Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Dywagacje dlaczego ćwiczenia ignacjańskie są dla wszystkich, ale nie dla każdego. Może też na parę innych tematów.

Kategoria: Religia Friday, 18 March 2011, 13:06

Od razu – tytułem wyjaśnienia – to nie miał być osobny wpis, tylko dłuższy komentarz do pobocznego wątku, który na moment pojawił się na innym blogu. Jednak odmierzanie ile to jest 2000 słów przekroczyło moją cierpliwość.

I jeszcze małe wyjaśnienie: gdy piszę „Ćwiczenia Duchowe” chodzi o tekst św. Ignacego; „ćwiczenia ignacjańskie”, lub w skrócie „ćwiczenia”, gdy mam na myśli rekolekcje odprawiane według wskazówek Ignacego zawartych w Ćwiczeniach Duchowych.

No to zaczynamy.

Jeden z tamtejszych dyskutantów rzucił od niechcenia, że ćwiczenia ignacjańskie są ezoteryczne.

Inny wyrażał swój stosunek do ćwiczeń, używając argumentów typu: „Nie znam Wagnera, ale Hitler go lubił, a więc Wagner jest hitlerowcem i nie będę go słuchał”.

Jakoś obaj mało mnie wzruszyli.

Dopiero wpis (zachowuję wielkie litery):

„CZYTAŁEM RAZ ,,ĆWICZENIA DUCHOWE" – WIĘCEJ CHYBA TEGO NIE UCZYNIĘ BO MNIE ZEMDLIŁO…”

nieco mnie ożywił. A w pierwszej chwili nawet zniesmaczył. Po chwili pomyślałam jednak: Nie, no – właściwie całkiem prawidłowa reakcja.

Ale po kolei.

Z uproszczonych wersji biografii Edith Stein wynika, że nawróciła się przeczytawszy Księgę życia Teresy z Avila, znalezioną w domu swoich przyjaciół.

Prawdą jest, iż tę książkę przeczytała, ale proces nawrócenia trwał nieco dłużej, niż te parę godzin spędzonych na kanapie u Hedwig Conrad-Martius.

Jej kierownik duchowy o. Erich Przywara sj. wspominał pewien spacer nad brzegiem rzeki, podczas którego Edith Stein opowiadała, iż  kiedyś natknęła się u swego księgarza na egzemplarz Ćwiczeń Duchowych św. Ignacego. Był rok 1919 r., a więc była jeszcze ateistką, a przynajmniej za taka się uważała. Przeczytała ją z ciekawości psychologa, jak to sama określiła. Dość szybko zrozumiała, że Ćwiczeń Duchowych nie należy czytać, ale je wykonywać – bo to jest sensem wszystkich ćwiczeń. I – ciągle jako ateistka – „przećwiczyła” je, traktując to początkowo jako eksperyment psychologiczny. Zakończyła z mocnym postanowieniem, że się nawróci.

Tyle wspomnień o Edycie Stein.

Ojciec Ignacy niewątpliwie był wielkim świętym, ale nie wielkim literatem. Raczej w ogóle nie był literatem.

Łopatologicznie rzecz ujmując, tekst jego Ćwiczeń Duchowych można porównać do bardzo oschle i esencjonalnie sformułowanych reguł zawodowego treningu sportowego.

Wszystkie takie reguły mają swój żargon, który dla początkujących może być nieco uciążliwy, a nawet zniechęcić do opisywanej dyscypliny.

Od czytania reguł nie przyrasta jednak tkanka mięśniowa, ani nie nabywamy w cudowny sposób technik właściwych danej dyscyplinie. Jeżeli ktoś twierdzi przeciwnie, pierwsza zawody wybiją mu to z głowy.

A więc po prostu trzeba zacząć ćwiczyć.

Jednak to niezbyt bezpieczne zaczynać samemu. Bardzo łatwo nabrać nieprawidłowych nawyków, nabawić się kontuzji. Szczególnie, gdy nasze dotychczasowe doświadczenia sportowe polegały na oglądaniu skoków Małysza w tv.

Nie możemy też przeskakiwać etapów, a osiąganie kolejnych trwa czasem latami. I nie ma potrzeby, byśmy zawczasu znali reguły treningu wyższych stopni, bo na naszym poziomie nie jest to przydatne, a nawet (gdybyśmy usiłowali wprowadzać je w czyn) może okazać się szkodliwe.

I tak naprawdę lektura tych trenerskich wskazówek nie jest nam niezbędna do wykonywania ćwiczeń i robieniu sportowej kariery. Iluż świetnych zawodników czyta takie rzeczy?

Najważniejsze jest, by nasz trener rozumiał i umiał przekazać treści tam zawarte. I by nie był jedynie teoretykiem.Rolą trenera jest więc wyjaśnienie nam reguł każdego ćwiczenia, jak również jego celu.Ale na tym rola trenera się nie kończy. Gdy już zaczniemy ćwiczyć musi się on nam uważnie przyglądać i korygować ewentualne błędy. Podczas treningu czasem może coś zaboleć. Nikt nie obiecuje, że nie będzie bolało.

W ostateczności jednak to my trenujemy, to nam się robią zakwasy, ale i my nabieramy formy, a nie nasz trener.Trening wreszcie to praca indywidualna (poza sportami drużynowymi, ale też nie do końca), nawet jeżeli ktoś obok wykonuje w tym samym czasie podobne ćwiczenia.

Na tym zakończę te sportowe dywagacje. Mam nadzieję, że spodobały się Ignacemu. Zresztą, on sam do podobnych się uciekał.

Jak każde porównanie, tak i to ma swoje ograniczenia – ćwiczenia ignacjańskie nie przypominają raczej mozolnego treningu. I w stosunkowo niewielkim stopniu zajmują się samym tekstem Ignacego.

Nawet dwie wielki medytacje – Królestwa i Dwóch Sztandarów – nie zajmują zbyt wiele czasu. I nie od nich się zaczyna. Chociaż to na nich Ignacy skonstruował całe ćwiczenia.

Chleb powszedni ćwiczeń to przede wszystkim indywidualne medytacje nad podanymi fragmentami z Pisma Świętego. Oczywiście według metody Ignacego. Ale zazwyczaj już po pierwszym dniu przestaje być ona jakimś ciężarem lub ograniczeniem.

***

Nie czytajcie więc Ćwiczeń Duchowych. Niektórzy od tego dostali mdłości.

Ale czy macie ćwiczyć?

Nie wiem ani czy macie ćwiczyć, ani czy możecie ćwiczyć.

Św. Ignacy przeznaczył swoje ćwiczenia dla wszystkich. Brzmi to i bardzo demokratycznie i nowocześnie. I rzeczywiście wszyscy bez względu na wiek, temperament, stopień zaawansowania duchowego, wykształcenia, erudycji lub jej braku, mogą czerpać korzyści z ćwiczeń ignacjańskich.

Ćwiczenia są więc dla wszystkich – ale nie każdy może je robić.

O warunkach koniecznych pisze Ignacy m.in. w uwagach wstępnych.

Jest ich wiele, przytoczę tu tylko kilka z nich:

 [5] „Temu, kto przyjmuje [i odprawia] ćwiczenia, bardzo wielką korzyść przyniesie, jeżeli wejdzie w nie z wielkodusznością i wspaniałomyślnością wobec Stwórcy i Pana swojego i jeżeli Mu ofiaruje wszystkie swoje chęci i całą wolność, żeby się Jego Boży majestat posługiwał zarówno jego osobą, jak wszystkim, co posiada, odpowiednio do swojej najświętszej woli.”

A dalej:

[22] „Żeby zarówno ten, kto udziela ćwiczeń, jak ten, kto je odprawia, mogli sobie wzajemnie pomóc i osiągnąć korzyści, trzeba założyć, że każdy dobry chrześcijanin powinien chętniej ocalić zdanie bliźniego niż je potępić. A jeżeli nie może go uratować, to pyta, jak on je rozumie, a jeżeli rozumie źle, poprawia go z miłością. Jeżeli to nie wystarczy, poszukuje wszelkich środków stosownych, żeby tamten dobrze je zrozumiał i ocalił samego siebie.”

(patrz pan, zupełnie jakby się dyskusje na Frondzie czytało…)

I wreszcie:[23] ZASADA I FUNDAMENT

„Człowiek został stworzony, aby Boga, naszego Pana, wielbił, okazywał Mu cześć i służył Mu – i dzięki temu zbawił duszę swoją. Inne rzeczy na powierzchni ziemi stworzone zostały dla człowieka i po to, by mu służyć pomocą w zmierzaniu do celu, dla którego został stworzony. Wynika z tego, że człowiek powinien ich w takim stopniu używać, w jakim go wspomagają [w zmierzaniu] do jego celu, a w takim stopniu powinien się ich pozbywać, w jakim mu [w dążeniu] do celu przeszkadzają.

Toteż musimy się stawać obojętnymi wobec wszystkich rzeczy stworzonych, jeżeli to zostało pozostawione całkowicie swobodnej decyzji naszej wolnej woli, a nie zostało zakazane. Tak więc chodzi o to, byśmy ze swojej strony nie pragnęli bardziej zdrowia niż choroby, bogactwa niż ubóstwa, szacunku niż pogardy, życia długiego niż krótkiego; i – co za tym idzie – byśmy spośród wszystkich pozostałych rzeczy pragnęli tylko tego i to tylko wybierali, co nas bardziej prowadzi do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni.”

Wielkie pragnienie Boga i hojność. Dobra wola i pokora. Apatheia. A przynajmniej jej początki.

 

Inny aspekt porusza współczesny nam o. Józef Augustyn sj:

„Bywają osoby, które są praktycznie niezdolne do zniesienia napięcia emocjonalnego stwarzanego przez milczenie. Źródłem tej niemożności może być na przykład nadmierna pobudliwość uczuciowa, niepokój wewnętrzny, nieświadome dążenia do bycia w centrum zainteresowania innych itp. Takie osoby nie powinny być dopuszczane do uczestnictwa w rekolekcjach ignacjańskich, zanim nie staną się zdolne do świadomego i podjętego w duchu wolności milczenia zewnętrznego i wyciszenia wewnętrznego.”

***

No to tak z grubsza wiecie już czy to dla Was, czy nie.

Ale ostrzegam – ćwiczenia ignacjańskie to sport ekstremalny. I najważniejsze rozgrywa się w samotności.

No, nie całkiem.

 „Oto stoję u drzwi i kołaczę:  jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,  wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,  a on ze Mną.”

Ap 3, 20

 

Ot i cała ezoteryka.

Odsłon: 1538 Komentarzy: 65


List do mojego Brata Horhe

Kategoria: Wiadomości Sunday, 18 October 2009, 01:45

I do innych Braci i Sióstr

Bracie!

Dziękuję, że się odezwałeś. Miałam Ci odpowiedzieć pod Twoim blogiem, ale miejsca by nie starczyło. http://fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/o_jednej_grzadki_z_ogrodka_naszego_w_ujeciu_ojca_hozjusza_zniknieciu_i_o_trucicielskim_swadzie_szatana

Bo zaczęłam wprawdzie odpowiadać, ale szybko  przekroczyło to naszą prywatną wymianę zdań. Za dużo się we mnie nazbierało. Mam nadzieje, że sobie „wyłuskasz” to, co się Ciebie tyczy. Bo nie wszystko. Nawet większość nie. I nie obrażaj się za szybko. Przeczytaj.

Mam do Ciebie wiele spraw. Tym razem bez żadnego cytowania Pisma Świętego. Może z paroma linkami, żebyśmy się dobrze zrozumieli. I zwracam się nie do „Was”, bo nie wiem, kto to miałby być.

I zacznę twardo – ja sobie nie życzę , żebyś do mnie mówił per „wy”. Jesteś taki pewien, że wiesz, co ja myślę?

Wiesz, kiedyś jakiś oficer pewnych służb tak usiłował ze mną rozmawiać. A ja „robiłam sobie z niego jaja” mówiąc za każdym razem: „Przepraszam, czy ktoś tu jeszcze jest w tym pomieszczeniu, bo ja nikogo nie widzę? Do kogo pan właściwie mówi?”, a potem „Czy pan na pewno dobrze się czuje, co pan jadł dzisiaj na obiad? Trzeba uważać. Wróg czuwa. Chyba panu ktoś dosypał do zupy jakichś środków halucynogennych”. Niebezpieczna to była zabawa. Było to jeszcze przed śmiercią ks. Popiełuszki. Po tej śmierci już bym się nie odważyła. Ot, brawura młodości.

Tutaj się wielu narażę, nawet Krisowi, trudno. Dla mnie te wszystkie podziały na „tradsów” i „nomowców”, „Strażników” i „Pielgrzymów”, to nawet nie dziecinada, tylko zwykła, szkodliwa głupota. Opowiedzieć się po jednej stronie, by znienawidzić drugą? By wytyczyć sztywną granicę „swój”  – „wróg”? Straszyć się nawzajem, że inaczej myślący niż „my” wylądują w piekle?

A co z większością z nas w Kościele, którzy nie mogą i nie chcą stawać po jakiejkolwiek stronie. Bo dla mnie nie ma stron. Jest jeden Święty i Katolicki Kościół.

Całe lata mieszkałam za granicą. Wróciłam 3 lata temu i do dziś przecieram oczy ze zdumienia. Między innymi z powodu zalewającego Polskę chamstwa. Tam gdzie byłam, w jednym z europejskich państw, nigdy nie widziałam czegoś podobnego.

Na ulicy gimnazjalistki głośno mówią o takich sprawach i takim słownictwem, jakiego przed piętnastoma laty nie słyszało się od prostytutek. No, chyba, że któraś była pijana, ale wówczas te trzeźwe ją usiłowały uspokoić, bo się za nią wstydziły.

W telewizji, w godzinach największej oglądalności tzw. celebrytki i celebryci (głupia kalka językowa w celu ominięcia słowa „marna gwiazdka”) w programach typu „Taniec z gwiazdami” zwracają się do siebie jak bywalcy agencji  towarzyskich.

Nie tylko tabloidy (znowu jakiś nowotwór, by dodać szlachetności brukowcom, czyli prasie bulwarowej), ale i normalne (kiedyś) gazety, prześcigają się w publikacji tekstów i reportaży o charakterze pornograficzno-szpiegowskim.

Dokładnie w momencie, kiedy wróciłam do kraju pewna „parlamentarzystka” (ta, co to miała coś dziwnego w oczach i zamiast pójść do okulisty opowiadał o tym w TVP, chyba z zawodu dietetyczka dla koni), przeprowadziła słynną prowokację. W jej sidła wpadł polityk, wydawałoby się rozsądny i przyzwoity. Ktoś potem stwierdził, że to Mata Hari polskiego rządu. Ktoś drugi dodał, że jaki rząd, taka Mata Hari.

Na portalu fronda.pl też parę takich „Mat Hari” grasuje. Jedna ma nawet swoją stronę. Czy można powiedzieć – jaka Fronda – taka Mata Hari?

Na rozmaitych forach internetowych frustraci wszelkiej maści okładają się ekskrementami. Tematyka: od piłki nożnej po sposoby godnego przyjmowania Komunii Świętej. Co do tych niby kibiców piłki nożnej – nie obchodzi mnie, co robią. Mogą sobie pourywać głowy, jeżeli maja taką ochotę. Zresztą nazwa „kibol” kojarzy mi się przede wszystkim ze słowem „kibel”. Uważam nawet, że nie powinno się używać tego słowa, ani nawet „pseudokibic” w stosunku do zwykłych chuliganów i bandziorów, bo to zaciemnia obraz. Kibic to nie przestępca. W kraju, w którym mieszkałam, jest dobra liga piłki nożnej. Na mecze chodzą nie tylko zerwani ze smyczy faceci, ale również matki z małoletnimi dziećmi. Sama to widziałam i na początku byłam przerażona ich niefrasobliwością. Potem zobaczyłam, że to one mają rację. Co wcale nie znaczy, że tam nie ma chuliganów. Raju na ziemi nie ma.

Ale od Komunii Świętej, od Ciała i Krwi Pana Jezusa – wara! – non possumus! Przestańcie szargać świętości wulgarnymi dyskusjami i prowokacjami!

Jak wyjeżdżałam, to środowiska o ciągątkach lewicowych wyzywały mnie od tradycjonalistów. Wracam, a tu ktoś mnie wpycha do jakiejś szuflady z inną głupawą etykietą. Kawałek mnie z pewnością ma miejsce w tej szufladzie, a reszta w innych. Ale szuflady są i tak częścią jednej komody – Kościoła Katolickiego. Ja się nie mieszczę w jednej szufladzie. Nikt się nie mieści w jednej szufladzie, jeżeli uczciwie przeanalizować jego poglądy.

A ty, Bracie, mi mówisz „Wy” i próbujesz domknąć szufladę, przycinając mi palce.

Cholera, przestań! To boli!

Chcesz, żebym Cię ustawiła w jednym rzędzie z … ? Nawet nie wymienię, może się pojawią. Może po raz kolejny „wybije szambo”.

Przeczytaj sobie spokojnie komentarze pod poniższym  wpisem. Dla oszczędności czasu – szczególnie od 12 października 2009, 11:16.

http://fronda.pl/klarcia/blog/obraz_pana_boga_malowany_przez_tradycjonalistow#comments

Tu nie chodzi o poglądy autorki tego bloga. Może i czasem się myli, może jest nieco naiwna, egzaltowana. Nadinterpretuje to i owo. Ale kto tu tego nie robi? Ja w niej widzę „gorliwość o Dom Ojca”. Często tą „gorliwością o Dom Ojca” usprawiedliwia się tutaj najgorsze prostactwa.

 A Ty się czasem publicznie z tym solidaryzujesz, wpisując się pod blogami niektórych.  I o to mam do Ciebie żal. Nie używasz ich metod, ale legitymizujesz ich działalność.

Mam żal, że przystajesz do tandetnych spisków. Nie „Wy”. Ty, konkretny człowiek, który sprawia wrażenie kogoś myślącego, czującego, zatroskanego o Kościół.

Takie mruganie okiem. Hipokryzja. Przyglądam się temu wszystkiemu ze zdumieniem i przerażeniem.

Bractwo Św. Piusa X nie ceni, delikatnie mówiąc, Bractwa Św. Piotra. Bractwo Św. Piotra udaje, że w pełni akceptuje SVII i NOM. Ale jak nikt nie widzi, to mruga okiem – NOM, a co to?, nie umiem odprawiać. Zwolennicy sedewakantystów ryją i pod jednymi i pod drugimi. I pod cała resztą. Ale i tak wszyscy wszystkich wykorzystują do swoich celów, gardząc sobą nawzajem. Wbrew pozorom nie jest mi to obojętne. Dla mnie różnica jest wyraźna: sedewakantyści są poza Kościołem Katolickim i nic mnie nie obchodzą. Trzeba przed nimi przestrzegać i się ich wystrzegać, a nie cytować teksty z linkami do ich stron. Co z tego, że są tam ciekawe dokumenty? Przecież je można znaleźć gdzie indziej. A jeżeli nie, to wystarczy wkleić tekst, podać tytuł dokumentu i nie przyznawać się, że to z ich strony.

Nie zmienia to faktu, że wszyscy zwolennicy tych trzech środowisk, to jakiś promil czy dwa w Kościele Katolickim. Poniżej granicy błędu statystycznego.

Bractwo Św. Piusa X jest w Kościele Katolickim i nigdy Go nie opuszczało, ale powiem jasno: dla mnie gest abp Lefebvra był nie tylko dowodem jego braku pokory, ale i niedostatku inteligencji. Wielu świętych Kościoła Katolickiego było w trudnych sytuacjach, kiedy Kościół wypróbowywał ich pokorę, chcą sprawdzić ich reakcję –  bo to jest jednym z warunków weryfikacji, czy sprawa pochodzi od Boga, czy od kogoś innego. Jeżeli ktoś jest pokorny, posłuszny, to może być jedną ze wskazówek, że rzeczywiście działa z Bożego natchnienia.

To ABC reguł rozeznawania duchowego. I czasem ten proces trwa latami. Przechodzili przez to choćby założyciele wielu nowych zgromadzeń zakonnych. Przechodził przez to św. Ignacy Loyola. I to on właśnie przestrzega przed nieprzyjacielem, który się przebiera za Anioła Światłości. Czasem człowiek jest święcie przekonany, że działa ze szlachetnych pobudek, że musi przeciwstawić się Kościołowi, bo on wie, czego chce Bóg. Przecież mu to objawił. I to, o co walczy, może być samo w sobie dobre. Ale daje się wodzić diabłu za nos, jak dziecko we mgle. Diabeł to inteligentny przeciwnik. Bez Boga z nim nie wygramy. Bez posłuszeństwa Mistycznemu Ciału Jezusa Chrystusa nie mamy szans.

Napisałam tu o braku inteligencji abp Lefebvra – być może miał nieco racji w swojej krytyce SVII, a z pewnością dużo, co do sposobu jego realizacji. Ale wyświęcając nowych biskupów bez zgody papieża „wyautował” się na własne życzenie. Latae sententiae specialissimo modo.

Zacytuję tu fragment informacji Kongregacji Nauki Wiary o karach kanonicznych, którym podlegają biskupi konsekrujący bez zezwolenia:

 „Biskupi, którzy wyświęcili innych biskupów, a także biskupi wyświęceni, popadają, oprócz sankcji, o których mowa w Kan. 2370 oraz 2373, § 1, 3 Kodeksu Prawa Kanonicznego, w ekskomunikę ipso facto, zarezerwowaną specialissimo modo Stolicy Apostolskiej, o której mowa w Dekrecie Kongregacji Świętego Oficjum z 9 kwietnia 1951 r. (AAS 43 [1951] 217n). Karę, o której mowa w Kan. 2370, stosuje się także do kapłanów towarzyszących, jeśli byli przy tym obecni.”

I to jest ten brak inteligencji Arcybiskupa. Przegrał pierwszą próbę rozeznawania, czy jego idee pochodzą od Boga. Działał w stanie wyższej konieczności? Paru innych przed nim też. Nie będę wymieniać, żeby nie zadrażniać. I co z tego, że działali w momentach, kiedy Kościół drżał w posadach? Dzisiaj o wielu nikt nie pamięta, a o niektórych mówi się „heretycy”.

Św. Ignacy Loyola poddał się woli papieża Pawła III. Przed imieniem Pawła III nie znajdziesz słowa „święty”. Nie ma powodu.

„Ja sam, ja sam.” Tak wołają dzieci w wieku lat trzech, wkładając sobie lewy but na prawą stopę.

Na Twoim blogu, czy u Krisa rozmawiasz normalnie, a potem można Cię odnaleźć w takich miejscach, że nie wiem, co o Tobie myśleć. I tu nie chodzi o czyjeś poglądy. Tu chodzi o akceptację agresji, chamstwa, zwykłej chucpy.

Ja nie lubię zamiatania problemów pod dywan. Ale nie znoszę prostactwa. Katolik nie może być prostakiem, bo się eliminuje na starcie. To się nazywa dawanie świadectwa, czy raczej antyświadectwa.

Jak można uwierzyć w Jezusa Chrystusa czytając niektóre wypowiedzi?

I jeszcze na usprawiedliwienie chamstwa bajdurzą coś o „stanie wyższej konieczności”.

Dla jasności: nie wycofuję się z niczego, co napisałam tu na temat abp Lefebvra. Pewnie zaraz mi się zwalą gromy na głowę. Oby tylko gromy. 

Nie znałam go osobiście, ale poznałam parę osób, które się z nim zetknęły. Jedni go potępiali, inni gloryfikowali.

Ale powiem z cała mocą: wszyscy zaświadczali, iż był to człowiek wielkiej kultury osobistej.

Musi się dzisiaj w grobie przewracać, widząc działania swoich „partyzantów”.

Ach, jeszcze kwestia cytowania Pisma Świętego.

Piszesz do mnie: „Ot choćby Twoje cytowanie Pisma Świętego. Ja się boję. Robię to rzadko. Z resztą o tym niedługo napiszę. Robicie to Wy – NOMowcy po prostu bez zastanowienia.”

Znowu „wy”.

Na łamach frondy.pl widzę w tym względzie wyraźną tendencje typu „Kali kraść krowy to dobrze, Kalemu kraść krowy to źle”. U Ciebie też.

Kiedyś, gdy napisałam na ff o potrzebie czytania Pisma Świętego (tak zresztą jak i Tobie), powołując się na Św. Hieronima, ktoś mi napisał: „Czyżbyś chciała powiedzieć, że analfabeta nie może być katolikiem? Jesteś pewna, że to zgodne z nauczaniem Kościoła?”.

A potem okazuje się, że prawdziwy katolik powienien znać na pamięć wszystkie oficjalne dokumenty Kościoła, ze szczególnym uwzględnieniem (w skrajnych przypadkach jedynie) dokumentów ogłoszonych od Soboru Trydenckiego do Soboru Watykańskiego II. Najlepiej zatrzymując się na jego progu.

Czyli katolikowi nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna lektura Pisma Świętego, ale doktorat z teologii i prawa kanonicznego. Może być przy tym analfabetą.

 

No i co Bracie – dobrze przeczytałeś? Moje wcześniejsze wypowiedzi też? Bo sądząc z tego, co napisałeś o kwestii mojego pojmowania sprawiedliwość/miłosierdzie, nie pofatygowałeś się nawet. W innych przypadkach  też nie bardzo.

 

Przed laty, podczas dyskusji w TVP, pewna pani, wykłócając się ze swoim adwersarzem, powiedziała: „Niech mi pan nie wmawia dziecka w brzuch”.

 

A tak poza tym, ja tu z nikim nie rozmawiam o liturgii.

Te naparzanki to nawet nie boks. To tandetny wrestling.

Już się zaczęła niedziela.

Niektórzy pójdą dzisiaj na jedynie słuszną Mszę Świętą na Wawel.

Ja pójdę na sumę do mojej parafii, do kościoła typu „skocznia narciarska”.

Jeżeli kazanie będzie mówił proboszcz, to bankowo będzie na temat: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Jeżeli wikary, to spodziewam się zwyczajowych kwiatuszków w rodzaju: „I dzisiaj Matka Boska wstąpiła do Nieba z duszą i ciałem”.

Potem wrócę do domu i zjem obiad.

A może tego już nie dożyję?

 

Z Bogiem Bracie

Odsłon: 955 Komentarzy: 62


Architektura a „wierność tradycji"

Kategoria: Ogólne Friday, 18 September 2009, 19:19

Czyli wybiórczy i skrajnie subiektywny przegląd budownictwa sakralnego, w żadnym razie nie pretendujący do miana (czy nawet podejrzenia) o obiektywność i całościowe potraktowanie tematu…

Nie ukrywam, że swoistą inspiracją stał się dla mnie tekst „Posoborowi wandale w akcji”. Chociaż wpis ten traktuje o wnętrzach kościołów i posoborowych przeróbkach, a ja chcę podzielić się garścią refleksji ogólniejszej natury.

Niewątpliwie, i to oczywista oczywistość, że piękny i harmonijny obiekt sakralny sprzyja skupieniu i głębokiej modlitwie. Amen. Schody zaczynają się wtedy, kiedy mamy się dogadać co dla kogo jest piękne i harmonijne.

Na przykład mi „na skupienie” bardzo pomagają kościoły romańskie i gotyckie. Byle nie późny gotyk.

Co do baroku – wszystko jedno czy na wschodzie, czy na zachodzie – to w „całej swojej rozciągłości”, że się tak wyrażę, jest po prostu okropnie kiczowaty. Żeby się skupić w barokowym kościele, muszę zamknąć oczy, inaczej te wszystkie „wykręty” świętych doprowadzają mnie do szału.

Ktoś w dyskusji pod cytowanym wyżej blogiem nawiązał do piękna prawosławnej sztuki sakralnej. Niewątpliwie, szczególnie ikonografia, godna pozazdroszczenia. Ale czy widzieliście Państwo obrazki ikon, że się tak wyrażę „ludowych”? Można sobie takie „święte obrazki” znaleźć, niestety, w wielu prawosławnych świątyniach. Natężeniem kiczu nie odbiegają od średniej katolickiej (wszystko jedno czy przed czy po SV II).

A te wszystkie koszmary budownictwa sakralnego z przełomu XIX i XX wieku? Litości.  Bazylika Sacré-Cœur (realizacja w latach 1876-1914, konsekrowana 1919) w Paryżu (zwana pieszczotliwie przez tubylców „tort bezowy”) to jeszcze nic. Zapraszam do obejrzenia bazyliki Fourvière (realizacja 1872–1896) w Lyonie (tu tubylcy mówią „słoń, który się przewrócił na grzbiet”), czy symbolu Marsylii – neobizantyjskiej bazyliki Notre-Dame de la Garde (realizacja 1853-1864). Przy tej ostatniej to już nawet na Licheń nie można wybrzydzać.

No cóż, mam alergię na styl bombastyczno-tortowy. Wczorajszy czy dzisiejszy, wszystko jedno. Od nadmiaru kremu nieodmiennie puchnie mi wątroba. Jak chcę się skupić, to już wolę wnętrze hangaru w Taizé. (Coś czuję, że to ryzykowne wyznanie…) Oczywiście, moje zdanie jest subiektywne aż do bólu. Jak pozostałych interlokutorów z Frondy zresztą, w tym i Twoje, Miły Czytelniku.

Niedawno ktoś tu, chyba na FF, proponował dyskusję (czy nie za GW) na temat współczesnych projektów domków jednorodzinnych w Polsce. No cóż – większość z nich to typ: solidny bunkier z elementami dworku polskiego.  Kicz i tandeta, nie mająca wiele wspólnego z pierwowzorem. I lud według tych projektów buduje – jak Polska długa i szeroka, bo tak lubi i już.

Proponuję też przegląd współczesnych budynków tzw. użyteczności publicznej: teatrów, oper, parlamentów, magistratów, muzeów…

Oczywiście, zdarzają się prawdziwe perełki – jak zresztą w budownictwie mieszkaniowym i sakralnym, ale wiele ze współczesnych "dzieł" to typowy przerost formy nad treścią, albo zwyczajne nocne koszmary leniwego architekta.

No i cóż z tego mojego pisania ma wynikać? To, że kryzys w architekturze dosięga wszystkich obiektów: świeckich i sakralnych. I nie zaczął się ani w 1958 r., ani nawet w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Tak naprawdę trwa „od zawsze”.  Bo zawsze powstawały nieliczne dzieła sztuki i niezliczone koszmarki. To, iż niektóre pokryły się patyną wieków nie znaczy, że stały się przez to piękne.

Niewątpliwe w sztuce bywały Epoki i epoki. No dobrze, teraz mamy raczej epokę. Może nawet nie dożyję Epoki? Za bardzo się tym nie martwię, bo przy architekturze Niebieskiego Jeruzalem wszystko nabierze właściwych proporcji.

À propos modernistów (tfu), to ojciec modernizmu w architekturze, Corbusier (żyjący w latach 1887-1965) swoją słynną kaplicę Notre Dame du Haut w Ronchamp zrealizował w 1950 roku.

Tutaj do wglądu :

http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Ronchamp_kaplica.JPG&filetimestamp=20090818093612

Oczywiście, może się wielu nie podobać, ale dla mnie (która nie należy do fun clubu Le Corbusier) to kawał dobrej architektonicznej roboty. Fakt, że przypomina trochę domek dla UFO, no, ale dlaczego nie może przypominać? Ufoludki, jeżeli istnieją, to też stworzenia boże.

http://fronda.pl/news/czytaj/tytul/wiara_nie_jest_sprzeczna_z_wiara_w_ufo

Corbusier zaprojektował inne obiekty sakralne, nie wszystkie zresztą zrealizowane. W domu rekolekcyjnym, do niedawna należącym do marsylskich jezuitów, możemy zobaczyć kaplicę Notre-Dame du Roucas. Prawdopodobnie również jego autorstwa (zdania są podzielone – być może to jego uczniowie). Widać w niej podobieństwo do kościołów typu „skocznia narciarska”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi (w co mi się wierzyć nie chce) to mam na myśli np. kościół kapucynów na Poczekajce w Lublinie, katedrę w Rzeszowie – można by wyliczać w nieskończoność, niestety. Świątynie te pięknie się komponują z pomnikami JP II, których przeglądu niedawno ktoś dokonał na FF (dziękuję, dawno się tak nie uśmiałam).

Ach, jeszcze mi się przy okazji Marsylia przypomniała. Tuż obok wzmiankowanej wyżej bazyliki stoi jedenastometrowa pozłacana figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus. Ustawiono ją w 1870 roku. Z powodzeniem mogłaby konkurować o palmę pierwszeństwa z niejednym papieskim pomnikiem.

Wracając do „skoczni narciarskich” to mają się one do projektów  szkoły Corbusier’a jak pięść do oka. To jakaś „piąta woda po kisielu”. I podkreślę raz jeszcze, że nie jestem mistrzem Corbusier jakoś specjalnie zauroczona i nie rozpaczam z powodu niezrealizowania wszystkich jego projektów.

Ale Drodzy Państwo, wyciąganie wniosków, że te współczesne koszmary sakralne to wszystko wina „modernistów” (jakkolwiek pojmowanych), to nieprzystojna przesada…

 

PS1: A co do linku zamieszczonego w blogu „Posoborowi wandale w akcji”

http://breviarium.blogspot.com/2009/09/posoborowa-demolka-u-sw-jozefa.html

z dwojga złego wolę stan dzisiejszy. Szczególnie dawny Ołtarz Wielki  i Ołtarz boczny – po stronie Lekcji, powalają mnie swoją brzydotą. Na widok figury Chrystusa Zmartwychwstałego chciałoby się zawołać: Panie wybacz im, bo nie wiedzieli co robią!

PS2: A teraz, w ramach samowymierzalnej pokuty za grzech wybrzydzania na kicz, polecam krótki tekścik:

http://pustelnica.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=733&Itemid=78

 

 

Odsłon: 1061 Komentarzy: 24


Ojej, no i co teraz zrobimy z Castellanim?

Kategoria: Ogólne Monday, 14 September 2009, 14:53

Chodzi mi to po głowie już od wczorajszego wieczoru. Taki sympatyczny facet – skromny, uśmiechnięty, żonę na mecz przyprowadził. Naprawdę, nie możemy tego tak zostawić. Proponuję zlinczować go już dzisiaj. Och, nie dziwcie się drodzy Państwo!

Raz bądźmy realistami. Przecież za rok (dwa, pięć, dziesięć…) – ba, nie ważne kiedy, coś mu się nie uda. Zawsze tak było, jest i będzie. Nie ukrywajmy znowu przed sobą tej bolesnej prawdy. Mówią o nas szyderczo: Polak mądry po szkodzie. Bądźmy raz mądrzy przed szkodą. Oszczędźmy sobie tych wszystkich przyszłych upokorzeń. Załatwmy to już teraz, zanim problem z Castellanim stanie się przykrą gangreną trawiącą polski sport. A i Castellaniemu coś się od życia należy – przecież nam wczoraj dostarczył tyle radości. Nie skazujmy go na długoletnie czekanie na wyrok, który i tak któregoś dnia na niego wydamy. To poniżające i okrutne. Człowiek się wykończy psychicznie!

Tak, że proponuję załatwić tę sprawę od razu. Arenę cyrkową najlepiej ustawić na Placu Defilad. Mam nawet propozycję scenariusza uroczystości: najpierw Pan Prezydent mógłby nadać mu Order Orła Białego za zasługi dla naszej Ojczyzny, następnie redakcje prasowe i programów telewizyjnych  przyznają mu wszystkie możliwe tytuły np.: Trenera Roku, Mr Polonia, Najmilszego Argentyńczyka. Rozmaite władze miejskie nadają tytuły honorowego obywatela, AWF – doktorat honoris causa, dzieci Order Uśmiechu itp.

20 minut dla fotoreporterów.

Po wyczerpaniu wszelkich możliwości tego typu, zgromadzony tłum kibiców wspólnie, z uśmiechem i wyrazami wdzięczności, linczuje Castellaniego bukietami kwiatów. Może ktoś, spontanicznie oczywiście, zaintonuje śpiew „Góralu, czy ci nie żal” albo „cóś w podobie”.

Czyż to nie higieniczniejsze od linczowania krowimi plackami?

Obywatele, współziomkowie mili! Bardzo proszę o poważne przemyślenie mojej propozycji, bo to nie żadne śmichy chichy. Tu o honor chodzi!

Odsłon: 724 Komentarzy: 7


Duch surogatki krąży nad Polską

Kategoria: Ogólne Thursday, 09 April 2009, 15:52

Po mediach krąży temat zbuntowanej surogatki, która nadal walczy o prawa do swojego/nieswojego (niepotrzebne skreśl) dziecka. I im dłużej o tym wszystkim myślę, tym większe mnie ogarnia przerażenie i zdziwienie zarazem.

Najpierw garść uwag etymologicznych i estetycznych.

„Surogat to rzecz o charakterze zastępczym, używana jako namiastka, substytut innej rzeczy. Pojęcie to jest używane w odniesieniu do szerokiej gamy obiektów o charakterze materialnym (np. do produktów, substancji). Słowo surogat wywodzi się z łaciny (surrogare, subrogare – wybierać zastępczo kogoś innego). Synonimem słowa surogat jest pochodzące z jęz. niemieckiego słowo ersatz (ersetzen – wyręczyć, uzupełnić, odszkodować, zastąpić).” Tyle słownik Kopalińskiego.

Pojęcie to kojarzy mi się nieodmiennie ze stanem wojennym i produktami czekoladopodobnymi. Od czasu do czasu dopadał mnie „czekoladowy głód” i usiłowałam go oszukać ww. produktami, które owego głodu nie zabijały, a na dodatek pozostawiały na podniebieniu cienką warstwę wstrętnej substancji, której nie można było się pozbyć przez czas jakiś. Na dodatek pojęcia surogat, ersatz „od zawsze” miały dla mnie pejoratywne znaczenie, gdyż były używane w moim domu na pogardliwe określenie jakiejś, jak się to dzisiaj mówi, ordynarnej podróby. I tu teraz ta nieszczęsna surogatka! Jakie nieładne słowo. Ponoć wzięło się to od angielskiego surogat mother, czyli po prostu matki zastępczej, co brzmi o wiele lepiej. No, ale oczywiście nie o brzmienie tu chodzi, ani o mój podrażniony zmysł estetyczny! Może nawet lepiej, że to słowo jest takie brzydkie?

Gdzieś na początku sierpnia redakcja programu „Między niebem a ziemią” przedstawiła dyskusję o tej zbuntowanej surogatce i o zjawisku surogatek w ogólności. Wśród zaproszonych gości była właścicielka jednej z agencji pośredniczącej miedzy parami zainteresowanymi taka usługą, a kobietami, które chcą się do tego procederu wynająć. Duża kobieta (chciałoby się powiedzieć ciepła, ale nie), w trudnym do określenia wieku – niewiele zaryzykuję określając go jako okołoklimakteryjny, z niechętnym wyrazem twarzy – coś w typie „kobita cebulą nabita”(jak mawiał mój znajomy). Ot, kobieta jakich wiele. Dyskusja, jak na tak bulwersujący temat, dość senna – a to trochę o braku uregulowań prawnych, a to o wątpliwościach moralnych. W sumie jak ze starego dowcipu: „No to o czym ksiądz dzisiaj na kazania mówił?” – pytał ojciec swego syna. Na to syn: „O grzechu i był przeciw”. Czasem prowadzący usiłował zmusić panią z agencji, by zabrała jakieś stanowisko. Pani usilnie powtarzała, że ona nie widzi w tym nic nagannego, wręcz przeciwnie, była wręcz dumna ze swojej działalności, dzięki której ludzie mogą doświadczyć szczęścia posiadania dziecka. W ogóle była przeraźliwie „z innej bajki” i chyba naprawdę niezrozumiała, czego od niej chcą. Od czasu do czasu dyskusję przerywano krótkimi wywiadami, przeprowadzonymi „w terenie”, z kandydatkami na surogatki. I to było porażające. Kobiety w różnym wieku, często już posiadające własne dzieci. Językiem pełnym eufemizmów mówiły o swoich planach, jakby chodziło o pomoc dobrosąsiedzką (za niewielka opłatą, oczywiście). Wyzierała z tego przeraźliwa bieda. Nie myślę tu jedynie o biedzie materialnej, bo to niewątpliwie też, ale przede wszystkim o biedzie moralnej. O tych dwóch biedach, które popychają ludzi do sprzedawania swoich nerek za pośrednictwem internetu, czy w ogóle do sprzedawania swojego ciała na wiele innych sposobów, znanych od wieków. I to z narażeniem życia lub zdrowia. W końcu ciąża dla organizmu kobiety to też nie takie hop, hop.

Cynicznie można by stwierdzić – prawo rynku – jest popyt jest podaż. Ale, ciągnąc równie cynicznie, czy ci, którzy szukają swojego „jedynego szczęścia”, jakim jest dla nich dziecko, naprawdę nie widzą jaką cenę przyjdzie im za to płacić? Czy raczej jaką cenę zapłaci ich potencjalne dziecko, zamówione jak towar w sklepie internetowym? Otóż „towar” ten może być nieźle wybrakowany – no bo jak sprawdzą, że ta pani-inkubator (jak niektórzy mówią) nie upije się, nie naćpa, nie będzie uprawiała ryzykownego seksu, nie zarazi się AIDS. Jaka gwarancja, że nie pobije jej konkubent, lub własny mąż – w pijanym widzie – nie skopie po brzuchu? Że nie będzie chodzić (dopóki sił starczy) na ogłuszające dyskoteki w stylu techno? A jeżeli „sprawa się rypnie” to co, rozwiążą umowę (która i tak z punktu prawnego ponoć nie ma mocy), bo nie zamawiali sobie dzieciaka np. z jakimś „hifem”? I co wtedy? Pozbędą się zmarnowanego materiału genetycznego, czy jak? Nie zapłacą do końca za usługę i zostawią towar surogatce? A co się stanie, jeżeli w międzyczasie się rozwiodą, któreś z nich (lub oboje) zginie w wypadku, zachoruje na śmiertelna chorobę i to drugie nie będzie miało sił, ochoty, możliwości, by odebrać zamówiony „towar”? Czy surogatki myślą (?!) o takim scenariuszu? Dziewięć miesięcy to dużo czasu…

Problemem słynnej surogatki-buntowniczki  (czy też problem z nią) jest to, że przywiązała się emocjonalnie do noszonego pod sercem dziecka. Może nawet je pokochała. Chociaż genetycznie nic jej do niego. Zresztą ponoć również ta pani od pana „dawcy nasienia”, też nie, bo matka genetyczna jest anonimowa. (Na marginesie – ta wieść mnie osłabiła! Problemy Salomona to pikuś!) I tu powrócę do telewizyjnej dyskusji: po kolejnej próbie dopytania pani od agencji, czy nie widzi jednak jakiegoś problemu vide surogatka-buntowniczka, wyznała ona przed kamerami, że nie tylko jest właścicielką agencji, ale sama jest surogatką (o jej wieku wspominałam wyżej) i jest właśnie w drugim miesiącu ciąży. A emocjonalnie to dla niej żaden problem i zapewnia wszystkich, że ona się do tego dziecka nie przywiąże, bo to nie jej i ona pozostanie niewzruszona jak głaz. Oczywiście to nie jest dokładny cytat. Myślałam, że spadnę z krzesła. Miałam wrażenie, że prowadzący audycję też, bo nie bardzo wiedział, jak zareagować. Po prostu wszystkich powaliło! Ciekawe, czy jej „klienci” oglądali ten program?

To jak, wyrzucamy nagle do kosza całą psychologię prenatalną? Te wszystkie teorie, które wmawiają nam, że dla prawidłowego procesu rozwoju dziecka musi się ono od poczęcia czuć kochane, akceptowane, że mamusia z tatusiem powinni czule do niego przemawiać i dbać o dobra atmosferę w domu, o potrzebie rozwijania więzi emocjonalnej ze swoim dzieckiem już w okresie prenatalnym? No, nareszcie się okazało, że to wszystko to jakieś kizi mizi i lukier dla pensjonarek i skautów. Co za ulga! Hurra!

 

Tym, którym wydaje się, że to marginalny problem, radzę zajrzeć choćby na stronę:

http://surogatki.com/

a takich stron i agencji jest więcej.

Odsłon: 1063 Komentarzy: 2


O pożytku z oglądania dr House’a

Kategoria: Ogólne Monday, 31 August 2009, 21:31

W zeszły piątek (lub czwartek, pamięć już nie ta) czekało na mnie tyle pracy rozmaitej, że uciekłam się do znanego i wypróbowanego sposobu: spadło na mnie nagłe i niespodziewane zainteresowanie TV. Bez pamięci pogrążyłam się w kolejnym odcinku dr House’a. Nie żebym jakaś miłośniczka była, czy co, ale tak dla zmylenia przeciwnika (czyli mnie). No i zażarcie oglądam tego House, i podziwiam, że taki inteligentny, złośliwy, przystojny, i że tyle ludzi go ogląda… Znajomi lekarze mówią, że to bujdy na resorach. Ale im nie wierzę, to na pewno zazdrość, bo oni nie tacy inteligentni, złośliwi, przystojni, i jak ich ktoś nawet ogląda, to nie biorą za to takich pieniędzy, jak House. No i House ma same trudne przypadki, że ledwie da się zrozumieć o co chodzi – albo i nie. No, ale doczekałam się jednego momentu (a momenty byli?), dla którego rozgrzeszyłam się z tego jakże niestosownego wybiegu unikania pracy: otóż dzielny House trudził się z rozwiązaniem kolejnej zagadki swojego pacjenta – chłopca z jakimiś dziwnymi halucynacjami i krwawieniem z odbytu (już się bałam, że skręca to w stronę UFO,  archiwów X, albo i pedofilii, tfu! i że się nie wybronię przed narastającymi wyrzutami sumienia z powodu straty czasu na oglądanie badziewia), i tu nagle się okazało, że mały ma w swoim organizmie skupiska komórek z innym DNA, niż znakomita większość jego ciała. I to mu robi wszystkie efekty specjalne. Dzielny dr House, wraz z niemniej dzielną ekipą, wycina mu „intruza” i wszystko się kończy happy endem. No dobrze, a gdzie tu dla mnie rozgrzeszenie? Ano w tym momencie (a momenty byli?), w którym okazuje się skąd to DNA u małego się wzięło – otóż był poczęty in vitro, i jak House-dydaktyk wyjaśnia, ta impreza kosztuje kupę kasy, no to dla oszczędności umieszcza się w macicy od razu kilka zarodków, stąd wielokrotnie częstsze niż w naturze przypadki ciąż mnogich. A od czasu do czasu następuje połączenie dwóch zarodków w pozornie jeden organizm (House to określił przytuleniem się do siebie dwóch jajeczek tak ściśle, że już się nigdy nie rozłączają), co może powodować powstawanie rozmaitych hybryd. W naturze to też się zdarza, ale proporcjonalnie do występowania ciąż mnogich, czyli wielokrotnie rzadziej. W przypadku bohatera filmu był to taki ukryty, szczątkowy brat bliźniak, którego komórki trzeba było usunąć z organizmu, by chłopiec mógł normalnie żyć. House w rozmowie z rodzicami chłopaka mówi wręcz, w swój bezpośredni i cyniczny sposób, dla którego kochają go tłumy, że tego „drugiego” trzeba „zabić”. Całość wyjaśnień ilustrowana obrazami mikroskopowymi, a jakże.  No i czegóż takiego nowego się dowiedziałam, żeby to usprawiedliwiało moje lenistwo? Ja? Właściwie niczego, i właściwie nie usprawiedliwia, ale sobie pomyślałam, że może do tych tysięcy, a może nawet milionów fanów House’a w rozmaitych krajach dotrze za jego (mimowolnym?, naumyślnym?) pośrednictwem, że in vitro nie jest takie cool, trendy i całkiem naturalne, jak im się wydaje.  Że to dobrze prosperujący przemysł, w którym niczego się nie leczy. I często żeby ktoś mógł żyć, kogoś innego trzeba zabić. Po co fundować sobie wybór Zofii? I to za własne pieniądze…

 

Car nous voyons, à présent, dans un miroir, en énigme, mais alors ce sera face à face.

Odsłon: 1313 Komentarzy: 5


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.