
Tuesday,21 June 2011,19:10
Kategoria: Polska Tuesday, 21 June 2011, 19:10
Niektórzy geolodzy zajmujący się osuwiskami wiercą drzewa i pozyskują z nich tzw „rdzenie”. Zwykle asymetryczne. Jednak pojedynczy rdzeń – nieważne idelanie prosty czy skrajnie „”wykoślawiony” nie stanowi dla nich żadnego wiarygodnego źródła informacji. Bo przebieg procesów zapisany jest dopiero w całych seriach. Jeżeli w duże próbie istotna frakcja rdzeni odchyla się w jednymś kierunku – nawet nieznacznie, „w granicach normy” – to jest to wyraźny znak „aktywności stokowej”. Czasami jedyny obserwowany – ale jeżeli go zlekceważyć i np. rozpocząć inwestycję to potem można się zdziwić, że „pojedzie” kawał zbocza. Sprawa jest dobrze znana, nie zmienia to jednak faktu, że przy tworzeniach planów zagospodarowania, niemal normą jest (a przynajmniej było) traktowanie tych danych jako przejawu „histerii jajogłowych”. A potem, gdy „pojedzie” płacz, histeria i pomstowanie Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że moim zdaniem podobne sytuacja dzieje się teraz w naszej „przestrzeni społecznej”. W ostatnim czasie mamy bowiem do czynienia z wyraźnym, kierunkowym odchyleniem działania wymiaru sprawiedliwości oraz organów pokrewnych. Przy czym większość tych zjawisk rozpatrywana oddzielnie w zasadzie mieści się „w granicach cywilizowanej normy”: kibice rozkładający nie uzgodniony z organizatorami transparent dostają mandaty – no bo na stadionach też są pewne zasady. Wandal mażący po ścianie jest karany ‘zawiasami” – kogóż nie wkurzają gnoje niszczące cudza czy publiczną własność? Facet, który przyznawał, że po zażyciu leków był spowolniony jest pytany o poczytalność i kierowany na badania – sąd musi wziąć pod uwagę wszelkie okoliczności….. Urzędnikowi państwowemu grożono zwolnieniem z powodu udziału w wiecu politycznym – no w końcu są przepisy o służbie cywilnej.. Problemem jest jednak to, że dziwnym trafem prawo jest skutecznie egzekwowane głownie wobec przeciwników rządzącej partii. No ale wiadomo, że ubieranie własnego nieudacznictwa w polityczne szaty czy pchanie się na pluszowy krzyż jest typowym działaniem różnego rodzaju oszołomów. A póki co, wszystko dzieje się w granicach prawa, a więc nie ma co ulegać histerii Tylko kolejne pytanie – gdzie tak naprawdę jest „granica prawa”? Czy to, że aresztowany starszawy publicysta staje przed sądem za „naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza” nie jest już aby „strefą graniczną”? Albo fakt składania doniesienia na parlamentarzystki obrażające funkcjonariuszy - tych samych służb, które obojętnie patrzyły na młodych osiłków lżących starszych ludzi - nie jest przypadkiem lekkim kuriozum? Dziennikarz pobity „bo nie był jako dziennikarz” to jeszcze norma? ABW urządzające pobudkę twórcy, głupawej strony satyrycznej też mieści się w „ogólnie przyjętych granicach” Oczywiście można to wszystko uznawać, za „wypadki przy pracy. Teoretycznie jest to możliwe. Tak samo jak to, że grając w „orła i reszkę” można orła wyrzucić kilkanaście razy z rzędu….. I właśnie dlatego nie można już ukrywać, że w Polsce wolność i praworządność już „jadą” – tak jak osuwisko. Jeszcze nie ma lawin błotnych, ale fundamenty już trzeszczą. Bo niestety czymś takim jest już np. sposób zakończenia prac „komisji hazardowej”. Pytanie czy nastąpi gwałtowny „zjazd”. Niestety obawiam się, że jest on bardzo trudny do powstrzymania Oczywiście część osób uzna ten tekst na przejaw oszołomstwa, spiskologii i innego buractwa. Z tymi chętnie zagram w „bosmańską czwórkę” – przy czym to ja rzucam linką – a potem podyskutujemy o prawdopodobieństwie…
Odsłon: 96 Komentarzy: 0
Thursday,15 April 2010,10:47
Kategoria: Wiadomości Thursday, 15 April 2010, 10:47
W sobotę 10 kwietnia Polska poniosła ogromną stratę – zginęła Głowa Państwa, duża część pierwszoplanowych polityków oraz najważniejszych ludzi w Wojsku. Tym wpisem chciałem oddać cześć jednemu z nich – gen. Dyw. Władysławowi Potasinskiemu.
Jestem cywilem – mój jedyny kontakt z wojskiem to 6 miesięcy w grudziądzkim SPR, tematyką militarną też niespecjalnie się interesuje. Ale miałem okazję znać kilku żołnierzy ś.p. Generała. Nie są to faceci, którzy o swojej pracy mogą swobodnie rozmawiać z kolegami, ale jeżeli przy jakiejkolwiek okazji pojawiało się nazwisko ś.p. Genrała to zawsze wymawiane z najwyższym, i szczerym szacunkiem. Kiedy teraz czytam czy słyszę, że dla swoich żołnierzy było on „jak ojciec”, to chociaż odruchowo krzywię się na sformułowanie pachnące tanim sloganem – przypominam sobie, że przy tych rzadkich okazjach kiedy go wspominali, to mówili o nim w taki sposób w jaki wspomina się właśnie o ojcu. No i widok facetów, o których wiadomo, że są naprawdę twardzi i niejedno w życiu widzieli (choć co dokładnie można się tylko domyślać), którym na wspomnienie zmarłego dowódcy łamie się głos i muszą nos wysmarkać jest najlepszym świadectwem, że był to ktoś więcej niż zwykły przełożony. To był ich wódz. Człowiek, dla którego i z którym poszliby wszędzie.
O jego klasie, jako dowódcy świadczy jednak nie tylko przywiązanie, żołnierzy. Jego CV – a zawłaszcza ostatnie kilkanaście lat, to okres ogromnej pracy organizacyjnej. Między innymi dzięki niemu organizacja naszych wojsk specjalnych stała się wreszcie spójna. O jego talentach organizacyjnych najlepiej świadczy to, że wg ; gen. Czerwińskiego amerykanie wdrożyli w Iraku opracowany przez ś.p. gen Potasińskiego „system informacji operacyjnych i wypracowywania decyzji” (cokolwiek to znaczy), a sam generał był kandydatem na dowódcę wszystkich operacji specjalnych w Afganistanie.
Ale zmarły tragicznie generał był nie tylko wodzem. Był także prawdziwym wojownikiem. Podwładni wspominają, że to człowiek, „który nie mówi >> Naprzód<< ale >> za mną<<”. Kolejny slogan? Trudno, to nie są faceci szkoleni w słowie czy metaforach. Ale widzieli, że „za starym ciężko nadążyć”. Bo chociaż był generałem bardzo dbał, aby być też w pełni sprawnym żołnierzem. Nie miał ponoć oporów by w rozmowach z oficerami innych jednostek wtrącić „Spasł się pan ostatnio panie pułkowniku” czy poprosić kogoś o zreferowanie swojej sprawy w czasie „przebieżki”, po której referującemu płuca omal nie pękły. A jego „wycieczki w góry” –np. rowerem z Krakowa do Nowego Targu , potem pieszo na Turbacz i z powrotem, rzeźby tego samego dnia wrócić rowerem do Krakowa – były tematem rozlicznych anegdot.
W ostatnim czasie ś.p. Generał przygotowywał projekt reorganizacji wojsk specjalnych – w tym tygodniu miał go przedstawić min Klichowi. Nie zdążył. Pozostaje mieć nadzieję , że zdążył wychować godnych następców…
Odsłon: 254 Komentarzy: 0
Tuesday,13 April 2010,09:41
Kategoria: Wiadomości Tuesday, 13 April 2010, 09:41
Po tragedii w Smoleńsku, jak zawsze w takich sytuacjach, pojawiły się głosy, że nie była ona przypadkowa. A samych stronach Frondy.pl było sporo takich wpisów (np. http://www.fronda.pl/blogmedia24_pl/blog/cui_bono_1
http://www.fronda.pl/jahos/blog/moje_watpliwosci
http://www.fronda.pl/nurniflowenola/blog/morderstwo_w_rocznice_ludobojstwa
)
Z Rosjanami wykluczyć niczego nie można, ale hipoteza zamachu wydaje mi się bardzo mało prawdopodobna. Z tego prostego powodu, że zarówno Rosja jak i PO na tragedii, która nastąpiła bardzo mało zyskują – jeśli wręcz nie tracą. Faktycznie zginęła znaczna część naszej politycznej elity – w tym postacie kluczowe dla środowisk, – że tak się umownie wyrażę – „patritycznych” a przez to niechętnych Rosji jak i krytycznie oceniających politykę zagraniczną naszego rządu. Ale ani na dłuższą ani na krótszą metę żadna z sił, które mogłaby przyłożyć się do zamachu nie odnosi korzyści.
Przede wszystkim, dlatego, że, niestety, „opcja patriotyczna” była już praktycznie rozbita. Najsilniejsza z partii tego nurtu PiS, na skutek głupich błędów i niezrozumiałych wolt roztrwoniła większość kredytu zaufania. Te zagrania w połączeniu ze stałym medialnym ostrzałem pchały ją konsekwentnie w kierunku marginesu polityki. Tylko skrajni optymiści mogli, bowiem przypuszczać, że w najbliższym czasie będzie ona wstanie odegrać jakąkolwiek istotną rolę w kształtowaniu polityki Polski – zwłaszcza na arenie międzynarodowej. O znaczeniu innych partii patriotycznych (Prawica RP, Polska plus ) lepiej nawet nie wspominać.
Co więcej , ś.p. Prezydent był dla zarówno dla PO jak i Rosji idealnym chłopcem do bicia i/lub alibi dla głupich decyzji bądź nic-nie-robienia. Pamięta koleżeństwo żale, co by to PO nie zrobiła gdyby nie weta prezydenta? Nawet nie weta a samo założenie, że one nastąpią… I ludożerka to radośnie łykała.
Po przegranych wyborach prezydenckich (a szanse na wygrane były mniejsze niż trafienia w totolotku) realna wpływ PiS na politykę jeszcze by osłabł, ale to nie zmieniłoby faktu, że dalej walono by w nich i ś.p. Prezydenta jak w bęben. A to jakiś rachunek za dorsza by się znalazł, a to pomysł na stawianie przed Trybunałem Stanu itd. itp. – niewyczerpane zasoby Igrzysk do przykrywania rzeczywistych problemów. A teraz się skończyło – PO ma pełną władzę i chcąc nie chcąc (a sądzę że bardziej „nie chcąc”) również pełną odpowiedzialność. Co ważniejsze, nie mają już użytecznego kozła ofiarnego, bo są granice bycia hieną, których nawet najlepiej wytrasowane lemingi nie są w stanie zdzierżyć (taką mam przynajmniej nadzieję).
Co ważniejsze, teraz nie będzie można tak łatwo wykpiwać poglądów śp. Prezydenta dotyczących podmiotowości Polski i jej miejsca w świecie a zatem jest szansa, że coś się przebije do większej ilości głów.
Paradoksalnie z polskich partii politycznych na śmierci Prezydenta Kaczyńskiego najbardziej zyskują środowiska patriotyczne – choć niekoniecznie PiS.
Również dla Rosji śmierć ś.p. Prezydenta Kaczyńskiego niczego nie ułatwia. Swoje cele – w tym te sprzeczne z Polską racją stanu np. budowa bałtyckiej rury – Rosjanie i tak osiągali bez specjalnych problemów. A teraz – przynajmniej w Polsce – przez jakiś czas ich poczynania będą dokładnie obserwowane. Choćby, dlatego by sprawdzić co spróbują „ugrać” na tej tragedii. A na skutek sobotniego nieszczęścia zostali oni pozbawieni wygodnej karty „polskich antyrosyjskich fobii”, których inkarnacją miał być między innymi ś.p. Prezydent.
Polskę spotkała tragedia. Trzeba wyjaśnić jej przyczyny – w ewidentną słabość procedur w myśl, których najważniejsze osoby w państwie mogą podróżować jednym samolotem. Ale nie można też ona być alibi dla pogrążenia się w apatii.
Odsłon: 1342 Komentarzy: 20
Friday,03 September 2010,13:14
Kategoria: Historia Friday, 03 September 2010, 13:14
Na stronie głównej Frondy pojawiła się informacja o kolejnych żądaniach mecenasa Rydygiera w stosunku do „Arcanów”, co stanowi kolejną odsłonę już nie sporu ale wręcz wojny wokół wydanej przez tą oficynę książki „Lech wałęsa. Idea i historia”. Księżaka ta stanowi moim zdaniem niemal kliniczny przykład zarżnięcia świetnego tematu. Nie usprawiedliwia to bynajmniej szalonych i dzikich ataków, jakie środowisko umownie nazywane „salonem” przypuściło na osobę autora i wszelkich instytucji, jakie się z nim kojarzyły (IPN, IH UJ), jednak lektura pokazuje, niestety, że Paweł Zyzak jest po prostu niezbyt dobrym naukowcem. Żeby dobrze uprawiać naukę (nie tylko historię) oprócz pasji, ambicji i pracowitości potrzeba jeszcze znajomości i przestrzegania warsztatu metodologicznego. A to w omawianej książce jest po prostu żenujące. Mając w pamięci ślepą furię, z jaką atakowano wydaną wcześniej książkę Gontarczyka i Centrkiewicza „ SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” lekturę „Lecha Wałęsy. Idei i historii” rozpoczynałem z dużym zainteresowaniem i wręcz sympatią dla autora. Niestety lektura początkowych rozdziałów szybko sprawiła, że sympatia ta topniała niemal z każdą stroną….
Opisując metodę, autor bowiem w zasadzie ograniczył się do afirmacji „oral history” . Ograniczenia tej metody zostały pominięte lub zbagatelizowane. Tymczasem jest to problem naprawdę poważny. Wielokrotnie, oburzamy się np. na popularny w zachodniej historiografii zwyczaj pisanie o współodpowiedzialności Polaków za Soah. I bardzo słusznie. Tyle, że warto zdawać sobie sprawę, że jest to nie tyle skutek jakiejś „zmowy” czy „spisku”, co bezkrytycznego przyjmowania relacji ocalałych Żydów, którzy w czasie wojny byli dziećmi nie bardzo rozumiejącymi, co się dzieje i w relacjach, zwłaszcza po latach, mieszających fakty z emocjami i tym, co „się mówiło”. Pamięć ludzka jest zawodna i płata przeróżne figle. Niech koleżeństwo się zastanowi jak często słyszało anegdoty o „ruskich w Kabulu”, „bluszczyku kurdemolku” i inne popularne „urban legends” od osób zaklinających się , że były naocznymi świadkami opisywanych wydarzeń? Dlatego „relacje ustne”, należą do tych źródeł informacji historycznych, do których trzeba podchodzić ze szczególną ostrożnością. Zestawiać ze sobą, porównywać z popularnymi lejtmotywami, i gdzie się tylko da weryfikować. A jeżeli coś jest nieweryfikowalne to uczciwie o tym napisać.
Tego wszystkiego w książce Pawła Zyzaka brakuje. Zwłaszcza w odniesieniu do okresu wczesnej młodości Lecha Wałęsy, autor ograniczył się do przytoczenia opowieści, podawanych przez dawnych kolegów byłego prezydenta. Opowieści takie są praktycznie nieweryfikowalne, jednak autor o tym nie wspomniał, budując za to atmosferę tajemniczości, wyczerpująco wyjaśniając dlaczego nie może ujawnić danych swoich informatorów. Co ciekawe, sensowność tej tajemniczości dość marnie wyglądała po wydaniu książki, kiedy to ci sami ludzie wprost i bez skrępowania powtarzali te historie dziennikarzom „Gazety Pomorskiej” i „Ekspresu Bydgoskiego”. http://www.tvn24.pl/0,1593967,0,1,we-wsi-mowia-o-nieslubnym-dziecku-lecha-walesy,wiadomosc.html
Nieweryfikowalność niektórych informacji nie znaczy oczywiście, że należało je pominąć, lub z gruntu uznać za fałszywe. Jednak elementarny warsztat naukowy, każe zaznaczać, które z podawanych informacji są pewne, które wątpliwe , a które nieweryfikowalne….
Można oczywiście argumentować, że te zarzuty dotyczą tylko początkowych rozdziałów książki, a dalej jest już znacznie lepiej. To prawda. Jednak nie zmienia to faktu, że warsztatowo i redakcyjnie „Lech Wałęsa. Idea i historia” ma naprawdę poważne mankamenty. Co ciekawe mankamenty łatwe do uniknięcia. I to bynajmniej nie przez przemilczanie „bulwersujących” informacji, ale rzetelną dyskusję zastosowanych metod.
W tym miejscu, pojawia się dość istotne pytanie:, „Kto wrobił Pawła Zyzaka”? Moim zdaniem lwią część winy ponosi wydawca, który zdecydował się na publikację książki zawierającej ewidentne niedoróbki lub wręcz błędy warsztatowe. Bo jest to praca ewidentnie „niedoredagowana”. Oprócz wspomnianych wyżej problemów metodologicznych niektóre opisy „tła społeczno politycznego” są najnormalniej w świecie naiwne i banalne. Każdy, kto miał cokolwiek do czynienia z wydawnictwami naukowymi wie, że rolą redakcji jest też dbanie o odpowiedni pozom fachowości publikowanych przez siebie dział. „Arcana” z tej powinności się nie wywiązały. I to w sytuacji, kiedy, wściekły atak „salonu” był łatwy do przewidzenia. Przecież niewiele wcześniej podobnej nagonce poddani zostali pracownicy IPN: Gontarczyk i Centkiewicz. Jednak ich praca – dla bohatera nawet bardziej niewygodna – była perfekcyjna pod wzglądem metodologicznym, co wytrąciło z rąk atakujących większość argumentów. Z kolei publikacja „Arcanów” była dla atakujących niemal zaproszeniem…. I dla mnie jest tajemnicą dlaczego to wydawnictwo zdecydowało się na „wystawienie na strzał” młodego autora?
Bo niestety tak to wygląda. Zyzaka może tłumaczyć młody wiek, brak doświadczenie i /lub częsta wśród młodych badaczy brak dystansu do swojej pracy. Ale od tego są redaktorzy, aby wydane dzieło spełniało odpowiednie standardy. Wydając książkę w takiej formie jak to zrobiono, „Arcana” wyświadczyły autorowi niedźwiedzią przysługę. Nie tylko dlatego, że wywołała ataki rozwścieczonego salonu, ale też dlatego, że bezlitośnie obnażyła wszystkie mankamenty warsztatowe autora, który jawi się bardziej jako publicysta historyczny niż naukowiec.
Odsłon: 638 Komentarzy: 4
Wednesday,02 September 2009,16:41
Kategoria: Polityka Wednesday, 02 September 2009, 16:41
To miał być komentarz do tekstu "Dwudziestoleni żal" zamieszczonego w blogu mfijolka, niestety okazał się za długi
W 1989 roku byłem już dorosły więc wydarzenia te śledziłem z zapartym tchem. Jako człowiek młody miałem w głowie swoisty mętlik, który obawiam się był dość typowy dla moich rówieśników. Z jednej strony w komunizm nikt nie wierzył, a stosunek większości ludzi do „realnego socjalizmu” można było określić jako głęboka nienawiść. Z drugiej strony mało kto zakładał, że uda się komunistom władzę rzeczywiście odebrać.
„Solidarność” po stanie wojennym była ewidentnie „przetrącona”, a SB mniej lub bardziej skutecznie uprzykrzało życie „wichrzycieli” i ,last but not the least stacjonowały u nas sowieckie wojska. Mimo to wielu ludzi, zwłaszcza młodych złapało „bakcyla wolności” i nie miało ochoty tkwić w stanie „skur**enia powszedniego”. Stąd różnego rodzaju akcje i manifestacje – przeważnie nie skoordynowane na jakimś wyższym poziomie, często bez jasnej wizji do czego miałyby doprowadzić, ale jednak gromadzące młodych „zbuntowanych”. Na manifestację po prostu się szło – nie ważne czy organizował ją WiP, KPN, NZS czy jacyś naśladowcy „Pomarańczowej Alternatywy”. Szło się przeciwko komunistom i PRL-owi – ryzyko spałowania, wywalenia ze szkoły oraz opcja "48 + wpie***l” wliczone w decyzję. Byliśmy trochę jak dzieciak z rozbiorowej anegdoty: „Jak dorosnę pójdę do powstania, a jak wrócę z sybiru dopiero się ożenię”.
I nagle okazuje się, że komuniści chcą rozmawiać. Więcej, gotowi są pójść na ustępstwa. W zestawieniu z zasadą ;„władzy zdobytej raz nie oddamy nigdy” wydawało się to niemal cudem. Podobnie jak wynegocjowanie „35% demokracji”. Teraz wiadomo, że do ugrania było znacznie więcej. Ale wtedy i tak wydawało nam się że Polska złapała Pana Boga za nogi.
Na tle reszty loku wschodniego był to ewenement – jeszcze na początku roku akademickiego 89/90 czechosłowaccy studenci UJ nie bardzo wiedzieli jak się w Posce zachowywać i rozmawiać….
A potem historia gwałtownie przyspieszyła – padł Mur Berliński, Czechosłowacja miała swoją „Aksamitną Rewolucję”, a u nas czas się zatrzymał – komunistów nie rozliczono, SB-cy nie polecieli na bruk. „Pacta sunt servanta” – ogłosiła część dawnej opozycji, niepomna tego, że zmieniła się cała geopolityka.... To była bardzo gorzka pigułka. Zwłaszcza gdy okazało się, że owe „pacta” de facto gwarantują „czerwonym” utrzymanie się przy korycie….
Moim zdaniem to brak rozliczenia PRL-u był ciosem, łamiącycm moralny kręgosłup społeczeństwa. Na niespotykaną dotąd skalę okazało się, że „kur***wo” popłaca. Ludzie którzy od małego „dawali d***” w ZHP, ZSMP i tym podobnych nagle okazali się głównymi beneficjentami zmian wywalczonych przez nonkonformistów.
Rewolucja nie zjadła swoich dzieci – ona wyrzygała się na swoich ojców….
„Okrągły stół” nie był zdradą – wtedy wydawało się, że więcej nie da się uzyskać. Podłością była za to petryfikacja zawartych przy nim uzgodnień. Dzięki niej PZPRowsy aparatczycy, SB-cy i ich agenci a także pomniejsi oportuniści, nawet się nie rumienią z powodu swoich podłości. Radośnie szydzą za to z „oszołomów” i frajerów
Odsłon: 539 Komentarzy: 1
Sunday,25 January 2009,14:10
Kategoria: Religia Sunday, 25 January 2009, 14:10
W sobotę (24 stycznia) dekretem Ojca Świętego cofnięta została ekskomunika nałożona na biskupów wyświęconych przez kardynała Lefebra. To bardzo radosna wiadomość, jednak przynajmniej niektórzy katolicy (np. ja) byliby wdzięczni, gdyby ktoś w sposób prosty – jak za przeproszeniem krowie na między – dla spokoju sumienia wyjaśnił parę rzeczy dotyczących toczącego się w łonie kościoła sporu pomiędzy „tradycjonalistami” a „modernistami”.
Choćby to jak wygląda status rytu Trydenckiego i NOM. Duża część tradycjonalistów mówi wprost że NOM jest nielegalny, a liturgię trydencką określa mianem „prawdziwej”. W minionym tygodniu już kilka razy słyszałem, że Ojciec Święty cofając ekskomunikę lefebrystów „pośrednio przyznał im rację”. To oczywiście daleko idąca nadinterpretacja, ale dobrze byłoby aby Kościół wyjaśnił kilka kwestii. Np. Jak należy prawowiernie interpretować zapisy Soboru Watykańskiego II. Co jest nadinterpretacją i nadużywaniem? Czy można, tak jak niektórzy tradycjonaliści, w ogóle kwestionować legalność Vaticanum II?
To jest w tej chwili bardzo ważne zadanie stojące przed duszpasterzami, bo niektórzy „szeregowi katolicy” - tacy jak piszący te słowa – mają w głowach mentlik. Z jednej strony zaniepokojeni nadmiarem „nowinek” w liturgii, czy „protestantyzacją” niektórych elementów nauczania i praktyki duszpasterskiej, z drugiej zaś z drugiej zaś obawiający się czy niektóre poglądy tradycjonalistów nie posuwają się za daleko....
A zresztą, chudziak ia ubogi,
Nie mnie rozprawiać tak podniosło;
Niech o tem sądzą theologi,
To kaznodziei iest rzemiosło.
I teraz bardzo mi potrzeba głosu tychże „rzemieśliników”
Odsłon: 531 Komentarzy: 2
Thursday,22 January 2009,22:56
Kategoria: Ogólne Thursday, 22 January 2009, 22:56
W jakiejkolwiek wypowiedzi czy dyskusji dotyczącej polskiego charakteru narodowego znaleźć można konkluzję, że czego jak czego ale honoru nie można nam odmówić...
Może. Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że opinia ta jest nieco przesadzona i opiera się na pomieszaniu „honoru” – sięgającego etosu rycerskiego wewnętrznego kanonu postępowania wynikającego z szacunku dla własnej osoby z bardziej przyziemną „honornością”.
Owszem, łatwo „unosimy się honorem” ale codzienny kodeks postępowania często jest mało honorowy. Niedawno mój znajomy odmówił przejścia na wyższe stanowisko. Powodem był chamski sposób potraktowania człowieka, który wcześniej je pełnił – honor nie pozwolił Tadkowi zachować się jak hiena. Czy zachowanie takie jest typowe? Raczej wyjątkowe. Popatrzmy bowiem jak w podobnych sytuacjach zachowują się przedstawiciele elit. W 1968 na uczelniach pojawili się „marcowi docenci” i choć wszyscy wiedzieli, ze uzyskanie tego stanowiska wymagało „wydania jednej pracy oraz dwu kolegów” nie spotkali się oni bynajmniej z ostracyzmem – nawet ze strony większości „przedwojennych” naukowców.Oczywiście można powiedzieć, że w tym czasie na uczelniach pertyfikowały się „łże elity” a te prawdziwe, przedwojenne zostały wybite wspólnym wysiłkiem Niemców , Sowietów…….
Rzućmy zatem okiem na wieś, podobno bastion tradycyjnych wartości. Po wojnie w ramach „reformy rolnej” rozparcelowane majątki ziemiańskie i kościelne dzielono pomiędzy „biedniaków”. Jak często zdarzały się odmowy przyjęcia cudzej własności?
Wcześniej było lepiej? Ale kiedy? Czy wtedy, gdy premier Sikorski w bezwzględny sposób unieszkodliwiał politycznych przeciwników? Za Sanacji? A może jeszcze wcześniej - przed rozbiorami, kiedy to znaczna cześć szlachty wisiała na garnuszkach największych rodów lub wręcz „sponsorów zewnętrznych”? A jak z honorem naszego rycerstwa, które odmówiło udziału w krucjacie z powodu braku w Ziemi Świętej piwa?
Polskie podejście do honoru najlepiej widać na przykładzie naszej narodowej epopei „Pana Tadeusza”. Jego bohaterowie z honorem są na bakier ale honorności odmówić im nie sposób. Popatrzmy tylko na rodzinę Sopliców – ze szczególnym uwzględnieniem Jacka. W czasie gdy toczy się akcja mają całkiem spory majątek (wszystkie cytaty z pamięci więc mogą być przekręcone i)
„Dom mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi
i stodołę miał wielką a przy niej trzy stogi
użytku co pod dachem zmieścić się nie może”
A wśród sąsiadów cieszą się opinią dobrych patriotów
„tam się człowiek (…..) nasyci polskością”
Jednak nieco wcześniej, sytuacja była znacznie gorsza – nieformalny przywódca rodu:
„ nie miał nic więcej prócz kawałka roli
Szabli i wielkich wąsów do ucha do ucha”
Wzbogacili się na skutek mordu na patriocie – Stolniku zastrzelonym przez Jacka
„(...)dano Soplicom znaczną cześć dóbr nieboszczyka”
No to co mieli robić? Wzięli... Ale pewnie poobcinaliby uszy każdemu, kto nazwałby ich niehonorowymi… Zresztą ich sąsiedzi też nie mieli z tym większych problemów.
O obrzydliwych wyczynach samego Jacka można by zaś napisać całkiem spory esej.
I co? I od ponad 100-lat wmawia się młodzieży, że to postać pozytywna, a na pewno honorowa. I wszyscy to kupują... Nic więc dziwnego, ze od lat polskie podejście do kwestii honoru jest takie jak żulika spod marketu – nie przeszkadza mu żebranie o parę groszy na jabola, ale „dotknięty na honorze” zaraz startuje do bitki….
Odsłon: 542 Komentarzy: 0
Thursday,22 January 2009,10:22
Kategoria: Ogólne Thursday, 22 January 2009, 10:22
Na stronach „Rzeczpospolitej” można dzisiaj przeczytać o zainicjowanej przez Sławomira Sikorę akcji „uwolnić braci” mającej na celu uzyskanie ułaskawienia dla 4 osób skazanych za lincz we Włodowie.
Akcja ma poparcie większości mediów, ale mnie delikatnie rzecz biorąc nie przekonuje. Bo sprawa bynajmniej tak prosta jak ja przedstawiają media: w obronie spokoju zabito bandytę.
W 2005 roku, opis linczu można było znaleźć w wielu miejscach – teraz udało mi się znaleźć jedynie zamieszczony przez „Gazetę Wyborczą”
Po jego lekturze nie można mieć wątpliwości – zlinczowany Józef C. był ostatnim degeneratem, terroryzującym wieś. Ale jego zabójstwo znacznie odbiega tez od obrazu jaki obecnych relacji prasowych. W większości komentarzy można np. przeczytać, że „denat biegał po wsi i wygrażał ludziom maczetą”. W relacjach z 2005 roku nie ma o tym mowy. Rzeczywiście biegał i wygrażał, ale jednej osobie – swojej konkubinie, która wreszcie zdecydowała się zakończyć patologiczny związek. Ale nie ma mowy o żadnej maczecie., |zwyrodnialec nawet zaatakował byłą konkubinę niebezpiecznym narzędziem ,ale była to butelka. Generalnie dość łatwo dawał się spłoszyć – a to sklepikarzowi, a to czternastoletniemu synowi konkubiny……
Ostrym narzędziem zaatakował tylko raz – Tomasza W. z którym pobił się na jego podwórku. Tyle, że okoliczności ataku są mocno niejasne…..
Dość jasna jest natomiast postawa obecnych skazanych – szukali C. a jak go znaleźli to gonili i zatłukli jak psa – dwu poszło nawet w krzaki żeby „dołożyć swoje” już leżącemu tam nieprzytomnemu zbirowi. Naprawdę wiele wskazuje, że bili aby zabić…. To już nie jest obrona konieczna ale „wyrwanie chwasta”. Dlatego wyroki w granicach 4 lat więzienia bez „zawiasów” nie są moim zdaniem niesprawiedliwe. Jak by nie patrzeć to było zabójstwo – w stanie wzburzenia, sprowokowane bezczynnością policji, ale jednak zabójstwo…..
Dlatego wkurza mnie wybielanie sprawców. I nierzetelność dziennikarzy zabierających głos w takich sprawach. Szczytem zakłamania była dla mnie sprawa ułaskawienia pierwowzorów bohaterów filmu „Dług”. W mediach obraz był prosty – dwaj biznesmeni zabili gangstera, który zastraszał ich dopominając się zwrotu fikcyjnego długu. Jakiego „fikcyjnego”?!?!? Ci faceci rzeczywiście pożyczyli pieniądze od gangstera – ich dług był „lichwiarski”, bandycki” ale na pewno nie „fikcyjny”. Poza tym na żadnym etapie „zastraszania” dłużnicy nie próbowali legalnych metod – wybrali drogę okrutnego mordu. A teraz Sikora robi niemal za bohatera – facet który zamordował człowieka w ramach gangsterskich rozliczeń finansowych. Bo tak trzeba nazwać jego postepowanie – chociaż może mało to pasuje do duszaszczipatielnego obrazu zafundowanego w fabularnym filmie „Dług”…..
Czepiam się? Może. Ale robienie bohaterów z ludzi łamiących prawo prowadzi do porządków rodem z dzikiego zachodu…..
P.S.
Mój sąsiad ma rottweilera, którego na spacerach regularnie spuszcza ze smyczy. Pech chce, ze to zwierzę za cześć „swojego terytorium” uważa górkę na której moja córka z koleżankami jeździ na sankach. Mówienie po dobroci nie pomaga, policja ma to w nosie. Czy w związku z tym jak utłukę gadzinę będę mógł liczyć na odpowiedni support medialny czy lepiej może utłuc też sąsiada – w końcu zawsze może kupic nowego psa…
Odsłon: 575 Komentarzy: 0
Monday,01 June 2009,19:05
Kategoria: Religia Monday, 01 June 2009, 19:05
Dzisiaj na Mszy Świętej jedno z wezwań modlitwy wiernych dotyczyło „ludzi nauki i techniki”, badających prawa przyrody stworzone przez Boga „dla dobra ludzkości”. Cytat jest z pamięci ale ostatni zwrot padł w nich na pewno – i trochę mnie zaniepokoił.
Pismo święte, oraz nauczanie Kościoła mówią wprawdzie jednoznacznie, że Bóg stworzył człowieka, który „panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”(Rdz 1, 26b). Jednak to nie to samo co uznanie, że prawa przyrody zostały stworzone „dla dobra ludzkości”.
Może jestem nieco sfiksowany, ale takie sformułowania kojarzą mi się z antropocentrycznym podejściem do religii.
Jeżeli bowiem prawa przyrody powstały „dla dobra ludzkości” to w imię tego dobra można je również łamać i naginać. Dla dobra ludzkości można zatem np. rozwalać sobie układ dokrwienny hormonalnymi pigułkami. To oczywiście przypadek skrajny. Jednak religijny antropocentryzm – żeby nie powiedzieć „ludzka pycha” – w dużej mierze zmienia też ludzki stosunek do Boga na postawę roszczeniowa.
Wstając rano, zamiast wdzięczności za kolejny dzień, za cud życia i ciągle bijącego serca, zaczyna się pojawiać, rozdrażnienie, lub wręcz pretensja, z powodu „strzykania w kościach”.
W moja ś.p. babcia mówiła, że ptaki śpiewają, kwiaty kwitną, a motyle latają na Bożą chwałę. I chociaż skończyłem studia przyrodnicze, babcina interpretacja przemawia do mnie bardziej niż to, że opisane zjawiska zachodzą „dla dobra ludzkości”….
Odsłon: 559 Komentarzy: 0
Monday,22 December 2008,10:37
Kategoria: Ogólne Monday, 22 December 2008, 10:37
Zeszłoroczne - poprawione i uzupełnione
(na melodię starej pastorałki)
Narodził się zbawiciel wszyscy go witają
I ptaszęta i zwierzęta jemu cześć oddają
Tylko chórek ateistów co hasa po świecie
Będzie witać Santa Clausa, a nie Boże Dziecię
Chcą świętować licz im Boże imę w ustach skrzyp
Zamiast zatem śpiewać „Gloria…” ślą “sesonals greatings”
I miast w górze szukać gwiazdy tak jak Trzej Królowie
Idą tam gdzie neon jasny „Galerii Handlowej”
A Pan Jezus co przed laty między bydlętami
Zasmucony kwili w żłobku między stoiskami….
A dla wszystkich Frondowiczów i nie tylko serdeczne życiecza - kazdy najlepiej wie czego...
Odsłon: 619 Komentarzy: 0
