
Tuesday,03 July 2012,22:39
Kategoria: Modlitwa Tuesday, 03 July 2012, 22:39
Trzy lata temu napisałam tekst, którego dziś się wstydzę. Niestety, tekst ten - przypominany co roku przez Redakcję i zaprzyjaźnione środowiska - zyskał w Internecie swoistą popularność, a mnie pozostało jedynie ze wstydem patrzeć na smutne owoce jego publikacji.
Mówię tu - dla niewtajemniczonych - o "modlitwie za ofiary feminizmu". W cudzysłowie, bo z prawdziwą, bezinteresowną, pokorną modlitwą ma ten tekst niewiele wspólnego. Po przeczytaniu i wysłuchaniu komentarzy, interpretacji, polemik, głosów zachwytu, oburzenia i politowania odważyłam się stanąć w prawdzie i zobaczyłam, że "modlitwa" narodziła się z dziecinnej pychy i przekory, nie zaś z autentycznej troski o dobro drugiego człowieka.
Nie chcę być źle zrozumiana: moje poglądy w podejmowanych kwestiach nie zmieniły się. Od strony teologicznej zgodne są z nauczaniem Kościoła, od strony światopoglądowej na ogół przeciwstawiają się postulatom feministycznym. W szczególności moje przekonania na temat małżeństwa i rodziny oparte są na nauce świętego Pawła, a zwłaszcza na piątym rozdziale listu do Efezjan.
Nie wstydzę się zatem tego, w co wierzę.
Wstydzę się natomiast instrumentalnego sposobu, w jaki wykorzystałam skarb modlitwy. Modlitwa nigdy nie powinna być argumentem w dyskusji. Nie wolno wykorzystywać jej w celu prowokacji. Nie powinna być wymierzona przeciwko komukolwiek. Nie powinna ranić.
Trzy lata temu dałam się ponieść szałowi bitewnemu. Dziś tego żałuję. Żałuję, że jednych zraniłam, drugich ośmieszyłam, innym dodałam werwy w walce, która nie powinna się toczyć na poziomie słownej agresji i wyrachowanych prowokacji. Ale najbardziej żałuję tego, że w swej zaciekłości i pysze zadałam gwałt samej istocie kobiecości. Kobiecości, której powołaniem jest zawsze - miłość.
Tych, którzy pragną w duchu miłości, wolności i pokory pomodlić się za kobiety w dniu ich święta, zapraszam do zapoznania się z tekstem, który napisałam dwa lata temu: http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/8_marca_aby_kobieta_byla_kobieta.
Odsłon: 533 Komentarzy: 5
Sunday,04 July 2010,18:45
Kategoria: Kultura Sunday, 04 July 2010, 18:45
Teatrzyk "Zielony Ogr" ma zaszczyt przedstawić:
DIALOG MIĘDZYRELIGIJNY
dramat symboliczny w jednym akcie
Miejsce akcji: marokańska kawiarnia w południowej Anglii
Czas akcji: Oktawa Wielkanocy
Występują:
Fiona, polska kelnerka
Karim, jej marokański szef
FIONA:
Salaam alaikum!
KARIM:
Oh, yeah, hi! How are you?
FIONA:
Hamdullah. Kif halec?
KARIM:
Good, good… Oh, merry Christmas, by the way!
Odsłon: 665 Komentarzy: 12
Tuesday,03 August 2010,00:21
Kategoria: Modlitwa Tuesday, 03 August 2010, 00:21
Panie, Ty w swej dobroci stworzyłeś nas mężczyzną i kobietą, powierzając każdej płci odrębne zadania w Twoim dziele zbawienia. Dziś, kiedy podnosi się tak wiele głosów wzywających do usunięcia różnic, które nam w swojej mądrości ofiarowałeś, dla naszego dobra i ku chwale swego majestatu, prosimy Cię, Boże, naucz nas żyć według Twojego zamysłu, w poszanowaniu odmienności naszego powołania.
Panie, Ty wywyższyłeś ród niewieści, wybierając sobie kobietę za Matkę. Prosimy Cię, niech każda kobieta, przez wzgląd na Najświętszą Dziewicę Maryję, doznaje w każdym miejscu i w każdym czasie należnej czci i szacunku. Niech w rodzinie, w miejscu pracy, w społeczeństwie i w Kościele traktowana będzie zawsze z miłością i godnością.
Panie, Ty powołałeś kobietę do piękna. Prosimy Cię, niech każda kobieta realizuje to powołanie poprzez godny ubiór i zachowanie, a przede wszystkim poprzez pielęgnowanie wewnętrznego piękna i troskę o czystość duszy i ciała.
Panie, Ty powiedziałeś: „Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc”. Prosimy Cię, niech małżeństwo zawsze będzie obrazem Twojego Kościoła i relacją opartą na wzajemnej miłości i szacunku. Niech mężowie kochają żony jak Ty umiłowałeś Kościół, swoją Oblubienicę, i niech żony będą poddane mężom, jak Kościół jest Tobie poddany. Niech żona będzie zawsze sercem rodziny, jak mąż jest jej głową, i niech w pełnej otwartości na życie wspólnie dążą do świętości.
Panie, Ty dałeś kobiecie udział w dziele stworzenia, obdarzając ją godnością macierzyństwa. Prosimy Cię, niech łono matki będzie zawsze bezpiecznym i pełnym miłości środowiskiem wzrastania nowego życia. Niech macierzyńska miłość i odpowiedzialność strzeże każdego dziecka od momentu poczęcia i po narodzeniu czuwa nad przekazaniem mu odpowiednich wzorców męskości i kobiecości oraz nad wychowaniem do świętości.
Panie, Ty stworzyłeś każdego człowieka z miłości i do miłości. Prosimy Cię, opiekuj się szczególnie młodymi kobietami, aby strzegły skarbu czystości i w pokorze odkrywały drogę, jaką pragniesz je poprowadzić. Daj im odwagę, aby potrafiły się oprzeć pokusom młodości i nieodpowiednim wzorcom oferowanym przez świat doczesny.
Panie, Ty obdarzyłeś każdego z nas różnymi talentami, pragnąc, abyśmy wykorzystywali je na Twoją chwałę. Prosimy Cię, czuwaj nad kobietami pracującymi zawodowo, aby pieniądze i kariera nigdy nie przysłoniły im powołania do miłości i płodności. Niech podejmują swoje wysiłki w duchu służby i nie starają się konkurować z mężczyznami, ale wzbogacają swoje miejsca pracy kobiecą wrażliwością i cnotą.
Panie, Ty powołałeś dusze wybrane do radykalnego pójścia za Tobą i oddania całego życia na wyłączną służbę Tobie. Prosimy Cię, niech w Twoim Kościele nigdy nie zabraknie świętych dziewic, które obierając sobie Ciebie za Oblubieńca, poprzez modlitwę i służbę, w duchu czystości ubóstwa i posłuszeństwa, rodzić będą dusze do życia wiecznego.
Panie, Ty uczyniłeś kobietę i mężczyznę równymi wobec Ciebie, pozwalając i nakazując obojgu nieść w świat świadectwo Twojej Ewangelii. Prosimy Cię, niech kobiety w życiu publicznym nie naśladują niewolniczo mężczyzn ani też z nimi nie walczą, ale w pełni świadome swojej kobiecości i płynących z niej zdolności i ograniczeń, niech prowadzą uczciwą debatę publiczną i wykorzystują swoją pozycję, aby poprzez swoje słowa i postawę prowadzić ludzi do Ciebie.
Panie, Ty pragniesz, aby każdy człowiek był kochany i szanowany. Prosimy Cię, opiekuj się kobietami odartymi z godności i pozbawionymi ziemskiej miłości, aby w Tobie, źródle wszelkiej miłości, na nowo odnalazły sens życia i odkryły prawdziwe szczęście i pokój.
Panie, Ty stworzyłeś człowieka do wolności. Prosimy Cię, nie pozwól, aby kobietami rządziły narzucane przez media ideologie, ale naucz je świadomie i w wolności serca zawsze wybierać tylko to, co zgodne jest z Twoją wolą i do Ciebie prowadzi.
Odsłon: 854 Komentarzy: 9
Monday,22 February 2010,00:30
Kategoria: Ogólne Monday, 22 February 2010, 00:30
Zbliżało się południe. Pośpiesznie dreptałam deptakiem, pędząc do pracy. Pierwsze, zwiastujące rychłą wiosnę promienie słońca oślepiały mnie, skutecznie utrudniając lawirowanie między studentami, turystami i ulicznymi sprzedawcami gazet. Nagle, pośród tej męczącej wzrok iluminacji, moich uszu dobiegł znajomy dźwięk Schubertowego "Ave Maria", wznoszący się wysoko ponad gwarnym tłumem. Na wpół po omacku rozejrzałam się, szukając źródła tej kojącej melodii. Pod bramą schizmatyckiego kościoła stała Ona – dziewoja, dobywająca z siebie może nie krystalicznie czysty, ale nie mniej słodki śpiew. Uśmiechnęłam się mimowolnie, a w tym samym ułamku sekundy prawe ucho zarejestrowało dźwięk zupełnie różny od tamtego: po drugiej stronie ulicy stał Afrobrytyjczyk, który, posiłkując się cytatami z Ewangelii, nawoływał przechodniów do nawrócenia. To był Ten Moment.
Mając jeszcze w pamięci tę cudaczną parę – nie-parę, zaczęłam w myślach przywoływać wszystkie barwne postaci, na które natknęłam się spacerując po ulicach miast. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy się to moje uśmiechanie do ulicznych grajków i innych cudaków zaczęło, ale nijak nie mogę odnaleźć w pamięci tego momentu. Może to było w Poznaniu, kiedy uczyłam się niemieckiego, a za oknem ktoś niemiłosiernie głośno trąbił piosenki Beatlesów? Był upał niezmierny, okno więc siłą rzeczy stało otwarte, a ja w duchu uśmiechałam się do tego hałasu, który wszyscy przeklinali. A może wtedy, kiedy zatopionej w myślach Fionie jakiś młodzieniec wręczył sztuczną różę, po czym wyjaśnił, że wraz z kolegami ze wschodoznawstwa zbiera fundusze na wycieczkę koleją transsyberyjską? A może trzeba sięgnąć jeszcze dalej, do wakacji nad morzem, kiedy jako dziesięciolatka po raz pierwszy zobaczyłam studentów siedzących na ławce, a przed nimi karteczkę: "Jesteśmy zdrowi, zbieramy na piwo"? Trudno to teraz określić, czas nie ma tu znaczenia, może zresztą dobrze, że się zaciera, bo w pamięci zostaje tylko kontinuum w postaci mozaiki z ich twarzy.
Oksford. Oksford jest pod tym względem najbogatszy. Pierwszy spacer po mieście, październikowa sobota. Na rogu Cornmarket Street wielki magnetofon z całych swoich sił wywrzaskuje żywiołowego rock'n'rolla, a cztery pary studentów starają się nadążyć za muzyką. Za nimi, przy ścianie zasuszony jogin wygina śmiało ciało, układając kończyny w coraz to nowe pozycje. Kawałek dalej dwóch chłopaków z gitarą i mikrofonem. Ten w obowiązkowej zielonej bluzie, piękny w swej rudej, wyspiarskiej brzydocie, rozdzierającym głosem intonuje "Losing my religion". Jeszcze wielokrotnie usłyszę tę piosenkę w jego wykonaniu, ale pierwszego razu nie zapomnę nigdy. Kolejne dni to kolejne odkrycia. Skrzypek brzdąkający bliżej nieokreśloną melodię – pewnie nie zwróciłby niczyjej uwagi, gdyby równocześnie nie spacerował po linie zawieszonej dwa metry nad ziemią. Hippiska zawodząca ochrypłym głosem "Killing me softly" na targu staroci. Schizmatycki biskup, od stóp do głów w purpurze, rozdający śpiewniki pod swoim zborem. Tyle twarzy, a każda miała tylko kilka sekund, aby wbić się w pamięć.
Cannes. Pamiętam dziecięcy zachwyt widokiem pomalowanych na złoto mimów i artystów, którzy przy pomocy sprejów i plastikowych spodków potrafili wyczarować prawdziwe dzieła sztuki. Brali za nie ciężkie pieniądze. Ale to nie byli prawdziwi Ludzie Ulicy. To byli biznesmeni zarabiający na turystach, produkcja seryjna.
Rzym. Piazza Navona upstrzona widokiem niezliczonych portrecistów, a pomiędzy nimi genialny lalkarz, który kazał swoim marionetkom tańczyć jak Michael Jackson albo odtwarzać sceny z filmów Charliego Chaplina.
Berlin. Afroniemca z keyboardem widziałam tylko dwa razy, ale stacja metra Yorkstrasse już zawsze będzie w mojej pamięci rozbrzmiewała przyczernionym rytmem "Yesterday" i nieskrępowanym "Scheeeeeeiss egal, egal!", kiedy już skończył się angielsko-francuski tekst, wykonany ze swadą, która zawstydziłaby Doris Day.
Wreszcie – Dublin. Może to on właśnie stał się kolebką mojej miłości do Ludzi Ulicy. To tam zrodził się niezrealizowany nigdy pomysł, aby ustawić się na Grafton Street z patelnią i przyciągać wzrok przechodniów, artystycznie podrzucając naleśniki. To tam spotkałam studenta konserwatorium, przesuwającego smyczkiem po nutach "Medytacji" z "Thais" Masseneta. Musiałam zostać i posłuchać do końca. Ale to nie jego pamiętam najlepiej. Kiedy pięć lat temu pierwszy raz odwiedziłam Dublin, naprzeciwko głównego wejścia do Trinity College siedziało tych dwoje. Własciwie tylko ona siedziała, bo on kredą na chodniku malował reprodukcje dzieł sztuki. Była w tym jakaś okrutna ironia, a jednocześnie zgoda na przemijanie: tworzyć (a nawet, jeśli tylko odtwarzać, to co z tego?) piękno, które za chwilę zmyje nieuchronny irlandzki deszcz. Obok ona, kwintesencja Irlandii. Piękna, dojrzała kobieta o rudych lokach, odziana w grubą, zieloną spódnicę oraz sweter i beret z prawdziwego krajowego moheru, przesuwająca palcami po strunach harfy. Zakochałam się. Wielokrotnie tamtędy przechodziłam. Kiedy po roku wróciłam w tamto miejsce, oni nadal trwali na posterunku, tak samo nierozłączni i tak samo genialni w swoich dziedzinach. Kilka miesięcy temu wybrałam się, aby znowu ich spotkać. Jego nie widziałam, ale ona nadal tam siedziała. Parę lat starsza, z coraz bardziej widocznymi zmarszczkami, ale dłonie nadal tak samo sprawnie pieściły struny. Moja Irlandia, mój niezmienny punkt na mapie ludzkich twarzy.
Odsłon: 412 Komentarzy: 7
Tuesday,26 January 2010,16:40
Kategoria: Religia Tuesday, 26 January 2010, 16:40
Bałam się. Na początku autentycznie się bałam. Kiedy cztery miesiące temu po raz pierwszy zobaczyłam wysokiego, przystojnego Marokańczyka stojącego za ladą, miałam ochotę zostawić cv i czmychnąć jak najprędzej w nadziei, że nie oddzwonią. Ale Marokańczyk nie lubił tracić czasu: „Wiesz co? To może zostań na dwie godziny, na próbę”. I tak zostałam.
Siostra Marie-Ann mówi, że angielscy muzułmanie posyłają swoje dzieci do katolickich szkół. Wtedy nie muszą się obawiać, że ktoś będzie się śmiał z ich modlitw czy dokuczał w czasie ramadanu. Coraz bardziej się przekonuję, że podobnie działa to w drugą stronę: katolikowi dobrze jest pracować u muzułmanów. Kiedy się modlę przed posiłkiem, jest to naturalne. Kiedy mówię, że wolałabym nie pracować w niedzielę, nikt nie pyta o powód, bo jest oczywisty i wystarczający. Kiedy opowiadam o rekolekcjach, nie jest to powód do pogardliwych spojrzeń, ale do szacunku i życzliwego zainteresowania.
Na ogół pracuję z Moim Muzułmańskim Menedżerem. MMM opuścił Marakesz w wieku lat szesnastu, aby pomóc w utrzymaniu pozostawionej tam rodziny. Dziś ma prawie trzydzieści lat. Właśnie wrócił z wakacji – pierwszy raz od trzech lat miał okazję odwiedzić dom rodzinny. Urlopy nie zdarzają mu się często: na ogół pracuje przez sześć dni w tygodniu, od rana do wieczora. Kiedy ma dzień wolny, jedzie kilkadziesiąt mil, aby odwiedzić dziewięcioletniego synka. Bo MMM nie zawsze był pobożnym muzułmaninem. Swoje za uszami ma. „Ale teraz” – śmieje się – „jestem dobrym chłopcem”.
MMM zasadniczo jest pacyfistą. Próbowałam nawet o to dopytywać, ale wiele się nie dowiedziałam. Po prostu: pokój jest dobry, wojna jest zła. Powtarzam: zasadniczo, bo na przykład żydów MMM nie lubi. Dlaczego? Proste: bo nienawidzą Jezusa. Tak, tak – nie, nie. Oni bluźnią przeciwko naszemu prorokowi, więc my nie możemy ich lubić.
MMM uważa, że homoseksualizm jest zły. I mówi o tym wprost, w rozmowie z klientami: „It was Adam and Eve, not Adam and Steve”. Być może oni mają bardziej wyszukane, naukowe argumenty, ale MMM wie swoje: gdyby homoseksualizm był dobry, to dwóch panów mogłoby mieć dzieci. Ale też nigdy nie wyzywa homoseksualistów od pedałów, a w dawnej pracy świetnie się dogadywał z „kolegą gejem”. Bo MMM nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika.
MMM rozumie, że niektórzy ludzie nie wierzą w Boga. Ale to nie przeszkadza mu pozdrawiać przypadkowych klientów słowami: „God bless you”, okraszonymi szerokim uśmiechem. Przecież błogosławieństwo przyda się każdemu, niezależnie od jego poglądów na istnienie bądź nieistnienie Boga.
MMM czasem dopytuje o chrześcijaństwo. I wiele spraw budzi jego wątpliwości – zarówno w kwestiach dogmatycznych, jak i praktycznych. Jak Jezus może być Bogiem, skoro Bóg jest tylko jeden? Dlaczego chrześcijanie jedzą wieprzowinę, skoro w Biblii tego zakazano? Co to za sztuka być chrześcijaninem, skoro nawet w Wielki Post się w zasadzie nie pości?
Peter Kreeft opisywał w „Ekumenicznym dżihadzie” sytuację z czasów studenckich. Kolega muzułmanin bardzo się dziwił katolikom:
- Nie rozumiem, jak możecie wierzyć, że ten śmieszny kawałek chleba to jest wasz Bóg.
- Tak, wiem – odpowiedział młody Kreeft. – To nie do pomyślenia, to skandal, to…
- Nie – przerwał tamten. – Nie to miałem na myśli. Otóż, gdybym ja wierzył, że w kościele jest obecny mój Bóg, to natychmiast padłbym na kolana i nie byłbym w stanie się z nich podnieść.
*****
Na marginesie chciałabym opowiedzieć jeszcze pewną historię, którą usłyszałam kilka dni temu na kazaniu – krótką, prostą i cudowną. Otóż był sobie Christy. Christy miał lat sześć i niedawno zaczął uczęszczać do szkoły podstawowej. Jednemu ze swoich kolegów powiedział: „Wiesz, ja jestem katolikiem. Wierzę w Jezusa Chrystusa i co niedzielę chodzę z rodzicami do kościoła. Fajnie jest być katolikiem!”. Chłopiec się troszeczkę zadumał i odparł: „A ja jestem muzułmaninem, jak mój tato. Ale wiesz co? Moja mama jest katoliczką!”. I tak od słowa do słowa wyłożył Christy koledze całą swoją wiarę – na tyle, na ile jego sześcioletni rozum był w stanie ją pojąć. A jego muzułmański rówieśnik powtarzał wszystko w domu swojemu jedenastoletniemu bratu i trzynastoletniej siostrze.
W ubiegłą niedzielę, po rocznym okresie katechumenatu, cała trójka przyjęła chrzest.
Odsłon: 940 Komentarzy: 35
Sunday,17 January 2010,18:31
Kategoria: Ogólne Sunday, 17 January 2010, 18:31
- A widzisz? – rzuciłam na odchodnym Mojemu Muzułmańskiemu Menedżerowi. – Przestało padać! Mówiłam, że przestanie! Nigdy nie pada, kiedy zapomnę wziąć parasola!
– Bóg cię kocha – roześmiał się MMM.
Św. Teresa z Lisieux kochała śnieg. "Zawsze pragnęłam, aby w dniu moich obłóczyn natura wraz ze mną przybrała się w biel" – pisze w "Dziejach duszy". I choć 10 stycznia 1889 roku nic nie wskazywało na to, aby szare niebo się rozjaśniło, a smutny deszcz przeszedł, Jezus, "uprzedzając pragnienie swej małej oblubienicy, ofiarował jej śnieg. Śnieg… któryż ze śmiertelników, choćby był najpotężniejszy, może ściągnąć z Nieba śnieg dla wzbudzenia zachwytu swojej ukochanej?… Być może, że osoby ze świata zadawały sobie to pytanie, ponieważ śnieg w dniu mych obłóczyn wydał im się niewątpliwie małym cudem i wszystkich w mieście zadziwił. Moje upodobanie do śniegu uważano za śmieszne… Tym lepiej! Wszak to jeszcze bardziej uwydatnia niepojętą pobłażliwość Oblubieńca dziewic…".
Daleko mi do św. Teresy, a jednak na każdym kroku Bóg puszcza do mnie oko, pokazując, jak bardzo mnie kocha. Aż mi się nieraz głupio robi, kiedy kolejny mój kaprys się spełnia. Zwykłe zachcianki: z nieba niemal spada ulubione mleko kakaowe (w niedzielę) czy prawdziwa polska zupa pomidorowa (tysiąc mil od domu), deszcz przestaje padać na pół godziny (choć lał cały dzień), ktoś sam proponuje pomoc, o którą właśnie chciałam go prosić.
Tydzień temu na Anglię spadł śnieg. Kocham śnieg, cieszyłam się jak dziecko – do momentu, kiedy ktoś przypomniał mi, że mój samolot może następnego dnia nie odlecieć. Ta myśl mnie zmroziła: jak to? Mam utknąć na tej obcej ziemi, nie móc polecieć do Polski?! Tak bardzo chciałam do domu… Nie było w tym nic racjonalnego, zwykła rozpaczliwa tęsknota. Tymczasem w Internecie pojawiały się informacje o kolejnych zamkniętych lotniskach: Manchester, Birmingham, Gatwick, Luton… Luton. Do tej pory zawsze latałam z Luton. Co mnie podkusiło, aby tym razem wybrać o połowę dalsze Stansted? Może się uda, może się uda, tylko się módlcie…
O czwartej rano moją ulicę pokrywała dwudziestocentymetrowa warstwa śniegu. I nie przestawało sypać. Południowa Anglia, myślałby kto. Z ledwością dotachałam na przystanek walizkę, której po śniegu nijak nie dało się toczyć. Smutnymi oczyma spojrzałam na kierowcę autobusu: "Myśli pan, że jest w ogóle sens jechać…?". "Nie mam pojęcia" – odparł. "Ale co szkodzi spróbować?". Po trzech godzinach znalazłam się na lotnisku. "Cud" – myślę, widząc ledwie cieniutką warstwę szronu. "Będzie dobrze!". I było. Aż do 9:15, kiedy pani o wyjątkowo kiepskiej dykcji zawołała przez głośnik: "Ze względu na złe warunki pogodowe zawieszamy wszystkie loty. Kolejne ogłoszenie o 10:00". Spojrzałam przez okna, których wcześniej nawet nie zauważyłam. Za nimi śnieżyca i mgła. Czekamy. Jemy śniadanie. Czekamy. Dzwonimy do znajomych: módlcie się! Czekamy.
10:00 "Ze względu na złe warunki pogodowe zawieszamy wszystkie loty. Kolejne ogłoszenie o 11:00". Niedoszli (przyszli?) pasażerowie drzemią na podłodze. W szybę uderza śnieżka. To obsługa lotniska się nudzi za oknem, piguły latają już masowo.
10:30 "Lot do Parmy został odwołany. Pasażerowie proszeni są o odbiór bagaży". Mało kto wierzy jeszcze, że odlecimy.
11:00 "Odwołane zostały następujące loty: Saragossa, Bolonia, Knock, Kerry, Kraków, Wrocław…" – i kilkanaście innych. Lotnisko pustoszeje. I tylko ten jeden komunikat:
"Pasażerowie podróżujący do Poznania proszeni są o ustawienie się przy wyjściu nr 40".
Ponoć w telewizji podano już, że lotnisko zostało zamknięte. Gwar niedoszłych podróżnych, opuszczających terminal, powoli cichł. Staliśmy przy wyjściu, nie wierząc, że odlecimy. Jeszcze w samolocie, gdzie przywitały nas kojące dźwięki Mozarta, zastanawialiśmy się, czy nas nie cofną do bramek. Jeszcze kiedy czyszczono skrzydła ze śniegu, nikt nie był pewien, czego się spodziewać.
Podobno byliśmy jedynym samolotem, który po dziewiątej opuścił Stansted.
Bóg mnie kocha.
P.S. Dziękuję wszystkim, którzy się modlili. Wymodliliście.
Odsłon: 479 Komentarzy: 7
Monday,26 October 2009,19:33
Kategoria: Ogólne Monday, 26 October 2009, 19:33
"Est enim amicitia omnium divinarum humanarumque rerum cum benevolentia et caritate consensio." (M. Tullius Cicero)
Wczoraj do późna w nocy rozmawiałam z – no właśnie, z kim? Jakże ubogi jest język, skoro nie znajduję w nim określenia na relację międzyludzką znajdującą się gdzieś między koleżeństwem a przyjaźnią. Bo z nazywaniem czegokolwiek tym ostatnim mianem jestem bardzo ostrożna – dużo bardziej niż z mówieniem o miłości. I o tym właśnie rozmawiałyśmy, o przyjaźni – bo okazało się, że jej pojmowanie nie jest tak proste i oczywiste, jak mi się wydawało.
Chyba każdy prawidłowo funkcjonujący w społeczeństwie człowiek ma wokół siebie krąg znajomych, których z braku lepszego określenia nazywamy przyjaciółmi. Ludzi, z którymi można przysłowiowe konie kraść, na których można liczyć, którym można zaufać, którym można powiedzieć o sobie wszystko – i vice versa. Przychodzi mi do głowy niejedna osoba, na której telefon natychmiast przyjechałabym w środku nocy. Niejedna osoba powierzyła mi swoje tajemnice, niejednej opowiadałam o bardzo osobistych sprawach, wiedząc, że mogę liczyć na wysłuchanie i dyskrecję.
To są bardzo dobre i piękne relacje, które cenię, a dla osób w nie zaangażowanych zrobiłabym wiele i mogłabym poprosić o wiele. Dla uproszczenia w codziennej mowie nazywam te osoby przyjaciółmi, bo mimo sporych wątpliwości wydaje mi się to slowo dużo bardziej adekwatne niż niezobowiuązujące "koleżeństwo". Ale nie przypominam sobie, by zdarzyło mi się mówić w takich przypadkach o przyjaźni. Bo przyjaźń oznacza dla mnie dokładnie to, co wynika z etymologii – że jestem "przy jaźni". Że w obcowaniu z prawdziwym przyjacielem niemal fizycznie dotykają się dusze. Że czuję, jakby ktoś połowę mojej duszy wyrwał z mojego ciała i zamknął w innym. Że kiedy wiem o cierpieniu przyjaciela, przeżywam niemal organiczny ból, może bardziej niż gdybym sama cierpiała.
Weźmy osobę, z którą wczoraj rozmawiałam. Bywało między nami lepiej lub gorzej. Rozmawiałyśmy o wszystkim – o naszych miłościach, o kryzysach wiary, o codziennych troskach i wielkich problemach. Mamy wspólny system wartości, podobne cele, niektóre z nich wspólnie realizujemy. Pocieszałyśmy się, wysłuchiwałyśmy, wspierałyśmy w chwilach kryzysu. Widziałyśmy swoje łzy i radości. A jednak podczas wczorajszej rozmowy nie potrafiłyśmy sobie w pełni przekazać myśli. Być może to wina różnych doświadczeń, być może różnego wychowania, być może różnych charakterów – powodów można by znaleźć wiele. Tak czy inaczej, mimo pełnego uwagi i życzliwości w słuchaniu swoich poglądów żadna z nas nie potrafiła tak do końca zrozumieć drugiej.
Są i inne osoby, z którymi utrzymuję podobne relacje. Zawsze jednak przychodzi taki moment przykrego doświadczenia, że w jakimś sensie taka osoba wymyka mi się, że nie potrafię "być nią". Tymczasem czasami – bardzo, bardzo rzadko, może raz w życiu, może kilka – pojawia się osoba, która naprawdę jest, jak pisał Cyceron, "alter ego" – "drugim ja". Albo inaczej, słowami innego klasyka, Horacego, "dimidiae animae meae" – "połową mojej duszy". Wtedy obok życzliwości i miłości, którymi powinno się darzyć każdego człowieka, ale które szczególnie odnosimy do ludzi, których nazywamy przyjaciółmi, pojawia się pełne zaufanie i totalne zrozumienie – trzeci, najważniejszy element Cycerońskiej definicji. I o ile dwie pierwsze jesteśmy w stanie wypracować, to ten ostatni po prostu jest lub go nie ma, a to, czy spotkamy człowieka, z którym połączy nas prawdziwa przyjaźń, pozostaje w rękach Opatrzności.
Kiedy po raz pierwszy czytałam "Leliusza", nie rozumiałam Cycerona. Wydawało mi się, że unosi się egzaltacją, że tworzy jakąś utopię, która nie ma prawa istnieć w realnym świecie, lekceważąc tym samym piękno tej relacji, która wtedy wydawała mi się kryć pod nazwą "przyjaźń". "Est enim amicitia omnium divinarum humanarumque rerum cum benevolentia et caritate consensio". "Przyjaźń jest bowiem niczym innym jak zgodnością we wszystkich sprawach boskich i ludzkich, połączoną z życzliwością i miłością" – czy to nie są jakieś filozoficzno-poetyckie brednie? Czy to nie przesada: że przyjaźń musi byc wieczna? Że zdarza się niezmiernie rzadko? Że ludzie nią połączeni nie chcą się ze sobą rozstawać? Że kiedy cierpi przyjaciel, ja tego cierpienia doznaję w nie mniejszym stopniu? Że nieszczęścia nie są nieszczęściami, kiedy mamy obok siebie przyjaciela? Tak, tak mi się kilka lat temu wydawało, że to naiwny idealizm.
Co sprawiło, że zmieniłam zdanie? Łatwo się domyślić – doświadczenie. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, są sprawy, których człowiek nie jest w stanie zrozumieć, dopóki ich sam nie przeżyje. Ale kiedy już tak się zdarzy, okazuje się, że rzeczywistość przerasta wszelkie wyobrażenia – nawet te, jak mi się wydawało, wyidealizowane do granic możliwośc rozważania Cycerona. I za to, że Bóg pozwolił mi się o tym przekonać, będę Mu dziękować do końca moich dni.
Odsłon: 369 Komentarzy: 1
Wednesday,08 July 2009,15:36
Kategoria: Ogólne Wednesday, 08 July 2009, 15:36
Czasem żartuję, że mogłabym być panią z dziekanatu. Praca uczciwa, godziny i zakres obowiązków jasno określony, a do tego niewiele trzeba, by studenci całowali po rękach. Zazwyczaj wystarczy uśmiech.
Kiedy szłam na studia, naczytałam się strasznych historii o upiornych paniach z dziekanatu. Że nic nie robią, że wrzeszczą, że pomiatają studentami, że nie idzie z nimi nic załatwić. Jakież zatem było moje zdziwienie, kiedy po raz pierwszy otworzyłam drzwi dziekanatu – popełniając przy tym na starcie pierwszy błąd, z którego zdałam sobie sprawę dopiero później. Nie zapoznałam się mianowicie z godzinami "przyjęć". Według informacji z kartki dziekanat stał dla studentów otworem od 9 do 12, co nie zmienia faktu, że zarówno tym pierwszym razem, kiedy to wtargnęłam tam o 15, jak i następnym, zanim jeszcze 8 wybiła, zostałam przyjęta serdecznie i bez żadnych uwag. Nawet próbowałam za problem przeprosić, ale nikt tych przeprosin nie oczekiwał. Przemiła trzydziestokilkulatka cały czas tam była – i to była DLA studentów. Wyjaśniała, załatwiała podpisy, kserowała tajemnicze papiery i nigdy o nic nie miała osławionych dziekanatowych pretensji.
Kiedy zatem zmieniałam studia, najbardziej żałowałam, że drugiej takiej pani z dziekantu już nie spotkam. Pomyliłam się piramidalnie – pani Kasia okazała się prawdziwym Aniołem chodzącym po ziemi. Od czego powinnam zacząć? Może od tego, że lepiej się orientuje w moim indeksie i wszystkich podaniach o sprawy wszelakie niż ja sama (a jest to wyczyn nie lada, bo studiując jeden tylko kierunek chodzę wskutek różnych przedziwnych manewrów równocześnie na zajęcia z rokiem pierwszym, drugim, trzecim, czwartym i piątym na dwóch różnych wydziałach, nie wspominając o zajęciach zaliczanych eksternistycznie)? A może istotniejsze jest to, że kiedy mam do załatwienia sprawę decydującą o moim być albo nie być na studiach, ale nie jestem w stanie przyjść w godzinach pracy dziekanatu (tj. od 10 do 15), umawia się ze mną na 7:30? Może jednak bardziej wzrusza mnie, kiedy dzwoni w sobotę lub przysyła maila, aby przypomnieć o brakującym papierku, którego istnienie (a właściwie niestnienie) nie przyszłoby mi nawet do głowy? A może największą jej zasługą było zarejestrowanie pracy licencjackiej i rozliczenie indeksu w trybie ekspresowym, między pobraniem ostatniego wpisu a egzaminem licencjackim godzinę później? Takie przykłady można by mnożyć w nieskończoność, a i tak nie wyczerpałyby tematu anielskiej dobroci pani Kasi.
Można by pewnie przytoczyć jeszcze panie z dziekanatu, z którymi miałam do czynienia w innych okolicznościach. Nie miałoby to jednak wielkiego sensu, bo ani nie miałam okazji poznać ich tak dobrze jak dwóch wymienionych wyżej, ani ich przykłąd nie wniósłby nic nowego, a jedynie potwierdził tezę, że dziekanaty zamieszkiwane są przez Anioły.
Zastanawiam się, z czego wynika, że zawsze trafiam na takie właśnie istoty, podczas gdy wszędzie wokół słyszy się o starych, brzydkich, nieużytych raszplach, które naprawią błąd popełniony przez zbyt wyrozumiałych egzaminatorów. Może to Przypadek. Może wśród tłumu wrednych i okrutnych zołz udało mi się trafić na tych kilka chlubnych wyjątków. Może.
Jest też inne wytłumaczenie, które przyszło mi do głowy, kiedy załatwiałyśmy z koleżanką dofinansowanie na wyjazd. Zrozpaczona Hania wysyłała mi płaczliwe smsy, że nasze podanie, które zaniosła kilka dni wcześniej do dziekanatu, zaginęło, że panie nic nie wiedzą, że nie mają dla nas czasu, że nie da się z nimi dogadać, że nic się nie da zrobić, że wszystko przepadło… Wzburzyłam się nieco i ruszyłam na podbój dziekanatu, gotowa w razie potrzeby wyłożyć dokładnie (acz niekoniecznie spokojnie), co myślę o niekompetencji pracownic administracji wydziału. Weszłam, powiedziałam z szerokim uśmiechem: "Dzień dobry!" i wyłożyłam sprawę. Zanim zdążyłam wszystko wyjaśnić, pani odparła życzliwie: "A tak, pamiętam, zaniosłam to podanie do pani takiej a takiej, w pokoju takim a takim, ona się zajmuje pocztą i miała przesłać to do jednostki takiej a takiej. Proszę tam podskoczyć i zapytać, czy już wysłała". Podziękowałam, przeszłam się do pani takiej a takiej, która, jak się okazało podanie wysłała, a w jednostce takiej a takiej zostało już przez odpowiednią instancję zaakceptowane. Szok.
Pamiętacie taką przypowieść o piesku i wieży pełnej luster? Nie, nie twierdzę, że potrafię zawsze drugiego człowieka wysłuchać, zrozumieć czy czuć do niego sympatię. Ale na ogół wiele nie trzeba – wystarczy uśmiech i głośne: "Dzień dobry!", a pani z dziekanatu, szatniarka, ekspedientka w mięsnym, kontroler w tramwaju, bibliotekarka, strażnik miejski, pracownica poczty, administrator budynku, egzaminator, żebraczka, windziarz i rzesza innych ludzi nagle staje się zupełnie niegroźna. A nieraz wynika z takiego uśmiechu dużo więcej niż by się człowiek spodziewał.
Na koniec – złota myśl:
SMILE – IT CONFUSES PEOPLE!
I może jeszcze piosenka – wprawdzie nie w wersji kanonicznej, ale Frankowi nie potrafię się oprzeć.
Odsłon: 390 Komentarzy: 2
Sunday,08 March 2009,21:36
Kategoria: Wiadomości Sunday, 08 March 2009, 21:36
Z pracy wracam z reguły wieczorem. Kilka dni temu siedziałam na przystanku tramwajowym, odmawiając nieszpory. Cierpię niestety na uporczywą podzielność uwagi, która sprawia, że kuriozalnych rozmów nie potrafię nie słyszeć. Choć może nazwanie tej ułomności podzielnością uwagi jest pewnym przekłamaniem, bo psalmy na ogół na owym defekcie cierpią. Choć z drugiej strony, jak powiedziałby Tewje Mleczarz, własne myśli przeszkadzają mi w modlitwie bardziej niż cudze rozmowy. Może dlatego najlepiej mi się nurkuje w brewiarz w środkach komunikacji miejskiej.
Ale do rzeczy. Nagle, siedząc na tymże przystanku, usłyszałam jowialne: "Dzień dobry!". Ponieważ przypadki, gdy spostrzegam na ulicy znajomych bez wielokrotnego ich przypominania o swojej obecności pozostają w zdecydowanej mniejszości, profilaktycznie się obejrzałam. Rzuciłam okiem na trzech Młodzieńców, którzy z żadnej strony nie wydali mi się znajomi, następnie skierowałam wzrok na Prześliczną Sąsiadkę z ławki, która się z Młodzieńcami z uśmiechem przywitała, po czym doszłam do jedynego w tej sytuacji słusznego wniosku – że młodzieńców nie znam – oraz do drugiego, mniej, jak się później okazało, słusznego – że zna ich Prześliczna Sąsiadka. Schyliłam przeto głowę z powrotem.
W pewnym momencie uszu moich dobiegło na wpół rytmiczne tupanie. "To był kujawiak!" – usłyszałam dumne zapewnienie Młodzieńca, będącego sprawcą tupania, skierowane do Prześlicznej Sąsiadki. Ponieważ wyczyn Mlodzieńca Pierwszego zafascynował mnie w znacznym stopniu, przyjrzałam się całej trójcy dokładniej. Młodzieńcy mieli lat jakieś trzydzieści. Wszyscy w spodniach od garnituru, koszulach i krawatach, na których tle zdecydowanie wybijały się spodnie (brązowe), koszula (różowa) i krawat (w kolorze niezidentyfikowanym, z grubsza tylko dopasowanym do koszuli) Młodzieńca Pierwszego oraz jego przepiękna opalenizna made in solarium Ot, yuppies, przemknęło mi przez głowę.
"To był kujawiak!" – oznajmił młodzieniec Pierwszy, a Prześliczna Sąsiadka odparowała słodko: "A myślałam, że menuet…". Młodzieńcy zbaranieli. Młodzieniec Drugi wyjąkał w końcu: "Jak, jak? Menua…?". "Menuet" – powtórzyło dziewczę, a kiedy napotkała jedynie nierozumiejące milczenie, wyjaśniła: "Taki taniec średniowieczny.". "Haaa!" – zakrzyknął Młodzieniec Trzeci. "Widzisz? Cofnąłeś się do średniowiecza!". Młodzieniec Pierwszy, radując się szczerze z tak udanego żartu kolegi, wykonał jakiś przedziwny taniec godowy w kierunku śmietnika, śpiewając na całe gardło: "Ooona jeeest ze snuuu, a ubraaaaana w codzieee-e-enność…!". Młodzieńcy Drugi i Trzeci podzielili się z Prześliczną Sąsiadką swoimi wrażeniami co do walorów głosowych kolegi (lub też ich braku) i przy tym akompaniamencie nadjechał mój tramwaj.
Traf chciał, że był to również ich tramwaj. Usiadłam sobie wygodnie (bo to już po godzinach szczytu) i wróciłam do mojego brewiarza, a Młodzieńcy z tyłu – hulaj dusza, poczynając od radosnego: "Dzieeeń dobry!", skierowanego przez Młodzieńca Pierwszego pod adresem Wszystkich Szanownych Pasażerów. Jeden z nich, trzymający w dłoni puszkę piwa (zaznaczam, że jest to jedyny tego typu rekwizyt występujący w naszej historii) nawet się bardzo ucieszył, odpowiadając głośnym a pogodnym: "Niech będzie pochwalony!". Młodzieniec Pierwszy zdębiał, ledwie dając radę wydukać: "Eee, nie, ja nie ksiądz…". Zdaje się jednak, że osłupienie szybko mu minęło, bo już po chwili począł edukować towarzyszy w zakresie perswazji męsko-damskiej, a nie spotykając się z natychmiastowym odzewem postanowił sam zademonstrować rzeczoną sztukę. Co zrobił dwójce Dziewcząt siedzących w pobliżu, rzec trudno, bom nie patrzyła – grunt, że Dziewczęta te, miast załatwić sprawę perswazją o charakterze słownym czy też innym, zaniosły się popisowym chichotem.
Tu nastąpił przystanek. A co z pointą? Pointy, jak to często w życiu bywa, nie ma. Młodzi Wykształceni z Wielkich Miast pojechali dalej, a świat dalej kręcił się w najlepsze.
Jest za to obiecany epilog. Otóż kiedy następnego dnia rano dwie sztuki przyjaciół przyjechały pożyczyć Fionowóz, uświadomiłam sobie nagle, że stoi w centrum. Posłużywszy w sobotę za ostatnią deskę ratunku przed spóźnieniem, biedny samochodzik został bestialsko porzucony przez panią z Alzheimerem, która z przyzwyczajenia powróciła do domu tramwajem. Ale za to ileż wrażeń!
Odsłon: 1259 Komentarzy: 7
Friday,06 March 2009,22:15
Kategoria: Kultura Friday, 06 March 2009, 22:15
Pociąg z Poznania do Frankfurtu to dziwny pociąg. Szczegolnie ten o 15:39 w piątki. Gdyby nie wrodzone poznańskie skąpstwo, jeździłabym bezpośrednio do Berlina, tak się jednak składa, że z przesiadką wychodzi kilkukrotnie taniej.
Pociągiem z Poznania do Frankfurtu jeżdżą zawsze ci sami ludzie. Panie sprzątające w neimieckich domach. Dumne studentki Viadriny. Podstarzały lowelas. Dawna gwiazda Kolejorza, obecnia dorabiająca do emerytury przemytem perfum. Nastolatki wychowane za zachodnią granicą. Handlarze używanymi samochodami.
W pociągu z Poznania do Frankfurtu rozmawia się zawsze na te same tematy. Że Niemcy są wprawdzie obrzydliwymi faszystowskimi połgłówkami, ale jeździć trzeba. Że w Polsce, występującej zazwyczaj pod kryptonimem "ten kraj", nie ma perspektyw. Że za 4000 złociszy miesięcznie na dwie osoby to nie jest życie, tylko egzystencja. Że w "tym kraju" żyją ciemni, zacofani ludzie. Że księża gwałcą i kradną.
Właśnie, księża – i Kościół w ogóle. Temat numer jeden.
- Bo ten cały Kościół, wie pani, to się trzyma tylko dlatego – tak czytałam – że Watykan jest położony na potężnych złożach energii. I oni, wie pani, dzięki tej energii tak się trzymają!
- No właśnie, właśnie! Też o tym czytałam. Siedzą na tych złożach i nic sie z ludźmi nie podzielą! Bzdury jakieś opowiadają o cudach, uzdrowieniach i inne bajki. A to się rozchodzi o to, że jak się biskupów w kółko ustawi, to tam na środku się wytwarza dziura, zerowa energia jest. Aparatem tomograficznym to zbadali! I wtedy, jak się ta dziura zrobi, to wtedy można właśnie uzdrawiać!
- No widzi pani, a oni nic nikomu, tylko dla siebie te tajemnice trzymają! Myślałby kto, że tacy wyjątkowi…
- Właśnie, właśnie! A przecież i tak wiadomo, ze chrześcijaństwo to od tego, no, pochodzi, no, że oni wszystko i tak wzięli z tego, no… Nooo, ci, co tu przedtem byli…
- Ale kto, Nabuchodonozor?!
- Nieee, Nabuchodonozor to był w Mezopotamii…
- No tak, oczywiście, on był w Mezopotamii.
- No, a tamci to tutaj, u nas, nooo… Jak oni się nazywali…
- Nie wiem, kogo ma pani na myśli…
- No, ci, ojejku, jak im było… Poganie, o!
Odsłon: 503 Komentarzy: 1
