Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Po drugiej stronie stołu

Kategoria: Wiadomości Thursday, 27 May 2010, 00:20

Pani Krystyna Mokrosińska w stanie wojennym straciła pracę w TVP. jak można się domyślić, znając ówczesne realia, po rozmowie z komisja weryfikacyjną. Pani Krystyna Mokrosińska jest dziś przewodnicząca SDP, a także członkiem Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
Pani Krystyna Mokrosińska jest wreszcie osobą, do której, powodowani troską o apolityczność Polskiego Radia, wysłali list jego pracownicy (niewymieniani z nazwiska). W liście tym uprzejmie donieśli, że dyrektor Trójki, Jacek Sobala, wziął udział w wiecu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego i agitował na jego rzecz. Pani Mokrosińska zarzutów, jak przyznała w rozmowie z redaktorem naczelnym "Gazety Polskiej", nie sprawdziła, jednak postanowiła nadać bieg sprawie, wysyłając list do rady radiofonii i telewizji i… redakcji "Gazety Wyborczej". Sprawą zajęto się bardzo szybko i dziś wieczorem Sobala stanowisko stracił.

Feralne dla Sobali spotkanie nie było formalnie żadnym wiecem, a koncertem pamięci ofiar katastrofy. Rzekoma agitacja zawarła się zaś w słowach, że "Polska nie jest dla łajdaków". Strasznie złe mniemanie o przeciwnikach politycznych Jarosława Kaczyńskiego mają pracownicy Polskiego Radia, skoro "z automatu" odnieśli do nich słowa o "łajdakach". Strasznie złe mniemanie musi mieć o nich też pani Mokrosińska, skoro tak szybko nadała sprawie bieg, od razu angażując w nią nie tylko KRRiTV, lecz i instancję najwyższą – "Gazetę Wyborczą". Tym bardziej docenić trzeba fakt, że pomimo tak radykalnie pisowskich poglądów, górę wzięło poczucie obywatelskiego obowiązku.

Zapewne takie samo, jako to, którym powodowali się w roku 1982 uczestnicy przywołanych na początku tekstu komisji.

Odsłon: 468 Komentarzy: 3


Komu zagrażał krzyż przed pałacem?

Kategoria: Wiadomości Sunday, 23 May 2010, 00:15

Jednym z aspektów wojny z narodem prowadzonym przez komunistyczne państwo, były znikające krzyże i kwiaty, pojawiające sie w miejscach symbolicznych – kojarzących sie ze śmiercią ofiar systemu, lecz także – tych, z których szła nadzieja, jak choćby placów, na których msze odprawiał Jan Paweł II. Spod pałacu prezydenckiego w ostatnim miesiącu najpierw skrupulatnie usunięto świece i kwiaty, teraz zas zniknął postawiony po katastrofie krzyż.
W relacji, zamieszczonej na tablicy Ruchu 10 kwietnia na facebooku przez Wojciecha Boberskiego, czytamy: Sprzed Pałacu Prezydenckiego zniknął drewniany krzyż ustawiony przez harcerzy w dniach żałoby. Dziś, po spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim i po koncercie, ok. 16.20 zebrała się tam spora grupa osób, którzy pytali kto o tym zadecydował. Bez odpowiedzi. Może ktoś ma jakieś wiarygodne informacje? Ktoś pośpiesznie zaciera ślady ludzkich wzruszeń? To miejsce winno pozostać bez zmian aż do pojawienia się nowego, prawowitego gospodarza pałacu. Dla osób pamiętających wydarzenia, o których wspomniałem na początku, sprawa musi być wyjątkowo bolesna i bulwersująca. Sprawcy, tradycyjnie, nieznani, choć nie zdziwi mnie, jeśli było to działanie władz Warszawy. Z jednej strony nie byłby to pierwszy raz, gdy decydują się na usuwanie krzyży (jako walkę z "samowolą", wcześniej usunięto te, upamiętniające ofiary wypadków drogowych, jako zagrożenie dla ruchu. Tu można próbować zrozumieć argumenty, ale komu zagrażał krzyż przed pałacem prezydenckim?). Z drugiej – kto uczestniczył w uroczystościach po 10 kwietnia lub stał w kolejce do pałacu prezydenckiego wie, jak niski był poziom empatii miasta i jak niewielkie zaangażowanie jego służb w pomoc obywatelom w tych dniach. oczywiście w tej chwili stawiam tylko hipotezę, równie dobrze sprawcy usunięcia harcerskiego krzyża mogą pozostać nieznani.

Z pierwszych reakcji w internecie widać, jak wielu osobom przeszkadzał ten krzyż. Oczywiście najwygodniej jest mówić o samowoli budowlanej, jakby bezduszność prawa była tu jedynym istotnym czynnikiem. Choć jest oczywiste, że nie o prawo, a o symbole tu chodzi. W latach 70-tych czy 80-tych, gdy krzyże również znikały, przynajmniej nikt nie klaskał. Krzyż spod pałacu prezydenckiego symbolizuje nie tylko państwa Kaczyńskich, lecz – o czym zdają się "legaliści" nie pamiętać – wszystkie ofiary. Wszystkie, więc choćby Stefana Melaka, który mógłby opowiedzieć nam o walce o pomnik katyński. Widzę tu bardzo ponurą analogię.

Dwa tygodnie temu, na apel Ruchu 10 kwietnia, pod pałac prezydencki przyszły tysiące ludzi. Tydzień temu, mimo formalnego odwołania kolejnego spotkania i oberwania chmury nad Warszawą, stawiło się kilkadziesiąt osób. dziś znów brak organizatora, zniknął krzyż, a pogoda jest niepewna. Czy ktoś jeszcze przyjdzie na Krakowskie Przedmieście upomnieć się o prawdę?

Odsłon: 403 Komentarzy: 4


Magiczna różdżka i cierpliwe usta

Kategoria: Wiadomości Wednesday, 19 May 2010, 10:08

Kraj

Wszyscy z zapartym tchem śledzą kolejne niezręczności marszałka Komorowskiego, warto jednak zwrócić uwagę na wczorajszą wypowiedź pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej dla radiowej Trójki.
Kidawa-Błońska, opisana dziś w "Rz" jako "Cierpliwe usta kandydata Platformy", wypowiadała się o zjawisku, określanym jako "przemiana Jarosława Kaczyńskiego". Kidawa-Błońska w przemianę tę nie wierzy, jej prawo, jednak ciekawie niewiarę te uzasadnia. "człowiek nie zmienia się ot tak, od dotknięcia czarodziejskiej różdżki" powiedziała (cytuje z pamięci) rzecznika sztabu Komorowskiego.

Śmierć brata-bliźniaka, jego żony i wielu bliskich współpracowników, śmierć w potwornej katastrofie, to jak widać za mało. "Dotknięcie czarodziejskiej różdżki" – zbyt mało, by wywołać w człowieku refleksję i zmianę. Według Andrzeja Stankiewicza z "Newsweeka" Władysław Bartoszewski powiedzieć miał po katastrofie, że nic się tak naprawdę nie stało. Z ostatnich wypowiedzi Marka Wikińskiego ("Rz", "Z refleksem" wynika, że "nic się nie stało" dla Bronisława Komorowskiego. Jak można było usłyszeć w trójce – nie tylko dla nich.

*

Mój poprzedni tekst, "Adam nie może spać", zaowocował pociągnięciem tematu na "HGW watch". Pretm pisze, że w piątek uchwalono budżet Młodzieżowej Rady Warszawy:

Wydatki reprezentacyjne + prezenty dla gości Młodzieżowej Rady m. st. Warszawy + artykuły spożywcze = 4 tysiące złotych.

Usługi gastronomiczne = 1.5 tysiąca złotych.

Wykonanie kalendarzy, upominków i gadżetów z logo Rady = 3 tysiące złotych.

Identyfikatory, wizytówki, ulotki = 3 tysiące złotych.

Publikacje w prasie + wykonanie dyplomów, zaproszeń, pucharów, zdjęć + promocja + tłumaczenia = 4.5 tysiąca złotych.

Razem z rezerwą budżetową 20 tysięcy złotych.

Zródło i komentarz znaleźć można na HGW watch, ja zaś dziękuję za podjęcie tematu.

Odsłon: 359 Komentarzy: 0


"4". Rzecz o dziwnych sympatykach Marka Jurka.

Kategoria: Wiadomości Thursday, 05 August 2010, 13:35

Kraj

Po kilku miesiącach zdecydowałem się na drugie podejście do książki "4" Waldemara Łysiaka. Pojawia się w niej wątek planów utworzenia w Polsce bardzo prawicowej i bardzo konserwatywnej partii, sterowanej przez rosyjską agenturę. Mam dziwne i przykre wrażenie, że coś podobnego właśnie dzieje się na naszych oczach.
Wróćmy jednak do początku roku 2005. Wystarczy poczytać sobie blogi Galby i Kataryny z tamtego okresu, by zobaczyć zupełnie inny podział sceny politycznej, niż ten, który dziś wydaje się nam czymś całkowicie oczywistym. Na przełomie lat 2004/2005 z jednej strony mamy wciąż jeszcze groźne SLD z Cimoszewiczem jako kandydatem na prezydenta, z drugiej – Po i PiS, to drugie bardziej, to pierwsze mniej, oba jednak – "nasze". Według niektórych teorii spiskowych operacja w wyniku której utrącony został Cimoszewicz miała na celu nie tyle zdobycie władzy przez Tuska, co skłócenie obozu postsolidarnościowego, który – po raz pierwszy po roku 1989 mógł zdobyć większość umożliwiającą przeprowadzenie praktycznie dowolnych zmian w państwie. Jak wiemy udało się to wyśmienicie.

Mam przykre wrażenie, że dziś ta gra się powtarza, choć w mniejszym o wiele zakresie, tym razem zaś przedmiotami intrygi są elektoraty Jarosława Kaczyńskiego z jednej, a Marka Jurka z drugiej strony. Choć zwolennicy (czy raczej zdeklarowani wyborcy, bo do tych pierwszych zalicza się przecież więcej osób) Marka Jurka są grupą dość nieliczną, mogą jednak odegrać dużą rolę w najbliższych wyborach. Choćby Marek Jurek nie przekroczył wyniku dwuprocentowego, to właśnie te procenty mogą zdecydować bądź to o wyniku drugiej tury, bądź – o jej braku. Dodatkowo słaby wynik wyborczy Marka Jurka mógłby spowodować powrót do szukania jakiejś formy porozumienia między Prawicą RP, a PiS, która zresztą zaraz po tragedii 10 kwietnia wielu z wyborców obu partii wydawała się czymś całkowicie naturalnym. Jak wiemy, ostatecznie nic z tego nie wyszło, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by w przyszłości wrócić do negocjowania jakiejś formy współpracy obu środowisk.

Mam jednak wrażenie, że w ostatnich dniach coraz więcej pojawia się głosów, które dążą do wykreowania tak mocnego podziału między zwolennikami Prawicy RP a PiS, by współpraca między tymi partiami, a nawet przekazanie głosów w drugiej turze na kandydata z większym poparciem, stało się po prostu niemożliwe. Co ciekawe, obok argumentu o zbyt miękkim stanowisku Jarosława Kaczyńskiego i PiS w sprawie aborcji, który – zważywszy na całą historię konfliktu marszałka Jurka z Prawem i Sprawiedliwością – jest całkowicie racjonalny, pojawia się ton inny. Co interesujące, jest to atak na "antyrosyjskość", na "szukanie teorii spiskowych", słowem – ton, którego spodziewać można się po mainstreamie, medialnym i politycznym, czy po blogerach bezkrytycznie wspierających rząd. Najdrastyczniejszym przykładem takiego podejścia jest piszący w s24 bloger ~jazmig, który wczoraj napisał notkę "Nieprzyzwoity Jarosław Kaczyński". Jazmig powtarza w swoim tekście w zasadzie wszystkie tezy oficjalnej propagandy na temat wzorowej współpracy z Rosją, porównując zgłaszających projekt rezolucji wzywającej do przejęcia śledztwa do hien cmentarnych. Czy nie przypomina nam to czegoś? Przypomina i okazuje się, że całkiem słusznie. Poniżej kluczowy fragment tekstu jazmiga:

Doskonale też wiadomo, że polscy eksperci biorą udział we wszystkich czynnościach związanych z badaniem przyczyn tej katastrofy. Sugerowanie, że Rosjanie coś przed Polakami ukrywają, nie ma uzasadnienia w faktach.

Jeżeli zatem PiS domaga się przejęcia przez Polskę tego śledztwa, to świadomie wprowadza w błąd polską opinię publiczną, a czyni to w ramach kampanii wyborczej.

Jest to nieprzyzwoite i takie zachowanie Bartoszewski słusznie nazywa nekrofilią.

Ludzie, którzy zainicjowali wspomnianą przeze mnie rezolucję, są hienami cmentarnymi, żerującymi na ofiarach smoleńskiej katastrofy. Prezesem PiS i kandydat w wyborach prezydenckich – Jarosław Kaczyński, wyrażając zgodę na wniesienie projektu tej rezolucji pod obrady sejmu, stał się również hieną cmentarną i z pewnością nie jest czlowiekiem przyzwoitym..

Oczywiście notka ta wzbudziła dość żywe reakcje, można się z nimi zapoznać pod oryginalnym tekstem, warto jednak zwrócić uwagę na to, że w komentarzach jej autor powtarza Dopóki nie ma ostatecznych konkluzji, nikt poważny się nie wypowie o przyczynach katastrofy. Jeżeli robi to polityk klasy Kaczyńskiego, to oznacza, że żeruje na ofiarach katastrofy, czyli jest hieną.. Dodaje również Upajacie się zwłokami więc jesteście nekrofilami. Prześledzienie bloga Jazmiga pokazuje, że od katastrofy w Smoleńsku zajmuje się on w zasadzie wyłącznie tą tematyką, przełamując ją raz apelem wyborczym pod tytułem "Katolicy głosują na Marka Jurka".

Wystarczy jednak zajrzeć na blog samego Marka Jurka, by zobaczyć, że cytowany wyżej blog nie ma z nim tak naprawdę wiele wspólnego. Czy bowiem wszystko, co czytaliśmy wcześniej, nie stoi w sprzeczności choćby z taką wypowiedzią lidera Prawicy RP?

Nie widziałem filmu „Solidarni 2010”, ale wczoraj wieczorem obejrzałem znakomity program Janka Pospieszalskiego, po którym można zrozumieć sens telewizji jako medium mogącego poprzez obraz pokazać więcej niż jesteśmy w stanie przeczytać w tekście. Wczorajsze „Warto rozmawiać” zobrazowało bowiem całą nędzę polityki obecnego rządu, który nie ubiegając się o prowadzenie – po prostu zrezygnował z prowadzenia śledztwa w sprawie śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej wraz z głównymi dowódcami Wojska Polskiego i niemal setką innych osób. Ubieganie się o przeprowadzenie tego śledztwa Donald Tusk uznał za działanie w duchu zimnej wojny. Premier – o czym otwarcie powiedział – postanowił nie podejmować działań, które Rosja by źle odebrała. Nie wiadomo czego tu więcej: złej woli czy niekompetencji, niechęci do bronienia Polski czy nieumiejętności formułowania jej najprostszych interesów? Doktryna niebronienia Polski, niebronienia praw i interesów Rzeczypospolitej, osiągnęła dno, a raczej rozbija się na naszych oczach o smoleńską ziemię.

Tyle Marek Jurek. Moja ocena umiejętności (nie poglądów!) politycznych Marka Jurka jest dość krytyczna. Niemniej – rozumiem motywacje osób, chcących oddać na niego głos w pierwszej turze wyborów. Sam ciągle mam nadzieję na jakąś formę porozumienia PiS i PR. Marka Jurka uważam za osobę przyzwoitą, podobnie, jak za takowych mam olbrzymią część jego zwolenników. Mam też nadzieję, że na pozór przedziwna gra operacyjna której działanie przepięknie pokazują powyższe cytaty tym razem nie wypali.

jazmig: Nieprzyzwoity Jarosław Kaczyński

jazmig: Katolicy głosują na Marka Jurka

Marek Jurek: Lizbona-Smoleńsk

Odsłon: 2180 Komentarzy: 39


W Polsce - pojednanie, w Rosji - szacunek i empatia

Kategoria: Wiadomości Thursday, 29 April 2010, 21:29

Kraj

Niektórzy z moich znajomych dziwili się mojemu (delikatnie rzecz ujmując) wzburzeniu faktem, że do prowadzenia zeszłorocznego koncertu z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego dyrekcja muzeum zaangażowała niejakiego Kuźniara, twarz poranków TVN 24. Gwiazdor TVN, który nawet prowadząc tę imprezę nie mógł powstrzymać się od wątpliwych żartów z IPN (idealne wyczucie miejsca – Muzeum Powstania Warszawskiego de facto sąsiaduje z gmachem IPN – i czasu), wczoraj na swoim blogu napisał wprost to, co zapewne każdy w jego środowisku sobie myśli.
Pisze oto Kuźniar, że żadnej żałoby, taryfy ulgowej i współczucia nie będzie, ponieważ wszystko przekreślił Jarosław Kaczyński, ogłaszając swój start w wyborach. Oczywiście arbitrowi politycznej elegancji z telewizji, robiącej wesołe programiki o strzelaniu do kaczek, nie podoba się mówienie o "prawych Polakach". Cóż, istnienie "prawych Polaków" na pewno boli pracownika fabryki, która zajmuje się twórczą przemianą narodu w hołotę.

Tekst Kuźniara to przystawka do pierwszego z całego, jak domniemywam zestawu dań, czyli dzisiejszego przeboju dnia Wojewódzkiego i Figurskiego. Dyrektor stacji, który po przezabawnym numerze Figurskiego ("Mały, niedorozwinięty, głupi człowiek zwany prezydentem Polski, Lechem Kaczyńskim") w obliczu konsekwencji prawnych przepraszał i obiecywał, że dołoży wszelkich starań, by sytuacja się nie powtórzyła, w kawałku, godnym stalinowskich "Szpilek" a może i antyżydowskich rubryk satyrycznych prasy z czasów, gdy zamiast Niemców sąsiadowaliśmy z narodem Nazistów, nie widzi niczego nie odpowiedniego. Możliwe, że zajęty śledzeniem facebook'owej grupy przeciwników pochówku Kaczyńskich na Wawelu, nie ma czasu się przyglądać, co tam robi sztandarowa para jego stacji. Co ciekawsze, i sam Figurski nie tak dawno, w tym samym prawie czasie, przepraszał. Cóż, tyle warte przeprosiny, co i oficjalne narodowe pojednanie.

Te fajerwerki to jednak tematy zastępcze. Owszem, ważne o tyle, ze pokazują dobrze działanie machiny propagandowej, jednak niestety odwracające uwagę od innych, ważniejszych chyba rzeczy. Takich jak wczorajszy wywiad z córką ministra Wassermana w "Misji specjalnej". Takich, jak dzisiejsza wypowiedź marszałka Komorowskiego o tym, że Lech Kaczyński mógł wysłać ustawę o IPN do trybunału, a nie wysłał, więc skąd mamy wiedzieć, co chciał z nią zrobić. O Komorowskim napisała już u siebie Kataryna, ja zaś wrócę do tego, co zobaczyliśmy wczoraj późnym wieczorem.

Małgorzata Wasserman mówi, że pierwsze dni rodzinie posła podawano sprzeczne informacje na temat tego, czy został on zidentyfikowany, czy też potrzebny będzie wyjazd w tym celu do Moskwy. O tym można usłyszeć w audycji, jednak opis tego, co działo się w samej Moskwie, jest na tyle ciekawy, że pozwolę sobie przytoczyć go w całości. Pytania zadawała dziennikarka "Misji specjalnej".

Wyglądało to tak, że na takiej auli była cała masa ludzi, wśród nich byli rosyjscy prokuratorzy, tłumacze, psychologowie i w zasadzie, z tego, co ja zaobserwowałam, brało się po prostu osobę, która akurat była wolna, czyli wolnego prokuratora, tudzież tłumacza czy psychologa i on po prostu szedł z tą rodziną, która akurat wymagała pomocy, do jakiegoś pokoju i tam przeprowadzana była rozmowa, a następnie identyfikacja. Zadawano nam pytania, to znaczy pytano nas o rzeczy, które znaleziono przy tym ciele, które typują jako ciało mojego ojca i pytano nas o znaki szczególne. Spisano protokół z naszych zeznań i wtedy Rosjanie powiedzieli, że mają ciało, które by odpowiadało temu, co my opisujemy, i że będziemy przechodzić na dół, do tego miejsca, gdzie były te ciała przetrzymywane. Wtedy ja się wycofałam do tyłu i podjęliśmy taką decyzję, że identyfikować idzie Mateusz Bochacik i Daria Wasserman, moja bratowa. Ja się wycofałam do tyłu i psychologowie, prokurator, tłumacz jakby objęli ich opieką i zeszli z nimi na dół.

- A co się wtedy stało z panią?

- Do mnie podeszła kobieta, która mówiła absolutnie płynną polszczyzną i zapytała mnie, czy ja bym pomogła proceduralnie kilka kwestii rozwiązać, będzie szybciej, jak ona to określiła, na co powiedziałam, że oczywiście i rozpoczęła się procedura mojego przesłuchania.

- Przesłuchania pani?

-Jak spisano dane moje, co trwało, myślę, godzinę albo dłużej, ja opuściłam ten pokój na chwilę, pan prokurator sobie coś tam poprawiał. Jak wróciłam, to powiedział mi, że protokół niestety jest źle spisany, bo ja mam drugie imię Ewa i tego imienia w protokole nie ma. Więc ja mu odpowiedziałam "Proszę pana, więc po pierwsze ma pan mój paszport przed nosem, a po drugie pytał mnie pan wyraźnie, czy ja używam jednego imienia, czy dwóch i ja panu wyraźnie oświadczyłam, że używam jednego. Ale nie ma problemu, to dopiszmy i podpiszmy się pod tym protokołem wszyscy, że mam jeszcze drugie imię Ewa. To pan prokurator powiedział, że rosyjska procedura czegoś takiego nie przewiduje i musimy mieć ten protokół napisany od nowa. No więc pisaliśmy go od nowa, skończyliśmy go pisać, ja wyszłam znowu z tego pokoju, wróciłam, podpisałam ten protokół i wtedy znowu dowiedziałam się, że ten protokół jest źle, na jednej stronie jestem podpisana na niebiesko, a na drugiej na czarno i musimy to pisać od początku, dlatego, że nie może być tak, że jest dwoma kolorami podpisane. No więc cóż, zaczęliśmy ten protokół z tymi danymi pisać od początku, napisaliśmy go kolejny raz, ja go podpisałam kolejny raz, już długopisem, takim zresztą, jak mi dawano cały czas, to już był jeden kolor i przeszliśmy do przesłuchania. I tam pytano mnie, pytano mnie znowu kim jestem dla ojca, ja powiem tak… Ja miałam poczucie bezsensu troszkę tej sytuacji, bo to mijała już, myślę, trzecia godzina pewno.

-Czy w ogóle ktokolwiek poinformował panią o celu tego przesłuchania?

-Tak, to znaczy ja pytałam o to. Więc ja powiem tak, że ja pytałam o to, jaki jest tego sens i cel. Tłumaczono mi, że pan prokurator jest tutaj szefem wszystkich prokuratorów i on wie, co robi, i że muszę jakby temu się poddać, bo on wie, co robi i taka jest procedura. No więc przyjmowałam to, choć muszę przyznać uczciwie, że z każdą minutą coraz gorzej. Zadano mi różne pytania, ja oczywiście mogę też chaotycznie w pewien sposób mówić, bo ja nie pamiętam dokładnie, natomiast pamiętam dobrze zadane mi pytanie "po co on tu przyjechał?". Ja powiedziałam na to, że tutaj zamordowano Polaków i przyjechali uczcić ich pamięć. Zadano mi pytanie "Kiedy on tutaj przyjechał?", więc ja, tak już bardzo spokojnie powiedziałam, że w sobotę rano. "Z kim on tu przyjechał?", więc ja pytałam pana prokuratora, czy ja mam wymienić te 96 nazwisk, które były w samolocie. Zadano mi jeszcze różne pytania, na przykład, jak ma na imię druga wnuczka?. Troszkę takich, gdzie pracuje, z adresem, telefonem, kto z nim mieszkał, kiedy go ostatni raz widziałam, czy ja tutaj z nim przyleciałam. Więc ja w pewnym momencie powiedziałam "dość", że ja w tym dłużej uczestniczyć nie będę, że jest to dla mnie niezrozumiałe i że ja odmawiam udziału w dalszych czynnościach. Na co cały czas tłumaczyła mi pani psycholog, która zresztą cały czas mówiła, siedząc tutaj po prawej stronie, zaczęła mi mówić, że ja jestem w szoku; że ja nic nie rozumiem; że ja nie wiem, co się dzieje; ze mi się to wydaje niezrozumiałe, bo ja jestem w szoku. Proponowała mi lekarstwa, natomiast ja ani przez moment nie byłem w takim stanie, żebym nie wiedziała, co mówię, albo żebym nie wiedziała, co się dzieje. Ja oczywiście powiedziałam, że nie chcę żadnych lekarstw, chcę to kończyć, że chcę jechać do mojej mamy, że chcę zobaczyć się ze swoją bratową, z Mateuszem Bochacikiem i że po prostu nie będę w tym dłużej uczestniczyć. Więc oni przyjęli to i pan powiedział, że chce mi zadać jeszcze jedno pytanie, więc ja mówię, że proszę bardzo. I on mnie zapytał, na ile ja wyceniam to, co się stało. To znaczy, zapytał mnie o pieniądze, ja już nie pamiętam, czy rodzina na ile to wycenia, czy ja to wyceniam, więc ja odpowiedziałam mu na to, że tego się nie da wycenić, ani nie da się opisać tego, co my czujemy i że ja za pół godziny opuszczam ten budynek. że proszę go, aby w pół godziny zakończył te czynności, na tym zakończyliśmy protokół przesłuchania. (…) Powiedziałam (po pytaniu o wycenę – B.), "No wie pan co, my nie będziemy skarżyć państwa rosyjskiego", na co powiedział, "No wie pani, nigdy nic nie wiadomo"

Jak nazwać to inaczej, niż dręczeniem osoby, która nie jest nawet świadkiem? Dziś Fronda, powołując się na RMF FM donosi, że rodziny ofiar zaniepokojone są brakiem postępów w śledztwie. Dobrze, że przynajmniej premier zaniepokojony nie jest. Ciekawe, czy za tydzień doczekamy się "Misji specjalnej", a jeśli się doczekamy, co w środę zaserwują nam panowie Figurski i Wojewódzki, byśmy przypadkiem nie zajmowali się od czwartkowego poranku niczym innym.

Misja Specjalna, 28 IV 10

Odsłon: 855 Komentarzy: 4


Operacja "Pojednanie" wkracza w nową fazę...

Kategoria: Wiadomości Sunday, 25 April 2010, 00:44

Kraj

Zaraz po smoleńskiej katastrofie, która całkowicie przypadkowo podała na tacy pełnie władzy jednej sile politycznej, cieszącej się praktycznie bezwarunkowym poparciem większości mediów i życzliwością tych większych sąsiadów, zaproponowano osieroconej części społeczeństwa transakcję, nazwaną pojednaniem. Wy zrezygnujcie ze swojego programu i przyłączycie się do nas, my w zamian waszego prezydenta przedstawimy jako dobrotliwego, kochającego żonę dziadunia – patriotę.
Niektórzy w targach zapędzali się nawet dalej, proponując rezygnację ze ścigania PiS za wymyślone zbrodnie w zamian za równoczesne zakończenie prac komisji hazardowej. Ponieważ jednak wyciągnięta do ubicia targu ręka zawisła w próżni, wkroczyliśmy w nowy etap operacji pojednanie. Mdialne autorytety zaczęły udowadniać nam, że zbiorowo przeżywana żałoba była w sumie owczym pędem, wydarzeniem raczej wstydliwym, niż doniosłym. Równocześnie sprawdzono zdolność mobilizacji dotychczasowych zwolenników Platformy i konsumentów mediów zaprzyjaźnionych, organizując protesty przeciw pochówkowi prezydenta na Wawelu.

To wszystko jednak nie wystarcza. Sondaże jakieś dziwne, do PiSu zdają się wracać straceni już wcześniej wyborcy, zaś Jarosław Kaczyński, zamiast zamurować się na Wawelu razem z bratem może nawet zechcieć wystartować w wyborach prezydenckich. I choć na razie nie należy jeszcze liczyć się z jego wygraną, to i przegrana wcale taka pewna nie jest. Dlatego o pojednaniu możemy już zapomnieć, oczywiście nie licząc tego z Rosjanami, którym przecież i rząd, i marszałek, i "Gazeta Wyborcza" z Danielem Olbrychskim mają za co dziękować. Ciekawe, czy do ewentualnych płatnych ogłoszeń, które w rosyjskich mediach wykupi polski rząd, dorzuci się córka posła Wassermana, pytana przez Rosjan "na ile wycenia to, co się wydarzyło" i "po co pani ojciec naprawdę tu przyjechał?". Ciekawe, czy jako pierwsza rata podziękowań za granicą znalazł się już zaginiony laptop ministra Szczygły?

To jednak sprawy równie nieistotne, jak śledztwo w sprawie samolotu, które prowadzi strona rosyjska, my zaś nie powinniśmy się tym specjalnie interesować, bo, jak mówi pani Michniewicz w Trójce "byłoby to napluciem w twarz Rosjanom". Ostatecznie to nie jest sprawa laptopa Ziobry czy tym bardziej samobójstwa Barbary Blidy. Stało się, to się stało. "Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby" – jak mówi stare przysłowie. Zresztą walczyć trzeba na miejscu, z wrogiem wewnętrznym. Dlatego sfora z "Gazetą Wyborczą" na czele tematem soboty uczyniła informacje o prezydencie Kaczyńskim, wymuszającym lądowanie w Gruzji. Już nie ma dziadka-patrioty, a zakompleksiony buc, który raz już zagrał ludzkim bezpieczeństwem i życiem, więc skąd możemy wiedzieć, że się to nie powtórzyło?

W Krakowie biskup Dziwisz zrozumiał, że Bóg, jeśli jest, to daleko, zaś hołota wyzywająca go pod oknem, blisko, tak więc wobec Kurtyki nie był już tak życzliwy jak wobec Kaczyńskiego i pogrzeb w ostatniej chwili przeniósł w inne miejsce. Zwłoki prezesa IPN zakopane, a ustawa czeka na podpis. Co prawa prezydent Kaczyński miał zamiar ją zawetować lub wysłać do trybunału, jednak "Człowiek sam do życia nie może się przywrócić", jak śpiewał Kazik, zaś marszałek Komorowski prezydentem Kaczyńskim nie jest. Ustawę więc zapewne podpisze, ponieważ "wola zmarłego prezydenta nie jest czynnikiem decydującym".

Bo przecież brak pewności, czy wybory pójdą po myśli. Choć i tu zdaje się pomału pojawiają się pomysły na rozwiązania awaryjne. W mediach ruszyła już kampania zniechęcająca potencjalnych członków komisji wyborczych. "Nie zarobisz za dużo w komisji" – atakuje zewsząd przekaz dnia. Praca zaś ciężka, więc w sumie… po co się tam pchać? Ktoś przecież te głosy tak czy inaczej policzy. Nawet za te psie pieniądze…

 

PS. Osobom czytającym mojego bloga na portalu Frondy bardzo dziękuję za duże zainteresowanie i tak liczne komentarze pod poprzednią notką. Pozdrawiam!

Odsłon: 1362 Komentarzy: 9


Dramat narodowy - Jarosław Kaczyński

Kategoria: Polityka Wednesday, 21 April 2010, 11:40

Kraj

Dla mediów, elit i – jak się okazuje – dla olbrzymiej części społeczeństwa, najtragiczniejszą konsekwencją tragedii pod Smoleńskiem jest możliwość startu w wyborach prezydenckich Jarosława Kaczyńskiego. Ta, wciąż tylko potencjalna, lecz całkowicie tak naprawdę racjonalna i naturalna decyzja przedstawiana jest jako brak szacunku dla pamięci brata i cyniczne żerowanie na nieszczęściu. I, co gorsza, ta plugawa narracja trafia na podatny grunt.
Największym nieszczęściem wielu jest fakt, że na pokładzie znajdował się tylko jeden Kaczyński. Co bardziej radykalni w słowach internauci na niezawodnym w takich sytuacjach facebooku już nawołują się do wyjścia na ulice przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu (jak wiemy, w tym są mocni – w nawoływaniu do działania, zresztą, niestety, nie oni jedni), inni piszą tylko "Oby teraz Jarek nie startował", zaś niektórzy najzwyklejsi ludzie powtarzają co usłyszą w mediach, bo ostatni tydzień to tylko krótka przerwa w dostawie trucizny, nie zaś żadna magiczna kuracja detoksykująca. Zresztą, w czasach wszechobecnego kultu wiecznej imprezy trudno wytrzymać cały tydzień zadekretowanej żałoby. W piękny, wiosenny weekend, wymieszał się więc pogrzeb z piknikiem, a spora część społeczeństwa sprzed telewizorów uciekła na grilla. I nawet trudno mieć o to pretensje. Wróćmy jednak do Jarosława Kaczyńskiego. Sporo jest argumentów sensownych przeciwko jego kandydaturze, równie dużo argumentów za, jednak – trochę podobnie jak w sprawie "afery pochówkowej" – najistotniejszą rzeczą jest odmawianie obecnemu wrogowi publicznemu nr 1 całkowicie naturalnego prawa. Czy to do wyboru miejsca spoczynku brata (w sytuacji, gdy dysponent miejsca zgłosił taką możliwość), czy do startu w wyborach prezydenckich.

Jarosław Kaczyński nie jest osobą, która pojawiła się w polityce 11 kwietnia 2010 roku, by wykorzystać śmierć brata do zrobienia kariery politycznej. Paradoksalnie, gdyby tak właśnie było, nie budziłoby to w przeciwnikach Lecha Kaczyńskiego specjalnych emocji. Jarosław Kaczyński jest nie do przyjęcia, ponieważ bratem bliźniakiem prezydenta był nie tylko z racji urodzenia, lecz również poglądów i zaangażowania politycznego. Obłudny lęk przed "wykorzystaniem tragedii" jest więc strachem przed kontynuacją wspólnego dzieła dwóch osób (jakim była polityka Lecha Kaczyńskiego) przez tego, który pozostał przy życiu. Polityka zna wiele przypadków, gdy po śmierci przywódcy, kontynuatorem jego pracy była osoba z najbliższej rodziny. Co ciekawe, na ogół ma to miejsce w krajach z sytuacją niepewną, zdestabilizowanych, wybijających się na niepodległość… Co jednak zdarza się za granicą, nam przedstawiane jest jako coś dziwnego i niegodnego. "Czy to normalne? Ale czy to normalne?" dopytuje się w radiu pani Beata Michniewicz i choć jej rozmówca, miłośnik Ziemi Kaliskiej, odpowiada, że tak, wątpliwości przecież się nie rozwiewają.

Jarosław Kaczyński jest dziś koszmarem dla wielu. Ich marzeniem zaś jest kandydat zgody narodowej i ogłoszonego już pojednania (z kim?), najlepiej ponadpartyjny i kompetentny. Na przykład, Bronisław Komorowski. Ale, uwaga, może być nim nawet… Jarosław Kaczyński, pod warunkiem, że zrezygnuje z własnych poglądów i wizji – do czego zachęca go Waldemar Kuczyński. Jedna litera w nazwisku czyni tu wielką różnicę. Najważniejsze, by potencjalny kandydat niczego nie chciał zmieniać, ani też specjalnie nie dążył do wyjaśnienia faktycznych przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Bo choć mędrzec Europy na swoim blogu napisał już, że jedyną osobą ponoszącą odpowiedzialność za tragedię jest Lech Kaczyński, tok myślenia wielu osób idzie w zupełnie innym kierunku.

A co z samym Kaczyńskim? Wiele osób, również życzliwych PiSowi uważa, że nie powinien on startować, ponieważ nie ma szans, zaś przegrana będzie jego końcem w polityce. Choć daleki jestem od optymizmu co do wyniku wyborów, trudno mi jednak podzielić tę argumentację. Mówi się, a pisze o tym np Kataryna, że Jarosław Kaczyński będzie teraz obiektem niesamowitych ataków. Będzie, już jest, ale czy w jego sytuacji cokolwiek jeszcze może zrobić na nim wrażenie? Wątpię. Czy ewentualna przegrana wyborcza będzie końcem jego drogi (słowo "kariera" wydaje mi się dziwnie nie na miejscu) politycznej? Znów się nie zgadzam. O fotel prezydenta będzie on walczył, jeśli w swoim odczuciu walczyć musi, nie zaś dlatego, ze ma na to ochotę. Jeśli zaś stanowiska nie zdobędzie, nie przestanie być potrzebny tej 1/4, a może 1/3 wyborców, którym wizja, skrótowo określana jako IV RP, pozostaje bliska. Czy ktokolwiek z osób, które zagłosują na Jarosława Kaczyńskiego w 2010 będzie miał do niego pretensje, jeśli wybory te przegra? Czy z tego powodu nie udzieli mu następnego kredytu zaufania? Nie wierzę. To nie jest zwykła rozgrywka, w której ocenia się jedynie skuteczność. Sytuacja zaś wydaje się być na tyle dramatyczna, że oddawanie pola może się wydawać już nie tyle grzechem zaniechania, co, mówiąc wprost – zdradą. Jeśli przyjmiemy którykolwiek z wariantów spiskowych, a gwarantuje, że olbrzymia większość elektoratu stricte prawicowego ku mniej lub bardziej radykalnym teoriom spiskowym się skłania, widzimy, że gra idzie o wszystko i tym razem nie bierze się jeńców. W takiej sytuacji nie ma już miejsca na manewr taktyczny, trzeba strzelać z największych dział. Zaś najmocniejszym kandydatem pozostaje – czy nam się to podoba, czy nie – Jarosław Kaczyński. Jedyny kandydat naprawdę rozpoznawalny i zdolny do mobilizacji całkiem sporego elektoratu. Jedyny, który będzie bezkompromisowo dążył do wyjaśnienia, co stało się 10 kwietnia. Którego dziś jest w stanie poprzeć elektorat PiS i część elektoratu, który się wcześniej od PiS odwrócił i dla którego Lech Kaczyński był trochę za miękki. Może do tego dojść grupa, kierująca się emocjami, bynajmniej przecież nie mała. Co więcej – jakby to nie brzmiało – Jarosław Kaczyński, który ponoć schudł 10 kg przez ostatnie dni wygląda o wiele lepiej, niż przed katastrofą. Jakby to cynicznie nie brzmiało, a czasy mamy cyniczne i oparte o PR – cierpienie uszlachetniło jego rysy twarzy, dodało im siły i godności. A myślę, ze za tą przemianą zewnętrzną poszła i wewnętrzna. W tym człowieku drzemie moc, jakiej jeszcze możemy sobie nie uświadamiać. I to tej mocy niektórzy tak bardzo się boją.

PS.Rozumiem osoby twierdzące, że rozwiązaniem lepszym byłoby znalezienie mocnego kandydata, nie będącego Jarosławem Kaczyńskim. Wiele z ich argumentów podzielam i ten post nie służy polemice z nimi, a jedynie wskazaniu, że ewentualny start Kaczyńskiego nie uprawnia do jeremiad, które od kilku dni zmuszony jestem czytać. Owszem – ryzyko jest ogromne, owszem, problemem jest brak żony (co więcej, jako osoba w żałobie Jarosław Kaczyński ślub wziąć teraz nie może, szkoda, ze pogłoski na temat planów związanych z panią Szczypińską okazały się nieprawdą…). Z drugiej strony na wylansowanie kogoś innego zwyczajnie może nie być czasu. W orbicie PiS – mimo osłabienia tej partii licznymi odejściami) jest wiele dobrych nazwisk. Niestety, nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że nie za bardzo mamy czas na wylansowanie nowego kandydata.

Sytuacja jest bardzo trudna, sytuacja jest dramatyczna. Ale za wcześnie jeszcze na wieszczenie klęski.

Odsłon: 2189 Komentarzy: 30


Afera pochówkowa

Kategoria: Wiadomości Thursday, 15 April 2010, 10:57

W związku z tym, że pojawiają się sprzeczne doniesienia w sprawie autorstwa pomysłu pochowania pary prezydenckiej na Wawelu, należy natychmiast powołać komisję śledczą ds wyjaśnienia tej sprawy. Jej przewodniczącym powinien zostać Janusz Palikot. Komisja w poniedziałek powinna przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego, we wtorek zaś – Martę. W środę – posiedzenie wyjazdowe – przesłuchanie w szpitalu p. Jadwigi Kaczyńskiej

Odsłon: 1085 Komentarzy: 14


Komunikat techniczny do użytkowników mediów

Kategoria: Polityka Tuesday, 13 April 2010, 21:32

W sobotę, w wyniku przegrzania serwerów zewnętrznych doszło do groźnej awarii wszystkich komputerów w naszej sieci. Sprzęt został zainfekowany groźnym wirusem ~deaktywator_antykaczyzmu.exe.  Spowodowało to ujawnienie fałszywych informacji szykowanych na kolejne wydania primaaprilosowe, takich jak fotomontaż przedstawiający uśmiech na twarzy Lecha Kaczyńskiego. Pojawiły się również dziwaczne artykuły, w których stwierdzono istnienie słów nie występujących w standardowym słowniku aplikacji ~kreator_tekstu_allmedia, takich jak "mąż stanu" czy "patriota" w połączeniu z nazwiskiem "Kaczyński". Wywołało to zrozumiały niepokój i dezorientację naszych użytkowników. Z pomocą przyszły nam jednak pakiety pomocy ~la_republicca, ~le_monde i kilka niezależnych od siebie firm z zagranicy, głównie z Niemiec. W kolejnym etapie prac aktywowaliśmy programy antywirusowe, takie jak ~mareksiwiec.exe i ~passent81. Pomogło to opanować sytuację na serwerach onet i tvn24. Użytkownicy facebooka zorganizowali oddolną akcję ratunkową, którą obecnie wspomagamy wszystkimi możliwymi aplikacjami. W przeciągu kilku dni sytuacja powinna zostać całkowicie opanowana.

Odsłon: 360 Komentarzy: 1


Jaki Prezydent, taka katastrofa

Kategoria: Wiadomości Thursday, 04 November 2010, 13:02

Kraj

"Jaki prezydent, taki zamach" był uprzejmy powiedzieć nasz od wczoraj p.o. Prezydenta, Bronisław Komorowski, po zamachu na prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji. "Jaki Prezydent, taka katastrofa" – dopowiedział los, jednocześnie umieszczając na wymarzonym fotelu marszałka Bronisława Komorowskiego. Ten zaś wygłosił mowę do narodu, równie wyważoną i zarazem szczerą, jak wcześniejsze słowa o zamachu w Gruzji.
"Nie ma już lewicy i prawicy" – mówi marszałek Komorowski, co tłumaczy się jako słowa o pojednaniu w godzinie próby. "Nie ma lewicy" – nie ma już lewicowego kontrkandydata dla marszałka (Jerzego Szmajdzińskiego), nie ma też pani, która zawsze budziła moją wielką irytację, jednak dla lewicy była postacią istotną, i która również brana była pod uwagę jako kandydatka. (Jolanta Szymanek-Deresz). "Nie ma już prawicy." Nie ma najbardziej liczącego się kandydata na prezydenta, nie ma też co najmniej dwóch osób, typowanych w różnych rozważaniach na ewentualnych kandydatów (Grażyny Gęsickiej i Macieja Płażyńskiego), w przypadku rezygnacji Lecha Kaczyńskiego z kandydowania. Nie ma szefa IPN, nie ma poważnej części czołowych polityków PiS, nie ma najlepszych urzędników kancelarii prezydenta. "Nie ma lewicy ani prawicy" – to jednak nie rekord specyficznego wyczucia naszego nowego męża opatrznościowego. W pierwszej publicznej wypowiedzi pan Komorowski, z mistrzowskim wyczuciem powiedział narodowi, że oto "spadły na niego obowiązki". Fakt, idealne określenie – spadły – razem ze szczątkami płonącego samolotu i fragmentami ciał ofiar.

Co myślą dziś wszyscy ci, którzy jeszcze niedawno straszyli nas "polskim Putinem" czy "polskim Łukaszenką", dziś zaś mówią nam w mediach o swoich uczuciach, o stracie, o wieloletniej przyjaźni? Ciekawe, z jakimi uczuciami najwięksi przeciwnicy Kaczyńskiego zdejmowali wczoraj liczniki odmierzające czas do końca kadencji? Czy Radosław Sikorski z przyjaciółmi przypomniał sobie prawyborczą konwencję, podczas której skandowano "Były prezydent Lech Kaczyński"? Czy może do kogoś dotrze, że jednak wcześniej trochę przesadził? Rozjeżdża się jednak góra z dołem, który wystawia niskie noty nagraniu z Michnikiem na stronach gazety i zakłada na facebooku grupy, potępiające histerię wokół śmierci "tak zwanych elit" czy walczące z okazywaniem żałoby w internecie.

Zdaję sobie sprawę, że mój tekst zbudzi sprzeciw. Zdaję sobie sprawę, że mogę być bardzo niesprawiedliwy – chciałbym, by moje oceny okazały się mylne. Chcę widzieć dookoła ludzi, nie hieny. Wiem, że rozmiar tragedii, który wciąż jeszcze dopiero sobie uświadamiamy, może, nawet musi, wywołać w wielu osobach autentyczną zmianę – jest to nieuniknione. Jednak pamiętam słowa, które słyszałem bez przerwy przez ostatnie kilka lat. Pamiętam zdjęcia Lecha Kaczyńskiego z mediów – małej, złośliwej karykatury. Chytrego gnoma. Trzeba było wczorajszego dnia, by okazało się, że istnieją też inne zdjęcia – te, na których Kaczyński wygląda poważnie i godnie. Marek Migalski na swoim blogu napisał: "trzeba było śmierci Lecha Kaczyńskiego by wszyscy dostrzegli Go takim, jakim był naprawdę: ciepłym człowiekiem, trochę nieśmiałym, wspaniałym ojcem i mężem, oddanym Polce, odważnym wojownikiem całe życie walczącym o innych. Dopiero śmierć zdarła wszystkim bielmo z oczu i naród zobaczył Go w obrazie prawdziwym, a nie w karykaturze. I obyśmy zapamiętali Go właśnie takim, zasługuje na to, to mu się należy!"

PS, Chciałbym podziękować proboszczowi naszej parafii św. Michała Archanioła w Warszawie, ks. prałatowi Józefowi Hassowi, za piękne, porywające kazanie. Kazanie, w którym znalazło się wszystko, co powinniśmy w tych dniach usłyszeć w kościele. Również – nazwanie po imieniu tych spraw, które umykają w wystąpieniach polityków, dziennikarzy, a nawet kapłanów. Dziękuję.

Marek Migalski: Dwie myśli natrętne

Odsłon: 3407 Komentarzy: 30


1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 13 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.