
Sunday,26 July 2009,21:29
Kategoria: Ogólne Sunday, 26 July 2009, 21:29
Swego czasu rozpętała się tu dyskusja przy okazji polskiej oświaty i jako nauczyciel poczułem się zobowiązany do zabrania głosu w tej sprawie. Dyskusja się rozlazła, zepchnięto ją do archiwum, a pod koniec tej dyskusji zaatakowano lub wypaczono moje myśli i postawę.Celem wyjaśnienia piszę ten oto post:
Brzemiona polonisty.
Chyba żaden inny nauczyciel nie czuje na sobie takiego brzemienia co polonista. Nie chodzi o masę pracy, bo w setkach należy liczyć wypracowania, które każdy polonista sprawdza w semestrze. Chodzi raczej to, że nauki humanistyczne od zawsze „skażone” były możliwością manipulacji przez aktualnie panujące doktryny. Można przeczytać daną książkę raz jako apoteozę walki klas, innym razem jako pean na cześć uczciwej pracy. I to jest niby w humanistyce piękne, ale wiemy, ze niektóre szkoły odczytywania utworów z biegiem lat się kompromitują. Nikt już nie czyta na przykład „Granicy” jako historii upadku wyzyskiwacza klasy robotniczej.
Więc pierwsze brzemię nazywa się „przesłanie”, które wg niektórych nigdy nie powinno się zmieniać. Więc polonista ma być tylko medium do przekazywania wartości, które zostały przez dany tekst raz na zawsze ( wiemy już, że nie na zawsze ) zakotwiczone. Uczniowie do końca historii mają się uczyć o bohaterstwie takich bohaterów, a o podłości innych. Nauczyciel zamienia się w patefon, który odtwarza wciąż te same płyty.
Drugie brzemię nazywa się „moralność” – czyli, ktoś sobie kiedyś wymyślił, że nauczyciel języka polskiego ma moralny obowiązek zachwycania się treściami, których naucza. Piękne by to było, tylko że kategoria zachwytu nie jest czymś, co można uruchomić jak wiedzę o tym, że grawitacja istnieje. Nie znam nauczyciela tego przedmiotu, który lubiłby WSZYSTKIE lektury, które omawia. Każdy ma teksty, które uwielbia, i takie, które robi z przymusu, a najchętniej by je wymiótł z kanonu. Można się starać NAJWYŻEJ nie obrzydzać uczniom tekstów, to najlepsze, co mogę zrobić z na przykład „Gloria victis” Orzeszkowej lub „Szewcami.” Choć znam takich, którzy kochają te książki. Nie ukrywam przed uczniami swoich faworytów, a o nielubianych taktowanie milczę. Moralność to również brzemię, które każe faworyzować określone pożądane w państwie wartości, a raczej przemilczać lub półgębkiem wspominać o wartościach niewygodnych. Stąd R. Giertych ( którego doceniam w kontekście tego, co robi wariatka Hall) tak bardzo nie lubił Gombrowicza, którego „Trans-atlantyk” niezdrowo wręcz fascynował.
Ja wolę, by polski był okazją do dyskusji nad wszystkim, co rości sobie pretensje do bycia „świętą prawdą.” Bo młodzi ludzie, moim zdaniem, potrzebują krytycznego spojrzenia na WSZYSTKO, by samodzielnie dotrzeć do tego, co chcą w życiu, jak chcą je przeżyć, jakimi wartościami się kierować. Moim zdaniem jest pokazać, że świat jest wielobarwny i wielowymiarowy – nie istnieją takie wartości, o których nie można by było dyskutować.
Trzecie brzemię to „czas” – mając w sumie dwa i pół roku nauki ( a około 9 epok do omówienia) muszę volens nolens zamieniać się czasem w „maszynkę do przerabiania” lektur. Nic na to nie poradzę, że kończę ( jak każdy znany mi polonista) na przykład druga klasę pod koniec września w trzeciej klasie. Chciałbym mieć ten komfort, by móc ze spokojem wszystko wszystkim wytłumaczyć. Wierzcie mi. Są lektury, które trzeba przewałkować dokładnie i można to zrobić fascynująco ( mój faworyt „Lalka” ), ale są teksty traktowane po macoszemu, bo w sumie nie niosą wysoce wysublimowanych przesłań i raczej dyskusja o nich często opiera się o pytanie: „Dlaczego my to w ogóle czytamy?”
Czwarte brzemię to „uczniowie” – nie mam zamiaru narzekać. Powiem tylko tyle – i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. I druga kwestia – od zawsze tak było ( pamiętam to ze swojego liceum), że polonista często mówił, że czasem prowadzi lekcję dla dwóch, trzech uczniów, którzy się interesują i chcą rozmawiać. Nie łudźmy się – choćbym stawał na głowie recytując „Świętoszka”, nie zainteresuję każdego. To złudzenie, że jesteśmy, nauczyciele, na każdej lekcji uruchomić cała klasę. Niestety. I nie ma to nic wspólnego z moimi umiejętnościami. To gorzka rzeczywistość.
Na razie wystarczy.
Reszta może wyjdzie w ewentualnej dyskusji,
Odsłon: 507 Komentarzy: 11
Sunday,26 July 2009,15:53
Kategoria: Pro life Sunday, 26 July 2009, 15:53
Szwecja nie ma dobrej prasy wśród rodzimych obrońców „cywilizacji życia.” Nie dosyć, że nam pod Jasną Górę przytargali parę armat, to jeszcze przebiegała w sposób podręcznikowy rewolucja seksualna, słyszało się o eksperymentach na psychicznie chorych, o silnym froncie feministycznym, aktywnych homoseksualistach nie tylko w tamtejszych chrześcijańskich strukturach, karaniu za klapsy wymierzone niegrzecznym dzieciom…
Czytało się o zamknięciu tego społeczeństwa na obcość (nawet na poziomie rdzennych Szwedów, których odwrotnie niż u nas – nie obchodzi życie sąsiada zza ściany), o silnej sekularyzacji ( podobno więcej Szwedów wierzy w UFO niż w Boga)… Cóż… może powtarzam i utrwalam plotki, sieję zamęt, może za parę dni ambasador Szwecji będzie żądał usunięcia tego fragmentu wpisu.
Ja mam zdecydowanie cieplejszy stosunek do tego kraju – moim ukochanym poetą jest Tomas Transtromer, a pisarzem kryminałów Henning Mankell. Szwedzi. Odpowiada mi rezerwa Szwedów i pilnowanie się, by nie nawiedzać bez zaproszenia znajomych lub sąsiadów ( mój znajomy mieszka Malmo i długo nie mógł zrozumieć, dlaczego w Szwecji nie istnieje rozumiane w polski sposób „życie towarzyskie”).
A co mnie skłoniło do takich refleksji? Dzisiejsza wizyta w Znanym Szwedzkim Markecie Meblowym. Wiemy, o co chodzi. Pojechaliśmy z 10miesiecznym synkiem. Bardzo mu się podobało, bo i kolorowo, i pozwalaliśmy mu pokulał się po puszystych wykładzinach, i zabawki namierzył szybko… Generalnie zachwyt!Przyszła pora jego karmienia, więc poszliśmy w stronę restauracyjki wewnątrz market. Mieliśmy ze sobą tylko jeden słoiczek z deserem, więc mógł się nie najeść dzieciak. Siadamy, by go nakarmić i patrzymy, a obok „stoiska” z kawą i deserami stoi półka z obiadkami dla niemowląt! Kupujemy. Ale gdzie to podgrzać? bo zimnego mu nie damy. Informacja obok: „Potrawy dla dzieci można podgrzać w kuchence mikrofalowej obok …”, podgrzewamy. Mały szczęśliwy, bo obok kuchenki można było pożyczyć krzesełko do karmienia dzieci. Full servis, bo obok było jeszcze oddzielona przestrzeń, gdzie można go było przewinąć. Po posiłku pobawił się jeszcze na małym ”placyku” zabaw otoczonym stołami, za którymi siedzieli rodzice jedzący i patrzący na swoje pociechy.
I jaki z tego wniosek? Wiele razy słyszałem, że miarą cywilizacji jest stosunek do najsłabszych ( czy to nie JP2 wciąż powtarzał?). I jeśli to prawda, to Szwecja stworzyła kapitalna cywilizację, która BARDZO ułatwia decyzję o posiadaniu większej ilości dzieci. A w Polsce? Dziwicie się, czemu Polacy nie chcą się mnożyć? Bo dziecko to w polskim społeczeństwie PROBLEM.
Oczywiście najmniejszy dla samych rodziców. Problem dla państwa, jego struktur, lekarzy, nauczycieli, przedszkolanek ( w przedszkolu obok zbudowano wielki plac zabaw, ale…UWAGA… paniom nie chce się z dziećmi wychodzić przy jakiejkolwiek innej pogodzie niż 20-25 stopni ciepła i zero wiatru; plac zabaw jest pozbawiony drzew, bo „kto by miał grabić liście”, więc dzieciaki w bardzo ciepłe dni siedzą wewnątrz, bo na placu zabaw jest ZA GORĄCO!),
urzędników, sklepikarzy ( w moim małym miasteczku do 7 na 11 sklepów spożywczych i warzywniaków nie można wjechać wózkiem, bo trzeba się wspiąć po trzech-czterech stopniach, policzyłem dokładnie), handlowców ( nie wiem, w jakim jeszcze markecie oprócz szwedzkiego mają takie podejście do małych dzieci i rodziców)… proszę mnożyć dalej…
Niestety/stety, żyjemy w czasach, gdy takie ( podstawowe moim zdaniem) udogodnienia mają olbrzymie znaczenia. Jasne, nie poczyna się dziecka z myślą o tym, że fajnie będzie się z nim chodziło po sklepach. Ale gdy już pojawiają się myśli o dwójce, trójce dzieci, to bierze się pod uwagę środowisko i sprzyjające czynniki w nim panujące.
Odsłon: 1027 Komentarzy: 32
Wednesday,22 July 2009,13:10
Kategoria: Rodzina Wednesday, 22 July 2009, 13:10
Jednego razu wybraliśmy się na plac zabaw do parku miejskiego. Ładnie urządzony, dużo „maszyn” do zabawy, pełno dzieciaków, mamuśki lub babcie obserwujące te rojące się huśtawkami i zjeżdżalniami pociechy. Nasz mały też sobie przy naszej pomocy parę razy zjechał, śmiał się wspinając po pajęczynie utkanej z grubego sznura itd. Podobało mu się, aż czekam, gdy sam będzie mógł sobie biegać i wdrapywać się na zjeżdżalnię.
W pewnym momencie zauważyłem 3-4 chłopaków w wieku około 10-12 lat, którzy pomiędzy maluchami autentycznie się ze sobą bili. Kopniaki nie były „koleżeńskie”, pięści w okolicach brzucha lub głowy tym bardziej. Myślałem, że to tylko „krótkie spięcie”, po paru sekundach się pogodzą, ale nie… Ich zabawa polegała na gonieniu jednego z nich, który wciąż ich prowokował, przewracaniu go na piasek i kopaniu z całej siły. Gdy chłopak przyjął kopniaka w brzuch, po którym się popłakał, zacząłem się na nich drzeć i z pomocą przyszła mi jedna z mam, która „nie życzyła sobie, by jej dziecko oglądało takie zachowanie na placu zabaw!”Całym sercem byłem z nią, choć nie udałoby mi się jak jej sztuka krzyczenia na tych gówniarzy przez 5 minut.
Ale krew mnie jednak zalała nieco – nie wiem, co byłbym w stanie zrobić, gdyby któryś z nich uderzył mojego syna… Oddać, wytargać za ucho, przełożyć przez kolano? Mój teść, gdy moja żona była jeszcze małą dziewczynką, złapał jedną paskudną dziewuchę, która rzucała w dzieci kamieniami. Przytargał ją do domu, podniósł klapę od piwnicy i powiedział: „Jeszcze raz cię złapię, to cię tam wrzucę i NIKT cię nie usłyszy. Cały dzień cię tam będę trzymał, a tam jest pełno pająków i gniazdo szczurów!”Dziewucha omijała dom mojej żony szerokim łukiem.
A dziś – mój szwagier mówi, że w takich sytuacjach obym dzieciom nie ma co tłumaczyć, trzeba lać od razu.
Tylko czy odważni się znajdą…
Odsłon: 377 Komentarzy: 0
Saturday,07 February 2009,15:57
Kategoria: Ogólne Saturday, 07 February 2009, 15:57
Chcemy kupić nowy samochód. Stary matiz jest już za mały dla naszej trzyosobowej rodzinki. Wyjechac tym czymś nad morze jest rzeczą dość fantastyczną. Szukamy więc czegoś większego. Jakieś zgrabne kombi, żebyśmy się nie stresowali z pakowaniem.
Od paru tygodni sledzimy oferty w necie, porównujemy, zasięgamy języka u znajomych i rodziny – wiecie, kazdy mówi coś innego, każdy sugeruje zwracać uwagę na coś innego. Nawet się nie będę rozpisywał, ale łatwo jest to sobie wyobrazić. W kazdym razie mamy upatrzony model, rocznik, paliwo i szukamy już tylko pod tym kątem.
Wczoraj moja żona pojechała z ojcem, szwagrem i siostrą do Piły, by zobaczyć i może kupić jeden wóz. Ja zostałem w domu z młodym. Po 2-3 godzinach telefon:
- "Nie weźmiemy tego. Jest jakieś podejrzane to auto."
Szkoda, mówię sobie, ale lepiej ne wydawać kasy na siłę niż potem żałować zakupu.
Gdy wrócili wszyscy około 22 roztoczyła się nad kuchennym stołem cała historia zakupu u handlarza z Piły. Po pierwsze, panowie ( teść i szwagier ) stwierdzili, że wóz musiał dostać z tyłu, bo widać było ślady "naciągania". Coś było grzebane w silniku, bo miał widoczne slady spawania. W bagażniku też coś było uszczelnione ( amatorsko) pianką.
Facet twierdził, że NIC NIE BYŁO ROBIONE, tylko wymieniona tapicerka.
Wóz nie miał książki serwisowej pojazdu. Handlarz twierdził, że był serwisowany w Niemczech, ale nie mając takiego dokumentu, nie mógł tego udowodnić.
Zaczęli zadawać mu dużo bardzo konkretnych pytań. Facet za każdym razem zmieniał temat i zaczął zagadywać mojego szwagra ( biorąc go za męża mojej zony) a propos jego samochodu. Miał pewnie plan taki – odwrócę uwagę od sprzedawanego wozu, a może wątpliwości się rozeją po kościach i samochód pójdzie.
Wątpliwości się mnożyły, więc handlarz pokazuje jakieś inne samochody i mówi:
- Jak nie chcecie tego, to może BMW albo mercedes. mam takie…
- Nie chcemy akiego – mówi szwagier.
Handlarzowi poszły nerwy i niemal przez zaciśnięte zęby rzucił:
- Nie podoba wam się BMW? Tylko pedałom się nie podoba BMW albo mercedes!
Tu spotkanie się urwało. W dość szczególnej, przyznacie, atmosferze.
A mnie naszła jedna myśl – w Polsce ( może w innych krajach też) żeby kupić samochód, trzeba mieć albo dużo kasy ( kupujemy z salonu), albo dużo odwagi ( kupujemy od handlarzy), albo skonczyć szkołę samochodową, by wiedzieć WSZYSTKO o samochodach. Wiedzieć, na czym polegają oszustwa, jak maskuje się wady i jak rozpoznać przewinięty silnik…
( Podobno gdzieś pod Gnieznem znajduje się wielka tablica reklamowa – "COFANIE SILNIKÓW!")
A kuzynka mojej żony pojechała sobie w ciemno z koleżanką do Niemiec i kupiły samochód, który od kilku dobrych lat jeździ bez najmniejszego problemu…
Czy to nie zakrawa na jakiś ponury żart?
Odsłon: 441 Komentarzy: 7
Wednesday,07 January 2009,18:38
Kategoria: Fronda Wednesday, 07 January 2009, 18:38
Przyglądając się raz mniejszej, raz większej aktywności tutejszych bloggerów. Obserwując raz ze zdziwieniem, raz bez zdziwienia, jakie artykuły są w dziale "koniecznie przeczytaj", a jakie w "warto przeczytać", dochodzę do wniosku, że nasza blogosfera potrzebuje ZDEFINIOWANIA.
Bo jacy autorzy mają tutaj się publikować? Aktywisci prawicowi i chrzescijańscy? OK. Jest paru. Wierzący i poszukujący? Pewnie też. Komentatorzy spraw ważnych i mniej – też się tu fajnie poczują, ale…
Czy nasza blogosfera przygarnie "zwykłego" blogera, który nie chce przekazywać jakichś niesamowicie istotnych mysli drugiej swieżosci, ale po prostu chce zostawić tu kawałek swojego życia. Czy taka osoba, ktora sumiennie dzień po dniu "kronikuje" żywot, będzie miała tutaj szansę na zaistnienie?
Bo o wiele łatwiej jest się "wybić na pierwszą stronę" ładując jakiś "news" o homofobii lub aborcji niż spokojnie sobie stukać o sobie i najblizszych. A nawet jeśli już się ktoś taki pojawi na "jedynce", to pewnie ma tyle komentarzy, co kot naplakał.
Przed legendarną zmianą szaty graficznej blogów, radzę z dobroci serca pomyśleć o "polu do zagospodarowania", o czyms w rodzaju kręgów tematycznych itd, bo zwabieni "dobrem i prawdą" tego portalu niedzielni blogerzy pogubią się w domysłach, kto ma ich czytać, o czym mają pisać i czego się mogą spodziewać po swoim stukaniu w klawiaturę.
pzdr dla blogerów tutejszych.
Odsłon: 572 Komentarzy: 12
Thursday,25 June 2009,21:54
Kategoria: Rodzina Thursday, 25 June 2009, 21:54
Mój ojciec nigdy nie był heroiczną postacią. Żadnym wzorem do naśladowania, nikim szczególnym, kto mógłby błyszczeć w mojej prywatnej historii jako moralny punkt odniesienia. Niczego mnie świadomie nie nauczył ( nieświadomie sporo, wielokrotnie przychodził do domu w odmiennym stanie świadomości i do dziś mam przez to uraz do alkoholu, chociaż jakaś rodzinna legenda głosi, że na jakimś rodzinnym spędzie poczęstował mnie dla kawału spirytusem i do dziś mną trzęsie na widok wody ognistej). Nie naprawialiśmy razem rowerów, pływać też zacząłem sam, bo z jego pomocą raz omal nie utonąłem.
Miłość do książek urodziła się we mnie sama, bo mieliśmy ich setki, ale kupowane były raczej pod dyktando mody, czego przykładem jest „Ulisses”, w którym znalazłem nieporozcinane kartki – około 20 lat po zakupie. Byłem puszczony samopas, a i ojciec mój szedł przez życie raczej siłą inercji niż świadomych wyborów – prawie że ofiara naszej historii. Był w „Solidarności” i raz nawet zabrał mnie ( 5letnie dziecko) na manifestację, która skończyła się pałowaniem ludzi w pobliskim kościele, do którego nas zapędzono. W grudniu, gdy ogłoszono stan wojenny, zmobilizowano go i zamknięto w wozie na stanowisku radiotelegrafisty. Po powrocie spalił swoje „solidarnościowe” papiery. Dopiero ostatnio w rozmowie z moim teściem, swoim równolatkiem, bardziej szczegółowo opowiedział tę historię. Po 89 roku jakiś czas pracował w banku, ale gdy ten się zrestrukturyzował, wyrzucono go na bruk i zajmował się potem handlem odzieżą, którą szyła mama. Raz lepiej, raz gorzej szło. Ale nie o tym, nie o tym…
Zawsze widziałem w moim ojcu postać tragikomiczną – kogoś nieprzystosowanego do życia, liczącego na traf, fuks, pomyślny układ gwiazd, wieczne „jakoś to będzie…” Kogoś, kto ukrywa siebie za murem głupich żarcików ( to mam po nim), za fasadą delikatnego mizantropa ( jego hasło: „Gość w dom, bigos do szafy!”), swawolnego Dyzia liczącego na wszystkich oprócz samego siebie. Mały, szybko chodzący spać, drepczący wiecznie po tych samych ulicach, pozdrawiający swoich coraz starszych kolegów, wspominający nieżyjących. Trochę kłamca ukrywający swoje grzeszki pod powierzchnią żenujących opowieści. Żaden patriarcha, Polak-ojciec wprowadzający swoje dzieci w świat wielkich narracji i wartości.
Nigdy szczerze, otwarcie ze sobą nie rozmawialiśmy. Zawsze były to namiastki rozmów, jakieś wymienione informacje, zapewnienia, że wszystko dobrze i to wystarczało. Więc aż nie poznawałem siebie, gdy w Boże Ciało próbowałem naciągnąć ojca na rozmowę.
No pęklibyście ze śmiechu – on w kuchni, ja ze zręcznie ukrytym dyktafonem ( mam zacięcie pisarskie i planowałem posłużyć się jego słowami w planowanej książce) próbuję go zapytać o jakiś banał, by po prostu zagaić rozmowę. Ale jedli razem z mamą kolację i już już miałem z czymś wyskoczyć, gdy on akurat wgryzał się w kanapkę.
Przeczekałem. Skończyli, wyszedł na ogród na papierosa, ja za nim. On jakoś błyskawicznie zmienił plan, wyrzucił fajkę i do domu, ja za nim, on popsioczył na prognozę pogody i znowu przed dom. Ja za nim. W końcu wyhaczyłem go i pytam, jak się żyło w Kaliszu w PRLu. On, że nie rozumie pytania. To ja uściślam – czy było spokojnie, czy jakieś rozruchy, czy ludziom było dobrze itd. Na to on nieśmiertelna opowieść o goniącej nas milicji, a potem mega smutek ( autentycznie ), gdy zaczął wymieniać, jakie zakłady istniały kiedyś w naszym mieście. Posypało się chyba z 10 wielkich przedsiębiorstw, fabryk… „Widzisz” – mówi – „Tamten system nie był zły. System był dobry, tylko inaczej trzeba było wszystkim zarządzać. Inaczej. Kiedyś Moskwa nie kazała nam zamykać żadnych fabryk, a dziś Bruksela każe. I co jest lepsze? Mówili, że socjalizm musi upaść i upadł. Ale kapitalizm też upada. Ile tego naprodukowali i co? Nie ma komu tego kupować. To też się posypie… Ktoś kiedyś powiedział, że najlepiej by było, gdy przepadła 1/3 ludzi. Można by było zacząć wszystko od nowa…”Papieros zgasł i skończyła się minuta otwartości mojego ojca.
Smutno mi się zrobiło nie tylko z powodu tej goryczy i beznadziei w tonie mojego ojca. Ludzie znający codzienność „starych czasów”, ludzi chcący po prostu żyć w jakimkolwiek systemie, często z nostalgią wspominają PRL.
Smutno mi było głównie dlatego, że nie umiem wydobyć z ojca czegoś więcej. To pewnie na zawsze będzie zagadka, coś co pewnie kiedyś ja sam wymyślę i opiszę…
Odsłon: 1371 Komentarzy: 48
Monday,22 June 2009,11:12
Kategoria: Pro life Monday, 22 June 2009, 11:12
Zaczęło się w sobotę o godzinie 00:00. Bo o tej odebrałem sms o treści mniej więcej takie: "Czy to Ty, czy to ja? Tęsknię za Tobą przyjacielu. Sorry za szczerość" Nadawcą był mój serdeczny, jeden z ostatnich przyjacioł. Przez moment myslę sobie – kurde, godzina duchów, czy to z zaświatów jakiś sygnał czy jak? Generalnie dziwne to było, ale odpisałem – "śpij dobrze, druhu" i też wróciłem do snu.
Rano myślę sobie – cóż, pewnie się zawalił i zrobiło mu się smętnie. Mialem rację – siedział z kumplami w odległym o ponad 100 kilometrów miejscu, pili ( ostro) i zjechali w stronę klimatów: "Kiedys to były czasy, ale to se ne vrati" Brakowało tam mnie i napisał tego sms-a. Wiem o tym, bo do niego zadzwoniłem i wszystko mi się potwierdziło.
Naszła mnie jednak smutniejsza refleksja – coś, co mnie boli od wielu lat. Po studiach już nie można (łatwo) znaleźć nowych przyjaciół. Ma się kumpli z pracy, znajomych, rodzina się powiększa i na spacerach z dzieckiem można kogoś wyhaczyć, ale prawdziwy przyjaciel? Sorry, towar deficytowy w moim przypadku…
Miałem szczęście – na studiach poznałem gościa, którego życie wyglądało niemal identycznie jak moje – ta sama muzyka, te same filmy, te same gry na Amidze, identyczne książki itd. Tak jakby nas rozdzielono w szpitalu i wychowywano w miastach oddalonych od siebie o 200 kilometrów.
Kiedyś już toczyła się tutaj rozmowa na temat przyjaźni – i ja dodam coś od siebie. Prawdziwa przyjaźń nie zastapi przyjaźni – mimo szczęśliwego związku, dziecka, brakuje mi … faceta (!), z którym mógłbym całą noc oglądać durne horrory, słuchać muzy do bólu uszu, pić do upadłego itd.
Niestety, mimo wszystkich udoskonaleń, kobieta ( żona) nie zastąpi prawdziwego przyjaciela ( całe szczęście, że moja żona to rozumie)…
Moje przesłanie – chrońcie przyjaźń, bo rzadsza jest niż miłość. O wiele rzadsza…
Odsłon: 457 Komentarzy: 2
Thursday,18 June 2009,21:35
Kategoria: Religia Thursday, 18 June 2009, 21:35
Zacznijmy od początku, bo jest on ważny. Wczorajszej nocy mój synek pobił wszelkie rekordy i spał do 5 rano! Gdy zerwaliśmy się bladym świtem – przerażeni – podbiegliśmy do łóżeczka, a on … siedzi sobie spokojnie i czymś tam się bawi z miną pt. „O co wam chodzi?”
W szkole opowiadam o tym dwójce zaprzyjaźnionych ze mną nauczycieli – polonistce i fizykowi. Mówię, że chyba nam w nocy dziecko podmienili, bo taki spokojny to on w nocy jeszcze nigdy nie był. Koleżanka mówi, że w mitach ( pisała o tym pracę) to elfy, trolle czy inne gady podmieniają dzieci ludziom, by ci wychowywali nieczłowiecze potomstwo. ( Ciekawe, czy w naszym przypadku opłacałoby się elfom wychowywać takiego gagatka jak nasz ). I nagle rozmowa zeszła na temat ciotowania. W Wielkopolsce „ciotować” znaczy zauroczyć dziecko, spojrzeć „złym okiem.”
- Nie mów mi, że nie macie czerwonej wstążeczki nad łóżeczkiem albo przy wózku… – mówi ona.- Nie mamy – mówię zdecydowanie.- Oj, to niedobrze, musicie uważać, żeby wam ktoś dziecka nie ociotował.Ja jestem bardzo uczulony na takie pomysły, więc mówię, że wierzę w duchową sferę rzeczywistości, niewidzialną, ale mającą wpływ na człowieka, jednak wierzę, że mojego dziecka chronią siły większe niż czerwona wstążka nad łóżkiem. - No, jasne – mowi – ale dam ci przykład z mojego domu. Przychodziła do nas sąsiadka z drugiego końca wioski. Co przyszła, zawsze jakieś nieszczęście się działo u nas. W końcu moja mama powiesiła nad progiem czerwoną wstążkę. Mamy dość ciemny korytarz, więc nie można jej zauważyć nie wiedząc, że ona tam wisi. I ta sąsiadka już NIGDY WIĘCEJ nie weszła do naszego domu. Zawsze zatrzymywała się na progu…
W tym momencie wtrąca sę do rozmowy fizyk:- A czarcie żebro? To zioło. Moi znajomi mieli wybitnie marudzące, kapryszące i płaczące dziecko. Ktoś im powiedział, że powinni wykąpać małego w czarcim żebrze. I co? Jak ręką odjął! W wodzie jakieś „farfocle” się pojawiły, jakaś się nienaturalnie mętna zrobiła, a mały od tego momentu się całkowicie uspokoił…
Takie opowieści mogę mnożyć – moja mama ( gorąca katoliczka, choć nie moherowa) rozwaliła mnie kiedyś, gdy stała z moim synkiem na ręku, a ja jej powiedziałem, żeby podeszła do lustra, bo mały wtedy uczył się rozpoznawać swoje odbicie. Moja mama się przestraszona mówi:- A wy pozwalacie małemu się ogladać w lustrze?Moja głupia mina tutaj.- A czemu nie?- Bo się mówi, że dziecko które nie ma roku i patrzy w lustro to może diabła zobaczyć.Rozwaliło mnie to, chociaż w mojej rodzinie ( zarówno ojciec jak i moja mama i ja ) były „dziwne” przypadki w nocy, było coś „nienaturalnego”, z „innego świata”… nie chcę o tym pisać, bo gdy sobie przypomnę te historie i to, co mnie parę razy spotkało, to mnie dreszcze oblatują.
I konkluzja – sporo jest zabobonów w naszym „chrześcijańskim” społeczeństwie. Sporo i często nadają one ton życiu – horoskopy, karty, wahadełka, czerwone wstążki itd. Rozumowi to bluźni.
Ale z drugiej strony – czy tego rzeczywiście NIE MA? Czy może JEST, a powinniśmy jak ognia unikać z tym kontaktu i wiedzieć, że jest KTOŚ ( bo nie Coś), kto ma absolutną władzę nad „rzeczami widzialnymi i niewidzialnymi.”
Odsłon: 1486 Komentarzy: 16
Thursday,18 June 2009,10:32
Kategoria: Wiadomości Thursday, 18 June 2009, 10:32
Daleko mi do róznego rodzaju teorii spiskowych ( oficjalnie mi daleko), ale gdy widzę, co dzieje się z polską szkołą, jestem pełen najgorszych obaw co do przyszłości dzieciaków, których od 20 lat traktuje się kolejnymi chybionymi reformami. Nie było chyba gorszego pomysłu niż wymyślenie potworka, jakim jest gimnazjum, ale teraz powoli zaczyna się kształtowa nowe cudo, czyli nauczanie pseudo….
Tu cytat za Onetem:
"Rodzice, którzy wybrali dla swych sześcioletnich dzieci przedszkole zamiast szkoły, właśnie odkryli, że ich pociechy w zerówce nie będą się uczyć czytać ani pisać. Niektórzy już przepisują maluchy do szkoły. Wszystkiemu – choć niechcący – winien resort edukacji narodowej, który nie liczył się z gremialnym protestem rodziców, chcących swym pociechom przedłużyć dzieciństwo. Ministerstwo założyło, że sześciolatki w szkole podejmą naukę czytania i pisania, a przedszkola będą kończyć pięciolatki, bez tej umiejętności. Do tego dostosowali się wydawcy podręczników szkolnych. "
Zawsze byłem zwolennikiem solidnej państwowej szkoły, z ducha oświeceniowej, która przede wszystkim uczy myslenia, posługiwania się rozumem – nasz MEN działa chyba całkowice wbrew swojej nazwie. Wystarczy spojrzec na wyniki nauczania, wyniki egzaminów gimnazjalnych, wyniki matur, zgrozę, jaką wywołuje matematyka na przyszłorocznej maturze. Powiedzmy sobie wprost - dzieciaki są coraz głupsze i to jest wina szkoły ( choc oczywiście rodzice, środowisko, świat też mają w tym swój udział)…
Wybaczcie emocjonalny ton tej notki, ale nerwy mnie szarpią na samą mysl o tym, że miałbym posłac własne dziecko do takiej szkoły, jaką nam funduje dzisiaj Polska.
Odsłon: 410 Komentarzy: 6
Monday,15 June 2009,08:44
Kategoria: Kościół Monday, 15 June 2009, 08:44
Wczoraj pierwszy raz ( dumny tata ) pojechałem z małym na dziecięcą mszę. Pełno wózków w kościele, pełno dzieciaków, najwięcej takich w wieku przedszkolnym i młodszym. My w kruchcie, bo z przodu ciasno było, a i pchac się za bardzo pod ołtarz z 9miesięcznym gościem nie chciałem.
Dzielnie się spisywał. Nie marudził, nie płakał, obserwował wszystko, gadał do siebie. Generalnie ok.
Najlepsze bylo dopiero przed nami. Po ewangelii wczorajszej ( o ziarnku gorczycy itd ) ksiądz sprosił do siebie pod ołtarz dzieciaki i zaczął rozmawiac o ziarnkach, o wzrastaniu, o owocach. Dzieciaki są w takich chwilach absolutnie niemożliwe.
Pytanie księdza:
- Czyimi wy jesteście owocami?
- Jezusa!!!
I dalej:
- W ewangelii dzisiejszej jak to ziarnko wyrosło na drzewo, to kto się chronił w jego gałęziach?
- Pan Jezus!!!
Z miejsca przypomnaił mi się stary kawał o lekcji religii, gdzie siostra zakonna pyta dzieci:
- Co to jest? Małe, rude, ma ogon i skacze po drzewach?
Podnosi się Jasiu i mówi:
- Jak na mój gust to wiewiórka, ale jak siostrę znam, to może byc Pan Jezus.
Odsłon: 485 Komentarzy: 4
