

Bardzo mnie to ucieszyło, bo choć rozmowa z programem "Na Osi" dotyczyła głównie pracy kierowcy w USA i trucka, którym jeżdżę, to przecież nasze forum jest głównie poświęcone ewangelizacji i apologetyce. A program "Na Osi" pozwoli je zareklamować i przybliżyć je innym. Oczywiście nie wiem jak to zostanie zmontowane, nie mam na to wpływu. Z godzinnego materiału ukaże się pewnie pięć minut, albo mniej, ale takie są realia komercyjnej telewizji i nic na to nie poradzę. Cieszę się jednak, że mnie tam zaprezentują.

 

Wszystko bowiem się sprowadza do skuteczności głoszenia Dobrej Nowiny. Co najmniej dwa elementy muszą równocześnie zaistnieć, by to miało szansę się stać. Sam sposób przekazu musi być na tyle atrakcyjny, by zainteresował odbiorcę i odbiorca musi się spotkać z "nadawcą".  Ksiądz Piotr Pawlukiewicz, że wezmę pierwszy lepszy przykład, może mieć najlepsze kazania pod słońcem, ale jak ktoś nie odwiedzi kościoła św. Anny i nie odsłucha jego kazań z Netu, to nie ma dla niego znaczenia jakie one są. A przecież wiemy, że są tysiące, miliony osób, które nigdy nie będą "marnowały czasu na słuchanie kazania".

 

Stąd w ogóle pomysł mojego apostolatu. Dotarcie z Ewangelią do pasjonatów ciężarówek, miłośników Stanów Zjednoczonych. I choć na naszym forum także jest zarejestrowanych wielu głęboko wierzących katolików, dobrych chrześcijan, to przecież ciągle mamy świadectwa ludzi, zwykle młodych mężczyzn, którzy powrócili do Boga i Kościoła po latach właśnie dzięki naszemu forum. 

 

Zatem zapraszam do TVN Turbo, program "Na Osi" 28 stycznia. I zapraszam do kolejnego odcinka mojej Kroniki Pielgrzymki, już pewnie napisanej z Polski.

Odsłon: 436 Komentarzy: 12


Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan 2012

Kategoria: Kościół Tuesday, 17 January 2012, 18:41

18 stycznia zaczyna się kolejny Tydzień Modlitw i Jedność Chrześcijan. I jak co roku powraca pytanie: Jaki jest jego cel? To znaczy teoretycznie wszyscy wiemy jaki, ale jak to wygląda w praktyce?

Z lektury Biblii jednoznacznie wynika, że Kościół powinien być jeden. Że Bóg pragnie, by nie było żadnego rozdarcia, rozbicia między chrześcijanami. Wystarczy przytoczyć choćby te fragmenty Ewangelii i Listów Pawłowych:



Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś.
( J 17, 20-23) 



Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?
(1 Kor 12-13)

 

 Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który [jest i działa] ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich.(Ef 4, 3-6)

 

Jak jednak te corocznie powtarzające się Tygodnie Modlitw zbliżają nas do jedności? "Po owocach ich poznacie". Zatem jakie są te owoce?

 

Wspólna Deklaracja o Usprawiedliwieniu była takim konkretem, ale też nie spowodowała jakiś masowych powrotów Luteran do jedności z Kościołem. Pewnie nie spowodowała żadnych powrotów, poza sporadycznymi, jednostkowymi przypadkami. Trochę większym sukcesem może się poszczycić Konstytucja Apostolska "Anglicanorum coetibus",  dotycząca  utworzenia ordynariatów personalnych dla członków Wspólnoty Anglikańskiej pragnących przystąpić do pełnej i widzialnej jedności z Kościołem Katolickim. Rozmowy z Lefebrystami też wydają się prowadzić donikąd, a ostatni komunikat Stałej Rady Konferencji Episkopatu Polski, choć jest potrzebnym sygnałem dla wiernych, raczej utwierdza rozłam spowodowany przez działalność księdza Natanka, niż przybliża moment jego powrotu do pełnej jedności z Kościołem.


To są jednak jakieś konkrety. Być może jeszcze nie nadszedł czas, by wydały one owoce. Są to jednak, moim zdaniem, kroki we właściwym kierunku. Ja jednak obawiam się, że dla wielu  chrześcijan zaangażowanych w ruch  ekumeniczny, być może nawet dla większości, celem nie jest odnalezienie za wszelką cenę prawdy i poddanie się tej prawdzie, ale jakieś pozyskanie stanu wzajemnej tolerancji i szanowania się i swych poglądów.

 

Nie mam nic przeciwko wzajemnemu szacunkowi, ale z tolerancją zawsze miałem problemy. Moim zdaniem Pan Jezus w ogóle nie był tolerancyjny. Prawdziwe chrześcijaństwo nie polega na tym, byśmy wszyscy się chwycili za ręce i razem zaśpiewali "Kumbaya". Nie chodzi też o to, byśmy się chwycili za łby. Chodzi po prostu o odszukanie prawdy i o pełne i bezwarunkowe zjednoczenie się w tej prawdzie. Albo, mówiąc precyzyjniej, w tej Prawdzie, bo Prawdą jest Jezus. 

 

Czy zatem mamy zaprzestać naszych wysiłków dlatego, że są tak mało owocne? "Żadną miarą!" Jeżeli już to powinniśmy te wysiłki zwielokrotnić. Jednak nie mogą one iść w kierunku kompromisów, czy rozwadniania naszych poglądów, naszej nauki, naszej doktryny. Nie chodzi o jedność za wszelką cenę, ale o jedność w Prawdzie. I jedność taka jest możliwa, ale tylko dzięki łasce, jaką nam Duch Święty może udzielić. Nie traćmy więc nadziei i róbmy swoje, modląc się o osiągniecie tego celu, a resztę zostawmy Bogu.

 

Przetłumaczyłem kiedyś wykład Petera Kreefta na temat prawdziwego ekumenizmu. Serdecznie go polecam. Peter Kreeft, filozof, apologeta, teolog, znawca literatury, wykładowca w Boston College, wydawany także w Polsce, sam został katolikiem na skutek tego, że jako młody człowiek, student, odnalazł Prawdę. Zdecydował się na ten krok dawno, pół wieku temu, gdy nikt jeszcze nie słyszał o ruchu ekumenicznym i gdy "przechodzenie na katolicyzm" było w Stanach czymś niezrozumiałym. Dzisiaj nikogo to już nie dziwi, ale wtedy, może poza przypadkami małżeństw mieszanych, było to coś niesłychanego. Wykład Kreefta jest TUTAJ. Zapraszam.

Odsłon: 638 Komentarzy: 6


Kronika Pielgrzymki 2012

Kategoria: Świat Tuesday, 17 January 2012, 05:13

"Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swych planach".  Lubię to powiedzenie, bo mnie życie zaskakuje na każdym kroku. Zwykle toczy się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałem.



Planowałem zmianę pracy - ukończyłem właśnie kilkutygodniowy proces, w czasie którego wypełniłem tony formularzy, przeszedłem przez badania lekarskie i testy sprawnościowe, po czym otrzymałem w ubiegłą środę informację, że zaczynam nową pracę od poniedziałku, 16 stycznia.  Dzień później powiadomiono mnie jednak, że na razie nie są zainteresowani moją osobą.



Cóż, choć ta ostatnia informacja mnie zupełnie zaskoczyła i nieco rozczarowała, to przecież nie jest to koniec świata. Jest to moment, w którym warto sobie uzmysłowić w Kim pokładamy nadzieję i zaufać, że być może On ma dla nas lepszy plan.



W ostatnią niedzielę słyszeliśmy fragment z Pierwszej Księgi Samuela, gdzie Heli instruuje młodego Samuela: "Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha". Bóg woła każdego z nas, ale często zagonieni nie mamy czasu na wsłuchiwanie się w Jego głos. Wygląda na to jednak, że teraz będę miał tego czasu sporo. Problem jednak polega na tym, że nic nie słyszę... Czasem szkoda, że dobry Bóg nam nie podpowiada tak wyraźnie, jak Samuelowi.



Co w takim razie teraz zrobię? Najpierw pojadę do Polski. Ponieważ zwykle w USA po roku pracy w nowej firmie otrzymuje się zaledwie jeden tydzień urlopu, a po dwóch latach dochodzi drugi (i często na tym się kończy), to teraz mam być może ostatnią szansę, by w ciągu najbliższych paru lat na dłuższej odwiedzić Ojczyznę. Wylot w sobotę, 21 stycznia.

 


Zatem pielgrzymka, bo każdy wyjazd do Polski jest dla mnie pielgrzymką. Jest to zawsze jakieś ładowanie akumulatorów duchowych. Wizyty w katedrze na Wawelu, na Jasnej Górze, w Kalwarii Zebrzydowskiej, w Czernej u Karmelitów, w Niepokalanowie, w obozie w Auschwitz, gdzie został zamordowany św. Maksymilian - to są stałe programy, które sobie zawsze bardzo cenię. I choć nie za każdym razem uda się odwiedzić wszystkie te miejsca, to są też jakieś inne, a wszystkie doskonale mnie duchowo podbudowują.



Co prawda nie wiem, czy mi te akumulatory nie zamarzną, bo ostatnio zima sobie przypomniała o Europie, ale to też będzie ekscytujące przeżycie. Ja mieszkam w mieście położonym na szerokości geograficznej Casablanki i zimy u nas są zwykle bezśnieżne. Bywało nawet, że po Świętach Bożego Narodzenia jechaliśmy nad morze i kąpaliśmy się w Atlantyku. Jednak jeżdżąc po całych Stanach nie zapomniałem jak wygląda zima. W tym sezonie już mnie dopadły w Wyoming niemal 30-stopniowe mrozy. Polskiej zimy jednak nie widziałem już ponad 30 lat.  Muszę tylko zakupić jakieś zimowe rzeczy i w drogę. Jestem gotowy przypomnieć sobie jak to jest, gdy przemarznięty człowiek czeka na tramwaj w lutowy poranek.



Zapraszam więc na wspólną pielgrzymkę. Na pewno opiszę tu swoje przeżycia. Będą też jakieś zdjęcia, a na YouTube filmy. I proszę o modlitwę w intencji szczęśliwej podróży i szybkiego znalezienia pracy po powrocie do Stanów. A gdyby ktoś chciał mnie "namierzyć", będę informował gdzie jestem na moim Twitterze, twitter.com/truckerhiob.

Odsłon: 448 Komentarzy: 14


Theotokos

Kategoria: Kościół Sunday, 01 January 2012, 03:52

 

Pierwszy stycznia to nie tylko Nowy Rok i Światowy Dzień Pokoju, ale przede wszystkim święto Maryi, Świętej Bożej Rodzicielki. Czyli Matki Boga. Dziś w Kościele usłyszeliśmy znowu to piękne błogosławieństwo, jeden z moich ulubionych wersetów:

 

Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. (Lb 6,24-26)


Błogosławieństwo rzeczywiście piękne, ale co z tą Matką Boga? Jak to Matka Boga? Jak Maryja, która jest tylko człowiekiem może być matką Kogoś, kto istnieje od zawsze? Kto nie ma początku? Często takie zarzuty stawiane są nam, katolikom. „Przesadzacie z tym uwielbianiem Maryi, nadając jej jakieś niezrozumiałe i wręcz bluźniercze tytuły”. Ale negowanie tego, że Maryja jest Matką Boga jest negowaniem tego, że Jezus jest Bogiem. Ten tytuł ma bowiem bardzo niewiele wspólnego z Maryją, za to bardzo dużo z tym, kim naprawdę jest Jezus.



Sam tytuł („Theotókos”) został Jej nadany na soborze powszechnym w Efezie w roku 431. Nestroriusz, patriarcha Konstantynopola i Cyryl, patriarcha Aleksandrii, nie tylko inaczej interpretowali słowa, że „Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”, ale także walczyli ze sobą o to, kto ma być przywódcą Kościoła na Wschodzie. Zwalczali się także w sferze politycznej, walcząc o wpływy w tamtym rejonie świata. Pogląd Nestoriusza został potępiony i herezja ta znana jest dzisiaj jako „nestorianizm”. Nestorianizm to doktryna głosząca, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Według Nestoriusza więc Maryja urodziła „Jezusa-człowieka”, ale nie Boga. Cyryl nauczał, że Jezus jest jedną Osobą, Boską, ale mającą dwie natury: Boską i ludzką. Nie da się więc „dzielić” Jezusa na Boga i na człowieka. On jest cały czas, niepodzielnie, jednym i drugim. Zatem Maryja rodząc Go musiała urodzić Boga.



Pamiętam raz, jak przysłuchiwałem się debacie między Timem Staples i jakimś wrogo nastawionym do Kościoła Katolickiego fundamentalistą. Tim, sam były Zielonoświątkowiec, były pastor, aktywnie w swoim czasie zwalczający Kościół Katolicki, a teraz wielki obrońca Kościoła Katolickiego, zadał pytanie swemu adwersarzowi: „Czy Jezus był Bogiem zanim anioł Gabriel zwiastował Maryi, że pocznie i porodzi Syna?” „Tak, oczywiście”, odpowiedział jego rozmówca. „A czy Jezus był nadal Bogiem w minutę po Zwiastowaniu?” „Tak”. „A później… pięć miesięcy później, czy dziewięć, na moment przed Bożym Narodzeniem… Czy Jezus był ciągle Bogiem?” „Taaak… myślę, że tak…na pewno tak” z rozmysłem odpowiedział protestant, czując, że pakuje się w jakąś pułapkę. „A czy Jezus był Bogiem minutę po tym jak go urodziła Maryja?” „Tak”. To czy nie jest prawdą, że Maryja urodziła Boga, a więc jest Matką Boga?” „Nie!” –brzmiała natychmiastowa odpowiedź. Tak to bywa, jak nasze uprzedzenia są ważniejsze od logicznego myślenia.



Nikt w Kościele nie twierdzi, że boskość Jezusa jest w jakikolwiek sposób darem Maryi. Ale też nikt nie twierdzi, że, powiedzmy, moja mama dała mi duszę. Moja mama dała mi ciało, a duszę dostałem od Boga. Ale ja nie nazywam mojej mamy „Mamą mojego ciała”. Moja mama jest moją mamą. Urodziła mnie. I niezależnie skąd otrzymałem duszę, ciągle jest ona (mama, nie dusza) mamą całej mojej osoby. Bo ja nie jestem ciałem, w którym telepie się dusza, ( która zresztą zazwyczaj siedzi na ramieniu). Nie jestem też duszą uwięzioną w ciele. Jestem urodzonym przez kobietę człowiekiem.



Dogmat o Maryi, matce Boga właśnie o tym mówi. Że Jezus jest Jeden. Ma dwie natury, Boską i ludzką, ale jest Jedną Osobą. Jest Synem Bożym, drugą  Osobą Trójcy Świętej i nie ma jakiegoś innego Jezusa, który byłby tylko człowiekiem, nie będąc Bogiem. A więc dogmat o tym, że Maryja jest Matką Boga jest nie tyle dogmatem Maryjnym, ile chrystologicznym, nauczającym nas o Jezusie. To, że Ona jest Matką Boga jest tylko zwykłą konsekwencją faktu, że Jezus rzeczywiście tym Bogiem jest. Zawsze i niepodzielnie.


Drugiego stycznia usłyszymy czytanie z 1. Listu św. Jana:


Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. Wy zaś zachowujecie w sobie to, co słyszeliście od początku. Jeżeli będzie trwało w was to, co słyszeliście od początku, to i wy będziecie trwać w Synu i w Ojcu. A obietnicą tą, daną przez Niego samego, jest życie wieczne. (1 J 2, 22-25)



A w Ewangelii z tego dnia św. Jan, umiłowany uczeń Jezusa przytacza słowa św. Jana Chrzciciela:



Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. (J 1,26-27)


Słowa człowieka, który został nazwany przez Jezusa „Największym spośród narodzonych z niewiast” (por. Mat 11,11). Jeżeli więc ten największy spośród narodzonych w naturalny sposób nie jest godzien nawet odwiązać rzemyka w sandałach Jezusa, to kim On jest?



Jezus to nie jest syn Boży w takim samym znaczeniu jak ja i Ty. W takim znaczeniu, o jakim mówi czytanie w Kościele w dniu 3 stycznia. Nawiasem mówiąc kolejny z moich ulubionych wersetów:



Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1)



Nasze synostwo, choć rzeczywiste, zostało nam dane przez adopcję. My przez wiarę, w Jezusie, staliśmy się dziećmi Bożymi, a Jezus jest Nim z samej swojej natury. Uczy nas o tym św. Paweł:



Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. (Ga 3,26-27)



… i mówi nam o tym sam Pan Jezus:



Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J 10,30)

Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)

 

Już w czwartym wieku, na Soborze w Konstatntynopolu, zatwierdzony został tekst Credo, naszego wyznania wiary, tak mówiącego o Jezusie:

 


[Wierzę] w jednego Pana Jezusa Chrystusa,
Syna Bożego Jednorodzonego,
który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami,

Bóg z Boga,
Światłość ze Światłości,
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.
Zrodzony a nie stworzony,
współistotny Ojcu,
a przez Niego wszystko się stało.

 

"Zrodzony" nie oznacza tu tego, że był czas, kiedy nie było Syna, który dopiero został "zrodzony" w późniejszym czasie. Bo skoro "przed wszystkimi wiekami", skoro "przez Niego wszystko się stało", skoro Jezus jest "współistotny Ojcu", to znaczy, że przez całą wieczność Ojciec i Syn istnieli.

 

"Zrodzony a nie stworzony" oznacza jedynie, że Ojciec i Syn mają tę samą naturę. Jak ja i mój syn. Fizycznie wcale nie jesteśmy do siebie za bardzo podobni. Gdybym był utalentowanym rzeźbiarzem, potrafiłbym wyrzeźbić posąg wyglądający identycznie jak ja. Ale posąg ten byłby "stworzony" i choć byłby podobny do mnie jak dwie krople wody, miałby zupełnie inną naturę. Mój syn ma moją naturę, jest czlowiekiem, bo jest "zrodzony, a nie stworzony". Tak samo Syn, Jezus, jest Osbą Boską, bo jst "zrodzony, a nie stworzony".

 

 A skoro Jezus i Ojciec są Jednym, skoro każdy, kto widział Jezusa widział także Ojca, skoro Jezus jest "genitum non factum, consubstantialem Patri", to jasne jest, że Jezus jest Prawdziwym Bogiem. Nic więc dziwnego, że Kościół nadał Jego Matce tytuł, który potwierdza tylko niezaprzeczalny fakt: Maryja urodziła Boga, który stał się człowiekiem, abyśmy my wszyscy mogli stać się dziećmi Bożymi.



Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. […]

Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1-5,10-14)

 

Odsłon: 452 Komentarzy: 16


The Twelve Days of Christmas

Kategoria: Kościół Monday, 26 December 2011, 03:55

The Twelve Days of Christmas to bardzo popularna piosenka świąteczna w anglosaskich krajach. Znana jest także we Francji (i najprawdopodobniej właśnie z Francji pochodzi) i zapewne znana jest już także w Polsce. Pewnie głównie dzięki Shrekowi, który ją chyba śpiewał w jednym ze swych filmów. Nie każdy jednak wie, że jest to ukryty katechizm Kościoła Katolickiego.



Piosenka ta przyszła z Francji do protestanckiej Anglii w czasach, gdy Kościół Katolicki był tam nielegalny. Posiadanie jakichkolwiek katolickich materiałów, jakichkolwiek pism związanych z papiestwem było przestępstwem według obowiązującego prawa, więc przy pomocy tej piosenki można było "przemycić" mały Katechizm.



Dzisiaj także może ona służyć nie tylko jako mały Katechizm. Tym bardziej, że w protestanckiej Ameryce wszyscy śpiewają o dwunastu dniach Bożego Narodzenia, ale nikt już nie obchodzi tak tego Święta. Na naszej ulicy śmieci zabierane są we wtorki, więc pewnie jutro choinki będą już wystawione na trawniki. Lampki przed domami też pogasną, albo w najlepszym przypadku dotrwają do Nowego Roku. Nasz dom jest jedyny, który ma choinkę, szopkę i lampki przed domem przez 12 dni Bożego Narodzenia, do Święta Trzech Króli. Do święta, którego nie ma w kalendarzach liturgicznych wspólnot ewangelickich. Ale skoro się nie ma kalendarza liturgicznego, to gdzie jakieś święta umieszczać? 



Oto słowa tej piosenki:



On the twelfth day of Christmas, my true love gave to me...
12 Drummers Drumming
11 Pipers Piping
10 Lords-a-Leaping
9 Ladies Dancing
8 Maids-a-Milking
7 Swans-a-Swimming
6 Geese-a-Laying
5 Golden Rings
4 Calling Birds
3 French Hens
2 Turtle Doves
And a Partridge in a Pear Tree.



Nie jest istotne co oznaczają dosłownie po polsku, natomiast ukryte, symboliczne znaczenie  było takie:



True love to miłość Boga do nas,
Partridge in a Pear Tree (przepiórka na gruszy)  to Jezus przybity do Krzyża.
2 Turtle Doves to Stary i Nowy Testament,
3 French Hens to trzy cnoty boskie (wiara, nadzieja, miłość), albo wg. innej interpretacji, trzy dary Mędrców złożone Jezusowi i Maryi,
4 Calling Birds to czterech Ewangelistów, Mateusz, Marek, Łukasz i Jan.
5 Golden Rings to Pentateuch, Pięcioksiąg, pięć pierwszych Ksiąg Starego Testamentu,
6 Geese-a-Laying to sześć dni stworzenia,
7 Swans-a-Swimming to siedem darów Ducha Świętego (dar mądrości, rozumu, umiejętności, rady, męstwa, bojaźni Bożej. - Iz 11:2-3)
8 Maids-a-Milking to osiem Błogosławieństw ((Mt 5, 3-11)
9 Ladies Dancing to dziewięć owoców Ducha Świętego ( "miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" - Gal 5, 22-23)
10 Lords-a-Leaping to Dziesięć Przykazań,
11 Pipers Piping to jedenastu wiernych Apostołów i
12 Drummers Drumming to dwanaście artykułów wiary w Składzie Apostolskim.



A to linki do piosenki. Pierwsza wersja w wykonaniu genialnego chóru Straight No Chaser. 10 facetów śpiewających a capella. Nie całkiem wykonanie wierne oryginałowi, ale  co to szkodzi. Naprawdę warto posłuchać. ;-)

http://www.youtube.com/watch?v=2Fe11OlMiz8 

... a to równie nieortodoksyjna wersja Shreka: 

http://www.youtube.com/watch?v=-UhcmUU0QpY




Odsłon: 186 Komentarzy: 0


O tym dlaczego Bóg stał się człowiekiem i przepis na Dobre Święta

Kategoria: Fronda Friday, 23 December 2011, 13:20

W pewną mroźną, grudniową noc pewien ojciec został sam w domu, gdyż jego żona z dziećmi pojechali na Pasterkę. On sam uważał się za intelektualistę, człowieka racjonalnego. Nie wierzył w żadne zabobony i gusła, a naukę Kościoła traktował jak mity greckie.  Wydawało mu się zupełnie nielogiczne, by Bóg mógł się narodzić jako małe Dzieciątko.  Bo niby po co? Wierzył on w  jakiegoś Boga – Wielkiego Zegarmistrza, który stworzył Wszechświat – Maszynę, raz „nakręconą”, którą więcej się On nie interesuje, ale nie rozumiał koncepcji Boga stającego się człowiekiem i odrzucał możliwość, by taki Bóg mógł istnieć.

 

Pogoda stawała się coraz gorsza, wiatr się wzmagał i trwała burza śnieżna. Nagle niewiadomo skąd przyleciała gromada ptaszków i zwabione światłem w oknie domu zaczęły wpadać w szybę, szukając ratunku przed mrozem i śnieżycą. Musiały przylecieć z daleka, osłabione brakiem pokarmu, bo kilka z nich padło martwych na śnieg pod oknem i na parapet. Człowiek ten bardzo kochał przyrodę, był ekologiem. Żal mu się zrobiło tych biednych ptaszków, więc postanowił je uratować.

 

Rodzina ta mieszkała na wsi, mieli swą farmę i w budynku gospodarczym było dużo miejsca. Było tam  wiele ziaren i nasion i było tam ogrzewanie. Ubrał  się więc, wyszedł na dwór, otworzył drzwi do stodoły i zaczął tam naganiać ptaszki. One jednak go nie rozumiały. Przestraszone, uciekały i ginęły, usiłując szukać ratunku w zamkniętym oknie.

 

„Gdybym tylko mógł się stać jednym z nich” – Pomyślał. – „Mógłbym wtedy przemówić do nich zrozumiałym językiem, pokazać im drogę do zbawienia. Poszłyby za mną i odnalazły ratunek”. Gdy tylko to powiedział, doznał olśnienia.  Upadł na kolana i zaczął się modlić do Boga, w którego jeszcze przed godziną nie mógł uwierzyć. Nagle zrozumiał, dlaczego Bóg stał się człowiekiem. To przecież takie oczywiste! Takie logiczne! Szybko się przebrał i pojechał do kościoła, dołączyć do swoich najbliższych, by razem witać nowonarodzone Dziecię.

 

Przepis na Dobre Święta:

 

Potrawy wigilijne tradycyjnie powtarza się co roku, więc i ten przepis warto przypomnieć. Przepis jest bardzo trudny, ale jak się już raz spróbuje, to potem za każdym razem wychodzi lepiej:

 

PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA.


Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności.

 

Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku - przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.

 

W tą najpiękniejszą noc roku, gdy sam Bóg się narodził i stał się jednym z nas, życzę Wam wszystkim wiele Bożych Błogosławieństw, dużo zdrowia, radości, szczęścia, spełnienia najskrytszych marzeń i wiele miłości z okazji Świąt Bożego Narodzenia, teraz i w całym 2012 roku.



 

Niech nowonarodzone Dzieciątko Jezus błogosławi Was i strzeże. Niech rozpromieni oblicze swe nad Wami, niech Was obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku Wam oblicze swoje i niech Was obdarzy pokojem.

 

Piotr Jaskiernia z rodziną

Odsłon: 371 Komentarzy: 10


Jezus, Eliasz i reinkarnacja, czyli katolicyzm po polsku.

Kategoria: Kościół Wednesday, 21 December 2011, 04:53

Inspiracją do tego wpisu był doskonały tekst księdza Mieczysława Piotrowskiego TChr z czasopisma Miłujcie się, przedrukowany przez Frondę. Przeczytałem tam, że "aż 32 proc. Polek i Polaków wierzy w reinkarnację. I jest to najwyższy odsetek na kontynencie!"



Nie chcę powtarzać tego, co każdy może wyczytać w tamtym tekście. Artykuł księdza Piotrowskiego doskonale obnaża niebezpieczeństwa tej wiary. Pokazuje zagrożenia dla naszej duszy, związane z tą ideologią. Ja chciałbym tu jedynie zająć się nielogicznością wiary w reinkarnację. Dla mnie bowiem jest to totalnie bezsensowna idea.



Przede wszystkim mam problem z liczbami. Ja nie jestem politykiem, mnie cyferki muszą się zgadzać. Tymczasem wśród europejskich wyznawców tej wiary trudno spotkać takich, co wierzą, że kiedyś byli, albo że w kolejnym wcieleniu będą jakimiś zwierzętami. Oni zawsze w poprzednich wcieleniach byli ludźmi, i to najczęściej ludźmi znaczącymi.


Jednak... jeżeli każdy człowiek miał ileś poprzednich wcieleń, to nam brakuje ludzi. Nauka nam mówi, że wszyscy pochodzimy od jednej matki. Zatem... skąd się wzięły dusze jej dzieci? Kiedyś ludzkość całej Ziemi liczyła kilka milionów. Dzisiaj kilka miliardów. Zatem skąd się biorą te "nowe dusze"?


I jeżeli karma determinuje w naszym życiu to, czy jesteśmy zdrowi i bogaci, czy też chorzy, biedni i nieszczęśliwi, to kto, albo co determinuje jakie będzie życie tych nowych osób, które w jakiś sposób "zaistniały" nie mając poprzedniego wcielenia?


Powiecie, że problem ten znika, gdy przyjmiemy, że nasze dusze mogą powrócić do życia w zwierzętach? Nie prawda. Nie tylko problem nie znika, ale staje się jeszcze poważniejszy. Zwierzęta bowiem nie mają wolnej woli, zatem nie mogą postępować "moralnie". Zwierzęta zawsze postępują instynktownie. Tygrys rozszarpujący antylopę nie zrobił nic złego, tak, jak pies, który zagryzł kota. Złem może być jedynie postępowanie właściciela psa, który go poszczuł, samo zwierze zawsze robi to, co mu zew krwi nakazuje.


Zatem w jaki sposób karma zwierząt może być dobra, albo zła? I nie mówię tu o obroku dla konia. Czy też może to my, ludzie, oceniamy, że krową to się zostaje w nagrodę, a szczurem za karę? I co dalej? I jak się "odwali szczurzą zmianę", to automatycznie w następnym wcieleniu stajemy się krową? Przecież to się nie trzyma kupy.


Jednak i tak nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ nie pamiętamy ani naszych poprzednich wcieleń, ani nie będziemy pamiętać w przyszłości naszego, aktualnie przeżywanego życia. Tak, tak, wiem, Shirley MacLaine podobno pamięta. I na co dzień rozmawia nie tylko ze swoimi poprzednimi wcieleniami, ale także ze swoimi przyjaciółmi z innych planet. Lecz ja nie mówię o ludziach, którzy się powinni leczyć u psychiatry, ale o sobie i o Tobie, drogi czytelniku. Ani ja, ani Ty nie pamiętamy żadnego poprzedniego wcielenia, prawda? Zatem... nawet, gdyby ono było, nie miałoby to dla nas żadnego znaczenia.


W praktyce wyznawca wiary w reinkarnację niczym się nie różni od ateisty. Dla jednego i dla drugiego koniec ziemskiego życia oznacza nicość. Ich pamięć, jestestwo, samoświadomość istnienia znika. To, czy się nasza dusza odradza w innym ciele, czy też nie istnieje w ogóle, z praktycznego punktu widzenia nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Dla umierającego wyznawcy New Age, czy hindusa, czy buddysty, czy też ateisty, śmierć oznacza koniec i pustkę.


Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Prawda jest taka, że nasza dusza powstaje, stworzona przez Boga, w momencie naszego poczęcia. Powstaje z niczego, ale nigdy nie przestaje istnieć i istnieje wraz z pamięcią i ze świadomością tego, kim jesteśmy. W Liście do Hebrajczyków czytamy, że "postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd". Raz to znaczy raz. A jak sąd, to musimy mieć pamięć tego, za co nas Sędzia będzie sądził.


Święty Jan Chrzciciel nie był Eliaszem po reinkarnacji. Sam to potwierdził:

 

Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! (J 1, 19-21)

Zatem gdy Jezus mówi, że

Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. (Mt 11, 13-14)

... to nie mówi, że św. Jan jest zmartwychwstałym Eliaszem, ale, że to św. Jan jest tym, kogo zapowiadał Malachiasz, mówiąc, że przyjdzie taki prorok jak Eliasz:

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego. (Ml 4,5)

A skąd wiemy, że to nie sam Eliasz? Bo nam to wyjaśnia św. Mateusz:

Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu. (Mt 17, 10-13)


Eliasz został zabrany do Nieba i nie powraca tu w niekończącym się cyklu kolejnych reinkarnacji. Spotkanie z nim będzie możliwe dopiero wtedy, gdy i my będziemy w Niebie. Chyba, że Bóg da nam łaskę mistycznego przeżycia, podobnego do tego, jakiego świadkami byli wybrani apostołowie:

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. (Mt 17, 1-3)

To jednak nie ma nic wspólnego z reinkarnacją.

Nie było też reinkarnacją Wcielenie Pana Jezusa. W momencie Poczęcia Jezus otrzymał ludzką duszę, ale to nie było nowe wcielenie istniejącej duszy. I po Jego śmierci Jego dusza nie powędrowała do innej osoby. Pan Jezus, prawdziwy i jedyny Bóg, JEST. JEST w momencie stworzenia świata, JEST w momencie wcielenia, JEST w dniu swych narodzin w Betlejem i JEST w dniu Sądu Ostatecznego. JEST poza czasem i ponad czasem. Ale na osi upływu czasu stał się On w pewnym momencie historii Świata człowiekiem. Otrzymał ciało i duszę jak każdy z nas. Nigdy jednak nie przestał być Bogiem, ani nigdy nie utracił świadomości, że JEST Bogiem. A dziś, będąc w Niebie, nadal pozostaje tym samym prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Ze swą ludzką duszą, która nigdzie nie powędrowała.


Nie wiem jak 32% Polaków może pogodzić swą wiarę w reinkarnację z faktem, że, przynajmniej nominalnie, w większości są katolikami. Nie wiem, ale się domyślam. Jest to możliwe tylko dlatego, że dzisiaj myślenie sprawia zbyt wielki wysiłek. Ludzie powtarzają brednie po innych, nie zastanawiając się nad tym, czy to ma jakikolwiek sens, czy nie. Ważne, żeby to było "trendy" i "cool", żeby było "nowoczesne", a nie takie zacofane, jak "zwykłe chrześcijaństwo".


A że jest to bez sensu? Że naraża nas na utratę zbawienia? Że prowadzi do takiego życia, które konsekwentnie pozbawia nas łaski uświęcającej i prowadzi do potępienia? No przecież właśnie dlatego wierzymy w reinkarnację, żeby się takich przesądów jak sąd i piekło nie bać! Jakie potępienie, jak po śmierci żadnego sądu nie ma? Hulaj dusza, a jak coś zawalimy, to co najwyżej następny "wehikuł" naszej duszy pomęczy się troszkę. To już nie mój problem, tylko jego i mojej duszy z amnezją, która nie będzie pamiętać, że ja to ja.


Wszystko się sprowadza do tego, co zrobili Ewa i Adam w rajskim ogrodzie:

Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. (Rdz 3, 4-6)


My wszyscy chcemy być jak Bóg. Nie chcemy, by On nam mówił, co jest dobrem, a co złem. My sami chcemy o tym decydować. Ale ta perspektywa Sądu Ostatecznego nam strasznie bruździ, więc lepiej pomieszać nasze chrześcijaństwo z New Age, dodać trochę buddyzmu, troszkę hinduizmu, jakąś medytację, jakieś wierzenia w cykl reinkarnacji kończący się rozpłynięciem się w niebycie nirwany i już można wszystko: Hulaj dusza, piekła nie ma. A że to sprzeczne z nauką Kościoła? "Ja wierzę w Boga, ale nie wierzę w Kościół". Yeah, right. W boga, którym jest mój własny brzuch.


Skoro jesteśmy przy 3 rozdziale Księgi Rodzaju, warto wspomnieć, że jest on nazywany protoewangelią, bo Bóg tu zapowiada to, co miało się stać tysiące lat później:

Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)

 

I tak doszliśmy do dzisiejszego dnia. Potomek Niewiasty narodził się w Betlejem i trzydzieści trzy lata później zmiażdżył głowę wężowi. Dał nam życie wieczne. Dał nam łaskę, umożliwiającą wieczne życie i okazał nam miłosierdzie. Zatem zamiast mydlenia sobie oczu bredniami o reinkarnacji może warto oddać pokłon Temu, na którego przyjście w Adwencie tak niecierpliwie czekamy? Może warto się zastanowić nad bezsensem reinkarnacji i przyjąć całym sercem to, co jest Prawdą?


Warto to zrobić, bo Prawda zawsze jest najpiękniejsza.

Odsłon: 1097 Komentarzy: 48


1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 36 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.