Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Kto napisze historię?

Kategoria: Polska Friday, 28 October 2011, 19:10

Odkąd tylko pamiętam, wpajano nam przeświadczenie, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Mówiąc ‘nam’– mam na myśli moje pokolenie, generację od ściany do ściany, zachwycającą się masowo raz sympatycznym papieżem od kremówek, a raz wulgarnym bimbrownikiem z Biłgoraja.  Miała to być rzeczywistość bez wojen i wydarzeń, które odwracają bieg historii, ale za to z panującą wszędzie i po wieczne czasy liberalną demokracją, która zapewnić miała spokój i stabilne życie. Słowem – krótkie streszczenie „Końca historii” Francisa Fukuyamy.

I przez pewien czas tak było. Najpierw marsz ku NATO, później ku Unii Europejskiej, czego ukoronowaniem miało być przystąpienie do strefy euro, dogonienie w rozwoju Niemiec i Francji, a przynajmniej stworzenie drugiej Irlandii i stanie się tygrysem Europy. Trochę – wraz ze znajomymi – zazdrościliśmy przeszłym pokoleniom. Nawet nie tyle wojen i biegania z karabinem, ale pewnej świadomości, że oto na naszych oczach dzieje się historia i wydarzenia o których będą się uczyć w szkołach nasze dzieci i wnuki. Nam pozostało tylko zbieranie plonów osób, które na naszych oczach schodziły z tego świata: żołnierzy drugiej wojny, bohaterów z czasów stalinizmu czy wreszcie ludzi „Solidarności”.

Oczywiście, byli ludzie, którzy narzekali i marudzili. Ostrzegali przed czymś, co w ich teoriach nazywało się wielkim państwem europejskim, którego Polska będzie województwem, a decyzje będą zapadać w Brukseli. Nie przejmowaliśmy się tym, bo nic nie wskazywało na to, że mają rację. Nie przejmowaliśmy się też, gdy bliżej nieokreśleni eksperci ostrzegali, że wielka unia walutowa zwyczajnie nie zda egzaminu, bo łączy państwa o zupełnie różnych poziomach rozwoju i specyfice gospodarczej. W końcu zapewniano nas, że kryteria z Maastricht zrównoważą te różnice, a premier obiecując wprowadzenie euro w 2011 roku, wiedział co mówi. Nie przejmowaliśmy się wreszcie wyliczeniami, że żyjemy na spory kredyt i w końcu będzie trzeba za to zapłacić. Wszystko nam to umykało w szkolnej nauce „Ody do radości” i akademiach na których coraz częściej obok biało-czerwonej  wieszaliśmy lazurową flagę z dwunastoma gwiazdkami.

Dziś wszystko wskazuje na to, że zwyczajnie daliśmy się nabrać, że obietnice o końcu historii były ułudą. Podobnie zresztą jak koniec idei polityki na serio. Chciałbym być dobrze zrozumiany. W końcu nie takie głowy jak moja polemizowały z teorią Fukuyamy, którą może i obalili, ale na pewno nie dali rady jej skutkom. Dalej w przeświadczeniu mnóstwa ludzi polityka skończyła się w roku 1989, a od tej pory niepodzielnie panuje mniej lub bardziej udana współpraca między narodami. Współpraca w której nie ma już niechęci, rywalizacji i sprzeczności interesów, a których miejsce zastąpiła solidarność  i wzajemna pomoc, jeśli nie na całym świecie, to przynajmniej na terenie Unii Europejskiej. I tylko fakty się nie zgadzają, choćby te pierwsze z brzegu. Jakże dobitnie mówi o tym budowa gazociągu północnego, złapanie w Niemczech rosyjskich szpiegów, jakże wreszcie istotnie o tej współpracy międzynarodowej i dobrych intencjach świadczy sprawa śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Ale to tylko fakty. Tym gorzej dla nich.

Pamiętam też jaki – oprócz przerażenia - śmiech nas ogarniał, gdy w gimnazjum, liceum i na wszelakich spotkaniach (bo gwoli ścisłości, na komunizm w szkole zawsze poświęcony był czerwiec, gdy trzeba było dbać o oceny końcowe, a nie o naukę) uczono nas o świecie komunistycznym. Nie mogliśmy pojąć jak można było święcie wierzyć w te dyrdymały o przyjaźni polsko – sowieckiej, w pocałunki Jaruzelskiego z Breżniewem, w tę konstytucję z ‘przewodnią rolą partii’… A jednak można było wierzyć. Albo przynajmniej udawać, że się wierzy. Mamy wraz ze znajomym (a daleko mu do definicji klasycznego pisowca), gdy zapętlimy się już w politycznej dyskusji, niezłą zabawę – mianowicie wyobrażamy sobie co z dzisiejszych wielkich, nośnych i niezwykle istotnych tematów pozostanie za dwadzieścia albo pięćdziesiąt lat. I niespecjalnie nam wesoło na myśl o tym, co przyszłe pokolenia będą twierdzić o rządzie, który oddał za darmo śledztwo w sprawie śmierci prezydenta swojego kraju. Co napiszą satyrycy o tym, że narzucało się nam (bez naszej reakcji) absurdalne i kosztujące miliardy złotych pakty klimatyczne, że ustalano gdzieś w Brukseli granice wydobywania węgla i gazu, marchew uznano za owoc, a także opisano dopuszczalną krzywiznę banana. Co w swoich pracach naukowych opiszą historycy w sprawie odpuszczenia gazociągu północnego, przytakiwania każdej decyzji, która zapadła w Berlinie czy Paryżu i nazywania tego przez ministra spraw zagranicznych ówczesnym celem polityki, co wreszcie napiszą o hołdowaniu komunistycznych oprawców w wolnej i niepodległej Polsce.

A może nic nie napiszą? Przecież historię piszą zwycięzcy.

Odsłon: 110 Komentarzy: 1


Klęska. Ale nie koniec.

Kategoria: Polska Monday, 10 October 2011, 12:38

Wynik tych wyborów jest dużą porażką dla szeroko rozumianej prawicy w Polsce. Już zaczyna się szukanie winnych. Jedni będą dowodzić, że PiS przegrał z powodu zbyt łagodnej kampanii, inni, że z powodu zbyt ostrej końcówki albo braku debaty z Tuskiem, jeszcze inni, że przyczyną byli ‘zdrajcy’ z PJN. Jakikolwiek jest tego powód, to prawda jest jedna: PiS zwyczajnie nie dotarło do innych wyborców niż swoi. Tak jak nie dotarło (w swojej lidze, zachowując odpowiednie proporcje) PJN czy KNP. PiS jest zablokowany, inne partie ledwo zipią. Przyczyna? Może jest tak, że o poważnych sprawach da się dyskutować tylko na poważnie, bez specjalnych ‘narracji’, bez tanich chwytów piarowskich i bez sztuczek wizerunkowych. Może. A może po prostu brakuje po prawej stronie ludzi i pomysłów na to jak poważne sprawy opakować w łatwiej przyswajalne opakowanie.

Przyswajalne opakowanie, którego nie zabrakło Platformie, dla pewności podpartej Palikotem. Te dwie partie zdobyły ponad połowę głosów wśród najmłodszej grupy wiekowej (18-25 lat). Jeszcze mocniejsze wyniki podaje Centrum Edukacji Obywatelskiej, które przeprowadziło akcję „Młodzi głosują”. I tak wśród uczniów szkół ponadgimnazjalnych – Ruch Poparcia zdobył ponad 36%, najwięcej spośród wszystkich partii.

Potraktowali oni (a może my, w końcu sam reprezentuję to pokolenie) politykę jako śmieszny happening, który dobrze ilustruje plakat ‘zrób kawał proboszczowi – zagłosuj na Palikota’ i założona jeszcze w trakcie ogłaszania wyników grupa na facebooku ‘Boję się Budapesztu w Warszawie’. Wiem o czym mówię, bo zwolennicy Palikota są także wśród moich rówieśników, kolegów ze studiów, ale także z Żylety czy nawet – o, ironio! – z kościoła. Potrafią rano zagłosować na partię Palikota, a wieczorem iść do komunii.

Żeby nie było – to nie pretensje czy malkontenctwo, to opis rzeczywistości.  Bo głównym problemem jest brak powiązania  tego, że polityka oddziałuje bezpośrednio i pośrednio w nasze życie. Telewizja i media sprowadziły wybór partii i polityka do czegoś w rodzaju wyboru ulubionego klubu piłkarskiego albo kabaretu. Owszem, sporo jest w tym zasługi po stronie polityków, którzy partie traktują właśnie jak sportowe kluby. To przecież z ust samego premiera dało się słyszeć marzenie o ‘politycznej Barcelonie’.  Nawet Ci, którzy zaangażowali się i obejrzeli kilka telewizyjnych debat albo konferencji – wyszli z niczym. Nie ma co ukrywać – polityków dziś ocenia się przez pryzmat przebicia, swobodnej mowy, szybkich ripost i chwytliwych haseł, a nie programów, idei i pomysłów. Można się na to zżymać, próbować to złamać albo po prostu zagrać w tę grę.

Przebolałbym to, że prawica nie potrafi w nią grać, że nie dociera do młodych ze swoją wizją państwa i polityki. Ale przeboleć nie mogę fenomenu Palikota, którego już teraz Piotr Pacewicz bierze pod swoje skrzydła i cieszy się, że ‘Palikot nam się udał’.Pacewicz triumfuje, że udało się wprowadzić do Sejmu człowieka, dzięki któremu Wiejska będzie ‘weselsza, ciekawsza, żywsza’, cytuje przesyłane z nim smsy, jest podekscytowany jego osobą. Jak ręką odjął zniknęły jego chamstwo i warcholstwo. Czy jest w stanie stać się polskim Zapatero? Lewacką narrację już przyjął. Na nic więcej nie pozwoli mu układ sił w parlamencie, ale jestem w stanie sobie wyobrazić dyskusję zastępczą – już nie o kibolach, ale na początek o edukacji seksualnej w szkołach, a w końcu o aborcji. Wejście Palikota może być przyczynkiem do większych wojen ideologicznych, które zakończyć się mogą, przy obecnym układzie sił w parlamencie, tylko zliberalizowaniem prawa i pójściem za przykładem Europy. Niekomentowane są jego kadry, które – posługując się językiem Jarosława Gowina – są miejską wersją Samoobrony. Niekomentowane są także-  co ważniejsze – osoby go wspierające i tworzące jego kampanię. Widząc w sztabie Palikota Jerzego Urbana i słysząc oklaski dla niego – miałem odruch wymiotny i nieprzyjemne ciarki na plecach. Ale on jest już traktowany jako zgryźliwy starszy pan, który umie pokazać ‘czarnym’ miejsce w szeregu. To co robił za komuny jest absolutnie nieważne, odległe jak panowanie Krzywoustego, jest historią o której trzeba zapomnieć, z której nie wyciąga się wniosków. Podobnie w przypadku Jaruzelskiego, którego gdzieś tylnymi drzwiami wpuszczono – choćby przy krzywym spojrzeniu premiera Tuska – do Pałacu Prezydenckiego. Dziś na salony wprowadza się Urbana. Kto będzie następny?

I last but not least, choć to temat na głębszą refleksję niż jeden akapit  - wybory to także kolejny przykład tego, że głos Kościoła jest coraz słabszy. Narrację na tematy wiary Kościół oddał – przy biernej postawie konserwatywnych polityków – Palikotowi. Nie było odtrutki, nie było kontrprzekazu, Kościół został zepchnięty do siedzenia cicho. A może sam się zepchnął. Biskup Pieronek już dziś mówi, że wejście Palikota do Sejmu to nie tragedia, że jego ataki na chrześcijaństwo z pewnością ustaną. To może pójdźmy krok dalej, księże biskupie. Sejm będzie żywszy, weselszy i bardziej kolorowy, a to przecież plus. Kościół traci głos – także na własne życzenie. Oprócz lakonicznych listów z Episkopatu i kilku postaci, które można traktować bardziej jako wyjątki od reguły – nie słychać go. A może coraz słabszy Kościół to zwyczajnie efekt laicyzacji? Tak czy owak żadna laicyzacja nie zwalnia Kościoła z odpowiedzialności za dobro państwa i zbawienie (pora sobie przypomnieć takie słowo) jego obywateli. Może trzeba zorganizować wielką krucjatę modlitewną za kraj, może trzeba skończyć z mitem pokolenia JP2, które miało zapatrzone w wizerunek papieża Polaka niejako z rozpędu wejść w koleiny przygotowane przez Wojtyłę. Koleiny może i są, ale pokolenie JP2 stało się bardziej pokoleniem JP, Janusza Palikota. Rok 2012 został ustawiony rokiem ks. Skargi. To może jeden cytat: „Rzecze kto, ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa się i wdawać się winien, nie w rządy jej, ale aby jej grzechy nie gubiły i wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie nie ginęły.” Za bardzo patetycznie? Ale przynajmniej na serio. Kościele, mów głośniej, jak apeluje Vaclav Klaus. Mów głośniej, bo nas, konserwatystów czekają ciężkie czasy.

Nie ma się co łudzić, że PO będzie nas reprezentować albo że PiS w jego obecnej wersji jest zdolny przełamać dominację Platformy. Wyjścia są dwa: albo nauczyć się i próbować mówić o poważnych sprawach w sposób nowoczesny i ciekawy, zainteresować ludzi polityką i sprawami publicznymi, przejąć inicjatywę w promowanych tematach albo zostać na tym etapie, gdzie jesteśmy. Z XIX-wiecznym stylem prowadzenia polityki, ze smutnymi minami i przekazem, który zawsze odbijać się będzie o medialno-piarowsko-establishmentowy sufit. Sufit, na który zawsze będzie można zwalić winę w razie niepowodzeń. Może faktycznie trzeba po prostu czekać na lepszy wiatr. Ale to chyba za mało.

Odsłon: 279 Komentarzy: 1


Kampania bez energii

Kategoria: Polska Friday, 23 September 2011, 11:03

Tegorocznej kampanii - w odróżnieniu do poprzednich - brakuje energii. A zostały tylko dwa tygodnie.

Raport Fundacji Republikańskiej o zawodach z ograniczonym dostępem mógłby stać się niezłym przyczynkiem do merytorycznej dyskusji w kampanii wyborczej. Niestety, żadna z partii nie zdołała i nie chciała się nad nim pochylić. O ile w przypadku rządzącej Platformy Obywatelskiej jest to dosyć oczywiste (wszak nikt kto rządzi nie chce się chwalić tym, że jest źle), o tyle brak reakcji ze strony Prawa i Sprawiedliwości może zdumiewać. Wszak to w ciągu dwóch lat rządów tej partii, z mniejszym lub większym (częściej z mniejszym) powodzeniem próbowano rozbić sufit, od którego co roku odbijają się absolwenci prawa czy medycyny. Brak reakcji z jednej, jak i z drugiej strony jest świetną ilustracją tego pod jakim hasłem upływa mijająca już kampania. Hasłem bylejakości.

Rok 2005 przyniósł wielki spór Polski solidarnej z Polską liberalną. Obie te wizje bardziej uzupełniały się niż wykluczały, a przede wszystkim były efektem odrzucenia przez społeczeństwo atmosfery z czasów afery Rywina i rządów SLD. Dwa lata później Donald Tusk świetnie wyczuł nastroje społeczne i przy poparciu mediów (co nie było i niestety dalej nie jest bez znaczenia) poprowadził Platformę do zwycięstwa, rzucając hasła drugiej Irlandii, cudu gospodarczego i otwarcia się na Europę. Obie te kampanie niosły ze sobą pozytywny przekaz, zachętę do ruszenia się sprzed telewizorów i grillów do lokali wyborczych. Tegoroczna nie ma w sobie tych emocji, tego poweru, czuć, że obu sztabom największych partii - jak nazwałby to Eryk Mistewicz - zabrakło pomysłu na narrację,.

Taką narracją mogłaby się stać gospodarka i sposoby na wyjście z nadciągającego (trwającego?) kryzysu, i faktycznie gdzieś w tle ten temat istnieje. Problem w tym, że różnice pomiędzy dwoma największymi ugrupowaniami (a można śmiało do tego wliczyć pozostałe partie z parlamentu) są znikome. O wiele łatwiej skupić się na jeżdżeniu w teren, z jednej strony z krytyką rządu, a z drugiej z jazdą tuskobusem i spędzaniu sympatycznych chwil z kołami gospodyń wiejskich i lokalnymi władzami. Ktoś słusznie powie, że opozycja ma święte prawo krytykować rząd. Owszem, ale my jako wyborcy mamy równie święte prawo wymagać pozytywnego przesłania, konkretów i do bólu merytorycznych analiz. Zwłaszcza, że w PiS jest od tego coraz więcej osób.

Coraz więcej, bo otwarcie się partii Kaczyńskiego na środowiska uczelniane (liczne grono profesorskie) i ośrodki analityczne (Instytut Sobieskiego, Fundacja Republikańska) pozwala nie tylko myśleć o zwycięstwach w debatach z ekspertami ze strony rządowej, ale przede wszystkim mieć nadzieję na inne spojrzenie na problemy Polski. Problem z ‘nowym’ (bo przecież Ci ludzie działali od jakiegoś czasu w przestrzeni publicznej) skrzydłem PiS jest taki, że ciężko uwierzyć w to otwarcie partii. Weryfikację tego czy nie staną się oni zwykłymi partyjnymi żołnierzami będzie można przeprowadzić po wyborach, w trakcie posiedzeń i głosowań nowego Sejmu. A może przyciągnięcie nowych, kompetentnych i często młodych osób na listy jest tylko próbą poszerzenia elektoratu? Choćby w Warszawie, gdzie przy nieobecności na listach Kongresu Nowej Prawicy i Unii Polityki Realnej, jednym z najbardziej wolnorynkowych kandydatów wydaje się być Przemysław Wipler, który już zresztą dostał poparcie od Marka Jurka. Ciekawe jak ze swoimi wolnorynkowymi poglądami zmieści się w partii – delikatnie mówiąc – niekojarzonej z wolnościowym podejściem do gospodarki. Inną przyczyną poszerzenia list PiS może być – jak zauważył Jacek Karnowski w „Uważam Rze” – chęć budowania opozycyjnego klubu, w którym znajdą się ludzie zdolni do wygrywania telewizyjnych i sejmowych debat. Chciałbym wierzyć, że jednak powody są inne.

Wreszcie sprawa mediów. Narzekania dziennikarzy i publicystów nad ‘brakiem rzetelnej i merytorycznej debaty’ idą w parze z promowaniem przez nich w serwisach ‘przekazów dnia’ i kompletnie błahych newsów w stylu napotkanych przez premiera w trakcie tournee ludzi, a z drugiej strony nad rozmyślaniami czy papryka będzie dobrym gadżetem dla partii Kaczyńskiego. Tak, wiem, szukanie narracji... Ale gdy media (łącznie z naszym portalem) nie wspominają o rewelacjach „Dziennika” w sprawie przejęcia przez Rosjan co piątej firmy zajmującej się wydobyciem gazu łupkowego w Polsce, to wcale nie dziwi fakt, że najjaśniejszymi postaciami tej kampanii są Staruch i Nergal. Swoją drogą – znów kalam własne gniazdo – niezwykłym posunięciem było zaangażowanie przez „Gazetę Polską” tego pierwszego jako felietonisty. Sprawa jego zatrzymania budzi wiele zastrzeżeń i należy ją wyjaśnić, ale – mówiąc Dariuszem Rosiakiem – nie jest to dobrze zapowiadający się młody socjolog ani więzień sumienia. Nie przesadzajmy, proszę, w tej wojnie kiboli Platformy z kibolami PiS. Po jednej i po drugiej partii za kilka, kilkanaście lat nie będzie śladu, a niesmak pozostanie.

Jedyne analizy tego w jakim stanie jest państwo, poza kwartalnikami w stylu „Rzeczy Wspólnych” czy „Arcanów”, można czasem znaleźć – jak w ostatnim numerze – w „Uważam Rze”. Co po drugiej stronie? Będąc kiedyś w radiowej Trójce na nagraniu jednego z odcinków „Biura rzeczy znalezionych”, zapytałem Jadwigę Staniszkis o „Gazetę Wyborczą”. Pani profesor odpowiedziała, że tym środowiskiem nie warto się zajmować, że nie jest w stanie zaproponować dziś żadnej sensownej debaty, że jest totalnie wypalone. Wypowiedź potraktowałem nie do końca na poważnie, ale sądząc po absurdalnych atakach na publicystów „Rzeczpospolitej” po tym gdy jacyś idioci wymalowali debilne hasła w Jedwabnem, widzę, że miała rację. Tylko czekam na te parę tygodni, gdy po wyborach Seweryn Blumsztajn dostanie zielone światło na walkę z faszystami z Marszu Niepodległości. Sądząc po ostatnim felietonie, widać, że Pana świerzbi, panie Sewerynie. Proszę się nie krępować, brunatna fala przecież wzbiera na sile.

Tak czy owak, cała ta kampania jest w tym roku strasznie blada. Nie widać na horyzoncie ani narracji, które pociągają za sobą tłumy, ani merytorycznych analiz, ani nawet kolorowych i ciekawych spotów. Gdyby nie kandydaci SLD (Naczas, Wijas, Wabnic – kto nie wie o co chodzi, niech wpisze te trzy nazwiska w google i obejrzy ich spoty), nie byłoby nawet śmiesznie. Licha ta kampania, dla każdej z partii przydałby się energy drink, może być nawet o smaku paprykowym. Licho. Ale pozostały jeszcze dwa tygodnie. Cisza przed burzą?


Odsłon: 87 Komentarzy: 0


Nie dacie rady

Kategoria: Polska Wednesday, 20 July 2011, 20:23

Macie wszystko. Sondaże, telewizje, ministerstwa, władzę. Możecie wpajać nam do głowy słuszny tok myślenia od przedszkola po koniec studiów, odpowiednio ustawiać nas we wszelkich sprawach: od decyzji w sprawie kupna jogurtu, przez głosowanie w wyborach, po decyzje w sprawach wiary i moralności. Ale nie dacie rady.

Likwidujecie prawie wszystkie lekcje historii w liceach. Uczniowie już dziś nie docierają z materiałem dalej niż do II wojny światowej, bo brakuje czasu na powtórki do matury. Teraz nie zdążą przerobić nawet tego. Owszem, może ze szkół średnich wyjdą osoby lepiej przygotowane do swoich studiów, ale na hasło ‘żołnierze wyklęci’ czy ‘grudzień 70’ będą reagować wytrzeszczem oczu. Ale choćby licea miały ewoluować w kuźnie wyprofilowanych pracowników, choćby każdą historię w szkole miały zastąpić zajęcia z przygotowania do zawodu, to nie dacie rady wykorzenić fascynacji tą częścią naszej kultury. Ta wiedza dotrze do ludzi, jest IPN z ich kapitalnym biurem edukacji, są świetne instytucje jak muzeum powstania, jest wreszcie wielu ludzi, także historyków i nauczycieli, którzy o poziom wykształcenia młodych Polaków będą się troszczyć. I tylko żal, że to wszystko musi się odbywać poza systemem, na własną rękę i tylko dzięki ludziom dobrej woli.

Od historii łatwo przejść do języka polskiego. Usuwacie większość pozycji z kanonu lektur dla licealistów. Pozycji obowiązkowych w nowym kanonie jest tak niewiele, że na każdy rok nauki w szkole ponadgimnazjalnej przypadają raptem cztery książki. Cztery książki rocznie – to naprawdę granica możliwości nastolatka? Ja wiem co powiecie: że nikt tych książek i tak nie czyta, że zamiast godzin spędzonych przy lekturze, królują streszczenia, filmy i omówienia. Ale usuwanie pozycji z kanonu jest wylaniem dziecka z kąpielą, to jak zamykanie całych stadionów z powodu burd garstki kibiców. Poloniści będą z tym walczyć, będą przerabiać inne książki, także te nieobowiązkowe i niepolecane przez MEN. Ale dlaczego mają to robić bez wsparcia ministerstwa, a często wbrew jego decyzjom?

Uważacie, że matury w tym roku nie zdało 25% Polaków, bo była za trudna, bo ‘to był słaby rocznik’ (zwrot prosto z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej). Ręką jednego ze swoich lewicowych apologetów namawiacie do zaliczenia jej wszystkim, do potraktowania jej jako kolejny sprawdzian z przymrużeniem oka, jako rozszerzony egzamin gimnazjalny, który każdy musi zaliczyć. My (choćby piórem Piotra Legutki w najnowszym „Uważam Rze”) próbujemy się zastanowić co jest nie tak, gdzie tkwi problem w naszej edukacji i jak można maturze przywrócić splendor i jakość. Wy na bardzo prosto i nienatarczywie stawiane pytania (jak choćby Piotra Zaremby) odpowiadacie co najwyżej szyderstwem i łapaniem za słówka. Tak się nie da rozmawiać o problemach, nie mówiąc o ich rozwiązywaniu.

Wy z tych problemów kpicie. Piszecie artykuły, w których namawiacie do palenia lektur, nabijacie się z opisów wsi w lekturach, szydzicie z martyrologii i patriotyzmu „Dziadów”. Pozwolę sobie na cytat: „Ta duchowa i artystyczna pornografia nadaje się dziś na Krakowskie Przedmieście, do recytacji dla przebywających na wolności zdrowo obłąkanych pacjentów Polskiego Zakładu Polskości, a nie do publicznych szkół.” (Janusz Rudnicki, „Palę lektury”, wyborcza.pl i ichniejszy magazyn „Książki”). To nie dyskusja o sensowności jednej czy drugiej pozycji i propozycja zastąpienia je innymi, nad czym warto się zastanowić i o czym warto rozmawiać. Wy nie chcecie dyskutować, od razu przechodzicie w szyderstwo i kpinę, bo zakrzyczeć i obśmiać jest najłatwiej, najbezpieczniej. Ale nie dacie rady. Bo coś powoduje, że ciarki na ciele pojawiają się przy Wielkiej Improwizacji Konrada, przy wizycie Kordiana u papieża, choćby było to faktycznie przebrzmiałe patosem, a nie przy dziełach wydanych przez Krytykę Polityczną.

Bo Wy patosem gardzicie. Nie możecie pojąć po co Ci ludzie z „Polskiego Zakładu Polskości” czekali po kilkanaście godzin, aby oddać hołd (Boże, cóż za patetyczne i przebrzmiałe słowo!) prezydenckiej parze. Nie możecie pojąć dlaczego młodzi ludzie w reakcji na wydarzenie niezwykłe, ubierają się w harcerskie mundurki i pomagają układać palące znicze, na szyję zakładają biało-czerwone barwy, a do rąk biorą różańce. Jak napisał Rafał Ziemkiewicz w „Zgredzie” – my instynktownie wyszliśmy na ulicę, Wy cofnęliście się do mieszkań. Owszem, nie na długo. Tworzyliście alternatywę – spektakle nienawiści Dominika Tarasa, protesty przeciw pochówkowi na Wawelu – i co, te jednorazowe wybryki to Wasza odpowiedź? Może i byliście bardziej weseli, śmieszni, kolorowi, ale tylko na tyle Was stać? To wszystko na nic. Rodzice nie rezygnują z katolickich przedszkoli i szkół, młodzi Polacy idą do związków harcerskich, tworzą wspólnoty kościelne i organizacje akademickie z Bogiem w nazwie, ba, ośmielają się iść na pielgrzymki (nawet tego zdemonizowanego Radia Maryja) i nie czują obciachu, a dumę. Nawet tych nastawionych hardkorowo nie potraficie za sobą pociągnąć. Wolą marsze niepodległości, zdzieranie gardeł na „Żyletach” i w „Kotłach”, a na ulicy Ikara z roku na rok pojawia się coraz więcej młodych. Nikt nie wzrusza się podczas śpiewanej przy niebieskich ścierach z gwiazdkami „Odzie do radości”, wolimy naszego „Mazurka Dąbrowskiego”, biało-czerwoną flagę i orzełka.  Nie zmienicie tego, nie dacie rady, nie macie w zamian nic sensownego. Czujemy intuicyjnie, że Wasza alternatywa to ściema, że nie macie nam nic do zaoferowania.

Możecie dalej zmieniać i ‘reformować’ edukację. Możecie dalej promować i eksponować jedynie słuszny tok myślenia. Możecie zrobić dziesiątki, a nawet setki „Szkieł kontaktowych” i materiałów w „Faktach”, napisać tysiące felietonów i miliony komentarzy na internetowych forach, dotować z budżetu państwa i dawać fory odpowiednim instytucjom. Możecie nadal nas nazywać oszołomami i pisowcami, choć wielu z nas przy urnie skreśli zupełnie inną partię. Może nawet uda się Wam znów sprowokować Kaczyńskiego i zagrać klasyczny już chyba skecz ‘jak PiS dojdzie do władzy’, może znów wielu się przestraszy i Wam uwierzy. Ale to wszystko ułuda, bo jak to pięknie ujął w niedawnym artykule Witold Gadowski – buntownicy smaku gdzieś tam stoją. Niewdzięczni i mający większe marzenia niż dymiący grill i ciepła woda w kranie. I kiedyś ruszą z miejsca.

Nie dacie rady tego zmienić. Jesteście za ciency w uszach.

Odsłon: 317 Komentarzy: 3


Dajcie im mówić

Kategoria: Kultura Thursday, 26 May 2011, 23:02

Nie jestem sympatykiem Radia Maryja. Często słuchając „Rozmów niedokończonych” natrafiam na manipulację, tendencyjność i bardzo ostre słowa. Ale mamy w Polsce tak dziwnie skonstruowaną debatę publiczną, że zamiast polemizować z toruńską rozgłośnią, należy jej bronić. 

Strona internetowa „Gazety Wyborczej”, po prawej stronie rubryka „Polecamy”. Trafiają do niej teksty, które wg dziennikarzy prowadzących portal są najbardziej godne uwagi. Zazwyczaj znaleźć tam można mniej lub bardziej rzetelne opinie i publicystyczne spory. Ale raz na jakiś czas pojawia się tam odnośnik do jednego z blogów portalu wyborcza.pl, nazwanego „Głos Rydzyka”. Może nie warto byłoby się pochylać nad fenomenem tego bloga, gdyby dziennikarze „Gazety Wyborczej” nie polecali go i gdyby nie był to przyczynek do głębszej analizy tematu.

Idea bloga jest bardzo prosta – analizowanie treści usłyszane w Radiu Maryja, zbieranie sygnałów od czytelników i obśmianie tej radiostacji. Można się co prawda czepiać, że cytowane zdania są wyrwane z kontekstu, okraszone odpowiednim komentarzem i wstępem, że ojca Rydzyka traktują jako główne zagrożenie dla Polski. Ale pal sześć, takie ich prawo żeby szydzić z radia, z osoby publicznej jaką niewątpliwie jest o. Rydzyk i z całej wizji świata prezentowanej na antenie toruńskiej rozgłośni. Ale autor bloga, a w ślad za nim polecająca każdy wpis „Gazeta Wyborcza” idą o krok dalej, czego przeżyć nie mogę. Naśmiewają się z dzwoniących tam ludzi.

Szydera na całego. Śmiechy z pani Janiny ze Świdniny (i jeszcze się ten rym trafił, ryczeć ze śmiechu!), która składa na antenie życzenia o. Rydzykowi, ironizowanie z telefonów gloryfikujących Radio Maryja, z poglądów ludzi, którzy dodzwaniają się na antenę, ze sposobu myślenia tych osób. I tego nie mogę przeboleć. Pewnie, telefony na antenę są różne – od tych przy których człowiek się uśmiechnie, przez te, przy których się zastanowi, na ostrych i przesadzających kończąc. Ale mam nieodparte wrażenie, że te wypowiedzi są niezwykle prawdziwe. Że osoby dzwoniące do Radia Maryja, nierzadko wyładowujące swoją frustrację i ból, dzielące się smutkami i radościami dnia codziennego albo wygłaszające swoje (nie zawsze zgrabnie wyrażone i trafne, ale cóż z tego?) zdanie na temat Polski są ważną częścią społeczeństwa naszego kraju. Osoby, które nie mają innego miejsca w mediach na wyrażenie swojego zdania, na co dzień wykluczone i żyjące gdzieś po cichu, które raz na jakiś czas dzwonią i mówią co im leży na wątrobie. Raz mniej, raz bardziej sensownie. Czy to naprawdę takie straszne?

Podobnie było z tzw. wojną o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Sam napisałem wtedy tekst (http://fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/tylko_pod_krzyzem_tylko_pod_tym_znakiem), w którym polemizowałem z sensownością sposobu w jaki tzw. obrońcy krzyża bronili swoich postulatów i jego obecności pod Pałacem Prezydenckim. Polemizowałem, bo choć rozumiałem troskę i obawy tych ludzi, to nie do końca się z nimi zgadzałem, zwłaszcza z formą wyrażania ich opinii. Tak jak nie do końca rozumiem ideę namiotu na Krakowskim Przedmieściu, który staje się dzięki organizowanym tam mini-wykładom całkiem niezłą formą społeczeństwa obywatelskiego, o które przecież tak mocno walczą wszelkie autorytety, media i politycy. Ale tak jak nie do końca rozumiem formę i sposób protestu tych środowisk, tak nie potrafię milczeć gdy są atakowani.

Nie było mnie w Warszawie, gdy w nocy z 9 na 10 sierpnia pod Pałacem Prezydenckim działy się straszne sceny. Zamiast powtórki meczu Legii z Arsenalem (którego na żywo obejrzeć nie mogłem), gapiłem się w transmisję wydarzeń z Krakowskiego Przedmieścia. Gapiłem się i nie dowierzałem. Nie mogłem pojąć pogardy ludzi skrzykniętych przez Dominika Tarasa. Nie mogłem pojąć i w żaden sposób zrozumieć tej wielkiej nienawiści, która doskonale jest przedstawiona w filmie „Krzyż” Ewy Stankiewicz. Za atakowanymi nie wstawił się prawie nikt.

„Gazeta Wyborcza” dołożyła swoje trzy grosze. Zamiast potępić bandę zwyrodnialców, kręcono spektakl pod tytułem ‘wesoły happening’, ‘polski hyde park’ i ‘wyrażanie wolności słowa’. Te kpiny, pogarda i nienawiść nie utonęły tamtej nocy. One dalej są obecne, skierowane do ‘starszych, niewykształconych, z małych ośrodków’, do Radia Maryja, do wyborców PiS, do osób, które co miesiąc pojawiają się pod Pałacem, do ludzi trzymających namiot, itd. „Przemysł pogardy” trwa dalej w najlepsze, może tylko lekko stępiony przez katastrofę smoleńską. Ale on nie zniknął. I szybko nie zniknie.

Pal sześć, jeśli ta nienawiść głównych ośrodków medialnych i sporej (niestety) części społeczeństwa skierowana jest do kiboli, my damy sobie radę. To silni ludzie, dobrze zorganizowani i mający w głębokim poważaniu opinię publiczną i wizerunek (choć wsadzanie do więzienia za krytykę premiera zasługuje na osobny tekst). Ale słabszego trzeba bronić. Zwłaszcza jeśli są to ludzie słabi, biedni i nieszczęśliwi. Którzy są nękani tylko dlatego, że o coś im chodzi, że mają swoją wizję świata i swój – a niechby nawet kontrowersyjny i niesłuszny – pogląd w danej sprawie. Tak po prostu słabszego trzeba bronić, tego uczy nasza kultura i cywilizacja.

I żeby było jasne – to też charakterystyczne dla poziomu debaty publicznej w Polsce, że ciągle trzeba to podkreślać – zauważam też w Radiu Maryja wiele rzeczy dziwnych, jednostronnych, zmanipulowanych, z którymi fundamentalnie się nie zgadzam. Ale nie mogę zrozumieć dlaczego z tego powodu trzeba nimi gardzić. Zwłaszcza jeśli jest to skierowane nie do dyrekcji, prezenterów czy redakcji Radia Maryja, ale do prostych ludzi. Ludzi, którzy nie mają innego miejsca w debacie publicznej. Dlaczego i to chcecie im zabrać?

 

Odsłon: 693 Komentarzy: 10


Pochwała normalności, czyli "Zgred" Rafała Ziemkiewicza

Kategoria: Kultura Thursday, 28 April 2011, 20:48

Rafał Ziemkiewicz dosyć mocno zapowiadał tę książkę. Że będzie najlepsza z dotychczasowych, że wreszcie bohaterem będzie ktoś pozytywny, że będzie próbą zmierzenia się z czymś więcej niż tylko opisem polskiej rzeczywistości . I trzeba przyznać, że jest to udana próba. 

„Zgred” to dziennik, którego autorem jest dziennikarz, Rafalski. Zbieżność zawartych w tekście osób, wydarzeń i sytuacji na pewno nie jest przypadkowa, aż się prosi o utożsamienie Rafalskiego z Ziemkiewiczem, a „Zgreda” z czymś na kształt pamiętników publicysty „Rzeczpospolitej”. I trochę pewnie tak jest, choć autor broni się przed tym i ostrzega przed takim pójściem na skróty w rozumieniu książki.

Czy jest to najlepsza książka Ziemkiewicza? Ciężko powiedzieć. Bo trudno porównać „Zgreda” z „Polactwem” albo „Michnikowszczyzną”, to zupełnie inne książki, napisane zupełnie w innym celu. Ale wierni czytelnicy Ziemkiewicza odnajdą i coś z klimatu tamtych pozycji. Bo publicyście „Rzepy” włącza się czasem – jak sam to nazwał – specjalny bieg, który ja roboczo nazwałem freestylem. Ci, którzy chcą znaleźć napisaną klarownym językiem ocenę Polski i jej społeczeństwa, nie zawiodą się. W książce dostaje się – często w krótkich, felietonowych wręcz opisach – „Krytyce Politycznej”, rządzącym naszym krajem, trzeciej RP, ale także Kościołowi i środowisku prawicy.  Jeśli miałbym już porównać „Zgreda” z którąś z dotychczasowych publikacji Ziemkiewicza, to z „Ciałem Obcym”, z czym pewnie i sam autor by się zgodził. Tam – bohater negatywny, zagubiony w swoim życiu i niestabilny emocjonalnie Piotruś Pan. Tutaj – ustabilizowany, mający bardzo afirmatywny stosunek do życia Mężczyzna. Przez duże M.

Napisałem w tytule przewrotnie ‘pochwała normalności’, ale tak rzeczywiście jest. Opisy i przemyślenia Rafalskiego dotyczą wszelkich dziedzin życia. Począwszy od tak prozaicznych jak walka z cukrzycą, przez kontakty z rodziną, Bogiem i Kościołem, na filozoficznych (często egocentrycznych, ale taka rola pamiętnika) rozterkach bohatera skończywszy. We wszystkim co dotyczy życia i co opisuje Rafalski, przebija się normalność. Normalność polegająca na tym, że można się cieszyć z faktu posiadania dzieci i modlitwy przy ich łóżkach gdy te śpią, że każda sytuacja w życiu jest jakimś wyzwaniem, że człowiek potrafi odnaleźć siebie poprzez relacje z innymi… W tych wszystkich opisach Rafalskiego jest ukryta filozofia. Często bardzo prosta i jasna, oparta na ‘chłopskim rozumie’ i nieskomplikowanych zasadach , ale da się ją zauważyć. Cytatów podawał nie będę, nie chcę psuć zabawy czytelnikom. Tak, zabawy, bo są także i wesołe fragmenty, jak choćby kapitalne dialogi córek Rafalskiego.

„Zgred” pisany jest w okresie lutego, marca i kwietnia 2010 roku. Akcja pamiętnika – powieści bardzo mocno przyspiesza pod koniec książki. Dziennik kończy się tuż po katastrofie smoleńskiej, której przeżywanie Rafalski bardzo emocjonalnie i niezwykle barwnie opisuje. Zresztą język – jak zawsze u Ziemkiewicza – jest świetny i dosadny, okraszony nielicznymi wulgaryzmami, które doskonale oddają wzburzenie autora przy konkretnych sprawach.

Pisanie recenzji zobowiązuje także do szukania wad, choćby miała być to dziura w całym. Jedyne co może przeszkadzać (co jednak wychwycą tylko wierni czytelnicy Ziemkiewicza), to powtarzanie pewnych tez, założeń i schematów, które można znaleźć w poprzednich książkach publicysty, a zwłaszcza w wydanym ostatnio wywiadzie – rzece „Wkurzam Salon”.

Ale tak jak pisałem – to szukanie dziury w całym, bo książkę czyta się bardzo przyjemnie, do tego zachęca ona do przemyśleń i każe zastanowić się – a co tam, uderzmy w ton patetyczny – nad sensem istnienia, nad rolą naszego życia, nad tym co jest w nim tylko złudzeniem, a co faktycznie ważne i istotne. „Zgreda” warto przeczytać, choćby po to – cytując ojca Rafalskiego – żeby wiedzieć, że w życiu trzeba orać. Ziemkiewicz przez swojego bohatera pokazuje jak to się robi.

 

Odsłon: 275 Komentarzy: 4

Kibol też człowiek

Kategoria: Kultura Friday, 15 April 2011, 20:17

Tekst powstał po to, aby ktoś kto go przeczyta miał spojrzenie na kibiców także z drugiej strony. Aby wiedział, że nie wszystko wygląda tak, jak to przedstawia „Gazeta Wyborcza” i zbliżone do niej media. Że kibol to też człowiek.

Nie chciałem pisać tego tekstu na gorąco, gdy „Gazeta Wyborcza” i usłużnie kopiujące tematy media prowadziły przez kilka tygodni (niektórym wena nadal się nie wyczerpała) wielką nagonkę na kibiców, czy też jak nas się teraz modnie nazywa – ‘kiboli’. Tak, piszę ‘nas’, bo sam czuję się takim kibolem. Nie mam jednak zamiaru tłumaczyć się z tego, ani udawać ‘dziennikarskiego obiektywizmu’ i niezależności. Jeśli coś człowieka dotyka mocno, to powinien o tym pisać i kropka. Bez silenia się na (pseudo) profesjonalny obiektywizm i ‘chłodne spojrzenie’.

To tytułem przydługiego wstępu. Ad rem. Nagonka „Gazety Wyborczej” na kibiców Legii zaczęła się po derbowym meczu z Polonią Warszawa. O co poszło? O… wulgaryzmy na stadionie i odpalone race. To można byłoby przeżyć, chociaż troska mediów Agory o czystość języka jest doprawdy zadziwiająca, zwłaszcza gdy przypomina się spór o komiks o Szopenie, gdzie kompozytor na lewo i prawo rzuca ‘ch…ami’ i gdzie padają tak wesołe określenia jak ‘cweloholokaust’. Wtedy „Gazeta” broniła wolności słowa, ostrej ironii, niekonwencjonalnego podejścia do promocji dobytku narodowego, a ludzi, którzy mieli w tej sprawie inne zdanie nazwała „rodzimymi kołtunami”. Hipokryzja dziennika z Czerskiej biła także po oczach gdy po śmierci jednego z właścicieli Legii Warszawa, część kibiców krzyczała „jeszcze jeden”, nawiązując do drugiego włodarza warszawskiego klubu, a na jednym z meczów pojawił się transparent „Nie płakałem po Wejchercie”. Święte oburzenie jakim zapłonęła „Gazeta Wyborcza” świetnie kontrastuje z promocją na łamach tej samej gazety takich akcji jak koszulki „Nie płakałem po papieżu” czy happeningów Dominika Tarasa, gdzie pod Pałacem Prezydenckim rozrywano pluszowe kaczki, krzyżowano pluszowego misia, a także krzyczano – o, ironio! – „jeszcze jeden”, odnosząc się do drugiego z braci Kaczyńskich.

Warto wspomnieć o innej sferze aktywności dziennikarzy z Czerskiej. W opisie derbowego meczu „Gazeta Wyborcza” dzielnie wspierała delegata PZPN, który wyraził oburzenie z powodu meczowej oprawy („Jedna jest siła w tym mieście, Legia to potęga, a Wy kim jesteście?”), a także nie pozwolił na wniesienie biało-czerwonej flagi z napisem „Wilno Lwów”. Powód jaki podają odpowiedzialne za to osoby jest komiczny, wszak delegatom PZPN i ludziom odpowiedzialnym za bezpieczeństwo na stadionie, flaga ta kojarzy się z… nacjonalizmem oraz faszyzmem. Warto również wspomnieć, że na przedmeczowej ‘cenzurze’ zostają zatrzymane flagi z treścią „Better dead than red” i przekreślonym sierpem i młotem. I tutaj powód jest arcyzabawny – transparenty te mają rzekomo propagować… komunizm. Nie, nie pomyliłem się. To jest sposób myślenia ludzi ze związku.

Ale to nie wszystko. O ile wcześniej opisane flagi zostały cofnięte przed wejściem, o tyle kibice Ruchu Chorzów bez problemu wnieśli olbrzymi transparent w żółto – niebieskich barwach z napisem „To my, Wielki Naród Śląski”. Żeby nie było nieporozumień – nie mam nic przeciwko i takim transparentom, wszak każdy ma prawo do swoich poglądów i idei (choć niezgodnych z moimi), także nastawieni autonomicznie kibice Ruchu. Jednak chciałem zwrócić uwagę na pewną niekonsekwencję i wybiórczość ludzi odpowiedzialnych za ‘czystość ideową’ podczas meczu.

Kolejną sprawą była niezwykle intensywna kampania „Gazety Wyborczej” wobec „Starucha”, czyli kibica prowadzącego doping na stadionie warszawskiej Legii. Osobom, które nie ‘siedzą w temacie’, już wyjaśniam o co chodzi. Otóż po przegranym meczu Legii z Ruchem Chorzów, „Staruch” wdał się w polemikę z jednym z piłkarzy Legii, która skończyła drobnymi rękoczynami. Już nazajutrz obaj zainteresowani wyjaśnili sobie nieporozumienie, a „Staruch” przeprosił piłkarza i został ukarany przez klub. Mało znaczący incydent, w którym obydwu panom skoczyło ciśnienie z powodu troski o swój zespół, został rozdmuchany w mediach Agory do granic możliwości. Można było przeczytać o „pobiciu piłkarza”, a minister sportu Adam Giersz zapowiedział, że zwróci się do prokuratura generalnego o wszczęcie postępowania z urzędu. Tydzień później na meczu Polonii Warszawa z Lechem Poznań, napastnik „Czarnych Koszul”, Euzebiusz Smolarek uderzył w twarz jednego z obrońców „Kolejorza”. Nikt na Czerskiej nawet nie zająknął się o niemoralności tego czynu. Wracając jeszcze na chwilę do ministra Giersza – padł ostatnio pomysł o tym, aby kibiców… sądzić jeszcze na stadionie, tuż po meczu albo i w jego trakcie, w specjalnej sali, przez skype’a. „Gazeta” przyklasnęła temu pomysłowi, nie wspominając o prawie do obrony, do rzetelnego procesu, do tego co w innych krajach jest czymś oczywistym i o czym pamiętała ta sama „GW”, gdy Zbigniew Ziobro proponował sądy dwudziestoczterogodzinne.

To wszystko byłoby nawet zabawne. Można byłoby przymykać oko na aktywność „Gazety Wyborczej”, wytykać jej hipokryzję, głupotę i manipulację. Nic nowego. Ale „GW” z kibicami nie walczy tylko tekstami. Dziennikarze tego dziennika dzwonili do sponsorów warszawskiego klubu, próbując dyskredytować środowisko kibiców. Posunęli się oni nawet do interwencji w… domach dziecka, z którymi ściśle współpracuje Stowarzyszenie Kibiców Legii Warszawa, organizując dla ich wychowanków wyjścia na mecze oraz multum różnych akcji, o których w mediach jest cicho.

I dobrze, że jest cicho. Bo kibice nie robią tego dla poklasku. Tak jak nie chwalą się swoim zaangażowaniem w pomoc materialną kombatantom AK, w organizację obchodów rocznic powstania warszawskiego, we wszelakie akcje niepodległościowo – patriotyczne. Tym że można ich spotkać w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego pod domem generała Jaruzelskiego, tym że są obecni na Marszach Niepodległości, tym że na strasznej „Żylecie” można spotkać sporo kobiet, a nawet dzieci, tym że po minucie ciszy za ofiary katastrofy smoleńskiej spontanicznie odśpiewali hymn narodowy…

Żeby nie było niedomówień – nie piszę tego tekstu, aby wytworzyć jakiś anielski wizerunek kibiców. Są wśród nas osoby, które są na bakier z prawem, którzy mają niezwykłe upodobanie do wszelkiego rodzaju zadym czy rozruchów. Ale są także ludzie inteligentni, wykształceni, dobrze zarabiający. Łączy nas jedno – szczerość w odczuciach i reakcjach. To, że padają na meczu wulgaryzmy, że nierzadko po dziewięćdziesięciu minutach śpiewów nasze gardła pracują na zwolnionych obrotach przez kilka dni, że często poświęcamy cały wolny czas i pieniądze na swój klub, że bardziej od wyniku na boisku interesuje nas dobra zabawa i poczucie wspólnoty. Może to ktoś zrozumieć i w to uwierzyć, może uważać za nienormalne, ale jednego nam nikt nie zarzuci: hipokryzji i dwulicowości.

Tekst powstał po to, aby ktoś kto go przeczyta miał spojrzenie z drugiej strony. Aby wiedział, że nie wszystko wygląda tak, jak to przedstawia „Gazeta Wyborcza” i zbliżone do niej media. Że kibol to też człowiek.

Jesteśmy nieprzemakalni, jesteśmy normalni!

PS. Na zdjęciu oprawa kibiców Legii, poświęcona jedynie słusznej gazecie. :)

Odsłon: 792 Komentarzy: 11


Po co Wam te filmy?!

Kategoria: Kultura Sunday, 27 February 2011, 21:32

"Czarny czwartek", "Generał Nil", "Popiełuszko", "Sprawa rotmistrza Pileckiego"… ileż można?!

Po co Wam te filmy?! Przecież to naszpikowane martyrologią, przesycone patosem i niczym nieuzasadnioną dziś propagandą. Po co wracać do wydarzeń sprzed lat czterdziestu, po co w nieskończoność rozwodzić się nad losem Polski? Już raz przecież naród zagłosował za hasłem 'wybierzmy przyszłość', po co do tego wracać?

Niektórzy tego nie rozumieją. W kinach już jest "Czarny czwartek", w kolejce czeka "Historia Roja", nawet do "Gazety Wyborczej" dodają film o generale Fieldorfie. Ludzie, po co nam to?! Nie lepiej nakręcić dobry romans, komedię albo jakieś niezłe science – fiction? Przecież te filmy niczego nowego nam nie powiedzą.

A oni nic nie rozumieją… szukają inspiracji w życiorysach dawno zapomnianych postaci. Weźmy taką "Scenę Faktu" Teatru Telewizji. Rotmistrz Pilecki, Stanisław Mikołajczyk… a jak już nie życiorysy, to wydarzenia… kogo dziś obchodzi to jak powstała w Polsce partia komunistyczna… Bierut? Finder? Mołojec? To było tak dawno… Pilecki, Mikołajczyk, Fieldorf? Po co dalej tarzać się w cierpiętnictwie, boleściach, w ciągle powracających złych wspomnieniach… patrzmy w przyszłość, wybierzmy przyszłość…

To samo z późniejszym okresem. Niosą człowieka na drzwiach przez pół miasta… jeszcze jakieś dziecko zobaczy i się zgorszy. Kociołek, Jaruzelski, Kliszko… przecież to było czterdzieści lat temu, ludzie się zmieniają… No, sami zobaczcie. Wśród nich są przecież ludzie honoru, ludzie prawi, realiści, pragmatycy…

A nawet jeśli już wspominać te minione wydarzenia. No, sami pomyślcie – przecież to trzeba rozważyć na spokojnie, pokazać drugą stronę medalu. To nie było takie proste, jednoznaczne. I te sceny… wyrywanie paznokci, trup na drzwiach, krew… dajcie spokój. To na to mają iść pieniądze podatników? Jeszcze tylko tego brakuje żeby ktoś podniósł rękę na Okrągły Stół… na Wałęsę już podnieśli, dobrze, że nie zdążyli tego puścić.

Przecież miało być tak dobrze. W szkołach nauczycielom historii zawsze brakuje czasu na przenalizowanie okresu komunizmu. Ledwo z kampanią wrześniową wyrabiają. Przecież trzeba się Mezopotamią i Egiptem zająć. Dawni oprawcy przeszli już przez sito weryfikacji… stali się doradcami, ludźmi honoru… ludzie zapomnieli. To było dawno i nieprawda. A komunizm nie był taki zły. Ot, oranżada w proszku, kolejki po papier toaletowy i ocet na półkach. Groteska, a nie dramat.

Skoro wszystko poszło tak dobrze, to skąd przy każdym takim filmie na plecach ciarki, a w oczach łzy? Skąd tak duża troska o jakichś generałów i ludzi sprzed 30, 50, 70 lat? Skąd to poczucie bezsilności, a zarazem dumy? Skąd te płomyki w oczach na widok polskiej flagi i pierwszych dźwięków hymnu? Skąd ta tęsknota do poczucia wspólnoty rodem z "Solidarności"? No skąd?

Po co Wam te filmy?!

Odsłon: 1072 Komentarzy: 10


Świat nie kręci się wokół Kaczyńskiego

Kategoria: Polityka Sunday, 23 January 2011, 14:43

Przekaz płynący z mediów jest prosty – jeśli masz konserwatywne poglądy, bierzesz odpowiedzialność za wszystko, co powie Jarosław Kaczyński.

Obserwując debatę publiczną w Polsce, nie sposób nie odnieść wrażenia, że absolutnie każda wypowiedź i idea z gatunku konserwatywnych musi być skonfrontowana ze słowami Jarosława Kaczyńskiego, a przynajmniej z linią programową PiS. To absurd, który nie dość, że zabija zdrową wymianę poglądów, to dodatkowo szkodzi całemu obozowi konserwatywnemu (ale i konserwatywno-liberalnemu) w naszym kraju.

Przykład? Proszę bardzo. Dzisiejsza "Loża prasowa" w TVN24. Jednym z dyskutantów jest Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Poruszane tematy – raport MAK, reakcja premiera, debata w Sejmie, odszkodowania dla rodzin zmarłych w katastrofie smoleńskiej. Lisicki przedstawia punkt widzenia bardzo krytyczny dla rządu – obrywa się Tuskowi za opieszałość w reakcji na raport, obrywa się rządowi za zbyt duże zaufanie dla Rosjan i niejasną kwestię zastosowania (bądź nie) konwencji chicagowskiej (czy też jej załącznika, chaos informacyjny w tej sprawie jest ogromny). Prowadząca Małgorzata Łaszcz kontruje, przywołując jakieś ostre słowa Kaczyńskiego. Lisicki dalej tłumaczy swój (swój, jako komentatora, jako redaktora naczelnego, jako dziennikarza) punkt widzenia. Prowadząca nie daje za wygraną – raz po raz zestawia jego słowa z wypowiedziami prezesa PiS. Efekt? Redaktor naczelny „Rz” musi tłumaczyć się, że nie przedstawia zdania Kaczyńskiego, ale swój. Wszystko przy wesołym rechocie Piotra Stasińskiego z „Gazety Wyborczej” i Adama Szostkiewicza z „Polityki”. Powtórka dziś o 21:10, polecam.

Absolutnie każda debata w Polsce, gdzie używane są argumenty zbliżone do konserwatywnych jest od razu konfrontowana ze słowami Kaczyńskiego, z linią PiS. Na pytanie zadane rządowi odnośnie katastrofy, otrzymujemy odpowiedź, że jest to ‘styl PiS’, że zapewne oskarża się premiera o zdradę albo o zaprzaństwo. A w ogóle to jesteście pisowskimi dziennikarzami. Nie wierzą państwo? Krótka relacja „Gazety Wyborczej” na temat niedawnej manifestacji pod kancelarią premiera, która zorganizowana była w obronie konserwatywnych dziennikarzy wyrzucanych z publicznych mediów. „GW” przedstawia każdego z tych redaktorów jako ludzi z nadania PiS, którzy bronią linii prezesa partii, a ich poglądy zdominowane są przez kompleksy wobec „Gazety Wyborczej”. Redaktorzy z Czerskiej, opisując tych dziennikarzy zastosowali stek wierutnych bzdur, przeinaczeń, manipulacji i zwyczajnych kłamstw. Kto ma choć elementarną wiedzę o mediach, z łatwością to dostrzeże. Dowód rzeczowy: http://wyborcza.pl/Polityka/1,103835,8980596,Wykluczeni_2011.html

Nie da się prowadzić normalnej, rzeczowej dyskusji na tematy ważne dla Polski (a taką sprawą jest niewątpliwie raport MAK i wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej) bez wzajemnego poszanowania i chęci wysłuchania drugiej strony. Skoro ‘prawicowych’ (cudzysłów użyty umyślnie) dziennikarzy na dzień dobry utożsamia się z prezesem PiS, to o jakim dialogu my w ogóle rozmawiamy? Nie da się prowadzić rozmowy o Polsce, jeśli wszystko zostanie sprowadzone do wojny PO-PiS. To, że w sprawie raportu MAK dziennikarz ma podobne wątpliwości, co posłowie PiS, nie oznacza, że musi być odpytywany jako adwokat Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiste? Jak się okazuje, nie dla wszystkich.

Ale to kręcenie się świata wokół Kaczyńskiego ma głębsze dno. Pal sześć dziennikarzy, którzy najczęściej potrafią się wybronić merytorycznymi argumentami. Jak podaje portal wpolityce.pl, tygodnik „Wprost” tytuł Człowieka roku 2010 ma przyznać… Henryce Krzywonos – Strycharskiej. Za co? Za pyskówkę z Kaczyńskim na zjeździe „Solidarności”. Oto co trzeba zrobić, aby zostać człowiekiem roku (o ile informacje się potwierdzą, bo to na razie nieoficjalny przekaz). Nie trzeba budować jakiegoś projektu, który pociągnie za sobą tłumy ludzi, nie trzeba postawić idei, która przyciągnie wiele osób. Nie, wystarczy opieprzyć Kaczyńskiego. To dlatego pani Krzywonos ma tylu fanów na facebooku, to dlatego tak niebywałą popularnością stały się słowa Władysława Frasyniuka „Jarek, pi…olisz, nie było Cię tam”. To dlatego tak mocno fetowane są wszelkie absurdalne wypowiedzi Kaczyńskiego (jak choćby te o prochach, pod których wpływem miał być podczas kampanii). Ten polityk stał się w Polsce punktem odniesienia do absolutnie każdej sprawy politycznej. Lustracja, sprawa katastrofy smoleńskiej, krytyka gospodarki państwa, ba, nawet tak małe sprawy jak sympatia z określoną gazetą czy telewizją – wszystko kręci się wokół prezesa PiS. To niebywały sukces specjalistów od wizerunku premiera Tuska. Zdemonizowanie Kaczyńskiego udało się bardzo dobrze. Co prawda trochę zepsuł to w kampanii, ale później znów można było po nim jechać jak kto chciał.

Dopóki się to nie zmieni, nie ma szansy w Polsce na jakąkolwiek rzeczową dyskusję. Owszem, można przeczytać sympatyczne debaty w „Rzeczpospolitej”, gdzie na łamy zapraszani są ludzie o różnych spojrzenia. Można znaleźć kilka programów publicystycznych (głównie w radiu i internecie niż w telewizji), gdzie da się znaleźć i posłuchać sporów merytorycznych. Ale to wysepki takiego pluralizmu. W przerażającej większości mediów, spór jest zredukowany do tego, że konserwatywny punkt widzenia utożsamiany jest z byciem adwokatem Kaczyńskiego. O ile jeszcze w ogóle taki punkt jest zapraszany, bo przecież „takich ch… się nie powinno zapraszać”, jak usłyszeć można było podczas jednej z konferencji na temat mowy nienawiści.

Ach, na koniec serdecznie polecam wywiad z Pawłem Lisickim w "Kulturze Liberalnej". Tam znajdą państwo rozszerzenie poruszanego tutaj tematu: http://kulturaliberalna.pl/2011/01/18/pawel-lisicki-o-„rzeczpospolitej”-polskiej-prawicy-i-scenie-publicznej-po-10-kwietnia/

PS. Miałem zrobić sobie przerwę od pisania na czas sesji. Ale zwyczajnie momentami człowiek nie może usiedzieć na miejscu.

Odsłon: 1087 Komentarzy: 13


Zamglony chaos

Kategoria: Polityka Thursday, 01 September 2011, 13:10

"Mgła" Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej nie jest arcydziełem. Ale być nim nie musi.

To nie jest wybitny film, jeśli chodzi o oceny stricte kinowe – można byłoby czepiać się montażu, zdjęć, etc. Ale nie o to w nim chodzi. Film jest mocny z powodu swojego przekazu, z powodu słów wypowiadanych przez prezydenckich ministrów, z powodu emocji, które ich dotykają, a dzięki nim także i widza. Jakże się bowiem nie wzruszyć, jak nie pozwolić ciarkom pojawiać się na plecach, gdy słyszy się wspomnienia ludzi, którzy bez medialnej ochrony, bez odległościowego pancerza musieli zmierzyć się z katastrofą smoleńśką, musieli rozpoznawać zmarłych, byli na miejscu jednymi z pierwszych?

Można co prawda polemizować w stylu Łukasza Warzechy, który (pomimo bardzo pozytywnej oceny samego filmu) zastanawia się nad kontekstem wydania filmu, nad wyglądem jego premiery w warszawskim kinie i wreszcie nad tym czy osiągnięty w społeczeństwie efekt mógł być większy. To ważne pytania i nie można ich pominąć, zastanawiając się nad "Mgłą". Ale to pytania poboczne. Film oprócz wielu wrażeń, dostarcza też sporo informacji – o tym, jak piarowska szopka rządu zaczęła się tuż po katastrofie, o tym, jak wyglądał teren w Smoleńsku zaraz po rozbiciu się samolotu, o problemach natury techniczno-logistycznej, jakie mieli prezydenccy urzędnicy… wymieniać można długo, a film trzeba po prostu zobaczyć. Obowiązkowo.

Obowiązkowo, bo jest to jeden z niewielu obrazów, które dotykają sprawy katastrofy. Znamienny jest fakt, że wydano już kilka książek, tymczasem filmy i materiały reporterskie o smoleńskiej tragedii można policzyć na palcach jednej ręki. I to nie wszystkich. Prawie nikt nie zajął się fenomenem wielkiego zrywu (choć chwilowego, żałobnego – to też trzeba przyznać) Polaków, którzy w tak wielkiej liczbie przyszli żegnać Prezydenta, którzy towarzyszyli jego ostatnim podróżom wszędzie – od Okęcia, przez Krakowskie Przedmieście i Pałac Prezydencki, na krakowskim Wawelu kończąc. Nikt nie wziął wtedy kamery do ręki? Nikt nie napisał przejmującego reportażu o tych ludziach? Niebywałe.

Jest jeszcze jeden charakterystyczny wątek, w który "Mgła" wpisuje się znakomicie. Otóż praktycznie codziennie jesteśmy informowani o nowych wątkach w sprawie śledztwa. Gdy jeszcze w maju (a może nawet kwietniu) podnosiły się głosy, że nie można oddawać śledztwa Rosjanom, ludzie Ci byli odsądzani od czci i wiary i oskarżani o najgorsze, a przynajmniej o złą wolę. Dziś o nieufności wobec Rosjan mówi Edmund Klich, mówią posłowie koalicji rządzącej, mówi pośrednio nawet sam premier. Chciałoby się zakrzyknąć 'a nie mówiłem?', gdyby nie to, że sprawa jest poważna.

Chaos informacyjny w sprawie katastrofy ma jednak swoje plusy. Z powodu kilku mediów, które oskarża się o smoleńską obsesję, z powodu kilku totalnie pokręconych ludzi, którzy sprawy nie odpuścili i pytali o nawet najmniejsze i najdrobniejsze wątki, mamy dziś ten chaos. I bardzo dobrze. Bo przynajmniej nie ma jednej słusznej teorii w sprawie Smoleńska, bo wątki dotyczące śledztwa wyciekają do mediów, bo ludzie odpowiedzialni za to śledztwo muszą i będą musieli się tłumaczyć. Z "zacinających się" taśm, z "zaginionych" rejestratorów, z zaoranych śladów, ze z góry przyjętej teorii o winie polskich pilotów. Bo chodzi o rzetelne i dogłębne wyjaśnienie sprawy – jak duża była wina Rosjan i czy mogli o tę winę postarać się celowo. I – choć mam nadzieję, że tak nie było – to nadal nie można tego wykluczyć.

A "Mgłę" polecam każdemu. Choćby dla jednego ujęcia – twarzy Jarosława Kaczyńskiego na smoleńskim lotnisku. Ogromne wrażenie.

Odsłon: 235 Komentarzy: 2


1 2 3 4 5 6 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.