Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

God is a DJ

Kategoria: Film Wednesday, 24 March 2010, 15:31

Odsłon: 401 Komentarzy: 0


Bądź wola Twoja

Kategoria: Religia Wednesday, 24 March 2010, 13:24

"Kogo Bóg darzy wielką miłością, w kim pokłada wielkie nadzieje, na tego zsyła wielkie cierpienie, doświadcza go nieszczęściem. "

 (Fiodor Dostojewski)

             Bardzo boli mnie fakt, że w domu, gdzie rodzina powinna dawać oparcie, zbyt często, zamiast spokoju i miejsca, w którym można złapać oddech, jest jedno pole bitwy, a kłótnia goni kłótnię. Nigdy nie mogę być pewny, jak będzie, gdy wrócę do domu, co w nim zastanę. Dlatego właśnie, choć być może wydaje się to dziwne, a dla mnie jest przykre – czasem nie chcę wracać prędko do domu. Dlaczego? Każda kłótnia wykańcza mnie psychicznie. Bardzo chciałbym żyć w domu, gdzie konflikty i różnice zdań rozwiązywane są zwyczajną rozmową. Zamiast tego mam manifestacyjne wygłaszanie swojej woli i chęć narzucenia jej pozostałym domownikom, czego odmowa kończy się wojną. Wiem jedno – nie dzieje się  to bez powodu. Jest w tym jakiś cel i choć może go nie widzę i nie bywa to łatwe – zgadzam się na to i staram się przyjmować zaistniałą sytuacje z pełną pokorą i ufnością w Boży plan. Cieszę się jednak z tego, że sytuacja w moim domu powoli się zmienia i jest już inna niż była jeszcze nie tak dawno. Od kiedy powierzyłem swoje życie Bogu i proszę w moich modlitwach za moich bliskich, a także inni się za nas modlą – widać wielkie zmiany, widać wielkie dzieła Boga w naszym domu. Przykre jest to, że rzeczy materialne stają się powodem nieporozumień i są przedkładane nad rodzinne stosunki. Problem mojej rodziny tkwi w braku rozmowy. Nie zostałem nauczony mówić o tym, co czuję, bo u mnie w domu nie było takiego „zwyczaju”. Dlatego teraz mam często z tym trudności. Nie potrafię się otworzyć i bywam ciężkim kompanem do rozmowy. Za to lubię słuchać…

               

                 Jest mi przykro, że przez odwrócone wartości, jakie wdarły się do mojego domu, cierpi moja rodzina. Stoję w pewnym miejscu, mając świadomość, że sam nic nie zdziałam, że nie mam większego wpływu na to, co się dzieje. Źródło problemu? Alkohol, który stał się priorytetem i przysłonił prawdziwy obraz życia i rodziny. Mając świadomość, że butelka wódki ma większą wartość niż ja, ciężko jest mieć szacunek do siebie i poczucie własnej wartości. Bardzo się cieszę, gdyż ten problem jest coraz mniejszy. Regularne prośby i modlitwy zanoszone do Pana, odnoszą skutek. Pisząc to wszystko, nie chcę oczerniać mojej rodziny. Nie – wręcz przeciwnie. Mimo wszystko bardzo kocham moją rodzinę i dlatego tak bardzo cierpię z powodu tego, co się dzieje. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Mam jednocześnie świadomość, że nic nie dzieje się bez powodu i jeżeli jestem doświadczany w ten sposób, to w jakimś konkretnym celu. W jakim? Tego nie wiem, ale ufność, jaką pokładam w Bogu, daje mi siły, by trwać i iść dalej. „Kiedy Bóg z nami, któż przeciwko nam?” W życiu bywa różnie – faktem jest, że nie każdy każdego darzy płomiennym uczuciem. Zdarzyć więc się może, że i nas ktoś potraktuje z dystansem, nieciekawie na nas spojrzy czy nawet nas zrani z pełną świadomością. Jak więc ma się do tego powyższe stwierdzenie? Bóg przez te słowa mówi każdemu z nas, że mamy w Nim oparcie i pocieszenie, że jest naszym Przyjacielem także wtedy, gdy ludzie nas atakują. Dlaczego więc ludzie w ciężkich chwilach nie potrafią oddać Bogu swojego cierpienia, a nawet Go za nie obwiniają? Człowiek nie potrafi dostrzec zbawiennego działania cierpienia w swoim życiu. W ciężkich chwilach trudno jest zauważyć sens tego, co się dzieje. Jesteśmy oślepieni złością skierowaną na Boga za to, co nas spotyka. Potrzebujemy wtedy drugiego człowieka. Kogoś niebywale nam życzliwego lub przypadkową osobę. Kogoś, kto swoim słowem albo czasem nieświadomie przez swoje zachowanie, wskaże nam drogę, którą warto kroczyć. Będąc kiedyś w gorzowskiej katedrze na wieczornej Mszy Świętej, usłyszałem podczas kazania pewną niesamowitą historię, która dogłębnie mnie dotknęła i skłoniła do przemyśleń. Historia ta mówiła o małym chłopcu. Siedział on sam, smucąc się w ciemnej szafie. Dziadek tego dziecka przechodząc obok usłyszał cichy płacz. Chcąc sprawdzić, kto płacze, otworzył drzwi starej szafy i w świetle promieni wdzierających się do jej wnętrza, ujrzał swojego zapłakanego wnuka. Gdy zapytał go o przyczynę, usłyszał z ust smutnego chłopca, że grał z kolegami w chowanego, ale oni przestali go szukać. Dziadek powiedział wtedy dziecku, że ludzie często, tak jak koledzy znudzeni zabawą, przestali szukać towarzysza gry, przestają szukać Boga w swoim życiu. Mimo, iż Bogu, tak jak chłopcu jest smutno – czeka On z wytrwałością dziecka na zagubionego człowieka. Musimy chcieć do Niego wrócić. Jak? Najszybciej, choć może niekoniecznie dla każdego najprościej, przez modlitwę. Ona daje nam niesamowite możliwości. Dlaczego więc nie każdy chce korzystać z tego daru? Warunkuje to dzisiejszy świat, a dokładniej to, w jaki sposób jest on nam przedstawiany. Bóg nie jest w modzie, a chrześcijańskie wartości stoją w opozycji do serwowanego przez media sposobu życia. Dla mnie, modlitwa jest świetną okazją, do przybliżenia się do Boga, do spotkania Jezusa. Wiele daje mi modlitwa Liturgią Godzin. Teksty brewiarza przynoszą możliwość usłyszenia głosu Boga, otwierają Mu furtkę do działania w naszym życiu. Najwyższy ofiaruje nam wiele możliwości zbliżania się do Niego. Chwile wyciszenia i medytacji podczas adorowania Jezusa w Najświętszym Sakramencie obdarzają szansą uporządkowania natłoku spraw, jakie przynosi każdy dzień naszego życia. Także Maryja jest gotowa, by stać przy nas na drogach życia, by towarzyszyć nam w podejmowaniu trudnych wyborów. Ona chce nas okryć swoim płaszczem. Dlaczego więc nie chcemy zwracać się do niej w modlitwie różańcowej? Dlaczego nie powierzamy się Bożemu Miłosierdziu w koronce poleconej siostrze Faustynie? Usłyszałem kiedyś pewną historię o dwóch braciach zakonnych. Jednym doświadczonym, z wieloletnim stażem, i drugim młodym, dopiero rozpoczynającym swoją drogę. Młody zakonnik zapytał starszego brata o to, jak pragnąć Boga w pełni, jak doświadczyć tej potrzeby Boga. Ten zaś wiele nie czekając, zanurzył głowę młodego mnicha w pobliskim stawie i trzymał do chwili, gdy zaczęło mu brakować powietrza. Wystraszony zapytał, co to ma znaczyć, dlaczego to zrobił. Doświadczony zakonnik z uśmiechem na twarzy i niesamowitym spokojem odpowiedział mu: „Jeśli na modlitwie będziesz pragnął Boga tak, jak pragnąłeś powietrza – doświadczysz Jego potrzeby i zobaczysz, że bez Niego właściwie nie możesz żyć i poprawnie funkcjonować”. Niesamowita historia. Chciejmy zaufać Bogu, powierzmy Mu nasze życie. Modlitwa jest naszym skarbem, którego zbyt często nie szukamy. Jako małe dzieci marzyliśmy o mapie do wielkiego skarbu. Teraz, gdy mamy go pod ręką, idziemy w zupełnie innym kierunku. Pomóc może podejmowanie modlitewnych zobowiązań. Czasem takie formy uniemożliwiają nam odkładanie modlitwy  i powodują narodziny pięknej relacji Boga z człowiekiem. Ja sam podjąłem się modlitwy wieczystej za kapłanów w formie margaretki i duchowo adoptowałem dzieci poczęte. Noszę szkaplerz Maryi z Góry Karmel. To właśnie Matce Najświętszej powierzam swoje sprawy, modlę się do Niej, a Ona wyprasza dla mnie wielkie łaski. Czuję Jej wielkie działanie w moim życiu.

 

                 „Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki.” Jak piękne to uczucie, jak niesamowite jest to wyznanie. Tak mało ludzi z odwagą mówi o tym, że wierzy, że kocha Tego, który oddał za nas swoje życie. Ja sam nie zawsze miałem do tego odwagę. Tym bardziej jestem przepełniony radością i niezwykle wdzięczny Bogu za to, że we właściwym momencie mojego życia wskazał mi taką drogę, że dziś mogę stanąć przed każdym z was i powiedzieć, że ufam memu Bogu. Jezu, ufam Tobie i me życie składam Tobie. Ty pozwoliłeś rozkochać mi się w swym słowie, Ty dajesz siłę, by żyć w powodzi trosk ludzkich. Ty jesteś skałą, Ty mym oparciem, Tyś dla mnie wszystkim, mój Jezu.

           

                 Niezwykłą radość w moim sercu budziły chwile, gdy dostrzegałem, że moja rodzina zbliża się do Pana. Te drobne czasem zmiany dla mnie były stumilowymi krokami. Obserwując, jak oziębłe, pokryte grubym lodem serca moich bliskich topnieją, me serce płonęło jeszcze większym i gorętszym płonieniem Bożej miłości. Czy ogień w moim sercu rozgrzewał dusze mojej rodziny? Czy Bóg kształtował ich moją osobą? Czy byłem w tamtym czasie i teraz jestem narzędziem w dłoniach Najwyższego? Jeśli tak, to mogę tylko powiedzieć, że takim narzędziem być pragnę. Nie tylko dla mojej rodziny i bliskich, ale dla każdego. Bo do tego powołał mnie Pan. Bym niósł ludziom Jego słowo, pomoc i nadzieję. Bym prostował zawiłe drogi i rozświetlał z Bożą pomocą ciemne zakamarki dusz wiernych i tych, którzy Boga jeszcze nie poznali. Ksiądz Prymas Stefan Wyszyński powiedział: „Ludzie postanowili, że Boga nie ma. On jednak nie ma obowiązku stosowania się do naszych uchwał.” Takie ludzkie postanowienia, każdy z nas – zarówno Ty, jak i ja – musimy zmieniać. Powinniśmy wskazywać ludziom właściwą drogę. Nikt nie jest drogowskazem sam dla siebie. Każdy kiedyś spotkał w swoim życiu kogoś, kto wskazał mu jak iść. Tak było w moim życiu, w Twoim zapewne również. Dlaczego teraz mamy okazać się egoistami i nie pomóc innym? Dzieci i młodzież, nadzieja nowego wieku – oni wszyscy potrzebują pomocy i wskazania tego, co słuszne. Ci, którzy zbłądzili i może uparcie zaprzeczają Prawdzie, tak naprawdę wołają głośno o pomoc i jej od nas oczekują. Ofiarujmy ją im – tyle chyba każdy z nas może dla drugiego uczynić. Do tego zostaliśmy powołani – by służyć, nie być obsługiwanym. Matthew Arnold mówił: Bóg nie może być wszędzie, dlatego wynalazł matkę”. Tales z Miletu powiedział: „Jaką wdzięczność okażesz rodzicom, takiej spodziewaj się od swoich dzieci”. Podczas wszelkich uroczystości, które młody chłopak przeżywa, krocząc ku drodze kapłaństwa, niesamowite jest miejsce rodziny. Kulminacyjnym tego momentem jest Msza Święta Prymicyjna neoprezbitera, podczas której to rodzina zajmuje bardzo ważne miejsce, gdyż rodzice pierwsi otrzymują błogosławieństwo z rąk swojego syna – kapłana, przez co on sam wyraża im wdzięczność za wszystko. Tą Mszą mówi rodzicom „Kocham was”. Ten moment dla mnie osobiście jest niezwykle wymowny i zawsze głęboko wzruszający. Rodzice oddają swoje dziecko na służbę Kościołowi, ofiarowują Bogu swojego syna i z ogromną ufności kroczą razem z nim, lecz już obok niego. Rodzina ma wielki wpływ na życie powołanego. Od niej też bardzo wiele zależy. To, czy bliscy zaakceptują decyzję syna, jest ważne w trakcie jego przygotowań do święceń. Dobrze, gdy bliscy dla nas ludzie rozumieją i zgadzają się z wolą Ojca. Tego chyba pragnie każdy, kto mówi rodzicom o chęci służenia Bogu. To daje radość i spokój ducha.  Chciałbym, by i moja decyzja była zrozumiana i w pełni zaakceptowana przez moją rodzinę oraz, oczywiście, moich znajomych. Między innymi dlatego napisałem to, co trzymasz w swoich dłoniach. Może te moje przemyślenia i refleksje rzucą choć trochę światła na moją decyzję, że stanie się ona jasna i zrozumiana.

 

                 Matko Najświętsza, Ozdobo Paradyża, Wychowawczyni powołań kapłańskich, wspomagaj mnie na drodze, którą wybrałem, wstaw się za moimi bliskimi do Ojca Najwyższego, by obdarzył ich łaską zrozumienia. Matko, oddaję się Tobie, tak jak zrobił to nasz kochany wielki sługa Pana, Jan Paweł II. Miej mnie w swojej opiece, bądź mi przewodniczką i czuwaj nade mną, bym nie zboczył z obranej drogi. Chroń mnie przed niewidzialnymi wilkami i przed wszelkimi zasadzkami Złego. Uśmiechu Boga, daj mi radość każdego dnia. Pozwól mi cieszyć się powołaniem. Nie daj mi zwątpić, umacniaj me plecy, by nie ugięły się pod ciężarem doświadczeń zsyłanych przez Boga Jedynego. Matko w niebie królująca, wierzę, że jesteś, czuwasz, pamiętasz. Totus Tuus, kocham Cię…

 

"Dla niektórych ludzi twoje życie może być jedyną Biblią, jaką przeczytają. "

 (W. J. Toms)

Odsłon: 197 Komentarzy: 1


Źródło Miłości

Kategoria: Religia Tuesday, 23 March 2010, 14:38

"Aby bronić swojej czystości, św. Franciszek z Asyżu tarzał się w śniegu, św. Benedykt rzucił sięw krzak ciernisty, św. Bernardzanurzył się w lodowatym stawie… A ty coś uczynił? "

 (św. Josemaria Escriva)

            Panie Jezu, wybacz mi. Ranię Cię, a Ty obdarzasz mnie Miłością. Obdarzasz mnie sobą, bo to Ty jesteś Miłością. Dałeś mi wszystko – powołałeś mnie do życia. Ulepiłeś mnie z gliny i dałeś mi tchnienie. Ja zgrzeszyłem. Grzesząc oddałem się w moc szatana, a Ty, Jezu, jak gdyby nigdy nic, w sakramencie spowiedzi otwierasz ramiona i mówisz: „Cieszę się, że wróciłeś, synu”. Panie mój, Tato, tak bardzo Cię kocham! Dlatego bardzo boli mnie, gdy Cię ranię. Ty, Panie, leczysz zranienia na mojej duszy, a ja jestem za słaby, aby walczyć ze Złym. Jednak, czy aby na pewno jestem zbyt słaby? Nie dopuściłbyś, mój Boże, takiego ciężaru, którego bym nie uniósł… Znaczy to więc, że ja się za mało staram, albo że metoda walki, jaką obrałem, jest nieskuteczna i należy ją zmienić. Proszę, ukaż mi Twoje światło, daj mi usłyszeć Twój głos, pokaż mi drogę – tę, którą dla mnie wybrałeś i przyszykowałeś jeszcze przed moimi narodzinami. Jezu, dla Ciebie chcę żyć i Tobie swoje życie pragnę ofiarować. Do tego mnie powołałeś i  ja to wezwanie przyjąłem. Boże mój, umocnij mnie w powołaniu, daj mi łaskę serca gotowego na rozwój tego daru. Jezu, ufam Tobie. Wiem, że jesteś przy mnie i bać się nie będę.

             Bóg dał człowiekowi wolną wolę, możliwość wyboru. Tragedią człowieka jest jednak, gdy ta wolna wola przemienia się w samowolę, która niszczy moralność i człowieczeństwo. Bardzo boli upadek na ziemię. Tak samo bolą upadki duchowe. Niestety, doświadczyłem ich w życiu wiele. Choć być może właśnie „stety”, gdyż dużo mnie nauczyły. Jak już wcześniej w moich rozważaniach wspomniałem, człowiek uczy się na własnych błędach. Upadki, z których w życiu powstawałem, wzbogaciły mnie o wiele doświadczeń. Otworzyły mi oczy na pewne sprawy, dały szersze pole możliwości pomocy innym ludziom, będącym w podobnych sytuacjach, co ja.

             Panie Jezu, Ty dopuściłeś w moim życiu wiele upadków. Dziękuję Ci za nie. Ty pozwoliłeś, bym poczuł do swoich czynów wstręt i odrazę. Dziękuję Ci za to. Dzięki Tobie nauczyłem się oddzielać moją osobę od mojego postępowania. Uratowałeś moją samoocenę, nauczyłeś mnie podnosić się z niepowodzeń. Dziękuję Ci. Ty otworzyłeś oczy mojej duszy, Ty rozświetliłeś moją drogę, gdy prowadziła przez ciemną dolinę. Ty byłeś ze mną, jesteś teraz i będziesz nadal – wiem to i za to Ci dziękuję!

 

 „Moje wędrowanie, Panie mój.

Moje upadanie, Panie mój.

Moje powstawanie, Panie mój.

Twoje miłowanie!”

 

             Ciężko jest mi o tym pisać, nie jest to dla mnie przyjemny temat. Jednak jest to temat bardzo istotny. Moje postępowanie było wielce niestosowne – byłem po prostu głupi. Znając Twoją naukę, chcąc Cię naśladować, kroczyłem drogą w przeciwnym kierunku. W dużym stopniu nieświadomie oddalałem się od Ciebie. Wielokrotnie zbliżałem się do dna, wielokrotnie powstawałem i byłem Ci wdzięczny… Jednak coś dalej było nie tak. Niby się podnosiłem, była również wielka chęć poprawy… Czegoś jednak brakowało. Sam nie wiedziałem czego. Nie potrafiłem tego zrozumieć, a tym samym nie wiedziałem, jak to zmienić. Wszystko to jednak do czasu, kiedy to nie tylko zbliżyłem się do dna, ale i doświadczyłem uczucia bycia na nim. Spadałem niejako z klapkami na oczach, nie widząc, że Ty byłeś obok. Gdy już znalazłem się na dnie – byłeś nadal ze mną. Czułem to. Było mi niezwykle wstyd. Bałem się spojrzeć Ci w oczy, Panie. Ty jednak mnie nie opuściłeś, byłeś przy mnie, pocieszałeś mnie. To wtedy wszystko się zmieniło. Poczułem to, czego nigdy wcześniej przy żadnym upadku nie odczuwałem. To Ty, Panie, odmieniłeś moje życie, dzięki Tobie chcę żyć w czystości. Dajesz mi do tego siłę, bym walczył z pokusami Złego. Dajesz mi chęć do walki, dajesz mi nowe życie. Cóż ja mogę dać Tobie, mój Panie? Daję Ci samego siebie w modlitwie codziennego oddania:

 

 Panie Jezu,

Dziękuję Ci, że ukochałeś mnie miłością,

Która podnosi z największych upadków

I leczy najboleśniejsze rany.

Oczyść moje serce z wszelkiego zła,

Które nie pozwala mi doświadczać

I cieszyć się darem czystej miłości.

Oddaję Ci, Panie,

Moją pamięć, rozum, duszę, ciało

Wraz z moją płciowością

I przyrzekam nie podejmować współżycia seksualnego

Do czasu przyjęcia sakramentu małżeństwa

Oraz nie czytać, nie kupować i nie oglądać czasopism,

Programów i filmów o treściach pornograficznych.

Panie Jezu,

Bądź jedynym Panem mojego życia.

Ucz mnie zdobywać umiejętność

Kontrolowania

Mojego popędu seksualnego i uczuć.

Proszę Cię o pomoc,

Abym unikał wszystkiego,

Co uzależnia i zniewala,

A więc papierosów, alkoholu i narkotyków.

Ucz mnie tak żyć i postępować,

Aby w moim życiu najważniejsza była miłość.

Maryjo, Matko moja,

Prowadź mnie drogami wiary

Do samego źródła Miłości – do Jezusa,

Abym zawsze tylko Jemu ufał i wierzył.

Amen!

Odsłon: 322 Komentarzy: 3


Spotkać Jezusa

Kategoria: Religia Monday, 22 March 2010, 06:58

"Jesteśmy jedni dla drugich pielgrzymami, którzy różnymi drogami zdążają w trudzie na to samo spotkanie. "

(Antoine de Saint-Exupery)

            Każdego dnia w domach, szkołach, w pracy, na ulicach – spotykamy wielu ludzi. Mijamy ich, nie zwracając zazwyczaj najmniejszej uwagi. Dzisiejszy świat pełen jest obojętności i swoistej izolacji. Bliźni zamienia się z każdego Brata i każdej Siostry w tylko znane i koniecznie lubiane osoby. Często jesteśmy zamknięci na nowe znajomości. Jesteśmy nieufni i skryci. Być może z powodu zranień, jakich doznaliśmy w przeszłości od osób, które miały być dla nas bliskie. Każdy ma inną historię życia, jednak nikt z nas nie żyje tylko dla siebie. Żyjemy dla tych naszych braci najmniejszych, których spotykamy na co dzień.

            Wiele osób zapytanych, co robi chętnie w wolnym czasie powie, że spotyka się z przyjaciółmi. Mi w tym miejscu nasuwają się zaraz dwa pytania. Czy spotkałeś już w swoim życiu Jezusa? Czy jest On tobie na tyle bliski, że nazywasz Go swoim Przyjacielem? Te dwa na pozór proste pytania, a właściwie odpowiedzi na nie – mogą nam samym doskonale pokazać, kim dla nas jest Jezus i na ile jest On obecny w moim i twoim życiu. Na ile dopuszczasz Go do swojej codzienności? Często nasz obraz zarówno Boga Ojca, jak i Jezusa jest mylny. Czasem nie potrafimy dostrzec w życiu Bożej obecności i tym samym ciężko nam być w bliskim „kontakcie” z naszym Panem. Musimy jednak pamiętać, że to Jezus pierwszy nas pragnie i szuka! To, kiedy my pozwolimy Mu się znaleźć, powinno zależeć od nas samych, ale nie ma na co czekać!

 

            W domu rekolekcyjnym, który mieści się w naszym diecezjalnym seminarium duchownym cykl rekolekcji powołaniowych nosi właśnie nazwę „Spotkać Jezusa”. Zacząłem na te weekendowe spotkania formacyjne przyjeżdżać po świętach Wielkiej Nocy w roku 2008. Kiedy mogłem, zjawiałem się tam, bo ten czas rekolekcji jest czasem niesamowitym. Nie będę tutaj opisywał każdych przeżytych w tym cudownym miejscu rekolekcji. Chcę jedynie w pewnym stopniu naświetlić, jak bardzo te spotkania pomagają doświadczyć obecności Jezusa, oraz jak mocno przyczyniają się do owocnych przemyśleń  i pomagają podjąć często niełatwą decyzję wielu uczestnikom. W tym miejscu należą się wielkie brawa i podziękowania dla księdza prowadzącego – kapłana z niezwykłym charyzmatem, prowadzącego ten dom rekolekcyjny. Głoszone przez Niego słowo w konferencjach, jak i sama formuła tych spotkań daje niesamowitą siłę i odwagę. W wolnych chwilach jest czas na własne rozmyślania, a miejsce to, jakim jest klasztor Seminarium, nadaje się do tego idealnie. Klimat modlitwy, skupienia i kontemplacji udziela się każdemu – także i nam, rekolektantom – już od samego przekroczenia seminaryjnej furty. Myślę, że dom rekolekcyjny śmiało można nazwać „inkubatorem” powołań. Wspólne posiłki, Msze Święte, modlitwy i rozmowy z alumnami WSD pozwalają poznać tym młodym chłopakom realia życia kleryka, diakona i wreszcie księdza. Pozwoliły poznać to wszystko także i mi, rozpalając w sercu Boski żar pragnienia pójścia za Nim na służbę Bogu i Kościołowi. Matka Boża Pneumatofora – Niosąca Ducha Świętego. To Ona czuwa nad powołaniami tych młodych ludzi, kształtuje je i wychowuje. Jackówka powinna być obowiązkowym punktem na drodze między decyzją o pójściu za wezwaniem Boga a bramą seminarium. W trakcie jednych z rekolekcji, ksiądz Marcin przybliżył nam piękno modlitwy Lectio Divina, czyli modlitwy Pismem Świętym. Chciałbym krótko przedstawić na czym polega, bo daje ona piękne owoce.

Lectio Divina - duchowa lektura Pisma Świętego – była od początku jedną z podstawowych praktyk duchowych życia chrześcijańskiego. Sam Jezus często w swoim nauczaniu odwoływał się do Starego Testamentu, a potem naśladowali Go w tym apostołowie.

I.       LECTIO   –   Bierz, czytaj. Powoli i uważnie, staraj się znaleźć zdanie, które w szczególny sposób jest skierowane do Ciebie jako Słowo Boże.

II.    MEDITATIO – Uważnie rozmyślaj o tym, co przeczytałeś, co może oznaczać to słowo, ale i sercem zasmakuj w tym, co Cię szczególnie poruszyło.

III.       ORATIO  –  Rozmawiaj z Bogiem o tym, co Ci w sercu utkwiło, rozmawiaj jak przyjaciel z Bogiem -Przyjacielem.

IV.        CONTEMPLATIO   –  Wznieś swoje serce ku Bogu, odpocznij w Nim, w pokornym oddaniu się Jemu, złóż Bogu hołd, a natchniony miłością, raduj się Bogiem. (Zatrzymaj się – nie idź dalej; odpocznij; nasiąknij tą treścią – Miłością; pozwól Panu działać.)

V.    IDŹ I CZYŃ  –  z rozmyślania zabierz ze sobą to Słowo Boże, które sam Pan Bóg w szczególny sposób natchnął Twoje właśnie serce i obracaj je zawsze w czyn tam, gdzie Ci żyć wypadnie. W sobie nieś miłość, radość, dobroć dla ludzi, a przez to – Słowo Boże stanie się dla Ciebie słowem żywym, będziesz o Bogu świadczyć tam, gdzie się znajdziesz. (Proś Ducha Świętego, by Cię zapalił, uzdolnił do podjęcia życiem.)

"Kto porzuca wszystko dla miłości Boga, wie, że zostawił niewiele w porównani z tym, co znalazł; ponieważ znajduje w Bogu tyle dóbr, że uważa całą resztę za nicość. Pozostawił rodziców i znajduje Pana; pozostawił dzieci, a znajduje wiele dzieci duchowych; pozostawił dobra materialne, a znajduje dobra duchowe; pozostawił ludzi, a znajduje Anioły. "

 (św. Albert)

Odsłon: 431 Komentarzy: 2


...uleciał strach!"

Kategoria: Religia Sunday, 21 March 2010, 12:41

"Złość i gniew są obrzydliwościami, których pełen jest grzesznik. "

 (Syr 27,30)

             Czasem warto jest zawierzyć pewne sprawy Bogu. Często bywa tak, że gdy coś zapomnimy i próbujemy sobie to usilnie przypomnieć, udaje się nam dopiero wówczas, gdy tych usilnych starań zaprzestaniemy, a swoją uwagę skierujemy na inne sprawy. Tak samo działa Bóg. Pisałem już wcześniej o przyjacielu, który mnie zranił… O tym, jak bolesne to dla mnie było i jak wielki ślad w moim życiu zostawiła ta sprawa. Przez długi czas nie mogłem o tym zapomnieć, męczyło mnie to i – gdy teraz na to patrzę z perspektywy czasu – długo miałem do tej osoby żal. Kiedy jednak zostawiłem to wszystko Bogu na rekolekcjach z ojcem Jamesem Manjackalem, Bóg tę sytuację zmienił radykalnie. Moje stosunki z przyjacielem, który mnie wcześniej zranił, bardzo się polepszyły. W moim sercu zagościł spokój. Potrzebowałem tego. Uzdrowienie duchowe, jakie otrzymałem od Pana, sprawiło, że zacząłem się częściej uśmiechać, a uśmiech ten wypływał z serca, nie zaś z potrzeby sytuacji. Chwała Tobie, Panie! Trzeba stanąć w prawdzie przed samym sobą, zobaczyć własne wady i ułomności. Pracować nad tym, dążyć do Pana. Musimy pozwolić, by Słowo Boże nas przycięło, tak jak przycina się winorośl. Może to boleć, ale trzeba odciąć złe gałęzie! Trwać w grzechu znaczy tyle, co być poza granicami Królestwa Bożego. Czy warto? Odpowiedz sobie sam na to pytanie, ja jednak uważam, że nie! Stańmy przed Panem tacy, jacy jesteśmy. Towarzyszy nam wstyd? Bardzo dobrze! Poczucie wstydu oczyszcza nasze serca. Szatan zabrał nam poczucie wstydu. On działa podstępem. Największym zwycięstwem szatana jest fakt, że człowiek w niego nie wierzy. Nie wierzymy w piekło, nie wierzymy w diabła, w złe moce. W tym samym czasie Zły działa w naszym życiu bardziej niż możemy się tego spodziewać. Nie pozwólmy mu na to! Gdy Jezus był w łonie Matki, nasze ciała już tam były. Nasze grzechy, choroby, słabości – były przy Jezusie od samego momentu poczęcia. Niesamowicie wielka jest miłość Matki Bożej. Ona to już w łonie nosiła nasze grzechy i upadki. Dlaczego teraz tak rzadko chcemy Jej pomocy w życiowych trudnościach? Ona jest gotowa pomagać nam i razem z nami dźwigać krzyż, tak jak robiła to nosząc pod swoim sercem Jezusa. Pozwólmy Jezusowi uzdrowić nasze serca. Przyjdźmy do Niego w świętości, wybaczywszy innym. Przyjdźmy do Niego z wiarą. Zamknijmy swoje serce w Sercu Jezusa! Historia moja i Twoja, historia każdego człowieka, pomimo różnego koloru skóry, innej ziemi, na której żyjemy, połączona jest tchnieniem, które daje nam Bóg! To tchnienie jest święte. Zostaliśmy stworzeni z dobroci i świętości. Do tej świętości każdy z nas jest powołany. Chciejmy obrać ten cel w naszym życiu! Jezus żyje i czeka na Ciebie! Nie pozwólmy Mu czekać zbyt długo…

 

"Nie wystarczy wierzyć, aby być dobrym. Diabeł na pewno nie jest ateistą. "

 (Marie von Ebner-Eschenbach)

Odsłon: 269 Komentarzy: 1


Historia pewnego powołania

Kategoria: Religia Saturday, 20 March 2010, 10:17

"Największy dar, jaki Bóg może dać rodzinie, to powołanie do kapłaństwa."

 (św. Jan Bosko)

        Pisząc o powołaniu, możemy właściwie pisać jedynie o swoim powołaniu. Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Każdy człowiek, który rozpoznaje w swoim życiu powołanie ma inne doświadczenia. Tak jest z każdym powołaniem, bo i każdy z nas jest przez Boga wybrany do czegoś szczególnego. Człowiek jednak może dzięki wolnej woli zdecydować, czy chce iść za Bożym wezwaniem. Chciałbym teraz się podzielić moim doświadczeniem powołania. Zacznę od tego, że to Boże wezwanie jest dla człowieka niezwykłym darem. Ten kto je właściwie w swoim życiu rozpozna i będzie chciał je wypełnić, bez żadnego wątpienia będzie człowiekiem niebywale szczęśliwym.

          Moje powołanie do kapłaństwa zaczynało się dość niewinnie. Jakieś pojedyncze myśli we wczesnym dzieciństwie, o czym już wcześniej wspominałem w pierwszym rozdziale. Z czasem to słabło, ale teraz z perspektywy czasu widzę, że gdzieś tam w sercu Jezus zasadził to ziarno, które czekało na odpowiedni moment. Moje życie, także to duchowe, przeszło wiele upadków. Grzech nieczystości sprawił, że byłem na dnie. Nie dopuszczałem do siebie tej myśli, że grzeszę. Uciekając przed tym, uciekałem również tym samym przed Jezusem, nie zdając sobie z tego sprawy. Przez okres około jednego roku przestałem praktykować życie religijne. Nie spowiadałem się, na Msze Święte nie chodziłem nawet w niedzielę. Nie pamiętam, czy się wtedy modliłem. Na pewno nie była to regularna i szczera modlitwa. Trwałem w grzechu i bałem się wrócić do Boga. Coraz bardziej brnąłem w to wszystko i tkwiłem w błędnym kole. Nie utraciłem jednak przez ten czas wiary. Bóg był w moim życiu obecny, tylko ja bardziej lub mniej świadomie odsuwałem Go z  mojej codzienności. Sprawiłem, że był obok. Nie dopuszczałem Go jednak do siebie, choć tego chciałem i potrzebowałem. Paradoks? Być może tak. Dla mnie jednak w tamtym czasie był to problem nie do pokonania.

                 Przyszedł jednak czas Wielkiego Postu, zbliżała się Wielkanoc, Niedziela Palmowa… Ktoś musiał iść poświęcić palmę, a że jestem w mojej rodzinie najmłodszy – to zadanie padło na mnie. Poszedłem do kościoła, do którego chodziłem przed przeprowadzką, odległego o jakieś piętnaście minut spacerem od mojego domu… Od tej Mszy zaczęła się moja przemiana… Potem szkolne rekolekcje, sakrament pojednania – pierwsza od roku spowiedź… Bardzo trudno było mi wówczas wyznać czas ostatniej spowiedzi… Jestem jednak Bogu za to wdzięczny, że nie przyszło mi to łatwo, że musiałem nad tym pracować… Przez to, iż szczerze chciałem swojej zmiany i poprawy, Bóg mi pomógł. Od czasu mojego „powrotu” regularnie uczęszczałem na Msze Święte, spowiadałem się. Po pewnym czasie zostałem nawet ministrantem, ukończyłem kurs lektorski…  To wszystko daje mi bliższy kontakt z Bogiem, pozwala wsłuchać się w Jego Słowo, żyć tym Słowem. Czuję w swoim życiu obecność Boga, czuję, że mnie prowadzi, że stawia na mojej drodze konkretnych ludzi, szczególne sytuacje. Pozwala rozkochać się w Eucharystii… Mogę szczerze powiedzieć, że moje uczęszczanie do kościoła nie jest samym chodzeniem do niego, ale przybywaniem do Jezusa, na spotkanie z Bogiem. Od czasu pamiętnej Niedzieli Palmowej Eucharystia jest dla mnie czymś wyjątkowym. Jest czasem, gdy mogę poczuć Boga. Nie jest to tylko godzina powtarzania ciągle tych samych słów. Jest to godzina, która daje mi poczucie bliskości Boga. Każda część Mszy, aż wreszcie przyjęcie Pana Jezusa daje mi siłę, daje nadzieję, że problemy miną, bo Bóg mi pomoże. Wystarczy Mu zaufać. Dlatego tak bardzo zależy mi na pełnym uczestnictwie we Mszy Świętej, czyli przyjęciu Komunii. Po tym wszystkim byłem bliżej Boga niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak nadal to ziarno zasiane w moim sercu nie mogło wzrosnąć. Tłumił je strach. Bałem się dopuścić do siebie myśl, że Bóg mnie powołuje, że chce, bym Mu służył. Często bywa, że ludzie bojąc się czegoś wyśmiewają to. Nie inaczej było w moim przypadku. Strach przed pójściem za wezwaniem Boga jest tak samo ślepy jak strach przed czymkolwiek innym. Mówiłem wtedy, że księża marnują sobie życie, że ja nigdy nie pójdę na księdza, bo nie chcę sobie tego życia zmarnować. Po pewnym czasie Bóg sprawił, że w moim sercu z nasionka kiełkowała roślina, a moje myślenie o kapłaństwie zmieniło się całkowicie. Zamiast bronić się przed tym, zacząłem tego pragnąć. Bóg rozpalił we mnie żywą wiarę i choć dalej często upadałem przez grzech, to było mi łatwiej powstać, bo byłem szczęśliwy.

           Dziękuję Ci, Panie, za powołanie. Dzięki składam Ci za to, że uczyniłeś mnie szczęśliwym.

 "Kiedy syn porzuca swoich rodziców, bo jest posłuszny powołaniu, Jezus Chrystus zajmuje jego miejsce w rodzinie."

 (św. Jan Bosko)

Modlitwa kleryka

 

Boski Zbawicielu! Powołałeś mnie do służby ołtarza i do posługi ludowi Bożemu. Dotknij moich oczu, aby stały się większe, aby widziały więcej, lepiej i dalej. Daj mi oczy poszerzone przez wiarę, rozjaśnione przez miłość. Daj mi oczy, które widzą całą nędzę i całą wielkość człowieka. Oczy, które się nie gorszą, które się od nikogo nie odwracają. Oczy, które wszystko rozumieją i wszystko przebaczają. Daj mi wielkie serce, które pomieści Boga i człowieka. Serce nie z kamienia, lecz z krwi. Serce, które się potrafi otworzyć do świata i człowieka tak, jak Twoje Serce zranione na krzyżu włócznią żołnierza otwarło się nawet do największych wrogów. Boski Mistrzu, uczyń mnie zdatnym pracownikiem w Twojej winnicy.

 

Amen.

Odsłon: 325 Komentarzy: 3


Z listu do Przyjaciela

Kategoria: Religia Friday, 19 March 2010, 12:13

"Nieszczęścia wznoszą ducha, pobudzają do rzucenia się w boskie ramiona, sprawiają, że zasługujemy na dobra niebieskie i przygotowują nam wieczną niezmierzoną chwałę."

 (św. Albert)

              To wszystko, co Ci chcę opisać jest dziwne. Może nawet wyda Ci się śmieszne i mnie w jakimś stopniu wyśmiejesz. Jednak ja muszę – chcę to komuś napisać, nie trzymać już tego wszystkiego w sobie. Padło na Ciebie – bo chyba tylko Tobie mogę to wszystko w tym momencie szczerze napisać. Ja nie chcę się nikomu w żaden sposób narzucać. Tak, wiem, że gdy komukolwiek powiem, iż nie chcę się narzucać, to zawsze usłyszę tego zaprzeczenie. Ale nie będę na siłę zabiegać o niczyje względy. Mam paskudne poczucie otaczającej mnie pustki i wszechogarniającej samotności. Mówię teraz o takiej ludzkiej obecności. Każdego dnia w domu, szkole, kościele, na ulicy, wszędzie – otaczają mnie dziesiątki ludzi, znajomych. Tylko – co z tego? Wszyscy ci ludzie są, ale tak jakby ich nie było. Jestem dla nich, ale gdyby mnie nie było… Trudno – byłoby inaczej, ale pewnie nie gorzej.

          Mam wrażenie, że ludzie ode mnie odchodzą, uciekają. Nie wiem, może dlatego, że jestem taki, a nie inny, może nie spełniam czyichś oczekiwań lub po prostu jestem… sam już nie wiem, jaki. Wokół mnie wielu jest ludzi, mniej lub bardziej życzliwych. Osoba stojąca z boku pewnie stwierdziłaby, że mam całkiem udane życie towarzyskie i żadnych większych problemów. Niestety, jest zupełnie inaczej. Owszem, jest w moim życiu wiele osób, jednak mam wrażenie, że oni nie stoją ze mną, lecz obok, że są wokoło, a nie przy mnie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak boli brak pewności stanowiska bliskich mi osób, w stosunku do mnie samego. Czy ja jestem im równie bliski, jak oni mi? Czy teksty „nie przeszkadzasz”, „nie narzucasz się” i wszystkie tego typu są szczere, a nie wynikające jedynie z kultury i dobrego wychowania? Czy wszystkie wyrazy sympatii płyną z serca, a nie są jedynie objawem grzeczności? Bardzo boli, gdy ktoś mówi jedno, a życie po pewnym czasie pokazuje co innego. Gdy czujesz, że wszyscy żyją, a ty stoisz obok sam i jedynie możesz wszystkich ich obserwować, ciesząc się ich szczęściem i karmiąc się marzeniami, że kiedyś do nich dołączysz. Boję się tego, że wszystkie bliskie osoby odejdą, oddalą się ode mnie. Boję się samotności i nawet boję się do tego przyznać. Boję się, bo długo w życiu byłem sam, a gdy nauczyłem się być z innymi, żyć dla innych i wraz z nimi wszystkimi radować się tym życiem – jest mi to odbierane. A może ja to sobie sam odbieram?

 "Miej czas na to, aby pomyśleć – to źródło mocy. Miej czas na modlitwę – to największa siła na ziemi. Miej czas na uśmiech – to muzyka duszy."

 (Matka Teresa z Kalkuty)

          Bardzo mocno, mocniej niż kiedykolwiek czuję teraz w życiu działanie Złego. Po wielu upadkach znalazłem w sobie dość siły, by wstać i walczyć. Boję się, że gdy potrafię już zapanować nad szatańskimi pragnieniami, Zły atakuje właśnie w tę strefę mojej słabości. Boję się, że to wszystko, czego doświadczam, jest wynikiem działalności złych mocy. Może o to Złemu chodzi? Bym osłabiony upadł i wrócił do tego, z czym na ten moment wygrałem? Boję się, bo w walce o czystość wiadome było, jak i z czym walczyć. Z poczuciem samotności i tym wszystkim, co Ci opisałem powyżej – nie umiem, nie potrafię chyba walczyć. Uciekam z tym wszystkim w modlitwę, oddaję wszystko Bogu i… czekam, bo tylko to mi chyba zostało. Jednak każdy dzień dostarcza mi nowych zranień, z wielu stron przychodzą nowe ciosy.

              Chyba brak mi poczucia własnej wartości. Choć wiem, że w oczach Boga jestem Jego wspaniałym dziełem i mam świadomość, że jestem wartościowym człowiekiem, to już nie zawsze pojmuję, dlaczego to „ktoś” miałby się ze mną przyjaźnić, skoro ja nie umiem być przyjacielem. Czuję, że Zły wywołuje we mnie zazdrość i w tym samym momencie zasłania mi oczy duszy. Wtedy mymi ludzkimi oczami widzę, co mają inni, oczami duszy zaś nie dostrzegam tego, co sam dostaję. Nie mówię oczywiście o sprawach materialnych, a o stosunkach międzyludzkich. Przepraszam, że Ci to wszystko piszę. Większość z tych moich wypocin pozbawiona jest większego sensu, a Ty czytając to nieraz się uśmiechniesz nad moją głupotą i szczeniactwem. Jednak jest mi lżej, gdy to napisałem, bo sam wiele rzeczy dzięki temu dostrzegłem, może zobaczyłem coś, czego wcześniej nie dostrzegałem?

             Spokojnie – wiem, rozpisałem się i już będę kończył. Dziękuję Ci za poświęcony mi czas, cierpliwość, za to, że jesteś, i że chcesz być.

              Dziękuję, że gdy tak stoję obok i patrzę, jak inni żyją i cieszą się swoim życiem, Ty podchodzisz i zabierasz mnie do nich, choć na moment, chociaż na sekundę…

 

 " Prawdziwego przyjaciela długo trzeba szukać, trudno go znaleźć i niełatwo zachować."

 (św. Augustyn)

 

Fragment listu do Dawida Kowalczyka – Przyjaciela, na którego zawsze mogę liczyć. Dziękuję Ci.

Odsłon: 345 Komentarzy: 13


"W Nim nadzieję mam...

Kategoria: Religia Thursday, 18 March 2010, 16:48

"Pan sam pójdzie przed tobą i będzie z tobą. Nie zawiedzie i nie opuści cię; nie bój się więc i nie trwóż się!"

 (Pwt 31,8)

             Samotność dla każdego z nas, dla wszystkich ludzi, jest stanem, który w końcu zaczyna doskwierać. Nawet, gdy ktoś mówi, że jest typem samotnika, że nikogo nie potrzebuje – przyjdzie czas, gdy i on poczuje potrzebę kontaktu z bliźnim, potrzebę jego bliskości. Sam jestem takim człowiekiem, któremu się wydawało (i czasem nadal wydaje), że jest właśnie tym „typem samotnika”. Oczywiście, zawsze z nami, bez względu na wszystko, jest Bóg. On nie patrzy na nasze uczynki, Jego miłość jest bezwarunkowa. Świadomość tej Bożej obecności jest niezwykle budująca. Podczas wielkopostnych rekolekcji parafialnych ojciec Marcin Gromadecki z zakonu benedyktynów w Biskupowie zwracał szczególną uwagę rekolektantów na tę obecność Boga w życiu człowieka. Mówił, że nie ogranicza się ona do kościoła. Bóg jest tam, gdzie ja, zawsze, z każdym człowiekiem, gdyż ten jest Jego Świątynią. Oczywiście, jako ludzie wierzący o tym wiemy. Często jednak przyjmujemy to bez głębszej refleksji. Gdy zaś zastanowimy się i dotrze do nas to, że Bóg naprawdę jest zawsze obok, że nigdy nie jesteśmy sami, wtedy coś się zmienia. Ten, kto ma pełną świadomość, że każdy krok czyni z Bogiem – ten jest silniejszy i zdecydowanie bardziej odporny na wszelkie ataki Złego. Jednak człowiek potrzebuje także drugiego człowieka. Tak zostaliśmy stworzeni, każdy potrzebuje bliskości. Jak przy Adamie stała Ewa, tak przy nas są nasze rodziny, przyjaciele. Tylko co wtedy, gdy nie umiemy być prawdziwymi przyjaciółmi, a w rodzinie brakuje nam bliskości? Gdy czujemy, że przy nas nikt nie stoi? Samotność w życiu pełnym ludzi jest niesamowicie rujnującym poczucie własnej wartości stanem. Sam tego w życiu doświadczyłem. Kiedy w swojej rodzinie nie odnajdywałem tego, czego potrzebowałem, szukałem tego czegoś gdzie indziej. Nie chcę tutaj przedstawić moich bliskich w złym świetle. Bardzo wiele im zawdzięczam – rodzicom, siostrze, dziadkom. Wydaje mi się jednak, że choć bardzo chcieli, nie zawsze potrafili mi pomóc, nie potrafili czasem zrozumieć. W pewnych sprawach mieliśmy bardzo różne poglądy. Właśnie wtedy szukałem przyjaźni. Kogoś, komu mógłbym zaufać. Potrzebowałem kogoś, kto będzie wiedział, o czym mówię, komu będę mógł mówić o wszystkim. Gdy pojawiła się taka osoba, byłem bardzo szczęśliwy. Dość szybko się zaprzyjaźniliśmy. Byłem pewny, że takiej przyjaźni opartej na zaufaniu szukałem. Wszystko byłoby pewnie pięknie, gdyby ten mój upragniony przyjaciel mnie nie zranił. Zostałem znowu sam, z pewnym poczuciem winy, z pewnym poczuciem żalu. Nie mam w tym momencie do nikogo żadnych pretensji – widać tak musiało być. Po utracie tej upragnionej przyjaźni, zaufanej osoby – czułem się dość mocno zagubiony. Nie wiedziałem, na czym stoję, komu mogę ufać, komu zaś nie. Święty Augustyn po śmierci swojego przyjaciela napisał:

 "Trafnie to ktoś powiedział o przyjacielu: <<Połowa duszy mej>>. Odczuwałem to tak, że jego i moja dusza były jedną duszą w dwóch ciałach. Dlatego też przerażało mnie życie, bo nie chciałem przez nie kroczyć, będąc tylko połową siebie. Może też właśnie dlatego tak bardzo bałem się umrzeć, aby ze mną nie umarł już cały ten, którego tak kochałem."

Gdy czytałem ten właśnie fragment „Wyznań”, pomyślałem, że chciałbym mieć takiego przyjaciela, połowę mojej duszy. Zaznaczyłem sobie ten tekst i czytałem dalej… Potem po jakimś czasie do niego wróciłem. Nie pamiętam już dokładnie jak, dlaczego i kiedy. Wiem, że wywołało to u mnie wiele myśli, z którymi nie do końca umiałem sobie sam poradzić. Czułem, że w miejscu, gdzie stoję, jestem sam i nikt nie może mi pomóc. Gdy rozmawiałem o przyjaźni z animatorką przygotowującą mnie do bierzmowania, mówiła mi ona o walce o to uczucie. Czy ja walczyłem? Myślę, że tak. I to jest chyba dobry moment, by napisać, jak jest mi głupio. Bo w tym czasie, kiedy ja się dręczyłem, nie zauważałem osób, które były blisko. Tak, jak się mówi, że nie dostrzega się miłości, która jest na wyciągnięcie ręki, tak ja nie dostrzegałem takiej przyjaźni. Po tym wszystkim jestem o wiele bardziej „czujny”, jeśli można to tak nazwać. Czasem boję się używać słowa przyjaciel, by czegoś, co jest, nie zniszczyć. Po tych doświadczeniach nie zawsze jest mi łatwo otworzyć się na ludzi i wiem, że przez to cierpię. Dlaczego? Jak jest się samemu, łatwiej upaść. Wtedy, gdy nie możemy do nikogo zwrócić się po pomoc, jesteśmy najlepszym celem dla Złego. Przepraszam za to, że nie jestem dobrym przyjacielem. W moim życiu wiele rzeczy jest zniekształconych i tego wszystkiego muszę się na nowo uczyć. Na nowo muszę się uczyć także przyjaźni. Dobrze wiem, że – jeśli chodzi o rozmowę i charakter – nie jestem otwarty. Może właśnie przez to wiele ludzi, gdy mnie pozna, odchodzi lub zmienia o mnie zdanie. W wielu przypadkach mówią krótko: mianowicie to, że jestem dziwny. Ja wolę słowo inny, ale niech będzie – jestem dziwny. Tylko, że Bóg mnie takiego stworzył – jeśli Jemu się taki podobam, to nie jest dla mnie problemem znieść choćby największe przykrości. W Biblii napisane jest: „Choćby ojciec i matka mnie opuścili, Pan jednak mnie przygarnie.” (Ps 27, 10) Bóg jest z nami w najcięższych chwilach, zawsze daje nam nadzieję, Jego łaska jest nieskończona. „A choćby się góry poruszyły i pagórki się zachwiały, jednak moja łaska nie opuści cię, a przymierze mojego pokoju się nie zachwieje, mówi Pan, który się nad tobą lituje.” (Iz 54, 10).

 "Czujesz się osamotniony. Postaraj się odwiedzić kogoś, kto jest jeszcze bardziej samotny."

 (Jan Paweł II)

Odsłon: 233 Komentarzy: 0


Musisz stać się dzieckiem

Kategoria: Religia Tuesday, 16 March 2010, 22:36

"Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko."

 (1Kor 13,11)

          Dzieciństwo w życiu każdego z nas jest okresem niezwykle wyjątkowym. Każdemu też, kojarzy się zapewne z czymś innym i, niestety, większość z nas, okres ten pamięta jakby przez mgłę. Piękne jest jednak to, że wydarzenia, które dla nas w dzieciństwie były niezwykłe i niebywale ważne, w pamięci zostają. Chyba każdy pamięta takie święta Bożego Narodzenia, gdy znalazł pod choinką wymarzoną lalkę czy samochód, lub moment, gdy rodzice zgodzili się na upragnionego szczeniaka. Ludzki umysł, zarówno ten małego dziecka, który wiele jeszcze nie potrafi pojąć, wytłumaczyć czy zrozumieć, jak i umysł dorosłego, zapamiętuje i odkłada na półkach pamięci także te sytuacje z życia, które były źródłem negatywnych emocji. Wielu z nas może teraz powiedzieć – niestety. Ja jednak jestem zdania, że dla nas – ludzi błądzących i poszukujących – zapamiętywanie także przykrych rzeczy jest zbawienne. Jak dziecko nauczy się, że nie wolno dotykać gorącego żelazka, jeśli się nim nie sparzy? Stara prawda, że uczymy się na własnych błędach, choć często bolesna, jest jak najbardziej słuszna, i w wielu sytuacjach możemy się o tym przekonać.

           Dla mnie zdumiewającym faktem jest, jak często dzisiaj dla nas nieistotne rzeczy, w dzieciństwie były niebywale ważne, skoro je zapamiętaliśmy. Sam w swojej pamięci często odkrywam wspomnienia z lat, gdy byłem mały. Takie pojedyncze, całkowicie wyrwane z kontekstu myśli. Widać były one dla mnie na tyle ważne, że do dzisiaj je pamiętam. Pierwsze stałe zęby, pierwsza niedostateczna ocena w szkole, czy nawet ryba robiona z włóczki w pierwszej klasie podstawówki. Tak, wiem – ta ryba może wydawać się śmieszna, ale wyszła mi całkiem dobrze i byłem z niej naprawdę dumny. Mówiąc całkiem serio, myślę, że właśnie przez takie drobnostki, sprawy mogące teraz być uznanymi za głupie, Bóg pokazuje nam, jak przeżyć własne życie. Zapewniam was: Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto więc się stanie tak mały, jak to dziecko, ten będzie największy w królestwie niebieskim. I kto jedno takie dziecko przyjmuje w moje imię, Mnie przyjmuje.” (Mt 18,3-5). Stać się jak dziecko, być jak ono. Gdy jesteśmy już osobami starszymi, dojrzałymi, często boimy się jak ognia być dziecinni, a powaga towarzyszy nam na każdym kroku. Myślę jednak, że Bóg oczekuje od nas nie tyle dziecinności, co ufności, jaka jest w dziecku, tego bezgranicznego zaufania, które nie wymaga namacalnych dowodów i potwierdzeń. Nam jednak często tak trudno jest w pełni zaufać. Strach, który w pewnych sytuacjach staje się wewnętrzną blokadą, bywa nie do pokonania. Próby racjonalnego wytłumaczenia wszystkich aspektów życia i poszukiwania odpowiedzi na nurtujące nas pytania, nie zawsze, a właściwie nigdy w pełni nie doprowadzą do celu, którego oczekujemy. Nie zawsze potrafimy zawierzyć się Bogu. Poszukujemy złudnego ukojenia i szczęścia tam, gdzie nie możemy go otrzymać. Nie chcemy czerpać tego wszystkiego, z najpewniejszego źródła, jakim właśnie jest Bóg. Czerpmy pełnymi garściami z tego, co jest nam dane. Wykorzystajmy to, co mamy i uczmy się od naszych najmniejszych braci tego, co najpiękniejsze. Niech „stać się dzieckiem” znaczy dla nas tyle, co „kochać jak dziecko”. W dzisiejszym świecie, gdzie tak wiele rzeczy komplikuje najprostsze sprawy, uczmy się tego, czego nic nie może skomplikować. Niech to, co proste, nie stanie się z powodu naszego ludzkiego, błędnego rozumowania kręte.  Chciejmy kochać Boga – naszego Ojca – miłością dziecka. To takie proste…

           Oczywiście dzieciństwo, jak każdy inny okres w naszym życiu, rządzi się swoimi jasno określonymi zasadami. Wiadomo, że nie wszystko chcemy pamiętać, nie wszystko też (zważając na ograniczenia ludzkiego umysłu) możemy, choćbyśmy tego pragnęli. Dla mnie zdumiewająca jest pewna historia, którą pamiętam z czasów, gdy byłem jeszcze całkiem małym „szkrabem”. Samo to zdarzenie – pewnie wcale nie tak bardzo wyjątkowe – dzisiaj budzi we mnie zupełnie inne emocje i zupełnie inaczej je postrzegam. Wszystko to miało miejsce w małym gorzowskim kościółku – „kapliczce” przy ul. Mieszka I 59. Była to zapewne niedzielna Msza Święta z kazaniem adresowanym właśnie do takich jak ja – małych ludzi wielkiego świata. Właśnie podczas głoszenia tego słowa kapłan sprawujący Eucharystię zadał pytanie, które pamiętam do dziś. Zapytał, który z chłopców chciałby zostać księdzem. Jak łatwo się teraz domyśleć, byłem jednym z nielicznych, którzy w tamto niedzielne południe podnieśli rękę. Oczywiście wiele wtedy nie rozumiałem, właściwie nie pamiętam nawet, jakie myśli mi wówczas towarzyszyły. Pamiętam jedynie samą sytuację, która dzisiaj może nieco bawi, ale mnie to umacnia. Dlaczego? Otóż coś, a właściwie Ktoś musiał mnie do tego gestu ręki nakłonić. Podczas tamtej Mszy Świętej była ze mną siostra. Nie wiem, czy może to teraz pamiętać. Nigdy z nią na ten temat nie miałem okazji porozmawiać. Wiem jednak jedno. Chcę, by moja siostra – Marta – była pierwszą osobą z rodziny, która dowie się o moim powołaniu. Myślę, że znajdę w niej oparcie. Nieraz pokazała, że mogę na nią liczyć i wierzę, że pomoże mi w sytuacji, gdyby pojawił się na mojej drodze sprzeciw ze strony rodziny. Taka siostra to prawdziwy skarb i – choć może brzmi to dość banalnie – jest szczere i płynie prosto z serca.

 

Chcę byś wiedziała, Kocham Cię.

 

"Młodość jest jak przedmowa do książki; czasem książka co innego zawiera, nie to, co obiecywała przedmowa."

 (Alojzy Żółkowski)

Odsłon: 487 Komentarzy: 4


Nadzieja

Kategoria: Modlitwa Saturday, 19 September 2009, 23:24

„Przez kilka chwil przemierzyłem tyle mil. I tyle słów straciło smak… Dziś wiem, że nic nie potrafi pomóc mi. (…) A Ty jak gość znowu wejdziesz, powiesz Dość!”.Tylko Ty Panie potrafisz pocieszać nawet w beznadziejnej chwili. Wtedy, gdy nawet rodzina się odwraca – Ty Panie jesteś. Dajesz siłę i chęć, by iść przed siebie, by pisać dalej swoje życie. Dzięki Tobie nigdy nie będę sam, choćby mi zły zabrał wszystkich – Będziesz, bo mnie kochasz. I ja kocham Ciebie mój Jezu. „I dni co są, nie wiem, może sto dni stąd – będą nadal tak trwać!”

Odsłon: 283 Komentarzy: 1


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.