Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Edukacja jako firma transportowa

Kategoria: Polska Tuesday, 05 June 2012, 19:48

Nasza Firma działa od 1999 roku (rok reformy edukacyjnej wprowadzającej gimnazja i trzyletnie licea) transportując Towary (Wasze dzieci) od jednego punktu spedycyjnego (szkoły) do następnego punktu spedycyjnego (szkoły programowo wyższej).

Towar zostawia się nam, gdy osiągnie (zależnie od kolejnych reform) wiek około sześciu lat.O resztę nie musicie się martwić. Ba, nawet nie możecie interweniować, gdyby coś wzbudziło Wasz niepokój, gdyż Towar raz oddany w nasze ręce, trafia na pas transmisyjny, którego zatrzymać się nie da. Możecie co najwyżej obserwować trasę, jaką przebywa Towar. Nie przewidujemy możliwości ingerowania. Dajemy za to pozory wpływu na cokolwiek. Możecie wybrać, czy Wasze dzieci będą miały religię czy etykę...

Naszym celem jest sprawny i płynny transport. Nie liczy się jakość Towaru, jaki opuści sieć Firmy. Interesuje nas tylko ilość, którą jak najdłużej będziemy mogli transportować wyżej i wyżej.

Aby uatrakcyjnić Transport (edukację), co jakiś czas nasi pracownicy wdrażają kolejne modyfikacje treści programowych, kolejne reformy, kolejne nowinki pedagogiczne, które mają przesłonić to, że Towar zmierza prostą drogą Donikąd. Nielicznych, którym Transport pomógł zdobyć realną wiedzę, poszerzyć horyzonty, należy traktować jako wypadki przy pracy. Anomalie.

Wśród naszych pracowników dominują szeregowcy (nauczyciele), którzy chcąc nie chcąc muszą podporządkować się rozkładowi jazdy. Jednak o obliczu naszej Firmy decyduje kadra kierownicza. Tzw. pracownicy naukowi, którzy otrzymując Towar, po (średnio) pięciu latach studiowania zamieniają go w niepełnowartościowy intelektualnie pakunek opatrzony plakietką z napisem "Magister."

Odsłon: 402 Komentarzy: 16


Wyjście z bunkra

Kategoria: Filozofia Monday, 16 April 2012, 22:13

Zacznę wesoło.

Jeden z moich ukochanych polonistycznych kawałów:

Jan Kochanowski snuje się po swojej posiadłości. Wena go opuściła. Rozdrażniony, nerwowy, niecierpliwy powtarza:

- Muzo! No wracaj! Muzo!

Nagle z nieba spływa przepiękna dziewoja z lirą. Szepcze coś Janowi do ucha i znika. Mistrz Jan klaszcze w dłonie, biegnie do drewutni, wychodzi z niej z siekierą i woła:

- Urszulko! Skarbie, gdzie jesteś?!

Całość wykładu będzie jednak poważna as hell. 


Pamiętacie może ten tren Kochanowskiego, w którym Mistrz żali się, że mądrość nie nauczyła go przejść do porządku dziennego nad śmiercią córki? Ten, w którym na światło dzienne wywleka swoje zwątpienie, niewiarę,  po części bluźni, nazywając Boga "nieznajomym wrogiem"?

"Tren XI" rozjechany przez spłaszczające wszystko szkolne interpretacje. Wyprany z głębokiego bólu, sprowadzony do roli eksponatu z muzeum manuskryptów, stał się tylko papierowym świadectwem kryzysu wartości renesansowych.

Mnie ten tekst ukazał ostatnio swoje drugie, o wiele bardziej dojmujące oblicze. I okazał się świetną inspiracją do napisania tego wykładziku.


Czym dla człowieka myślącego jest tak zwana filozofia życia? Czym dla naszego bohatera był dostojny stoicyzm pomieszany z rubasznym nieco epikureizmem? Czy na pewno czymś, co stanowiło o konstytucji wewnętrznej Kochanowskiego? Skoro utkwiło w nim głęboko i zapuściło korzenie, czy mogło pęknąć pod wpływem okoliczności zewnętrznych? A jeśli pękło? Czy możemy potraktować ten cały horacjanizm jako tylko i wyłacznie makijaż, który spłynął za sprawą kilku wylanych łez?

Dochodzimy tu do pierwszych odkryć - to, co zwiemy filozofią życia, często bywa tylko naszą naturą i jej swobodną realizacją, de facto nie ma tu żadnej filozofii, bo nie ma refleksji, jest lekko stąpający birbant, który robi co chce i kiedy chce.

Rzadko kiedy filozofia "nabyta" staje się częścią nas samych, najcześciej jest kostiumem, ubraniem, makijażem. Wszystkim tym, czym dość mechanicznie się przyozdabiamy. Na dodatek nie jest istotne, czy dana "aplikacja" jest częścią całości, której nie wolno poćwiartować, wybierając dla siebie co smaczniejsze kawałki.

Najciekawszy wydaje się być moment krachu danej filozofii. Wyjścia z bunkra. Demakijażu, gdy spada sezonowa łuska, a przez jeden bolesny moment dotykamy nagą skórą rzeczywistości. Po chwili oczywiście obrastamy tym, co nas znieczuli, ale owa chwila prawdy mówi nam cholernie dużo o nas samych.

 

Ponoć to właśnie chrześcijaństwo ma moc stawiania ludzi w ostrym świetle wspomnianej wyżej prawdy, w którym widzimy samych siebie w całej bolesnej rozciągłości. Najczęściej jest jednak inaczej - chrześcijaństwo oferuje wiernym cały zestaw bunkrów, w których wierzący mogą ukryć swoje najciemniejsze instynkty.

Pożądliwość - bunkier zwany opanowaniem lub wstrzemięźliwością. Lenistwo - bunkier zwany pracą. Żarłoczność - bunkier zwany postem. Możemy wymienić resztę grzechów głównych i pozamykać je w żelbetonowych konstrukcjach. Prawdy o nas samych w tym za grosz, bo rytuały, modły, błagania stają się czymś w rodzaju zasłony dymnej, za którą ukrywa się przed światem najokropniejsze wersje nas samych.

W założeniu (Chrystus by tak chciał) mamy być nowymi ludźmi, ale okazuje się, że udaje się to nielicznym. Wiecie, jak to mówią: "Wciąż spowiadam się z tego samego..."

Prawda o nas zaczyna się w momencie, gdy stracimy wiarę, spłyną z nas filozofie wszelkiej maści i zostajemy sami. Pozbawieni oparcia w czymkolwiek i w kimkolwiek.

Wtedy widać nas najlepiej.

PS

Pointy nie będzie.

Odsłon: 657 Komentarzy: 17


Młodość jako sala treningowa

Kategoria: Filozofia Saturday, 04 February 2012, 18:18

Wykład ten zainspirował pewien epizod, odprysk medialnego gniota pt. „The Voice of Poland.” Nie, uspokajam z miejsca kochanych czytelników, nie oglądam tego typu widowisk – nie mogę strawić relacji z wyścigów po nic, bo niemal zawsze kończy się dla „zwycięzców” jednym wielkim spektakularnym niczym.

Otóż jeden z wokalistów, skończywszy swój perfekcyjny ale pozbawiony emocji występ, otrzymał od jurorów taką oto reprymendę:
- Śpiewasz zawodowo, ale wciąż jesteś niewiarygodny. Wciąż brakuje prawdy w twoim głosie…
Drugi juror głębiej wbił nóż:
- Śpiewasz już przecież jakiś czas. Powinieneś coś… A ile ty masz lat właściwie?
Chłopak zwiesił głowę i bąknął:
- 25.
Jurorzy popatrzyli po sobie. Wyglądali przez chwilę jak członkowie konsylium lekarskiego, którzy mają poinformować pacjenta, że zostało mu parę miesięcy życia.

***
Zacząłem się zastanawiać, czym stała się młodość? Nie ma chyba sensu grzebać się w historii tego „zjawiska”, nie mam ambicji stworzenia szerokiego panoramicznego ujęcia. Warto jednak zwrócić uwagę na jeden, przełomowy moim zdaniem, moment – przełom oświecenia i romantyzmu.

To właśnie romantyzm jako pierwszy kazał widzieć w młodości element wartościujący. Młodość była wartościowa, bo była młodością – nie trzeba było jej obudowywać tkanką gromadzonej wiedzy, bagażem skromnych jeszcze doświadczeń etc. wystarczyła metryka, by uczynić z niej punkt podparcia umożliwiający pchnięcie planety na nowe tory.

A starość? Cóż… zgubiła majestat, autorytet, a nawet „zdolność koalicyjną.” Starych degradowało to, co windowało młodych – wiek.

Potem już się potoczyło, co znalazło swój dość toporny wymiar (jeśli porównamy z takimi choćby filomatami) w studenckich buntach lat 60 lub w hasłach typu „Nie ufaj nikomu po trzydziestce.”

Mimo drażniącego zacietrzewienia i pewnej oczywistej naiwności, młodość jest pozytywna – niemal każdorazowo miała mieć siłę, by zmienić, zerwać, zniszczyć, zbudować… Zmiażdżyć obłudę, konwenanse, zasady. Brzmi atrakcyjnie pod warunkiem, że nie jest się rodzicem dojrzewającego małolata.

A cóż nam mówi o młodości przykład wokalisty Krautwursta? Jedną, niezbyt optymistyczną rzecz. Zamieniono ten (ponoć) najpiękniejszy etap życia w salę treningową, po opuszczeniu której mamy szansę stanąć przed WIELKĄ SZANSĄ na… Właśnie. Na co? Sławę, popularność, zachwyt mediów, błyski, blaski, karierę? Spełnienie mierzone wymiernymi kwotami, dyplomami, liczbą fanów?

Im młodszym jest ten, kto osiągnął sukces, tym słodszym medialnie i komercyjnie jest kąskiem. Małoletni pisarze, piosenkarze, tancerze sporą część swojej potencjału rynkowego zawdzięczają właśnie nastoletniości. A przekazy podświadome kierowane do odbiorców brzmią: „Młody człowieku, ty też tak możesz” i  "Jak nie teraz, to kiedy?!"

 

(By nie nadużywać cierpliwości Czytelników, nie będę nawet przypominał o rodzicach, którzy boją się zostawić dzieciom odrobinę wolnego niezapełnionego szkołą i szkoleniami czasu. Basen, skrzypce, angielski, balet, konie, szkółka piłkarska, projekt z fizyki… Obawa przed nudą dzieci paraliżuje wręcz rodziców, ale to już temat na inne spotkanie.)

Zmierzając do pointy. Cóż moglibyśmy poradzić naszemu bohaterowi? Są dwie opcje, ale żadna w pełni nie rozwiązuje dławiącego go poczucia niespełnienia.

Po pierwsze – moja koleżanka z pracy powiedziałaby mu coś takiego: „Nie osiągnąłeś tego, co chciałeś? Widocznie za mało się starałeś.”

Kolega K. odchodzi ze spuszczoną głową, bo: a) zrobił, co mógł, i to nic nie dało,
                                                                       b) wierzy, że może zrobić więcej, co oznacza skatować ciało i psychikę dążeniem do urojonej perfekcji.

Druga rada wydaje się być bardziej ludzką. Kolega K. musi zrezygnować z filozofii życia, którą metaforycznie ilustruje westchnienie studenta fizyki : „Ach, być Einsteinem albo nikim!” Spasować, ale to drażliwa kwestia, bo współczesność nie uczy nas, jak przegrywać, jak tłumić rozbudzone ambicje, jak oswajać się z klęską lub remisem.

Nie ma podręczników „Nauka przełykania porażki w weekend.” Na szczęście jest „Stary człowiek i morze”, ale kto tam dziś czyta Hemingwaya oprócz gimnazjalistów?

Zgoda na bezbarwne i przeciętne życie do dla wielu większa tortura niż bieganina po castingach i upadlające doświadczenia w programach rozrywkowych typu „Top model.”


Odsłon: 610 Komentarzy: 11


Moje dobre stare JA

Kategoria: Filozofia Wednesday, 21 March 2012, 12:41

- Mam pytanie - zaczynam.
- Tak?
- Powiedz, czy ja się jakoś inaczej zachowuje ostatnio?
Żona myśli, myśli i...
- Nie. Nie zauważyłam niczego. Taki sam zawsze jesteś - odpowiedziała i zabrzmiało to bardziej niż szczerze...

A ja akurat przechodziłem od tygodnia przemianę, której nie dostrzegła nawet najbliższa mi osoba. Chciałem być lepszy, unikać patologicznych zachowań, humorów, czasem dąsów, czasem pomruków puszczających nerwów. I co? I nic. Cała ta scenka miała miejsce już ładnych parę lat temu...

***

Ileż to razy starałem się zmienić... Przejść widowiskową transformację, która owocowałaby szeptami bliźnich: “Patrzcie, ależ on się zmienił... Niewiarygodne!” Oczywiście w tych słowach pobrzmiewałby podziw i nutka zazdrości? Czemu nie?

Jednak po setnej próbie wiem, że to w moim przypadku niemożliwe. Podobną świadomość pewnie osiągają tłuściochy, którym zamarzy się w ciągu tygodnia zerwać z ud, brzucha i podbródka warstwę sadła.

Anorektycy, którzy wychodząc ze swojej choroby, pragną obrosnąć w ciągu tygodnia w brakujące kilogramy, nie ryzykując przy okazji pęknięciem żołądka.

Każdy pewnie wpatruje się w prywatną wersję de luxeall inclusive czy inny lepszy model samego siebie. Ale zazwyczaj niewiele to daje. Organizm pracuje w kapryśnym rytmie metabolicznym. Podobny metabolizm cechuje zapewne nasze ludzkie natury. I jeżeli nie sponiewiera nas po drodze jakaś upiorna trauma, dość opornie reagujemy na na wszelkie próby narzucania samym sobie czegokolwiek.

Cóż można zrobić? Ogłosić wszem i wobec decyzję o "nowym życiu" i tym samym zamienić bliźnich w najsurowszych strażników naszych zobowiązań. Metoda ta jednak ma swoje ograniczenia - bliźni kochani o wiele łatwiej dostrzegają nasze upadki niż mozolny marsz w stronę doskonałości. Tej metody nie radzę więc próbować.

Można natomiast jednorazowo zrobić coś wbrew samemu sobie. Ugiąć się pod przykrym obowiązkiem lub narzucić jakiś niedalekosiężny cel. Niestety, kto będzie pracowity "od przypadku do przypadku" lenistwa wrodzonego się nie pozbędzie, ale przynajmniej coś tam będzie miał z głowy. Lepsze to niż nic.

***

Nie wydaje mi się, by poza przykładami chrześcijańskich świętych takich jak Paweł z Tarsu, często spotykalibyśmy się ze spektakularnymi transformacjami. Z reguły nic nas nie strąca z siodła nawyków i przyzwyczajeń. Płyniemy z balastem wad i zalet. Niczego nie gubimy, rzadko coś pakujemy na nasze tratwy.

Kiepski byłby ze mnie tzw. coach lub mentor, skoro powtarzałbym każdemu, że nic w sobie zmienić nie może, powinien poczekać raczej, aż naturalnie pewne siły się w nim przesilą. Coś o czymś przesądzi i zacznie się delikatny, ale zdecydowany dryf w strony, w które dotąd się nie zapuszczał...

Patrząc na siebie (bo tak się składa, że jestem najlepszym świadectwem samego siebie, jakie znam), nie mogę przestać się uśmiechać. Bo czegoż to ja już nie przeżyłem - od hedonizmu po twardy nietzscheanizm ("Nie ma nie mogę!" - powtarzałem sobie na początku roku), od kosmopolityzmu po ocierającą się o nacjonalizm miłość do kraju, od rozprzężenia wszystkich zmysłów (jak chciał Arthur Rimbaud) po ascetyzm chrześcijańskich mistyków (kilkudniowy, ale zawsze...) Wszystkie te wahnięcia łączy jednak jedno - SAM wybrałem taki a nie inny kierunek. SAM popłynąłem, wyczułem, wydedukowałem...by po chwili porzucić.

Wniosek? Nic na stałe. Wszystko płynne, migotliwe, pozbawione trzymającej w ryzach formy. Może jednym z najszczęśliwszych odkryć, na jakie wpadnę, będzie pewność, że stare dobre JA nigdy na stałe się nie formuje. Dostosowuje się za to do kolejnych informacji, jakie wchłaniamy. Doświadczeń, jakie nas budują. Stąd moje przekonanie, że dobrze jest często zmieniać zdanie, chociaż moją Żonę kochaną niemiłosiernie to drażni:

- Przecież wczoraj mówiłem coś zupełnie innego - mówi z wyrzutem.
- Racja - odpowiadam - to było wczoraj. Dzisiaj jest dzisiaj...
- Ty wciąż zmieniasz zdanie!
- A lepiej by było, gdybym wciąż myślał identycznie i jak osioł wciąż uparcie chciał stawiać na swoim?

Odsłon: 336 Komentarzy: 19


Downshifting czyli jak szybko zostać żulem

Kategoria: Ekonomia Wednesday, 15 February 2012, 08:42

Telewizja śniadaniowa kieruje się swoimi do bólu przewidywalnymi prawidłami – przegląd prasy, poważny temat, błahy temat, wiadomości, pogoda, ploty, gotowanie z jakimś uśmiechniętym bałwanem, konkurs, zespół grający na żywo z podkładu…


 Oglądam rano najstarszy polski tego typu program „Kawa czy herbata?”Oczywiście jednym okiem, bo drugim śledzę poczytania obudzonego już Synka. W studiu pojawiają się dwie panie w lekko średnim wieku (około 40), ubrane elegancko, taki typ sprzedawczyni z ekskluzywnego butiku. Korpulentne, w wizualnie wyszczuplających ciemnych ciuchach, rozjaśnione gustowną biżuterią…


 Tematem spotkania jest tzw. downshifting. O ile dobrze pojąłem zagadnienie, jest to trend polegający na tym, że ludzie zabiegani, zmęczeni surową rzeczywistością, pogonią za pieniędzmi, luksusami, ratami kredytów, pracą w korporacjach, ZWALNIAJĄ.


 Zwalniają się z katorżniczych etatów, wyprowadzają się na przedmieścia lub na wieś. Zaczynają być panami swojego czasu. Mają więcej miejsca na rozwój wewnętrzny etc.


 Dwie panie zachwalały na potęgę swoje wybory i rozmowa toczyła się gładko do momentu, gdy prowadzący zapytał:
 - Ale czy ta propozycja nie jest dla osób, które już osiągnęły pewien status? Mają odłożone pieniądze i mogą sobie pozwolić na zwolnienie tempa?


 Kobiety spojrzały na siebie, a jedna zaczęła tłumaczyć coś tak pokrętnie, że bardziej logicznie brzmiał strumień świadomości Molly Bloom wieńczący „Ulissesa” Joyce’a.


 Chodziło o to, że one są coachami, doradzają ludziom, jaki mają pokierować swoim życiem, jak zamienić pragnienie w decyzje o zmianie, bo najważniejsze to się zdecydować bla bla bla…


 ***


 Pamiętam, jak lata temu, gdy dopiero definiowało się zjawisko polegające na tym, że wszystkie stare panny nagle zamieniły się w singielki, oglądałem podobnie stymulujący intelektualnie materiał.


 Kilka młodych kobiet przekonywało prowadzących, że bycie singielką to styl bycia i cała filozofia oparta na bla bla bla… i że ogólnie jest cool i że to niesprawiedliwe, że w naszym społeczeństwie każda kobieta, która nie wyjdzie za mąż przed trzydziestką jest obiektem kpin lub przesadnego zainteresowania przysłowiowych ciotek na przysłowiowych imieninach.


 W kontrze przytomny dziennikarz przytoczył list, jaki przyszedł na adres programu.
 „Jestem trzydziestoletnią młodą kobietą. Mieszkam w małym miasteczku, gdzie nie ma ani jednego wolnego fajnego faceta. Dziewczynom w studiu łatwo być singielkami, bo w Warszawie w każdej chwili można nie być taką singielką i kogoś znaleźć, a w mojej mieścince już tak nie można…”


 ***


 Oczywiście moja obserwacja jest zbyt naiwna jak dla Was, moi mili odbiorcy.


 Życie w Centrum sobie, a życie na obrzeżach sobie. Gorzej, że Centrum (już od czasów Oświecenia) ma tendencje do rządzenia i uzurpuje sobie prawo do narzucania wszystkiemu naokoło własnego światopoglądu, filozofii, sposobu bycia, swoich norm i zachowań.


 (Stąd ten podły podział na postępowe Centrum i zaściankowy Ciemnogród, ale to temat na inny post)


 To, co napiszą/wymyślą „mądre” panie redaktorki w Centrum, pani Jadzia w malutkim Pleszewie, Skalmierzycach lub Kokaninie postanowi powielić. Pół biedy, jak przez dwa tygodnie będzie „szukała oświecenia w dopasowanych do daty urodzenia kolorach ubrań”, gorzej jak jej mąż poczuje zew downshiftingu, rzuci konkretną robotę i zacznie szukać kontaktu z Matką Ziemią…

Odsłon: 391 Komentarzy: 5


Post może obrażać uczucia Marii Czubaszek

Kategoria: Kultura Friday, 02 March 2012, 20:04

I
Są chwile, gdy wszystko mnie wkur... Pogoda, Polska, praca, ludzie przypadkowi, najbliżsi, dalsi, Żona, dzieci własne i cudze. 
Wrażenie, że życie potoczyło się inaczej niż miało. Chwile ciężkiej deprechy, bo marnuję czas, bo muszę być dla innych, bo powinienem teraz pisać "wielką wstrząsającą powieść panoramiczną" zamiast biegać za Synkiem i Córką, pilnując, by nic im się nie stało, by nie czuli się opuszczeni w pustym pokoju lub kojcu...
Jasne, są chwile, gdy wydaje mi się, że wszystkie moje  najważniejsze wybory życiowe były wyborami błędnymi. A wszystko wokół to jeden wieli krzyż.
Któż tak nie ma? Nie miał?
Raz, niemal na skraju totalnego załamania, napisałem do starszego i mądrzejszego znajomego. Wylałem z siebie te bebechy, werteryzmy, Weltschmerze... 
"Nie daj sobie wmówić, że jest źle" - odpisał. "Trzeba trzymać fason..." 
I te słowa przywracają mnie do pionu. No i oczywiście wiara w to, że nie wiodę beznadziejnego pustego życia, że wszystko musi się przejść - poranionym lub nie, ale trzeba się przeczołgać. I nie musi mieć to niczego wspólnego z moim chrześcijaństwem. Wystarczy sięgnąć do Nietzschego lub Camusa...
II

W książce będącej zapisem rozmów z Zygmuntem Kubiakiem ( to wybitny znawca antyku, kapitalny filolog, tłumacz, eseista) pada kwestia moralnego zła, jakie kwitnie w człowieku-twórcy. Zapytany o to, czy nie ma problemu w odbiorze dzieł stworzonych przez nie do końca czystychartystów, odpowiedział, że w tych największych ZAWSZE widać głębię ducha. Może i pokrzywionego, ale mającego dostęp do tych przestrzeni, które mówią nam prawdę o kondycji człowieka.
Przykład? Villon. Tyle razy skazywany na więzienie, że trudno zliczyć. Recydywista. A jednak jego wiersze mówią nam bardzo dużo o migotliwym i tragicznym losie ludzkim.
Caravaggio. Awanturnik i zabójca. Ale jego najwybitniejsze dzieła złamały przyzwyczajenia estetyczne epoki...
"Ich dzieła stoją za nimi po tamtej stronie..."
III

Jakoś przypadkiem trafiłem na gorący internetowy spór, w którego centrum stanęła dość znana persona - Maria Czubaszek. Spór uruchomiło następujące wyznanie rzeczonej:
Zrobiłam to dwa razy (usunęłam ciążę - mój dopisek) – wyznała Czubaszek w Uwadze TVN. Nigdy z tego powodu nie miałam traumy, tylko mówiłam: Boże, jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że zaszłam w ciążę, i byłby to siódmy czy ósmy miesiąc, to ja bym skoczyła z któregoś piętra, pod pociąg bym się rzuciła, ale na pewno bym tego dziecka nie urodziła.

Drugie wyznanie, dolewające oliwy do ognia brzmiało:

Już jako dziecko nie lubiłam innych dzieci. Zawsze ciągnęło mnie do starszych - wyznała na antenie i opowiedziała o aborcji:  Nie chwalę się tym. Ale też nie uważam, żeby to było coś tak strasznego, do czego nie można się przyznać. Choć wiem, że komentarze będą okropne. Każda moja wypowiedź na ten temat budzi ogromne emocje. Do tego stopnia, że nazywają mnie "zimną suką". Ale - szczerze mówiąc - wolę być "zimną suką" niż "matką Polką".

Garść moich myśli na ten temat (w świetle I i II części postu):
- dość obrzydliwe wydaje mi się epatowanie tego typu wyznaniami. Może i staroświecki jestem, ale brzmi to rozpaczliwie, pod publiczkę, efekciarsko. Aborcja, zabieg, skrobanka... jak zwać tak zwać, ale zawsze łączyło się to z dość dramatycznym wyborem życiowym. Czubaszek robi z tego element skeczu. Wyciskanie pryszczy wydaje się być przy tym bardziej emocjonującą czynnością,
- Czubaszek znalazła masę zwolenników, którzy gratulują jej "odwagi"  i innych tego typu cnót. Ciekawe, czy podobnie by się o niej wyrażano, gdyby zamiast o dzieciach (potencjalnie urodzonych) mówiłaby o kotach. Tak. Dwa razy utopiłam kota. Boże, jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że miałabym mieć kota, to ja bym zrzuciła go z któregoś piętra, pod pociąg bym rzuciła, ale na pewno bym tego kota nie miała.

Fizjologiczna wręcz niechęć do dzieci jest moim zdaniem równie chora jak niechęć do na przykład ludzi starszych. Chciałbym, żeby pani Czubaszek znalazła się w towarzystwie kogoś, kto głosiłby pogląd, że ludzi po przekroczeniu pewnego wieku powinno się poddawać eutanazji. Niechaj byłby to tylko rodzaj prowokacji. Jestem ciekawy, jak potoczyłaby się rozmowa...
- Nasz narodowy satanista, Nergal, powinien brać korepetycje u pani Czubaszek. Pan Darski to taki nasz swojski diabołek, Rokita, szatanek-szlachciura. Bardziej śmieszny niż na serio złowrogi.
Prawdziwe oblicze upiornego i nieobliczalnego egoizmu to nasza starsza koleżanka. Osoba, która bez skrępowania przyznaje się do "zabiegów", dzięki którym mogła dalej w szczęściu i zachwycie prowadzić upojne życie.
Nie, nie jestem fanatykiem. Nie jestem talibem, moherem etc. Ale krew mnie nagła zalewa, gdy brak odpowiedzialności za swoje czyny (w tym przypadku kontakt seksualny z partnerem) daje się "załatwić", uśmiercając przyszłe narodzone dzieci. 
Tak ma wyglądać droga, jaką wskazują nam "panie z okienka"? To ma kogokolwiek zbudować? To ma uczyć myślenia? 
Zawieszam te pytania.
Poddaje pod rozwagę fakt, że pani Maria Czubaszek wciąż aktywnie się udziela korzystając z sympatii mediów, które nie potrafią już zachować nawet odrobiny poczucia przyzwoitości. Wciąż widzimy piękne mądre spojrzenie pani satyryk, która ma panaceum na niespodziewane konsekwencje nierozważnych czynów.

PS


Kiedyś lubiłem skecze pani Czubaszek. Z uśmiechem przysłuchiwałem się żonglerkom słownym, skojarzeniom, istnej humorystycznej woltyżerce. Dziś brzydzą mnie.

Nie, za panią Czubaszek nic nie stanie po tamtej stronie...

Odsłon: 1064 Komentarzy: 21


Taki kolaż

Kategoria: Wydarzenie Monday, 23 January 2012, 20:14

Tedy owa trójca widząc, iż jeszcze nie dosyć narody głupie i zepsute były, wyrobiła nowego bałwana, najobrzydliwszego ze wszystkich, i nazwała tego bałwana Interes, a tego bałwana nie znano u pogan dawnych.


Tymczasem kłaniały się Interesowi wszystkie narody. I rzekli królowie: Jeśli rozszerzymy cześć tego bałwana, tedy jak naród bije się z narodem, tak potem bić się będzie miasto z miastem, a potem człowiek z człowiekiem.


I zdziczeją znowu ludzie, a my znowu będziemy mieć taką władzę, jaką mieli niegdyś królowie dzicy, bałwochwalscy, i jaką mają teraz królowie murzyńscy i królowie kanibalscy, iż mogą zjadać poddanych swoich.

Adam Mickiewicz KSIĘGI NARODU POLSKIEGO I PIELGRZYMSTWA POLSKIEGO

Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza - mediaworkera, z naukowca - dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.


Wydawało się, że ta zamiana zwiększy efektywność. Kryzys pokazał, że zwiększa głównie liczbę i koszty transakcji. W większości dziedzin społeczna wartość od tego nie rośnie. A często maleje. W Ameryce, gdzie finansjalizacja zaszła najdalej, wydatki zdrowotne są najwyższe na świecie, a efekt jest dużo gorszy niż w wydających kilkakrotnie mniej krajach Europy.

Fragment artykułu Jacka Żakowskiego pt. "ACTA ad acta. Co ma wspólnego internet z biblioteką."


Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy.

Święty Paweł.

Odsłon: 465 Komentarzy: 18


Wycieraczki i moralność

Kategoria: Historia Saturday, 12 February 2011, 20:57

Dane mi było w zeszły czwartek pojechać do kina wraz z paroma klasami na film, o którym NIC nie wiedziałem, a gdy zacząłem się nieco orientować, by przygotować sobie grunt pod odbiór, okazało się, że temat może mnie kompletnie nie interesować.


Historia sporu wynalazcy z pewnym koncernem samochodowym.


Jednak po wyjściu z kina wszyscy nauczyciele-opiekunowie klas zebrali się w kole i zaczęli o filmie dyskutować.
Podchodzi do mnie pani dyrektor i pyta:


- A pan co by zrobił na miejscu głównego bohatera?- Nie wiem - odpowiedziałem po pewnej chwili przeznaczonej na symulowanie myślenia. Do teraz myślę o pewnym dylemacie, który stał się przyczyną dramatu AUTENTYCZNEGO bohatera. Zero fikcji. Tak było.


***


Robert Kearns wygrał jedną z najbardziej znanych spraw o naruszenie patentu z Ford Motor Company. Po wynalezieniu i opatentowaniu systemu czasowych wycieraczek przedniej szyby, który był przydatny w lekkim deszczu lub mgle, postanowił zainteresować swoją technologią trzy wielkie koncerny motoryzacyjne. Wszyscy odrzucili jego propozycję, jednak już na początku 1969, koncerny produkowały samochody z mechanizmem czasowych wycieraczek.W 1978 pozwał Ford Motor Company oraz następnie w 1982 Chryslera o naruszenie patentów.


Prawnym argumentem przemysłu samochodowego było twierdzenie, że wynalazek powinien wnosić pewne standardy oryginalności i nowości. Ford zakładał, że patent Kearnsa jest nieważny, ponieważ jego wynalazek nie składa się z żadnych nowych komponentów. Dr Kearns w odpowiedzi zaznaczył, że jego wynalazek jest jak powieść, która składa się z kombinacji istniejących już słów.


Ford przegrał, chociaż sąd utrzymywał, że nie naruszył patentów samowolnie (znaczy to, że szkody poniesione z tytułu naruszenia patentu nie mogły zostać zrekompensowane). Ford wypłacił 10,1 miliona odszkodowania dla Kearnsa z porozumieniem o niewnoszeniu dalszych roszczeń.


W sprawie przeciwko Chrysler Corporation również wygrał Kearns. W 1992 Chrysler zapłacił mu 18,7 miliona dolarów odszkodowania. Chrysler odwołał się od decyzji sądu, lecz ostatecznie sprawa stanęła w miejscu. W 1995 roku po uregulowaniu prawnych opłat w wysokości 10 milionów dolarów, Kearns otrzymał w przybliżeniu 30 milionów dolarów odszkodowania od Chrysler Corporation, w związku z naruszeniem patentów.


Tyle Wikipedia. 


Pytanie - czy dało się z tej suchej relacji o batalii sądowej trwającej lata stworzyć coś więcej? Dało się!
Bazując na filmie (film oparty na faktach)


Kearns jest ojcem 6 (!) dzieci. Mając zapewnianie Forda, że koncern zainteresuje się jego wynalazkiem, bierze kredyt i wynajmuje halę montażową, by samemu zając się instalacją nowatorskich wycieraczek. W chwili, gdy Ford, mówiąc kolokwialnie, zrobił go w jajo, Kearns wchodzi na wojenną ścieżkę i nie schodzi z niej przez 12 (!) lat.


W międzyczasie jego żona opuszcza go i zabiera ze sobą dzieci, wcześniej Kearns przezywa załamanie nerwowe i ląduje na leczeniu w klinice psychiatrycznej. Traci pracę (był wykładowcą), ląduje na zasiłku, pomieszkuje w podłych mieszkaniach podłych dzielnic.


Nikt w niego nie wierzy, adwokaci boją się atakować Forda. Sam jak palec odrzuca oferty ugody (w tym tysiące dolarów) składane przez Forda, bo koncern nie chce przyznać, że  patent został UKRADZIONY.
W końcu dochodzi do rozprawy i...Kearns wygrywa. To czytaliśmy wyżej. Ale żona rozwodzi się z nim. Kontakt z dziećmi czeka poważna rehabilitacja.


Bajka nie kończy się więc całkowitym happy endem. 


***


Zwykliśmy uważać, że Rodzina jest wartością nadrzędną. Wszystko dla niej i w jej imieniu. Przykład Kearnsa poważnie nadkruszył mi ten aksjomat. A może są ważniejsze idee niż Rodzina?


Może Sprawiedliwość, Prawo, Prawda, Honor, Uczciwość, o które przecież walczył wynalazca nie tylko w swoim imieniu, są na tyle wielkim ideami, by pomyśleć o Rodzinie jako o czymś, co należy jednak poświęcić?
Kurcze, nie wiem, jak ja bym się zachował...


... i dlatego nie mogłem wprost odpowiedzieć mojej pani dyrektor.

Odsłon: 723 Komentarzy: 7


Do szkoły miałem pod górkę...

Kategoria: Poezja Tuesday, 22 November 2011, 20:45

Zanim poznałem moją Żonę i zanim wtajemniczyliśmy siebie wzajemnie w opowieści o dzieciństwie, traktowałem moją szkołę podstawową w rodzinnym mieście jako typową placówkę oświatową, która w latach 80 zasypała mnie gradem wiedzy i umiejętności.

Gdy skończyłem Żonie opowiadać o moim pierwszym etapie edukacyjnym wyglądała tak, jakby patrzyła na dziecko wojny, syna pułku... W tym wzroku było przerażenie przemieszane z niedowierzaniem...

- Taką miałeś podstawówkę?!
- Ty miałaś inną?

A więc jaką miałem podstawówkę?

 

Muzyki uczył gość o pseudonimie Puzon. Facet miał dwa metry wzrostu, łapy jak bochny chleba, paluchy jak parówki, grał na 6 instrumentach w wirtuozerski sposób. I jeszcze jedno - trafił do mojej szkoły za karę, bo w poprzedniej wyrzucił przez okno ucznia... razem z krzesłem.

Geografii uczył oddany temu przedmiotowi niewysoki facet o bardzo wybuchowym temperamencie. Uwielbialiśmy go! Zwłaszcza jak brał skamieliny i tłukł nimi po głowach rozgadanych kolegów.

Rosyjskiego kobieta, która za najdrobniejsze przewinienia uruchamiała "Akcję Radar" - wykręcała uczniowi ucho o 360 stopni.

Wuefistę pamiętam z nieśmiertelnego hasła: "Mata piłkę i grajta!"

Mój polonista był koneserem piwa. Często wysyłał chłopaków z ósmej klasy po piwo do sklepu (nikt nie zwracał uwagi, że młodziaki kupują alkohol). W czerwcu, gdy upał zdarzał się niemiłosierny, piece kaflowe służące do ogrzewania budynku zimą, służyły mojemu nauczycielowi do chłodzenia browarów.

Facet się stoczył dokumentnie. Raz późną jesienią polski mieliśmy pierwszy. Nikt nie przychodzi nas wpuścić do klasy. Nagle wpada notorycznie spóźniający się kolega i krzyczy: "Chłopaki! Facet leży w parku! Nie może wspiąć się pod górkę! Tak się nawalił!" Pobiegliśmy. Widok upapranego błotem, turlającego się w dół zbocza polonisty nie był szczególnie miły...

Całym cyrkiem rządził dyrektor. Malarz-amator, swoje prace wieszał w gabinecie i sekretariacie. Facet był potężnie umocowany w aparacie komunistycznym miasta. Był nie-do-ruszenia! Mógł sobie pozwalać na takie akcje:

Zebranie dyrektorów z całego miasta. Nudna nasiadówa. Kolejna godzina pęka. W końcu "mój" dyrektor wstaje i mówi: "Wy tutaj gadu-gadu, a na tej sali tylko ja posuwam swoją sekretarkę!" i wyszedł. AUTENTYK potwierdzony przez wiarygodnego znajomego ojca mojego kumpla.

Gdy ktoś na jego lekcjach przeszkadzał, brał delikwenta do swojego biurka. Kazał mu się oprzeć o nie i kartkować "zachodnie" (lata 80, przypominam) pismo dla panów. Gdy uczeń natrafiał na strony z gołymi babami... otrzymywał potężne uderzenie w tyłek olbrzymią drewnianą linijką.

Taką miałem szkołę.

A dziś mi uczniowie narzekają, że mają ciężko i pod górkę...

Odsłon: 347 Komentarzy: 8


"Sens"?

Kategoria: Media Monday, 11 April 2011, 18:28

"Sens"?Trafiło się, że wpadł mi w ręce miesięcznik psychologiczny "Sens."

 


Brzmi ładnie tytuł, chociaż wyobrażam sobie taką sytuację w kiosku:
- Dzień dobry. Jest "Sens"? - Nie ma "Sensu."

Oprócz standardowych psychologicznych artykułów na poziomie, który jestem w stanie pojąć, nie studiowawszy Freuda, Junga czy Adlera, na końcu pisma znajduję prawdziwą perłę, skarb.

Kilka stron ogłoszeń o rożnej maści kursach i szkoleniach psychologicznych.
Mówię Wam, nie wiem, jak mogłem przeżyć ponad 30 lat nie trafiając na podobne wysoce rozwijające umysł i świadomość zajęcia.

 


Kilka próbek, mój miks, żebyście wiedzieli, co straciliście (no chyba że ktoś już brał w czymś podobnym udział):
I
Indywidualny kurs tantry dla par. Na zajęciach jesteście tylko Wy i para trenerów.
II
Trening uważności - rozwija sieć neuronową ciała. W programie m.in. skanowanie całego ciała.
III
Podróż w głąb własnej mądrości, by zdobyć pracę marzeń.
IV
Mistrzostwo siebie. Moc bycia obecnym. W programie chodzenie po ogniu.
V
(HIT!)
Intensywny kurs szamanizmu hawajskiego HO'OPONOPONO. Nauczyciel ma błogosławieństwo innych szamanów, tytuł "Pierwszy na drodze" i imię GRZMOT. Minimum teorii, maksimum transformujących doświadczeń.
VI
Wakacje z jogą hormonalną i tańcem Bollywood. Odmładza i leczy. Uwalnia wewnętrzne piękno.
VII
Empatyczna komunikacja z poziomu serca. Weekend z empatią.
VIII
Ośmiotygodniowy (!!!) trening współczucia wobec samego siebie.
IX
Warsztaty wizażu, kolorystyki i stylizacji. Dwa dni poświęcone kobiecości, w czasie których dowiesz się, jaką porą roku jesteś (!).
X
Plener fotograficzny SLOW MOTION.
PS
Zapisy oryginalne.
Ktoś chętny?

Odsłon: 160 Komentarzy: 7

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.