
Wednesday,18 April 2012,17:17
Kategoria: Aborcja Wednesday, 18 April 2012, 17:17
Świat upadł na głowę. Właśnie przeczytałem na stronie gosc.pl , że w wyniku awarii instalacji ciekłego azotu zginęło w jednym z renomowanych włoskich szpitali 94 istnienia ludzkie powstałe w wyniku in vitro . Oburzeni "rodzice" napisali w pozwie przeciwko szpitalowi, (który a jakże nie poczuwa się do odpowiedzialności), że ugotowali ich dzieci!. Co za hipokryzja. A to, że ci "rodzice" pozwolili je mrozić na x czasu, to nic. Nie ważne. Obrzydliwe i tyle.
Odsłon: 510 Komentarzy: 3
Saturday,10 December 2011,22:27
Kategoria: Kościół Saturday, 10 December 2011, 22:27
W pamięci mam opis jednego spotkania. Przypadkowego. Jakiś czlowiek i ks. Twardowski. Ów podchodzi do kapłana i dziękuje. Za co? „Bo dzisiaj już nie widuje się księży w sutannach na ulicy”. Coś w tym jest, szczególnie, gdy się samemu rozejrzy po mieście.
Do głowy przychodzi mi inny obraz. WC. Pan Cejrowski, który opowiada o koloratce, porównując ją do obrączki. Coś w tym jest. Wierność. Odwaga.
Ksiądz to taki szczególny ktoś. A już w sutannie... Uuuu. Wywołuje skrajne emocje. Dawniej to dreszcz przechodził parafian na widok proboszcza i w rękę się całowało, i „pochwalony Jezus Chrystus” słyszało się ze wsząd. To były czasy... Nosić sutannę wtedy? Kto by nie chciał?
Dziś wszystko zmieniło się o 180 stopni. No, może nie na Ostrowie Tumskim, ale tam zagęszczenie swoich pozwala czuć się bezpiecznie. Zaciekawienie i skupienie na sobie uwagi przypadkowych gapiów dziś to najłagodniejszy objaw tego, co może się stać. Sutanna to w ogóle groźna, taki lep na muchy. A to jakiś pijaczek poprosi o „zeta” - na bułkę rzecz jasna ( i co, nie dać?). A to zaczepią z byle powodu. „Te, klecha!”, wyśmieją i takie tam. Jakie „pochwalony”... A no i „w ryj dać mogę dać”.
Po co to? Po co się męczyć. Łatwiej jest ściagnąć sutannę, wmieszać się w tłum. Bo to ani człowiek piwa nie kupi, no i do Mc Donalda pójść, też nieswojo. Bo nie daj Boże, kupić za dużo i zapłacić grubiej. A kupić coś do ubrania? Wolne żarty. W świątynii konsumpcji to byłby obciach. Ściągnąć więc sutannę, przeszkadza. No i gorąco oczywiście, zawsze gorąco. Parzy...
Gorąco to mają księża jak ich dekonspiruje. Znam ich trochę, bo człowiek to zawsze jakoś blisko ołtarza. A nie widziało się księdza- skejta , który sobie chodził po ulicy?Albo takiego, co to plażował sobie w japonkach w Galerii? Albo po cywilu w tramwaju? No zima była – nawet jeśli koloratka gdzieś tam się chowała, to no właśnie – pod grubym szalikiem. Konspira. A tu nagle : „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” Tramwaj zadrżał. Zimny pot ściera z czoła dygocącą ręką. A ja mam ubaw po pachy. Wiadomo zachowuje pozory, mruży oczy, powaga zachowana. „Aaaa... witaj.” Ale wiadomo, że plan popsułem. I zanim wtopi się znów w tłum to trzeba dojechać tramwajem do celu... A ja się pytam dlaczego? Dlaczego wtapiać się w tłum, w tramwaju, na ulicy, w samochodzie..Po co? Maskowanie kurka. Moro. Tylko to głupie - moro, bez munduru? Żołnierz, ale niby partyzantka czy co?
Są - potwierdzają regułę. np. o. A. Radecki- ojciec duchowny z MWSD. Na przystanku sutanna była. Ma chłop jaja. Będzie święty. Zobaczycie.
...Są i inni, to nie to, że jeden. Ale jakoś ten mi przychodzi do głowy.
A mnie się marzy, by każdy ksiądz tak chodził przynajmniej w koloratce, jak gdzieś ma być outside. Sutanna, wyraz odwagi Chrystusa, bycie sobą, trwanie, walka. Świadectwo! W porę i nie w porę! Jak jestem wściekły i mam ochotę użyć tych słów na k.. i na ch.. , i jak pan starszy nawyklina klechów, i jak pochwalą też. Wiadomo, nie musi isć do toalety czy w góry na nartach w sutannie zjeżdżać albo opalać się w sutannie. Ok. Ale fajnie jakby nasi byli na froncie, a nie poukrywani w okopach, wysyłający tylko szeregowych na zabijanie się ze światem. „Krzyżyk na czoło, bądź ogólnie dobry i w drogę. A ja sobie tu popatrzę i będę mówił o byciu dobrym.” Takie myślenie oficerów może zabijać morale żołnierzy. Szczególnie jak pan kapitan w japonkach zasówa po Galerii. Nie żeby nie mógł. Ale to coś...
No i gdzie ta zapomniana mądrość, że za mundurem panny sznurem... a za sutanną … całą bandą?!
Odsłon: 305 Komentarzy: 6
Friday,23 September 2011,10:12
Kategoria: Filozofia Friday, 23 September 2011, 10:12
Dziś telewizor, głosem pana Fronczewskiego zapytał: „Czy Bóg stworzył świat?” Ale zaraz dał na to odpowiedź: „Nie chcę obrażać wierzących, ale sądzę, że nauka daje lepszą odpowiedź.” Dalej usłyszałem: „Już samo pytanie czy Bóg stworzył świat jest błędne. Przed stworzeniem świata nie istniał czas, w którym stwórca mógłby działać.”
Musiałem wyłączyć telewizor. Nie zniósłbym tej indoktrynacji z Discovery Channel dłużej. Prof. Hawking, który uważa się za geniusza oznajmia mi: „Sorry, Boga nie ma, bardzo mi przykro, ale to odkryłem i wiesz, musiałem to wyznać.”
Problem w tym, że oznajmia to na podstawie swej wiedzy naukowej, która nie może dać faktycznej odpowiedzi na to, czy Bóg istnieje. Ponieważ wiedza ta sięga jedynie do momentu kreacji. Wszystko ma , co przyznał sam Hawking , swój początek , swą przyczynę. Ale ta zasada nie ma zastosowania do wielkiego wybuchu, który wg profesora może być efektem... niczego. Coś z niczego?! Nie chcę dostarczać czytelnikom wszelkich możliwych argumentów- za i przeciw. Zapewne tezę czy Bóg jest, czy też go nie ma, można poprzeć jeszcze wieloma. Nie ważne. Nie jest to celem tego artykułu.
Zastanawia mnie tylko obłuda profesora Hawkinga, który pod płaszczykiem wiedzy, którą próbuje udowodnić nieistnienie Boga, w moim własnym odczuciu, nie robi nic innego, jak to samo co ja. On wierzy, że ma rację.
Odsłon: 278 Komentarzy: 3
Friday,22 April 2011,21:54
Kategoria: Ogólne Friday, 22 April 2011, 21:54
Nikogo właściwie nie powinien już dziwić obraz świąt jaki wciskają nam, katolikom, wszyscy ci, którzy na „świętowaniu” chcą zarobić najwięcej. Czara goryczy przelała się dzisiaj, gdy na stronie uczelnianej zobaczyłem to:
Chwila- moment! Już chciałem pisać tyrady na tych wstrętnych, złych producentów, którzy niszczą Święta, którzy Triduum Sacrum zamieniają na kurki, zajączki, jajeczka i inne pierdoły (jak wyżej). Ostatecznie, w sprzedaży mogą pojawić się uśmiechnięte baranki. Te przynajmniej starają się udawać, że o coś w tych „świętach” chodzi. Ale czy słusznie można oskarżać? Po części i to sądzę, że niewielkiej. Rynek kieruje się innymi zasadami, niż zdrowy rozsądek. Dowodem na to niech będzie chociażby ostatnio nabrzmiała sprawa z cukrem. Produkuje się to, co ludzie chcą kupować. A żeby przynosiło to spore dochody, to trzeba sprzedawać tego dużo. A jak dużo, to musi to trafić do wielu osób. A zatem wiele osób musi potrzebować jakiegoś konkretnego dobra, na które jest popyt.
Rynek, w podstawowych założeniach, regulowany jest przez nasze potrzeby. Oznacza to nie mniej, nie więcej, że my- konsumenci zgłaszamy zapotrzebowanie na odpowiednie towary. Wniosek jest może banalny. To my odpowiadamy za to, że kurki, króliczki, zajączki, jajeczka, uśmiechnięte baranki trafiają do naszych domów, że życzy się nam na wesołych kartkach z trawką i koszyczkiem smacznego śniadania i wesołego lanego poniedziałku. To przede wszystkim nasza wina, że producenci tworzą takie rzeczy, a nie inne. To my, ludzie, odzieramy te święta z sacrum, pomijamy ich niepowtarzalnie głęboki sens, gubimy ich bezcenną treść, nie potrafimy sięgnąć po wielki dar, który co roku Kościół wykłada nam na tacy.
Byłbym idiotą, gdyby moje twierdzenie opierało się jedynie na tym, że to ludzie są winni. Co za banał. Sprawa jest trudna. Bo trudne są te święta. Dla nas, bo to święta Zmartwychwstania Chrystusa- esencja chrześcijaństwa, najważniejsze, pierwsze, pamiątka arcyważnych wydarzeń, a wreszcie święta trudu, święta ofiary, święta bólu, święta bycia sobą do końca. A ludzie, w tym, z bólem muszę przyznać, że i ja, nie lubią tego. Nie chcą być do końca, nie lubią bólu, cierpienia, niemal odruchowo odwracamy wzrok. O wiele prościej jest wysłać kartkę z uśmiechniętym zajączkiem, niż Jezusem na krzyżu. Jezus to w ogóle niebezpieczny jest. A to krzyż tam, krwawa ofiara, a jak taką kartkę wyślę, to znaczy, że ja katolik, jakiś smutny, bo „przybity”, no i pewnie czarno- klerykalno- zaściankowiec. Fanatyk. Poza tym jak sprzedać przybitego Jezusa do krzyża? Jak to przedstawić, Jego Rany, a nawet łagodne i pełne chwały Zmartwychwstanie? Jezus jest niemarketingowy. To się nie sprzeda fajnie. A dlaczego wiązana transakcja? Bo my nie chcemy tego kupować ( ogólnie- ludzie, Polacy itp.), więc się tego nie produkuje, a nie chcemy kupować, bo ludzie od biznesu dbają o to by tak było. Wmawiają nam , że to święta takie o- wiosenne, na różnych płaszczyznach: biznesowych, politycznych, towarzyskich, mody, itp…
Mamy więc tu do czynienia nie z jedną, a z kilkoma poprawnościami. Ostatecznie można wyliczać długo, robiąc dość pokaźną listę interesów przeciwnych traktowaniu chrześcijańskiego święta, jako chrześcijańskie. Gdyby cofać się w historii wystarczająco długo, doszlibyśmy do samego Jezusa. Wszystko zaczęło się dwa tysiące lat temu, w okolicach jerozolimskiego pretorium kiedy to zostały naruszone interesy polityczne Imperium i interesy Faryzeuszy, i pewnie jakby się przyjrzeć bliżej, nie jednego mieszkańca tamtejszej Palestyny.
Jezusa na śmierć skazali ludzie kierujący się poprawnościami. Ale nie łudźmy się, że zachowalibyśmy się wzorowo, gdybyśmy znaleźli się w tłumie, który krzyczy w stronę Piłata: Ukrzyżuj! Jeśli nie zgadzasz się z tym, Twoja rzecz, nie znam Cię. Znam się na tyle, żeby powiedzieć z czystym sumieniem, że nie jestem pewien czy wykazałbym się heroicznością cnót. Co nie rozgrzesza mnie z tego by próbować. Iść pod prąd to wyzwanie dla każdego z nas, którzy szukamy w Jezusie odkupienia, którzy pokładamy w Nim wiarę, którzy w Nim upatrujemy Drogi, Prawdy i Życia.
Odsłon: 244 Komentarzy: 3
Friday,02 September 2011,11:49
Kategoria: Ogólne Friday, 02 September 2011, 11:49
To pytanie zabija mnie. Zresztą i tak leżę już pośrodku wielkiej polany, wśród setek porozrzucanych pośpiesznie przez śmierć ciał.
Tak. Zmarłem na bitwie.
Niestety dla mnie- w momencie, gdy powziąłem myśl o ucieczce i obróciłem się do problemu tyłem. Potem tylko niemo gapiłem się na swoją krwawiącą coraz mniej ranę. Wreszcie przestała krwawić, nie miała już czym. Pytanie jednak zostało.
Pytanie, które Jezus zadał dwóm gościom dwa tysiące lat temu. Co to ma znaczyć? Dlaczego dręczy tak moje sumienie (nawet po śmierci)? Nie rozumiem. Dwóch uczniów Jana Chrzciciela czepiło się Jezusa.
„ Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, ze oni idą za Nim, rzekł do nich:”Czego szukacie?”J 1, 37-41
Ktoś idzie za tobą. Dziwna sprawa. Śledzą cię, a może chcą cię okraść? Wcale nie dziwi mnie postawa Jezusa. Też w końcu bym się wkurzył. Andrzej i drugi (zapewne Jan) dreptali za Nim, ale na pewno troszkę trzymali się na dystans. Tak tylko, żeby zobaczyć co to za jeden, przyjrzeć się, ale generalnie nie zbliżać, jakby co- nie jesteśmy z Nim. Myślę, że Jezus po prostu tego nie lubi. Tak, moim zdaniem Jezus nie lubi takiej ciapcianiny. Jezus lubi konfrontacje, lubi się zmierzać z ludźmi. A może po prostu wkurzały Go jakieś przybłędy. Odwraca się i wali prosto z mostu, trafia w sedno, zalicza dziesiątkę, (co wolisz- do wyboru). Zadaje pytanie.
Tym drugim uczniem Jana Chrzciciela chyba nie był Jan. To byłem ja, a może ty?
Chodzę za tym Jezusem i chodzę, ale jakoś bez przekonania, tak na odległość, tak tylko trochę by się przypatrzeć. Jak już idziesz za kimś pokroju Jezusa, to na takie pytanie wypadałoby mieć gotową wzniosłą, epicką, patetyczną, dokładną, niemalże doskonałą odpowiedź. Moja na pewno taka nie jest. Chodzę za Jezusem bo… daje mi szczęście, a jak daje nieszczęście to nic nie szkodzi. Jest fajny, bo go zawsze można przeprosić i nie zrzuca piorunów za byle co, bo daje mi siłę ( albo poczucie wyższości nad innymi ), daje mi moc, bo mogę się pochwalić jaki to nie jestem święty, daje spokój sumienia, stan cudownej bezgrzeszności, daje, daje, daje, nic nie chce w zamian, a ja sobie mogę przy Nim używać. Nieczyste intencje. Nawet pisząc na Frondzie nie mogę odepchnąć od siebie pragnienia, by mój blog zajaśniał promieniami jutrzenki na głównej stronie portalu. Taaak podziwiajcie mnie, klaszczcie (oczywiście w imię Jezusa – bo jakżeby inaczej).
To co właśnie napisałem wyżej można by porównać do gapienia się na swoje krwawiące rany. O nie mój grzech! O nieeeeeeeeeeeee! Umrę, przez to na pewno umrę! Panika pychy przesłania oczy. Nawet nie sięgam po bandaż, nie wołam ratunku. Gapiąc się na swoją ranę, widzę tylko jak upływa ze mnie krew i zastanawiam się jakimi sposobami mógłbym ewentualnie samemu powstrzymać krwawienie. Moje problemy przesłaniają mi esencję rzeczy. Moje troski o wypływającą krew pochłaniają tyle czasu, że w końcu nim się spostrzegam co i jak, umieram. (czy dla ciebie to będzie niska samoocena, ułamany paznokieć czy dramat pokoleniowy przekazywany z ojca na syna- wszystko jedno). Jeśli coś przesłania Ci życie, bo z problemu zrobiłeś sobie boga- cześć twej pamięci, było miło, żegnaj, przegrałeś. Bo wtedy ty, jak ja, u Jezusa szukasz lekarstwa na własne problemy.
Ktoś może się oburzyć. Jak to? Przecież Jezus nie zgasi knotka o nikłym płomieniu, nie złamie trzciny nadłamanej, Jezus uzdrawia, Jezus kocha, przytula, Jezus hipis. Nie. nie trafiasz do bramki.
Ja nie trafiam do bramki. ( Chyba, że do swojej, to aż za często).
W tym wszystkim bowiem jesteśmy bardziej my niż Jezus. Szukamy w Nim siebie, nie Jego. Szukamy własnych rozwiązań, potwierdzenia własnych wniosków, przypieczętowania odkrytych przez siebie prawideł. Jest moje ego- moje JA.
Kluczem w tym wypadku, będzie odpowiedź owych uczniów. Na to znamienne pytanie zadane przez Jezusa odpowiadają pytaniem, jakby wymijająco. Ale bynajmniej Jezus ich za to nie gani. Pytają się go: „gdzie mieszkasz Nauczycielu?” Co odpowiada Jezus? „Chodźcie, a zobaczycie.”
Teraz już nie mogą być z daleka. Ich wizja cichociemnych obserwatorów upadła Nie mogą być incognito.. Idą jawnie. A Jezus, wcale się nie boi obcych facetów łażących za Nim. Zaprasza ich
Jak wspomina Ewangelista Jan: „Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego.”
Niebywałe! Pozostali u Jezusa, widzieli Jego podwórko, sąsiadów, może grali razem, rozmawiali, jedli. Być u Jezusa… Co wtedy widzieli? Przeżycia na pewno tak dalece intymne, mocne, że chwile później w Ewangelii Andrzej krzyczy Piotrowi: „Znaleźliśmy Mesjasza!”
Historia tych braci nigdy już nie będzie taka sama jak przedtem. Zaczyna się ich Wielka Przygoda.
Trop dwóch uczniów Jana, ich odpowiedź, a właściwie pytanie, jest kulminacyjnym momentem. Zobaczyć gdzie mieszka Pan to chcieć spojrzeć za siebie, za swoje Ja, za horyzont, Jezus chętnie zabiera nas do Siebie, pokazuje hmm… no właśnie wiedzą to tylko Ci, którzy zdecydują się pokonać rozpaczliwe wołania piekielne: „umierasz na bitwie, o nie! Twoja rana krwawi!” Pycha będzie Cię wyciskać do ostatniej kropli. Nie daj się. Szukaj miejsca gdzie mieszka Nauczyciel. Choćby ostatkiem sił, choćby po śmierci, nie takie rzeczy Bóg może uczynić, co przywrócić zmarłego do życia!
A gdy wejdziesz do Jego domu… będzie nowe życie, którego tylko i wyłącznie skutkiem ubocznym będzie uleczenie ran. Wielka Przygoda, Życie stanie się Twoim udziałem.
Odsłon: 254 Komentarzy: 6
Saturday,20 November 2010,19:29
Kategoria: Ogólne Saturday, 20 November 2010, 19:29
Dzień jak co dzień. Pochmurny, deszczowy, nijaki. Znów zaspałem, a może to wynik niedosypiania. Obracam się w trójkącie bermudzkim pomiędzy lodówką, toaletą i komputerem. Dno.
Po raz kolejny uciekam od siebie, od rzeczywistości od problemów, od bitwy.
Właściwie nie powinienem napisać bitwy tylko bitew. Tak. Bardzo często jestem dezerterem. Uciekam od obowiązków, marzeń, fascynacji, życia. Codziennie ze łzami w oczach wysłuchuje swoich własnych żalów, niespełnionych aspiracji. Prawda? Ale nie cała prawda.
Życie. Życie to wojna. Wielka wojna, w której mimo naszej najszczerszej i usilnej woli, zanurzeni jesteśmy aż po uszy. Chcemy pokoju. Świętego spokoju! Litości, czy tego nie da się osiągnąć? Wywalczyć? Ależ da. Ucieczką. Lenistwo, grzechy, łatwe przyjemności, medialna papka, oddawanie pokłonu klawiaturze komputerowej, telewizji, hobby. To może być cokolwiek. Począwszy na krzyżówkach za 2,50 , aż po luksusowe samochody. Zresztą mamona zawsze kusiła najmocniej. Szczególnie jej pozorna łatwość do łagodzenia problemów, do „naprawiania rzeczy”.
Więc uciekamy, daleko! Daaaaallleeeeekkkkkooooo! Hen za horyzont. Gdy tylko pojawi się jakiś problem automatycznie zaczyna świecić kontrolka „będzie pod górkę”. A przecież najłatwiej jest… z górki. I często tak się dzieje. Problemy jednak faktycznie zaczynają się, kiedy ta ucieczka wydaje się przynosić „pozytywne rezultaty”. Otóż okazuje się, że coś zgubiliśmy po drodze. Coś, bez czego życie staje się nudnym obowiązkiem, powtarzanym z przykrością dzień po dniu. W kółko, bez przerwy, z mechaniczną precyzją. I… z czasem doprowadza nas to do szału. Oj, co to za szał!Szał = problem. Problem = ucieczka. Ten prosty mechanizm to perpetuum mobile iście diabelskie. Z dwóch powodów. Po pierwsze okazuje się, że bitwa, od której uciekamy, najczęściej dogania nas w ucieczce z jeszcze większą siłą. Albo uciekamy tak skutecznie, że… w końcu zdyszani pchamy się jej prosto w ramiona, jej albo jej koleżanki.(sic!) Bitwa nas dogania, możemy uciekać przed nią, lecz ta dogania nas w najbardziej zaskakujących momentach. Upomina się o nas.
Drógą rzeczą jest to, co na tej bitwie gubimy. Takie proste! A przecież… ludzie biją głową w mur by się dowiedzieć co to jest. Co drapie w środku, woła, krzyczy, pojawia się niczym senne mary, nie chce zniknąć, straszy.
Muszę to powiedzieć z bólem. Przekonuję się o tym sam – doskonale. Jedyną rzeczą jaką tracimy, w momencie ucieczki, to… my sami.
Trudno w to uwierzyć, ale nasze dusze nie cierpią niczego tak bardzo jak uciekania. Brzydzą się ucieczką. Najgorsze, że my je do tego zmuszamy. Mało tego, że zmuszamy, ale brutalnie dławimy w nich wszelki opór, aż w końcu, ku własnej zagładzie, porzucamy nasze dusze, nieprzytomne, gdzieś na drodze ucieczki w bliżej nieznanym celu. Ale zawsze celem będzie mniej lub bardziej zamaskowany upadek.
Dlaczego tak jest? Ano dlatego, że Bóg stworzył nas wojownikami! I w momencie kiedy zwiewamy, zaczynamy rozumieć, że to nie tędy droga, ale powtarzamy sobie, że tak będzie lepiej, przecież życie jest tak cenne, nie możemy go stracić. Trzymamy się go tak kurczowo, że nie rozumiemy prostej analogii. Żyć można tylko w pełni. A pełnia… pełnia jest tylko na bitwie.
Wciąż przed oczami mam obraz bitwy pod Stirling malowanej przez Gibsona w Breaveheart.
Pod Stirling spotykają się armie Szkotów i Anglików. Anglików rządzonych żelazną ręką przez Długonogiego i o wiele mniej liczebnych Szkotów prowadzonych przez skłóconą i przekupną szlachtę. Szkoci czują, że klęska wisi w powietrzu. Proste miecze, słabe tarcze, żadnych pancerzy, a naprzeciw nich doborowe jednostki angielskie. Śmierć wisi w powietrzu. Chcą uciekać. I wtedy pojawia się On:
– Synowie Szkocji! Jestem William Wallace!
- William Wallace ma dwa metry.
- Tak, słyszałem, zabija ludzi setkami i jakby tu był, to zniszczyłby Anglików samymi kulami ognia z oczu i piorunami z dupy. Ja jestem William Wallace! I widzę tu całą armię moich ziomków na przekór tyranii. Przybyliście walczyć jako wolni ludzie i wolnymi jesteście. Co zrobicie bez wolności? Będziecie walczyć?
- Przeciw temu? Nie. Uciekniemy i będziemy żyli.
– Tak. Walczcie, a możecie zginąć. Uciekajcie, a będziecie żyć. Przynajmniej przez jakiś czas… I umierając we własnych łożach, za wiele, wiele lat będziecie chcieli zamienić te wszystkie dni, od dziś, do wtedy za jedną szansę, jedyną szansę! Aby tu wrócić i powiedzieć naszym wrogom, że mogą odebrać nam życie, ale nigdy nie odbiorą nam wolności!”
Boże! A więc tu chodzi o wolność! Tak! W momencie, kiedy uciekasz od życia, uciekasz od samego siebie, uciekasz od wolności, która jest Twoim przypisanym Ci przez samego Boga prawem. Prawem niezbywalnym, które oddajemy za marne kilka lat życia we względnym spokoju. Zupełnie tak jak wyobrażał to sobie jeden ze Szkotów: „Uciekniemy i będziemy żyli”. Tą iluzją żyje wielu z nas. Ale szybko ją rozwiewają słowa Wallace'a – „Przynajmniej przez jakiś czas…” Iluzja się rozpływa. Jest jak fatamorgana. Oaza spokoju. Złudzenie, za które wyprujemy sobie żyły, po czym gdy dobiegamy na miejsce, okazuje się tym, czym jest na prawdę. Oszustwem, na które z łatwością się nabraliśmy. Ale od tej drogi już nie będzie odwrotu. Umierając na swych łożach możemy chcieć wrócić. Ale nie będzie do czego. Bitwa bez nas jest bitwą przegraną.
William Wallace- ten prawdziwy, zarówno jak i filmowy, umiera schwytany podstępem przez Anglików. Zostaje stracony i poćwiartowany, ale jego ofiara nie idzie na marne. Szkocja niedługo po jego śmierci na ponad 200 lat staje się niepodległym państwem, dopóki ducha Szkocji znów nie rozpruje angielski podstęp, kasa, intrygi. O Williamie można powiedzieć dużo, ale nie to, że nie żył naprawdę. Mało tego. Walczył w słusznej sprawie. Walczyć? Prosta rzecz. Ale walczyć w słusznej sprawie to marzenie każdego. A co miałoby być tą słuszną sprawą? Walka o nadobną Brunhildę? Walka o Polskę A czy B, IV czy III. Ale obłuda. Marząc o tych wielkich sprawach zapominamy o tych WIELKICH. A wiesz, że śpisz obok swojej księżniczki, rycerzu? Bronisz ją przed lękami, koleżankami z pracy, przytłaczającymi obowiązkami? Umiesz zawalczyć o wasze dzieci, o wspólny czas? Umiesz zawalczyć o swoją dziewczynę, o waszą czystość? Umiesz zawalczyć o dobre oceny na uczelni? Umiesz walczyć z przeciwnościami losu, ciężkimi rodzicami, z rodzeństwem, może alkoholizmem w rodzinie, umiesz? TO są nasze walki, to są nasze bitwy, przed którymi spieprzamy gdzie pieprz rośnie.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Breaveheart” tak bardzo łapie mnie za serce, ponieważ mam duszę wojownika. Duszę, która może zwykle przegrywa małe bitwy…. Ale mam w swoim życiorysie, tak wielkie zwycięstwa! Boże mój! Tyle ran, zapewniam, że moja dusza za pewne już kuśtyka na jednej nodze i miała kilka operacji na serce. Ale… wygrywałem. I tego nikt mi nie może zabrać.
Być może czytając ten tekst odnosiłeś wrażenie, drogi czytelniku, że w Twoim życiu bitwy się nie zdarzają, że zawsze przed nimi uciekasz. Ale na pewno nie jest to prawdą. Przypomnij sobie. Usiądź na tym i zastanów się. Zwyciężałeś. Wojowniku, Wojowniczko, Twe imię mówi jedno. Bitwa jest Twoim życiem.
Nie mogę oprzeć się pokusie, że scenariusz „Breavehearta” oparty jest na innej, o wiele starszej historii. Historii Jezusa Chrystusa. Chrystusa, który nie jest hipisem, eleganckim facecikiem lawirującym przez życie, szachistą, nie koniecznie też rozlewa krew, przynajmniej nie tą czerwoną. Ale na pewno robi duchową siekę. Duchowa krew leje się wielkimi rzekami. Jezus jednym słowem rozwalił system. System zła musiał ugiąć się właśnie przez wzgląd na tą jedną bitwę, pełną ofiary- Jezusa Chrystusa. Jezus, bał się nie na żarty, aż krew ciekła. Przypomnij sobie Getsemani. Ale jak przyszli w Ogrójcu z kijami i mieczami jak na zbójce… Powiedział: „Ja jestem”- i to jak! Powiedział to tak, że wszyscy upadli na te słowa. Nie znam nikogo kto powiedział, „ja jestem” a wszyscy wokół struchleli ze strachu i upadli przed tym człowiekiem. To musiał być facet! A wiesz dlaczego był taki? Może to nadinterpretacja, ale sądzę, że dlatego, że nie zwiał. Myśleli, że będą go szukać jak bandytę, który czmychnie przy zagrożeniu. A On…. Walczył… i choć pozornie przegrał, zatriumfował na wieki.Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Mamy prawo i siłę by zwyciężać. To jest w nas… wystarczy zawrócić, pójść na bitwę. Nie będzie łatwo, można zginąć… Ale tylko tam jesteś Ty sam, Ty sama.
Odsłon: 409 Komentarzy: 9
Saturday,18 September 2010,18:29
Kategoria: Ogólne Saturday, 18 September 2010, 18:29
(Tu zapada głęboka cisza przerywana szeptanymi głoskami…) grzesiek…
Po pierwsze. Nazywam się, a nazywają mnie to dwie różne rzeczy… Być może uwaga oczywista, a jednak. Nazywają mnie różnie. Koledzy Szympem, przyjaciółki Słoneczkiem, przyjaciele Super Grzesławem, a mama… ( w zależności od humoru i nastroju ) Kotikiem, Foczką, Tygrysem…A tata… też ma swoje określenia… (nutka tajemnicy)
A więc różnica między tym, że ktoś mnie nazywa a nazywam siebie jest znacząca. Bo od tego zależy jak inni widzą mnie albo jak ja widzę siebie. Różnica infernalna! Bardzo często w praktyce jednak oba wyrażenia mieszają się w nas i używamy ich ( wielce nie słusznie!) na przemian. A wszystko zaczyna się na początku…
Imię to coś, co nas określa do szpiku kości. Towarzyszy nam od zawsze na zawsze. Imię nas oznacza, przypisuje nam dane cechy, nadaje osobowość, wyróżnia. Marginalizowanie imienia jest bardzo powszechnym błędem. Ono bowiem rzutuje na całe nasze życie, nie rzadko będąc motorem albo hamulcem naszego działania.To jak się z nim utożsamiamy, czy się z nim utożsamiamy, a także to jakie ono jest, jest na prawdę istotne.
"Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Ale matka jego odpowiedziała: <<Nie, natomiast ma otrzymać imię Jan>> (…) Pytali więc na migi jego ojca, jak by chciał go nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: <<Jan będzie mu na imię>> I zdumieli się wszyscy.(…) "
Łk 1 57-66
Jak się nazywasz? Czy twoje imię jest wyjatkowe, czy jest jednym z wielu? Kim jesteś? Być może pytasz siebie głośno o to, a być może krzyczy w tobie tylko twoja podświadomość. Odpowiadamy sobie na te i tym podobne pytania ciągle, nie można odpowiedzieć raz. Jaka zwykle jest nasza odpowiedź?
Nasze imię nadają nam nasi rodzice. I to jest to pierwsze imię, którego się uczymy, na które reagujemy, które do nas przylega od początku. Rola rodziców jest olbrzymia. Wystarczy znów zajrzeć do Biblii by się o tym upewnić:
"Rachela zaczęła rodzić: poród jednak był ciężki. I kiedy urodziła w wielkich bólach, rzekła do niej położna: <<Już się nie lękaj, bo oto masz syna!>> Ona jednak, gdy życie z niej uchdziło, bo konała, nazwała swego sya Benoni; lecz ojciec dał mu imię Beniamin." Rdz 35, 16-19
To rodzice od pierwszych dni kształtują dziecko, a czasem nawet walczą. Rachela umierała. Poród okazał się dla niej ostatnimi chiwliami życia. Trudno się więc dziwić, że niemalże przeklinała go: "Syn mej boleści". Powodów miała wiele, Lea- druga żona, która górowała nad nią, dawała Jakubowi więcej dzieci, była lepsza, Rachela wciąż musiała walczyć o swoją pozycję, jednym słowem, życie wciąż pod górkę, aż tu nagle to co miało być jej nadzieją, okazało się jej końcem. To co było dla niej ciężarem i przynosiło śmierć jej mogło przynieść śmierć i dziecku. Imię. Imię, które może stać się dla dziecka błogosławieństwem albo przekleństwem. Benoni – syn mej boleści. Straszne imię. "Cześć, jestem synem jej boleści", nokaut w pierwszej minucie- dosłownie. I tutaj wkracza drugi rodzic- ojciec. Biblia wyraźnie sugeruje tutaj dynamizm. Ojciec nadaje szybko imię dziecku, zamazując to, co powiedziała matka. "(…), lecz ojciec nadał imię Beniamin". Gdyby czas nie grał tu roli, myślę, że autor natchnionej księgi napisałby tą historię w wielu zdaniach np.: Rachela, umierając nazwała go Benoni. Potem zaś ojciec dał mu imię Beniamin. Nie. Czas jest ważny. Imię – przekleństwo nie może przylgnąć do dziecka. Syn prawicy. Szczęsny, Radość mojego życia- o tak. Od razu wyczuwamy ten smak.
Rola rodziców nie ogranicza się do jednorazowego aktu, ale trwa. Nadane imię potrzebuje potwierdzenia. Każde z rodziców ma swoją rolę do spełnienia. Mama nadaje miłość, cały jej ciepły świat otacza dziecko od kolebki. "Kocham Cię, opiekuję się Tobą, nie pozwolę by stała Ci się krzywda". W życiu małego chłopca i dziewczynki to najważniejsze komunikaty. Fundament, wspaniały start na dalsze lata.
Tutaj można wyrazić tylko wielkie ubolewanie, że nie każde dziecko ma ten start zapewniony. Z resztą na każdym etapie życia, kolejne defekty tożsamości pogłębiają rany- i tych biednych dzieci, a także tych, którzy się z nimi kiedyś spotkają i otrzymają ranę od poranionych… Przychodzi jednak czas, kiedy dzieci zadają inne pytania. Jak najbardziej dojrzałe. Czy jestem silny, czy sobie poradzę w niebiezpiecznym świecie, czy mam to coś? – Pytania chłopca. Dziewczynki mają swoje własne pytania: czy jestem piękna, czy jestem komuś potrzebna, czy zadziwiam świat, czy zachwycasz się mną? To nie są złe pytania, ale bardzo często padają na nie złe odpowiedzi. "Mamusia teraz nie ma czasu, idź się pobawić" "Tatuś ma ważniejsze sprawy" – to tylko przykłady. Przesada może iśc w drugą stronę -: "Mój pączusiu" – powiedziane do chłopca moze go rozwalić na całe lata. Ja bym nie chciał by mnie mama nazywała pączusiem. Moja mama jest bardziej wyrafinowana: "Kotik" – niby to groźne zwierze, duże, prężne… ale hmmm… tłuste i wydaje mi się, że niezbyt imponujące. Imiona – przkeleństwa, jeśli już w ogóle się zdarzają, muszą być zaraz zastępowane imionami – błogosławieństwami. Jeśli się tak nie dzieję, takie przekleństwo do nas przywiera i trzeba sobie z nimi radzić samemu…. Niestety takie działanie zwykle nie przynosi rezultatów. Owszem, pozwala na egzystencję, jakoś tam przeżyjemy ten straszny czas do trumny. Na prawdę. Można tak.
Na pewnym etapie rola mam maleje. I ku ich utrapieniu, nigdy już nie wzrasta. To smutne, ale tylko pozornie. Niemniej jednak mamy nie chcą sobie odpuścić. Nie godzą się na to, ze ich pociechy chcą same, że chcą z tatą, że …( tu dopisz właściwie ). Pod tym względem często zachowują się jak armia radziecka- łatwo zajmują terytorium, ale zwrócić je…
Rośnie rola ojców. I tutaj zaczyna się dramat. O ile zwykle na mamę można liczyć w i po właściwym czasie, ojcowie, którzy w pierwszym etapie życia pociech nie mają za wiele do roboty ( oczywiście to błąd ) niechętnie wkraczają w życie swoich dzieci bardziej aktywnie. Kanapa i pilot, puszka piwa i względny spokój, to wszystko, co potrzebne jest do egzystencji. I w ten o to zabójczy sposób ojcowie często przesypiają swoją rolę- często powielając zły scenariusz z własnego życia. Przeżywają tam przed tv gorycz, którą sami niosą w swych sercach, a na którą nie widzą lekarstwa.
Jeśli ojciec nie powie swojej córce, że jest piękna, że jest księżniczką, nie zatańczy z nią walca, nie będzie dla niej autorytetem, powie jej inną rzecz- i wcale nie musi używać do tego słów. Wystarczy nic nierobienie – komunikat jest prosty: "Spadaj, jesteś nieważna, nic dla mnie nie znaczysz". To samo dotyczy chłopców. Możesz usłyszeć, że jesteś kowbojem, ochroniarzem, mistrzem, prawicą swojego ojca. Ale możesz usłyszeć :"Jesteś nikim" "nic nie znaczysz", "spadaj stąd mięczaku". Jeśli ojciec zawali… Jest źle, bo mamusia choćby się starała nie powie nigdy córce: "Chłopaki Cię będą uwielbiać, masz swoja wartość" – chcę być jasny. Może używać nawet takich samych słów. Ale przekaz nigdy nie trafi do głębi dziewczęcego serca -słowa mamy nie będą tak samo potężnie brzmieć jak słowa ojca. Zawsze pozostanie argument: "a tacie się nie podobałam, więc dlaczego ktoś inny miałby wiedzieć, że jest inaczej? "
I od tego momentu, momentu przekleństwa, nasze życie biegnie innymi torami. Szukamy potwierdzenia naszej tożsamości, ale nie tej nadanej nam przez rodziców, ale tej nadanej przez siebie, nie godzimy sie ze złem, z przekleństwem, ale czujemy , że ono wciąż na nas ciąży. Walczymy z nim i odnosimy rany. Od rodziców, znajomych, obcych, a także, od samych siebie: swoich pragnień, marzeń, grzechów, wizji, którym nie możemy sprostać.
Ta ścieżka może na zaprowadzić nawet do końca życia. Szataństwo. Pamiętam jak zmarł mój dziadek 17 września 2004 roku. Jechałem z rodzicami pociągiem na pogrzeb. Widziałem łzy ojca. Płakał gęstymi łzami za ojcem, być może za utraconą szansą na błogosławieństwo od swojego taty. Czy zatem być może nadane mu kiedyś imię- przekleństwo przylgnęło do niego na zawsze? Dziadek zostawił mu w spadku po sobie olbrzymią ranę? To koniec? Czy jest jeszcze jakieś lekarstwo?
Bóg Ojciec. Ludzie nie wierzą w Boga- Ojca. Szczególnie jak Bogu przypisuje się cechy mądrości, szczodrobliwości, miłości, troskliwości. To brzmi jak wycięte opisy z jakiś pism dla dziewczyn- troskliwy; bleeee. Często nasi ojcowie są nieobecni w naszych życiach. Nie potrafią się do nas dostać zupełnie jakbyśmy byli za szklaną ścianą. Myślimy, że to nasza wina, ze jesteśmy za bardzo lub za mało. Skoro nasi ojcowie kiepsko się o nas troszczyli, to jak Bóg może siebie nazywać ojcem? A jeśli jest ojcem… to to musi być kiepski Bóg. Lecz czy tak na prawdę jest?
"Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich,a z obłoku odezwał się głos: << To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!>>" Mt 17, 5
Co ciekawe. Na kartach Ewangelii Bóg Ojciec ma chyba nie wiele do powiedzenia. Przynajmniej po mojej pobieżnej lekturze nie znalazłem szczególnie dużo Jego słów. Więcej mówi Syn. Ale jak już Ojciec się odzywa, to w jaki sposób! Słowa błogosławieństwa sypią się za każdym razem, Góra Tabor, Chrzest. Taki jest Ojciec przez duże O! No dobrze, ale jak to ma się do naszego życia? No … bardzo. Bóg myślisz, będzie zwlekał by pokazać Ci ile dla Niego znaczysz? Kumple, mama, kto kolwiek, za kogo głosem idziesz, nie dadzą Ci tych najważniejszych słów. Może cię jakoś upupiają. Wiesz, jesteś miły, uczynny, pomocny, dobry… Dobre są to okreslenia dla akcji charytatwynej a nie dla osoby! Na pewno droga Pani nie chcesz być po prostu dla kogoś miła… Chcesz znaczyć coś o wiele więcej! Chcesz być uwielbiana, kochana, jedyna! To piękne! Na pewno drogi Panie chciałbyś być Bożym Rambo, Williamem Wallacem, walczącym w słusznej sprawie. Na pewno nie dążysz do bycia po prostu… fajnym. To brzmi jak obelga. Sam przez to przechodziłem, odkryłem w sobie tą wspaniałą właściwość, że nie jestem byle tam kimś tam skądś-tam. Bóg mi powiedział, wprowadził mnie… ach przepraszam. ale muszę- w najbardziej zajebistą i epicką przygodę jaką mogę mieć- życie. Wcale nie jest łatwo. Zły nie śpi, wciąż mi przypomina, że jestem nikim. Ale to nie prawda.
Zajrzyj do swego wnętrza, nie bój się. Co tam jest? Bodzio, Józio, czy ryczący lew, do którego lepiej nie podchodzić, bez naładowanej strzelby. Jest tam wystraszone dziecko czy dumna księżniczka, której od lat się boisz? A to Ty, wiesz?
"Wszyscy kłamią. Wszyscy tracą serca. – Ale ja nie chcę stracić serca!" Breaveheart – scena rozmowy Roberta de Bruce z ojcem.
Nie jesteśmy więc na prawdę sobą. "Można zmienić nazwisko, ale nigdy nie przekreślimy tego kim jesteśmy" – Utożsamiamy się z naszym przekleństwem, naszą rolą i jest nam w tym wdzianku na prawdę ciasno. To budzi nasza flustrację, na prawdę porządnie nas to wkurza. Więc musimy wiecej udawać, więcej robić albo tez uciekać przed TV, komputer itp… Ale nie jesteśmy sobą, nie jesteśmy bowiem ani muzykami, ani poetami, ani ( dopisz tutaj każdy inny zawód ). Masz imię prawdziwie, nadane przez Pana. Masz cel. Masz misję. Odkryj je, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś.
Zrobiłem kiedyś, po obejrzeniu w gronie przyjaciół filmu "Breaveheart" mały teścik. Polegał on na tym, że moi koledzy mieli spisać swoje imię, to za kogo się uważają. Nie podałem im żadnych kryteriów. Zachowali swoje kartki dla siebie. Poprosili mnie abym pierwszy przedstawił swój wynik. Oto co im przeczytałem:
Grzegorz, Czujny, Wallace, Lew Judy, Sługa Chrystusa, Wojownik Boży, Któż jak Bóg, Żądny Krwi, Łaknący Mądrości, Dziki Sercem, Wielkie Szczęście.
Milczeli. Dobrze wiem, co mieli napisane na swoich karteczkach.
Moje imię już znasz. Przedstawiłem się. Jakie jest Twoje imię?
Odsłon: 391 Komentarzy: 15
Friday,17 September 2010,16:00
Kategoria: Religia Friday, 17 September 2010, 16:00
Bo tak chcę. To powinno wystarczyć. Mam taką ochotę – i już. Jeśli więc trafiłeś tutaj…
Bądź pozdrowiony!
G.
Odsłon: 316 Komentarzy: 2
1
