Wednesday,23 September 2009,12:42
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 23 September 2009, 12:42
Środowiska feministyczne szaleją, Alicja Tysiąc triumfuje, jutro Gazeta Wyborcza z pierwszych stron będzie trąbić o zwycięstwie sprawiedliwości.
Zupełnie nie potrafię zrozumieć logiki, jaką kieruje się sąd. Jak dla mnie jego poszczególne postanowienia wzajemnie się wykluczają. Zaznaczono, że katolik może uważać aborcję za zabójstwo, ale przyrównanie aborcjonistów do hitlerowców jest już przekroczeniem pewnej granicy. Niby dlaczego? Na przestrzeni lat w wyniku aborcji zginęło nieporównywalnie więcej osób, niż w wyniku działalności nazistów. Nie jest to prawdą? Więc dlaczego dając katolikom prawo do nazywania rzeczy po imieniu, odbiera się im jednocześnie możliwość czynienia stosownych porównań, które są zgodne z rzeczywistością? Obnaża to pewną prawidłowość panującą w naszym rodzimym środowisku – Holokaust jest uznany za największą możliwą zbrodnię, jaką ktokolwiek mógł popełnić i wyznacza granicę ludzkiej nienawiści i okropności. Tylko, że dla nas, katolików nie ma znaczenia czy osoba mordowana ma 30 lat czy niespełna 4 centymetry. Każde zabójstwo jest tak samo niemoralne.
Zabranianie personalnego odnoszenia się do powódki, jest tylko mydleniem oczu i udawaniem, że aborcja to jakiś unoszący się nad społeczeństwem mglisty problem, który nie dotyczy konkretnych osób. W przypadku gdy kimś, kto walczy o uznanie swojej racji w sprawie zamordowania nienarodzonego dziecka jest kobieta, która publicznie wypowiada się na ten temat, trudno w tekście dziennikarskim napisać, że „pewna niewiasta walczy o zadośćuczynienie za niemożliwość dokonania aborcji”. Twarz Alicji Tysiąc była znana we wszystkich dziennikach, tak samo jak jej nazwisko. W tym przypadku Gość Niedzielny, głosząc poglądy katolickie nie mógł pisać w sposób pozytywny o jej działaniach. A chyba tylko takie stanowisko byłoby do zaakceptowania przez obrońców politycznej poprawności.
Alicja Tysiąc podniosła się jeszcze wyżej w hierarchii symbolów ofiar Kościoła. W TVN24 przewodnicząca regionalnego wydziału Partii Kobiet nakreśliła jej wizerunek jako biednej kobiety zaszczutej przez wielką korporację Kościoła i GN, nie omieszkując przy tym podać kapitału zakładowego katolickiego tygodnika. Uważnemu obserwatorowi taki obraz od razu wyda się groteskowy – za Tysiąc w końcu stoi największy dziennik w kraju, wraz z całym swoim wydawnictwem. Trudno nazwać Agorę i wszystkie organizacje feministyczne małymi firemkami rodzinnymi, które nie miały żadnego wkładu w obronę powódki. A chociażby wpływy Gazety Wyborczej są niewspółmiernie większe niż Gościa Niedzielnego.
Alicja Tysiąc świetnie się ustawiła w życiu – rodząc córkę, którą chciała zabić, rozpoczęła zarabianie na kolejnych procesach sądowych. Sąd zarządził, że stwierdzenie iż: „Alicja Tysiąc bardzo chciała zabić swoją córkę”, bądź, że „dostała nagrodę za niemożliwość zabójstwa dziecka” są krzywdzące dla nowej świętej feminizmu. Oczywiście, że są krzywdzące – nikt nie chce czytać brutalnej prawdy o swoim postępowaniu, każdy chciałby być zagłaskany pochwałami i usłużnym przytakiwaniem dla najbardziej złych decyzji swojego życia. Tutaj właśnie tkwi szkopuł decyzji o nieodnoszeniu się do konkretnych osób. Bo czy Alicja Tysiąc nie chciała zabić dziecka? Chciała je urodzić i przytulić?
Ten precedensowy proces może rozpocząć falę kolejnych podobnych spraw. Bo chyba niewielu pozostanie katolickich działaczy i publicystów, którzy będą w tym momencie milczeć. Jeśli feministki będą chciały wyrugować z języka porównanie aborcji do zabójstwa, to muszą przygotować sobie dużo kasy na adwokatów do pisania nowych pozwów.
Odsłon: 422 Komentarzy: 3
Friday,07 August 2009,14:46
Kategoria: Ogólne Friday, 07 August 2009, 14:46
Trwa wymiana ciosów pomiędzy publicystami Rzepy i GW, wywołana niedawnym artykułem Tomasza Terlikowskiego („Rewolucja homoseksualna”). Po kilku rundach, w których wypowiedzieli się m.in. Zagórski, Pospieszalski i Biedroń (z czego ten ostatni miał możliwość przemawiania na łamach Rzepy – ciekawe czy GóWno byłoby w stanie zdobyć się na taki krok i wpuścić na swoje salony komentatorów niepasujących do jego głównej linii politycznej?) przyszła pora na tekst Bema i Makowskiego, któryż oto postanowiłam dzisiaj wziąć na warsztat.
Autorzy zaczynają od jednego z ulubionych zagrań macierzystego dziennika – krytykę homoideologii, płynącą ze strony prawicowych publicystów oraz towarzyszące im ostre sformułowania, utożsamiają z oficjalną linią chrześcijańskiego podejścia do problemu homoseksualizmu. Osobiście nigdy nie napotkałam w poważnych tekstach antygejowskich wyrażeń, które mogłyby by mnie naprawdę poważnie oburzyć (za to nie mam z tym problemu w przypadku publicystycznych pomyj Biedronia), ale jeśli już mamy zakładać, że takowe istnieją i mają być wyznacznikiem ogólnego światopoglądu chrześcijańskiego, to analogicznie rzecz biorąc możemy stwierdzić, że każdy pedofil to gej, bo występują przypadki molestowania nieletnich na tle homoseksualnym. Tyle, że takie porównanie jest niedopuszczalne w świadomości homofilów – u nich transformowanie skrajności w ogół jest możliwe tylko z wykorzystaniem przykładów zza wrogiej barykady.
Ale idźmy dalej. Rozbawiło mnie tłumaczenie powodów do napisania artykułu – autorzy co prawda przyznają, że „tyrada” Terlikowskiego (której naturalnie nie można nazwać „komentarzem”, czy chociażby „opinią”, gdyż nie nosiłaby wtedy negatywnego piętna emocjonalnego, tak często wykorzystywanego przez publicystów GW) jest jedynie dowodem na to, że „papier jest cierpliwy i zniesie każdą brednię” (idąc za tym stwierdzeniem należałoby papierowi Wyborczej nadać specjalny certyfikat potwierdzający jego wybitną cierpliwość), ale jednocześnie wyzwala w czytelniku taką złość, że należy się nad nią głębiej pochylić. Tym samym i ja stosuję się do tego chwytu, analizując artykuł Wybiórczej.
Co starają się nam udowodnić Bem i Makowski? Redaktorzy, przywołując liczne „dowody” z kultury i historii twierdzą, że definicja tradycyjnego małżeństwa po pierwsze – nie istnieje, a po drugie – na przestrzeni wieków została poddana tak wielkiej liczbie transformacji, że nie ma nic złego w tym aby również i homoseksualiści przerobili ją na własny użytek. Tak więc czytelnik może sobie przeczytać na przykład o:
-rozdziale małżeństwa kościelnego i cywilnego. Dobór tego przykładu wynika prawdopodobnie z poglądu, iż przeciwnicy „małżeństw” (ke?) tej samej płci, wywodząc się ze stronnictwa chrześcijańskiego powinni przede wszystkim skupiać się na obronie sakramentu, a nie instytucji państwowej jaką jest zawarcie związku przy „kapłance” z orzełkiem na piersi. Bem i Makowski najwyraźniej zapomnieli, że katolicy tak samo jak inni zawierają również małżeństwo w świetle prawa, na mocy konkordatu i mogą wypowiadać się zarówno w obronie małżeństwa sakramentalnego jak i cywilnego, gdyż oba ich dotyczą.
-tym, że homoseksualiści chcą oddzielić małżeństwo od prokreacji. Autorzy oczywiście wyśmiewają ten pogląd, tłumacząc, że nie ma obowiązku płodności w małżeństwie, jako, że niekiedy jest ona niemożliwa ze względu na wiek czy bezpłodność. Jednocześnie znowu czynią z kilku przypadków regułę. Ustalmy jedno – większość osób bierze ślub z przeświadczeniem, że jednak w przyszłości dochowają się potomstwa. Niewielu z nich, później dowiaduje się, że niestety nie jest im to dane (nie mówię o tych skrajnych przypadkach, kiedy małżeństwo w ogóle nie ma zamiaru się rozmnażać), lecz nie jest to bezpłodność celowa i spodziewana, jak ma to miejsce w przypadku homoseksualistów. Oni, choćby niewiadomo jakby się starali, nie mają szans na naturalne kultywowanie swojej płodności, więc automatycznie rozdzielają związek i prokreację. Takie są prawa natury.
-przemocy w „tradycyjnym małżeństwie”. GW wspomina tutaj o dziewiętnastowiecznym prawie zezwalającym mężowi na „życzliwe upomnienie” żony za pomocą kija bądź rózgi. Tym samym katowanie małżonki zostało wpisane w definicję prawdziwego małżeństwa. Jak dla mnie to kolejna próba ukazania chrześcijańskiego związku kobiety i mężczyzny jako siedliska patologii, które oczywiście nie miały by miejsca gdyby środowiska homoseksualne zabrały się za redefinicję pojęcia małżeństwa. Innymi słowy ponownie mamy tu do czynienia ze skrajnością napompowaną do rozmiaru ogółu.
-poligamii, która jak wiadomo była powszechna w początkowych wiekach chrześcijaństwa.
Przywołując te wszystkie przykłady transformacji, jakie miało przejść małżeństwo, autorzy zapominają najwyraźniej, że pomimo różnych odchyleń, którym zostało poddane, jedna rzecz zawsze pozostawała niezmienna – był to związek KOBIETY i MĘŻCZYZNY, przedstawicieli OBOJGA płci. Było tak zarówno gdy MĄŻ bił ŻONĘ, bądź gdy do kolekcji jednego MĘŻA dołączała kolejna MAŁŻONKA. Oczywiście nie pochwalam żadnej z tych praktyk, chcę jedynie zaznaczyć, że redaktorzy naprodukowali sobie skrajnych przykładów zapominając o podkreśleniu jednego niezmiennego aspektu małżeństwa – odmiennej płci partnerów.
Bem i Makowski kwestionują małżeństwo w rozumieniu chrześcijańskim, jako twór, który co najmniej nigdy nie istniał. Posuwają się nawet do stwierdzenia, że trudno znaleźć w Biblii przykład na związek pomiędzy mężczyzną, a kobietą, zawarty na równych prawach w celach prokreacji. Jak widać publicyści GW boją się Pisma Świętego jak ognia, skoro nigdy nie słyszeli o Abrahamie i Sarze czy Elżbiecie i Zachariaszu. Zresztą po co sięgać do Świętej Księgi – wystarczy rzucić nawet najbardziej niedorzecznym hasłem, a ciemny lud i tak to kupi.
Tradycyjne małżeństwo zostało nazwane niczym innym tylko bajką. Na miejscu każdego małżonka/i poczułabym się w tym miejscu urażona. Autorzy tekstu twierdzą, że w przypadku poszukiwania genezy związku kobiety i mężczyzny, brakuje tradycji, do której można by odwołać. Nie wiem czy naprawdę cechuje ich aż taka ignorancja, ale trzeba się kierować ogromnie złą wolą, żeby obok dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa przejść obojętnie.
GW ma innym publicystom za złe, że pokazują „ekstremalne zachowania parad gejowskich” i ośmielają się wykorzystywać je jako argument w dyskusjach. Wstydźcie się źli dziennikarze – jak śmiecie pokazywać nagich mężczyzn w skórzanych przebraniach, zamiast skupiać się na tych miłych dla oka wesołkach w różowych koszulach? W końcu to pokazuje homoparady ze złej strony. A jak wiadomo o homoideologii nie wolno mówić inaczej niż w samych superlatywach.
Dodatkowo Kościół powinien pamiętać, że wielu jego wiernych to osoby o innej orientacji seksualnej. Za to GW najwyraźniej zapomniało, że wszyscy wierni Kościoła to grzesznicy – a takich należy upominać i ofiarowywać im pomoc, a nie zagłaskać na śmierć miłością i tolerancją.
I na koniec cytat:
„Czy dla chrześcijaństwa i nauczania Mistrza z Nazaretu może być większa szkoda niż ta, gdy pod jego sztandarem i w jego imię odziera się ludzi z godności i poniża?”
Odpowiem – może. To hołdowanie grzechowi i jego promocja pod przykrywką wydumanego chrześcijańskiego miłosierdzia środowiska z Czerskiej.
Odsłon: 692 Komentarzy: 5
Friday,07 August 2009,11:24
Kategoria: Poezja Friday, 07 August 2009, 11:24
Moje marzenia, moje pragnienia
moja kariera i samorealizacja
kolejny szczebel na drabinie, wspinanie
ku szczytowi jungowskiego drzewa
Moja ciało, mój brzuch i macica
mój osobisty zlepek grudek i komórek
(oczywiście ja na jego miejscu zrozumiałabym swoją decyzję)
Moje prawo do wolnego myślenia
moja zdolność do głosu i podejmowania
pryncypialnych decyzji wyzutych z zaściankowej ideologii
Moje niezbywalne prawo do szczęścia
Po trupach
Po trupkach
Po zgniecionych główkach
…po moim trupie?
Odsłon: 451 Komentarzy: 1
Friday,22 May 2009,11:15
Kategoria: Ogólne Friday, 22 May 2009, 11:15
"Dziennik" pokazał dzisiaj, że w chamstwie i podprogowych zagrywkach w niczym nie ustępuje "Faktowi", którym straszył nieanonimową już katarynę. Artykuł "Wiemy, kim jest kataryna" obnażył bezwzględność jego autorów: Sylwii Czubkowskiej i Roberta Zielińskiego.
Początkowo dziennikarze starają się nakreślić sylwetkę blogerki jako tchórzliwej panikary, która w obliczu niebezpieczeństwa wyrywa ich własne słowa z kotekstu – sami w tekście nie przypomnieli czytelikom, o jaki kontekst chodzi. Bo kto chciałby przyznać się do tego, w jak elegancki sposób szantażuje swojego oponenta, nie szczędząc mu przy tym słów pozornej serdeczności? Kataryna dokładnie przytacza treść SMSa jakiego otrzymała od autorki z "Dziennika":
"Pani Katarzyno bardzo proszę o poważne rozważenie naszej propozycji. Nie chcemy bezpardonowo ujawniać Pani tożsamości i iść na rękę Czumom. Wolimy by zgodziła się Pani na ten coming out na Pani warunkach włącznie z zatrudnieniem Pani jako naszej publicystki. Ale proszę nas zrozumieć to "frustrujące wiedzieć i nie móc napisać". Wiem, że Pani tożsamość zna Fakt a przez nich nie zostanie Pani tak dobrze potraktowana – proszę tego nie traktować jako szantażu.Naprawdę nie chcemy Pani skrzywdzić."
Czy tylko mnie nasuwa się w tym momencie skojarzenie z bezczelną działalnością bezpieki?
Próba przekupstwa ofertą pracy jest paskudną zagrywką, zaraz obok subletnych gróźb i "faktowego" straszaka. Mafijna maniera "Dziennika" (różne kryminalne szuje zapewniają o szlachetności swoich intecji. Oni też "nie chcą nikogo skrzywdzić") plasuje go u mnie na najniższym szczeblu polskiego dziennikarstwa, które w cukierkowej otoczce potrafi zainicjować nagonkę na człowieka i go zniszczyć. Jakie to proste wytrzeć sobie gębę próbą ratowania kataryny przed "tym złym <Faktem>" i pozorną uczciwością ("nie chcemy bezpardonowo ujawniać Pani tożsamości"). Tylko ile znaczą te zapewnienia wobec tylu informacji, które zostają ujawnione w następnych liijkach artykułu i umożliwiają odkrycie danych blogerki w ciągu pięciu minut? Co "Dziennik" sobie myślał? Że nikt tego nie zauważy?
Dlaczego części salonu zależu a ujawieniu tożsamości kataryny? Co jest aż tak frustrujące w jej tekstach, że nie można przejść obok nich obojętnie?
Publicystyka kataryny została przez niektórych okrzyknięta głosem sumienia internetowej społeczości blogerów, którego najwyraźniej potrzebowała. Sama zaiteresowana nigdy nie kreowała się na tubę określonej grupy, a jedynie poświęcała się pisaniu tekstów. Testów merytorycznych, bogatych w argumenty i udowadniających niezwykłą zdolność autorki do kojarzenia faktów i analizy aktualych wydarzeń. Ich poziom i popularność były tak wysokie, że w końcu ofiacjalna część środowiska musiała się nimi zainteresować – i tutaj pojawił się problem. Polegał on na anonimowości kataryny, a to oznaczało, że w razie podjęcia próby polemiki z jej artykułami trzeba było automatycznie odrzucić argumenty ad personam, zagrywki emocjonalne czy przytyki wywlekające na światło dzienne jej dawne przewinienia bądź obcowanie z określonymi środowiskami. Jednym słowem – oręż został wytrącony z ręki większej części dziennikarzy, zwłaszcza tym, którzy z racji redakcyjnej przynależności najczęściej nie zgadzali się z poglądami głoszonymi przez blogerkę (GW czy inne). Jedyne co pozostało oponentom to skupienie się na merytoryczej krytyce jej tekstów, opartym na rzeczowej analizie ich treści. A tutaj przeciwnicy często stoją na straconej pozycji.
Oto dlaczego dąży się do odkrycia prawdziwego nazwiska blogerki – chodzi o polemikę z osobą, a nie z jej poglądami. Teraz, chcąc zdewaluować katarynę jako kometatorkę, wystarczy pogrzebać w jej przeszłości, wytknąć jakąkolwiek nieaprobowaną polityczną sympatię czy prześledzić towarzyskie konotacje. "Dziennik" wcale się z tym nie kryje, o czym mówi na gazeta.pl:
"Kiedy skontaktowaliśmy się z nią i powiedzieliśmy, że znamy jej tożsamość, choć wcale nie chcemy jej ujawniać, chcemy raczej normalnie z nią porozmawiać, bo jesteśmy ciekawi jej poglądów, jej psychiki, jej życia"
Co ma życie i psychika do komentarzy politycznych? W większości przypadków niewiele, lecz gdy ma się za zadanie dyskredytację oponenta wystarczy odnaleźć życzliwych mu znajomych, którzy wygłoszą mowę na temat jego alienacji w liceum albo zapędów dyktatorskich w czasie działania w samorządzie uczniowskim.
Pomimo medialnego szumu mocno kibicuję katarynie, aby nie poddała się nagonce. Uważam jej teksty za bardzo wartościowe i mam nadzieję, że jej publicystyka nie zniknie z polskiej areny dziennikarskiej.
Odsłon: 1093 Komentarzy: 3
1