Monday,11 July 2011,18:40
Kategoria: Kościół Monday, 11 July 2011, 18:40
Jarosław Kaczyński nie jest mesjaszem polskiej polityki i tradycji, a ład, źródło i cele państwa liberalnego są inne niż państwa katolickiego: o politycznej, społecznej i duchowej kondycji Kościoła rzymskokatolickiego (nie tylko w Polsce) i wielu innych sprawach rozmawiam z Tomaszem Rowińskim, sekretarzem redakcji kwartalnika "Fronda", redaktorem pisma "Christianitas".
Raz po raz wokół Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wybucha medialna wrzawa. Zastanawiam się wtedy, czy mamy do czynienia z „jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościołem”, czy może z Kościołem „łagiewnickim” albo „toruńskim”, „otwartym” albo „zamkniętym”, Kościołem „klerofaszystów” albo „katolewicy”. Jak to wygląda z Twojej perspektywy, redaktora „Christianitas”, sekretarza „Frondy”? A może jedno nie przeczy drugiemu?
Tomasz Rowiński: Wokół Kościoła dzieją się moim zdaniem niedobre rzeczy już od dłuższego czasu. Z jednej strony ewidentnie słabnie jego rola społeczna, co oznacza, że słabnie także wiara ludzi, ubywa tych, którzy widzą w Kościele swoje ocalenie. Mam wrażenie, że lekceważy się spadek powołań kapłańskich i zakonnych i próbuje się go uzasadnić choćby demografią. Nie jest to jednak wyjaśnienie wystarczające, wskazuje natomiast na sposoby przyklepywania problemów Kościoła. Mamy też znaczne, szczególnie wśród młodych, poparcie dla antyklerykałów. Może to oznaczać, że Kościół nie daje już młodym autorytetów i przekonującego języka, więc ci znajdują go sobie gdzie indziej. Niestety w świecie „pomieszania języków” odpływ od Kościoła nie musi się odbywać w pobliskie rejony, z których zawsze jeszcze człowieka można sprowadzić na powrót do Boga, ponieważ doszło jedynie do zeświecczenia wartości. Raczej odpływ ten będzie się charakteryzował wchodzeniem w opozycję, czasem pod płaszczem właśnie „otwartości”, „dialogu”, „laickości” sfery publicznej. Przeciwstawianie wartości, a nie ich harmonizowanie jest znakiem nowoczesności. Z drugiej strony Kościół jest rozgrywany medialnie i zachęcany do dwóch postaw – do zaakceptowania myślenia sekularnego w sferze publicznej i przyjęcia go jako swojego, co w praktyce oznaczałoby samoidentyfikację katolicyzmu w duchu irracjonalnego folkloru religijnego, a nie rozumności mogącej organizować lub chociaż wpływać na życie społeczno-polityczne. Inna pokusa zachęca do wejścia w postawę samowykluczenia, czyli cofnięcia swojego zaangażowania politycznego i skupienia się na sobie – odrzucenia świata. Obie pokusy są zgubne, ponieważ faktycznie stanowią przyzwolenie na absolutne rządy modusu sekularnego, który będzie wykluczał chrześcijan z życia. Pierwsza droga będzie osłabiać chrześcijaństwo w samych chrześcijanach, a druga oznacza ich wykluczenie za pomocą regulacji prawnych. Przykład Hiszpanii jest bardzo dobry – wobec nowych praw zarówno dotyczących życia ludzkiego jak i modelu rodziny trudno już być tam urzędnikiem, sędzią i równocześnie katolikiem. Inny przykład to Wielka Brytania, gdzie zniknęły katolickie ośrodki adopcyjne, ponieważ powstał nakaz prawny przekazywania dzieci homoseksualistom. Sądzę, że to jest zwykła droga jaką musi podążyć współczesna kultura liberalna. Dlatego konieczne jest zjednoczenie Kościoła wokół opinii katolickiej i to chociaż w sprawach najważniejszych. Uważam, że środowiska „otwarte” tego nie rozumieją. Nie wiem dlaczego. Może boją się otworzyć oczy? Może już zaakceptowały folklorystyczny charakter religii katolickiej? Może świadomie lub nie ulegają rozkoszom konformizmu wynikającym z możliwości dialogowania? Równocześnie jest dla mnie oczywiste, że odpowiedzią na tę sytuację nie może być agresja polityczna, czy publicystyczna, czy też pozorna obrona cywilizacji chrześcijańskiej w czym bryluje dziś parlamentarna prawica.
Użyję pewnego uproszczenia: po Soborze Watykańskim II hierarchia kościelna „postawiła na świeckich wiernych”. Prowadziło to niekiedy do sytuacji, gdy „wyemancypowany” laikat wprost odrzucał władzę swoich biskupów, papieża (skądinąd znane w dziejach Kościoła zagrożenie). W Polsce nie powstał ruch na miarę „My jesteśmy Kościołem”, ale czasem można odnieść wrażenie, że wierni czują większą więź z jakąś „opcją” w obrębie Kościoła, niż z nim samym. Nie obawiasz się, że tą drogą pójdzie u nas zeświecczenie?
T.R.: Istnienie różnorodnych zdań w Kościele nie jest niczym nowym – całe dzieje Kościoła są naznaczone zmaganiami pomiędzy różnymi perspektywami teologicznymi, dyscyplinarnymi. Oczywiście dziś różnica polega też na tym, że strony sporu są niejednokrotnie kreowane medialnie. Myślę, że trzeba zapytać, co to znaczy, że „wierni czuja większą więź z jakąś opcją w obrębie Kościoła, niż z nim samym” lub zapytać, kiedy to może być szkodliwe. W środowisku „Christianitas” określiliśmy taką sytuację znanym terminem postchrześcijanstwo. Rzadko jednak bywa to pojęcie ściślej definiowane. Kulturę postchrześcijańską opisałbym jako rzeczywistość „ufundowaną na racjonalności nieadekwatnej względem chrześcijańskiego logosu” (Piotr Kaznowski, „Christianitas a kultura postchrześcijańska”, Christianitas nr 43, s.11), ale zachowującej miano chrześcijańskiej. Weźmy jakieś przykłady z różnych stron. Oczywiście mam świadomość, że ci którzy je reprezentują oburzą się, ponieważ tak przecież dosłownie nie myślą, ale jednak od intencji ważniejsza jest praktyka wynikająca z pewnej ujawniającej się racjonalności i rzeczywistego umiejscowienia w niej chrześcijaństwa. Jeśli okazuje się, że dziejów Polski nie można zrozumieć bez katastrofy smoleńskiej, a nie bez Chrystusa, to jest to postchrześcijaństwo lub specyficzny duch romantyczny dla którego religia (choć bardzo ważna) jest ostatecznie instrumentem organizacji uczuć wspólnotowych i narodowych. Mamy też drugą stronę – tam istnieje przekonanie, że religia chrześcijańska „zawsze” służyła dialogowi, demokracji, a jej głównym zadaniem jest budowanie liberalizmu i społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiście taki krótki opis musi wyglądać nieco karykaturalnie, ale jest w swoich zasadach prawdziwy. Jarosław Kaczyński nie jest mesjaszem polskiej polityki i tradycji, a ład, źródło i cele państwa liberalnego są inne niż państwa katolickiego. Znów dochodzimy do momentu, kiedy powinniśmy sobie uświadomić, jak ważne są zasady myślenia i że to one ostatecznie organizują sposób kształtowania się prawa pisanego i różnego rodzaju obyczajów (patrz choćby obecność krzyża w Sejmie, szkołach i urzędach). Mam wrażenie, że sojusz katolicyzmu i liberalizmu, a także romantyzmu dobiega końca. Żyjemy w czasach kiedy potrzeba jest katolicka ideowa odrębność. Podkreślam – odrębność, a nie wrogość, co oznacza zdolność do samodzielnego myślenia niezależnego od wytycznych wynikających z innych „modusów” intelektualnych, ale i zdolność okresowych sojuszów w sprawach ważnych dla katolików.
Serce Kościoła bije raczej w klauzurowych zakonach, gdzie panuje „wielka cisza”, nie zaś w studiach telewizyjnych i radiowych. Kościół wciągany w „cały ten zgiełk” publicystki, z dziwnymi obrońcami i chętnymi do poklepywania po ramieniu, albo rzucania kamieniami wydaje się bezbronny. Jaką właściwie strategię wypadałoby przyjmować w takich sytuacjach, jak wrzawa wokół ks. Bonieckiego, czy ks. Natanka? Milczeć i się modlić?
T.R.: Owszem, serce Kościoła bije tam gdzie jest modlitwa za klauzurą, ale „szczyt i źródło” życia chrześcijańskiego to liturgia, która ma wyraźny aspekt oddziaływania nie tylko mistycznego, ale i społecznego. Druga rzecz – Kościół to nie tylko serce. Samo serce nie będzie żyło jeśli nie będzie ciała, głowy, nóg, rąk, ale także uszu i ust. Jeśli pojawia się już w mediach konkretny problem i jest on szeroko omawiany, głos katolików jest wtedy konieczny. Sprawa ks. Bonieckiego jest odpryskiem sprawy Nergala, a w głębszym nurcie wynika z pytania czy katolicy powinni wyrażać publicznie swoją opinię na temat tego co dopuszczalne w sferze publicznej. Milczenie oznaczałoby tylko jedno – wycofujemy się ze świata, świat nas nie obchodzi, niech świat robi z nami co mu się podoba. Ksiądz Boniecki choć nie milczy, także przyłącza się do tego tonu. Nie sądzę byśmy zawsze potrafili zachować umiar, wyrazić swoje stanowisko w sposób doskonały, czy uniknąć przesadnych reakcji na takie czy inne wydarzenie, ale zawsze trzeba próbować. Walka o obecność opinii katolickiej w sferze publicznej – przez obronę sacrum lub wartości nienegocjowalnych jest moim zdaniem jednym z warunków do godnego wypełniania misji Kościoła na innych polach, tych mniej spektakularnych medialnie. Zarówno dla ewangelizacji jak i działalności społecznej potrzeba pewnego ładu publicznego, wyraźnego stanowiska wierzących, które będą chroniły chrześcijańskiego rozumienia choćby charytatywności. Antyprzykładem mogą być tu właśnie zlikwidowane brytyjskie katolickie ośrodki adopcyjne, które nie mogły istnieć ponieważ zabrakło w państwie brytyjskim elementarnych wartości i sprawiedliwości. Powinniśmy pamiętać, że walczymy o cały świat, a nie tylko o nasze katolickie getta.
Istnieje dość popularna teza, że pokolenie „dinozaurów Soboru Watykańskiego II”, zakochanych w „Kościele otwartym” zastępuje powoli, ale nieubłaganie generacja młodych, gniewnych i „fanatycznych” „konserwatystów katolickich”. Pierwsza rzecz: uważasz taki podział za uprawniony, czy kolejny publicystyczny humbug? Rzecz druga: jak Ty sam trafiłeś w objęcia „arcyintegrystów” z „Christianitas”?
T.R.: Jedyne co mogę powiedzieć na temat pierwszej części pytania to przekonanie, że Kościół rozumiany jako „otwarty” wszedł w kryzys wynikający w dużej mierze z jego zderzenia z rzeczywistością. Na poziomie uniwersalnym wynika on z porażki pewnych interpretacji katolickości jakie pojawiły się przed, jak i po Soborze Watykańskim II. Także, co ważne, z kompletnej porażki idei chadecji na poziomie politycznym. Inspiratorami XX wiecznej chadecji byli w dużej mierze Paweł VI i Jacques Maritain. Maritain uwierzył, że istnieje jedność rozumu pomiędzy światem demokracji liberalnej i chrześcijaństwem, i że chrześcijanie powinni nasycać świat wartościami poprzez szeroki udział we władzy. Skończyło się to całkowitą korupcją ideową partii chadeckich, ponieważ w praktyce ważniejszy stał się udział we władzy i „skuteczność” niż agenda katolicka. We Włoszech chadecja rządziła pół wieku opierając się na programie obrony państwa przed komunistami, a sama wprowadziła rozwody i szeroki dostęp do aborcji. Dlaczego katolicy na to nie reagowali? Ponieważ uznali, że Kościół pobłogosławił liberalny modus sprawowania władzy – ustami Ojców soborowych, swojego najwybitniejszego filozofia i autorytetem papieża. Kolejni następcy intelektualni Maritaina utwierdzali opinię publiczną w przekonaniu o słuszności nowych koncepcji (np. V. Possenti). Symboliczną, finalną porażką złudzeń chadeckich było odrzucenie kandydatury Rocco Buttglionego jako kandydata na komisarza europejskiego. Okazało się, że „skuteczność” chadecji jest bliska zeru jeśli naprawdę zamierza reprezentować wartości chrześcijańskie, a modus polityczny dzisiejszej Europy, ów błogosławiony „secular reason”, pozytywnie wartościowany przez Maritaina jako „autonomia czynnika doczesnego wobec prerogatyw nadprzyrodzonych” dawno wypluł chrześcijaństwo i go nie chce i nie potrzebuje. Pół wieku pracy zostało zmarnowane z powodu błędów intelektualnych.
Jeśli to co zostało powiedziane do tej pory jest choć do pewnego stopnia reprezentatywne dla myślenia „arcyintegrystów” z „Christianitas” to do takiego myślenia doprowadziły mnie studia jakie prowadziłem nad chrześcijańską myślą polityczną – najpierw w antyku i wiekach średnich, a potem coraz bliżej nowożytności. To element teoretyczny. Elementem praktycznym było rozczarowanie jakie musi spotkać każdego maritainistę, którym kiedyś byłem, próbującego realizować swoją postawę w życiu. Dotyczyło to bardzo konkretnie mojego zaangażowania, około roku 2007, w reaktywację pisma „Res Publica Nowa”. Na początku wyobrażaliśmy sobie, że powstanie pismo oparte na zasadach „artes liberales” czy liberalizmu mądrości rozumianego znacznie szerzej niż liberalizm ideologiczny, czy nowoczesny. Miałem nadzieję na zaistnienie tam nurtu chrześcijańskiego, który chciałem zresztą reprezentować. Dobrze pamiętam losy pewnego mojego tekstu, który ostatecznie się nie ukazał. Wojciech Przybylski – dzisiejszy wydawca, a wtedy lider grupy kilka razy odsyłał ten tekst bym złagodził jego chrześcijańską wymowę. Jak dobry chadek robiłem wszystko by tekst się ukazał, odkrawając kolejne istotne moim zdaniem elementy refleksji. Usprawiedliwienie się łatwo znajdywało – przecież ważna jest „skuteczność” czyli obecność. Szeroki liberalizm tego pisma mógł polegać tylko na równoważeniu aspektów. Zatem, jak sądziłem, ważniejsze, żeby znalazł się w pierwszym numerze tekst wypruty z odniesień religijnych, ale adekwatny na poziomie zasad. Nie przyszło mi do głowy, że jest to być może, na głębszym poziomie, niemożliwe. Niedługo potem nastąpiły kolejne zdarcia zasłony złudzeń. Na salonie24 istnieje dziś już praktycznie nieaktywny blog „Państwo Rowińscy”, na którym 6.12.2007 razem z żoną umieściliśmy
polemikę z tekstem Jacka Hołówki z Rzeczpospolitej o iv vitro. Publikacja ta miała swoje echo wśród czytelników. Okazało się, że dla liberalnego wydawcy nasz tekst był nieodpowiedzialny, a samo założenie bloga pewnego rodzaju samowolą psującą przez swój radykalizm wizerunek odradzającego się pisma. Jednak jako dobry uczeń Jacques’a Maritaina sytuację tę uznałem za konieczną dyskusję wewnątrzredakcyjną, element dialogu różnych punktów widzenia. Wojciech Przybylski powstrzymał mnie od odejścia. Jednak ostatecznie doszło do rozstania podczas wydawania pierwszego numeru odnowionej „Res Publiki”. Pomijam permanentnie antyklerykalne wypowiedzi Marka Zaleskiego na spotkaniach redakcyjnych, jednak czarę goryczy przelała decyzja o publikacji antykatolickego paszkwilu autorstwa Hołówki jako przemowy do niewielkiego dziełka J. S. Milla „O naturze” dołączonego do pierwszego numeru wznowionego periodyku. Na postawione ultimatum o konieczności wyboru przez wydawcę (czyli W.P.) pomiędzy moją osobą jako redaktora, a drukiem artykułu nie było reakcji poza dalszym nieprzerwanym trwaniem procesu wydawniczego. Tak zakończyły się moje przygody jako maritainisty i respublikanina. Ze środowiskiem „Christianitas” byłem już wtedy w kontakcie od jakiegoś czasu. Po rozstaniu z „Res Publiką Nową” nastąpiło dalsze zbliżenie z redakcją Pawła Milcarka jako zupełnie odrębną propozycją myślenia o obecności katolicyzmu w świecie.
Porozmawiajmy chwilę o „Pressjach”. Przeczytałeś numer o Papieżu? Jest lepszy czy gorszy od okładki? Zajrzysz na dłużej do numeru o lewicy? Czytałem na portalu „Frondy”, że nie warto po niego sięgać, ale to chyba była przekora...
T.R.: Numer o Papieżu przeczytałem prawie cały i miałem do niego sporo zastrzeżeń. Wymienię tylko jedno, chyba najważniejsze. Nie mogę się zgodzić z diagnozą recepcji myślenia Jana Pawła II, którą Paweł Rojek sprowadził do chrześcijańskiego powołania do bycia „królami, prorokami, kapłanami” przeciwstawionego idei 4R, czyli połączeniu „religii, rodziny, rynku i rozsądku”. To przeciwstawianie nadprzyrodzoności i doczesności jest zmorą dzisiejszego myślenia chrześcijańskiego, które skutkuje tym, że wielu wierzących i niewierzących postrzega wiarę jako rzeczywistość na skrzyżowaniu mitologii i fantastyki społecznej. Nie chciałbym przedłużać tego wątku, ale dychotomia (dualizm) Rojka przywołuje jedno zasadnicze pytanie – jak w życiu chrześcijan ma się przejawiać kapłaństwo, proroctwo i królestwo? Można polemizować z konkretnymi przejawami idei 4K, ale przecież powołanie chrześcijańskie swoje konkretne wcielenia. Przeciwstawienie postawy KPK i 4K grozi czymś bardzo konkretnym – rozerwaniem zasad praktycznego działania katolików w świecie i naszej religijności, z która dzieją się wtedy dziwne rzeczy – uwewnętrznia się, prywatyzuje, lub zamienia się w pewnego rodzaju estetyzm, dodatek kulturowy. Wartościowy do póki nie przeszkadza, a zatem będący użytecznym narzędziem państwa liberalnego w zintegrowaniu pewnych określonych grup społeczeństwa wedle ich ekstrawaganckich (religijnych) potrzeb. Dlatego powtarzam pytanie. Co to znaczy być KPK? Przecież nie będziemy teraz jako kapłani przebierać się za biskupów, jako prorocy jeść szarańczy, a jako królowie przywdziewać gronostajów. To właśnie byłby jakiś postchrześcijański estetyzm. Tak jak estetyzmem była europejska chadecja strojąca się w piórka chrześcijaństwa. Ale nie tylko chadecja, także wiele innych zjawisk, które prezentują się jako chrześcijańskie, ale praktykują już zupełnie coś innego.
Co do okładek to wolałbym się już nie wypowiadać w tej kwestii.
I na koniec, króciutko: doczekam w najbliższej pięciolatce osobnego numeru „Christianitas” o Katolickiej Nauce Społecznej? Z tekstami, np. Rafała Łętochy? Czy to ma być już na stałe działka „Nowego Obywatela”?
T. R.: Hm, to jest bardzo dobre pytanie. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Być może kiedyś dojdziemy do takiego punktu, że zechcemy coś powiedzieć na ten temat. Na razie staramy się przemyśleć i zrozumieć to co wydaje nam się najważniejsze – a zatem pewne zasady teologii i filozofii – zagadnienia permanentnie mieszane i mylone, a potem źle praktykowane – natura, łaska, a w ich kontekście liturgia, polityka, kondycja chrześcijaństwa. Być może jeszcze nie wiemy co byśmy mogli powiedzieć od siebie w sprawach nauki społecznej Kościoła – w sposób wyczerpujący i głęboki, a może to trochę nie nasze powołanie. Na koniec mogę tylko dodać, że nie podoba nam się watykański pomysł sformułowania gospodarczego rządu światowego. Pomysł ten reprezentuje wiele z tego co powyżej przedstawiłem jako zagrożenia dla misji Kościoła.
Dziękuję za wywiad.
Warszawa, 7 XI 2011 r.
Tomasz Rowiński – historyk idei, publicysta i redaktor "Christianitas", sekretarz redakcji kwartalnika "Fronda", autor dwóch książek z wywiadami, mąż Ewy, tata Marty, trowinski.blogspot.com.
Odsłon: 216 Komentarzy: 0
Friday,30 July 2010,21:45
Kategoria: Kultura Friday, 30 July 2010, 21:45
„tylko z pozoru/ głos Marsjasza/ jest monotonny/ i składa się z jednej samogłoski/ A/ w istocie/ opowiada/ Marsjasz/ nieprzebrane bogactwo/ swego ciała/ łyse góry wątroby/ pokarmów białe/ wąwozy/ szumiące lasy płuc/ słodkie pagórki mięśni/ stawy żółć krew i dreszcze/ zimowy wiatr kości”…
Kara, jaką zwycięski a mściwy bóg, syn Dzeusa i śmiertelniczki Leto zgotował przegranemu satyrowi z orszaku Dionizosa, była odrażająca. Starożytni Grecy, opowiadając historie przez nas nazywane mitami, wiedzieli, co opowiadają: najstraszliwsze losy, jakie są udziałem rodzaju ludzkiego, mściwość bóstw, bezlitosność ich kaprysów. Herbert był skrupulatnym kronikarzem nieprawości bóstw i ludzi. I historii.
Pod koniec lat dwudziestych ubiegłego stulecia Marian Zdziechowski opublikował w „Przeglądzie Współczesnym” esej „O okrucieństwie”. Pisze w nim: „Okrucieństwo polega na umyślnym i rozmyślnym sprawianiu cierpienia istocie żywej, czującej. Okrucieństwo jest dla okrutnika rozkoszą – mówi Rene Guyon – najobrzydliwszą, jaką da się wyobrazić, a to dlatego, że rozkosz ta jest w istocie swej podłością; pastwić się bowiem możemy tylko nad istotą słabszą, bezbronną (…). Okrucieństwo to instynkt wyrafinowany psucia i niszczenia, bo przedmiotem jego jest życie, i niszcząc życie chcemy, żeby istota, której się życie zabiera, jak najdłużej i jak najboleśniej to czuła”. Opisuje filozof okrucieństwo jako znaczący dla jego epoki przymiot polityczny. Pierwsze myśli rozprawy poświęca Rosji, wówczas już naczelnemu tematowi swej twórczości. Ale treścią eseju są kolejno: psychologia okrucieństwa, Inkwizycja, procesy czarownic i krótki podrozdział „Człowiek a zwierzę”.
Okrucieństwo. Uważane za znak szczególny wieku, który ledwo przekroczyliśmy. Herbert urodził się w 1924, zmarł w 1998 roku. Należał i do naszych czasów, i do zamierzchłej już epoki, gdy wykształcony człowiek władał łaciną i greką i w dużej mierze był jeszcze wciąż bliskim krewniakiem Greków i Rzymian. I odpowiedź poety na zbrodnie wieku była w znacznej mierze klasyczna: tragedia może oczyszczać, zło jest nieusuwalne, ale można się z nim mierzyć, najniebezpieczniejszą klęską jest klęska etyczna, połączona z upadkiem estetycznym. Rozum może jednak zawieść, wszechświat i ludzka mądrość zdradzić, a pielęgnowanie cnoty wymaga dystansu wobec świata i samego siebie. „Bądź odważny”, owszem, ale i nie zapomnij przyjrzeć się w lustrze własnej, błazeńskiej twarzy.
To, co istotne, to niezwykły szacunek poety do tradycji ludzkości, do jej historii, zamkniętych w archetypach, pradawnych mitach, które także nasza rodzima kultura dziedziczy i w których współuczestniczy. Podobny szacunek, zrozumienie, poczucie ciągłości i zakorzenienia miał Zygmunt Kubiak. W długiej rozmowie z Ziemowitem Skibińskim, „Zwierciadło śródziemnomorza” mówi: – „Polszczyzna to dla mnie ten słowiański język, który kształtował się w intymnym związku z łaciną. Nie powiem, że z greką, nasza kultura karmiona jest Grecją, ale przez Rzym; najpierw przez łacinę, a potem głębszym wtajemniczeniem była greka. I w tym znaczeniu Wergiliusz i Horacy są naszymi przodkami. Liturgia rzymskiego Kościoła to ugruntowała. Owo współżycie jest tak głębokie i podstawowe, że ośmieliłem się kiedyś nazwać polszczyznę mową słowiańsko-łacińską. Typ zdania polskiego jest łaciński, jego dyscyplina intelektualna. (…) Poprzez łacinę zaś sięgamy do dziedzictwa greckiego, bardziej dla nas tajemniczego od rzymskiego. W związku z tym rysuje się poważne niebezpieczeństwo dla polszczyzny przy dzisiejszym oderwaniu od łaciny”.
Wyrazistość, zmysłowość, jak w wierszu „Apollo i Marsjasz”. Ale nie tylko tam. W obszernym tomie „Kosmopolityzm i sarmatyzm. Antologia powojennego eseju polskiego” znalazło się miejsce dla tylko jednego tekstu Herberta: „Siena” (inni autorzy są na nieszczęście nadreprezentowani). Wzięty jest z tomu „Barbarzyńcy w ogrodzie”, z którego nota bene pochodzi mój ukochany esej poety: „O albigensach, inkwizytorach i trubadurach”. "Siena" to opowieść, w której objawia się zmysłowa natura artysty, ponad zło świata przebija radość istnienia: „Proszę patrona trattorii o lepsze wino. Przynosi zeszłoroczne chianti z własnej winnicy. Mówi, że jego rodzina ma tę winnicę od czterystu lat i że jest to najlepsze chianti w Sienie. Teraz patrzy na mnie zza lady, co będę robił z tym cennym trunkiem. Należy nachylić szklankę, aby zobaczyć, jak płyn spływa po szkle, czy nie zostawia śladów. Następnie podnosi się ją do oczu i, jak mówi pewien francuski smakosz, zatapia się oczy w żywych rubinach i kontempluje się jak chińskie morze, pełne korali i alg. Trzeci gest – zbliżyć brzeg szklanki do dolnej wargi i wdychać zapach mammola – bukietu fiołków oznajmiających nozdrzom, że chianti jest dobre. Zaciągnąć się tym aż do dna płuc tak, żeby mieć w sobie woń dojrzałych winogron i ziemi. Wreszcie – ale unikając barbarzyńskiego pośpiechu – wziąć w usta mały łyk i językiem rozetrzeć ciemny, zamszowy smak na podniebieniu. Uśmiecham się w kierunku patrona z uznaniem. Nad jego głową zapala się wielka lampa radosnej dumy. Życie jest piękne i ludzie są dobrzy”.
W „Pocztówce od Adama Zagajewskiego” Herbert pisał: „Tej garstce, która nas słucha należy się piękno/ ale także prawda/ to znaczy – groza/ aby byli odważni/ gdy nadejdzie chwila”. Raz jeszcze Zdziechowski: „Jakże trudna jest walka z okrucieństwem! Jak głęboko tkwi w naturze naszej! Chcąc to objaśnić, nie ma innego sposobu, jak uznać człowieka za istotę upadłą, za ofiarę jakiejś pierwotnej a strasznej katastrofy, o której Biblia wspomina w podaniu o grzechu pierworodnym. Człowiek dumnie się mieni panem stworzenia, a pod względem moralnym, w uczuciach swoich i instynktach o ileż niżej stoi od zwierzęcia! Zwierz drapieżny bywa i krwiożerczy, ale z potrzeby…”. Człowiek i jego nieszczęsna historia. Jego cywilizacja, jego kultura, która i osłania słabość człowieczeństwa, i je potęguje. „Ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni/ obrońcy Dalajlamy Kurodowie afgańscy górale/ (…) cmentarze rosną maleje liczba obrońców/ ale obrona trwa i będzie trwała do końca/ i jeśli padnie Miasto a ocaleje jeden/ on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania/ On będzie Miasto/ patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci/ najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady/ i tylko sny nasze nie zostały upokorzone”. Herbert, „Raport z oblężonego Miasta”.
„…nad solą pamięci/ wstrząsany dreszczem obrzydzenia/ Apollo czyści swój instrument/ teraz do chóru/ przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza/ w zasadzie to samo A/ tylko głębsze z dodatkiem rdzy/ to już jest ponad wytrzymałość/ boga o nerwach z tworzyw sztucznych/ żwirową aleją/ wysadzaną bukszpanem/ odchodzi zwycięzca/ zastanawiając się/ czy z wycia Marsjasza/ nie powstanie z czasem/ nowa gałąź/ sztuki – powiedzmy – konkretnej/ nagle/ pod nogi upada mu/ skamieniały słowik/ odwraca głowę/ i widzi/ że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz/ jest siwe/ zupełnie”. Zbigniew Herbert, „Apollo i Marsjasz”.
Odsłon: 232 Komentarzy: 1
Tuesday,15 June 2010,22:29
Kategoria: Kultura Tuesday, 15 June 2010, 22:29
W 2008 roku Hubert „Spięty” Dobaczewski, wokalista LAO CHE mówił w wywiadzie dla OBYWATELA, zatytułowanym „Po prostu jesteśmy stąd”: – Z jednej strony pasuje mi, że jestem na rynku outsiderem, że nie można mnie nigdzie przypiąć. Z drugiej, jest zawsze taka myśl: kurczę, ja tu nie pasuję. Jadę na jakiś festiwal czy juwenalia, grają przed nami czy po nas różne zespoły i zawsze mam rozterki tego typu, że one są fajniejsze, a my wiecznie z tym powstaniem, aż się można zrzygać. (…) My to jesteśmy… takie polskie kartofle. Więc czasami miewamy kompleksy, ale potem wychodzimy na scenę, gramy to „Powstanie” i znowu pojawia się wzruszenie i jest fajnie, gramy sobie jakiś mroczny klimat z „Guseł”, piosenkę o Chrystusie z „Gospel” –i też jest fajnie.
Ale właściwie zaczęło się od „Powstania Warszawskiego” Lao Che i odkrycia ich wcześniejszych płyt. Dziś już nie mam żadnych wątpliwości, że Lao Che to jedna z najlepszych kapel na naszej scenie muzycznej, tak od strony dźwiękowej, jak tekstowej. Tym bardziej czekałem na ich następny album. No i jest: „Prąd stały, prąd zmienny”, grudzień, styczeń 2010, studio Fonoplastykon. Na rynek płyta trafiła bodaj w kwietniu.
Przyznam, że po zdecydowanie ostrzejszych „PW” i „Gospel" odczułem lekkie rozczarowanie. Chciałem więcej rock`n`rollowego prądu, a tu więcej klawiszy, samplera. Jakby za mał zawartość pazura w pazurze, by nawiązać do klasyka. Pewne było dla mnie natomiast, że tekstowo Lao Che znów wyśmienite. No, może nie ma tu frazy na miarę „Utopię waszą utopię”, ale pure nonsensowe teksty z „Urodziła mnie ciotka” czy „Życie jest jak tramwaj” też smakowite.
Subiektywny ranking najlepszych utworów z „PS/PZ”.
„Magister pigularz”, czyli krótka impresja na temat piguł na ból istnienia. Podobno Polacy spożywają tego całą masę, więc refleksja jak najbardziej na czasie. Elektronika, sample, początek nie w moim guście, ale utwór robi się coraz mocniejszy, ekspresyjny, choć smutny. Rozpaczliwy, gdy Spięty śpiewa:
Czy głowa po Tym nie będzie mnie ćmić? Czy alkohol można po Tym pić? Czy mogę z magistrem pomówić otwarcie? Nie umiem z magistrem pomówić otwarcie…
„Życie jest jak tramwaj” to zabawna makabreska o facecie, któremu tramwaj uciął głowę. I stanowcze wyznanie, które może przypaść do gustu zdeklarowanym przeciwnikom komunikacji miejskiej:
Więcej moja głowa w tramwaju nie postanie, komunalne linie – granda! Oddać głowę, dranie!. BTW: w książeczce mowa o nodze, ale Spięty wyraźnie śpiewa o głowie, co nie postanie… Utwór spokojny, do bujania na koncercie w sam raz. Ładny bas na początku i perkusja, no ale zaraz znów te sample. ;-)
„Prąd stały/prąd zmienny”. Tu niemal serio i z uczuciem, podniośle. Potencjalny przebój elektryków. Bardzo melodyjnie. Świetny przykład, że o rzeczy tak nie poetyckiej jak prąd stały i zmienny można napisać tekst bynajmniej nie w stylu wczesnej Szymborskiej, lekki i dowcipny
.Gdzieś w kącie za szafką, uwiję swoje gniazdko, stanę bacznie na warcie i jakby co – na alarm dam zwarcie. Nie mam ja dziatek ni żony, w służbie mej uziemiony…
„Urodziła mnie ciotka”. Tu nieco ostrzej, a byłoby idealnie gdyby automat perkusyjny nie zawadzał gitarze prowadzącej. Ale pewnie jestem muzycznie skrzywiony, a poza tym zupełny amator. W każdym razie przy tym kawałku da się nawet odstawić pogo. Podmiot liryczny opowiada tu o swoich perypetiach życiowych, nie odmawiając sobie odmalowania szerszej perspektywy społeczno-egzystencjalnej… ;-)
Urodziła mnie ciotka, tak chyba miało być. Miasteczkiem wstrząsnęła plotka, że łysych papą chcą kryć. I była parna zima, i padał czarny śnieg. I wszystko było opacznie, cudacznie żywot mój biegł.
Półeczka niżej, choć pewnie nie jestem sprawiedliwy. „Historia stworzenia świata”, bardzo wysublimowany kawałek, z melodeklamacją. Tekst pisał chyba jakiś niepoprawny korwinista: Podobno w tamtym czasie byli tutaj jeszcze jacyś Obcy chłopcy, ale dali nogę, bo podatki wzrosły. A może pospołu z lewakiem protestującym przeciw Guantanamo i Klewkom: Podobno są tu jeszcze jacyś Obcy chłopcy, ale rząd ich więzi w drewutni, bo ich nie lubi, tylko się o tym nie mówi…
„Zima stulecia”, muzycznie cokolwiek pastiszowa (ta estetyka kojarzy mi się z „ambitniejszym” dance-popem z lat 90-tych). Warto w tych dniach posłuchać dla ochłody: Tak oto nadeszła Zima stulecia, nos nam odmarzł, a kraj w zamieciach, padł już kombinat, elektrownia nie wytrzyma, wybiła ostatnia kilowatogodzina…
„Czas”, refleksyjny. Chyba jak cała płyta, na jakiś spokojny wieczór, skłaniający do zadumy. Ale z ostrym, gitarowym finiszem. Czekaj dni siedem, być może zimnych i wietrznych, ale dni siedem jedynie, bo ósmy będzie wieczny. Ósmy dzień to rzecz jasna mrugnięcie okiem w stronę odbiorcy, który przyzwyczaił się do religijnych nawiązań w muzie Lao Che. Tu trzeba wspomnieć, że spośród wszystkich albumów ten tekstowo jest najmniej „religijny” czy „ojczyźniany”. Raczej ironiczno-egzystencjalny.
Trzecia półeczka to „Krzywousty” (o konfliktach międzyludzkich, punkt wyjścia dla rozważań na gruncie filozofii dialogu), „Kryminał” (tekstowo temat na powieść sensacyjną, z naleśnikami w tle), „Dłonie”(dla miłośników oryginalnych love songów), „Wielki kryzys” (panom się gdzieś spieszyło, w techno-stylu), „Sam O`Tność”(dla tych co się lubią powzruszać nad swoją i cudzą niedolą).
Oczywiście, ludzie o subtelniejszych gustach muzycznych niż moje ułożyliby ten ranking pewnie inaczej. Niewykluczam także, że Lao Che chciało także tekstowo odejść od „cięższej” tematyki. Ich dobre prawo. Ale pewnie nadal jest tak, jak mówił dla OBYWATELA Spięty wspominając album „Gospel”: – Na tej płycie są rzeczy uniwersalne, ale wszystko wpisane w naszą kulturę. Również dlatego, że będąc ludźmi stąd, śpiewamy po polsku. Nasz język jest ciekawy i można z niego fajnie czerpać, np. sięgać do języka kolokwialnego czy „prasłowiańskiego…
W każdym razie nadal lubię te „polskie kartofle”, choć mogły być ostrzej przyprawione.
Odsłon: 592 Komentarzy: 0
Monday,06 December 2010,13:18
Kategoria: Historia Monday, 06 December 2010, 13:18
W „Alfabecie Kaczyńskich” Lech Kaczyński powiada: - Kuroń słusznie zauważył, że są dwa rodzaje robotniczych mieszkań. Albo nieprawdopodobnie zadbane, albo takie tonące w wiecznym bałaganie, z wódką na stole. Mieszkanie pani Ani należało do tych pierwszych. Ona sama to najczystsza robotnicza arystokracja, choć zaledwie skończyła trzy klasy na Wołyniu. Suwnicowa. Niby prosta praca, ale trzeba umieć (…). Pani Ania to osoba bardzo emocjonalna, która zawsze o coś walczyła, choćby o jakość jajek w kantynie. Też wielka osobowość.
Wtóruje mu jego brat: – Anna Walentynowicz była bardzo popularna. Dziewczyna po trzech klasach, a na zebraniach witał ją grzmot oklasków. Czasem większych niż Wałęsę, czego on nie mógł ścierpieć. To osoba naprawdę wielkiego charakteru.
Urodziła się 15 sierpnia 1929 roku w Równem, na Wołyniu. Zginęła tragicznie 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Dziś premier Tusk nazwał ją „Matką Solidarności”. Nie dodał: Matką niemal zapomnianą przez swoje dzieci.
Jej Ojciec zginął w pierwszych dniach wojny, wkrótce potem Matka umarła z rozpaczy. Starszego brata Anny Sowieci wywieźli w głąb Imperium i na zawsze zaginął po nim słuch. Śmierć rodziców to kres dzieciństwa, później pracowała jako parobek u rodziny, która ją przygarnęła. Lata ciężkiej pracy, poniewierania, bicia. Ludzie, którzy ją przygarnęli po wojnie trafili do Gdańska.
W 1950 roku zrywa z tamtym życiem. Ma 21 lat. Przez osiem miesięcy pracuje w Gdańskich Zakładach Przemysłu Tłuszczowego „Amada”. A później trafia do stoczni: – W głowie szumiało mi morze i słyszałam słowa „Młodzież buduje okręty”. W stoczni przedstawiono mi wiele możliwości pracy, ale najbardziej imponowała mi praca spawacza w blasku płomieni, w snopie iskier.Ładnie? Romantyzm budów? Praca w ciemnym kadłubie statku, poparzenia twarzy, harówa. Jako spawacz przepracowała 16 lat. Później jako suwnicowa. Samotna matka z dzieckiem, mężatka, później wdowa. Najpierw tułała się z kąta w kąt, po paru latach dostała mieszkanie w Gdańsku-Wrzeszcz.
Bezpartyjna. Owszem, należała do ZMP (od stycznia do sierpnia 1951), ale w proteście wobec tego, co zobaczyła (nauczyłam się tam nowego słowa „obłuda”) rzuciła legitymację. Czy wierzyła w Polskę Ludową? Wierzyła, gorąco wierzyła. Jak długo? Nie wiem, w każdym razie w listopadzie 1984 roku oddała dwa brązowe, jeden srebrny i jeden złoty Krzyż Zasługi, ofiarowane przez władze PRL. Ale za młodu, ech, za młodu… Chciała być jak dziewczyny z plakatów propagandowych. I przez chwilę była. Nawet gdy zaczęła podpadać…
Niepokorna. Tak. Myślała, że Polska Ludowa jest rzeczywiście „ludowa”, czyli dla niej, sieroty, posługaczki w chłopskiej rodzinie. Należała do Ligi Kobiet, przewodniczyła sekcji socjalno-bytowej. – Żyłam w przekonaniu, że czarne to czarne, a białe to białe i nie ma odcieni pośrednich – mówiłam to głośno i bez ogródek –wspomina na kartach „Cienia przyszłości”. No i zaczęły się kłopoty. Zainteresowało się nią UB. Ona wciąż się udzielała, wciąż, przez lata, zadawała niewygodne pytania. Robotnicy ją szanowali. Była popularna. Nigdy bezczynna. Sadziła rabatki w stoczni i pomagała samotnym staruszkom. Trwało to lata. Po raz pierwszy próbowano wyrzucić ją z pracy 1968, gdy domagała się ukarania dyrektora, który zdefraudował (grał w TOTO-LOTKA) pieniądze z wypłat. W 1970 uczestniczyła w spotkaniu stoczniowców z Edwardem Gierkiem. Jak inni odpowiedziała: „Pomożemy!”.
W 1978 poznała Bogdana Borusewicza, Gwiazdów, Alinę Pieńkowską, Krzysztofa Wyszkowskiego. Lecha Wałęsę. I Lecha Kaczyńskiego: –
Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Leszek Kaczyński, młody prawnik. Kończył wtedy pracę doktorską. „Wpadka” mogłaby uniemożliwić mu jej obronę, staraliśmy się więc go oszczędzać i chronić. Nie ujawniał nigdzie swoich powiązań z naszą grupą, ale był zawsze do dyspozycji wtedy, gdy go potrzebowaliśmy. Uczył i pomagał. (…) Miałam wtedy 49 lat, z tego 40 – wypełnionych ciężką, fizyczną pracą. (…) Leszek Kaczyński uczył nas korzystania z prawa pracy, wskazywał i omawiał paragrafy gwarantujące robotnikom pewne przywileje i możliwości obrony przy zatargach z pracodawcą. (Wielokrotnie korzystaliśmy potem z jego pomocy prawnej). Gwiazdowie przypominają: –
Ani Walentynowicz pomagał właśnie Leszek, instruował ją w jej nieustannych bojach z dyrekcją i bezpieką.
Należała do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, pisała do „Robotnika Wybrzeża”. „Solidarność”:
„Od IX 1980 członek Prezydium Komitetu Założycielskiego „S” SG i Prezydium MKZ w Gdańsku”. Zainteresowanie SB, szykany w pracy. Zwolnienie z pracy, które stało się bezpośrednią przyczyną sierpniowego strajku w stoczni roku 1980. To ona negocjowała Mszę strajkową. –
Mimo późnej pory Ania Walentynowicz podjęła się zaproszenia księdza do odprawienia Mszy świętej następnego dnia na terenie Stoczni. Msza w niedzielę, w pierwszym, decydującym dniu międzyzakładowego strajku, była bardzo ważna. Ksiądz Jankowski uzależnił decyzję od zgody biskupa, a biskup od zgody wojewody. Ania uzyskała zgodę wojewody i wszystko poszło już gładko. Ksiądz Jankowski rano odprawił w Stoczni Mszę św. pod wykonanym przez stoczniowców krzyżem – wspomina Joanna Gwiazda na kartach „Gwiazdozbioru…”
Narastał konflikt między Walentynowicz a Wałęsą. Jego efektem było najpierw powołanie specjalnej Komisji, która miała zdecydować o pozostaniu Walentynowicz w „Solidarności”. Główny zarzut: „niegodne reprezentowanie Związku”. Ponadto: „zbierała podpisy (…) w celu udzielenia votum nieufności dla L. Wałęsy; udziela wywiadów korespondentom zagranicznym oraz w regionach, w których szkaluje i oczernia L. Wałęsę oraz szkodzi Związkowi”. Została oczyszczona z zarzutów. Ale w lipcu 1981 roku odebrano jej mandat na Zjazd Regionalny „Solidarności”. Ciężko to przeżyła: – Przeztrzydzieści lat stocznia była moim drugim domem. Tu dojrzewała we mnie duma z przynależności do robotniczej rodziny. Tu wracałam do sił po ciężkiej chorobie, po śmierci męża, po kolejnych aresztowaniach. Nawet szykany ze strony dyrekcji, kierowników i mistrzów nie były w stanie mnie złamać – bo tu doświadczyłam tego, co najcenniejsze: ludzkiej solidarności. Tej przez małe „s” – po prostu solidarności ludzkiej serc. Co zostało z niej teraz, po niespełna roku istnienia NSZZ „Solidarność”? We wrześniowym Krajowym Zjeździe brała udział właściwie jako obserwator.
Stan wojenny. 18 grudnia Walentynowicz trafia do więzienia w Fordonie. Później Gołdapia. To tam SB zaczęło podrzucać jej materiały na „Bolka”, które odruciła. W następnych latach kolejne razy zatrzymywana, skazywana, m.in. za próbę urządzenia głodówki w czasie wizyty Jana Pawła II w 1982 roku,
próbę wmurowania (wraz z Kazimierzem Świtoniem) tablicy upamiętniającej pacyfikację KWK Wujek. Odwdzięczano się jej m.in. internowaniem ukochanego syna, Janusza. Uzasadnienie?
„Zachodziło uzasadnione podejrzenie, iż przebywając na wolności, nie będzie przestrzegać porządku prawnego”.
Akcję wmurowania tablicy Anna Walentynowicz opowiedziała Tomaszowi Jastrunowi: – Otwory są już gotowe. Świtoń kładzie klej, sprawdza śruby. Podjeżdża kilka gazików, wyskakują z nich młodzi ludzie, tacy bardzo młodzi, po dwadzieścia lat. Świtoń tam nie patrzy, robi swoje. Tablicę oparł o nogi. Rzuca się na niego chmara ubeków. Chcę zabrać tablicę spod jego nóg i właśnie wtedy, gdy się pochylam, oni pociągnęli Świtonia, który przeleciał przez moją głowę. Przewróciłam się, spadła mi czapka, ale podnoszę się szybko i chwytam tablicę. Niestety, śruby wystawały od zewnętrznej strony i ubekowi było łatwiej złapać tablicę. Zapieram się nogami, ale było ślisko i tak ciągną mnie po lodzie. Ubecy zrobili żywy mur i odgrodzili nas od ludzi. Zaciągnęli mnie do samochodu, wyrwali tablicę i ubliżając mi wrzucili mnie do wozu. (…) A tablica? Odnalazła się po siedmiu latach. Szesnastego grudnia 1990 r. została umieszczona tam, gdzie być powinna – przy wejściu do kopalni „Wujek”.
Włączyła się do głodówki zainicjowanej po zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki przez Radosława Hugeta – od 1979 roku działacza Konfederacji Polski Niepodległej, później, już po głodówce, założyciela Ruchu Wolność i Pokój. Głodówkę, która trwała 194 dni (rozpoczęła się 18 lutego 1985), brało w niej udział 371 osób. W książce „Cień przyszłości” cytuje słowa kapelana ludzi pracy: „Nie sprzedawajmy ideałów za miskę ciepłej soczewicy”; „Solidarność – to jedność serc, umysłów i rąk, zakorzenionych w ideałach, które są zdolne przemieniać świat na lepsze”. I wspomina: – Jego śmierć odczułam jako stratę kogoś bardzo bliskiego. Do Suchowoli, rodzinnej miejscowości księdza Jerzego, zorganizowałam pielgrzymkę z Gdańska. Chciałam poznać jego rodziców i rodzeństwo, dzielić ich ból i rozpacz. Dzięki solidarnej postawie przyjaciół księdza Jerzego sprowadziliśmy z Podhala maszyny rolnicze, nieprzydatne w warunkach górskich, przeprowadziliśmy remont jego rodzinnego domu. Tyle można było zrobić dla żywych, a jemu przyrzekłam kontynuować dzieło, za które oddał życie.
W sierpniu 1984 roku przyznano jej prawo do emerytury. Przez wiele lat zmagała się z niedostatkiem. Premierowi Belce odmówiła przyjęcia specjalnej emerytury.
Od 1988 organizowała w Krakowie sympozjum „W trosce o Dom Ojczysty”. Współpracowała z Gwiazdami przy tworzeniu kompletnie marginalizowanego przez mainstream pisma „Poza Układem”.
3 maja 2006 roku Prezydent Lech Kaczyński odznaczył ją Orderem Orła Białego.
Bibliografia:
Cień przyszłości, Anna Walentynowicz, Anna Baszanowska, ARCANA 2009
Gwiazdozbiór w „Solidarności”, J.A. Gwiazdowie w rozmowie z Remigiuszem Okraską, OBYWATEL 2009
O dwóch takich… ALFABET braci Kaczyńskich, rozmawiali Michał Karnowski, Piotr Zaremba, Wydawnictwo M 2006
Odsłon: 751 Komentarzy: 10
Saturday,06 November 2010,14:49
Kategoria: Kultura Saturday, 06 November 2010, 14:49
Na obwolucie o barwie płomienia szary mężczyzna z laseczką, w garniturze i kapeluszu. Odwrócony, odchodzi. To okładka „Przerwy w pracy” Pawła Lisickiego, jego pierwszej powieści.
Tomasz B., dziennikarz podupadającej, prawicowej gazety, niegdyś wykładowca uniwersytecki, niespełniony pięćdziesięciolatek rozpamiętujący swoje życiowe porażki, w tym rozpadające się małżeństwo, dostaje zaproszenie na międzynarodową konferencję do Wiednia. Spotkanie obywa się pod tyle wzniosłym, co szerokim tytułem: „XXI wiek – duchowe wyzwanie dla zjednoczonej ludzkości”.
Przez dalekie skojarzenie powieść ta przypomniała mi dwie ulubione książki czasów liceum, autorstwa Umberto Eco: „Imię róży” i „Wahadło Foucalta”. Przede wszystkim dlatego, że kanwą intrygi są idee, czy ściślej – uwikłanie ludzi w koncepcje, światopoglądy, przekonania, mity i zabobony. Z kolei prof. Maciejowi Urbanowskiemu, jednemu z prelegentów na krakowskim
spotkaniu poświęconym książce Lisickiego, skojarzyła się ona z „Czarodziejską Górą” Tomasza Manna. Lecz nie ma tu radosnych liberałów, w typie Settembriniego, ani postaci prawdziwie tragicznych, jak ex-jezuita Naphta.
Przybysz z Polski, nominalny konserwatysta, gość z kraju peryferyjnej demokracji, spotyka się w Wiedniu z reprezentantami Zachodu, których postrzeganie kwestii religijnych, etycznych, społecznych daleko przekracza jego horyzonty. Tomasz B., mniej z przekonania, bardziej z racji własnej (w jego oczach niemal bezwartościowej) biografii, kulturowych przyzwyczajeń próbuje bronić swoich racji i jawi się jako prostaczek, prowincjusz, człowiek anachroniczny. Antagonistami, rozmówcami Tomasza są w większości ludzie, dla których jego poglądy, bronione nieudacznie, trochę wbrew sobie, to (nie)szkodliwe, trącące myszką dziwactwo. Etyka, człowieczeństwo są w ich świecie projektem, a człowiek istotą modalną, której natura może być poddana daleko idącej integracji z zewnątrz: nie tylko za sprawą mediów, ale przede wszystkim nowoczesnych technologii, w tym farmakologii. Duchowość traci wymiar transcendencji, staje się funkcją umysłu, warunkowaną psychosomatycznie. Społeczeństwa zaś stają się zbiorowiskami, których światopogląd regulowany jest przez ideologów, magnatów medialnych, prawodawców, polityków. Bohaterami świata, z którymi przegrywają nawet naukowcy-demiurgowie, są bohaterowie reality-show, kopulujący ze sobą na oczach telewidzów.
Tomasz B. czuje się śmieszny, jest pełen kompleksów, nieudaczny. Z miłości do poznanej przypadkowo kobiety, z bezradności, chęci dowartościowania, marzenia o „nowym początku” w swoim życiu wikła się w wydarzenia, które wzmagają jedynie jego niemoc. Manipulowany, wmieszany w morderstwo, które rani go boleśnie, w dziwaczną prowokację, mimowolnie staje się bohaterem. I wtedy milknie na dobre.
Lisicki jest ironiczny, jest karykaturzystą, trochę epigonem powieści spod znaku anty-utopii („Nowy wspaniały świat” Huxleya). Jego bohaterowie to alegorie idei/światopoglądów: mediokraci, technologowie eudajmonii, eugeniki, immoraliści-naukowcy, ludzie z wizją Nowego Porządku i Nowego Człowieka, który nie boi się już śmierci, więc z agresywnej bestii ma przemienić się w niewinną owieczkę. Niewinną, ale odczłowieczoną. Są tam też teologowie, którzy tradycję Kościoła zastąpili własnymi treściami, teologowie przypochlebiający się mass mediom, pragnący „podobać się bardziej ludziom, niż Bogu”, w którego zdaje się już nie wierzą, nawet jeśli są eminencjami rzymskokatolickiego Kościoła.
Można odnieść wrażenie, że w takim postrzeganiu Zachodu przez autora kryją się wszystkie spostrzeżenia i stereotypy polskiego, prawicowego intelektualisty, inteligenta. Jedyną postacią, jedynym kontrapunktem wobec tak zarysowanego ludzkiego, ideowego uniwersum jest stary, schorowany antyfaszysta, prof. Latgriech, który w Tomaszu B. odnajduje resztki wyrzutów sumienia, resztki człowieczeństwa. To on opowiada piękną, nieco platońską przypowieść o trzech starych kobietach, które symbolizują drogę do Prawdy… To jeden z fragmentów powieści, dla których warto ją przeczytać.
Lisickiemu udało opowiedzieć się, bez zbędnej dydaktyki, historię człowieka zagubionego, który szuka po omacku drogi własnego ocalenia. Czy to, co odnajduje, jest faktycznym ocaleniem? Czy tylko jego namiastką? Zresztą, jest też inne pytanie, ważniejsze: czy to, co pokazał nam autor, to prawda? Prawda o dzisiejszej cywilizacji, jej kondycji, zbrodniach popełnionych, popełnianych i tych, które jeszcze jesteśmy zdolni i chętni popełnić. Na własny rachunek i w imię Ludzkości. A może nowoczesne idee, współczesne formy komunikacji i interpretacji świata to „matrix”, jak określił to red. Piotr Legutko, mówiąc w
poniedziałek o książce? Wielkie złudzenie, kołysanka usypiająca „zwierzę-społeczeństwo”. Ale kto ma dość siły, by nie słuchać śpiewu Syren? Kto ma dość siły, by się przynajmniej odwrócić? A może wcale nie trzeba się odwracać…
Paweł Lisicki, "Przerwa w pracy", Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2009
Odsłon: 278 Komentarzy: 2
Tuesday,16 March 2010,20:33
Kategoria: Religia Tuesday, 16 March 2010, 20:33
Wczoraj w krakowskiej CHIMERZE odbyła się promocja „Przesilenia”, czwartej (mini)powieści Andrzeja Horubały. W weekendowej "Rzeczpospolitej" recenzję – troszkę obok samej książki – opublikował Krzysztof Kłopotowski („Egzorcyzmy popkultury”).
Promocję zorganizował Klub Debaty Politycznej, dyskusję moderował Wojciech Kolarski. W roli dyskutantów-zagajaczy wystąpili Maciej Prus (pisarz, właściciel kultowej knajpy „Piękny Pies”), o. Krzysztof Mądel SJ, i autor niniejszej notki. Fragmenty książki czytał Artur Wroński, właściciel CHIMERY (i mecenas wielu krakowskich wydarzeń kulturalnych).
„Przesilenie” to rzecz, którą można zakwalifikować jako moralitet, lecz jego puenta urywa się tam, gdzie właściwie całą historię można by zacząć.
Media, telewizja publiczna, dwóch producentów, którzy szukają swojej szansy, swojej trampoliny do sławy i wielkiej kasy. W Lubartowie, na początku lat 90-tych, trochę przypadkiem spotykają didżeja lokalnego radia, Krzyśka, którego nazywają Rzeźnikiem. Wszystko jest przaśne i prowincjonalne. Ale facet okazuje się być samorodnym talentem. Ruszają z talk-show, który da im dobrobyt i silną pozycję w branży…
Przeskok, skacowany Wojtek, producent budzi się w „kraju umiarkowanego faszyzmu”, jak nazywa III RP rządzoną przez Kaczyńskich. Jest po rozwodzie, odkrywa uroki przygodnego seksu i niezobowiązujących przygód. Wq… go prawicowi politycy, kler i znajomi, których uważa za świętoszkowatych. I raptem dowiaduje się, że jego Rzeźnik, kurak znoszący złote jaja chce mu się urwać ze smyczy. Podkupiony przez konkurencję? Nie, nawraca się…
Narrację prowadzi Wojciech, jest to właściwie monolog faceta, którego całym światem jest osiągnięty sukces, złotonośny program w TV i wynikające stąd profity. Człowiek, którego język i mentalność nie wykracza poza dość ciasny krąg zainteresowań i fascynacji. Fascynacji ciałem, pieniądzem, oznakami prestiżu. Dobry w swojej branży, ale totalnie spłaszczony. Postać jak z T.S. Eliota: „chochołowy człowiek”. I nagle musi skonfrontować się z czymś zupełnie innym, z wydarzeniami, którego są mu niemal zupełnie obce, a przynajmniej zewnętrzne wobec tego, czym karmił swoje człowieczeństwo.
Język powieści, język narracji, sposób opowieści Wojtka jest agresywny, pogardliwy, nierozumiejący. Wychwytuje tylko to, co jest domeną jego branży, co jest życiem – jak to określił Krzysztof Mądel – ludzi z medialnego półświatka. Dobro, które staje się udziałem Krzyśka (Rzeźnika) jest dla niego brzydkie, modlitwy i rytuały religijne: spłaszczone do zewnętrznych znaków. Brzydzą go ludzie w kościele na warszawskiej ul. Długiej, do którego trafia w poszukiwaniu swojej „zabłąkanej owieczki”. Brzydzą go ludzie nie poddani medialnemu retuszowi, biedniejsi od niego, ludzie, którzy nie osiągnęli sukcesu. Wiarę odbiera jako oznakę słabości, domenę ludzi brudnych i szpetnych. Jego ciało jest inne: jest „fit”, zadbane, poddane dłoniom masażystów, ubrane w najdroższe markowe ciuchy. Bo jego opowieść jest opowieścią ciała, albo umysłu poddanego ciału.
I nawet jeśli widzi brzydotę medialnego świata (scena opisu Diny – Niny Terentjew), jego pozory, jego prostaczą, kiczowatą naturę, to jednak jest częścią tego spektaklu, a znajomość kulis czyni go kimś lepszym, wtajemniczonym w tę rzeczywistość, za którą podążają miliony, wpatrzone w ekran.
Horubała rozprawia się ze swoim środowiskiem bez taryfy ulgowej. Jak sam przyznał, w opowieści wykorzystał wydarzenia, które przytrafiły się jego znajomym naprawdę. Kłopotowski czyni mu zarzut, że „zepsuł” temat na znacznie dłuższą powieść, która obrazowałaby „medialną III RP”. Taka powieść jest zresztą
idee fix red. Kłopotowskiego. Nadto, autor
„Egzorcyzmów popkultury” także w typowej dla siebie manierze próbuje łączyć Junga z katolicyzmem, czyniąc – może nie wprost – zarzut Horubale, że ten jego katolicyzm jest tak „przaśny” i nienowoczesny. Ale diabeł, który staje obok Rzeźnika (Krzyśka) w postaci pustki niekoniecznie musi być traktowany jako ontologiczny, augustiański (czy właściwie neoplatoński) brak dobra/brak bytu (a na co tam Jung, ja nie wiem…). Teologia katolicka mówi o szatanie jako dezintegracji bytu, anty-osobie, ruinie bytu tak wielkiej, że przypomina nicość. Tu zresztą, w momencie gdy autor na kartach powieści na chwilę oddaje głos Rzeźnikowi pojawia się wprost jedyny głębszy moment, moment
stricte metafizyczny i ortodoksyjnie katolicki:
Zły jako realny byt, który bytowi próbuje zaprzeczyć. A równocześnie ta pustka, którą jest szatan staje się alegorią blichtru i czczości świata mediów,
theatrum munditoczy robak pascalowskiej nudy, znicestwienia; puder i światła kamer ukrywają pustkę, moralną i duchową degenerację gwiazdek, gwiazdorów mediów i decydentów pop-kultury.
Nie zgadzam się z opinią Macieja Prusa, który trochę z przekory, trochę na serio wcielił się wczoraj w rolę oskarżycia: książka nie jest antykatolicka, ani nie jest zepsuta przez zepsuty, cyniczny, prześmiewczy język, jakiego używa Horubała (że mu się udało, świadczą wczorajsze reakcje: od śmiechu po skonfundowane miny niektórych pań). Ona jest opowieścią o wierze i niewierze w czasach popkultury. Nawrócenie nie odbywa się w scenerii mediolanńskiego ogrodu, bez głosu: „Tolle, lege” (Bierz i czytaj), jest niemal komiksowe, jest banalne, bo ludziom brak języka, brak gruntu, by to opisać. Ale jak mówił o. Mądel: jest sens w opisywaniu dobra językiem negatywnym. W ten sposób wydobywa się jego wielkość i rzeczywistą niewyrażalność, nieprzystającą do tego, co potrafią wymówić konsumenci, wyrobnicy i kreatorzy pop-kultury.
Powieść urywa się tam, gdzie mogłaby się zaczynać: Rzeźnik uczynił dopiero pierwszy krok. Ale co czeka go dalej? To pytanie dotyczy każdego neofity. I każdego wierzącego, aż do grobowej deski. I po niej.
Andrzej Horubała, "Przesilenie", FRONDA, Warszawa 2010, seria: "Opowieści z procy"
Odsłon: 636 Komentarzy: 2
Wednesday,03 November 2010,14:50
Kategoria: Polityka Wednesday, 03 November 2010, 14:50
Andrzej Horubała (tutaj, tutaj), współtwórca m. in. „Systemu 09”, opublikował niedawno swoją kolejną powieść, „Przesilenie”. Na stronie „Teologii Politycznej" można przeczytać jej pierwszy rozdział. W najbliższy poniedziałek, w Krakowie, odbędzie się spotkanie z autorem, w roli dyskutantów wystąpią o. Krzysztof Mądel SJ, Maciej Piotr Prus (pisarz, właściciel Klubu „Piękny Pies”) i niżej podpisany.
Ponieważ jestem dopiero w trakcie lektury „Przesilenia”, chciałbym kilka słów o „Umoczonych”, książce, którą autor opublikował w 2004 roku. Przyznam bez bicia, że rzecz przeczytałem bodaj jesienią 2008 roku i jakoś nie bardzo miałem odwagę zagadnąć o nią Horubałę w czasie kręcenia materiału do „Systemu 09”. Głupio mi było powiedzieć: „niezłą książkę napisałeś, racja, wszyscy są umoczeni”. Jest to konstatacja niezbyt wyrafinowana, a przedstawienie jej komuś, kto zna opisywany świat znacznie lepiej (i jest o dobrych kilkanaście lat bogatszy w doświadczenia życiowe) byłoby idiotyzmem…
„Umoczeni” to powieść z kluczem politycznym, „obraz przygotowań do kampanii prezydenckiej w środowisku polityków związanych z obozem solidarnościowym. Horubała pokazuje ich w chwili, kiedy pamiętając wciąż o wysokich ideałach, dochodzą do uznania gorzkiej prawdy, że w polityce jednak najważniejsza jest skuteczność” (z recenzji). „Oczywista oczywistość”, by zacytować klasyka praktyki politycznej. Ale autorowi udaje się coś więcej: ukazanie ludzkiego, intymnego, smutnego wymiaru tej prawdy w życiu pokolenia, które pierwsze życiowe szlify zdobywało jeszcze w latach 80-tych, w opozycji. Zderzenie sukcesu materialnego, środowiskowego, politycznego z poczuciem wypalenia i niespełnienia, z odczuciem, że coś poszło po drodze nie tak i ta Polska, którą śnili jeszcze przed upadkiem „komuny” nie powstała. A to, co jest, jest przykrym kompromisem między ich niegdysiejszymi wyobrażeniami (zresztą już wtedy podszytymi cynizmem i cwaniactwem) a po-okrągłostołowym porządkiem.
Nie ma sensu opowiadać fabuły, warto zwrócić uwagę, że Horubała, w moim widzeniu „pampers” i autor związany z tym pokoleniem posolidarnościowych prawicowców, dziś już ponad 50-cio letnich, jedzie ostro po bandzie. Tu nie ma „przebacz” wobec swoich, opis to niemal wiwisekcja i nawet jeśli nie są to myśli autora (temat na osobną dyskusję), to przecież widzenie tych ludzi, których literackie sylwetki budzą dość jasne skojarzenia z rzeczywistymi postaciami z naszego życia publicznego, nie pozostawia złudzeń co do krytycznego dystansu wobec bohaterów tej nie-bajki.
A ten dystans jest momentami jak bolesne szyderstwo, gdy jeden z bohaterów wspomina, jak to „owego czasu”, za lat młodości górnej i chmurnej śnił swój opozycyjny sen, w którym porównywał się do żołnierzy Powstania Warszawskiego, do tych, co gnili w ubeckich katowniach, choć najgorsze, co go właściwie mogło spotkać pod koniec „komuny” to pałowanie i 48 godzin. Ten dystans to życiowe rozczarowanie kapłana parafii w Wilanowie, który powiada o Prymasie Glempie: „[Ks.] Paweł (…) gdy dochodził do rozmów o Świątyni [Opatrzności], nie wytrzymywał i wylewał z siebie żal i niechęć graniczącą z nienawiścią. Kościół skarlały, Kościół zapierający się własnej wielkości, Kościół krętaczy i kunktatorów – oto obraz, jaki nieodmiennie przynosił ze sobą Glemp”.
I te rozrzucone po książce obrazy Polaków, pasujące i do „Polactwa” Ziemkiewicza i do „Eseju o duszy polskiej” prof. Legutki, przecież nie lewackich krytyk polskości; Polaków nie tak heroicznych, jak się widzą, nie tak niezłomnych, jak o sobie myślą, nie tak heroicznie walczących z komuną, jak chcieliby pamiętać; obrazy społeczeństwa, którym ci podstarzali, post-opozycyjni politycy trochę się brzydzą, bo znają je od podszewki. Obrazy ludzie, którzy nawet własne miejsce w historii muszą mitologizować dla potrzeb interesów i miejsca w układzie politycznym… Dla nich, wychowanych trochę pod późno-opozycyjnym kloszem, tuczonych kasą z zagranicznych fundacji, „niska Polska” jest zaskoczeniem. Pojawia się u Horubały liberał z elity, który przypomina sobie początek lat 90-tych, gdy przypadkiem znalazł się wśród handlujących na bazarach facetów, stojących przy szczękach i łóżkach polowych i poczuł obrzydzenie tymi ludźmi-mrówkami, zaczynem klasy średniej; obrzydzenie pomieszane z zaskoczeniem.
Tylko że ta książka nie jest pisana z nienawiścią, jej wyrazistość w szyderstwie tonuje obraz człowieczeństwa tych ludzi, budowany przez ich wyrzuty sumienia, ich cielesność (oj, seksu tu sporo), zmęczenie, smutek. To są mężczyźni, którzy odarci ze światła telewizyjnych kamer, nieupudrowani na potrzeby audycji i spotkań wyborczych przeżywają własny strach i niedoskonałość jak każdy. I jest tu pochwała zwykłości, gdy ks. Paweł wspomina Msze celebrowane przez księdza Jerzego i rozczarowany ich banalnością, "prostactwem", dowiaduje się od starego księdza, że człowiek, którego widziałby na miejscu Popiełuszki, płomienny kaznodzieja, niestety podpisał 13 grudnia lojalkę…
Tu dodam, że interesujący efekt daje „równoczesna” lektura „Umoczonych” i głośnego niegdyś felietonu politycznego pióra profesora Łagowskiego, „List otwarty do Trzydziestolatków”. Gdy Horubała pisał swą powieść adresaci "Listu…" mieli już około czterdziestu lat. Dziś są pięćdziesięciolatkami. Znamy ich z gazet, Internetu, telewizji. Na naszych oczach robią politykę. Historię. Przybywa im zmarszczek i gorzkich doświadczeń. I coraz dalej są od tamtego brzegu, na którym byli nieumoczeni…
Data spotkania Klubu Debaty Politycznej, poświęconego nowej książce Horubały: 15 marca 2010 r., termin: 18:00 – 20:00, miejsce: Chimera, ul. św. Anny 3, Kraków
Odsłon: 457 Komentarzy: 1
Friday,03 September 2010,17:42
Kategoria: Fronda Friday, 03 September 2010, 17:42
Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem FRONDY i „44”. FRONDY, dzięki lekturze wywiadu z Grzegorzem Górnym w „Rzeczpospolitej” i wczorajszemu, krakowskiemu spotkaniu z redakcją „44”, reprezentowaną przez Marka Horodniczego (rednacz), Aleksandra Kopińskiego, Michała Łuczewskiego, a zorganizowanemu przez Klub Debaty Politycznej pod wodzą Wojciecha Kolarskiego.
FRONDA, dla dzisiejszych 30, 40-to latków to pismo-legenda, pismo-instytucja, wtajemniczenie w katolicyzm zarazem radykalny w przekazie, jak kontrkulturowy. Pismo, które stało się znakiem tożsamości sporej części młodej, katolickiej inteligencji, a równocześnie docierało ze swym przekazem do środowisk nie-religijnych. Nie tak dawno znajomy lewicowiec, dziś publicysta i redaktor, opowiadał mi, że FRONDA była dla niego furtką do życzliwego zainteresowania katolicyzmem. Przełamywała pewien stereotypowy sposób patrzenia na związane z Kościołem publikatory. Nie niosła na sztandarach „katolicyzmu otwartego”, oskarżano ją o „faszyzm”, nie kłaniała się mainstreamowym autorytetom nie tylko ds. religii. Równocześnie nie była konfesyjna, a czytelników zaskakiwała doborem tematów i autorów. Formą i treścią.
I gdy kilka lat temu ówczesny naczelny FRONDY, Marek Horodniczy, poprosił mnie o udział w ankiecie na temat współczesnej polskiej lewicy, do numeru 43 („Chleba naszego powszedniego”), pomyślałem: „O ja cię [….]!”. Bo to było wyróżnienie i własny zapisek na marginesie pewnej legendy.
Chwilę później „starej” FRONDY już nie było. Rebalianci stworzyli „44”. Mowa o tym także w linkowanym wywiadzie,
„Pies mniej już poluje”, który naprawdę warto przeczytać. A FRONDA dziś to właściwie przede wszystkim opiniotwórczy portal internetowy, robiony przez ludzi młodych, znających się na rzeczy, pod wodzą Piotra Pałki. Portal, który swoją renomę czerpie także z marki, jaką FRONDA stała się przez tych kilkanaście lat.
„Czterdzieści Cztery” stało się zaś FRONDĄ obecnych czasów: z pogłębioną refleksją nie tylko religijną, ale kulturową, filozoficzną, socjologiczną, historyczną. Z tą samą niepokorną formą, nawiązaniem kontrkulturowego dziedzictwa „F”. Choć jak mówił wczoraj Marek Horodniczy „Dwie Czwórki” nie potrzebują już „F”. Tak, to zdecydowanie różne pisma, choć myślę, że to wciąż „jedno i to samo drzewo”. „44”, oparte na katolickim, wyrazistym światopoglądzie oferuje czytelnikowi to, co niegdyś mógł znaleźć we „F”. I kusi swoi charakterem pisma apokaliptycznego, (neo)mesjanistycznego, znajdując na swych łamach miejsce i dla Filipa Memchesa, i dla Jacka Zychowicza, i dla Adama Wielomskiego i dla Remika Okraski, dla Olafa Swolkienia i Nikodema Bończy-Tomaszewskiego. Dla „młodych” (Łuczewski, Kwaśnicka) i „starych zakapiorów” publicystyki (Sosnowski, Tichy). A jeszcze Szczepan Twardoch ze swoją prozą i Wojciech Wencel z poezją.
Tu garść natury ogólnej. Nie od dziś wiadomo, że Kościół w Polsce od dawna próbuje się opowiadać według pewnego schematu: po jednej stronie mamy Kościół intelektualistów i elit, tzw. „Kościół otwarty”, nad którym rząd dusz sprawują środowiska związane choćby z „Tygodnikiem Powszechnym” i „papieżem” Janem Turnauem, sterującym przez lata nawą „Arki Noego”, a po drugiej stronie mamy katolicyzm „ciemnogrodzki’, „ludowy”, „fundamentalistyczny”, „klerofaszystowski” (gama określeń jest spora), z duchową i medialną stolicą w Toruniu. Tak to się zwykle przedstawia i byłby to podział, który z pewnością przyjąłby się lepiej, gdyby nie pewien szkopuł.
Ten szkopuł to pisma i środowiska związane właśnie między innymi z „44”,
„Teologią Polityczną”,
„Christianitas”, „FRONDĄ”. I pewien zgrzyt w tej wizji, który wynika z faktu, że dziś tamten „Kościół otwarty” to w gruncie rzeczy „dinozaury” polskiego katolicyzmu, hołdujące pieczołowicie pewnym posoborowym modom i przekonaniom. Bo pomimo znacznych wpływów na opinię publiczną okazało się, że wcale nie tak mało ludzi z pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych identyfikuje się właśnie z tym „twardym” katolicyzmem. Wystarczy przyjrzeć się biogramom ludzi, którzy tworzą dziś właśnie i „Dwie Czwórki” i pozostałe wspomniane pisma. Jak stwierdził Aleksander Kopiński na wczorajszym spotkaniu –
„Kościół otwarty” okazał się dość duszny. I nieprawdziwy. A Michał Łuczewski dodał: –
Patrząc okiem socjologa widać, że tamto pokolenie wymiera…
Nawet jeśli nie do końca jest to prawda, to już dziś dostrzegam spory materiał na grubą książkę o wyborach religijnych dzisiejszych około-trzydziestolatków, publicystów, redaktorów, dziennikarzy, skonfrontowanych z „dinozaurami”.
Tu jednak pewien paradoks. Bo w dużej mierze jedno ze sztandarowych haseł tzw. „Kościoła otwartego” zostało przecież podchwycone niegdyś przez FRONDĘ, a dziś przez „44”. To hasło inkulturacji, wejścia z prawowiernym przekazem na Areopag. Dumnie, bez kompleksów, z pewnością swoich racji, z siłą intelektualnego przekazu; ze znajomością rodzimej kultury, dorobku myślowego czasów dawnych i dzisiejszych, z umiejętnością obchodzenia się Wielkim, Kapryśnym Zwierzęciem pop-kultury. Choć nie bez „strat własnych”, o czym opowiada we wzmiankowanej rozmowie Grzegorz Górny.
Nie jestem jednym z nich, ale sporo im zawdzięczam. Cieszy mnie, że „moje własne”, lewicowe przecież pismo,
OBYWATEL, o sprawach związanych z katolicyzmem pisze bez nowolewackiego mędrkowania, opisując – nie tylko na przekór neokoniom – różne aspekty, teoretyczne i praktyczne, katolickiej nauki społecznej, chrześcijańskiego solidaryzmu.
Myślę, że jeśli ktoś kiedyś napisze „rodowody katolickich niepokornych”, to dla bohaterów tej notki będzie w takiej publikacji miejsce. A póki co, bo redakcja „44” swoje pismo wydaje hobbistycznie (zgodna opinia redaktorów, wczoraj usłyszana), m.in. dzięki niezgłębionym wyrokom krakowskiego Instytutu Książki
(oj, warto się zapoznać z werdyktem…), należy życzyć „44” przynajmniej czterdziestu czterech numerów. No chyba że nas wszystkich, lewaków, prawaków, integrystów, progresistów, feministki, gejów, redaktorów i cenzorów zaskoczy
Ten Dzień…
Odsłon: 782 Komentarzy: 4
Wednesday,03 February 2010,13:46
Kategoria: Kultura Wednesday, 03 February 2010, 13:46
Parafrazując Mackiewicza, można powiedzieć, że tylko podróże są ciekawe. Choć to pewnie nie do końca prawda, bo ciekawe bywają też książki. I małe dzieci są ciekawe, a do tego ciekawskie, jak koty. Wnioskując z powyższego, najciekawsze są książki o podróżach i dzieciach. I to się sprawdza w przypadku książki Pani Łyżeczki i Pani Sosenki.
Pani Sosenka jest dziennikarzem. Z rodzaju tych, którzy zadają sobie jeszcze trud, by poznać świat od podszewki. Pisze reportaże, poznaje ludzi, rozmawia z nimi, musi uzgodnić wiele spojrzeń na świat, musi je opisać w sposób czytelny, ale nietrywialny, itd., itp. To banalne, ale tak właśnie odbudowuje się rzeczywistość dla potrzeb słów i pamięci.
Pani Sosenka jest blogerką, więc dla potrzeb tej sztuki swoje opowieści przedstawia w sposób lapidarny, niemal na gorąco, bez zbędnych ozdobników, skrótowo, ale treściwie. Dzieli się kawałkiem własnej historii.
I mówiąc wprost: mi się ta opowieść podoba, choć nie są to „sensacje XX wieku” ani relacje podróżników z Antypodów czy Antarktydy. A równocześnie jest to dość niezwykła historia o tym, czego często nie znamy, o czym zapomnieliśmy, czego nie widzieliśmy, a mamy to pod bokiem, tuż obok, nieraz kilka, kilkanaście kilometrów od domu. I czego może nigdy nie poznamy przejeżdżając szybko samochodem, przysypiając w dalekobieżnym pociągu, wlepiając oczy w monitor komputera. I nie doświadczymy, bo – z różnych przyczyn – spędzamy czas wciąż w tym samym gronie, pośród tych samych ludzi, słuchając wciąż tych samych opinii o wszystkim i wszystkich. A Pani Sosenka gdzieś jeździ i łazi, słucha jakichś starych Bab i Dziadów, którzy mówią o świecie zastygłym w archiwach i na starych fotografiach. I podobają mi się te sosenkowe opowieści z Dolnego Śląska, te hece i przygody opowiadane ze śmiechem albo nostalgią, dojmującym uczuciem upływu czasu i bogactwa ludzkich perypetii, z których tak często zostaje tylko zatarty napis nagrobny.
Tak, to jest rzecz frapująca. Notki Pani Sosenki, pomimo swojej lekkości, skrzące radością, we mnie budzą myśli i emocje nie zawsze radosne, często bardzo poważne. Bo świat, który opisuje, częściej należy już do umarłych niż żywych; do cieni, ruin, zniszczonych zabytków, zapomnianych cmentarzy, wyzierają zza niego jakieś wstydliwe wspominki, sprawki, zdarzenia. Jest to równocześnie świat prowincjonalny, ze zwykłymi ludźmi, czy jak się to mówi w slangu inteligentów: „prostymi ludźmi”, którzy z reguły też są dość krzywi. I kiedy czytam historie z cyklu „Gdy świat jest domem” smakuję rzeczywistości, którą sam znam z własnych rodzinnych stron; świat, który żyje wciąż bliżej ziemi, który nie jest ze szkła i plastiku, który wiosną czuć wilgotną trawą, tającą ziemią, a ciemną jesienią dymem palonych ognisk i przydrożnych rowów. Świat mniej lub bardziej zniszczony, świat sfatygowany czyli taki, jaki jest naprawdę. Ze zniszczonymi tablicami odjazdów i przyjazdów autobusów, świat pociągów osobowych, tzw. „jednostek” z „kierpociem” jako Panem i Władcą; świat czasem brudny, często zmęczony i nierzadko podpity, ale mocny, twardy, z takimi historiami, że brak słów.
Pani Sosenka znajduje ich jednak dość, by opisać swoje rowerowe i piesze podróże. Opowiada mi o miejscach, których nie znam, a jednak wydają się znajome. Opowiada o ludziach, których nie widziałem na oczy, ale czuję, że mogliby stać mi się bliscy, z którymi mógłbym się zabliźnić. I myślę, że za to należy się Pani Sosence cytat z wiersza Adam Zagajewskiego:
„Spróbuj opiewać okaleczony świat. Pamiętaj o długich dniach czerwca i o poziomkach, kroplach wina rosé. O pokrzywach, które metodycznie zarastały opuszczone domostwa wygnanych. Musisz opiewać okaleczony świat.
(…)
Opiewaj okaleczony świat i szare piórko, zgubione przez drozda, i delikatne światło, które błądzi i znika i powraca”.
Delikatne światło, świat bez retuszów i ideologii, proste historie, które budzą radość i zadumę. I to właściwie wszystko. Naprawdę wszystko, co ważne.
Wszystkich tęskniących za domem, za szerokimi sosenkowymi przestrzeniami, albo po prostu za cichym wieczorem wśród rozmów o domu i obrazów szerokich przestrzeni Pani Łyżeczka i Pani Sosenka zapraszają na spotkanie autorskie. 3 marca o godz. 17.30 w Galerii Przyrody w Krakowie (ul. Studencka 15) będzie okazja, by spotkać się porozmawiać, posłuchać i napić wspólnie herbaty. Przyniosą zdjęcia, ciepły uśmiech i swoją książkę.
Odsłon: 286 Komentarzy: 0
Friday,22 January 2010,14:04
Kategoria: Ogólne Friday, 22 January 2010, 14:04
Zacznę od fragmentu poprzedniej notki, który trochę umknął uwadze moich Szanownych Czytelników.
ps. Jeszcze a propos naszego kochanego państwa medialno-kolesiowskiego. Od kilku dni mieszkańcy okolic Olkusza pozbawieni są prądu. Słupy się przewróciły. Naprawa ma potrwać około miesiąca. Ludzie jeżdżą do swych krewnych do miasta, żeby zrobić pranie, wykąpać się, itp. Nieźle, nie? A przypomnijmy że duża część sieci energetycznej w Polsce jest jeszcze z lat 70-tych, więc to się będzie powtarzać i powtarza w różnych regionach nasego kraju-raju. I tu znów refleksja: no i kogo obchodzą jacyś tam Polacy z Polski B? Polacy drugiej albo i trzeciej kategorii? Żaden helikopter czy inny trolejbus wiodących mediów do nich nie przybędzie. Co innego panie dzieju, jak w Warszawie źle ustawiona kamera sugeruje, że Stolyca jest nieoświetlona. To jest, motyla noga, news dla jurodiwych z TVN24. No bo oni muszą być jurodiwi przeca… tacy święci, a nie normalni, idioci. Bo oni najpewniej chcieli w ten sposób pokazać polskie bolączki. Happening zrobili znaczy się. I za to ich lubię i chętnie dałbym im się pocałować. Gdzie wzrok nie sięga. Rzekłem.
Teraz w dobrym tonie powina być jazda na TVN, mainsteam i wuj wie jeszcze kogo. Ale nie. Mam pytanie: czemu komentarzea pod oryginalną notką dotyczyły jednie RPO? I drugie: Czy My, borba ogólnie mać, interesujemy się jedynie tzw. polityką? Tak zwaną polityką, piszę tu o chlipaniu w klawaturę entego tekstu, że układ. Michnik i wuj nasz powszedni. A potem do pracy. I do domu. I chyba jest tak samo, bo nic się nie zmienia.
OK, rozumiem, pewne pytania trzeba zadać. Te głębokie. Ale kiedy trzeba będzie w końcu zadać te prostsze? Dlaczego nasi rodacy z okolic Olkusza nie mają prądu? Jak mają mieć szóstkę dzieci, albo i siódemkę, jeśli norma społeczna i społeczne realia wymuszają na nich, np. dwójkę? Dlaczego zarówno modna lewica, jak prawica koncetruje się na ogół na kwestiach okołopupnych? I cały ten, że tak powiem, duskurs społeczny, to jest gadanie o tym, co i komu wolno w temacie – pardon – DUPY.
DUPA i DODA i jeszcze Polska nie zginęłą. I powiem to Wam, Drodzy: jeszcze więcej o dupie i Dodzie, a z pewnością będziemy wybierać lepszych polityków, będziemy rozmawiać o trudnych tematach, będziemy się wzajem szanować.
Sto, dwieście lat. Jak nie lubię liberałów, tak zgadzam się z Bartkiem Kachniarzem. "Dajcie nam sto lat". Ale kto wychowa Polaków przez ten czas?
To jest mój kłopot z mesjanizmem i polskością też. Że "och" i "ach", a na codzień kto chce ma nas w DUPIE. Jednych za lepsze, innych za gorsze pieniądze.
Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Dumny z polskości. Ale z drugiej stron czasem zagryzam wargi i mam ochotę bliźniemu swemu (bez wzgędu na opcję) dać w pysk. Moja Mama większość życia poświęciła ucząc dzieciaki języka polskiego. Dz ieciaki z mojego pokolenia i młodsze też. I te dzieciaki zaczęły wyjeżdżać z tej III, wolnej i fajnej III RP. Bo nie było dla nich pracy w po-PGR-owskiej wsi, bo mieli dość Polski małomiasteczkowej, bo nawet po studiach widzieli, że są dymani przez ludzi, których poza akcjami PR nic nie obchodzą, bo…
Moja złość wobec elit nie wynika z tego, że reprezentują światopogląd inny od mojego. Kto mnie trochę zna wie chyba, że cudze światopoglądy mnie nie rażą. Moja złość, choć lepiej mówić o wściekłości wynika z tego, że to są chyba straszni ludzie. Bo można uprawiać najstarszy zawód świata z biedy. A można też dla luksusu. To drugie jako lewicowca mnie przeraża.
PS. Rzeczona poprzednia notka: http://consolamentum.salon24.pl/150939,czy-rpo-jest-jurodiwyj
Odsłon: 335 Komentarzy: 0
1
2
3
dalej »