
Monday,26 December 2011,16:55
Kategoria: Ogólne Monday, 26 December 2011, 16:55
Opłatek
Daj Maleńkiemu też coś od serca,
Choćby ten kamyk, co pierś uciska.
Widzisz, jak zmienia się w rękach Dziecka
W drobiazg nieważny, że w piąstce znika.
Barbara Herman-Szczepańska– „Ballada Wigilijna”
Z trudem przecisnął się do wyjścia i wysiadł z autobusu. Ściskał mocno niezgrabne pudła poowijane w szary papier. Zmęczony ruszył wzdłuż przystanku. Latarnie oświetlały uliczne kałuże. Nie uszedł dwóch kroków, kiedy wiatr zdmuchnął mu czapkę pod koła autobusu. Zaklął bezgłośnie wyobrażając sobie jak pojazd zamieni nakrycie głowy w ceratowy naleśnik. Zdążył ją jednak podnieść zanim kierowca zamknął drzwi i odjechał. Zimna mżawka wciskała się za kołnierz, spływała po nosie, pokrywała kropelkami okulary. Kierował się w stronę kościoła stojącego pośrodku placu. Targał prezenty dla rodziny, jakieś żarcie na wigilię. I po co ta wigilia? Te wszystkie przygotowania? Choinka, prezenty, jakieś niejadalna pasza dobra dla bydła? Jedyną korzyścią dla niego było sporo zamówień z hipermarketu: potrzebowali katalogów z zabawkami, z jedzeniem, na Sylwerster… Żeby jeszcze raczyli płacić w terminie. Następnego dnia postanowił leżeć i popijać, co popadnie: rodzinie powie, że ma dosyć, jest zmęczony, musi odreagować. I będzie wtedy nareszcie szczęśliwy… Gdzie tam, najpierw żona przyjdzie mu truć o swoich koleżankach z biura, potem starsza córka będzie smędzić o wyjście z jakimś długowłosym drabem, średni syn przysiądzie do komputera a najmłodsza będzie bez przerwy miauczała żeby ją wziąć na kolana i pooglądać jakieś głupie bajki. Święta. Wypocznie jak wróci do pracy, w agencji teraz typowa masówka, robota szybko poleci. Pogoni się młodych i jakoś pójdzie. Doszedł do drzwi kościoła: w szybie zobaczył swoje rozmazane odbicie: gruby stary gość w okularach, w pomiętej kurtce i poskręcanym szaliku, spocony i niechlujny. „Panie Mister Uniwersum - żegnaj na zawsze” pomyślał z sarkazmem i popchnął drzwi. W ogóle nie pchałby się w łapy klechów, gdyby nie jego żonka. „Kochanie zapomniałam opłatka, zajrzysz jeszcze po drodze? Muszę jeszcze dzieci odebrać. Buziaczki.” Buziaczki. Zawsze wtedy przychodził mu na myśl Pulp Fiction: reakcja Bruce’a Willis’a na informację o pozostawieniu zegarka tatusia wiszącego na kangurku przez żonkę. Popchnął drzwi i wszedł do środka. Dawno nie był w środku. Ostatni raz dał się zaciągnąć do kościołka podczas komunii średniego. Ksiądz coś pitolił na kazaniu o życiu. A co on wie o życiu? Jak się pilnuje swoich zakazów to nagą babę oglądał na zajęciach z plastyki w szkole podstawowej. A jak nie – to jakie ma prawo pouczać? Powiedział żonie, że w takiej zakłamanej instytucji noga jego więcej nie stanie. W Boga wierzył oczywiście, ale to nie powód, żeby utrzymywać bandę nierobów. Rozejrzał się po opustoszałym budynku. Paliło się niewiele świateł. Spodziewał się jakiegoś stoiska czy stolika z opłatkami i innym świątecznym badziewiem. Właściwie powinien wziąć opłatek od tej laseczki ze skrzydełkami w hipermarkecie, ale wtedy nie wiedział, że toto w ogóle będzie potrzebne. Popatrzył tylko na dziewczynę i pomyślał, że aniołkami to on lubi zajmować się w pozycji pionowej. Żonusi o opłatku przypomniało się poniewczasie. A tak, przyjeżdża jej mama. Jakby mało było zamieszania. Mamusia ma chyba wprasowane obwody w czaszkę, które umożliwiają jej odbiór audycji rydzykowej bez antenki na beretce. A 2 lata temu było normalnie: zrobili sobie sushi i WanTan, ryż jaśminowy z chrupiącą kaczką i sałatkę z łodygami lotosu, słuchali przebojów świątecznych. A teraz powrót do średniowiecza – karp, kapusta z grzybami, śledzie, kolędy. Więc pewnie ten opłatek też należy do zestawu obowiązkowego. Mogłaby go stara wiedźma sama przywieźć. Rozejrzał się jeszcze raz. Oczywiście nie ma żadnego stolika z opłatkami. Tyle ględzą o tradycji a nie potrafią jej nawet pomóc utrzymać. Był sam nie licząc jakiejś babci ubranej na czarno. Stara siedziała w pierwszym rzędzie i międliła coś w pomarszczonych łapach. Ruszała przy tym wargami jak szympans żujący obiad. Kiedy podszedł bliżej zobaczył w jej rękach różaniec.
– Bardzo panią przepraszam, gdzie można kupić opłatek? – Zapytał grzecznie. Stara szympansica (tak nazwał ją w myślach) nie spojrzała nawet na niego. Dopiero, kiedy po chwili skończyła mamrotać, odwróciła swój siwy łeb i mruknęła.
– Szczęść Boże. Opłatki może Pan dostać w zakrystii, ale na razie msze już się skończyły. Następna będzie o siódmej, więc musi pan poczekać. Ministranci zazwyczaj przychodzą 15 minut wcześniej – wtedy pan tam zajrzy.
– A gdzie jest ta zakrysta? – zapytał nieco zniecierpliwiony.
– Zakrystia – z naciskiem poprawiła szympansica, patrząc się na niego chyba z obrzydzeniem – jest za tymi drzwiami z prawej strony koło ołtarza. Minie pan schody i następne drzwi – to zakrystia.
– Dziękuję i do widzenia pani – mruknął odsuwając się od moherki.
– Z Bogiem, młody człowieku – odpowiedziała i odwróciła się przodem do ołtarza. Dopiero teraz zauważył leżące przed nią na ławce zdjęcie człowieka w średnim wieku z zuchowatą miną, w panterce i niemieckim hełmie przepasanym biało-ciemną opaską. Pewnie jakiś żołnierz. Szympansica zauważyła jego wzrok.
– To mój tatuś Józef – powiedziała miękko, wręcz dziewczęco. – Codziennie się modlę za niego, odkąd mamusia powiedziała mi, że zginął w kanałach, kiedy przedostawali się do Śródmieścia. Zmawiam też jedną dziesiątkę za naród, aby odzyskał serce i wiarę.
Nie dość że moherka to jeszcze patriotka! Jeszcze mu faszystki potrzeba. I co za dziesiątka? Żeby was szlag trafił powtórzone dziesięć razy? Wszystko pozapominał. Bąkając słowa przeproszenia wycofał się na tylną ławki i usiadł. Spojrzał na zegarek. Dopiero szósta. Albo będzie leciał z tymi pakami do laseczki ze skrzydełkami i koszykiem – co byłoby nawet miłe, ale zajęłoby mu ponad godzinę, albo posiedzi i poczeka w kościółku. Usiadł starannie układając paczki z prezentami. Zdjął szalik i czapkę. Wysłał sms-a do żony, że wróci później. Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że właśnie to tak zgorszyło staruszkę. Wzruszył ramionami. Miał naprawdę serdecznie dosyć wszystkiego. Niech sobie klepie paciorek i da mu spokój. Rozejrzał się wokoło. Po lewej stronie zakończono szykować szopkę na święta. Pozostały jedynie z tyłu trochę nieposprzątanych tektur, styropian, rozrzucone kawałki jedliny, kilka pudełek. Figury Maryi, Józefa i Dzieciątka były już na miejscu. Szopka była prosta: grota z zaznaczonymi kamieniami z papieru, żłób, jakieś naczynia do pojenia bydła, sianko. Nic więcej. Zaczął się jej przyglądać: i tak nie miał co do roboty. Nawet była niebrzydko zaaranżowana. „Ciekawe, kto to robił, pewnie jaki nawiedzony tfurca” pomyślał leniwie. Przejrzał swoje pakunki, porządnie je poukładał i przepakował. Nie miał się kiedy ten samochód zepsuć! Dobrze że w wigilię go odbiera. Spojrzał na zegarek. Jeszcze pół godziny. Popatrzył na postać Józefa i Maryi. Idealni rodzice. Wyrozumiali, dobrzy spokojni. Całkiem jak celebryci w tabloidach. „Pewnie” pomyślał z goryczą „nigdy nie obgryzaliście pazurów, bo córka zaczyna rozglądać się za jakimiś drabami w skórach, średni albo siedzi z nosem w komputerze, albo po nocy wraca do domu a najmłodsza ładuje się na kolana, nie patrząc, że chcę odpocząć. Kiedy spędzam ją z kolan, beczy jak koza.” Wstał i podszedł do szopki. Chyba mu ta babcia nie podwędzi jego sprawunków. Cały czas siedzi i się modli. Przyjrzał się pogodnym twarzom dorosłych postaci. „Pokusy? Wystarczała wam modlitwa i post. Nie pouczajcie innych.” Chyba zdurniał. Gada z drewnem! Dawno uważał, że wizje Scrooge'a wynikały ze zjedzenia zgniłego ziemniaka, a nie z troski zmarłego wspólnika. Tak długo się wpatrywał w figury, że wydawały mu się większe niż w rzeczywistości. Ale co tam: za 10 minut kupi ten zakichany opłatek i pójdzie stąd. Skoro cała ta banda katoli modli się do drewienka, to on może się z nim pokłócić. Spojrzał na Dziecko leżące na sianie wyciągające ręce w jego stronę. „A ty pewnie też byś chciał pod choinkę dużo i bogato jak każdy dzieciak, którego znam? Ciekaw jestem, co. Pewnie wszystko, co się da, co nie mały?” Uśmiechnął się drwiąco.
„Nie” usłyszał szept. „Daj mi to, czego masz w nadmiarze”.
Podskoczył i obejrzał się nerwowo. Ktoś tu sobie z niego robi żarty. Nikogo jednak nie było poza nim w kościele. Szympansica wyszła tak, że nawet nie usłyszał jak wychodzi. Rozejrzał się ponownie. Nadal stał przed szopką, ale figury były naturalnej wielkości. Wydawało mu się, że lekko się poruszają.
- Świetny żart, już możecie wyjść – powiedział nieco piskliwym głosem. – Dobra, przestraszyłem się, chłopaki. Nic nie powiem, ale musicie powiedzieć jak to zrobiliście.
Figura Józefa spojrzała na niego poważnie. Figura Maryi uśmiechnęła się lekko i wyjęła dziecko. Postawiła jakąś podłużną miskę i wyjęła dziecko ze żłóbka. Zastanowiła się chwilę i spojrzała ponownie. Rozejrzała się w poszukiwaniu wody.
- Koniec żartów do cholery! Pogięło tych ministrantów czy co? – wykrzyknął przestraszony nie na żarty. – Skąd macie te roboty? Ukradliście? Zaraz wracam z policją i z telewizorami! No ksiądz to wam podziękuje baranim głosem. Ale będzie Szkło Kontak...
– Daj mi to, co masz w nadmiarze – znów to usłyszał.
– W nadmiarze to mam wy głupie szczeniaki stres, zmęczenie, użeranie się z idiotami w pracy, klientów, którzy nie wiedzą, czego chcą, szefa, któremu odbija palma, żonę mającą nie wiadomo, jakie wymagania, dzieciaków jeszcze wredniejszych od was, pośpiech…
– W nadmiarze masz ból i żal do rodziców, który rani ciebie, złość, którymi ranisz innych. – usłyszał szept. Maryja włożyła Synka z powrotem do żłóbka: szykowała kąpiel: układała pieluszki, jedną włożyła do zaimprowizowanej wanienki.
– W nadmiarze masz seks, którym się pocieszasz, i szybkie jedzenie, kiedy jest tobie źle. Masz ukryty lęk przed kobietami, bo twoja matka rozwiodła się i co jakiś czas zmieniała partnerów, i pogardę dla innych, bo tylko tak możesz ukryć swój lęk. W nadmiarze masz godziny pornografii i masturbacji, bo szukasz szczęścia bez zobowiązań. W nadmiarze masz szukanie pieszczot lesbijskich, bo pragniesz upokorzyć kobiety – znów ten szept. Józef zaczął rąbać drwa na drobne szczapy.
Żachnął się. Skąd te dzieciaki mogą… Pewnie same ściągają i oglądają pieszczące się laski, więc myślą że każdy facet musi też mieć na to chętkę. Pewnie bogobojne koleżanki nie dają, więc się ministranci łapią za ręczną robotę.
– W nadmiarze masz żal do siebie za wypadek z psem i za to, że okłamałeś swoją żonę i córkę – szepnęło ponownie Dziecko.
Zamarł. Nikt o tym nie wie. Nikt! To niemożliwe. Był wtedy w lesie z Banjo sam przyjechał na działkę. Miał przygotować ją na zimę: zamknąć okiennice, zgrabić ostatnie liście z jabłonek, zabrać ususzone grzyby. Wziął tylko spaniela, którego mieli od szczeniaka i pojechał do Wilgi. Po wyjściu z samochodu Banjo pobiegł przodem. Nie wziął go na smycz, niech się nie męczy na uwięzi. Taka piękna pogoda. Pies biegł przodem, on otworzył bramę, wprowadził samochód. Zamknął bramę, otworzył furtkę i gwizdnął na psa. . Ich działka – mówili na to ranczo – była pod lasem, na odludziu. Cisza, spokój, żadnych ludzi. Banjo podskoczył w miejscu i ruszył biegiem w jego stronę, gdy z kępy trawy wyskoczył zając i zaczął uciekać w pobliski las. Spaniel puścił się za nim ze straszliwym ujadaniem. Krzyknął na psa, następnie zaczął biec za nim krzycząc na niego. Zadyszał się, zwolnił nie przestając krzyczeć. Nagle październikowe przedpołudnie przeszył straszliwy skowyt. Sam nie wiedział skąd znalazł siły na dobiegnięcie na miejsce, gdzie leżał wyjący jego pies rozcięty wielkim potrzaskiem. Ten pieprzony kłusownik chyba zrobił ją na niedźwiedzie! Wnętrzności wraz z krwią wypłynęły na leśną ściółkę. Chwycił gałąź leżącą nieopodal, wsadził w zęby potrzasku. Mocno nacisnął. Pułapka jednak nie puszczała. W końcu jednak udało mu się ją rozewrzeć. Banjo resztką sił próbował się wyczołgać. Chciał mu pomóc wyjść i nieopatrznie puścił gałąź. Potrzask tym razem zatrzasnął się na klatce piersiowej spaniela gruchocząc mu żebra. Pies zaczął się dusić. Przestał wyć i tylko charkotał. Jeszcze raz chwycił gałąź – tym razem tak długo naściskał, aż potrzask zatrzasnęły się otwierając swoją paszczę. Nogą zablokował zapadkę. Wyciągnął poharatanego spaniela. - Piesku pieseczku - powtarzał przez łzy. Banjo patrzył na niego gasnącymi oczami. Po chwili gwałtownie się szarpnął i zastygł nieruchomo. Stał długo płacząc. Potem wrócił do domu po folię, taczkę i łopatę. Założył stare ubranie. Zawinął ciało spaniela w folię, dosypał ziemi umorusanej krwią. Kopnął potrzask ze złością. Zęby zatrzasnęły się ponownie. Rozrzucił ziemię wokół nich i ruszył w stronę Wisły. Zakopał je koło mrowiska. Po powrocie powiedział im, ze Banjo urwał się ze smyczy i wpadł pod przejeżdżający samochód. Zginął na miejscu, a on pochował ich pupila. Córka przez łzy wykrzyczała mu, że jest idiotą, nie potrafi nawet zapanować nad jedynym domownikiem, który go kochał. Potem go za to przepraszała. A on słuchał tych przeprosin i czuł jak bardzo miała rację. Kiedy pojechał na ranczo przy mrowisku nie było śladu po Banjo. Nikt nie wie. Nikt.
Spojrzał w oczy Dziecka, które patrzyło na niego z uśmiechem.
– Daj mi to wszystko. Nie bój się – usłyszał.
- Przecież sam możesz to wziąć, co chcesz. – wyszeptał.
- Nie – Dziecko spojrzało poważnie na niego – jeżeli ty nie otworzysz się na mnie, ja nie mogę nic zrobić.
Coś pękło i opadło z niego. Poczuł że doszedł do kresu. Dalej nie było już nic. Przed nim – zobaczył to wyraźnie – rozciągała się pustka. Życie straciło jakikolwiek sens, pozostając tylko fizjologicznym mechanizmem. Czy je utraci czy zachowa – będzie trwaniem bez celu, zawieszeniem w nicości. Ale nic w tym trwaniu nie musiał zmieniać. Wszystko pozostało by takie same. Wystarczy odwrócić się i odejść od Niego. I wszystko będzie jak dawniej. Wystarczy żyć jak dawniej.
Upadł na kolana, jakby bał się, że nogi go zdradzą i wybiorą ucieczkę. Wyciągnął ręce jakby chciał Mu coś dać – a raczej jakby tonął. Poczuł ból na zewnątrz dłoni. Skóra pękła i w stronę miski popłynęła nie strużka czarnej posoka jak z Banja, ale strumień czarnego cuchnącego błota i ziemi. Zawstydził się. Przecież za chęć pomocy mały Jezusek nie zasługuje na takie szambo. Usłyszał radosny śmiech Dziecka. Ze zdumieniem spojrzał na zawartość miski. Nieustanny potok bagna zmieniał się w wodę – pachnącą i słodką. Po kilku minutach strumień z rąk ustał. Poczuł jak dłonie przestają parzyć. Maryja wprawnym ruchem wsadziła łokieć w wodę a następnie posadziła bobasa. Tan figlował i baraszkował jak każde zdrowe dziecko – śmiał się i gruchał ze szczęścia. Na koniec matka wyjęła swojego Syna z miski, wytarła ręcznikiem zawinęła w pieluszki i włożyła do żłobka. Na koniec odwróciła się i wylała wodę po kąpieli za żłobek.
- Idź już. Przyjdź jeszcze. Mam Tobie tyle do powiedzenia – Usłyszał od Jezusa. Dziecko zasnęło.
Wstał. Ukłonił się po chwili zdając sobie sprawę z niestosowności jakiegokolwiek gestu z jego strony, ale nie mógł opanować drętwienia, które go sparaliżowało. Poczuł się przeżuty, pusty i opróżniony z myśli. To było dziwne uczucie. Tak jak po wyrwaniu zęba. Nie mógł znaleźć swoich niechęci, lęków. Początkowo zaniepokoił się, ale potem wzruszył ramionami. Nie było do czego tęsknić. W końcu mógł się odwrócić w stronę ławki ze swoimi rzeczami. Strasznie kręciło mu się w głowie.
***
Zofia Harducka skończyła różaniec i spakowała powstańcze zdjęcia. Pod zdjęciem zuchowatego powstańca spodem leżała fotografia jej rodziców zrobiona na tydzień przed wymarszem oddziału taty na Stare Miasto. Sanitariuszka Ajka – mama wówczas 4-letniej Zosi – miała szczęście: szpital na Czerniakowskiej, gdzie pracowała, przetrwał do końca powstania. Ominęły go oddziały Sonderbataillon Dirlewanger jak i RONA czy Ukraincy, a jedyna bomba, która przeorała budynek do fundamentów, wybuchła dopiero po ewakuacji. Po kapitulacji udało się jej uciec z córką z kolumny cywilów. Zosia z postania zapamiętała tylko morze ognia. To było jej pierwsze wspomnienie Warszawy: żywe piekło. Pani Zofia westchnęła i przeżegnawszy się chciała już wyjść z kościoła, kiedy jej wzrok padł na pozostawione pakunki. Nigdzie nie widziała tego człowieka. Postanowiła chwilę zaczekać. Może wyszedł na papierosa? Złodziei niestety dziś nie brakuje. Sięgnęła do torebki, by upewnić się, czy wzięła portfel. Chciała jeszcze dziś kupić kwaszoną kapustę. Grzyby już się moczą, a śledzie w lodówce przechodzą oliwą z cebulą. W końcu, jak co roku odwiedzą ją dzieci z wnukami. Będzie dużo hałasu i zamieszania. Ale to dobrze. Syn z synową próbowali dzieci uspokoić, ale ona wiedziała, że muszą pokrzyczeć, bo inaczej nie będą kiedyś odważni! Jeszcze zdąży u pani Krupskiej na rogu kupić taką słodką i dobrze poszatkowaną kapustkę. Zięć ją uwielbiał. Weźmie więcej; zrobi dla niego na wynos. Jest ten portfel. Żarty sobie stroi ze starej kobiety: chować się w jej własnej torebce? Podniosła głowę.
- Jest tu pani? Och jak się cieszę! Wesołych świąt Bożego Narodzenia! – wykrzykiwał ten gość. Kiedy on wrócił z tego papierosa? Tak to już jest, jak się człowiek własnymi myślami zajmie. Uśmiechnęła się.
- Wesołych świąt i obfitych łask Bożych – powiedziała z przekonaniem. Po chwili ugryzła się w język. Każdemu składała takie życzenia, ale ten człowiek miał tyle wspólnego z wiarą, co gęś z siodłem. Ale trudno: najwyżej odejdzie od wariatki. Człowiek jednak chwycił mocno ją za rękę i z przekonaniem powiedział:
- Już je otrzymałem. Tak myślę. Chociaż nie wiem czy wierzę. To znaczy wierzę Teraz je muszę wykorzystać. To znaczy… i roześmiał się. – Pewnie Pani myśli że oszalałem. Nie Pani jedna. Ja też tak myślę. Ale przestałem się tym przejmować. Wesołych Świąt.
Pochwycił paczki i ruszył do wyjścia. Pani Zofia w pierwszej chwili chciał mu przypomnieć o celu jego wizyty w kościele, gdy jej wzrok padł na torbę na zakupy skąd wystawał zapakowany w celofan biały opłatek ozdobiony obrazkiem świętej rodziny.
Warszawa – grudzień 2011
Odsłon: 154 Komentarzy: 4
Tuesday,27 October 2009,04:08
Kategoria: Rozrywka Tuesday, 27 October 2009, 04:08
Smok po kilku tygodniach dzięki solidnym odżywieniu dzięki darom Kasi zaczął rosnąć. Zaczął się też poruszać z gracją coraz większego kota. Przestał też budzić nachalną ciekawość, czy wrogość. Oczywiście dzieci biegły za nim zafascynowane, a kiedy pierwsze odważne usiadło na nim jak na koniu, chętni musieli ustawiać się w długich kolejkach. Dorośli początkowo obserwowali go uważnie, kobiety gotowe podbiec i odciągnąć dziecko, zaś rycerze pozornie beztrosko popijając piwo zawsze trzymali ręce na głowniach. Jeśli nawet smoczek widział te oznaki nieufności nic nie dawał po sobie poznać i zachowywał się najlepiej do tych okoliczności: spokojnie ale naturalnie. Nie łasił się, chętnie bawił się dziećmi, kiedy dziecko było zmęczone podchodził do matki i jeśli bała się podejść do Drakusia, ostrożnie klękał pozwalając zejść malcowi, jeśli nie – podchodził i pozwalał, aby matka sama zdjęła swoją pociechę. Czasami grzecznie pytał się rycerzy których znał, o możliwość przyłączenia się do rozmowy. Kiedy jednak widział, że nie jest osobą mile widzianą – oddał się w stronę swojej siedziby. Po kilku noclegach w kurierskiej stajni ojciec Bertram znalazł przestronny dom. Okazało się, że smok uwielbiał słuchać opowieści, a także wykazywał chęć nauki czytania. Przednie łapy, mimo, że coraz bardziej potężne, okazały się delikatne i dokładne. Drakuś był w stanie również pisać, choć litery z konieczności stawiał na początku wielkie i niezgrabne. Jednak nie zrażał się tym i ciągle z zapałem uczył się kaligrafii. Przy takim zachowaniu i nienagannych manierach – w czym wielu widziało rękę ojca Bertrama – Drakuś zyskiwał oraz większą sympatię mieszkańców Lwigrodu.
Nadeszła połowa września. Drakuś – 3 razy większy od czasu jego znalezienia w górach Arenii – siedział przed budynkiem męskiej scholi. Obiecał wystąpić w szkolnym teatrum jako „bestia okrutna porywająca narzeczoną głównego bohatera, za niecne uczynki zgładzona”. Drakuś uprzedził młodych scholarów, że miecze mają być tępe, bo jest wrażliwy na łaskotki i wtedy niechcący może teatrum przewrócić, a wtedy ratunek i salwowanie się z opresji będzie potrzebne zarówno aktorom jak i widzom. Razem z nim – bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby – siedział Dobromir i ojciec Bertram. Z otwartych okien dochodziły odpowiedzi młodych uczniów. Słońce grzało przyjemnie, a wiatr od rzeki przynosił miły powiew. Astry posadzone przed szkołą pyszniły się wielobarwnym wzorem i Drakuś poczuł, że zaraz uda się na miłą poobiednią drzemkę. „To nie wypada” pomyślał i żeby nie zasnąć skupił się na wykładzie magistra historii. „Powinienem poznać historię nowej ojczyzny.” pomyślał. „Czy ja w ogóle mam jakąś ojczyznę?”.
- W roku 353 wyprawa rzymska wyprawa kupiecka dotarła do króla Grzebisława i tam za zgodą króla założyła faktorię handlową. W 15 lat później faktorii było już 20…
- 23 – mruknął Dobromir z zamkniętymi oczami, popijając łyk piwa. Ojciec Bertram uśmiechnął się
- Jakąż masz dobrą pamięć cny woju.
- Bo dobry mnie preceptor uczył. Łącznie z miejscem tych faktorii i obozu centurii dla ich ochrony.
- W 387 roku przybyła do króla Kujawii Wirtecha Mądrego delegacja z Konstantynopola z prośbą i propozycją sojuszu przeciw gockim . Król wahał się długo, lecz gdy miał już dać odpowiedź odmowną ujrzał jak na niebie 2 sokoły orła przeganiają – i wtedy zgodził się. Ruszył wraz z rzymskimi legionami na Gotów, których w wojnie zwanej którą potem bella Vistula zwano doszczętnie rozniesiono w bitwie pod Cancelą położonej nad Vistulą właśnie, a sojusz połączył związek Wenedów i Cesarstwo Rzymskie. Gdy w wiek później uderzyły na młode Królestwo Kujawii hordy Hunów Rzym nie pozostawił nas w potrzebie, lecz wspomógł w walce. Po 18 długich latach walk w górach Karpatii ostatnie niedobitki Hunów z ich wodzem zdaly się na łaskę zwycięskich armii Celsusa Kryspusa i Mieczymira Kulawego prosząc o łaskę …
- Te historie dla scholarów miłe są dla ucha, lecz do końca prawdy nie mówią. – mruknął Dobromir dłubiąc nożem w ziemi.
- Co masz na myśli – zainteresował się Drakuś odwracając łeb – Czy uczą się nieprawdy? Niepodobna abyście kłamali. Jesteście tak potężni, ze nie musicie kłamać.
- Nikt nie musi kłamać Drakusiu – spokojnie odpowiedział zakonnik – i nieważne czy jest potężny czy słaby. Jeśli kłamie – to znaczy że boi się prawdy. Ale twoje zdanie Dobromirze zaciekawiło mnie. Co właściwie masz na myśli?
Rycerz usiadł wygodniej na ławce i popatrzył na franciszkanina.
- Według tego, co tu usłyszeliśmy, to historia grzecznie idzie do przodu. Jedne wydarzenia wynikają z drugich, ludy posłusznie stoją w ordynku abyśmy ich nawrócili a jeśli nie mają na to ochoty – to mieczem, balistą i trebuszem zmusili do respektowania pax christiana. Nie ma żadnych zdrad, wątpliwości, nikt nikogo nie oszukał, nikt… – Dobromir na chwilę przerwał i po chwili ciągnął dalej – To jest takie ładne, ułożone jak piesek faworytny starszej damy. A tak nie jest i nie było.
Ojciec Bertram przez chwilę patrzył na rozgorączkowanego rycerza.
- Przecież nie mówią tu nieprawdy. Trudno oczekiwać, aby w szkole niskiej dzieciaki miały poznawać zawiłości polityki i dyplomacji. Nikt tu nieprawdy nie mówi.
- Właśnie – burknął Dobromir – nikt. Tylko że nie do końca.
Znowu zapadło milczenie. Drakuś patrzył to na jednego to na drugiego opiekuna i zaczął się zastanawiać ile jeszcze nie wie o tych ludziach. Następnie ułożył łeb na łapach i zapatrzył się na odległe góry pokryte jesiennymi drzewami. Właśnie zaczął się zastanawiać ile staj jest do najbliższej góry, kiedy Dobromir zaczął znowu mówić.
- Choćby te sokoły. To tylko legenda. Czy byłyby wtedy na niebie sokoły latały czy krety to i tak by Wirtech podpisał ugodę z Rzymianami. Wiadomo, że nam przeszkadzali Goci i rzymska pomoc była dla nas bardzo cenna. Zresztą Rzymianie dostarczyli tylko kilkudziesięciu ludzi którzy nauczyli nas rzemiosła i sztuki wojennej, a jak co do czego przyszło – to 2 legiony posłali cały ciężar wojenny nam zostawiając. A co do Hunów – mogliśmy z nimi dojść do porozumienia. Poszlibyśmy na Rzym i obłowili. A imperium nasze byłoby do spółki z koniarzami – wielkie. I znowu my musieliśmy walczyć. Choć Rzym wtedy pomógł nam lepiej –armię posłał i wodza znamienitego. Ale blisko 50 lat minęło zanim rany po wojnie zgoiliśmy.
Zakonnik spojrzał na woja.
- Wiedza często cenniejsza od armii bywa. Cóż z tego że i milion ludzi wystawiłbyś na placu bitwy – jakby nieprzyjaciel grecki ogień na Ciebie nakierował? Uciekłbyś ciesząc się że życie ratujesz. A co do walki razem z Hunami – niektórzy poszli na ugodę z nimi. Pamiętasz jak skończył Czernolisk? Po podpisaniu ugody i zawarciu sojuszu żołnierze jako sojusznicy wysłani zostali do boju, a kiedy wyszli – ich nowi przyjaciele kobiety i dziewczęta na swoje wozy pobrali a starców i dzieci zostawili na mrozie miasto paląc. Ledwo garstka doszła do sąsiedniego grodu. Poza tym – wiesz co by się stało z wiedzą w Rzymie zgromadzoną? Wiesz nad czym pracuje Kiryło?
Dobrowoj wzruszył ramionami.
- Jakąś zabawkę egipską znalazł, koła zębate dołożył i na dwóch sztabach w kółko puszcza. Od lata się z tym bawi. Nawet królowi chce to pokazać. Skąd mu to na myśl przyszło – nie mam pojęcia. O tej pory uważałem, że para nadaje się tylko do gotowania strawy w garnkach.
Bertrand pokiwał głową z politowaniem.
- Kiryło znalazł w zapisach Biblioteki Akademii opisany wynalazek Herona znany jako aeolipile, połączył i rozwinął go z przekładniami opisywanymi przez Ktesibiosa a na sztaby wpadł kiedy przyjrzał się na rzymskie drogi z koleinami.
- Ale na co mu to? – Wojownik spojrzał na niego zdziwiony.
- Zamyśla użyć tego do przesyłania poczty, a może powiększeniu – może i ludzi. – tłumaczył cierpliwie zakonnik – I pomyśl Dobrowoju: jakby Hunowie weszli do Rzymu to cała ta wiedza na wyciągnięcie ręki leżąca w perzynę by obrócona była. Rzym postałby na wojsko a nie na naukę, a my bylibyśmy najeżdżani zarówno przez Hunów jak i przez Gotów i inne narody.
Rycerz popił piwo i spojrzał przez szkło na franciszkanina.
- I co z tego? W końcu cała nauka pochodzi z Grecji – i z Rzymu. Największą Akademią jest bizantyjska – więc nie chcesz powiedzieć że Rzym nie docenia nauki.
Bertram nieznacznie się uśmiechnął i łyknął nieco piwa.
- Tak naprawdę cesarze zrozumieli jak potężna jest nauka po wojnie z Hunami, kiedy obaczyli jak bardzo zmieniło to losy kampanii. Do tej pory raczej mieli do nich stosunek jak Wespazjan – zakazywać urządzeń, bo pospólstwo nie miało by co robić.
- A gdyby inaczej postąpili… – zaczął ostrożnie Dobrowoj.
- A gdyby inaczej postąpili – powiedział z naciskiem franciszkanin – wiedza starożytnych może w jakichś klasztorach na Ultima Thule by została przewieziona w rękopisach aby ocalała. A może spłonęła by razem z Biblioteką Aleksandryjską. Ale później nie byłoby nikogo, kto by to odczytał i zrozumiał. I za 2000 lat nikt by nie wpadł na pomysł aby parę wykorzystać nie tylko – jak powiedziałeś do gotowania zupy. Zaginęłaby.
- Mimo wszystko nie chce mi się w to wierzyć – mruknął nieprzekonany do końca kapitan. – Aż 2000 lat?
- Mamy teraz 942 rok po urodzeniu Chrystusa. – uśmiechnął się zakonnik – a dopiero odkupujemy wynalazki przed tysiąca lat bez mała. Dlaczego uważasz, że nie przeleżałby dwóch tysięcy lat? Albo i trzech?
- Ale mieliśmy trudny okres. Sam ojciec powiedział, że starożytni Rzymianie nie interesowali zanadto nauką i wynalazkami, a okres pokoju – bo wojnę przesunęliśmy poza granice Królestw i Cesarstwa i prawę sukcesji tronu w ręce Senatu częściowo powierzyliśmy, – trwa dopiero od stu lat.
- A gdyby Cesarstwo upadło i okres pokoju zaistniałby dopiero za 200 lat? Albo 500? Poza tym jest jeszcze inna kwestia – kardynalna że tak powiem. Gdyby nie chrześcijaństwo – nie byłoby ani pędu do wiedzy dla wszystkich, nie uważalibyśmy wszystkich za braci i nie staralibyśmy im wszystkim pomóc. Także i machinami. Przecież mimo że dźwigi hydrauliczne za Wespazjana mogły być budowane – dopiero w naszych portach powstały.
Dobrowoj machnął ręką i zajął się piwem. Drakuś ułożył wygodniej łeb na przednich łapach i cichutko westchnął. Wiedział już, że wojownik i ksiądz są przyjaciółmi. Dlaczego w takim razie tak często się kłócą? Kasia mówiła mu że nie jest to kłótnia ale dyskusja. „Dyskusja” pomyślał smok „widziałem takie dyskusje które kończyły się zjedzeniem dyskutanta”. A ci przed chwilą niemal kłócili się a teraz spokojnie piją to swoje piwko. Drakuś westchnął jeszcze raz i zaczął się zastanawiać kiedy wreszcie wystąpi w przedstawieniu. Chciał potem jeszcze pobawić się z Kasią i Magdą. Drakuś polubił nieśmiałą Magdę. O wielu sprawach łatwiej było mu rozmawiać ze spokojną blondynką. Słuchała uważnie a jej słowa dowodziły, że stara się zrozumieć rozmówcę – choćby miał parę błoniastych skrzydeł i łapy uzbrojone w pazury. Usłyszał dzwonek a następnie narastający hałas.
- Drakuś! Drakuś! – żacy wyskoczyli ze scholi i obsiedli smoka ze wszystkich stron. – Chodź z nami! Zaraz będzie teatrum o Obrzydłym Potworze .
- A… – zaczął zadawać pytanie Obrzydły Potwór.
- Mamy dla ciebie boheńskie precle! Cały worek z makiem i solą! Nie martw się. Zadbaliśmy o wszystko.
- A mówiłeś Drakusiu, że robisz to z sympatii do dzieciaków – roześmiał się rycerz.
- Daj spokój Dobrowoju. – dołączył o żartów franciszkanin – Aktor musi się wzmocnić aby mieć siłę grać.
- Ale ja… – smoczek zaczął się tłumaczyć, kiedy zorientował się że po raz kolejny jgo opiekunowie żartowali z niego. – Cóż – powiedział tonem podpatrzonym u jednej z dam dworu – sami panowie rozumieją, że interes stanu, i mój interes…
- Patrzcie na niego, ale z niego polityk – ojciec Bertram zanosił się od śmiechu.
- Ledwo od ziemi odrósł, a już najmądrzejszy w gnieździe! – Dobromir machnął ręką – Idź Drakusiu i baw się dobrze! A zostaw nam po jednym preclu!
Smok zrozumiał ich że nie przegada. Ale nie mógł się na nich gniewać. Zanadto ich lubił. Miał nadzieję, że oni też go lubią. Wkładał dużo wysiłku w to, aby być lubianym. Zazwyczaj przychodziło mu to bez trudu. Chwilami jednak nachodziły go mroczne myśli i smutne wspomnienia. Wtedy… wtedy nie było łatwo.
- Zostańcie z Bogiem. – powiedział w końcu – Idę ogrywać potwora. Mam nadzieję że mnie nie usieką w zapale teatralnym.
Odwrócił się i pomaszerował w wesołym orszaku chłopców. Spuścił łeb w udanym znużeniu, jednak radośnie podrygujący ogon zdradzał jego prawdziwe myśli. Naprawdę lubił dzieciaki Lwigrodu – i te małe i większe. W sumie sam też był dzieckiem. Tym bardziej wstydził się czasami swoich snów, które męczyły go w duszne noce. Przerażały go myśli pojawiające się niewiadomo skąd o zabijaniu, męczeniu. Myślał wtedy o słowach ojca Bertrama, o jego opowieściach o Bogu, o Chrystusie, o jego Matce – i po jakimś czasie myśli odchodziły. Smok czuł jednak, że nie odchodzą daleko. Czaiły się jak węże za najbliższym wykrotem i przy nadarzającej się okazji pojawiały się ponownie. Czasami miał też inne sny. Te chociaż nie tak przerażające – napawały go jeszcze większym lękiem. Śnił o tym, że nie był smokiem.
Odsłon: 564 Komentarzy: 10
Sunday,19 July 2009,23:51
Kategoria: Rozrywka Sunday, 19 July 2009, 23:51
Drakuś zaczął się przyzwyczajać do życia w zamku, choć pierwsza noc nie należała do przyjemnych. Po umyciu i kolacji skierował się do ogrodów. Początkowo miał spać w psiarni księżniczki, jednak kiedy wszedł tam wraz Dobrowojem, Przemkiem i Jaśkiem – niedawno ożenionym młodym arkebuznikiem – psy gromadnie podniosły łby i zaczęły wyć w śmiertelnej trwodze. Jeden stary pudel – z rasy tak chętnie wyśmiewanej przez Ekspedyta – podszedł na drżących łapach do młodego smoka, zawył przenikliwie i położył się przed nim cały się trzęsąc. Drakuś, nieźle mówiący już po kujawsku spojrzał osłupiały na przerażone zwierzę, a następnie na swoich towarzyszy.
- Czego on chce? – zapytał wreszcie Dobrowoja.
- Myślę, że poświęcił się na ofiarę – uśmiechnął się zuchowato Jaśko. – Możesz go zjeść mości smoku, jeśli wola.
- Nie lubię jeść żywych stworzeń. Wolę słodkie bułki z miodem – smok odwrócił się od starego psa – ale dlaczego to zrobił?
Wyszli przed psiarnię. Mimo zamkniętych drzwi, zwierzęta zgromadzone w budynku nadal czuły zapach smoka nie przestawały wyć.
- Powiem co myślę, – Dobrowoj zatkał uszy – ale błagam– chodźmy stąd! Za chwilę cały gród stanie na nogi a co płochliwsze niewiasty zaczną wołać, że wróg do miasta podszedł.
- Wróg? Wy macie wrogów? Jesteście tacy potężni… – w głosie smoka słychać było podziw, gdy pospiesznie oddali się od powoli uspokajającej się psiarni. Mimo późnej pory po szerokich ulicach przechadzali się przechodnie. Pachnące drzewa obsypane kwiatami stały przy niewielkich gospodach. Idący smok wzbudzał powszechne zainteresowanie. Niektórzy goście z respektem patrzyli na niewielki orszak, inni nieco zmęczeni mocnym miodem i zimnym piwem pokrzykiwali bojowe okrzyki, a co bardziej krewcy potrząsali mieczami. Dodatkowo bawiące się dzieci bądź płakały, bądź dołączały się do pochodu. Kiedy przechodzili obok rzęsiście oświetlonej gospody od jednego z wystawionego stolika poderwał się siwiejący gruby rycerz i rycząc groźnie ruszył z mieczem na smoka. Nie zrobił jednak czterech kroków, kiedy obok niego pojawił się na chwilę Przemko. Grubas zwalił się jak długi a jego binokle spadły mu z nosa. Klnąc na całe gardło zaczął ich szukać. Kiedy wreszcie tego dokonał rycerze i smoczek oddalili się na tyle, że nie miał ich szans dogonić. Zrezygnowany wrócił do konsumpcji musującego galmańskiego wina, które przepijał rodzimym trojniaczkiem.
Smoczek ukłonił się najlepiej jak umiał w podzięce.
- Pilnujemy ciebie – roześmiał się Przemko – ale jako gościa a nie więźnia. Zresztą poznaliśmy się już trochę podczas jazdy z gó®.
Dobrowoj szybko skręcił w niewielki zaułek, pożegnał eskortujących ich dzieci i otworzył bramę ocienioną potężnymi bukami, których liście szeleściły w gęstniejącym mroku
- Tu są stajnie naszego oddziału – powiedział do mocno zmęczonego gada – myślę że nasze konie już Ciebie znają i nie ulegną panice jak ulubieńcy naszej królewny. Poza tym mamy tu osobną stajenkę dla kurierów. Możesz ją zająć na dzisiejszą noc.
- Dzięki – smok wydawał się zamyślony – a co potem?
- Niedaleko królewski ogrodnik ma swój dom. – rzucił rezolutnie Jaśko – Jestem pewien, ze jeśli się do niego wprowadzisz, to na pewno bardzo szybko się stamtąd wyprowadzi.
Dobrowoj spojrzał na niego ostro.
- Jak chcesz z nami dyżurować przez najbliższy miesiąc w nocy to wystarczy, że mi powiesz. Twa żona na pewno się ucieszy.
Jasiek natychmiast spoważniał i zajął się poprawianiem sprzączką u zapięcia miecza. Dobrowoj odwrócił się aby zamknąć bramę i ze zdziwieniem zobaczył zakapturzoną postać.
- Pochwalony Jezus Chrystus – ojciec Bertram zdjął kaptur i rozejrzał się obecnych – witaj smoczku.
- Szczęść Boże ojcze – Dobrowoj opanował zdziwienie – Co tu ojca sprowadza?
Zakonnik przysiadł na ławie pod leszczyną i wyjął bukłak.
- Noc taka ciepła, ciężko wysiedzieć. Z wami chętnie pobędę, opowieści wojennych wysłucham. I może byś tak jednego do domu puścił.
- Jaśko! – Dobrowoj skinął głową w stronę chłopaka zamykając bramę – Poszczęściło się Twojej Ani. Zmykaj do domu!
- Dziękuję wam ojcze i wam panie kapitanie! Cześć Drakuś! – Jaśko szybko zerwał się i popędził do domu. Przez chwilę słychać było odgłosy szybkich kroków po bruku, a po chwili świerszcze znów zaczęły monotonny koncert. Mały smok bardzo zmęczony skierował się do stajni na miękkie siano, gdy przypomniał sobie swoje pytanie. Odwrócił się i spojrzał na Dobrowoja.
- Dlaczego ten pies chciał abym go zjadł? Przecież bał się mnie jak pozostałe.
Franciszkanin spojrzał pytająco na siedzącego opodal Przemka który szeptem zaczął mu relacjonować zdarzenie. Dobrowoj zaś podszedł do Drakusia. Chwilę milczał i powiedział:
- Ten pies jest przewodnikiem stada. Jest za nie odpowiedzialny, a razie potrzeby oddaje za swoich podopiecznych życie.
- Ten pies jest opiekunem stada. – powiedział cicho ojciec Bertram – Kocha je, a w razie potrzeby – życie za nie oddaje.
- Nie nadal nie rozumiem. – smoczek rozłożył łapki – Chciałbym być tak odważny jak on. Spojonej nocy.
Odwrócił się i wszedł do ciemnej stajenki. Po chwili słychać było coraz głośniejsze pochrapywanie małego gada.
Dobrowoj odwrócił się do zakonnika.
- Myślę, że jeżeli zostaniemy we dwójkę to chyba nic się nie stanie.
- Myślę, że możecie przyjść za kilka godzin. – odparł ojciec Bertram – ja przez ten czas spokojnie pomodlę się, a potem możecie mnie zmienić. Dobrowoju, może pójdziesz na spotkanie z Kiryłem? Na pewno chętnie napijesz się dobrych trunków, a i pogadać z dawno niewidzianym przyjacielem miło.
- Dzięki ojcze, ale przecież. ..
- Idź, idź, i odpocznij wreszcie. Do nieposłuszeństwa Ciebie nie namawiam, ale draconus zasnął mocno, i nie przejawia agresji. Zresztą z królem to uzgodniłem. W razie czego mam krzyczeć głośno. A dla nauczyciela i kapłana mocne gardło to podstawa. – uśmiechnął się Bertram. – Muszę też spokojnie pomyśleć.
- O smoku, ojcze? – wtrącił Przemko.
- O smoku… i o innych sprawach – odpowiedział wymijająco franciszkanin. – Idź już Dobrowoju
- Dobrze, ojcze. W takim razie będę w gospodzie „Pod Trzema Królami”. – Dobrowoj obrócił się – A Przemko…
- A Przemko idzie spać i to samo zaleca pozostającym – Przemko poszedł do kordegardy i wyniósł naręcze koców – oczywiście jeśli zaśniemy przy tym chrapaniu.
Zapadła głęboka pogodna noc.
***********
Księżniczka Kasia po wyprawieniu Drakusia z Dobrowojem natychmiast do dzielnicy bogatych kupców – Wyżnicy. Tam mieszkała jej najlepsza przyjaciółka i powiernica – Magda Morawska. Choć była szlachcianką to jej rodzina – jak wielu rodów – zajmowała się handlem i rzemiosłem. Księżniczka nie mogła się doczekać aby opowiedzieć o swojej wyprawie i znalezisku. Kasia szybko przebiegła obok Fontanny Milicy, i minęła ciemniejący w wieczornym mroku pomnik króla Filipa i jego Drużyny Rycerzy Bractwa Kielicha. Dziewczynka zaśmiała się szczęśliwa czując zapach letnich kwiatów przenoszoną przez wodną mgiełkę. Szybko wbiegła po schodach okazałego domu i zapukała w odrzwia.
- Wasza Książęca Mość! Witamy, witamy – stary sługa otworzył szeroko drzwi i Jej Książęca Mośc wpadła jak fryga i rzuciła mu się na szyję.
- Witaj Bartłomieju! Przestań z tą Książęcą Mością, proszę. Chowałeś nas razem i bawiłeś się z nami – Madzią i mną a teraz książujesz mi. Poza tym, jak mi nie pójdzie w Polesiu – to koniec z królowaniem.
- Panienka tak nie mówi, na pewno wszystko dobrze pójdzie. Zostanie panienka Królową na tronie Kujawii jak święta Teresa Warecka i…
- Albo skończę jako kolejna kandydatka z dobrymi wspomnieniami i dobrym mężem – przy czym bardziej wierzę w dobrego męża niż wspomnienia. Madzia jest w domu?
- Panienka Magda jest u siebie.
Madzia słysząc zamieszanie przy drzwiach wejściowych wyjrzała przez balustradę i krzyknęła:
- Kasia!!! Chodź szybko na górę! Bartłomieju, proszę przynieś nam ciasta i wina!
Katarzyna szybko wbiegła po szerokich schodach unosząc niebieską suknię.
- Madziu! Jak dobrze Ciebie widzieć – zawołała Kasia rzucając się na szyję przyjaciółce – Co u Ciebie słychać? A co u Basi?
Magda odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Chyba wprowadziliście modę wśród mieszkańców na wspólne rodzinne wyprawy. Moja siostra stryjeczna wybrała się ze swoim tatą na wyprawę do Bizancjum, a przy okazji pozna doki cesarskie i nabrzeże rodzinne.
Królewna uśmiechnęła się zuchowato.
- I dobrze! To świetny sposób spędzania czasu! Niebawem patrzyć jak wszyscy rodzice będą ze swoimi dziećmi tak peregrynować – choćby i do sąsiedniej wsi po sumie niedzielnej.
- Stęskniłam się za Tobą, Kasiu. – nieco pulchna blondynka potrząsnęła długimi lokami – Czy góry Areni takie piękne, jak mi mówiono? A może – uśmiechnęła się – jakiś góral próbował się do Ciebie uśmiechnąć?
- Żartujesz chyba! – Kasia zarumieniła się lekko – nawet gdyby jakiś śmiałek zbliżył się do mnie, Dobrowoj osobiście przerobiłby go na wycior do ty swoich arkebuzów.
- Cały czas się kryje przed Twoim tatą?
- Tak! – królewna poprawiła kasztanowe włosy – A najzabawniejsze jest to, że wszyscy łącznie z moim tatą wiedzą o tym.
Gospodyni posadziła Kasię na honorowym miejscu, poczekała aż Bartłomiej przyniesie poczęstunek, a następnie nałożyła solidną porcję ciasta owocowego, Zdaniem Kasi ta ilość była raczej odpowiednia dla drwala na wyrębie, niż dla dobrze wychowanej panienki. Madzia nalała jej lekkiego wina, sama nałożyła sobie drugą porcję i zapytała:
- A dlaczego nikt mu nie powiedział? Mówię tu o Dobrowoju.
Kasia wzruszyła ramionami. Ciasto było tak lekkie i pyszne, że znikało w jej buzi nieco szybciej niż powinno.
- Wiesz, że miał kłopoty. Mój tata uważa, że czasy kiedy orszaki królewskie były napadane minęły, a i sama rola króla bardziej sprowadza się do pełnienia funkcji. W czasie wojny król może objąć dowództwo nad wojskiem – ale i tak wojnę coraz częściej prowadzą generałowie. Wysoka Rada pilnuje gospodarki, i ambasadorstwa, Izba Senacka zmienia w razie potrzeby ustawy i tak król służy do przyjmowania poselstw i mówienia tego, co mu zaleci Kanclerz Wysokiej Rady… Co innego w Galmanii. Tam król naprawdę jeszcze dużo znaczy. Ród jest dziedziczny, konkursy bardziej dla niepoznaki i ograniczone do rodziny królewskich. Inna sprawa, ze tych rodzin to tam jest sporo.
Madzia nalała sobie wina i pytająco spojrzała na przyjaciółkę. Mimo upodobania do słodyczy wyglądała uroczo w zieleniach aksamitnej sukni. Kasia podsunęła kielich i ciągnęła dalej.
- Tak właściwie to nawet nie wiem, czy chcę brać udział w królewskim konkursie. Nie wiem czy syn Bartnika nie byłby lepszy.
Blondynka obejrzała uważnie swoją szklanicę.
- Powiadają jednak, ze nie są z rycerskiego rodu, że ich fortuna od żydowskich krewnych pochodzi, a oni sami to Ormianie z Gruzji wypędzeni.
Kasia wybałuszyła oczy.
- Magda!!! A od kiedy to w Kujawii ktoś patrzy kto był czyimś przodkiem? Pamiętasz króla Kirwę? Jeżeli jest dobrym obywatelem i dzielnym człowiekiem a wyznania chrześcijańskiego – to ma szlachectwo kujawskie. Nie poznaję ciebie! Zawsze mówiłaś, że to dobrze, iż u nas człeka ocenia się po czynach, słowa są po to aby ich dotrzymać a przodkowie – aby ich nie zawstydzić.
Panna Morawska pokiwała głową.
- Przepraszam. Znam artykuły Przemyskie. Wiem, że tak postanowiono właśnie po okropieństwach Kirwy. Stąd i ty musisz się ubiegać o tron, który w Galmanii czy w Anglii czekałby na Ciebie – byłabyś królową i kwita. A tak to musisz udowadniać, żeś tego godna. Tylko że ten Jendrzej Bartnik…
Księżniczka uśmiechnęła ze zrozumieniem. A więc o to chodziło.
- Wpadł Tobie w oko? No może nie jest przystojny ale miłość nie takimi drogami chodzi.
Gospodyni zarumieniła się i spuściła oczy.
- Nie o to chodzi. Zezłościł mnie, mówiąc, że znamy się na kupczeniu jak kury na gwiazdach. Dziewczyna zeskoczyła z karła i zaczęła naśladować posuwisty krok młodzieńca i jego niski głos – Wiesz Madziu, kupiectwo to sztuka, i trzeba pokoleń aby je osiągnąć. Nie jestem pamiętliwa, ale on… mnie, mnie obraził – dokończyła cicho.
Katarzyna zaśmiała się serdecznie.
- Jesteś znakomita! Nie przypuszczałam że jesteś taka bojowa! Do historii przejdziesz jako Magda Szalona, albo Magda Waleczna.
Blondynka powoli usiadła na swoim miejscu. Zajęła się swoim ciastem. Dolała sobie wina i piła spory łyk. Potem parząc na arras pokazujący bitwę pod Damaszkiem powiedziała ze wstydem:
- Masz rację. Nie wiem co mnie zapadło. Myślę, że do zazdrość.
- Interesy źle idą? – spytała się rudowłosa.
- Nie, nie jest może wspaniale, ale ostatni dokupiliśmy dwie barki i chcemy wymienić kogi na te galmańskie karaki, bo mogą i bez problemu Ocean Atlasa przepłynąć.. – Magda zaczęła żywo opowiadać o poczynaniach rodziny, ale przerwała widząc uśmiech przyjaciółki – O co Tobie chodzi?
- Z powodu zawiści plotki rozpowiadasz. Nie może to być Morasiu. Nie mogę z Ciebie oka spuścić. Jak ty zdasz egzamin nobilitis?
- Egzamin zdam, dzięki za troskę. Zresztą bardziej to deklaracja dobrych chęci i przyrzeczenie. Egzaminy to w scholi miałyśmy. Złość mnie ogarnęła, bo mnie Jendrzej denerwuje. Znalazł się wielki innowator. Kiryło maź do mycia uczynił do spółki z farbiarzem, Bartniki pomysł kupili, i robią tego na potęgę. Jeszcze olejki znad Morza Gościnnego sciąga i sprzedają do Bizancjum, Galmanii. A z naszych statków korzystają.
- Przynajmniej można się umyć i nie cuchniesz jak byś wytarzała się w jatce. A ostatnio nowy wynalazek zrobili, specjalnie do włosów mycia. Deszczówki łapać nie musisz, a włosy miękkie puszyste i pachnące… ale chyba ci z oko wpadł Jędruś, przyznaj się Morasiu. Pilnować Ciebie trzeba jak dziecka.
- A tam! Za skórę mi zalazł swoim przemądrzalstwem, a nie w oko wpadł. A jeśli chodzi o pilnowanie – Magda wpadła w ton przyjaciółki, co rzadko się jej zdarzało – to raczej panna Katarzyna Rajkowicz powinna mieć preceptora nad sobą. Poczwary piekielne do stolicy sprowadza. Smoki i inne bestyje. Niedługo kusego na łańcuchu dla uciechy przyprowadzi. Nasłucha się nasza księżniczka, oj nasłucha od ojca Kryspina. Paulini pilnują takich jak waćpanna. Stosik grzeczny narychtują i będziesz Rajkosiu skwierczeć jak skwark na patelce i nic nawet magister Bertram nie pomoże ani tatuś król…
Katarzyna wzruszyła ramionami i przyjrzała się winu.
- Nie wiedziałam że masz taką słabą głowę. Toć to sok zaledwie a nie wino. Od kiedy to Inkwizycja tak do stosów się rzuca? Mają takie prawo owszem, ale nie korzystają z niego. Zresztą wystarczy się deklaracją zasłonić. Co prawda to stajesz się heretykiem, ale mało to arian i innych odstępców mamy? A choć od Boga odeszli – wielu z nich zostaje dobrymi obywatelami.
- Nie mów tak – Madzia spoważniała – nie można tak po prostu porzucić Boga i Kościoła. Lepiej i życie stracić. Choć dobrze je zachować. A ja firleje opowiadałam, bo lubię z tobą pożartować.
- A co z Twoją decyzją. – Kasia całkiem spoważniała – Nadal chcesz pójść do klasztoru?
Blondynka schyliła głowę, westchnęła i po chwili odpowiedziała.
- Długo się modliłam, długo prosiłam o odpowiedź. Trwało to rok. Myślałam o tym długo, czy dałabym radę. Ale pomimo miłości do Boga myślę, że nie ma we mnie powołania. Zresztą… To nie dla mnie. Mogłabym pójść i spróbować a nawet zostać. Ale byłoby to na silę. Udawane. A ja nie chcę udawać przed Bogiem. Poza tym bałabym się czy chęci by mi starczyło i czy bym nie uciekła do domu. A nie chcę aby wszyscy śmiali się zemnie jako niedoszłej mniszki, co nowicjatu nie dokończyła. Wstyd wielki dla rodziny…
Kasia skinęła głową zaskoczona powagą przyjaciółki. Też myślała czy nie powinna poświęcić się w służbie Panu, ale nie czułaby się dobrze w spokojnym gronie. Uwielbiała przygody i jeśli nie zostałaby królową – marzyła o zostaniu hodowczynią koni, jak rodzina jej taty.
Magda westchnęła i uśmiechnęła się smutno.
- Opowiadaj lepiej o tej bestii z Apokalipsy rodem. To ciekawsze od mojego niedoszłego powołania.
Kasia wzruszyła ramionami.
- Bestia to raczej mała, ludzkiej wielkości na razie, choć pewnie rosnąć będzie. Ale z Apokalipsą to chyba nie ma za dużo wspólnego. Ojciec Bertram modlił się przy nim, a nawet na moją prośbę modlitwę do Michała Archanioła wszyscyśmy odmówili i Drakuś…
- Drakuś?
- Tak go nazwałam od bizantyjskiego…
- Wiem co draconus znaczy. I cóż Drakuś?
- Drakuś powiedział że bardzo miły zwyczaj i pytał się czy będzie tak za każdym razem. Ojciec Bertram mu dużo o Bogu opowiada. I słucha i nie oponuje.
- Może dla niepoznaki…
- Kiedy ja całą wodę święconą ojca Bertrama na niego wylałam. Diabeł choć by skrzywił się a on nic. Smutny jest i biedny. Jego matka go porzuciła i na niechybną śmierć skazała.
Magda pokiwała głową.
- Zaiste tylko smoczyce i inne bestiaria mogą swoje potomstwo porzucić albo inaczej je wygubić. Nie wyobrażam sobie aby jakaś kobieta swoje dzieciątko zabiła. Słyszałam, że dawnym Rzymie był taki proceder pozbywania się dzieci w łonie matki przy pomocy ziół jakowyś albo i noża lekarza. Ale za naszych czasów to już grozi infamią.
- Oj naiwna Madziu – księżniczka pochyliła rudą głowę – i u nas się to zdarza. Infamia dla kobiety i wygnanie lekarza powinna wystarczająco odstraszyć. Ale jakoś są takie, których to nie przeraża.
Magda zamieszała resztki wina w kielichu.
- Ciężko mi uwierzyć. To znaczy wiem, że takie rzeczy się zdarzają. I gdzie te nieszczęsne idą? Kto je przygarnie?
Katarzyna wzruszyła ramionami.
- I tak niech się cieszą, że mogą z życiem ujść. W Galmanii szyję dają. Tak samo w Anglii. Tylko my i Cesarstwo wygania takie poza swoje granice. A przecież to morderstwo na bezbronnym.
Blondynka wstała z fotela i podeszła do dużego okna. Przez chwilę patrzyła na witraż przedstawiający beztrosko tańczące dziewczęta z kwiatami we włosach. Podobno jeszcze na zapadłych wioskach jeszcze używało się rybich pęcherzy. Szkło nadal było drogie, ale od czasu, kiedy Kujawianie i Galmańczycy wynaleźli metodę na wylewania i prasowanie szkła – znacznie staniało. Choć niektórzy mówili, że zbyt długi język Kiryła i czułe ucho szpiegów z galmańskich manufaktur było źródłem inspiracji hut z Harzu i Jeny. Jak było – tak było, zaś taka ilość szkła spowodowała, że i bogatsi chłopi wstawiali szyby z prostymi obrazkami.
- Tak myślę, ile z nich to ofiary, a które – egoistki, swoje szczęście na względzie mające. – powiedziała Magda miękko przeciągając palem po delikatnym wzorze. – i Szkoda mi ich- Obejrzała się na przyjaciółkę. Ta wstała i wyjrzała przez szeroko otwarte okno.
- A ty Madziu i samego Lucyfera byś żałowała i z infernum za rogi wyciągała. A co do tych nieszczęśnic – po to mamy i scholę i rodziców i rozum własny, Morasiu. Choćby nie wiem co by puer obiecywał, jakie złote stosy i co by nie opowiadał – niech pilnuje swojego mieszka. Ale Morasiu – przerwała Kasia – Ty chyba…
Madzia zaśmiała się tak głośno, że przepłoszyła gołębie układające się do snu na pobliskim jaworze.
- Ależ Kasiu! Po ślubie z tym jedynym – z dużą przyjemnością. A przedtem – nie. Tak mówię myśląc o smoczych matkach. Ale, ale - nie odpowiedziałaś mi jaki jest ten Twój smok?
- Sama zobaczysz Madziu – Kasia uśmiechnęła się – Bo jutro zapraszam Ciebie do siebie to sobie z nim pogadasz. Zresztą – myślę, że wielu ludzi będzie chciał się z nim poznać.
Lwigród w ciemnogranatowym mroku wyglądał jak wielki okręt pełen świateł żeglujący przez Równinę Kujawską. Cicha spokojna noc pełna rześkich zapachów ziół i ciepłych powiewów rozsypywała nad dziewczętami stosy gwiazd.
- Mam nadzieję, że mój smok się spodoba mieszkańcom grodu. – westchnęła Kasia.
- Zawsze może dla poparcia argumentów wypalić dziurę w pludrach oponentowi – zachichotała Madzia.
- Albo o ugryźć nieszczęśnika w żyć – parsknęła Kasia
Obie dziewczyny długo się śmiały wymyślając, co jeszcze ich zdaniem powinien zrobić smok niezadowolonym.
Odsłon: 475 Komentarzy: 5
Sunday,31 May 2009,02:21
Kategoria: Rozrywka Sunday, 31 May 2009, 02:21
Zanim wieść o smoku dotarła na dwory cesarskie oczywiście tego samego dnia najpierw trafiła na Rynek, który od wielu już lat mimo nieśmiałych początków i prób uczniów Gutenflajsza z Gazetą był najlepszym choć nie zawsze wiarygodnym źródłem informacji.
Zaś zdrojem o najbardziej kolorowej reputacji były trzy mieszczki i jeden kowal.
Gdy wyprawa z Drakusiem mijała Rynek a zdziwiony pasażer wyglądał przez poły wozu – wypatrzyło go bystre oko jejmościny Krokusowej układającej chałki na straganie. Wypatrzyło i oniemiało. Ale tylko na chwilę. Za chwilę pani Krokusowa wydała z siebie przenikliwy krzyk.
- Pani Kotowa! Pani Kotowa! Widziałaś pani? Cóż to za monstrum przeraźliwe?
- A pańcia żeś się w lustrze od rana przejrzała, że o monstrum opowiadasz? – pani Kotowa wieszająca kiełbasy i połcie wędzonej słoniny na swoim straganie nie przepuściła okazji aby wbić szpilę w bułczarkę.
- Toż mówiłam pani, żeby pani nie u tych galmańskich złodziei lustra kupowała, a u naszych. Prawdę pani pokażą. Moją urodę a pani niedostatek w tym względzie. – warknęła pani Krokusowa jedną ręką przytrzymując oporne chałki, żeby nie spadły, a drugą kładąc deszczułkę.
- A pewnie, pewnie. Trzeba swoich złodziei popierać. Co tam galmańscy. Niech w Awinionie kradną albo i w Norymberdze – drwiła dalej Kotowa. Dzień się dobrze zaczął. Jeszcze jak sprzeda te szynki, co już trzy dni wiszą, to będzie całkiem kontenta.
Pani Krokusowa ze złości wzięła się pod boki.
- Widzicie ją! Może za trefnisia królewskiego pójdziesz pani robić? No cóż, to dobry kawałek chleba. A ja widziałam na wozie co jegomość król z królewną wracali – jakoweś monstrum wyjrzało. Nieduże, szarozielone a gęba brzydka.
- Może kusznicy sobie jaką panienkę ku rozrywce przygarnęli. A że wczesna pora, a łasiczki o tej porze wstawać nienawykłe, kłaść się po ciężkiej nocy z rozpustnikami raczej gotowe – to i zielone na twarzy – jeszcze pewnie i po wódce. A że monstrum? A bo to chłop na gębę patrzy? Inne frukta zwracają jego uwagę – palnęła bez namysłu pani Kotowa i zaraz zamilkła. Usłyszała za sobą ciężkie kroki. „Com ja głupia powiedziała” pomyślała spłoszona i zaczęła poprawiać spódnicę. „No to się nasłucham do syta. Teraz to mi nie daruje.”
- Pani Kotowa – zabrzmiał niski miękki głos – dorosła kobieta, matka dzieciom, a jak scholar usledwo od ziemi odrosły mówi. Ot, garmantki i okowita. Toć waćpani nie wie, kro na wozie jechał? Myślisz pani że król jegomość by na takie zbytki w obecności swojej doczki żołnierzom pozwolił? Prędzej by ich puścił za wozem w gaciach jeno – a i do służby i czyszczenia toalet miejskich by ich zapędził. Poza tym król… Mniejsza z królem. Waścka zabyła kto jest dowódcą staży królewskiej? Duma pani, że co? Dobrowoj nagle zamtuzy polubił? Co?
Potężny mężczyzna z opaską na lewym oku stanął za przekupkami. Trzymał w ręku coś co wyglądało jak metalowa kula z rogami z doczepionymi kółkami. Choć wszyscy nazywali go kowalem, zajmował się oprócz kowalstwa także innymi rzeczami.
Pani Kotowa spuściła głowę i milczała co rzadko jej się to zdarzało Wiedziała jak bardzo ten młody żołnierz nienawidzi i zamtuzów i rajfurów. Znała Kalinę jeszcze kiedy… jeszcze kiedy jako wesoła dzierlatka z rozszczebiotanymi koleżankami wypadały z pensjum dla panien i kupowały rzymskie kiełbaski na drugie śniadanie za pół darmo a czasami i bez zapłaty. Lubiła te dziewczyny i mimo niewyparzonego języka miała dobre serce. Mimo porannego letniego słońca wydawało się, że cień padł na ziemię odpychając promienie światła. Słychać było tylko ćwierkanie wróbli uwijających się za okruszkami. Ponure milczenie przerwała pani Krokusowa.
- To skoro nie garmantki – a tego jesteśmy pewni to cóż to mogło być?
- Dobrowoj zajdzie do mnie pewnie po południu – powiedział kowal Kiryło – ma zobaczyć ulepszone przeze mnie arkebuzy. Niosą dalej i można je szybciej ładować. Chce też zobaczyć nową szybkostrzelną kuszę – tym razem na 50 bełtów. Ot taki i ma w sobie okularum – wycelować można lepiej, ale to czasu wymaga. Pogadam ja wtedy z nim.
Kiryło nieraz przynosił na rynek swoje konstrukcje. Doprowadzał tym do szaleństwa zarówno szklarza, optyka, ludwisarza, kotlarza… Nikt jednak nie sądził go o to przed Cechem – po pierwsze dlatego, ze jego wynalazki były połączeniem różnych rzemiosł, po drugie – kiedy się wynalazki sprawdziły – dawał cechom opisy produkcji. Sam zaś budował następne dzieło. Interesował się też innymi wynalazcami i chętnie do nich pisywał. Akademia Lwigrodzka jak i a nawet Bizancjum nieraz prosiły go o przejście na posadę naukowca. Stary uparciuch pochodzący z Królestw Północnych jednak zawsze odmawiał mówiąc, że jedyna nauka, która go interesuje, to taka, którą da się zastosować. Tak naprawdę jednak usiłował cały czas zbudować coś zupełnie innego.
- A dlaczego straż królewska nie uzbrojona jak pozostałe wojska? – spytała pani Kotowa aby odwrócić uwagę od niefortunnej wypowiedzi o dziewkach. – Przecież i piechota i konnica ma broń palną. Bombardy od stu lat są w naszych legionach. Kusza owszem jeszcze jest używana czy miecz, ale straż powinna mieć to co najlepsze.
- Bombardy od stu pięćdziesięciu i powoli będą na co inszego wymieniane – poprawił ją odruchowo Kiryło – ale miecz i kusza to jeszcze długo będą służyć. Ale masz Aśka rację – straż królewska powinna mieć najlepsze armorum. Tyle że król uważa, że tradycja straży to broń z okresu waśni Jerozolimskiej. Próżno mu Dobrowoj tłumaczył że bezpieczeństwo Regnum wymaga aby, choćby przed zbirami co na drogach grasują mieć lepsze uzbrojenie – Kazimierz twierdził, że tak zacni wojowie i gołymi rękami najgorszego zbója ukatrupią. Wiem bo mi to Dobrowoj powiedział. W końcu zaszedł do mnie Dobrowoj i powiada: „Kiryło, a ile by kosztowały najnowsze guldynki, szybkostrzelne kusze, tarcze samomiotne, grecki ogień w rurach dla mojej drużyny? Ale jeszcze z pociskami do nauki i ze szkoleniem?” Powiedziałem mu: „Szkolenie to masz druhu za darmo, ale za resztę musiałbyś zapłacić z sześćset denarów.”
- Ile?!? – wykrzyknęła pani Krokusowa. – Chyba galmańskich?
- Nie – zaprzeczył kowal – cesarskich. A Dobrowoj wyciąga pismo i powiada „Mój majątek wart jest pięćset denarów. Masz tu sto denarów na początek, a tu prawo własności. Najwyżej na starość dasz mi kąt u siebie.” „Dobrowoju” – powiedziałem – „przecież te pieniądze miałbyś za 10 lat.” „Ale przez te 10 lat to każdy ma szansę zabić królewską familię i to w każdej chwili. A ja już nie mam nikogo poza nimi.”. Więc wziąłem od niego papier i dałem mu to co chciał. Nauczyłem jego drużynę jak wałczyć arkebuzem, grackim ogniem, jak w walce strzelać z kuszy, co robić jak pistol się zatnie, jak ustawiać tarcze aby samomiotniami swoich nie posiekać – i Dobrowoj wozi uzbrojenie w wozach w skrytkach. Tak są zrobione, że chwila wystarczy i broń nowa się pojawia.
- A co król na to?
- A król pani Krokusowa, jak Dobrowoj jemu albo jego bliskim żyć uratuje, to chyba pretensji wielkich mieć nie będzie… A co do monstrum –poczekamy do wieczora. A jutro wszystko Aśckom powiem.
Jednak godzina nie minęła jak kupująca mleko służąca przełożonej fraucymeru opowiedziała wszystko mleczarce co wydarzyło się w pokoju królowej. Mleczarka zaś zadbała o to, aby cały rynek huczał od plotek i przypuszczeń. Kiryło spokojnie czekał na swojego przyjaciela. Poszli razem do gospody i spokojnie najpierw omówili co trzeba było omówić. Następnego dnia zaś całą historię, którą usłyszał od dowódcy straży przekazał swoim sąsiadkom.
****
W południe w klasztorze unosił się lekki zapach kadzidła z porannej mszy i ostrzejsze wonie z kuchni i pralni. Przez oświetlony rzęsiście korytarz szedł zakonnik. Podszedł do dębowych drzwi i zapukał nieśmiało do celi opata. Nikt mu nie odpowiedział ale zza dębowych drzwi usłyszał tylko ożywioną dyskusję. „Brat Gracjan jak zwykle usiłuje udowodnić, że jest świętszy od papieża” pomyślał nieco rozbawiony ojciec Bertram i ośmielony wszedł. Jego oczom ukazał się wysoki ,lekko otyły młody mnich stojący naprzeciw stołu za którym siedział opat – niski, żwawy, o lekko krzaczastych brwiach i łysej głowie, wyrazistych oczach patrzący się na swego rozmówcę z rosnącą irytacją przez rogowe okulary.
- Ależ ojcze Ekspedycie – tłumaczył przejęty brat z zapałem machać rękami – zgodnie z duchem soboru…
- Jedynym duchem – odpowiedział z wystudiowanym spokojem opat – jakim powinniśmy się przejmować to jest Duch święty.
- Ojcze Ekspedycie. Szanując ojca poglądy śmiem twierdzić że nie idzie ojciec z duchem czasu i…
- Znowu jakiegoś ducha Brat mi tu wymienia. Litości! – Ojciec Ekspedyt wstał zza biurka i zaczął się nerwowo przechadzać – Czy może mi brat udowodnić z Pismem świętym, że ma brat choć odrobinę racji? Tylko proszę bez kontekstów i wyrwanych cytatów.
- Nie, nie bardzo, ale…
- To niech brat w wolnej chwili sobie przeczyta całe Pismo, i jak znajdzie odpowiednie fragmenta to proszę mi pokazać. Jeśli nie – to za miesiąc oczekuję informacji, to podejmuje brat zobowiązanie aby pomóc ojcu gwardianowi: zmywał będzie brat w kuchni miesiąc poza kolejką. Pochwalony bracie.
Brat Gracjan wycofał się jak skarcony młody niedźwiedź – pochylony i potrząsający głową. Ojciec Bertram odprowadził go wzrokiem.
- Pochwalony Jezus Chrystus Ojcze Ekspedycie. O co teraz mu chodziło?
Opat przez chwilę nie odpowiadał aż w końcu usiadł i zirytowany wysapał poprawiając okulary:
- Pochwalony Jezus Chrystus, przyjacielu. Wiesz co ci powiem? Gdyby głupota miała skrzydła to brat Gracjan unosiłby się jako aniołek. Byłaby ciekawa ozdoba w refektarzu. Ten idiota usiłował mi wmówić, że kobieta jako twór Boży jest tyle samo warta co i mężczyzna. Z tym to jeszcze się zgodzę, ale kiedy zaczął mi gadać, ze tak naprawdę to od kobiety to różnimy się tylko tym co mamy między nogami. W związku z tym można by się nad kapłaństwem dla niewiast zastanowić. Na taką rezolucję wyrzuciłem go. Jeszcze się próbował Drugim Soborem Rzymskim postraszyć, smark jeden. Może miesiąc przy garach przekona go o różnicach płci. Z tego co wiem to miał dwie siostry. I jedyną różnicę jaką zauważył to były jego jajca? Co i rusz przychodzi z jakimś odkryciem miesiąca. Chwała Bogu, że nie wraca do bzdur głoszonych wcześniej. Choć nie byłbym takim optymistą, ze się czegoś uczy. Mniejsza o brata Gracjana – opowiesz mi o ostatniej waszej wyprawie. Siadaj, napijesz się herbaty.
Ojciec Bertram usiadł w fotelu. Jak zawsze poczekał aż brat Ekspedyt przyrządzi herbatę z Tybetu. Rozejrzał się po celi opata. Książki i manuskrypty religijne były wymieszane z pracami naukowymi. Astrolabium leżało obok psałterza, a rysunki jakiegoś nowego wynalazku zajmowały pół stołu. Z zaciekawieniem zakonnik wziął jeden szkic do ręki.
- Co to jest? – zapytał wreszcie.
- Urządzenie do oglądania nieba. Zupełnie inne od lunety. Zwierciadło ma odbijać promienie gwiazd, a obserwator będzie patrzył na nie. Co o tym sądzisz?
Franciszkanin odłożył szkic.
- Jeśli będzie działało, to czemu nie. Ale dlaczego my się tym mamy interesować? Raczej trafiają do nas urządzenia do zastosowań praktycznych a nie teoretyczne. Poza tym to sprawa Akademii
- Idiotów nie brakuje, nawet na Akademii. A może tam ich jest najwięcej. Jakiś osioł umyślił sobie, że może być niebezpieczne dla wiary i Boga, jak mu w okno zajrzymy. A żebyś go usłyszał jak mówił: „Matka nasz Kościół nie może sobie pozwolić”. Tak jakby człowiek mógł rzeczywiście sięgnąć bez przyzwolenia Pana Boga do jego włości. Odesłałem pana profesora do pism Augustyna. A on znowu: „Niech ojciec zobaczy czy będzie to zgodne…” Więc wziąłem, zobaczyłem, podpisałem i zamierzam odesłać. Przez posłańca.
Ojciec Bertram roześmiał się.
- Można wykorzystać brata Gracjana
Opat nalewał napar do delikatnych kitajskich białych filiżanek. Postawił je ostrożnie wraz z kawałkami brunatnego cukru na stoliku, podczas gdy jego gość pospiesznie uprzątnął papiery i odłożył je na biurko.
- Zaraz znajdzie innego słuchacza i zacznie dyskusję, trefnisie wymyślą nowe dowcipy o zakonnikach, a potem nie będzie wiadomo co z nim zrobić. Odesłać na wyspy Irlandzkie czy na misje do Arabii? A ja muszę mieć następcę. I wolę mieć nawróconego wariata niż potulnego sługę. Wiesz pasterz cieszy się bardziej z zagubionej owcy niźli ze stu.
Wychowawca królewny sięgnął po swoją filiżankę. Chwilę przyglądał się rozpuszczającym się ziarenkom w brązowym naparze.
- Tak to prawda. Mądrze nasz Pan powiedział. Bardzo mądrze. Tylko my głupiejemy czasem.
Ojciec Ekspedyt spojrzał na niego uważnie spod swoich czarnych okularów.
- Jak usłyszę o rozeznawaniu woli Bożej to zaraz trafisz za Gracjanem do skrobania marchewki czy jak ich tam zwą te zamorskie frukta? Ziemniaków. O co chodzi? Co się wydarzyło na tym wyjeździe? Co to za plotki o jakimś potworze? Tylko prosto jeśli łaska.
Ojciec Bertram westchnął.
- Gdybyż to można prosto! Ale zacznę od początku.. – i zaczął opowiadać. Opat splótł ręce i podpadł nimi głowę. Nie przerywał rozmówcy i wzrok odrywał od niego tylko po to, aby sięgnąć po filiżankę, czy dolać napoju. Ojciec Bertram kończąc relację dodał:
- W tej chwili nie wiadomo co robić. Co prawda księżniczka ma wspaniałe zwierzątko domowe, tyle że… jest rozumne i wrażliwe. I jak się wydaje – posługuje się jakimś systemem wartości dobra i zła. Tak jakby miało… duszę – dokończył nieśmiało
Ojciec Ekspedyt odchylił się w swoim fotelu.
- Wspaniale. Więc uznajmy że zwierzę ma duszę. I zacznijmy je nawracać, może i chrzcić, na ucztę Pańską prowadzić? Pomijam inne implikacje tego faktu – ale czy możesz sobie wyobrazić pielgrzymki panien ze swymi pieskami i kotkami faworytnymi aby ich pupili do Kościoła Matki naszej przyjąć? Ha! Pierwsza byłaby ochmistrzyni królowej matki z tym przebrzydłym kundlem galmańskim. Jak je zwą? Pudele? Brrr.
Wychowawca mimowolnie się zaśmiał ujrzawszy w wyobraźni taką scenę.
- Jeszcze mogą powiedzieć ze założyciel naszego zakonu w lasach Anatolii kazanie wilkom wygłosił i owiec już nie tykały. Ale to wydaje się przypadek szczególny.
- Każda owa panna udowodni, że jest przypadek szczególny. Ha! Ja też pacholęciem będąc miałem psa. I mógłbym godzinami rozprawiać, jakie było to zwierze mądre, wierne i dobre – tyle że dla swoich. Myślę, że nie byłoby w stanie rozpoznać podczas napadu zbójników kogo trzeba w żyć ugryźć. – Ojciec Ekspedyt poprawił się w fotelu i ciągnął dalej. – Przypadek szczególny, mówisz? Może tak, może nie. Wybryk z wodą święconą Twojej wychowanicy o niczym nie świadczy – nie sposób wykupić czegoś czego nie ma. Choć może świadczyć o dobrych zamiarach tego stwora. A przynajmniej jego chęciach. I nie wiemy czy w chwili zagrożenia nie odezwie się jego instynkt ciągnący go do stada. Wyobrażasz sobie szalejącego smoka na tyłach naszej armii podczas bitwy?
Ojciec Bertram milczał. Dopił herbatę i uczynił ruch jakby chciał wstać. Opat powstrzymał go ruchem ręki.
- Z drugiej strony lojalny smok szalejący na tyłach armii wroga podczas bitwy… – Ojciec Ekspedyt lekko się uśmiechnął – Na pewno taka myśl zalęgła się w głowie Kazimierza czy Dobrowoja. A jeśli nie – to się zalęgnie. Są wojskowymi i kochają naszą ojczyznę. A my mamy trudniejsze zadanie: kochając naszą ojczyznę musimy kochać też inne. Więc Ojcze Bertramie – opat zmienił ton na oficjalny – powierzam tobie dzieło wytresowania zwierzęcia na dobrze ułożone zwierzę wierne królestwom Przymierza i zachowujące się przyzwoicie. Metody i środki pozostawiam do uznania. A co do jego duszy czy jej braku – cóż, polegam na rozsądku i doświadczeniu ojca. Zresztą
- Zresztą – podchwycił Ojciec Bertram
- Zresztą jeśli mowa o cytatach wyrwanych z kontekstu – to poznajcie prawdę a ona was wyzwoli. Jeśli wolą Boga było postawienie przed takim dylematem to naszym zadaniem jest to zrobić jak najlepiej – a niekoniecznie oznacza to, ze najszybciej.
- Dobrze Ojcze – wychowawca pochylił głowę. – Mogę już odejść?
- Aż tak spieszy ci się opuścić starego przyjaciela? Posłuchaj jak młodzi braciszkowie śpiewają. Pszczoły brzęczą, miód zbierają a trutnie krążą rade do barci się dobrać.
Za oknem słychać było śpiew
Et concepit de Spiritu Sancto.
Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum. Benedicta tu in mulieribus, et benedictus fructus ventris tui, Iesus.
Opat nalał znowu niego już wystygłej herbaty.
- Pyszne ziele hodują w Kitaju. Ale nie tylko ziela i jedwabie stamtąd pochodzą. Także i ich religia wraz z kupcami przybyłymi Szlakiem Północnym. Tydzień temu gdzieś przybył do mnie ichni opat siedzący przy ich poselstwie. Zaproponował – uważasz – wspólne modlitwy i medytacje ku lepszemu poznaniu i jak to powiedział oczyszczaniu ścieżki Dobra.
Ojciec Bertram spojrzał na Ekspedyta żywo.
- I co?
- Powiedziałem mu, że do czyszczenia ścieżek wołam ogrodnika a co do dróg duchowych wybrałem ja i cały klasztor jednego mistrza i nie widzę potrzeby zmiany poglądów. Zazwyczaj podobne słowa prowadziły do opuszczenia przez intruza naszych murów. Tym razem jednak gość został i wręczając mi pudło herbaty i indyjskiego cukru – nawiasem mówiąc właśnie się nimi raczymy – powiedział choć że jego zdanie jest inne, to szanuje mój punkt widzenia a nawet go rozumie. Tak czy inaczej przeszliśmy do bardziej neutralnych tematów a każde możliwe ześlizgnięcie na tematy teologiczne było gaszone przez mojego gościa. Posunął się nawet do tego, że nie odrzucił ograniczenia działalności sanghi na terenach zarówno Kujawii, Sławonii, Galmanii czy Bizancjum. Co ciekawe, nie wspomniał przy tym o Królestwach Północnych.
Migocące liście grabu rzucały migotliwe cienie na posadzkę . Klerycy śpiewali dalej:
Et Verbum caro factum est. Et habitavit in nobis.
Ave Maria
- Nie bardzo jeszcze rozumiem – mruknął ojciec Bertram krzyżując nogi i rozsiadając się wygodniej. Rozmowa o smoku zakończyła się co prawda po jego myśli, ale nie przypuszczał, że aż tak mu zależy na tym gadzie. Nie – poprawił się w myśli. Na księżniczce Kasi. Lubił tą małą dziewczynkę. Przypominała mu jego pierwszą chłopięcą miłość, która jednak go całkowicie ignorowała. Aż któregoś dnia sięgnął po Biblię ojca – pierwszą po Soborze Rzymskim napisaną w ojczystym kujawskim. Tak zaczęła się jego miłość do ksiąg, wiedzy – i do Boga.
Opat uśmiechnął się chytrze.
- Widocznie nawet nasi oświeceni rzekłbym bracia odczuwają potrzebę pogadania. A chodziło naszemu gościowi o przekazanie nie tyle wiadomości ile pewnego… wrażenia.
- Wrażenia?
- Tak. Jego zdaniem wokół zarówno Kitaju jak i państw Przymierza panuje cisza. Jego zdaniem – zbyt niepokojąca.
- Nie próbował przekazać tego Radzie Królewskiej czy nawet Bizancjum?
- Jako kto? Innowierca, który opiera swoją wiarę na swoich wewnętrznych wyobrażeniach, i nagle przekazuje wyobrażenie o swoich przypuszczeniach? Za mną to co innego – zresztą kiedy zapytałem go o zdanie poselstwa, uśmiechnął się cierpko i powiedział że przypowieść o prorokach którzy nie są przyjmowani w swoim kraju jest też znana w jego stronach.
Brat Bertram w zamyśleniu pogłaskał brodę.
Tak więc smoka trzeba rzeczywiście starannie wycho… wytresować. Tak na wszelki wypadek.
***********
Odsłon: 514 Komentarzy: 3
Thursday,05 March 2009,04:29
Kategoria: Rozrywka Thursday, 05 March 2009, 04:29
Lisek Marcinek, który był policjantem jechał leśną dróżką na swoim motorze, gdy zobaczył przy kępie pierwiosnków płaczącego szarego ptaszka.
- Dzień dobry malutki. Co się stało?
Ptaszek przez chwilę nie odpowiadał tylko patrzył na liska okrągłymi oczami. Potem nabrał powietrza i wyjąkał z trudem:
- Zgu… zgu… zgubiłem się. – i rozpłakał się na nowo.
Marcinek zsiadł z motoru i podszedł do malca. Przykucnął przy nim i uśmiechając się uważnie mu się przyjrzał. Nigdy nie widział takiego stworzonka. Mimo sporych rozmiarów, miało jeszcze na sobie pisklęcy puch. Szerokie łapy jak u kaczki i szare pióra. Kto może wiedzieć kim on jest? Ptaszek popatrzył nieufnie.
- Ma… mama mówiła mi, żebym nie podchodził do obcych.
- Mam ma rację. Ale widzisz mój mundur? Jestem policjantem. Poza tym – Marcinek wpadł na świetny pomysł – pojedziemy teraz do ojca Bernardyna. Jest księdzem i myślę że razem znajdziemy sposób na to, abyś szybko wrócił do taty i mamy. Mieszka niedaleko, ale szybciej będzie, jak wsiądziesz do mojego motoru. Myślę też, że ojciec Bernardyn poczęstuje nas jakimś poczęstunkiem. Na pewno zgłodniałeś.
- Będę mógł zjeść bułkę? – wyrwało się zapłakanemu malcowi. – I będę mógł się przejechać pana motorem?
- Tak – powiedział cierpliwie policjant – A teraz chodźmy.
I zaprowadził malca do motoru, pomógł mu wsiąść do kosza, okrył go pledem i pojechał w stronę leśnego kościółka. Nie jechali długo, ale małemu pasażerowi zrobiło się miło. Nie zwracał specjalnie na wiosenny las, który po długiej zimie zmieniał się w zielony kipiący ogród. Kiedy przeszli do zakrystii, ptaszek był już uspokojony i zaczął wierzyć, ze ta przygoda może się skończyć dobrze. Obiecał sobie, że nigdy nie będzie tak daleko odchodził od domu. Ojciec Bernardyn właśnie siadał do herbaty. Przyjął ich serdecznie i poczęstował ich ciasteczkami i herbatą. Ptaszek chętnie poczęstował się domowymi ciasteczkami, napił się a następnie ziewnął i zasnął na fotelu. Lisek z zamyśleniu obracał filiżankę z herbatą.
- Czy wie Ojciec, co to za ptak? Nigdy takiego nie widziałem.
Bernardyn wstał i podszedł do biblioteczki zawalonej książkami, które stały tam w kilku rzędach, a nawet leżały jedne na drugich. Zaczął przekładać tomy i grzebać mrucząc przy tym „gdzie ja to położyłem” i po chwili tryumfalnie wyjął niewielki atlas ptaków. Wertował go przez chwilę, a następnie podszedł do policjanta. Pokazał płynącego wielkiego białego ptaka z czarnym dziobem, obok którego płynęły szare ptaszki – takie same jak śpiące na fotelu pisklę.
- Zobacz Marcinku. Oto nasz gość. To łabędź.
- Łabędź? – zdziwił się lisek- Nigdy nie widziałem takiego ptaka. To znaczy słyszałem o nim ale nie wiedziałem, że mieszkają w naszym lesie.
- Myślę, że ich rodzina zamieszkała niedawno – może nawet wczoraj. Inaczej na pewno coś byśmy o tym usłyszeli.
Ojciec Bernardyn uśmiechnął się i odłożył książkę. Usiadł i sięgnął po filiżankę wystygłej herbaty.
- Najprawdopodobniej osiedlili się przy wielkim jeziorze. Jest tam kilka wolnych domków. Popytaj się perkozów. Myślę też, że kaczki i gęsi okażą się pomocne.
Lisek Marcinek wstał i wziął pisklę na ręce.
- W takim razie biorę małego łabądka i jadę szukać jego rodziców. Szczęść Boże, ojcze.
- Z Bogiem i powodzenia Marcinku – owczarek wstał i odprowadził gości do drzwi. – I powiedz mi, jak się udały Tobie poszukiwania.
Kiedy Lisek Marcinek i mały łabędź podjechali do jeziora, malec się ucieszył.
- To jest jezioro t którym dzisiaj pływałem. Na pewno poznaję! Na pewno! Zaraz znajdziemy Mamę i Tatę!
Okazało się jednak że nie było to takie łatwe, jak obaj przypuszczali.
Lisek Marcinek najpierw pojechał do perkozów mieszkających na skraju jeziora. Niestety ani Pani, ani Pan Perkoz nie mieli pojęcia, gdzie mogą mieszkać łabędzie. Nie słyszeli też o nowych ptakach nad jeziorach.
To samo usłyszeli od kaczek mieszkających nieco dalej. Żadna nie słyszała o nowych mieszkańcach nad jeziorem. Podobnie było u łysek, gęsi a nawet u kormoranów mieszkających już przy lesie dębowym. Buzia małego łabędzia znowu zaczęła sie wykrzywiać w podkówkę.
- To jak my znajdziemy Mamę i Tatę, skoro nikt nie wie, gdzie oni są?
Lisek zastanawiał się, jak uspokoić przestraszone dziecko, gdy nagle usłyszał cichutki głos tuż nad ziemią:
- Przepraszam Marcinku. Czy szukacie rodziców tego chłopczyka?
Koło nich stanęła polna myszka Ola.
- Owszem – powiedział Marcinek nabierając nadziei i schylając się co Oli zapytał – Czy ich widziałaś?
- Nie jestem pewna – odrzekła myszka poważnie – Ale wczoraj do domku koło jeziora wprowadziła się rodzina sporych ptaków. Mogą to być jego rodzice. Jeżeli posadzisz mnie sobie na ramieniu, zaprowadzę was do nich.
- Wskakuj Olu. – powiedział wesoło Lisek – nawet przewiozę ciebie motorem. Tylko się mocno trzymaj. Mam tu specjalne małe siodełko na kierownicy dla małych zwierzątek takich jak ty.
Ola szybko wspięła się do kierownicy, zapięła się malutkimi pasami, zawołała:
- No to jedziemy! – i pokazała kierunek jazdy.
Po kilku minutach Marcinek dojechał do domku nad maleńką zatoczką. Widać było, że mieszkańcy niedawno się wprowadzili. Na ganku stały jeszcze nierozpakowane pudła okryte folią a po przed domem krzątały się dwa duże piękne ptaki. Wyglądały jak te, które Marcinek oglądał u ojca Bernardyna. Jeden z nich przerwał krzątaninę i podszedł do gości.
- Dzień dobry! Jak to dobrze państwa widzieć. Jesteśmy nowymi mieszkańcami lasu nazywam się Łabędź Michał, a to moja żona –pani Łabędziowa Julia i jeszcze nie przywitaliśmy się ze wszystkimi. Ale teraz mamy prośbę: od jakiejś godziny nie możemy znaleźć naszego synka. Bawił się w okolicy i obiecał daleko nie odchodzić. Sami go byśmy poszukali, ale nie znamy okolicy. Czy mógłby pan nam pomóc?
Policjant uśmiechnął się szeroko.
- Bardzo mi miło. To jest myszka Ola a ja nazywam się Lisek Marcinek i oczywiście pomogę państwu. – odwrócił się i podszedł do motoru. Wyciągnął ptaszka i postawił go na ziemi. – Czy to Państwa zguba?
Kiedy ptaszek zobaczył rodziców wykrzyknął :
– Mamo! Tato! – i pobiegł szybciutko do nich. Wszyscy troje się uścisnęli, a potem zaczęli starannie i długo tłumaczyć, że nie wolno się tak daleko oddalać, że bardzo go kochają, że zaczynali się denerwować, że ma na drugi raz się pilnować… Ptaszek powiedział, że bardzo przeprasza i że więcej nie będzie, ale mu się tak dobrze płynęło, że dopiero na drugim końcu jeziora zorientował się, że popłynął za daleko wyszedł wtedy na brzeg i dopiero wtedy się zgubił. Lisek Marcinek wówczas opowiedział , jak to się stało że znalazł ich synka i jakie mieli przygody. Dopiero po tych słowach jego Mama i Tata się naprawdę zdenerwowali. Ptaszek solennie przepraszał i obiecywał, że już więcej nie będzie – ale Mama powiedziała:
- Nie wolno Tobie było tak daleko odchodzić. Przyjmujemy Twoje przeprosiny, ale za karę będziesz musiał wyzbierać wszystkie szyszki spod drzew i ułożyć z nich koło wokół domu. Zabierzesz się za to po obiedzie. Dopiero po tej pracy możesz mieć jakieś przyjemności.
- Dobrze mamo – wyszeptał zmartwiony ptaszek – A czy możesz wtedy na mnie popatrzeć? Nie chciałbym się jeszcze raz zgubić.
- Oczywiście – uśmiechnęła się Łabędzica Julia – nie spuszczę cię z oka. A potem nie będziesz przekraczał tej granicy z szyszek – dopóki dobrze nie poznamy okolicy.
- Mamo, ja i tak bez was na razie i tak tych szyszek nie przekroczę. Chyba mam na razie dosyć przygód – wyszeptało łabędziątko, ucieszone, że przygoda skończyła się dobrze, i że kara, choć perspektywa pracy po tak męczącym dniu nie była szczególnie miła. Znacznie bardziej ciągnęło go jego łóżeczko i może jakaś bajka. „Jak się pospieszę i nie będę się ociągał, to powinienem to szybko skończyć” pomyślał ucieszony. – A co jest na obiad?
Lisek Marcinek chrząknął i wręczył swoją wizytówkę
- Myślę, że łabądek zapamięta tą przygodę i nauczy się, że nie wolno mu się oddalać bez wiedzy mamy i taty. A tu mają Państwo telefon do mnie. W razie potrzeby proszę dzwonić.
- Niedługo urządzimy przywitalne przyjęcie – powiedział Łabędź Michał – oczywiście pan i pani Ola jak i ojciec Bernardyn jesteście zaproszeni.
- Dziękuję bardzo – ucieszyła się myszka Ola – Mogę przyjść z rodziną? Oczywiście najbliższą, jakieś 30-40 myszy? Nie chciałabym być natrętna.
Pan Michał lekko otworzył ze zdziwienia buzię, na szczęście pani Julia miała kiedyś koleżankę mysz i wiedziała, ze rodziny myszy są naprawdę bardzo liczne i 30 myszy – to rzeczywiście najbliższa rodzina.
- Oczywiście pani Olu. Może z panią przyjść tyle bliskich, ile pani chce.
- My już pojedziemy – powiedział Marcinek pomagając Oli usadowić się na siodełku – A na przyjęcie chętnie przyjdę. Na pewno zyskacie państwo mnóstwo przyjaciół. Do widzenia.
Z tymi słowami wsiadł na motor, pomachał państwu Łabędziom na pożegnanie i odjechał. Państwo Łabędzie długo machali Marcinkowi i Oli na pożegnanie i wreszcie przytuleni wrócili do domu.
Odsłon: 608 Komentarzy: 3
Sunday,19 April 2009,01:59
Kategoria: Rozrywka Sunday, 19 April 2009, 01:59
- Co przyprowadziliście?!? – zapytała zszokowana królowa.
- Smoka – odpowiedziała niepewnie Katarzyna. Spojrzała przelotnie na ojca, ten jednak patrzył się na podłogę komnaty. – Chcesz go zobaczyć?
- Słucham? – spytała Miława, podejrzewając jakiś idiotyczny dowcip ze strony nieco rozbrykanej córki.
- Dobrowoju! Przyprowadź Drakusia!
Dobrowoj wraz ze smoczkiem na smyczy weszli do królewskiej komnaty. Słońce poprzez szklane witraże z Sławonii rysowało na kamiennej posadzce różnobarwne wzory. Dobrowoj ukłonił się nisko, a smoczątko usiłowało powtórzyć jego gest, ale zamiast tego potknęło się, zahaczyło skrzydłem o stół i przewróciło się jak długie. Kiedy usiłowało się podnieść ogonem podcięło stojący opodal stołek i zrezygnowane odczołgało się z dala od ludzi, potrącając jeszcze dzbanek z wodą. Wreszcie w kącie komnaty udało mu się wstać. Mama Kasi patrzyła na to wszystko z kamiennym spokojem. W końcu rzekła:
- Myślałam już że to jakiś żart. O naiwności.
Podeszła do stojącego smoczka.
- Nie bój się mały. Jak masz na imię – Drakiś?
- Drakuś Wasza Wysokość. – odpowiedział smoczek mimowolnie stojąc na baczność.
- Witaj Drakusiu. Dobrowoju – zwróciła się królowa do dowódcy straży – umyjesz go do spółki z moją córką. Jest tak brudny, jakby się tarzał po węglach. Następnie porządnie go nakarmcie. Macie również zadbać o jego ułożenie i zdrowie. Możecie też – jeśli się oczywiście zgodzi – poprosić o pomoc ojca Bertrama. Katarzyno, na razie smok może spać przy Twoich komnatach – najlepiej w Twojej psiarni. Później przygotujemy mu bardziej stosowne miejsce.
- Dziękuję ci mamo. – powiedziała uradowana Kasia.
- Nie ma za co. To duża odpowiedzialność. Musisz o niego zadbać skoro go przygarnęłaś. A pana męża proszę o pozostanie – a pozostałych o nieprzeszkadzanie. Musimy sobie porozmawiać o smoku i… innych sprawach. Wyjątkiem jest wypowiedzenie nam wojny przez królestwo Galmanii – bo tylko oni mogą nas zawojować. Cała reszta – łącznie wieściami o innych wojnach – może poczekać. Bo może Bizancjum tak od razu nie zrezygnuje ze swojego kilkusetletniego sojusznika i nie zmiecie nas z mapy. Żegnam państwa. J dziś nie utracę dziecka, to tylko z powodu łaskawości Matki Boskiej i przezorności medyka aby dać mi zioła krew łagodzącą. Wiedział co robi.
Wszyscy pospiesznie wycofali się z komnaty. Kiedy zamykali drzwi usłyszeli jeszcze Miławę mówiącą wystudiowanym lodowatym głosem:
- Pierwszy raz nie wiem, czy wyjechać z Twojego zamku do domu aby ochłonąć, czy wykąpać ciebie w zimnym strumieniu, abyś to ty ochłonął – bo to ty ponosisz za to odpowiedzialność. Możesz mi powiedzieć co w was – a właściwie w Ciebie – wstąpiło?
Dobrowoj starannie zamknął drzwi.
- Chodźmy Wasza Wysokość. Zajmijmy się naszym podopiecznym. – zwrócił się do Kasi.
- Tata będzie miał ciężką przeprawę. – westchnęła Kasia – nie pomyślałam o tym przygarniając Drakusia. Teraz mi przykro.
- Masz rację – przytaknął rycerz – będzie miał ciężką przeprawę. Idziemy Drakusiu.
Oddalili się w kierunku komnat królewny prowadząc małego gada ciekawie rozglądającym się po zamkowych korytarzach.
***
Król Kazimierz poczekał, aż kroki ucichną i dopiero spojrzał na żonę, która usiadła na fotelu i wyraźnie zaczęła się uspokajać.
- Nie, moja droga. Nie oszalałem.
- To po co, po co, ciągnąłeś to zwierzę? Czyś postradał na chwilę rozum? Przez te wszystkie lata chwaliłam sobie, że oto mnie trafił mnie się virus inibuus – mężny i umny. Lecz moje nadzieje płonne. Nie za dziewkami czy kielichem, lecz w zabawy i igrce twoja wola się kieruje. O Pani Ostrogradzka, broń nas przed męską głupotą…
- To nie jest zwierzę. – Kazimierz postanowił przerwać wypowiedź żony, widząc, że medykamenty powoli przestają działać a za to całość wydarzenia dochodzi do świadomości jego ukochanej. – To istota rozumna.
- Ta istota rozumna mało nie zniszczyła mojej Biblii Gutenflajsza że o Twojej „Historii Kujawii” Jana Rozendara nie wspomnę!
- Mistrz Jan podarował by mi drugą. Ma tego sporo na Akademii. Niech nie płacze – Akademia Królewska wydała to opasłe tomiszcze. A Gutenflajsz z dziką przyjemnością przybiegł by do Ciebie ofiarować Biblię. Cały czas pamięta, kto mnie tak usilnie ubłagał, abym azylu udzielił oszustowi i uciekinierowi podatkowemu. Przecież ten człowiek ma sąd niespłacony, a swoją Biblię wydając wmawiał wszystkim, że to rękodzieło, a na dodatek pokłócił się ze wspólnikiem, z Galmanii uciekł z wyrokiem sądu… Długo się musiałem tłumaczyć królowi Ottonowi. Bez układów się nie obyło.
- Mistrz Jan płacze, płacze, ale jego dzieła i na Uniwersytecie Bizantyjskim i Akademii Aleksandryjskiej powtarzają jako przykład doskonale napisanej pracy. A Gutenflajsz warunków Twoich i Ottona dopełnił: warsztat założył, uczniów przyuczył i pierwszych do Galmanii posłał, dług i karę sądową spłacił, o manufakturze zamyśla –przestań mi tu kilimkiem rzucać o drukach! Co z bezpieczeństwem Kasi? A co z innymi? Co z ludźmi?
Kazimierz uśmiechnął się .
- Sama go w psiarni umieściłaś. A stamtąd niedaleko do naszych komnat. Poza tym jak myślisz, po co Dobromira i jego dwóch wojów od straży odwołałem? Uprzedziłem Kasię że w razie czego – zasłonią nas tarczami. A gdy rozrośnie się i przyszła by mu chęć na zaatakowanie nas – rakietnicy z ogniem greckim są na zawołanie. Choć nie sądzę aby tak się stało.
Królowa spojrzała na niego uważnie.
- O psiarni pomyślałam, aby w razie czego pupili Kasi pożarł a nie ją. A O Dobromirze też pomyślałam. Zresztą jest na razie trochę nieporadny. Lecz jednak….
Król przysiadł bliżej Miławy na rzymskim fotelu.
- Wydaje się łagodny, choć nigdy nie wiadomo. Lecz podczas powrotu poznaliśmy się nieco. Ojciec Bertram szczególnie długo z nim gadał. Jest łagodny i jest w nim dużo smutku. Nic dziwnego –w końcu jest mały, a bez mamy ciężko na świecie.
Miława spojrzała na męża ze zdziwieniem.
- Ciężko? Mniemałam, że smoki z serpentów czy reptilia się wywodzą, a te stworzenia za nic mają rodzinne uczucia. Wszak budowa ich ciała wskazuje…
- A jednak nie. To nie gady. Ani ptaki. Przynajmniej nie całkiem
- Jak to?
Kazimierz potarł z zamyśleniu brodę.
- Ojciec Bertram, poza tym, że jest zakonnikiem, studiował biologię i mechanikę. I powiada, że na podstawie pomiarów, żaden gad by nie mógł chodzić tak szybko zarówno w dzień jak i w nocy. Drakuś odrywa ciało od podłoża czego żadna jaszczurka nie czyni – chyba że w zagrożeniu. Ma stale ciepłe ciało – czerwoną ciepłą krew. Sam widziałem jak się skaleczył. I ciepłe tylne łapy – a żaden ptak tego nie ma. Jest bystry i żywy. Okazuje uczucia, czego o gadach nie można powiedzieć. Jego uzębienie jest w tej chwili słabe zęby niezdolne rozszarpać ofiarę. Tych zębów jest niewiele – nie jak u krokodyla, choć więcej jak u lwa czy człowieka, choć bardziej budową są do lwich zbliżone. I jeszcze ma coś co na sutki wygląda, choć pod łuską dobrze ukryte. Tak twierdzi nasz uczony zakonnik. Prosił jednak o nierozpowiadanie tej wiadomości. Nie jest tego pewny, a sprawdzi to w pełni, gdy smok dojrzeje.
Królowa wybałuszyła oczy.
- Jak to sutki? Powiedzieć chcesz mój mężu, że małe smoki mlekiem ich matek są karmione i rodzą się jak krowy czy owce?
- Pytaliśmy się naszego smoczka czy pił mleko. Na słowo „mama” markotnieje ale nie pamięta karmienia mlekiem lecz innym pokarmem. Twierdził też, że w jego gnieździe leżało sporo starych miękkich skorup. Zatem smoki nie rodzą się z matki jak my czy zwierzęta gospodarskie, lecz z jaj jak gady czy ptaki. Mleko mu smakowało, ale… aha, jeszcze jego dieta. Zdziwisz się. Smakują mu zarówno jarzyny czy owoce czy zboża, jak i mięso. Krzywił się za to na padlinę. Dziwne prawda. Ojciec Bertram…
- Ojciec Bertram to, Ojciec Bertram tamto. Ojciec Bertram mógłby do brewiarza wrócić a nie firdygały opowiadać. Za uczonego się ma? Mógł Akademię kończyć i profesorem zostać! – przerwała zdenerwowana Miława, mnąc chusteczkę, którą się bawiła – Wielki scholar!
- Owszem, mógłby – jej mąż podał kielich z ziołami. Królowa podziękowała skinieniem głowy i wypiła chłodny płyn. Mężczyzna ciągnął dalej – Tylko że Ojciec Bertram zrezygnował z nauki nie dlatego, że był kiepskim studentem. Przeciwnie, był chwalony przez swoich profesorów – czytałem ich listy pochwalne o stypendium dla zdolnego ucznia Kapitułę proszące. Pod koniec studiów powiedział, że miał widzenie jak święty Franciszek z Efezu, powołanie do stanu zakonnego czuje i że do jego zakonu się zapisuje. Lecz uczony pozostanie uczonym.
- Mimo to – uczelni nie skończył. Nie odmawiam mu wiedzy – rozległą ma, Wierę, w końcu jest osobistym preceptorem naszej córeczki. Lecz to amator. Mniejsza zresztą o Bertramie – nie o tym mówimy!
Kazimierz zapatrzył się na swoją żonę. Mimo tylu lat nadal ją kochał i – co tu dużo mówić – pragnął, zresztą z wzajemnością. Choć dla innych nie była zbyt urodziwa, dla niego była najpiękniejsza na świecie. Przeżyli tyle przygód – dobrych i złych i byli dla siebie.
- Nie – odpowiedział wreszcie. – Mówimy o stworzeniu, które wyrwaliśmy z paszczy śmierci i prosiło nas o litość. Jest rozumne. Sama z nim rozmawiałaś.
- Wiem, że z nim rozmawiałam! Nie denerwuj mnie! Ale i tak to zwierzak!
- A kiedy ostatnio rozmawiałaś z koniem?
- Kiedy dostał ode mnie szpicrutą, kiedy próbował mnie zrzucić!
- Przecież Tobie nie mógł odpowiedzieć…
- Odpowiedział – I-ha-ha!
- Ale się nie przedstawił jak Drakuś! – król poniósł dumniej głowę, myśląc, że wreszcie może udowodnić coś logicznie
- I-ha-ha było wystarczająco wymowne! Widziałam że na pewno chodzi o konia!
Miława spojrzała na męża z ukosa. Mimowolnie lekko uśmiechnął się i poprawił pas. Zakochali się w sobie podczas wizyty młodego królewicza w dumnej, choć niewielkiej stolicy równie dumnego państwa jej rodziców. I kochali się cały czas. Wytrzymali do ślubu czystość, choć gdy tylko spotykali się w ciemnych krużgankach pocałunkom i tuleniu nie było końca. Nie wyobrażała sobie innego jako męża i ojca dla swoich dzieci. Teraz już dwóch, jeśli Bóg pobłogosławi. I jeśli skończą tą rozmowę przed zakończeniem działania ziół Laurentusa. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Jej mąż opacznie zrozumiał ten uśmiech.
- Cóż jest śmiesznego w biednym koniu? To że ode Ciebie oberwał szpicrutą? A poza tym… Twoje konie są łagodne, a ujeżdżanie rumaków z równiny Puszty nigdy nie było Twoją rozrywką. Kiedy to się stało?
Królowa zagryzła wargę jak mała dziewczynka. Wyglądała jakby ukradła konfitury z kredensu ochmistrzyni.
- No…. ostatnio. Chciałam się trochę przejechać.
- W ciąży? Koń zamiast szpicrutą powinien dostać Order Królestwa!
- Ciąża to nie choroba! Żydzi każą swoim kobietom chować się po domach po ciąży.
- Wiesz dobrze że ten zakaz miał chronić właśnie ich kobiety przed wysiłkiem i zarazą – zaczął tłumaczyć cierpliwie król – A zresztą moja droga. Nie pojechałaś właśnie dlatego, żeby Ciebie chronić! Nie jesteś już młódką!
- Nie jestem też z kitajskiej porcelany! I… nudziłam się. I było mi źle.
- Co? Nudziło Ci się? Kobieto gdzie ty masz rozum? Przecież…
Miława pochyliła głowę. Miała dosyć chuchania i dmuchania. W końcu pochodziła z królestwa Sławonii – a tam zdarzało się słyszeć szczęk oręża po wschodnich granicach i górskich warowniach. Kiedy przybyła do nowego domu była przekonana że Kujawczycy poprzez brak walki w swoich granicach gnuśnieją. Zmieniła zdanie już po pierwszych dwóch tygodniach bycia królową – w jej mężu na pewno nie było nic z leniwego dworaka a jedynie rozważny i pracujący do nieprzytomności władca. Całe szczęście, że udało się Kazimierza namówić do wspólnych wypraw z córką. Choć tak mogli choć tydzień czy dwa pobyć razem. Choć trochę. Rada Senatu mogła sobie poradzić. Od wielu lat król tak naprawdę był raczej administratorem niż despotą jak bywało w zamierzchłych początkach A opozycja? Akurat największy opozycjonista był ich największym oparciem. Był zwolennikiem mocnego państwa – podobnie jak Kazimierz i Miława. Ponieważ był człekiem uczciwym, a w każdym razie dotrzymującym umów, wiązała go z Zamkiem sieć wzajemnych umów i zobowiązań. A Miława miała wtedy Kazimierza dla siebie. Prawie jak dawniej. Choć raczej popychała go do córki, bo „dawniej” się skończyło. Spojrzała na Kazimierza który kończył mówić.
- ale mnie za smoka to zmywasz głowę. A była to słuszna decyzja. A zresztą jeśli już mówimy o koniach, to właśnie koń był powodem mojej decyzji.
Królowa zamarła. Po chwili ostrożnie zapytała:
- Koń?
- Jako chłopak miałem wspaniałego konia. Znaliśmy się od źrebaka i chłopczyka. Dostałem go od swojego ojca. Wszędzie ze sobą jeździliśmy. To był wspaniały rumak – rozumiał mnie jak człowiek. Nawet Pusztańczycy nie mają takich. Lekki w chodzie jak wiatr, odważny rozumny – wspaniały koń dla rycerza. Nie bał się bitwy. Wiem, bo jako giermek służyłem na dworze Bukarskim podczas walk z Ałtamanami – i widziałem jak Dębkowi chodzą chrapy z podniecenia przy bitwie, ale król Borys przykazał mi stać w miejscu. Myślę, że raczej to Koń usłuchał rozkazu, niż Jeździec. – uśmiechnął się mężczyzna.
- I co się stało? – zapytała cicho Miława – Nigdy mi o nim nie mówiłeś.
- Bo to dla mnie i bolesne i wstydliwe. Zdradziłem przyjaciela. Kiedyś wracaliśmy z polowania ambasadorem Puszty i dwoma gwardzistami, którzy konie traktowali bez szczególnych atencji. I banalna sprawa – Dębek potknął się i przewrócił. Złamał nogę. Wszyscy trzej mówili mi, że tu się nic nie da zrobić. Z łzami w oczach szukałem pomocy wśród towarzyszy, ale każdy powtarzał tylko to jedno: koń nie ma szans. Daj spokój królewiczu. To tylko zwierzę. Nic z tego nie będzie. Więc go ucałowałem i przytuliłem. Ambasador pusztański mruczał, że powinienem skrócić jego męki. Nie mogłem. Wreszcie starszy gwardzista powiedział do mnie po cichu „Nie słuchaj tego barbarzyńcy. Odejdź królewiczu i nie gniewaj się na mnie. Ja nie znam sposobu jak Twojemu Dębkowi pomóc – ale niech go żywcem wilcy nie jedzą.”. Zrobiłem tak. Odszedłem… Usłyszałem tylko ostry, przenikliwy kwik.
Kazimierz westchnął i wypił łyk wody.
- A wiesz co było najgorsze? Kiedy dojechaliśmy do stolicy, poszedłem do głównego masztalerza, aby powiedzieć co się stało. Kiedy się dowiedział co się stało bez słowa poprowadził mnie do małej stajni gdzie było tylko 2 miejsca na konie i zwisało z powały mnóstwo szerszych i węższych pasów i uprzęży. „To szpital dla koni, nawet złamanie możnie można tu wyleczyć” powiedział sucho. „Muszę chyba ogłosić heroldem, że coś takiego posiadamy. Ale co to Ciebie obchodzi? Przyjedziesz zeskoczysz, konia oporządzisz aby-aby, nikt przecież złego słowa nie powie, bo się spieszysz do obowiązków – a co Ciebie reszta obchodzi? Można było go odratować. To pusztański sposób. Tak tam ratują konie. A Ciebie chciał ambasador złamać. I nieźle mu poszło.” I został w stajni patrząc na puste miejsce – tam gdzie powinien się leczyć Dębek.
Królowa milczała. Nie znała tych wydarzeń. Zawsze widziała swego ukochanego jako odpowiedzialnego i dbałego o szczegóły. Teraz już wiedziała dlaczego czasami wydawał się poważny i wręcz zbyt pedantyczny.
- I kiedy zobaczyłeś Drabka, to przypomniałeś sobie… – zaczęła.
- Kiedy zobaczyłem Drakusia, to przypomniałem sobie, że wtedy, kiedy Dębek złamał nogę byłem przeświadczony, że coś trzeba zrobić i jakoś można go uratować. Ale nikt mnie nie słuchał. Byłem dzieckiem, a niektórzy mieli własne interesa przy okazji. Dlatego pozwoliłem Kasi uratować smoka. Nie można powstrzymywać porywu serca.
- A czy pomyślałeś jeszcze o czymś?
- O czym ukochana?
- O Kujawii mój panie. Jak obecność smoka – bo kiedyś będzie to duży smok – przyjmą inne kraje? I jak przyjmie to Bizancjum? Albo Galmania? Czy ktoś nie potratuje tego jako zagrożenie?
Król roześmiał się i objął swoją żonę.
- Zagrożenie? Myślałem już o tym. Jeden smok nie stanowi zagrożenia dla armii – co najwyżej dla sioła czy małego zameczku. A więcej smoków? Do tego potrzebna mu będzie samiczka, a chyba nie sądzisz że smoki – nawet w górach Arenii – spadają z nieba? Choć ten rzeczywiście spadł.
- Jak to? – zaciekawiła się królowa – Spadł?
- O tym za chwilę. Nie sądzę aby można było potraktować jednego smoka jako zagrożenie. Jako ciekawostkę do zoologu wstawionego, lub jako ozdobę lub dla towarzystwa czy dla uczonych biologów jak ojciec Bertram – tak. Lecz nie jako realną silę militarną. Choć przyznam, że na rozbrykaną rodzinkę złożoną z kilku czy kilkunastu osobników to cała armia by iść musiała. Ale my mamy jednego.
- Masz rację – wyszeptała jego małżonka – mam nadzieję, że inni też będą też tak to widzieli.
Podeszli razem do okna, gdzie w południowym, sierpniowym słońcu widzieli jak smoczek wraz uczy się chodzić po alejkach zamkowego parku.
- Najważniejsze jest zdanie Imperium – powiedział Kazimierz, mocno obejmując żonę – a to poznamy niedługo. Na bierzmowanie Katarzyny przybędzie jej ojciec chrzestny a mój przyjaciel, Waleriusz Teodozjusz. Na pewno wtedy poznamy co myśli o nas Cesarz. I oficjalnie. I tak trochę mniej… A o znalezieniu smoka sam mu napiszę. Ojciec Bertram do swojej konfraterni i do papieża też napisze. A pewnie i raport naukowy do Akademii skrobnie. Nie będziemy się kryli z Drakusiem. Wtedy możemy rzeczywiście wyjść na spiskowców. A na tych ludzi Konstantynopol jest hmmm… szczególnie uczulony.
Słońce mocno odbijało się od czystych łusek małego smoka który coraz śmielej i z coraz większą gracją ruszył za swoją małą przyjaciółką bawiąc się w chowanego. W oddali wielka szaroniebieska toń Dniestru jak wielki smok przesuwała się wioząc na swoim grzbiecie małe łódki, okręty wojenne i wielkie statki handlowe omijając stolicę Kujawii – Lwigród. Dalej widać było szeroką równinę, która podobnie jak Królestwo kończyła się u podnóży gór Uralii oddzielającej Azję od świata Imperium.
Miława zapatrzyła się na powoli łopoczącą flagę państwa – Lwa i Orła wokół Krzyża na purpuwowyn polu zwisającą z Wieży Czat. „Jesteśmy ramieniem imperium.” przypomniała sobie słowa męża „Gdyby nie my, Bizancjum zajęte byłoby przez dzikusów, a Hagia Sophia byłaby przerobiona na świątynię pustynnego bóstwa”. Służyli całej Pax Romana od północy, gdzie pomagali się zakorzenić chrześcijaństwu na odległych fiordach Morza Północnego poprzez obronę i straż na całym paśmie Uralii państw lennych i sojuszniczych aż do wspólnych wypraw z wojskami Armenii i patrolowaniu Szlaku Kitajskiego. Potężna Kujawia leżąca od północnego Morza Jantarowego do Morza Gościnnego (zwanego też Czarnym) od już pięciuset lat wraz ze swoimi sojusznikami i lennikami chroniła Bizantyjskie Imperium Rzymskie przed napływem barbarzyńców z Azji.
Odsłon: 406 Komentarzy: 1
Friday,27 March 2009,22:15
Kategoria: Rozrywka Friday, 27 March 2009, 22:15
Dobrowoj przykucnął po drugiej stronie. Miał zafrasowaną minę.
- Ojcze, jak go przetransportujemy do zamku? To wiele staj. I co takie małe je?
- Można dać mu drób. To drapieżnik.
- A co z transportem?
Ojciec Bertram nic nie odpowiedział. Wyjął z sakwy tabliczkę i rysik. Zaczął coś rysować. W końcu spojrzał na smoka i mruknął:
- Ileż on może ważyć… Przejdź się drakonusie po tych gałęziach – i wskazał wiązkę świeżych drzewek ściętych w celu postawiania szałasu dla wyprawy.
- Jak powiedziałeś ojcze? Drakonusie? – zapytała zaciekawiona Kasia.
- Tak nazywa się smok po bizantyjsku.
- A więc zostaniesz Drakusiem! – powiedziała wesoło dziewczynka do zaciekawionego smoka który z trudem dzielnie dreptał potykając się co i rusz po świerkowych żerdkach.
- Drakuś, Drakuś – powtarzał smoczek aż w końcu zaczepił łapą o żerdź leżącą pod spodem rozpaczliwie rozłożył skrzydła i przewrócił się z głośnym krzykiem. Po chwili wstał przestraszony, ale widząc pojawiające się uśmiechy na twarzach groźnych wojów zaczął się uśmiechać.
- Ale co rysowałeś Ojcze? – zainteresował się rycerz.
- Jakoś musimy – jak powiedziałaś Kasiu? Drakuś? Jakoś musimy Drakusia odtransportować do zamku. Tu nie mamy ani możliwości się nim zająć ani nawet pożywienia dla niego. Widziałeś Dobromirze, z jakim trudem draconus chodzi? Nie dałby rady sam dojść na podgórze, gdzie zostawiliśmy wozy ze spyżą. Więc trzeba go zwieść. Myślę, że w wyniku tego odkrycia i decyzji naszej młodej królowej to wyprawę można uznać za zakończoną. Więc możemy wykorzystać nasze żerdzie i namioty.
- Ojciec zrobił ruchomą kolibę! – zrozumiał rysunek Dobrowoj – Nawet ludzie mogą ją nieść! Gdzie się Ojciec tego nauczył?
- Zdziwiłbyś się mości rycerzu, gdybyś wiedział co my, skromni zakonnicy musimy umieć… A ludzie będą ją musieli nieść – przynajmniej dopóki nie opuścimy najwyższych partii górskich, przedrzemy się przez ścieżkę wokół Bokowca i nie miniemy Przełęczy Strażników. Potem można kolibę uwiązać do koni, a kiedy zejdziemy na dół – smoka powiezie podwoda.
- Najpierw musimy dojść do przełęczy – powtórzył ponuro dowódca straży. – A my wszyscy będziemy mieli zajęte ręce. To nie jest bezpieczna okolica.
Ojciec Bertrand zgadzał się z Dobromirem. Nagle przyszła mu do głowy niepokojąca myśl: zaufali słowu smoka. Co się okaże, jeśli to jest podstęp i drużyna królewska wraz z królem i następczynią tronu zginą gdzieś w górach? Zakonnik nie obawiał się śmierci. Ale obawiał się o przyszłość Kujawii i o dusze swoich przyjaciół. A co, jeśli smok ma dotrzeć do pałacu, gdzie oczekuje ich ciężarna królowa i tam dopiero okazać swoje prawdziwe oblicze? Może po prostu wpuścić starszych do zamku. I wtedy smoki nie okażą litości – zarówno dla ciała jak i dla duszy. Zakonnik westchnął. Rozum i strach podsuwał mu różne obrazy – serce i nadzieja inne. Podszedł do króla, który patrzył się z zafrasowaną miną na smocze pisklę i wręczył mu tabliczkę z narysowaną kolibą.
- A więc tak zamierzasz sprowadzić nowego pupila mojej córki do pałacu. – władca ciężko westchnął – A ja cały czas zastanawiam się, czy za ten kaprys nie zapłacimy zbyt wysokiej ceny. A co ty mi powiesz?
- Myślę, że będziemy o obserwować przez czas podróży. Nadal mamy dzielną drużynę wojów, a smok w kolibie będzie unieruchomiony. Ale pomimo obaw o podstęp myślę…
- Co myślisz mój uczony przyjacielu?
- Kiedy zobaczyłem tego małego drakonusa, nie mogę przestać myśleć o stole zastawionym przez Boga różnym jadłem i o słowach „cokolwiek najmniejszym uczynicie – mnie uczynicie”, choć powinienem widzieć bestię Apokalipsy. Nigdy nie dopuszczałem do siebie przeczuć i wyobrażeń. Często instynkt pozwala nam uniknąć niebezpieczeństw, choć bardziej jest to umiejętność łączenia na podstawie doświadczenia rzeczy pozornie niedostrzegalnych świadomym okiem. Lecz przeczucia? Nie. Brałem to za zwodzenie szatańskie. Ale teraz….
- Czy szatan może wykorzystać słowa Zbawiciela do swoich celów? – zapytał Kazimierz i nie uzyskał odpowiedzi – Jeśli mamy wydostać się z Tym smokiem cali i zdrowi musimy brać się do roboty. Dobromirze! Zwołaj ludzi i wszyscy do roboty! Kasiu! Z Dobromirem nakarmcie smoczka i wytłumaczcie mu co i jak. Jest rozumny – powinien zrozumieć, że idzie o jego skórę I jeszcze jedno – smok jest na razie ułaskawiony. Na razie. Jeżeli ja, Bertrand, czy Dobromir zdecydujemy – to niestety smoka zostawiamy swojemu losowi – a w najgorszym razie… Wiesz co trzeba zrobić z psem chorym na wściekliznę?
- Wiem tato – Kasia przełknęła łzę – Rozumiem.
- Zrobimy aby do tego nie doszło. Ale Twoje bezpieczeństwo jest to najważniejsze – jesteś dziedziczką i następczynią tronu. To nie chodzi tylko o Twoją skórę, Katarzyno. Mam mówić dalej?
- Nie ojcze. – młoda królewna spojrzała poważnie w oczy swojego ojca – Wiem co chcesz powiedzieć.
- Więc do roboty. Może się jednak uda uratować twojego nowego przyjaciela. Zanim noc nadejdzie musimy dostać się do podwody. Tam ustawimy wozy w okrąg i przenocujemy.
***
Początkowo król zamierzał szybko opuścić kotlinę jednak prace przy zmajstrowaniu koliby dla smoka potrwały dłużej. Pierwsza konstrukcja została rozdarta przez jego pasażera rozdarta niechcący pazurami, kiedy smoczek usiłował się wygodnie ułożyć. Nikt nie wiedział o tym, że smoki przed ułożeniem się spać długo się kręcą i drapią pazurami, aby wyrównać skalne nierówności. Kiedy już Drakuś ułożył się wygodnie, a ludzie podnieśli kolibę, nadwyrężona tkanina namiotu pękła i smoczątko skrzecząc wniebogłosy wypadło przez rozdarcie. Przy okazji zwichnęło sobie przednią łapę i cały czas kulało. Kasia przytuliła płaczącego malucha, i z ze zwisających szmat pospiesznie zrobiła mu bandaże nasączone wodą. Wtedy zastępca Dobrowoja, Gniewmir patrząc na samarytańskie zabiegi królewny wpadł na pomysł aby owinąć wszystkie łapki smoczka szmatami aby nie porwał drugiego namiotu. Kasia zrobiła to bardzo sprawnie – przydało jej się doświadczenie, które zyskała przy opatrywaniu psich i kocich łap. Kiedy to robiła zapytała smoczka, czy było mu tam wygodnie. Drakuś nie odpowiedział od razu. Przestąpił z łapy na łapę.
- Tak – odparł w końcu. – Tak jak w gnieździe. Tam też jest ciepło, przytulnie i ciemno.
Kasia pogłaskała go.
- Pewnie tęsknisz za mamą. Bo ja tak.
Smok spojrzał na dziewczynkę wielkimi oczami pełnymi łez.
- Nie. Tak. Ale ona nie tęskni.
Kasia nie wiedziała co powiedzieć. Postanowiła jednak pocieszyć smoka – nawet jeśli nie jeśli to nie jest prawda, to muszę go podtrzymać na duchu – pomyślała, pomimo, że i rodzice i wychowawca zawsze jej powtarzali: zawsze mów prawdę. Ale przecież robi to w dobrej intencji…
- Na pewno tęskni. Przecież to twoja mama
Smok patrzył uparcie w ziemię.
- Nie… nie wiem. Nie… tęskni. Tęskni?
Położył się obok królewny i wydawało się że stracił ochotę do rozmowy.
W końcu jednak rzekł:
- Nie wiem co myśleć. Jestem zmęczony. A Twoja mama Ciebie kocha?
- Wszystkie mamy na świecie kochają swoje dzieci – powiedziała z przekonaniem Kasia, mimo że wiedziała od rodziców, że nie wszyscy mamy zasługują na to miano.
- I nigdy ciebie nie karze? – pytało dalej smoczątko.
- O co to, to nie! – roześmiała się dziewczynka odruchowo masując pośladek. – Tak dobrze to nie ma! Ale muszę przyznać, że najczęściej na to zasłużyłam. No może raz, było niesprawiedliwie: dostałam wtedy za chłopca kuchennego.
- Za chłopca kuchennego? – zainteresował się Drakuś
- Widzisz, to było tak…
Ostatecznie zużyto pozostałe dwa namioty na kolibę, a nieszczęsne pozostałości pierwszego – na podwiązanie koliby i wygodne uchwyty dla niosących smoka. Kiedy już skończyli, okoliczne szczyty zaczęły rzucać długie, fioletowe cienie oświetlone kierującym się na zachód słońcem. Gdy ruszyli w stronę wozów, Dobrowoj podszedł do Przemka, odciągnął go na koniec schodzącej kolumny i wyszeptał:
- Jesteś najlepszym tropicielem i zwiadowcą. Rozejrzyj się po kotlinie. Czy widzisz tu ślady innych smoków?
- Tylko jeden – odpowiedział szeptem Przemko. – Patrzyłem już wcześniej. Na szczęście kotlina jest porośnięta słabą trawą i niezmarzniętą ziemią – ślady można czytać jak w księdze. Wygląda na to jakby jeden smok wylądował z czymś ciężkim w pysku, a następnie cisnął coś – chyba smoczka w krzaki, a następnie wniósł się w powietrze.
- Tak więc opowieść naszego Drakusia jest prawdziwa. – zamyślił się Dobrowoj – Jeśli to nie podstęp. Z drugiej strony…
- Z drugiej strony mógł nas zaatakować, kiedy byliśmy zajęci budowaniem koliby. – mruknął Przemko – Widziałem, że tak rozstawiałeś ludzi, abyśmy szybko mogli chwycić za broń. Parę razy musieliśmy zaufać szczęściu. Widocznie smok cisnął małego, i odleciał.
- Zatem dziękujmy Bogu, że nie wydał nas na pastwę smoka. Nie mielibyśmy ani króla ani królewny.
Z tymi słowami dwaj przyjaciele pospieszyli i dołączyli do pozostałych. Mieli przed sobą długą, ale łatwą drogę w dół skalistym zboczem. Później jednak droga wiła się po stromym zboczu Bokowca i tego miejsca obawiał się Dobrowoj – zarówno jako ciężkiego do przenoszenia ciężaru, jak i ewentualnego miejsca do ataku.
Kiedy drużyna oddaliła się niknąc pomiędzy kosodrzewiną, na małym pagórku nieopodal wejścia do kotliny ciężko łopocząc skrzydłami wylądował smok. Długo wpatrywał się w odchodzącą drużynę. Potem rozpostarł skrzydła i pochylił się do lotu, chcąc gonić ludzi. Jednak zaraz przysiadł ponownie. Siedział długo bez najmniejszego ruchu. W końcu spokojnie podniósł się i wzbił się w powietrzu. Przez chwilę zawisł w powietrzu, potem odleciał kierując się w stronę pasm Tartarii – najdzikszego pasma Arenii. Spokojnie machał błoniastymi skrzydłami. Zamierzał oświadczyć innym o tym co zobaczył. Po jego przelocie górskie powietrze miało posmak spalonego popiołu.
***
Tak jak przewidział Dobrowoj, przejście pasmem wokół Bokowca było trudne. Sam Bokowiec nie był stromy, ale ścieżka było wąska i zakręcała tak, że choć nie stanowiła problemu dla pieszych czy jeźdźców, to dla tragarzy niosących długi pakunek – chwilami stanowiła ogromny problem. Dobromir chcąc nie chcąc w najtrudniejszym momencie kazał przeciągnąć kolibę po zboczu, a sam z ze swoim zastępcą wziął smoka na ręce i przeniósł przez najtrudniejszą rozpadlinę. Przez jaki czas Drakuś wędrował sam, dzielnie kuśtykając, kiedy jednak doszli do końca zbocza, w prawdziwą przyjemnością władował się do koliby, którą mogły już dźwigać dwa konie. Rycerze uwolnieni od ciężaru i mając wolne ręce od razu poczuli się pewniej i ruszyli raźniej.
Tak doszli do Przełęczy Strażników. Z obu ich stron były wielkie, strome kamienie, które przy pewnej wyobraźni można było wziąć za stojących wojów. Kolumna zatrzymała się w pobliżu wielkiego świerku, czekając na Przemka, który miał przepatrzeć drogę. Ogromna kula słoneczna była już było blisko widnokręgu, zalewając czerwienią góry i zbliżającą się ostrożnie do przełęczy drużynę. Ten i ów nerwowo się rozglądał dookoła siebie, oczekując ataku.
- Przemko! – wyszeptał Dobrowoj – Ktoś nas będzie witał na przełęczy?
- Nie Dobromirze – wyszeptał Przemko – Nie widziałem ani nie słyszałem nikogo i niczego. Za przełęczą w dole góry widać już nasze wozy. Tam pewnie nas się nie spodziewają.
- Jak poszli do gospody i nie zostawili żadnej watry, to ja już ja z nimi zatańczę – warknął zdezorientowany Dobromir. Z obserwacji Przemka wynikało, że smok nie mógł odlecieć daleko: cisnął smoczka, bo nie miał czasu go okaleczyć czy zabić. Musiał jednak zauważyć królewską wyprawę. Co go powstrzymało przed atakiem? Choć Dobromir nie wątpił w odwagę swoich wojów, jednak smok miałby mad nimi przewagę – szczególnie kiedy byli obciążeni tak kłopotliwym bagażem.
- Nie liczmy zębów szkapie znalezionej po drodze – powiedział wreszcie i machnął ręką – Idziemy! Droga wolna! Ale ostrożnie! Dopóki nie miniemy Strażników trzymać ręce na broni!
Jednak kiedy wszyscy minęli kamienne obeliski i zaczęli schodzić trawiastym miękkim zboczem do bezpiecznych wozów, ręce same odsunęły się od broni, a kusze i łuki powędrowały na plecy. W końcu minęli świerkowy las, a za nim dotarli do wozów.
- Jest tu kto? – gromko krzyknął Dobromir – Do mnie!
Zaskoczona straż wybiegła z pierwszego wozu. Część była uzbrojona, jednak reszta – w samych koszulach i pludrach – trzymała w rękach kielichy wina i karty. Dobromir już miał ulżyć sobie na kiepskich strażnikach, kiedy kątem oka dostrzegł ruch. Zza krzaków leszczyny wyszli kusznicy.
- No, wasze szczęście łapserdaki – wysapał uspokojony dowódca straży – Choć w pierwszej chwili myślałem, żem znalazł właśnie ochotników do czyszczenia gdaniska…
- Widać was było od godziny, a nikogo nie zbrakło – odparł drużynnik kuszników – Mieliśmy więc sporo czasu i ochotę na wyszykowanie szopki.
- No cóż, nikogo nie zbrakło. Nawet ktoś doszedł – powiedział uśmiechając się szeroko Dobrowoj – poznajcie nowego pupilka królewny Katarzyny. Drakuś, wyjdź z koliby. Drakuś!
Kasia pospiesznie rozchyliła poły koliby. Smoczątko, zmęczone, obolałe i po ciężkich przeżyciach mocno zasnęło. Przełożono go na jeden z wozów i drużyna udała się w jego ślady. Następnego dnia rano, kiedy jeszcze snuły się poranne mgły, a las pachniał zimnem i żywicą, wozy skrzypiąc ruszyły w stronę stolicy. Wokół nich niespiesznie jechali rycerze.
Spokojnie jechali przez doliny pełne sadów z pierwszymi, jeszcze cierpkimi jabłkami. Drakuś przez poły wozu podziwiał pola na których zaczynało się złocić zboże. Rycerze i zaprzęgi jechali przez lasy pełne smug światła pomiędzy sędziwymi sosnami i dębami. Po paru dniach królewska wyprawa z nieoczekiwanym gościem dojechała do wielkiego grodu, nad którym wznosił się piękny i solidnie zbudowany zamek. Wozy i konie przejechały z turkotem po zwodzonym moście, potem przez barbakan dostali się na głowną ulicę prowadzącą na wielki plac. Długo jechali przez szerokie i kolorowe ulice. Na końcu minęli ogromny targ położony na głównym rynku. Na jednym jego końcu stał wielki kościół, po drugiej stronie równie wielka gospoda. Wyprawa niespiesznym krokiem kierowała się do zamku. W końcu dojechali do welkiej bramy najeżonej wieżyczkami. Dotarli do domu.
„Ciekawe, co mama powie na Drakusia” pomyślała Kasia „Chyba nie będzie zachwycona”
Odsłon: 621 Komentarzy: 6
Friday,13 March 2009,00:46
Kategoria: Rozrywka Friday, 13 March 2009, 00:46
Niewielka grupa wędrowców wspinała się wąską górską ścieżką. Wśród nich wyróżniały się trzy postacie – bogato i wygodnie ubrany mężczyzna, podobnie do niego ubrana dziewczynka i mnich. Otoczeni przez drużynę rycerzy i górali kierowali się w stronę kotliny otoczonej wysokimi szczytami. W rześkim powietrzu kołysał się dziki sokół. Zaskrzeczał na widok ludzi i odleciał dalej. Zachwycona dziewczynka patrzyła za nim, dopóki nie zniknął w oddali.
- Kasiu, uważaj – przestrzegł ją mężczyzna – możesz łatwo się ześlizgnąć z ścieżki. A Kujawia nie ma zapasowej królewny.
- Dobrze tato – odpowiedziała Kasia – I ty uważaj. Bo Kujawia nie ma zapasowego króla. Roześmieli się i szli dalej.
- Szkoda że nie ma z nami mamy – westchnęła dziewczynka.
- Po pierwsze, kiedy wrócimy z wycieczki możesz już mieć braciszka albo siostrzyczkę. – odparł król Kazimierz. – Po drugie, nawet gdyby Miława nie była w stanie błogosławionym – wątpię czy by z nami tak wysoko weszła.
- Mimo wszystko szkoda. Tak lubi patrzeć na przyrodę.
Królewna Kasia miała mądrych i dobrych rodziców. Mama i tata wychowywali ją na mądrą i wesołą dziewczynkę. Młoda królewna troszczyła się o bliźnich, zawsze pamiętała o pacierzu i nigdy nie kopnęła biednego psa czy kota. Dzieliła się nawet ze zwierzętami swoim śniadaniem i chętnie się z nimi bawiła. Nadworny medyk Laurentus lamentował
- Ależ Wasza Książęca Mość, pchły!!!
- To pies nie pchła – odpowiadała wesoło Kasia – ale skoro Waszmość tak mówi, trudno się z tym nie zgodzić. Trzeba go pozbyć lokatorów!
I tak wszystkie zwierzaki w okolicy zostały przez królewnę (z niechętnym temu doktorem) pozbawiona pasożytów. Kiedy to widział jej król Kazimierz, mawiał „Cóż, przynajmniej nasz doktor Laurentus ma zwierzaki na próbowanie swoich nowych medykamentów i kuracji. Nie będzie nas wykorzystywał.” Ale zwierzęta przeżywały i miały się dobrze, ku zadowoleniu wszystkich.
Któregoś dnia król Kazimierz i królowa Miława uznali, że muszą swojej małej córeczce Kasi pokazać królestwo Kujawii. Jednak chcieli zrobić to tak, aby Kasia nie tylko poznała ale pokochała ojczyznę. Tak więc dwa razy do roku królowa, król i królewna z niewielką gromadką rycerzy i Ojcem Bertrandem jak gromada wagantów zwiedzali różne zakątki państwa. Owiedzili wybrzeża Krymii, gdzie chodzili boso po rozgrzanej plaży brodząc w białym piasku. Kąpali się też w słonym (Kasia sprawdziła to aż za dobrze, kiedy fala zalała ją kiedy krzyczała z radości) szmaragdowym morzu. Wieczorem urządzili wspaniałą ucztę w cieniu palm dla siebie i okolicznych rybaków rodzinami – drużyna królewska zapewniła wyborne wina i sok winogronowy dla dzieci, rybacy zaś równie wyborne smażone ryby. Po uczcie wszyscy zasnęli pod migocącymi gwiazdami przy szumie fal. Innym razem podczas zwiedzania równinnej krainy niespodziewanie odwiedzili chłopskie wesele. Królewna Kasia przełamała lody nieśmiałości gospodarzy tańcząc z chłopcem w jej wieku. Niewiadomo kiedy król, królowa i reszta eskorty wmieszała się w gości. Wszyscy bawili się tak wybornie, że zostali jeszcze na drugi dzień. Kasia wtedy zobaczyła jak naprawdę wygląda życie na wsi, a królowa Miława widząc poranne cierpienia męża i rycerzy zrezygnowała z gromienia pijaństwa ograniczając się do ironii. Innym razem w grudniu wyprawili się w góry Beskiny z lasami obsypanych śniegiem. Kasia z zachwytem patrzyła na małe górskie strumyki wartko płynące mimo mrozu pod ciemnobrunatnymi mostkami. Wzgórza ciemnoniebieskie od jodeł znikały w cicho padającym śniegu. Święta Bożego Narodzenia od tej pory kojarzyły jej się z ciężkim zapachem żywicy, mokrego zimnego drewna i widokiem malutkich wiosek przycupniętych na wzgórzach, skąd przy blaskach pochodni górale śpiewając kolędy schodzili do miasteczka na pasterkę.
Tym razem królowa musiała pozostać w pałacu. Spodziewała się dziecka i medyk zabronił jej dalsze wyprawy. Tak więc królowa Miława wzdychała z tęsknoty i zazdrości kiedy mąż i córka szykowali się na wyprawę w wysokie góry.
– Uważajcie na siebie – mówiła – oboje, bardzo was proszę. Co prawda jedzie z wami Dobrowoj i Ojciec Bertrand, więc może nic się nie stanie.
- Jeśli chcesz, to zostaniemy – powiedział Kazimierz.
- Potem będziecie mi potrzebni, jak już dziecko ujrzy świat Boży – królowa machnęła ręką. – Teraz jedźcie i bawcie się dobrze. Ja choć chciałabym pojechać z wami, ale nie dam rady.
- Nie martw się mamo – powiedział królewna Kasia – będę uważała na tatę.
- Uważaj na siebie – powiedziała jej stroskana mama.
Potem długo patrzyła z zamkowego okna, jak niewielka kawalkada kieruje się w stronę odległych gór.
***
Pasmo Arenii, które było celem tej wyprawy było wysokimi górami, porośniętymi niżej świerkami i bukami – wyżej jednak rosły tylko kosodrzewina i niewielkie krzaki. Zaplanowano, że wyprawa postawi namioty i szałasy w jednej z górskich kotlin i z takiej stanicy będą się wypuszczać na kilkudniowe wycieczki. Stąd obciążyli konie juczne dodatkowymi pakunkami – namiotami i długimi mocnymi tykami. Miejscowi górale poprowadzili ich do kotliny Czarnej Wody, która miała i wodę i była słoneczna i cicha. Dopóki szli w niskich partiach, przygoda wydawała się wygodna i miła. Wyżej trzeba było już zejść z koni i wspinać się często kalecząc stopy i łydki o ostre kamienie. Niekiedy ze wysokich zboczy górskich sypały się na naszych podróżników niewielkie kamienne lawiny. Gdy królewska wyprawa dotarła już do kotliny, zatrzymali się na południowy popas. Górale sprawnie rozpalili ogień, a rycerze rozładowali juki i zaczęli szykować posiłek, Królewna Kasia jedząc resztki smakołyków osobiście przyrządzonych przez swoją mamę usłyszała jakieś popiskiwanie z pobliskich krzaków.
- Co to może być? – zapytała się ojca.
- Nie wiem, Nigdy czego takiego nie słyszałem. – odpowiedział król Kazimierz – Nie jest to żaden znany mi ptak. Nawet orły nie świszczą tak przenikliwie.
- Zajrzę tam – powiedziała bez namysłu dziewczynka.
- Kasiu! – krzyknął król – Zaczekaj! Dobrowoju, idź z tą postrzeloną dziewczyną, zanim wpadnie w jakąś rozpadlinę.
- Rozkaz Wasza Miłość – rycerz zerwał się od posiłku i popędził za królewną ogryzając w biegu udko kurczaka. Kiedy dobiegł do królewny stanął, a udko wypadło mu ze zmartwiałej dłoni. W kolczastych krzakach leżało smocze pisklę.
- Co do… zaczął król, kiedy zobaczył zmartwiałe postacie i szybko podszedł do córki i rycerza.
- Królewno Katarzyno! Wasza Królewska Mość! – Dobrowoj odzyskał rozsądek i głos – Proszę się natychmiast odsunąć! Drużyna do mnie! Strzelcy! Stanąć i przygotować się do strzału na mój rozkaz. Kusznicy! 100 łokci! Łucznicy! 300 łokci! Gniewmir! Przemko! Ciężkie miecze bez zbroi! Szybko!
Smocze pisklę kwiląc usiłowało wstać. Wreszcie chwiejąc na boki udało mu się to. Łopocząc małymi skrzydłami z trudem podreptało do nóg przerażonej dziewczynki i upadło. Kasia pochyliła się i wzięła jego łeb w swoje dłonie. Smoczątko cicho wyszeptało
- Pomóż. Boli.
- Skąd znasz nasz… a nieważne. Tato! Poczekaj! Co chcecie z nim zrobić?!?
Król pochylił się nad córką.
- Kochanie – zaczął – to smok. Bestia sprytna, a niektórzy mówią, że i rozumna. Lecz jego rozumienie świata jest inne. Gdy my patrzymy na dobro i światło – smoki wyłącznie na czerń i zło. Są tak tym owładnięte, że nic do nich nie dociera. Dla czystej złośliwości są zdolne obrócić w perzynę gród czy sioło. Wiem że masz dobre serce i nie wzbraniałem Tobie ratować zwierząt bezdomnych: to i szlachetny uczynek a jak pouczają franciszkanie i
chrześcijański: wszak to nasi mniejsi bracia, przez Boga stworzeni by nam służyć. – Ojciec Bertram się nieznacznie skrzywił przy tych słowach, ale nic nie powiedział. Król, nie zauważając niezadowolenia kapłana, ciągnął dalej – Poza tym nasz medykus miał okazję driakwie różne wypróbować – a i pewnie chorobom różnym dał tym koniec. Ale smok to co innego. Spytaj kogo chcesz. Przykro mi córeczko. Dobrowoju?
- Tak Wasza Miłość?
- Odprowadź królewnę. Nie musi tego oglądać!
- Rozkaz Wasza Mi…
Nikt – poza sokołem Dobrowoja, który przez przewidującego rycerza był specjalnie ułożony do wyszukiwania niebezpieczeństw – nie mógł wypatrzeć na niebie małej plamki kołującej nad nimi i beznamiętnie obserwującej tę scenę spod półprzymkniętych potrójnych powiek, otoczonych drobniejszymi łuskami. Sokół jednak pozostał w zamku, gdzie miał zabawiać królową swoimi sztuczkami – a ostatecznie miał być posłańcem między królową a jej mężem i córką.
- To jeszcze dziecko! – krzyczała Kasia – I wypadło z gniazda! Przecież smoki nie mieszkają w krzakach! Ma potłuczone łapki! Nie wstyd wam? Gwardia Królewska która potrafi z hufcem wojów się gracko rozprawić będzie zarżnie jak prosiaka bezbronną istotę!
Smok podniósł łepek. W jego oczach pojawiły się łzy.
- Nie wypadł, Wyrzucony. Pomóż.
Dobrowoj usłyszał słowa smoka. Uklęknął przy królewnie i zapytał z niedowierzaniem
- Co on mówi?
- Tak, mówi – wyrzuciła zapłakana Kasia, nie rozumiejąc w pełni pytania – Dobrowoju wiem, ż jesteś prawym i wiernym rycerzem i rozkazu królewskiego nie złamiesz ale pomóż mi przekonać mojego tatę, proszę..
Niewielka plamka na niebie rozpostarła szerokie błoniaste skrzydła.
- Co on powiedział, Kasiu? – Dobrowoj tak był przejęty, że zapomniał o tytułowaniu – Przed chwilą? czy usłyszałem „wyrzucony”?
Ojciec Bertram podszedł szybko
- Co takiego? Powiedział „wyrzucony”?
- Tak. A przedtem jeszcze powiedział „Pomóż” i „boli”. Och proszę brata, Dobrowoju proszę was na honor…
Dobrowoj spojrzał na smoczątko.
- Dlaczego wyrzucili? Wiesz?
Mały smok zamknął oczy i pochylił głowę.
- Nie chciałem zabić.
- Dlaczego? zapytał Bertram równie poruszony jak Dobrowoj.
- Bezbronny. Lekcja. Wyrzucili. Wstyd. Boli. Łapa boli.
Smok na niebie oddalał się do swojego gniazda. Był zadowolony. Wszystko układało się lepiej niż mógł przypuszczać. Postanowił jeszcze raz przylecieć i sprawdzić, czy wszystko poszło po jego myśli. Nie należy aż tak bardzo polegać na ludzkim zachowaniu.
Dobrowoj wstał powoli i podszedł do króla.
- Zabezpieczyć i opuścić kusze! Myślę, że ten nie jest groźny!
- Jak to? zdziwił się król, patrząc z niedowierzaniem i lękiem na córką trzymającą cały czas łeb smoka w rękach – niegroźny? Od kiedy to smoki są bezpieczne? A może to nowy gatunek – smok króliczy?
- Nie Wasza miłość. – wtrącił się brat Bertram – To normalny smok ale zachował się nienormalnie – okazał litość. Dlatego został wyrzucony z gniazda. Słyszałem, że takie smoki są wyrzucane specjalnie w górach przez pobratymców, aby zginęły z głodu. Tak więc…
- Chyba się nie przyłączacie do mojej zwariowanej córki? Miała różne zwierzaki w swojej menażerii, ale ta bestia pasuje raczej na herb albo do wypchania i postawienia w sali rycerskiej.
- Wasza Miłość! Ta bestia odwołała się do córki Waszej Miłości! nie godzi się jej teraz zabijać!
- Panie Boże na wysokościach! Moje królestwo jest stracone. Dowódca Gwardii i mój spowiednik zbzikowali razem z moją córką! Jak to odwołał? O czym ty mówisz?
- Prosił ją o litość – powiedział poważnie Ojciec Bertram. – a sam ją okazał. Nie godzi się skazywać go na śmierć – czy z naszej ręki, czy to przez porzucenie w ostępach leśnych.
- To mamy go przygarnąć? To pomiotle diabelskie?
- Zaraz to się zmieni – powiedziała Kasia, wyrwała Betramowi ampułkę ze święconą wodą i chlupnęła na smoczątko. Ten i ów rycerz zamknął oczy, spodziewając się dymu i smrodu palonej skóry. Jedynym widzialnym efektem była irytacja franciszkanina.
- Można wiedzieć, co ty zrobiłaś?
- Ochrzciłam go z wody! I teraz nikt nie powie, że jest „diabelski”! Wybacz panie ojcze, ale on potrzebuje naszej pomocy.
Król Kazimierz odpowiedział w zamyśleniu:
- Jeśli taki jest Twój odruch serca – to zróbmy tak. Oby nie zawiodło Ciebie na manowce.
Ojciec Bertram przestał się złościć. Śmiał się tak, że usiadł na ziemi a zaciekawione smoczę podeszło do niego i ciekawie na niego patrzyło. Brat Bertram podrapał go między oczami, co smoczek przyjął z ukontentowaniem. Zaczął podstawiać nowe miejsca do drapania. Brat drapał go nie przestając się śmiać.
- Chrzest z wody! Jedynie co osiągnęłaś, to go trochę umyłaś. Ile razy mam powtarzać, że woda święcona to nie czary-mary? A kąpiel mu by się przydała… Chodź mały. Masz imię?
- Nie – szepnął uspokojony smoczek. – Ale ona mi da.
Odsłon: 550 Komentarzy: 0
Thursday,03 December 2009,00:00
Kategoria: Rozrywka Thursday, 03 December 2009, 00:00
Lisek Marcinek, który był policjantem jechał leśną dróżką na swoim motorze, kiedy zobaczył że na poboczu macha do niego Misio Maciuś trzymając za łapkę swoją młodszą siostrę Misię Dorotkę.
- Dzień dobry panie policjancie – przywitał grzecznie Liska malec, gdy Marcinek podjechał bliżej – mamy do pana prośbę.
- Słucham Maciusiu – powiedział Marcinek – czy coś się stało?
- I tak i nie – zaczął misiaczek i zamilkł.
Marcinek czekał. Wiedział, że Maciuś bywa nieśmiały. Pomogła mu młodsza Dorotka.
- Chodzi o to, że mamy kupić prezent dla naszej mamy, a troszkę zapomnieliśmy…
- Jak bardzo troszkę? – zapytał domyślnie Lisek.
- Dzisiaj są jej imieniny, a przyjęcie jest za 4 godziny.
- No to rzeczywiście macie troszkę mało czasu – pokiwał głową policjant. – I czego dotyczy prośba?
- Chodzi o to, że zebrałem – zaczął Maciuś ale po ostrzegawczym chrząknięciu Dorotki poprawił się – zebraliśmy, to znaczy więcej Dorotka i…
- Chodzi o to, że chcemy poprosić ciebie, abyś nas zawiózł do sklepu w miasteczku i tam kupimy prezent dla mamy w sklepie pani Kotki Beaty. Nie wolno nam tak daleko jeździć samemu, a jesteś kolegą Taty i Mamy, i – jeśli zechcesz – mógłbyś się nami zaopiekować Lisku. Chcielibyśmy kupić też jej kwiaty, ale nie wiemy gdzie jest w miasteczku kwiaciarnia. – wyjaśniła zwięźle Misia Dorotka.
- Ja wiem – powiedział Marcinek – prowadzi ją Spaniel Czarek.
- Więc zgadzasz się Lisku Marcinku? Dziękujemy! – wykrzyknęły małe misie.
- Zgadzam się, ale czy Wasz Tata o ty wie?. Nie chciałbym aby się niepokoił, gdzie się znajdujecie.
Maciuś i Dorotka też się z tym zgadzali. Widok a szczególnie słuchanie napominań zaniepokojonego Taty Misia nie należało do najprzyjemniejszych zajęć. Tym bardziej że potem czekało ich – i to znacznie więcej – ze strony Mamy Misiowej,
- Tata o tym wie i poprosił żebyś do niego zadzwonił. – powiedział Maciuś
- To dobrze, inaczej bym z wami nie pojechał. – powiedział Marcinek. – Pamiętajcie…
- …aby nie jechać z nieznajomymi i nie brać od nich niczego. – powtórzyły chórem misie dobrze wyuczoną lekcję.
- Cieszę się, że już to wiecie. Wasi rodzice dobrze was nauczyli – uśmiechnął się Lisek, wyciągnął telefon i zadzwoniła do Taty Misia.
- Witaj Misiu – przywitał przyjaciela Marcinek.
- Witaj Marcinku! Co słychać? Mam nadzieję że przyjdziesz? Moja Gosia nie może się doczekać gości.
Marcinek usłyszał w ciche ale wyraźne słowa Misi Gosi:
- Jak zdążę z tymi sałatkami, i jak się mięso nie spali. I jak Miśku nie pójdziesz po ciasta do Pani Borsukowej to przyjęcie… – glos się oddalił
- Oczywiście przyjdę – odpowiedział Lisek – ale dzwonię w sprawie Twoich dzieci. Poprosiły mnie o wyprawę do miasteczka. Mają tam kupić jakiś prezent dla swojej Mamy.
- A tak. Mówiły mi o tym. Zgodziłem się ,ale czy masz czas i ochotę?
- Tak. Bardzo ich lubię i skończyłem służbę . Poza tym powiedziały, że poprosiły mnie tylko dlatego, że jestem Waszym dobrym znajomym i nie wolno im się wypuszczać tak daleko samemu czy z nieznajomymi.
- Hmmm – mruknął udobruchany Misio – no dobrze, niech jadą na tą wyprawę, Daj mi tylko Maciusia do telefonu.
- Dobrze Misiu Tomku. Maciusiu!
Misio Maciuś podszedł z dziarską minką, ale spojrzenie miał nietęgie.
- Dzień Dobry Tatusiu. Lisek Marcinek zgodził się nas odwieść i…
- Maciusiu zgodziłem się na wyprawę do miasta, ale mam jedno pytanie, którego nie zadałem w domu i jedną prośbę. Nie pamiętaliście o imieninach Mamy? Dopiero teraz wam się przypomniało?
- No w sumie tak – przyznał Misio patrząc w stronę siostry która pokazała mu język.
Maciuś spuścił głowę. Dorotka wcześniej bez przerwy mówiła: mama i mama, imieniny i imieniny. Ale tyle było ciekawych spraw w lesie do zrobienia: piłka z Borsukami, pływanie z Kaczkami czy malowanie na ścianie farbami Taty.
- Dobrze – sapnął w słuchawce Tato – A teraz prośba. Maciusiu – jako starszy brat jesteś odpowiedzialny za Dorotkę. Jest młodsza i masz się nią opiekować.
- Dobrze Tato – powiedział Misio, patrząc jak jego siostra uśmiecha się przyjaźnie do niego, rezygnując z wystawiania języka – to znaczy że musi się mnie słuchać?
- To znaczy, że masz się nią opiekować, Maciusiu. – wyjaśnił Tato Miś akcentując słowo „opiekować”– A w ogóle to macie się słuchać Liska Marcinka. Miłej podróży Misiu.
- Dziękuję i do zobaczenia Tatusiu.
Misie odetchnęły z ulgą.
- To jedziemy autobusem i … – zaczęły obydwoje.
- Mamy mało czasu, a musimy zdążyć do Waszej Mamy na przyjęcia – powiedział Lisek . Dlatego pojedziemy motorem.
- Hurra! – wykrzyknął Maciuś.
Misio Maciuś uwielbiał przejażdżki motorem. I jeszcze takim! Natomiast Dorotka nie przepadała za motocyklami. Motor Liska Marcinka miał z boku kosz dla dodatkowego pasażera. Lisek Marcinek pomógł dzieciom wsiąść do motoru, podał im kaski i koc do przykrycia.
- Nie martw się Dorotko – powiedział Maciuś który po rozmowie z Tatą nabrał odwagi – usiądziesz przede mną i się przytulisz.
- Myślę, że po prostu pójdę spać. Nie obrazisz się Lisku Marcinku – zapytała mała Misia.
- Skądże znowu! Miło mi będzie, jeżeli tak się rozgościsz. Pewnie też i Maciuś pójdzie spać.
- O nie! – zaprzeczył Misio – będę pilnie obserwował drogę i na pewno nie zasnę. Ktoś musi ieie pilotować
Motocykl z niecodziennymi gośćmi ruszył w stronę miasteczka. Marcinek jechał ostrożnie i dzieci miały możliwość zobaczenia najpierw lasu. potem motor jechał przez pola i łąki. Dorotka zasnęla zanim jeszcze motocykl wyjechał z lasu. Lisek minął jedną rzekę, następnie drugą, wreszcie przejechał przez tory kolejowe aż wreszcie dojechał do miasteczka. Maciuś teź zaczął przysypiać kiedy motor Marcinka zatrzymał się pod sklepem Kotki Beaty. Obudzone Misie wysiadły i powędrowały razem ze swoim opiekunem do sklepu.
- Dzień dobry dzieci, witaj Lisku – przywitała ich uprzejmie właścicielka i podeszła do klientów – Czym mogę służyć?
-Dzień dobry Pani Kotko – grzecznie przywitały dzieci, a Lisek się ukłonił. – Chcielibyśmy kupić prezent dla Mamy. Ma dzisiaj imieniny.
- Słyszałam, słyszałam – powiedziała Kotka, która bardzo lubiła Panią Misiową i też była zaproszona na przyjęcie. – Myślę, że dobrym prezentem dla Waszej Mamy będzie biżuteria: wiem jaką ona lubi. Poczekajcie chwileczkę.
I Kotka poszła na zaplecze.
Dorotka i Maciuś rozglądali się z podziwem po sklepie. Ile tu zabawek i przyborów do rysowania! W powietrzu unosił się ładny zapach mydła, pachnideł i pastowanego drewna. Do sufitu podwieszone były lampy w różnych kształtach, na ścianach wisiały zegary, ale te przedmioty nie zainteresowały Misiaczków. Podziwiali właśnie wspaniałe kolorowe kredki kiedy Kotka wróciła z małym, ładnie zapakowanym pudełeczkiem przewiązanym czerwoną wstążką w grochy. Do Misiaczkowych nosków dostała się delikatna woń perfum Kotki Beaty
- Myślę, że te kolczyki, bransoletka, wisiorek i pierścionki spodobają się Waszej Mamie. – uśmiechnęła się Kotka, wręczając Misiom prezent – zresztą sama to ocenię, jak do was przyjadę.
- Proszę, oto pieniądze – powiedziała poważnie Dorotka podając Pani Beacie zwitek banknotów i garść monet.
- Ohoho! To za dużo pieniędzy kochanie! Ale myślę, że na pewno musicie jeszcze kupić kwiatki!
- To prawda, proszę pani – oświadczył dziarsko Maciuś – duuużo kwiatków!!!
- To idźcie do kwiaciarni pana Czarka. Na pewno coś tam wybierzecie.
Misie i Lisek pożegnali się z Kotką Beatą i udali się do kwiaciarni Spaniela Czarka. Kiedy Misie weszły, szybko zamknęły za sobą drzwi. W kwiaciarni Misie poczuły się jak w pełnej tajemnic dżungli. Powietrze było ciepłe i mokre. W zielonym półmroku pachniało igliwiem, paprociami i – oczywiście – kwiatami. Spaniel Czarek siedział i szykował fantastyczną konstrukcję z kwiatów, drucików i gałązek przypominającą mały wodospad – ale tak mały wodospad, że nawet Misia Dorotka mogłaby go unieść, gdyby nie zaplątałaby się w długie odnogi pełne kwiatów i drobnych listków.
- Dzień dobry panu. Czy to zaczarowana rzeka proszę pana? – zapytały zdumione misie.
Spaniel się roześmiał i odłożył swoją pracę.
- Witam was. Nie. To wiązanka ślubna dla Państwa Łosi. Musi być gotowa na sobotę, więc nie mam za dużo czasu. Ale pewnie chcielibyście coś kupić?
- Tak – odpowiedziała Dorotka – Chcemy kupić kwiatki dla Mamy. Ma imieniny. – mówiąc to wysypała resztę pieniążków na blat.
- I lubi konwalie i tulipany – dokończył Maciuś – a tak w ogóle to lubi wszystkie kwiaty. I śmieszne książki.
- Jak to śmieszne książki? – zapytał rozbawiony Czarek – Te książki się śmieją jak je mama czyta?
- Nie proszę pana. Mama się śmieje jak je czyta. Bardzo je lubi.
Spaniel roześmiał się serdecznie.
- To dla Waszej mamy mającej dowcipne Misiaczki i lubiącej śmieszne książki znajdę tulipany – też dowcipne i śmieszne, bo trzykolorowe.
Czarek po chwili wrócił z pięknymi tulipanami. Ostrożnie zestawił wiązankę dla Państwa Łosi i zaczął szybko szykować duży bukiet tulipanów. Misie patrzyły zachwycone jak pe kwiatków zmienia się w przepiękny bukiet dla ich Mamy.
- Proszę, oto tulipany. Kłaniajcie się waszej Mamie. Do widzenia Misiaki. Do zobaczenia Lisku.
- Do widzenia – odkrzyknęły Misie i pomaszerowały w kierunku motocykla.
Podczas drogi powrotnej przez wsie, ląki, przejazdy kolejowe i mosty nie tylko Dorotka, ale i Maciuś po tylu wrażeniach zasnął głęboko. Obudzili się dopiero kiedy dojeżdżali do domu, a właściwie obudził ich Lisek Marcinek.
- Wysiadajcie dzieci. Ja muszę podjechać do domu i się ładnie przebrać. Spotkamy się później
Misiek szybko się pożegnały z odjeżdżającym Liskiem, podziękowały mu za pomoc i popędziły do domu wrzeszcząc „Mamo, mamo”. Za chwilę z ich domku wybiegła zaniepokojona Misia Gosia. Zobaczywszy jednak, że nikomu nic się nie dzieje podeszła do swoich pociech spokojniejszym krokiem.
- Mamo, mamusiu! Czy wiesz że Spaniel Czarek robił wodospad z kwiatków?
- Mamusiu kochana! Wszystkiego najlepszego!
- To dla ciebie! Przepraszamy że tak w ostatniej chwili!
- A tu masz tulipany dla Ciebie! I pozdrowienia od Kotki Beaty! Ale i tak przyjdzie!!
Misia Gosia poczekała, aż dzieci trochę ochłoną, uśmiechnęła się i starając się nie myśleć o plamie na najpiękniejszym obrusie który i tak musiała położyć i o nieco przypalonej (jednak!) pieczeni spojrzała na małe Misie.
- To o co chodzi, dzieci? – spytał spokojnie
- Chodzi o to źe masz imieniny mamusiu kochana. – powiedział Maciuś – I my kupiliśmy dla Ciebie prezent i kwiatki. – ciągnęła dalej Dorotka – I życzymy Tobie wszystkiego najlepszego. A tu – dzieci sięgnęły do kieszeni wyciągając pogniecione karteczki – mamy dla Ciebie laurki.
- A skąd mieliście na to pieniążki? – zapytała zdumiona pani Misiowa
- Oszczędzaliśmy – powiedziała Dorotka, a Maciuś się lekko zająknął. Dorotka ścisnęła go za łapkę i dodała – Razem
Misia Gosia poczuła, że robi się jej ciepło i miło. Wyciągnęła chusteczkę i otarła łzy
- Nie podobają Tobie się prezenty, mamusiu? – zapytała Dorotka – Ale kwiatki takie są ładne.
- Ależ skąd córeczko. Płaczę bo was kocham i jestem szczęśliwa.
- Aha – sapnął stropiony Maciuś. Tych dziewczyn to w ogóle nie można zrozumieć. Płaczą jak są szczęśliwe, śmieją się jak zą złe, jak są smutne to się w ogóle nie odzywają. O co tu chodzi? To chyba za trudne dla małego misia – pocieszył się Maciuś ale nie był tego taki pewien.
Misia Gosia przygarnęła dzieci do siebie i je mocno przytuliła.
- A wiecie co najbardziej mi się spodobało?
- Co mamo? Prezenty czy kwiatki?
- Pewnie laurki?
- Nie dzieci. To że zrobiliście to wszystko razem i pomagaliście sobie nawzajem.
Dorotka i Maciuś popatrzyli na siebie. Przecież to oczywiste – czasami mieli drobną sprzeczką o zabawki czy o sprzątanie ale są siostra i bratem. I muszą się trzymać razem.
- A teraz – powiedziała misia Gosia ocierając ostatnią łzę i uśmiechając się łobuzersko * jak nie znajdziecie się za chwilę w domu żeby się przebrać zanim przyjdą goście to was na tej łące załaskoczę!!!
Dzieci i mama śmiejąc się pobiegli w stronę przystrojonych drzwi
***
Przyjęcie imieninowe Misi Gosi odbyło się wieczorem i jak zwykle było wspaniałe – może dlatego że było tam pełno zwierząt – przyjaciół i znajomych rodziny Misiowej – był Lisek Marcinek, Brat Bernard, Rosomaki, Bobry, Wilki, Sarny, liczna rodzina Jeży i wielu innych których jeszcze nie znacie. A może z uwagi na wspaniałe prezenty? Lisek Marcinek zawsze jednak lubił przychodzić do państwa Misiów, ponieważ zawsze wiedział, źe pod ich skromnym dachem zamieszkała miłość i zadomowiła się na dobre.
Odsłon: 340 Komentarzy: 0
Tuesday,03 November 2009,23:58
Kategoria: Rozrywka Tuesday, 03 November 2009, 23:58
Lisek Marcinek, który był policjantem jechał leśną dróżką na swoim motorze, gdy za zakrętem zatrzymał go wielce przejęty Pan Bóbr. – Witaj Lisku Marcinku – powiedział zdenerwowany. – Dzień dobry, Panie Bobrze – odpowiedział grzecznie Marcinek – czy coś cię stało? Potrzebuje Pan pomocy? – Szczerze mówiąc to chętnie – powiedział Pan Bóbr i otarł pot z czoła kraciastą chustką – mam kłopot. Gdzieś zaginał mój synek Krzysio a dzisiaj są imieniny mojej żony. Będą prawie wszyscy mieszkańcy całego naszego lasu, będzie też nasz Brat Bernardyn – i mamy w domu moc roboty. Posłałem Krzysia po zakupy, ale do tej pory nie wrócił. – Niech Pan się nie martwi Panie Bobrze – powiedział Lisek Marcinek – postaram sie go odnaleźć jak najszybciej. Na pewno wróci przed przyjęciem. Ale obaj nie wiedzieli, że mały Krzysio ma zwichniętą łapkę i dostał się do wilczej nory. A Wilki miały paskudną opinii o pozostałych mieszkańców lasu. Lisek Marcinek pożegnał się z Panem Bobrem i pojechał w stronę sklepu dokąd – według słów jego taty – udał się mały boberek. Wszedł do sklepu i porozmawiał z jego właścicielką – Panią Gęsią. – Tak Marcinku – powiedziała Gęś Matylda – Krzyś był tutaj, ale nie miałam niestety rodzynek, których potrzebował. bardzo się zmartwił i pobiegł w stronę autobusu. – Dziękuję Matyldo – powiedział Marcinek – poszukam go na przystanku. Ale na przystanku też nie było Krzysia. Marcinek spojrzał na ziemię i zamyślił się. Widział ślady bobrzątka, ale i ślady innego zwierzątka – ślady małego wilczka. Lisek marcinek postanowił udać się do mieszkania Państwa Wilków, którzy mieszkali w mrocznej części lasu. Kiedy tam dojechał zerwał się silny wiatr i trochę zaczęło kropić. Lisek Marcinek zapukał do drzwi. – Dzień dobry – powiedział do Pana Wilka otwierającego drzwi – czy mogę wejść? Pan Wilk popatrzył się przez chwile i wreszcie powiedział niechętnie: – Proszę wejść Marcinku. Jak rozumiem, przychodzisz jako policjant? – Chciałbym tylko zadać pytanie Twojemu synkowi – zaczął Marcinek, kiedy zaproszony gestem gospodarza usadowił się w wygodnym fotelu. – Przypuszczałem, że nic z tego dobrego nie wyniknie. – westchnął Pan Wilk. – Napij się lemoniady, a ja zaraz wrócę z moim dzieckiem. Za chwilkę wrócił z synkiem Jankiem usadowił go przed Marcinkiem i powiedział surowo: – A teraz Jasiu, mów jak to było. – Dzień dobry Panie Marcinie – przywitał grzecznie policjanta młody wilczek – Chodzi panu o Krzysia? – Owszem Jasiu – powiedział Marcinek – Wiesz gdzie teraz jest? – Tak proszę pana. jest teraz u nas. Ma nadwyrężoną łapkę. Moja mama zawinęła mu łapkę i położyła na chwilę do łóżka. – Ale co się stało? – spytał zaniepokojony Marcinek. – Zobaczyłem Krzysia jak czekał na autobus – zupełne sam bez nikogo dorosłego. Podszedłem do niego i spytałem gdzie są jego mama czy tata. Odpowiedział mi, że to nie jego sprawa a on musi coś kupić. Powiedziałem że nie powinie jechać bez opieki bo jest jeszcze mały. Prychnął tylko – nie wolno mi z tobą się bawić – i się odwrócił do mnie. Machnąłem łapką i zacząłem odchodzić kiedy usłyszałem jego okrzyk: – Wilczku! Pomóż! Kiedy szedł z podniesioną głową nie zauważył jamki pod łapką i wpadł w nią. Więc pomogłem mu uwolnić łapkę i podtrzymałem go kiedy kuśtykał w stronę domu. Wiem źe powinienem go zaprowadzić do domu, ale Krzyś prosił, aby nic nie mówić jego tacie i mamie. Dlatego przyszliśmy do nas – przecież łapka Krzysia potrzebowała pomocy. Czy zrobiłem coś złego proszę pana? – zakończył spokojnie wilczek. – No cóż Jasiu – zrobiłeś wszystko wspaniale – pochwalił młodzieńca lisek – poza jednym: powinieneś zawiadomić jego rodziców. Ale dobrze że zaprowadziłeś do swojego domu. – Jasio prosił, abyśmy zawiadomili rodziców Krzysia, jak trochę odpocznie – powiedział tata Wilk zawstydzony – to też jest i moja wina, źe Bobry się denerwują. Co prawda chłopcy bardzo prosili aby nic nie mówić, ale.. – i zamilkł zmartwiony. – Najważniejsze, że nic się nie stało – przerwał jego milczenie Marcinek – Boberek tylko zwichnął łapkę a Twój synek spisał się wspaniale. Myślę, że powinien pojechać ze mną i powiedzieć o wszystkim Państwu Bobrom. Pomożesz mi zapakować chłopców do kosza motocykla? Kiedy dojechali do państwa Bobrów przygotowania do uroczystej kolacji trwały w najlepsze. Część gości przybyła już na miejsce i część pań domu przyłączyły się do pomocy Pani Bobrowej. Pan Bóbr nerwowo przechadzał się po podwórku oczekując Marcinka. Lisek już wcześniej zadzwonił, powiedział że przywiezie Krzysia. Powiedział również, że przywiezie również kogoś, kto pomógł Krzysiowi w kłopocie. Dy tylko zajechali na podwórko, Pan Bóbr chwycił synka w objęcia i ucałował go. Kiedy jednak zobaczył wysiadającego wilczka spoważniał i spojrzał surowo – Przecież zabroniłem się Tobie bawić z wilkami, Krzysiu. – Ale tatusiu, Jasio pomógł mi, kiedy zwichnąłem łapkę, mimo że zachowywałem się przedtem wobec niego niegrzecznie. Zaprowadził mnie – a właściwie pomógł iść bo łapka mnie bardzo boli – do swojego domu – bo go o to poprosiłem, jego mama opatrzyła mi łapkę a potem chwilę odpocząłem. I wilki nie są… – Dosyć Krzysiu! Idź do mamy! Marto, weź go ze sobą! A tobie młody wilku dziękuję i już ciebie tu nie ma! Nie chcemy Tu takich jak ty! Wilczek spuścił smutno głowę, pomachał łapką Krzysiowi na pożegnanie. Brat Bernardyn podbiegł do Bobra i coś mu tłumaczył, ale Bóbr zły kręcił tylko głową. – Chwileczkę młody Wilku – rozległ donośny głos pani Bobrowej – mam jedno pytanie. – Słucham proszę pani. – Dlaczego pomogłeś mojemu synkowi? Przecież kazał Tobie odejść i powiedział źe się z Tobą nie bawi. Mogłeś go zostawić… – Ale proszę pani! Moja mam i tata zawsze mi powtarzają, że trzeba pomagać innym, jeżeli tego potrzebują i nie oglądać się na to kto co powiedział, nawet jeśli był dla nas niemiły. – Zło dobrem zwyciężaj – mruknął donośnie owczarek – Tak proszę księdza – powiedział wilczek – a teraz to ja już sobie pójdę… – Pójdziesz a raczej pobiegniesz wilczku – powiedziała Bobrowa Marta – I masz wrócić tu ze swoją rodziną. – Ojej.. dobrze proszę pani. Ale oni nic złego… – Cicho młodzieńcze. Mają się ładnie ubrać i dobrze się bawić. Prezent już mi dałeś – i niech Ciebie Bóg błogosławi. Na co jeszcze czekasz i co masz taką otwartą mordkę? Biegnij! Pan Bóbr odwrócił się do żony. – Marto! chyba mi tego nie zrobisz! Wilk u nas na przyjęciu? A czy on w ogóle chodzi do kościoła? Brat Bernardyn chrząknął. – Państwo Wilkostwo to bardzo porządne zwierzęta i chodzą na mszę. Pani Bobrowa wzięła się pod boki. – To jest MOJE przyjęcie i mogę zaprosić kogo chcę! A za uratowanie Krzysia z kłopotów należy im się honorowe miejsce. Prawda mój mężu? Bóbr przełknął ślinę. Nigdy nie widział tak rozeźlonej małżonki. – Dobrze. Będzie jak chcesz. *** Na początku państwo Wilkowie byli bardzo oficjalni i czuli się niezręcznie. Ale dzięki wysiłkom pani Marty, liska Marcinka, Brata Bernarda i dzięki wspaniałemu przyjęciu – wkrótce poczuli się znacznie lepiej. Najgorzej zaś czuł się pan Bóbr – dopóki pan Wilk nie powiedział że lubi wędkować. – Coś takiego! – wyrwało się panu Bobrowi – A kiedy ostatnio Pan łowił? – Dawno temu – powiedział Wilk – Nie lubię łowić sam, lubię przy tym trochę porozmawiać, pożartować i posiedzieć nad wodą. – To całkiem jak ja! A w ogóle to mam na imię Kuba! – wykrzyknął pan Bóbr, potrząsając łapę przyjemnie zaskoczonemu Wilkowi – To co, umówimy się na wędkowanie? Znam świetne miejsce! I tak państwo Wilki znaleźli przyjaciół. A wszystko to dzięki liskowi Marcinkowi i przede wszystkim dobrym sercom – mimo wilczej skóry – wilczka Jasia i jego mamy i taty.
Odsłon: 574 Komentarzy: 0
