Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Miła moja, trudno z miłości się podnieść

Kategoria: Poezja Thursday, 10 December 2009, 18:57

Józef Czechowicz

 

Polski poeta, katastrofista.

 

Urodził się w Lublinie w 1903, zmarł w wieku 36 lat podczas bombardowania. Uczestniczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Zakupiłem na allegro wybór wierszy tego genialnego poety i dzielę się paroma:

 

 

WIECZOREM

 

mała moja maleńka

chwieją się żółte mlecze

w dolinę napływa gór cień

cichy odwieczerz

brodzi w zmierzchowym nurcie

już późno

 

mały mój ukochany

trudno z miłości się podnieść

a jeszcze ciężej od złych nowin

gdy patrzysz na mnie ciemnym nowiem

smutniej mi chłodniej

boję się

 

rozstać się musimy

ty z innym do ślubu jedziesz

na srebrne noce złote dnie

moja droga gdzie indziej wiedzie

we mgle

tam gdzie najsamotniejsi

 

słyszę turkot karocy

niebo nazbyt się chmurzy

daj rękę ukochany raz jeszcze

o ciemne godziny pieszczot

co było nie może trwać dłużej

czas mi już czas

całuj ostatni raz

żegnaj

 

dobrzy ludzie

błogosławcie zdarzenia które przeszły

błogosławcie i te co przyjdą

 

 

NA WSI

 

Siano pachnie snem

siano pachniało w dawnych snach

popołudnia wiejskie grzeją żytem

słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach

życie pola złotolite

 

Wieczorem przez niebo pomost

wieczór i nieszpór

mleczne krowy wracają do domostw

przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu

 

Nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach

sypie się gwiazd błękitne próchno

chmurki siedzą przed progiem w murawie

to kule białego puchu

dmuchawiec

 

Księżyc idzie srebrne chusty prać

świerszczyki świergocą w stogach

czegóż się bać

 

Przecież siano pachnie snem

a ukryta w nim melodia kantyczki

tuli do mnie dziecięce policzki

chroni przed złem

 

 

ŚMIERĆ

 

Za ścianą płaczą dzieci

Ona do mnie mówi

Oddycham lodowym kwieciem

nieznanych równin

 

A tam kołysanki

a tu chust poszum

nie ma nic gorętszego cichszego od jej głosu

 

Na próżno żyję myślę chodzę tylko przed Progiem

a gdy płynę przez miasto wieś

szumię lasami kawiarnią bezdrożem teatrem

to ona zawsze jest gdzieś

za ciszą nocną wiatrem

 

Zgłuszyć nie mogę

 

Nieruchome nad ulicą zachody

miedziane jak grosz

gwarzące syrenami samochody

mury fabryk w nieustannym tętnie

mądry pociągu bieg

krzyczą o życiu namiętnie

nie wierzą że jest brzeg

 

Ja chcę nie wierzyć i nie chce wierzyć mały poszarpany kruk

którego psy rozdarły

śmierć chodzi ona do mnie mówi szeptem gorącym

zdaje się że z obrazu złotego dna wychodzi Bóg

schyla się nade mną umarłym i krukiem zdychającym

 

Na rzęsach wstydliwa łza

widzę w niej świat gliniany jak skarbonka

nachodzi na mnie lodowa łąka

to już nie ja

 

I ciebie kruku nie ma

(może nikogo nie ma za złotym tłem)

zawiły schemat

 

 

FRONT

 

Ludzie w białych domach mówią to pole chwały

w niedziele chodzą do kościoła i na białe procesje

ulicami czystymi w słońcu przebiega pies biały

w białym kwitnącym parku Zakochana czyta poezje

 

Ale tutaj nie ma wcale białości

w szarej ziemi rowy pełne brudnych żołnierzy

dym siny i różowy przechodzi do nas przez rzekę

nie białe żółte są kości

armatniego ataku ognisty prąd

na niebie nieustannie leży

to front

to zstąpienie do piekieł

 

Odcinek 212 i wzgórze 105

we dnie szturmy i strzały

a w nocy przez dym przedzierają się reflektory

po drutach kolczastych biegają błyski żywe jak rtęć

wszystko ma wtedy inne kolory

 

Gdy cicho zbłąkana kula wśliźnie się w białe czoło

znienacka zrobi się biało (nawet na froncie)

biała niedziela biały park piesek biały

zatańczą wkoło

 

Pole chwały

 

 

AUTOPORTRET

 

stanąłem na ziemi w lublinie

tu mnie skrzydłem uderzyła trwoga

matko dobra

na deszcz mnie małego tęsknego wynieś

za miasto tam siano pachnie w stogach

 

ze snów dzieciństwa mnie wydarł

z nudów książki szkolnej

serdeczny jan wydra

i brat w mundurze

taki duży

piłsudskiego żołnierz

 

tak tak to po kolei

tupały dni lata nadzieje

aż zaczęły i mnie dudnić armaty

 

litwa raz pierwszy

ciekła przez marszów smugi jak przez palce

przeciekła z frontu do wierszy

wiersze o mnie walczą

i znów litwa jeziornej jesieni

chora borów na wzgórzach mosiądzem

wody pod łodzią rumieniec

na przemian z mową białoruską

lśnił na wybrzeży wstędze

we wstędze ręki mej pluskał

wołyń

jak tam kipiałem

wesoły

ciężko i gęsto rosnąc

w miasteczku o cerkwie białe

grzmiała moja majowa wiosna

 

w warszawie już jasne witryny

smutek zasłonił przede mną

paryż ocean widziałem przez dym siny

także laurowo ciemno

 

znów ziemia lublin pusty

jak czerwone skały bretanii

serce w pół drogi nie ustaj

dalej

za nic

Odsłon: 480 Komentarzy: 3


Kapuściński

Kategoria: Wiadomości Thursday, 24 September 2009, 11:36

"Wiersze zebrane" Ryszarda Kapuścińskiego wyszły wkońcu w pięknym wydaniu Biblioteki gazety wyborczej. Książka zawiera 93 utwory – ostatnie powstały w roku 2006. Kapuściński nie był wielkim poetą, podobnie jak Wojtyła. Wiersze są po prostu ciekawe, niektóre piękne.

 

 

PUSTYNIA TATARÓW

 

Tam został tylko wiór i badyl

pożółkła trawa suchy krzak

spękana ziemia puste studnie

kamienia stosy zimny wiatr

tam został tylko gnat i rupieć

i pleśń i kurz i liszaj rdzy

i cisza

którą przerwie czasem

żelaza szczęk i komend krzyk

 

 

* * *

 

Na koniec

wszyscy

spotkamy się

nie wymieniając słowa

nie wymieniając spojrzeń

ani gestu

choć odtąd

już na zawsze

będziemy razem

 

 

* * *

 

Opuściły mnie siły

radość odeszła bez śladu

moje ręce błądzą

nie znajdują rzeczy pewnych

chciałbym

żeby wzleciał ptak

żeby zaszczekał pies

szukam dowodów

że coś jest możliwe

 

 

* * *

 

I nie zostało mi nic, oprócz Boga -

to znaczy

zostało wszystko

jeżeli wierzysz

 

 

CHMURA

 

Chmura

jako metafora

ale także chmura żywa

ruchliwe prazwierzę

w ciągłym poszukiwaniu

kształtu formy geometrii

miejsca

a tu

jedni wznoszą modły żeby przyszła

inni błagają odejdź

wiecznie pod presją sprzecznych pragnień

ofiara ludzkiego niezdecydowania

przeciwstawnych interesów

stąd tyle snucia się po niebie

wahań

gdzie się w końcu podziać

 

 

* * *

 

Może to największe wypowiada się milczeniem?

Jak kosmos?

słowo

to pozór?

próba uchwycenia

nieuchwytnego?

podejrzliwość wobec słów

że stawiają fałszywe drogowskazy

prowadzą w ślepe zaułki

wodzą na pokuszenie

 

 

Odsłon: 356 Komentarzy: 2


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.