"Dziennik" pokazał dzisiaj, że w chamstwie i podprogowych zagrywkach w niczym nie ustępuje "Faktowi", którym straszył nieanonimową już katarynę. Artykuł  "Wiemy, kim jest kataryna" obnażył bezwzględność jego autorów: Sylwii Czubkowskiej i Roberta Zielińskiego.

Początkowo dziennikarze starają się nakreślić sylwetkę blogerki jako tchórzliwej panikary, która w obliczu niebezpieczeństwa wyrywa ich własne słowa z kotekstu – sami w tekście nie przypomnieli czytelikom, o jaki kontekst chodzi. Bo kto chciałby przyznać się do tego, w jak elegancki sposób szantażuje swojego oponenta, nie szczędząc mu przy tym słów pozornej serdeczności? Kataryna dokładnie przytacza treść SMSa jakiego otrzymała od autorki z "Dziennika":

"Pani Katarzyno bardzo proszę o poważne rozważenie naszej propozycji. Nie chcemy bezpardonowo ujawniać Pani tożsamości i iść na rękę Czumom. Wolimy by zgodziła się Pani na ten coming out na Pani warunkach włącznie z zatrudnieniem Pani jako naszej publicystki. Ale proszę nas zrozumieć to "frustrujące wiedzieć i nie móc napisać". Wiem, że Pani tożsamość zna Fakt a przez nich nie zostanie Pani tak dobrze potraktowana – proszę tego nie traktować jako szantażu.Naprawdę nie chcemy Pani skrzywdzić."

Czy tylko mnie nasuwa się w tym momencie skojarzenie z bezczelną działalnością bezpieki?

Próba przekupstwa ofertą pracy jest paskudną zagrywką, zaraz obok subletnych gróźb i "faktowego" straszaka. Mafijna maniera "Dziennika" (różne kryminalne szuje zapewniają o szlachetności swoich intecji. Oni też "nie chcą nikogo skrzywdzić") plasuje go u mnie na najniższym szczeblu polskiego dziennikarstwa, które w cukierkowej otoczce potrafi zainicjować nagonkę na człowieka i go zniszczyć. Jakie to proste wytrzeć sobie gębę próbą ratowania kataryny przed "tym złym <Faktem>" i  pozorną uczciwością ("nie chcemy bezpardonowo ujawniać Pani tożsamości"). Tylko ile znaczą te zapewnienia wobec tylu informacji, które zostają ujawnione w następnych liijkach artykułu i umożliwiają odkrycie danych blogerki w ciągu pięciu minut? Co "Dziennik" sobie myślał? Że nikt tego nie zauważy?

Dlaczego części salonu zależu a ujawieniu tożsamości kataryny? Co jest aż tak frustrujące w jej tekstach, że nie można przejść obok nich obojętnie?

Publicystyka kataryny została przez niektórych okrzyknięta głosem sumienia internetowej społeczości blogerów, którego najwyraźniej potrzebowała. Sama zaiteresowana nigdy nie kreowała się na tubę określonej grupy, a jedynie poświęcała się pisaniu tekstów. Testów merytorycznych, bogatych w argumenty i udowadniających niezwykłą zdolność autorki do kojarzenia faktów i analizy aktualych wydarzeń. Ich poziom i popularność były tak wysokie, że w końcu ofiacjalna część środowiska musiała się nimi zainteresować – i tutaj pojawił się problem. Polegał on na anonimowości kataryny, a to oznaczało, że w razie podjęcia próby polemiki z jej artykułami trzeba było automatycznie odrzucić argumenty ad personam,  zagrywki emocjonalne czy przytyki wywlekające na światło dzienne jej dawne przewinienia bądź obcowanie z określonymi środowiskami. Jednym słowem – oręż został wytrącony z ręki większej części dziennikarzy, zwłaszcza tym, którzy z racji redakcyjnej przynależności najczęściej nie zgadzali się z poglądami głoszonymi przez blogerkę (GW czy inne). Jedyne co pozostało oponentom to skupienie się na merytoryczej krytyce jej tekstów, opartym na rzeczowej analizie ich treści. A tutaj przeciwnicy często stoją na straconej pozycji.

Oto dlaczego dąży się do odkrycia prawdziwego nazwiska blogerki – chodzi o polemikę z osobą, a nie z jej poglądami. Teraz, chcąc zdewaluować katarynę jako kometatorkę, wystarczy pogrzebać w jej przeszłości, wytknąć jakąkolwiek nieaprobowaną polityczną sympatię czy prześledzić towarzyskie konotacje. "Dziennik" wcale się z tym nie kryje, o czym mówi na gazeta.pl:

"Kiedy skontaktowaliśmy się z nią i powiedzieliśmy, że znamy jej tożsamość, choć wcale nie chcemy jej ujawniać, chcemy raczej normalnie z nią porozmawiać, bo jesteśmy ciekawi jej poglądów, jej psychiki, jej życia"

Co ma życie i psychika do komentarzy politycznych? W większości przypadków niewiele, lecz gdy ma się za zadanie dyskredytację oponenta wystarczy odnaleźć życzliwych mu znajomych, którzy wygłoszą mowę na temat jego alienacji w liceum albo zapędów dyktatorskich w czasie działania w samorządzie uczniowskim.

Pomimo medialnego szumu mocno kibicuję katarynie, aby nie poddała się nagonce. Uważam jej teksty za bardzo wartościowe i  mam nadzieję, że jej publicystyka nie zniknie z polskiej areny dziennikarskiej.