Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Jestem księdzem marnotrawnym

Kategoria: Kościół Wednesday, 23 May 2012, 12:49

23 maja 2006 roku, około godziny 11:00, leżałem krzyżem na posadzce poznańskiej Archikatedry. Oddech miałem niespokojny, myśli nie były w stanie wejść w stan harmonijnej całości, pod powiekami gromadziły się łzy szczęścia. Bałem się. Jak wielu przede mną. Tamtego dnia, w widzialnych znakach Najwyższy wypełniał kruche i gliniane naczynie niewidzialną łaską, światłem. Nie byłem gotowy. Wiem, nigdy nie będziemy w stanie perfekcyjnie przygotować się do tego, co Boże, do "miłości cierpliwej", która jest sercem kapłańskiej wierności. Na kapłaństwo, małżeństwo nigdy nie jest się gotowym. To nie my bowiem odgrywamy w nich rolę "pierwszych skrzypiec". Wiedziałem jedno: już nic od tej pory nie będzie tak jak dawniej. Trzeba iść. Do przodu. Wziąć krzyż i iść za Nim. Zaufać, zawierzyć. Mimo strachu, mimo tego, co na trzeźwo analizował rozum.

Po sześciu latach kapłańskiej wędrówki śladami Rabbiego z Nazaretu, drżę wciąż tak samo i ufam wciąż mocno, umierając powoli i mozolnie. Trochę mi blisko do tego, co ks. Jerzy Szymik wyrazić próbował w swoim przepięknym, kapłańskim wierszu Kyrie:


"Panie, / jest inaczej niż być miało / ani góry, ani morwy / nie rzucają się w morze na moje słowo / nieustannie idzie na burzę, / nieustannie czerwieni się zasępione niebo. / fale zalewają łódź. / a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne / mam kilka ryb, / siedem chlebów / i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia / dotykałem tylekroć Twojego płaszcza, / a nie jestem zdrowy"...

 

Patrzę na swój obrazek prymicyjny. Umieściłem na nim słowa Chrystusa z Ewangelii św. Jana: "Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej"... (J 15, 9). Miłość, Ojciec, trwanie. Te trzy ewangeliczne słowa stały się dla mnie (i pozostaną już na zawsze) kluczem do rozumienia i przeżywania drogi kapłańskiej.

Tym, co najpiękniejsze z perspektywy sześciu lat kapłańskiego i zakonnego żywota (... przecież to dopiero "początek") pozostaje i jest (wciąż przeze mnie doświadczane) "podobne niepodobieństwo" do Chrystusa, który kiedyś spojrzał się na mnie jak na Judasza, Piotra, Mateusza i innych, mówiąc "Pójdź za Mną"... To wszystko, o czym przed laty szeptał mi do serca Jezus, spełnia się nieustannie, ale jakby nie do końca. I za to najbardziej Bogu dziękuję. Przekonuję się bowiem, czując ciężar liturgicznych szat, że to wszystko co ważne i najważniejsze, zależy nie ode mnie, od radykalizmu życiowej drogi (choć jakoś pośrednio... w pewien sposób zależy) lecz od serdecznego przylgnięcia do Mistrza, do Jezusa. Od tego wszystko zależy i to jest najważniejsze i najtrudniejsze zarazem dla człowieka w sutannie (czy habicie), rasowego mężczyzny, z natury egoistycznego "drania", który lubuje się w odczuwaniu słodyczy, gdy wszystko kręci się wokół niego. Tacy jesteśmy, my mężczyźni. I takim Jezus postanawia zaufać, ciągnąc ich za sobą.

To jedno z najtrudniejszych (choć tak bardzo potrzebnych) doświadczeń księdza... Odkryć genialną metodę Boskiej interwencji: idziesz, mówisz, nakładasz ręce, karmisz a "wszyscy rzucają się w morze", ale nie na moje słowo, tylko na Jego słowa, które są odwieczne i takimi pozostaną. Jedyne, co w tym wszystkim moje, sprowadza się do niezliczonych prób i ruchów dłoni, naznaczonych świętymi olejami z dnia święceń, dłoni która chce się dotknąć płaszcza, Jego płaszcza, wierząc w uzdrowienie, w oczyszczenie z pychy, samowystarczalności, bufonady, egoizmu...

Ludzie potrzebują księdza, bo tęsknią za Chrystusem. Za tym, co wieczne, co pachnące Niebem, co stałe i wypełnione po brzegi czystą, mądrą i cierpliwą Miłością, umęczoną i ukrzyżowaną, przebaczającą, tęsknią za Bogiem, który stał się jednym z nas. Tak jak ksiądz, chcą dotknąć się Chrystusowego płaszcza, rzucić się w morze, karmić się chlebem, powstawać z martwych, żyć umierając. Doświadczam tego każdego dnia. Jestem jednym z nich, jestem tak samo zagubiony, poraniony, tak samo atakowany przez demona południa, ojca kłamstwa. Z ludzi wzięty. Dla ludzi ustanowiony. To też jest trudne, choć nieuniknione, gdy się z ludźmi wąską ścieżką, przez ciasną bramę próbuje wędrować do Nieba.

Jestem księdzem marnotrawnym. Często wracam, upokorzony maksymalnie swoją nieporadnością, do Ojca, rzucam się na Niego, płaczę i odżywam w Jego ramionach. To dzięki tym powrotom jest siła, by "niewidzialna łaska" kapłaństwa rzucała w ziemię kolejne ziarna, gotowe na śmierć, na nowe życie. Kocham głosić Ewangelię, choć czasami, ci co słuchają mają w dłoniach kamienie, kocham w  drżących dłoniach unosić ku Niebu Ciało Boga, w ciemnościach konfesjonału odkrywać światło, rozlewać na lewo i prawo Boże Miłosierdzie tym, którzy postanowili powrócić, odżyć na nowo.

Trudne jest czasami mówienie o Bogu. Żyjemy w czasach światłocieni, półmroków, szarzyzny. To prawda i dlatego tym bardziej o Chrystusie trzeba mówić. Tam, gdzie jest światło, kolory nabierają intensywności, kontury stają się wyraźne. Mówić o Bogu, głosić Dobrą Nowinę. Jak Jezus. Ile On gadał. Dużo gadał. Opowiadał, mówił, gadał, wszędzie gdzie się pojawił. Taki Boży gaduła. Ale, zwróćmy uwagę, jak gadał. Mówił o tym, czego doświadczył, co czuł. Wiedział do kogo mówił. Znał dobrze serca słuchaczy. Mówił i żył. Czasami milczał. Jak na krzyżu. Kilka słów. My księża lubimy gadać, mędrkować. A tu trzeba nam mówić i żyć. Mówić i żyć tak, by dać się w końcu ukrzyżować. Jak się nie damy ukrzyżować za słowa swoje i życie to znaczy, że "niewidzialną łaskę" porzuciliśmy już dawno, zabiliśmy swoją gnuśnością, wygodnictwem. Że w luksusie i grzechach paskudnych oddychamy a nie na krzyżu. Czasami słów brakuje, gdy ludzie dają świadectwo o swoich spotkaniach z nami, kałanami. Jeśli ktoś dobija święty Kościół, to my księża, najbardziej. I dlatego warto wracać do Ojca. Nie bać się być księdzem marnotrawnym. Tam gdzie jest prawda, jest Chrystus. Tam też miejsce nas, księży.

Sześć lat temu, leżąc na posadzce archikatedry, wiedziałem, że łatwo nie będzie. Że komu wiele dano, od tego więcej wymagać się będzie. Dziś dziękuję i przepraszam. Mam oczy, Panie, które wilgotnieją często. Od łez i od Twojej śliny. Mam uszy, które nie słyszą, choć tyle razy do mnie mówiłeś i mówisz wciąż. Nie przestaję za Tobą tęsknić, Panie. Nawet wtedy, gdy jesteś blisko. Nie przestaję też prosić: jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Wiele grzechów kapłańskich wciąż ci przynoszę, z dalekich krain. Podnosić mnie nie przestajesz, wciąż wierzysz i ufasz, jak długo... Panie?... Modlę się...

Stwórz o Boże we mnie czyste serce,
odważne serce, które będzie mówiło i żyło,
daj rozumowi siłę, by ścigał to serce,
by płonął Ogniem, który płonie, choć nie spala.
Daj ręce, gotowe do znaków krzyża,
niekończących się błogosławieństw,
do miłosiernych rozgrzeszeń,
od których na ziemi tak dużo Nieba.
Usta dotknij rozżarzonym węglem,
by mówiły o tym, co ważne,
by potrafiły zamilczeć, wtedy gdy Ty mówisz,
by sączyła się z nich prawda.
Niech moje kapłańskie oczy oglądają Twoje Światło,
niech moje kapłańskie uszy słyszą Twoje słowa,
niech moje kapłańskie stopy niosą Ewangelię,
niech moje kapłańskie dłonie łamią chleb,
niech moje kapłańskie ciało będzie krzyżowane,
niech moje kapłańskie serce oddycha niewidzialną łaską.
Jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić!
Zalękniony choć pełen nadziei, Panie,
upadający, choć wciąż przez Ciebie podnoszony,
marnotrawny kapłan, odnaleziona owca,
wołam dziś do Ciebie, jak zawołałem niegdyś:
Oto ja, poślij mnie, zmiłuj się nade mną,
do Nieba poprowadź, razem z tymi wszystkimi,
których poprzez kruche kapłaństwo dotknąłeś.
Tobie cześć, chwała i uwielbienie,
przez wszystkie wieki wieków! Amen...

__________________________________

W szóstą rocznicę święceń kapłańskich. Stargard 2012

Odsłon: 608 Komentarzy: 13


Módl się za nami grzesznymi...

Kategoria: Kościół Tuesday, 15 May 2012, 00:32

Zawsze, kiedy przychodzi do nas, prosi: "odmawiajcie różaniec". Tak było w Lourdes, Fatimie, w polskim Gietrzwałdzie. W La Salette się rozpłakała. Nie wytrzymała. Ukryła twarz w dłoniach. Jak rasowa matka, która mówi, prosi, modli się... i nic. Dzieci robią swoje. Odchodzą w dalekie strony, jedzą ze świniami z koryta. Marnotrawią. Oni?.. Nie, nie tylko oni, także my i ja. Naczynia gliniane są kruche. Rozlewa się w nich łaska, rozlewa się i grzech. Pod sutanną oddycha ten sam lęk, który paraliżuje nie jedno serce. Ta sama trwoga, ta sama nieporadność, ta sama tęsknota za Niebem, poprzecinana ognistą łuną pokus i zwątpienia...

Dlatego warto posłuchać Matki. Przejąć się jej łzami. A może razem z nią od czasu do czasu zapłakać. Chwycić za różaniec, którego diabeł tak mocno nie znosi. Ojciec kłamstwa wie dobrze, że w różańcu kryją się tajemnice z życia Jezusa, Maryi i rodzącego się Kościoła. Że różaniec uczepiony ręki słabego człowieka jest skarbem cennym, który nie jednego człowieka otworzył na Niebo, zalał światłem łaski. Ten bowiem, który modli się na różańcu mówi do Boga  "Ojcze nasz", "bądź wola Twoja", a do Matki Najświętszej szepcze; " módl się za nami grzesznymi", za nami, którzyśmy się pogubili, którym brakuje siły, którzy sami nie dadzą rady. Módl się za nami...

Różaniec jest i nie jest modlitwą łatwą. Są dni, kiedy różaniec waży tony, ciąży, sprawia ból. Dla księdza, któremu leży na sercu dobro powierzonych mu dusz, różaniec otwiera szerzej oczy, uczy pokory. To ostatnie zdaje się być rzeczą najcudowniejszą. Przyzwyczajeni jesteśmy, że często stoimy na piedestale, przy ambonie, sprawujemy "władzę" (czyt. służbę) nad rządami dusz. Lubimy dużo gadać, prawić morały, dawać gotowe recepty na sukcesy duchowe. Często jednak nie radzimy sobie z samym sobą, ze swoimi kompleksami genialnie ukrytymi pod albą i ornatem, z samotnością (która szybko traci smak "błogosławionej", najczęściej na własną prośbę). Wystawieni na widok publiczny, stajemy się (bądź stać się możemy, nie chcę generalizować...) pyszni. Pyszny ksiądz to "pyszny" kawałek ciasta, którym diabeł nie pogardzi. Różaniec pozostaje jednym z najcudowniejszych lekarstw na pychę. To szkoła pokory. Tu nie ma miejsca na potoki słów, zrodzonych z naszych czasami mocno przeintelektualizowanych wizji świata i Niebios. Być może dlatego 7 września 1877 roku, w Gietrzwałdzie, na pytanie czego sobie Maryja życzy od duchowieństwa, Barbara Samulowska (jedna z wizjonerek) usłyszała z ust Matki Chrystusa: "Kapłani powinni gorliwie modlić się do Najświętszej Panny, wtedy Ona zawsze będzie przy nich".

Piszę o rzeczach oczywistych. Wiem. Choć to, co oczywiste, nie zawsze bywa przez nas solidnie oswojone, przemyślane, wchłonięte. Wiem to z własnego doświadczenia. Różaniec jest dla wszystkich: matek, ojców, dzieci, młodych, księży, osób konsekrowanych. Warto się z nim zaprzyjaźnić, odmawiać go często, razem z różańcem pokornieć. Módl się Matko za nami grzesznymi...

Odmawiasz różaniec?... Jeśli tak, daj świadectwo... Czekam...

+Niech Pan Wam błogosławi...

Odsłon: 530 Komentarzy: 19


Umieraj razem ze Mną...

Kategoria: Kościół Thursday, 05 July 2012, 23:51

 

Pascha. Czas przejścia, czas szeroko rozwiniętych skrzydeł, gotowych na wolność. Podnoszę chleb, powoli, ku górze, czując ich spojrzenie, z delikatnym uśmiechem, tańczącym skromnie w okolicach moich warg. Wypowiadam nagle słowa [w ruchu zupełnie nie do opisania],których nie pojmą tej nocy zupełnie: Oto moje Ciało. Przyzwyczaiłem ich do słów, którymi stwarzam wszystko co dobre, tak jak uczył Mnie tego Ojciec. Patrzą na chleb... I nic.. Jakie ciało?... O co chodzi?... 

 

Piotr opuszcza w geście bezbronnej nieporadności swoje silne ramiona. Chyba też tego nie pojmuje. Czuję ich wewnętrzny niepokój. Judasz myślami już bardzo daleko. Mój Judasz. Jeden z tych, których nazwałem przyjaciółmi. Któremu oddałem całego siebie. Biedny Judasz... 

 
Noc gęstnieje coraz bardziej. Tej Paschy nie da się zapomnieć. Czuję jak chleb stapia się z moim Ciałem. Jak wino łączy się z moją Krwią. Stajemy się jednym, stajemy się całością, zalaną światłem, niewidocznym dla ich oczu. Początek i koniec. Słowo, które stało się Ciałem i chleb, który staje się Słowem. W tę noc wszystko staje się nowym. W tę noc, chleb nasiąka tajemnicą tajemnic. Rozrywam moje Ciało i podaję je moim uczniom. Czuję jak rozrywają Mnie na strzępy, wchłaniają w swoje ciała, jestem w nich, jak mój Ojciec jest we Mnie. I tak już pozostanie. Będę odtąd w każdym z nich. Będę żył w ich krwiobiegu i oddechach, w ich spojrzeniu i dotyku. Moje dzieci. Moi uczniowie. Moi przyjaciele...


Widzę też ciebie... jak zbliżasz się powoli... Minęło tyle czasu, świat zmienił się nie do poznania. Spoglądam na ciebie w świątyni, za każdym razem, gdy sercem i rozumem, ciałem i duszą próbujesz przebić się przez liturgiczny świat słów, znaków, gestów i symboli, by Mnie dotknąć... Czyjeś dłonie niosą Mnie, bym mógł wejść w twoje życie. 


Oto czynię wszystko nowe. W Tobie, w nich, w tych, do których pójdziesz i z którymi żyjesz, bo taka jest moja wola. W tę noc i na wszystkich ołtarzach świata sprawiam, że wszyscy mogą wyjść z domu niewoli. Pascha zaczyna żyć własnym życiem. Choć najpierw musi człowiek przejść przez chłód śmierci. Umieraj razem ze mną... Piotrze... Andrzeju... Jakubie... Janie... Filipie... Bartłomieju... Tomaszu...  Mateuszu... Jakubie - synu Alfeusza... Tadeuszu... Szymonie... Judaszu...  


Umieraj razem ze mną i ty... Kimkolwiek jesteś... Oto moje ciało, które daję Tobie, w tę noc, które daję wam nieustannie, które będę wam wciąż dawał, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata... Oto czynię wszystko nowym...

 


Odsłon: 248 Komentarzy: 7


Zaksztusić się bólem...

Kategoria: Kościół Monday, 16 April 2012, 23:15

Rozmawiałem z Bogiem nie jeden raz. Nazywają to "modlitwą". Człowiek staje przed Tym, o którym wiadomo, że potrafi kochać i kocha, do szaleństwa. Dziwne są te nasze rozmowy. Czasami coś słychać innym razem nic zupełnie a i tak wiadomo, że coś było, zaistniało. Lubię modlić się metodą Hioba. Prostolinijnie, bez ogródek. Nic nie posiadając i mając wszystko. Rozmawiać z odwiecznym jak Hiob. Czasami krzyczeć. Wywrzeszczeć, nie udawać, zakrztusić się bólem bezradności.

Te nasze rozmowy... Pełne słów wypowiedzianych, jędrnych albo zesztywniałych jak suszone śliwki. Innym razem słowa pokryte rosą milczenia, ukryte w bezkresie oczodołów i spojrzeń, nigdy nieodkrytych, świdrujących wnętrze. Czasami jedno słowo, dwa, trzy. I cisza. Czasami słowo, które przechodzi w spojrzenie, w adorację. Bez-słów. Tyle o formie. A treść? Mój Boże, taka zwyczajna, spocona całodzienną krzątaniną, umęczona, gotowa na pokrojenie, jak porządny bochen chleba.

O czym ksiądz rozmawia z Bogiem? Hm... O wszystkim i o niczym. Jak każdy, rasowy mężczyzna, który czuje zew natury i lubi rano wyjść z jaskini na "polowanie" (mamuty zastąpiwszy owcami, które potrafią czasami porządnie pobłądzić) nie jestem zbyt wylewny. Skrzętnie za to gromadzę w moim wewnętrznym królestwie pewne fakty, zdarzenia i ludzi, których kocham, choć zdarzają się i takie przypadki, o których miłowaniu mogę tylko pomarzyć. Na dzień dzisiejszy, rzecz jasna. I w to wszystko wpuszczam Boga. A czasami odkrywam, mocno zawstydzony, że On już tam siedzi, wyprzedziwszy mnie i wszystkie moje intelektualne podjazdy. Przyglądam Mu się wtedy i zaczynam bredzić, trochę zaskoczony, jak św. Piotr na górze Tabor, trzy po trzy, zwalony z nóg Światłem, które nie oślepia, choć wiele rozjaśnia.

Najbardziej się boję tych rozmów, w których z Jego milczenia, kipiącego od słów, mających stwórczą moc, odkrywam z przerażeniem, że dzisiaj polowania nie będzie i że to ja zostałem "upolowany" i że to jestem (tym razem) zagubioną zakonną owcą. Upolowany na sposób niebiański, czyli odnaleziony. Boję się tych rozmów i momentów, choć z drugiej strony, gdy już niesie mnie Odwieczny na ramionach, beczeć mi się chce z radości.

Mój przyjaciel Hiob nauczył mnie jednego. Mów do Boga w prawdzie i całą prawdę. Jak nie masz sił mówić milcz. Płacz i nie baw się w supermena, eksperta od wszystkiego, chłopczyka z drewnianą szabelką, który robi po cichu w gacie, powalony światem galopującym z prędkością światła w nicość, wystrojoną od stóp po głowę iluzjami łatwego szczęścia. "To Bóg jest Słońcem, ja Ziemią" (Benedykt XVI). W modlitwie chodzi o Słońce. A Ziemia niech się wokół Słońca kręci dalej. Bo pierwsze ma być pierwsze...

Odsłon: 601 Komentarzy: 12


Głupiec w koloratce

Kategoria: Kościół Tuesday, 03 July 2012, 20:12

Premierowi odwala, politykom szajba odbija. Jeden wielki bełkot i pokusa ogromna: zostań pacyfistą, olej ich wszystkich. Na pustyni gorąco. Kamienie czekają, by je w chleb przerobić. Daj siły Panie, by nie postradać reszty zmysłów... i zdrowego rozsądku... Ale pokusy nie są najgorsze. Jest też pamięć, która potrafi zirytować, wejść w dzień i czas, raptownie, burząc harmonię, stwarzając chaos. Znowu powracają wspomnienia. Te najmniej przyjemne. 
 
 

Znowu widzę tatę, leży w szpitalu, umiera. Przyglądam się temu wszystkiemu, słabnę, nie wierzę. A więc tak to wygląda. I dlaczego nie przemienia Odwieczny kamieni w chleb, umierającego w pełnego życia, dlaczego znowu mi zabiera kogoś, kogo kocham? Minuty nasączone ruchem opadających bezwładnie dłoni. Godziny bezsilnych spojrzeń w kierunku ogolonej głowy ojca ze śladami operacji zwanej "trepanacją czaszki". Dni ciemne jak piekło, głuche jak poczciwe, choć wysuszone drzewo, niedające cienia...

Oto przyszły ksiądz, który chce zamknąć wszystko i wszystkich w perspektywie tego świata, matki ziemi. Głupiec w koloratce, rozdygotany emocjami, żalem i bezczelnym jak zawsze egoizmem. Dołączył do klubu ochrzczonych, którzy zapomnieli o Niebie, Czyśćcu i Piekle. O wieczności. Miałem do tego prawo? Może...

Minęły lata. Śmierć taty nabrała sensu. Ciało na cmentarzu, dusza ojca gdzieś po drugiej stronie. A ja nadal na pustyni. Z siostrą pokusą, bratem lękiem. I z przerażeniem, które dzisiaj chwyciło mnie za gardło: Nie jestem gotowy na śmierć! Boję się... Nie jestem gotowy! Intelektualnie, może tak. Teologicznie, jak najbardziej. Ale duchowo?...

Czas na wieczorną herbatę. Na ciszę w zakonnym pokoju, na książkę Bernanosa "Pod słońcem szatana". Potem modlitwa. Mieszanka uciekającego Jonasza, wspinającego się na górę Mojżesza, Piotra, kroczącego po falach, tonącego nagle...

Dobrze, że jesteś Panie. Że są też bliscy i oddaleni, którzy niosą mnie na skrzydłach modlitwy i toczą, na górę, jak Syzyf, co nigdy się nie poddaje. Wszystko dla Boga i Polonii Zagranicznej. Będę zasypiał dziś ze słowami w krainie myśli: "Moc w słabości się doskonali". Błogosławione słabości. Święta Moc. Adonai. Ogień, który płonie a nie spala. Przyjdź Królestwo Twoje, Panie. I nie wódź nas, na pokuszenie...

 

Stargard, Wielki Post 2012

Odsłon: 406 Komentarzy: 18


Gdy diabeł zamyka księżom usta...

Kategoria: Kościół Wednesday, 02 May 2012, 23:04

Jest "ojcem kłamstwa" i "zabójcą od początku". Tak mówi o szatanie Jezus. Daje nam tym samym najkrótszą i najbardziej treściwą definicję "osobowego zła". Diabeł działa na obszarach kłamstwa i przemocy. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Dominującą cechą dzisiejszej kultury jest olbrzymie zakłamanie. Nasze małe i duże kłamstewka. I śmierć wszędzie się panosząca. Szczególnie tych najbardziej bezbronnych. Wystarczy wspomnieć eksterminację nienarodzonych. W ostatnich dwudziestu latach dokonano miliard legalnych aborcji. W świetle prawa i fleszy, za zgodą etyków i oświeconych głów, stanowiących nowe prawo i nową pseudo-moralność...


Precedens Nergala, wypowiedzi na temat Biblii słodkiej blond-divy Dody oraz wypowiedzi całej plejady polskich i europejskich znawców antropologii (polski przykład: nijaka Magdalena Środa, niestrudzona apostołka i mistrzyni świata w obrzucaniu g.... Kościoła) są drastycznym znakiem czasów a może nawet "godziny szatana". Przerażające jest, w jak doskonale przemyślany sposób przyatakował diabeł to, co najświętsze, czyli rodzinę. A jeśli ją to i młodzież, która dzisiaj całkowicie pogubiona ma tak poważny problem z rozeznawaniem dobra i zła. Praktycznie pojęcia takie jak: "poczucie wstydu", "sumienie", "uczciwość", "ciężka praca" zniknęły ze słownika wartości ogromnej rzeszy młodych ludzi. Są zagubieni i naiwni zarazem. A co na to księża? Bogu dzięki, że wielu walczy z "diabelstwem" mężnie i gorliwie. Że nie boją się tego, co w Kościele sprawdzone od wieków i wytaczają ciężkie armaty w walce z demonami, które "jak lew ryczący wciąż krążą i szukają, kogo by pożreć" (św. Piotr).

Biada tym kapłanom, którym diabeł zamknął usta. Opowiadał mi ostatnio jeden ze znajomych księży, pracujący w Niemczech, że na kazaniu wspomniał o szatanie i piekle. Reakcja wiernych i biskupa była natychmiastowa. Zakaz poruszania tego tematu. Czasy średniowiecza minęły. Znajomy się załamał. No cóż. I do Kościoła, jak to rzekł swego czasu papież Paweł VI, przedostaje się swąd szatana. Milczeć nie można. O szatanie i jego kłamstwach mówić trzeba i jest to świętym obowiązkiem kapłanów. Prawda o "ojcu kłamstwa" jest integralną częścią Bożego Objawienia. Nie sposób mówić o Chrystusie i Jego zwycięstwie nad śmiercią i grzechem, pomijając historię i podłą działalność "najpiękniejszego z aniołów", który odrzucił Boga i z determinacją niszczy człowieka, robiąc wszystko, by maksymalnie zaludnić swoje królestwo, czyli piekło.

Do tematu jeszcze powrócę. A księży, moich kochanych współbraci w kapłaństwie, zachęcam: korzystajcie z darów i charyzmatów, które dał nam Pan. Dłonie, naznaczone świętymi olejami, nakładajmy na głowy wiernych, módlmy się o duchowe uzdrowienie i wzywajmy Ducha Świętego. Niech w naszych parafiach pojawiają się Msze i nabożeństwa o uzdrowienie duszy i ciała. Rozprowadzajmy egzorcyzmowane sól i wodę. Dbajmy o swoje kapłańskie życie duchowe. Nie bójmy się też gorącej modlitwy, postów i wyrzeczeń w intencji tych wszystkich, których Pan nam powierzył duchowej opiece. I mówmy dużo o zwycięstwie Chrystusa nad złem oraz strategiach złego ducha. Gdy diabeł zamyka księżom usta, ziemia płonie ogniem kłamstwa i nienawiści. Nie wolno nam milczeć...

Odsłon: 1158 Komentarzy: 28


Mamo, nie płacz...

Kategoria: Kościół Wednesday, 28 December 2011, 13:47

III Symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego to genialny zapis ludzkiego cierpienia i tęsknoty za wolnością. „Symfonia Pieśni Żałosnych” wwierca się w nasze ciało, jak ból nie do opisania, który rozrywa ludzkiego ducha na strzępy. Górecki skomponował coś, co wyrazić może tylko muzyka. Dramaturgia życia oddychająca w nutach. Słowa są tu bezradne. Symfonia powstała pod wpływem słów, wyrytych na ścianach więziennej celi numer 3, przez Helenę Błażusiak: „Mamo, nie płacz, nie… Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”.

 



Helena Błażusiak, w wieku osiemnastu lat, została 5 września 1944 roku aresztowana przez Gestapo i uwięziona w zakopiańskim więzieniu. Wspomniane słowa prawdopodobnie nawiązywały do ballady z 1919 roku, autorstwa Anny Fisherówny o Jurku Bitschanie: „Do swoich znów się rwie. Rwie się, lecz pada na nowo… „Ach, Mamo, nie płacz, nie!... Niebios przeczysta Królowo! Ty dalej prowadź mnie..."

 

Kiedy słucham III Symfonii Góreckiego, widzę moją mamę. Kobietę niezłomną, rozkochaną w życiu, od lat młodości zafascynowaną Niemenem, strażniczkę świętości małżeństwa i rodziny. Nauczyła mnie wszystkiego, co najwartościowsze. To dzięki niej potrafię śmiać się przez łzy i kochać mimo wszystko. Życie jej nie rozpieściło. Dzisiaj walczy z chorobą, stwardnieniem rozsianym, dając od kilkunastu lat swoim dzieciom najcenniejszą z lekcji – lekcję cierpienia z godnością. Piszę o niej, bo tęsknię… Czasami  mocno mi jej brakuje. Widzimy się rzadko, dwa, trzy razy do roku. Droga kapłańskiego i zakonnego życia, którą obrałem, nie pozwala na więcej. Na szczęście jest świat duchowy i łącza modlitwy, które sprawiają, że jesteśmy bardzo blisko siebie. Bliżej już się nie da…

 

Często widzę ją oczami wyobraźni. Jak klęczy w kościele i szturmuje Niebo. To dzięki jej modlitwie i cierpieniu moje kapłańskie skrzydła jeszcze się nie połamały i mogą unosić słabego syna ku Niebu. Innym razem widzę ją, jak pełna determinacji i wiary w niemożliwe, złamana chorobą, idzie w wiosenny dzień na naszą rodzinną działkę, by zasiać ziarna cebuli, rzodkiewki czy buraczków. Pochyla się ku czarnym grudom ziemi, jak Bóg, któremu zawierzyła wszystko, pochylający się ku człowiekowi. A potem podnosi głowę i spogląda w Niebo, gdzie przebywa jej ukochany Jurek, mąż a mój tato, z którym przeżyła wiele, choć czasami łatwo nie było…

 

Pamiętam, jak siedziała przy łóżku szpitalnym, na którym umierał mój tato. Trepanacja czaszki sprawiła, że był na wpół przytomny. Miał zamknięte oczy, leżał w bezruchu, ale wszystko słyszał. Trzymał mocno dłoń swojej żony, której zadał wiele cierpienia. Trzymał i nie chciał jej wypuścić. Mama płakała. A tato, w tym ostatnim geście małżeńskiej miłości, być może prosił o przebaczenie. Przeczuwał, że to jeden z ostatnich dotyków kobiety, która udowodniała światu prawdę słów św. Pawła z Hymnu o miłości. Wtedy w szpitalu zrozumiałem, że prawdziwa miłość wszystko znosi, wszystko przetrzyma…

 

Czasami wtulając się w tabernakulum, szepczę jej do ucha: „Mamo, nie płacz”… Bo płacze często, wiem to i czuję, choć nigdy się do tego nie przyzna. Została w jakiś sposób sama, w małej warmińskiej wiosce. Mąż w Niebie, najstarsza córka z mężem i córeczką w Holandii, druga siostra w Gdańsku, ja w Stargardzie. Czasami włączy sobie płytę Niemena. Jak w telewizji leci mecz piłki nożnej z udziałem polskiej reprezentacji, zapala świeczuszkę przy zdjęciu taty, bo Jurek był kibicem piłki nożnej i tak trzeba. Mówi mama, że wtedy kibicują razem. A wieczorem, siada skupiona i modli się za swoje dzieci. Choć są daleko, ona nosi ich w sercu. Jak prawdziwa matka, która nigdy matką być nie przestaje…

 

Nie płacz mamo… Jesteśmy z Tobą. Tak wiele ci zawdzięczam, mamo i tak bardzo cię kocham. Przyjdzie czas, że już nic nas rozłączać nie będzie, że razem z tatą hasać będziemy po niebiańskich pastwiskach, jak dawniej, spoglądając sobie w szczęśliwe oczy, pod czujnym okiem Mateczki Bożej i Jezusa, bez którego nie potrafimy żyć, bo tego nas nauczyłaś. A dziś dziękuję ci, mamo, za twoją wiarę i cierpliwość, która wyrzeźbiła w mojej duszy tęsknotę za Odwiecznym, pragnienie świętości, nadzieję, która umiera ostatnia. Dziękuję ci, że w twoich oczach mogę zobaczyć drugą moją Matkę, od której nauczyłaś się stać pod krzyżem do końca, syna ofiarując Niebiosom…

 

To także dzięki tobie, zostałem kapłanem i zakonnikiem. Dzięki twojej wierze, którą tak pieczołowicie w sobie i swoich dzieciach pielęgnowałaś, miałem odwagę pójść za Chrystusem, rezygnując z małżeństwa, jednego z najpiękniejszych Bożych cudów. To dzięki twojemu cichemu cierpieniu, które Bóg przetapiał w drogocenny kruszec, mam siły dzisiaj stać przy ołtarzu i walczyć o dusze tych, którzy pogubili się najbardziej. O mamciu, kochana moja, bądź przy nas jak najdłużej, wspieraj nas i kochaj, jak do tej pory… I nie płacz, mamo, ale ciesz się najdroższa, bo oto twój syn był umarły, a żyje, zagubił się a teraz się odnalazł.

 

Twój syn „Do swoich znów się rwie. Rwie się, lecz pada na nowo… „Ach, Mamo, nie płacz, nie!... Niebios przeczysta Królowo! Ty dalej prowadź mnie..."

Odsłon: 230 Komentarzy: 5


Jak Go nie przyjmiemy, to nas zjedzą żywcem...

Kategoria: Kościół Monday, 26 December 2011, 23:57

Przyszedł do swoich, a oni Go nie przyjęli - napisał Jan ewangelista. Zauważmy: "swoi" go odrzucili. Nie "tamci", nie "oni" tylko "swoi". Czyli my. Ochrzczeni, wybierzmowani, spowiadający się, powołani do świętego małżeństwa, kapłaństwa, życia zakonnego, samotni... Co nas, polskich katolików, łączy z narodem wybranym i betlejemską historią? Prawie wszystko. Przerażające? W jakiś sposób na pewno. Ale też jest promyk światła. Jak zawsze. Światło leży w sianie, jest niewinne i malutkie, ale z czasem stanie się mężczyzną, który zmieni i zmienia wciąż, po dzień dzisiejszy, oblicze ziemi. 



 

Slogan "Bóg  - tak, Kościół - nie" już dawno przestał mnie przerażać. Co innego napawa mnie grozą i lękiem. Gdzieś podskórnie kryje ów slogan coś, co przeraża mnie najmocniej, a co mieści się w haśle: "Bóg - tak, Chrystus - nie". Hasło to, wcielane od jakiegoś czasu w życie sprawia, że chrześcijaństwo rzeczywiście traci swoją wyrazistość, jest marginalizowane, całkowicie odarte ze swojej atrakcyjności. I o to chodzi. Chrystusa maksymalnie zmitologizować, wepchnąć pomiędzy bajki i klechdy domowe, raz na zawsze wypędzić realnego i historycznego Mesjasza z kultury i naszej cywilizacji. Lewicowa hucpa i mocno sprzyjająca jej homorewolucja triumfalnie panoszy się po świecie i próbuje zamknąć gęby chrześcijanom. Jaki Chrystus?... Powróćmy do czasów bogów i bożków, wymyślanych na potrzeby własne, zapalmy kadzidła bożkom seksu, forsy, bezmyślnego konsumpcjonizmu.  Już dawno je zapaliliśmy. Wielu chrześcijan dało się wciągnąć w postmodernistyczną papkę ideologiczną. I dlatego nami pogardzają. I mają nas głęboko w nosie.

 

Uciążliwy i wymagający osobowy Bóg, który rodzi się w Betlejem, staje się (niestety) i dla samych chrześcijan jakąś niewyraźną postacią religijną, którą można ustawić na jednej linii z Konfucjuszem, Mahometem czy Buddą. Tak nam wmawiają. A katolicy, jak katolicy. Siedzieć cichutko i "zło dobrem zwyciężać". No tak, tylko, że o ile "zło dobrem zwyciężać" należy, o tyle św. Paweł z pewnością pisząc te słowa (odsyłam do lektury listów św. Pawła) nie proponował swoim braciom w wierze religijnej miernoty, letniości w wierze i milczenia w sprawach zasadniczych, związanych z naszą wiarą i moralnością. Wręcz przeciwnie. Gdyby sam św. Paweł i wielu innych (Piotr, Jan Chrzciciel, Szczepan, bp Stanisław, Popiełuszko etc.) ugięli się przed swoimi oponentami, z pewnością dożyli by spokojnie starości, miast męczeńskiej śmierci i po drodze wielu innych upokorzeń, które fundowano im, bo nie potrafili usiedzieć na miejscu i zamknąć ust. Dlaczego tak się stało? Oni wszyscy spotkali Chrystusa, Boga, który stał się człowiekiem i byli Mu wierni, do końca.

 

"Bóg - tak, Chrystus - nie". Skoro tak, to miejsce Chrystusa trzeba czymś wypełnić. Czym? Człowiekiem. Oczywiście odartym z sacrum i Bożego Ducha. Przyznanie "statusu uprzywilejowania" człowiekowi (a nie Chrystusowi, który ogień rzuca na ziemię) daje producentom konsumistycznej kultury pełną swobodę w schlebianiu kaprysom i pożądaniom człowieka zdechrystianizowanego. W ten oto sposób diabeł podarował oświeconej nowoczesnością ludzkości cudowny przepis na ontologiczną, religijną i egzystencjalną "eutanazję" człowieka. Plan jest prosty. Dający się wpędzić w rozszalały tłum bezimiennych dwunogów - chrześcijanie - mają niczym się nie wyróżniać od innych. Mają kupować, kłamać, kombinować, żreć, wydawać forsę, uprawiać seks, zabijać nienarodzonych, przyklaskiwać kopulującym mężczyznom, pluć na Kościół, niszczyć kler. A Bóg? Odpowiedzą: "Bóg - tak", jak najbardziej. A Chrystus? Hmm.. A kim On jest? Jeśli, w ogóle jeszcze jest...

 

Era budowy obozów koncentracyjnych na ziemi europejskiej nie minęła. Fakt, że zmieniły one swój kształt i formę. Nie ma drutów kolczastych, ogolonych głów, komór gazowych, szubienic. Jest coś o wiele bardziej przerażającego. Niewidzialny regulamin obozu, do którego mamy się dostosować, a którym terroryzuje się mózgi (także chrześcijan) od rana do wieczora w medialnych tabloidach. Jest duchowa eksterminacja wartości i ludzi, którzy chcą słuchać Chrystusa i Jego Kościoła, którym wmawia się, że dzisiaj to obciach być wiernym Chrystusa i Jego Kościoła. Są strażnicy nowej pseudo-moralności, gotowi zarżnąć każdego, kto pomyśli inaczej. Oczywiście na mocy "tolerancji", która jednak niekoniecznie ma zastosowanie do tego, co chrześcijańskie.

 

Wielu polskich katolików, którzy dali się uwieść jak głosowi zwodniczych syren - pseudonaukowym nowinkom i obrazom "tolerancji" działającej tylko w jedną stronę, świadomie bądź nie, przyczyniają się do psucia i niszczenia Kościoła od środka. Mało wyraziści, niczym nie różniący się od innych, otrzymawszy niewidzialny numer w anonimowym tłumie (wypalony gdzieś głęboko w sercu) tworzą bezmyślnie nową historię. Mają swoje rodziny, swoich kochanków, żyją w małżeństwie i konkubinacie, noszą sutanny, habity i dobrze skrojone garnitury, uczą się w gimnazjach, szkołach średnich, na wyższych uczelniach. Wierzą w Boga... Tylko jakiego? Herod też wierzył, ci którzy zabili Chrystusa, też byli religijni. Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Przychodzi do polskich katolików. A wielu z nich Go nie przyjmuje... Przerażające słowa...

 

Jest jednak nadzieja. Jak napisałem na początku: Światło leży w sianie, jest niewinne i malutkie, z czasem staje się mężczyzną, który odmienia oblicze ziemi. Patrzę się na Jezusa w żłobie i mam nadzieję. Wiem, że przyszedł i że będzie przychodził. Wiem, że nadal będzie kochał i o człowieka nadal walczyć będzie. Wiem też, że nie zabraknie nigdy tych, którzy Chrystusowi będą mówili "tak". Że będą "zło dobrem zwyciężać" nie tylko w zaciszu domowym, ale i wszędzie, gdzie się da. Wierzę w to, że będą gotowi nadal na upokorzenia i złośliwe uwagi, że będą gotowi umrzeć, dając świadectwo swojej wiary. Wierzę, że tak jak Jezus, Jan Chrzciciel, Szczepan i wielu innych, będą głośno mówić to, co podpowie im Duch Święty. I że do końca będą "gorący", wyraziści i miłujący, bez zaprzedania duszy.

 

Końcówka jest i będzie optymistyczna. Czeka nas ciężka praca, nade wszystko nad sobą. Bo od siebie trzeba zacząć. O swoich postanowieniach na dzień jutrzejszy i nowy rok nie będę pisał. Zbyt to intymne. Ale zachęcam was, kochani, byście zaczęli odważnie głosić Ewangelię w swoich domach i środowiskach, w których żyjecie i funkcjonujecie. Pogłębiajmy swoje życie duchowe. Wszyscy spotkaliśmy Chrystusa. Spotykajmy się z Nim nadal. Pozwalajmy Mu wchodzić w nasze, czasami mocno poplątane, życie. Szanując innych, dawajmy odważnie światu to, co dla chrześcijan najcenniejsze, czyli samego Chrystusa.

 

Odwagi! Msza Święta, częsta spowiedź i lektura Pisma Świętego. Czytajcie Ewangelię. Codziennie jakiś krótki fragment. Poznawajcie Chrystusa i Jego naukę. Szybko się przekonacie, jak wiele łączy Chrystusa i Jego Kościół (który wszyscy tworzymy). Jak mocno radykalna (nie mylić z "fanatyczna") jest Chrystusowa Dobra Nowina. I nie ustawajcie w modlitwie. Szczególnie za tych naszych braci, którzy pobłądzili, za kapłanów (my też potrafimy mocno zbłądzić), za małżonków i polskie rodziny. Przyszedł do swoich i swoi Go przyjęli. Trzymajmy się tej wersji. Święty Jan z pewnością się nie obrazi...

Odsłon: 467 Komentarzy: 5


Modlitwa obumierającego ziarna

Kategoria: Kościół Friday, 12 August 2011, 16:37

Będę Cię szukał wciąż i na nowo, o zmierzchu i o świcie, w ciemnościach i strumieniach światła. Będziesz się chował, ukrywał, znikał nagle i boleśnie. Niech się stanie. Ból duszy rozkwita jak rajski ogród, nie ucieknę przed nim, będzie bolało, boli i ma boleć. Twoje spojrzenie, zalane Niebem, spoczywa na mnie nieustannie, czuję to, wiem. Gdyby nie ono umarłbym z pychy, pochłonięty ziemią, która wydaje owoce i usycha, daje życie i pochłania zimne ciała. Jestem, bo Ty jesteś, Panie, żyję, bo Ty we mnie żyjesz...

 

 

Pod sutanną nie znajdujesz bohatera, świętego z obrazków, herosa ewangelicznych bojów o duszę świata. W pejzażu czarnego sukna kryje się mały chłopiec, człowiek zraniony, ciało drżące od lęków, umęczone prośbami o chleb powszedni i win odpuszczenie. Ten chłopiec kiedyś stanął pośrodku lasu i między drzewami wspinającymi się ku niebu, płakał, gotowy umrzeć z zimna, z dziecięcej bezradności, raz na zawsze pozbywając się oddechów życiodajnych, milczących świadków historii jeszcze jednego życia...

 

Czy w Niebie parzą herbatę i jedzą kruche ciastka z cukrem? Co dzieje się z moim ojcem, którego kiedyś postanowiłem przez jakiś czas nigdy nie nazywać "tatusiem"? I dlaczego, nawet wtedy, gdy trzymam Cię w dłoniach pobrudzonych własną winą i grzechami wielu, którym wszystko przebaczyłeś, dlaczego nawet wtedy wiem, że jesteś, choć sił mi wciąż brakuje, by to przełożyć na życie, na słowa solidnie święte, na myśli całkiem błogosławione i kroki, szukające tej jednej zaginionej owcy, która beczy głośno tak blisko mnie, a je nie słyszę... Może nie chcę?... Może się boję, że nie dam rady, że nie podołam. Że świętość za trudna, choć przecież tak prosta. Taki męski strach, pod pianką pychy i najzupełniej głupiego przekonania, że sam sobie poradzę, przecież jestem facetem...

 

Najtrudniej jest nie - szukać Ciebie i Twoich owiec, Panie, ale pozwolić odejść tym, którzy muszą zmarnotrawić wiele, by pojąć jak mało wiedzą. Chciałoby się wszystkim aureole na głowy powkładać, skrzydła lekkie jak płatek śniegu do pleców podoczepiać. Prześcignąć rybaka Piotra w wydeptywaniu fal, bez utonięcia i słonych zwątpień... Nad trumnami bliskich śmiać się nadzieją, bez łez parszywie egotycznych, gdy się kogoś traci. A tu nic. Wciąż ta sama łuna historii, te same szlaki, wydeptane przez innych, których też stworzyłeś i prowadziłeś do Nieba. Czy oni też czasami krzyczeli po nocach, różańcem oplatając palce dłoni, czy oni też mieli wszystkiego dość, czy oni też umierali tak powoli i tak beznamiętnie, chwytając dzień po dniu, noc po nocy? I najgorsze jest to, że znam na te debilne pytania odpowiedź... Sześć lat filozofii i teologii robi swoje. Znam, wiem, rozumiem... I cóż z tego?... Milczysz. Słowem po słowie. Jesteś jedynym, który mówi milczeniem. Bez wielkiej intelektualnej gimnastyki. Kiedy się tego nauczę, Panie, kiedy?...

 

Za oknem pada śnieg. Robi się biało i zimno zarazem. Nad ranem po śniegu nie będzie śladu. Ciemno... Nocą robi się w mieście cicho. Może dlatego, właśnie w nocy, mnisi podrywają się z nóg i zamiast w kołdrę wtulają się w Ciebie, pożerając kolejne sekwencje laudesów. Będę Cię szukał, wielki Milczący, Stworzycielu Nieba i Ziemi, słów, które ukrywają się w ciszy wszechświata, czekając na swoją godzinę zaistnienia. Będę Cię szukał i odnajdywał w złotych monstrancjach, w głębinach paten i kielichów, w oczach Madonny z dzieciątkiem, w drewnianych i kamiennych spojrzeniach świętych, zastygłych w rzeźbach i świątynnych figurach. Będę Cię szukał i odnajdywał w młodych, którymi mnie obdarowałeś i którymi karmisz mnie na co dzień, choć gorzki mają smak niekiedy i trudno ich przełknąć, a nawet pokochać. Będę Cię szukał i odnajdywał w cichej rozpaczy, rzucanej Eucharystii na pożarcie, będę Cię szukał i odnajdywał wśród żywych i umarłych, wśród słabych i mocnych, świętych i złajdaczonych... A wszystko w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Panie mój. Tato...

 

Adwent, 2011

Odsłon: 448 Komentarzy: 12


"Listy do M." czyli do kogo?...

Kategoria: Kultura Sunday, 12 June 2011, 18:31

Miało być śmiesznie i romantycznie. Tymczasem z ekranu powiało smutkiem i żenadą. Reklamowana od jakiegoś czasu komedia „Listy do M.” wywołuje mieszane uczucia. Fabuła i plakat go reklamujący pozwalają nazywać obraz polskim odpowiednikiem znakomitego "Love Actually" (To właśnie miłość)", hitu z Hugh Grantem, Emmą Thompson i Keirą Knightley. O ile Anglikom się udało, o tyle polskiej produkcji TVNu już mniej. Wychodziłem z kina zniesmaczony. Może gdybym nie był katolikiem i homo cogitans było by inaczej…

 

Plus filmu jest jeden. Pokazuje on historię ludzi, którzy dali się ponieść kapitalistycznej ideologii, odartej z wielu chrześcijańskich wartości. Świąteczny klimat w fabule filmu jest klimatem na wskroś relatywistycznym i agnostycznym. Mamy Mikołaja (niekoniecznie świętego), który uprawia seks z mężatką, sfrustrowanego i zdradzonego męża, który próbuje popełnić samobójstwo, gromadkę dzieci, których rodzice pozbawili normalnego dzieciństwa i na deser wątek homoseksualny, bo społeczeństwo przecież z gejostwem koniecznie trzeba oswajać. Ktoś powie: to trafna diagnoza naszych czasów i ludzi, którzy się gdzieś cały czas gubią. Może i tak. Tylko rozwiązanie problemów egzystencjonalnych większości bohaterów raczej niczego w nich nie uzdrawia, wręcz przeciwnie, jeszcze mocniej w świecie bez wartości ich pogrąża. Jedna scena ujęła mnie mocno. W końcowych sekwencjach gasną świąteczne światła na jednej z ulic. I robi się ciemno. Święta wypełnione małymi „cudami”, które Niebem nie pachną, ale naznaczone są grzechem ciężkim, stają się mroczne i ciemne. Tu noc nie stanie się światłem.

 

Jest jeden cud, który w święta wyzwolić może człowieka z jego słabości i zniewoleń przeróżnych maści. Cud Wcielenia, cud Boga, który staje się człowiekiem, jednym z nas. Tego cudu w filmie zabrakło. Jakoś może jest obecny, w szczątkowo wyśpiewanych kolędach, ale i one (choć raczej ich wykonanie) budzi rozbawienie. Mowa tu o wątku dziadka, ojca jednego z bohaterów, który „rzeźbi” kolędy w taki sposób, że widownia w kinie ryczy ze śmiechu. Honor ratuje dziewczynka, uciekająca z domu dziecka. Jej wykonanie „Cichej Nocy” może wzruszyć. I wzrusza. Ale to mała kropelka światła w oceanie ciemności.

 

Finałowa scena „Listów do M.” powala z nóg. Stosunek seksualny głównych bohaterów w indiańskich klimatach jest mało smaczny. Tekst syna, odnajdującego ojca z nowo poznaną kochanką, wykończonych nocnymi, świątecznymi harcami łóżkowymi – tym bardziej. I choć w większości przypadków wszystko kończy się w miarę szczęśliwie, ze szczęściem Bożego Narodzenia jakoś mało ma to wszystko wspólnego. Sam tytuł pozostaje mało wyrazisty, co też przekłada się na fabułę - "Listy do M.", czyli do kogo? Bo do świętego Mikołaja (który żył na przełomie III i IV w.)  raczej nie... Może do (M)ocno pokiereszowanego duchowo widza, który będzie na filmie rżał jak koń, nie mając świadomości, że rży z siebie samego...

 

Nie przekreślam filmu. Może i trzeba go zobaczyć, pośmiać się przez łzy, przemyśleć pokręcony stan naszej moralności, zastanowić się nad mocno postępującą (także i w naszej Polsce kochanej) dechrystianizacją świąt Bożego Narodzenia i kultury, z której próbuje się religię całkowicie wyrugować. Może. Ale czy trzeba iść do kina, by się o tym przekonać? Niekoniecznie. Kocham filmy, które tygodniami wwiercają się w moją niespokojną duszę. Ten się nie wwierca. I ducha raczej nie pokrzepia. „Listy do M.” bynajmniej dla mnie nie przejdą do historii kina. A szkoda. Zatem czekam nadal na polski film o Bożym Narodzeniu, który nawet w formie komedii zaleje mnie światłem. Może się doczekam…

 

„Listy do M.” – pol. 2011, reżyseria: Mitja Okorn, obsada: Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska, Paweł Małaszyński.

 


Odsłon: 873 Komentarzy: 5


1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 14 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.