
Saturday,02 July 2011,09:05
Kategoria: Religia Saturday, 02 July 2011, 09:05
W związku z opiniami na blogu, którego autor – ksiądz Łukasz Gach mówi o swoich muzycznych upodobaniach, wywiązała się burzliwa dyskusja. Oto inny uczestnik dostrzegł w owej muzyce działanie szatana. Szyczytem wszystkiego było zażądanie od autora blogu nazwiska jego przełożonego, w celu złożenia donosu, a to dla dobra Kościoła. Czytamy:
„Natomiast z tego powodu, że ksiądz jest kapłanem katolickim – jesteśmy w jednej wspólnocie. A pan Jezus powiedział, żeby napominać. a jak ktoś nie słucha trzeba donieść Kościołowi. No więc z tytułu bycia księdzem i osobą publiczną, członkiem Kościoła zwracam się o podanie diecezji księdza oraz nazwiska Ordynariusza diecezji, ks. biskupa, któremu ksiądz podlega, ponieważ zamierzam napisać do biskupa miejsca.”
http://fronda.pl/lukasz_gach/blog/_1#comments
http://fronda.pl/lukasz_gach/blog/jezus_chrystus_wczoraj_i_dzis_ten_sam_takze_na_wieki#comments
http://fronda.pl/lukasz_gach/blog/cytaty_czyli_robi_sie_zabawnie#comments
Nadzwyczajny przypadek religijnego fanatyzmu? Niewątpliwie tak, ale wcale nie taki nadzwyczajny, bo problem pojawia się w różnych sytuacjach, a podobne poglądy nie są czymś odosobnionym.
Pojawiło się wiele niesprawiedliwych, błędnych i nieuzasadniony opinii, które wymagają odpowiedzi. Niestety argumenty moje i innych uczestników nie zostały potraktowane merytorycznie, a poza tym, utknęły gdzieś po drodze w półmetrowych popisach oponenta.
Moje uwagi odnoszą się do pewnych istotnych problemów – zarzutów jakie padły.
Sztuka generalnie – w nieskrępowanej konwencją i zakazem formie – bywa odbiciem rzeczywistości, a zwłaszcza duchowego stanu i moralnej kondycji człowieka. Należy jednak zwrócić uwagę, że muzyka jest najbardzej abstrakcyjną formą przekazu, i oczywiście nie daje się określić przy pomocy takich jakości – kryteriów, jak moralność. I tyle. W zasadzie temat jest wyczerpany.
***
Artyści, jako sumienie ludzkości, wyrażają zbiorowe lęki czy fobie, bóle i zagrożenia. A co nam przynosi współczesność? Jaki stan rzeczy? -Powszechny upadek wartości, zanik poczucia zła i perspektywę załamania instytucji społecznych, państw i systemów bezpieczeństwa, które służą kontynuacji życia na ziemi, wraz z niepokojącymi zmianami w przyrodzie. To wszystko prowadzi ludzkość w ślepy zaułek rozpaczy, w epidemię depresji, i stymuluje próby ucieczki w alkohol, narkotyki, seks itd. Stan wielkiego zagrożenia sprzyja systemom totalitarnym i religijnym fanatyzmom oferującym rozwiązania skrajne – poczynając od psychicznego terroryzmu, na zbiorowych morderstwach kończąc.
***
Jest to jednak sytuacja szczególna z punktu widzenia rozwoju duchowego. Tak skumulowane cierpienie jest przecież owym ościeniem kierującym ludzi do powrotu do Boga i świata wartości. Żeby przeżyć, będą musieli przypomnieć sobie o Bogu.
***
Przy tej okazji pojawia się wielu demagogów i naprawiaczy, którzy owszem, stawiają szczytne cele i głoszą piękne hasła, ale niestety nie rozumieją rzeczywistości, a często mylą skutki z przyczynami. I tak oto w świadectwach epoki, czyli towarzyszącej ludziom sztuce, upatrują największe zło, które rzekomo prowadzi do upadku. A więc, należy ją zniszczyć, obłożyć zakazami, wyeliminować! (To zrozumiałe, że właśnie w hitlerowskich Niemczech urządzano wystawy „sztuki zdegenerowane” i prześladowano jej twórców. Komuniści jeszcze w latach 50tych torturowali społeczeństwo muzyką ludową.) Podobnie rozumowali robotnicy w czasach począków kapitalizmu; niszczyli maszyny jako przyczynę ich nieszczęścia. Tym samym jest unicestwienie przy pomocy siekiery kolekcji nagrań muzycznych, co uczynił jeden z dyskutantów.
Nie pojmują też faktu, że prawdziwy artysta jest (a faktycznie – bywa) tylko przekaźnikiem(!) jakiejś wyższej, nadrzędnej rzeczywistości (czerpie ze „źródła w górze”), ale nigdy twórcą, którym jest tylko Bóg. I kolejny problem; artysta, jako jednostka często stojąca wyżej, utalentowana i wrażliwsza od ogółu, nieraz płaci za to najwyższą cenę. Szczególnie sława wyniszcza i uniemożliwia normalne życie. Dlatego popadają w alkoholizm, narkomanię, lekomanię itd. Inni z kolei (często beztalencia) sięgają po narkotyki jako metodę stymulującą twórczość, ale jak wiadomo, z pustego nie naleje. Kolejny problem to naśladowcy, którzy „produkują” coś, na co jest popyt. Zwyczajna komercja.
***
Łatwo jest zwalać winę na muzykę. To nic nowego. Wg historii muzyka zawsze spełniała role deprawatorskie i uwodzicielskie. Takie życie. Np. skrzypcom przypisywano właściwości szatańskie. („Drzewko po wsi chodzi, dziewki zwodzi”.) Paganiniego też oskarżano o konszachty z diabłem. A co począć z muzyką tworzoną przez masonów (Mozart), wojujących ateistów albo sekciarzy? Ilu degeneratów tworzyło rzeczy piękne? Czy ich muzyka jest nośnikiem zła albo dobra? W jaki sposób? Porusza pragnienia i złe i dobre.
A tymczasem „panem tego świata jest szatan”, i albo jesteśmy we władzy Najwyższego albo złego. Trzeciej opcji nie ma. Dlatego wszystko wszystko zależy od użytkownika; może służyć dobrym – dla dobra, a złych ciągnąć ku złemu. Nóż może kroić chleb albo być narzędziem zbrodni, podobnie kamień.
Szatan zwodzi ludzi także swoją ikonografią, a że jest perfidny, to w istocie chyba najczęściej ubiera biały kołnierzyk. Rekwizyty uzanawane za szatańskie w istocie należą do świata teatru.
***
Ofiarą moralistów pada muzyka, która pojawiła się w latach 60tych, jako część rewolucji obyczajowej, a zwłaszcza nurt, który przez nastrój i formę określany jest jako „satanistyczny”. Ale jakże często z „diabelskiego” wycia, czy specyficznego nastróju wyziera denna ludzka rozpacz, wycie duszy. Szatański, obrzydliwy muzyczny obraz jest skrajnym przypadkiem cierpiącego człowieka pozbawionego Boga i nadziei. Ludzie zapewne widzą też odbicie własnej „duszy”, dlatego taka muzyka działa na nich jak zwierciadło na Meduzę. Dla innych może się stać pożywką dla nieokiełznanych instynktów, tak jak nóż dla mordercy.
Ale, kiedy biorący w dyskusji „pedagog” mówi o „głoszonych przez [tę] muzykę ideach”, (i oczywiście nie potrafi odpowiedzieć, jak odróżnić złe od dobrych), które (jak ktoś inny to ujmuje) wywołuje „spustoszenie (jakie sieje zła(!) sztuka”), to nie wiadomo, śmiać się czy płakać. Po pierwsze, idee w sensie platońskim są doskonałe. Natomiast muzyka stymuluje emocje, które w umyśle człowieka mogą ułożyć się w jakąś ideę, oddziaływującą indywidualnie na odbiorcę, w zależności od duchowego rozwoju i skłonności. Dlatego może służyć dobru lub być pożywką dla zła.
Zauważmy, że nawet te idee które przekazywał Chrystus wywoływały różne reakcje. W pewnych typach ludzkich – szalony gniew, a nawet pobudzały mordercze instynkty.
***
Jakże często, za ogólny upadek wartości i autorytetu Kościoła (i innych religii), wini się rewolucję obyczajową lat 60tych. A przecież rewolucja moralna i seksualna, była tylko następstwem, a nie przyczyną! Po prostu obnażyła stan faktyczny, czyli – ideową pustkę i nominalny albo kulturowy tylko charakter religijności milionów ludzi, którzy nie „pobudowali swojego domu na skale”. Owszem, zmysłowa natura ludzka daje się ułagodzić poprzez procesy wychowawcze, edukację, można wyprodukować „porządnych” ludzi, ale do wiary ciągle daleko. Religia niewątpliwie kształtowała lepszych obywateli, lepszych ludzi, ale niewielu świętych.
Sytuacja staje się coraz to trudniejsza. W dobie propagandy uprawianej przez świeckie media padają tradycyjne bastiony moralności i porządku społecznego, jak rodzina, Kościół i szkoła. Ów upadek postępuje siłą lawiny. I żadne pobożne, anielskie śpiewanie i festiwale muzyki religijnej takiego faktu nie zmienią; odbiorcy pozostaną kręgiem wyselekcjonowanych ludzi. Niemniej stale trwają nostalgiczene powroty do przeszłości, próby negowania zjawisk w muzyce popularnej, ucieczka w tradycję itp. To jednak nigdzie nie prowadzi.
***
I w tym kontekscie należy rozróżnić indywidualny odbiór muzyki od wielkich koncertów z oprawą audiowizualną, gdzie działa przede wszystkim instynkt stadny, gdzie mamy do czynienia z reakcją tłumu. Osobną sprawą jest przekaz słowny i wizualna forma przekazu. Muzyka bywa tylko pretekstem do przekazywania przeróżnych treści.
Za to wszystko wini się jednak …muzykę.
Odsłon: 623 Komentarzy: 22
Saturday,10 July 2010,23:32
Kategoria: Polityka Saturday, 10 July 2010, 23:32
Wielomski: „Chylę czoła przed geniuszami europejskiej polityki XIX wieku, mężami stanu takimi jak Consalvi, Talleyrand, Metternich czy Bismarck. Niestety, wśród tych mężów stanu nie było Polaków. Jeden tylko Aleksander Wielopolski rozumiał naturę rzeczywistości, ale rozumiał i to, że „dla Polaków można coś zrobić, z Polakami nigdy”. Rewolucyjny wirus romantyzmu odpowiada za śmierć setek tysięcy Polaków, kilka nieudanych powstań, tysiące wywiezionych na Sybir, za spalone miasta, domy i wsie. A wszystko to w imię hasła „za wolność Waszą i naszą”. Głupie narody skazane są na rolę „pożytecznych idiotów”. I jako Polak nie waham się stwierdzić, że Polacy są głupim narodem. Byli nim w XIX wieku i są takim teraz.”
/…/
Czyli Polska leży pomiędzy Niemcami i Rosją i żadne zaklinanie rzeczywistości nie jest zdolne zmienić tego empirycznego faktu. Skoro leżymy między Niemcami a Rosją, to musimy wybrać sobie sojusznika-protektora. I nasza wolność, jaką mamy od 1989 roku, polega na tym, że możemy takiego wyboru dokonać. Jesteśmy bowiem za słabi, aby stanowić suwerenne i niezależne w swojej polityce państwo, skoro leżymy tu, gdzie leżymy; mamy potencjał taki, jaki mamy oraz graniczymy z jednej strony z Niemcami, z drugiej z Rosją. Próba geopolitycznego wymknięcia się rosyjsko-niemieckiego uścisku poprzez sojusz z USA skończyła się w momencie, gdy Washington przestał być zainteresowany posiadaniem „niezatapialnego lotniskowca” nad Wisłą.”
Adam Wielomski: "Patologiczny przypadek romantyzmu politycznego"
http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/6792/
Oto przepastna głębia myśli Wielomskiego.
***
Motto:
„w dzień bitwy osiodła się konia, ale zwycięstwo należy do Pana”
Jak widać, Wielomski jest jednym z tych, którzy rozumieją „polskość jako nienormalność”. Przemawia gdzieś z wysoka, uniesiony ponad pospólstwo, chłoszcze Polaków i łaja.
Jego wizja rzeczywistości nie odbiega od słusznych opinii Machiavellego, wynikających z realistycznego postrzegania zwierzęcej natury upadłego człowieka i kultu krzepy. Trzeźwo zauważa: „Rzeczywistość jest brutalna”, a więc pańswa słabsze, jak Polska, powinny wyzbyć się głupich ideałów równości i urojeń niepodległościowych. Polska wolność leży wyłącznie w wyborze „sojusznika-protektora”, czyli – za przeproszeniem, ale nie ma lepszej analogii – d…, którą mieliby Polacy całować. (Dzieli owe przekonania z kolegami z PO.) Można odnieść wrażenie, że wg niego silniejszy ma do tego „święte prawo”. Tak zresztą myśleli wszyscy zaborcy i tyrani (np. każdy car czy Stalin i Putin, Hitler; i tu następuje długa lista postaci aż do początku świata).
Prawda stara jak świat? –Owszem, ale nie jedyna.
Objawinie przyniosło ludzkości prawdy wyższe, ostateczne, wg których „nie uratuje króla liczne wojsko, ani wojownika nie ocali wielka siła”, a Dawid zwyciężył Goliata. To mówi Pismo Święte. Co z tego, że materialiści powiedzą, że to urojenia? Za to historia pełna jest opisów upadku ziemskich potęg, i zadziwiających zwycięstw postaci czy grup postrzeganych jako nic nie znaczące. Należy o tym pamiętać.
Dzieje Polski są wypadkową okoliczności, cech narodowych itd. – łańcuchem przyczyn i skutków brzemiennych w takie a nie inne wydarzenia, a wszystkim kieruję Opatrzność.
To nas nie zwalnia z codziennej troski o przeżycie, o kraj i wszystko inne, ale powinno uczyć większej pokory i zrozumienia przy oceniach historycznych zdarzeń.
Dlatego ciągłe bicie nas za przeszłość, błędy i rzekomą głupotę nie wnosi nic, na czym możnaby budować lepsze jutro. Jest to typowa propaganda każdego zaborcy, wyolbrzymiająca narodowe wady, dowodząca, że – skoro jesteśmy tacy a nie inni – to nasze miejsce i jedyna szansa na przetrwanie jest pod czyimś butem, np. w objęciach wielkiego brata. (Tak działa socjotechnika, obliczona na osiągnięcie oczywistych efektów.) Nic innego nie słyszeliśmy w czasach PRL. Panu Wielomskiemu pomyliły się czasy.
Ktoś powie, że krytyka może wyjść Polakom tylko na zdrowie, że jest patriotycznym obowiązkiem. Tyle tylko, że nie każdy może być krytykiem; bo nie powinni zabierać głosu ci, którzy nie rozumieją rzeczywistości. Wtedy zamiast dobra, można wyrządzić szkodę. Nawet tytuły naukowe nie muszą upoważniać do krytyki, bo – jak to często obserwujemy – wiedza wcale nie musi prowadzić do zrozumienia.
Także my, Polacy uważamy, że nawet mały kraj ma pełne prawo do samostanowienia, i jest to pogląd oczywisty i racjonalny – generalnie uznawany przez ludzkość, podbudowany międzynarodowym prawem i konwencjami (co Wielomski określa jako „demoliberalny i prawo-człowieczy bełkot”). I nasza postawa nie ma to nic wspónego z „pobrzękiwaniem szabelką”. Uleganie dyktatom satrapów, szczególnie w okresach „pokoju”, jest przyznawaniem im racji i zgodą na przemoc, co jest sprzeczne z moralnością.
***
Wielomski najwyraźniej nie rozumie o co chodziło w mesjaniźmie, nie mówiąc już o chrześcijaństwie. Jako jeden z autorów apelu (przed kilkoma laty) „o nadaniu Chrystusowi godności króla Polski”, obarcza romantyzm za „setki tysięcy ofiar”.”A wszystko to w imię hasła „za wolność Waszą i naszą”. Głupie narody skazane są na rolę „pożytecznych idiotów”” – powiada.
… Czy aż trzeba oznajmiać, że w bezosobistym poświęceniu dla innych, a zwłaszcza oddawaniu życia za bliźniego – wypełnia się chrześcijaństwo, czyli przykazanie: „Kochaj bliźniego swego”? Bez tego nie ma Chrześcijaństwa. Wg Chrystusa nie ma na ziemi większej miłości, niż oddanie życia za bliźniego.
Wypada się jednak zgodzić, że ci, którzy doznali polskiej ofiarności, zwykle o tym szybko zapominali. Ale poświęcenie dla innych – tylko dla głupich jest głupotą. ‘Prometeizm’ wypływa z właściwego zrozumienia Chrześcijaństwa.
Chciałem też podkreślić, że prawdziwe chrześcijaństwo jest mesjanizmem! Proszę sobie wyobrazić, że Chrystus był Mesjaszem, co niestety do dzisiaj nie zostało zauważone, tak, że ciągle ludzie zastanawiają się: a co On takiego zrobił? Przecież na świecie nic się nie zmieniło. Cóż, mesjanizm to wielki temat. Zauważmy, że stanowił solidną podstawę romantyzmu, dzięki której był w stanie uwolnić w człowieku olbrzymie duchowe siły i dokonywać rzeczy niemożliwej: poczucia braterstwa ludzi, „jeden człowiek i jedno serce” – miłości. Zawsze uskrzydlał ludzkość do rzeczy wielkich.
Oponenci zapewne przypomną tu hasło polskiego mesjanizmu: „Polska mesjaszem narodów”, wykorzystywane do wyszydzania idei. Owszem, tylko Chrystus był „barankiem bez skazy” i dlatego Jego śmierć miała moc Odkupienia. Niemniej hasło znajduje uzasadnienie (i traci bluźniercze właściwości) w konceptach kabalistycznych, które, zapewne przez „frankistów”, oddziaływały na duchowość polskiego romantyzmu.
Faktem jest, że wraz ze zwalczaniem patriotyzmu – doszło też do totalnego ośmieszania i dewaluowania romantyzmu, i przypisywania mu – przez „znawców” w rodzaju pani Janion – cech demonicznych, szaleństwa i głupoty. Być może Wielomski padł właśnie ich ofiarą.
W działaniach prezesa Kaczyńskiego, Wielomski dopatruje się oznak szaleństwa. (A swoją drogą trzeba tu zauważyć, że doszło do wielkiej palikotyzacji dyskursu politycznego w Polsce. Zamiast rzeczowego, racjonalnego wywodu, widzimy „jazdę” po przeciwniku, i to mimo zapewniania o byciu dalekim od stwierdzeń typu „Kaczyński zwariował” etc.; nie, nie zwariował, ale uprawia romantyzm, który jest wariactwem, patologią winną śmierci setek tysięcy ludzi itp. Czyli, nie kijem go, to pałą.
To nic innego jak kolejna próba odwrócenia skutków słusznej i celnej wypowiedzi J. Kaczyńskiego.) Przypisuje mu romantyczno-mesjanistyczne zaślepienie. -Czy ma w tym rację? Co ma wspólnego z szaleństwem trzeźwe, pragmatyczne(!) przesłanie Jarosława Kaczyńskiego? Czy miażdżąca ocena, jakiej wypowiedź K. została poddana, wypływa z prawidłowego widzenia polskiej rzeczywistości, czy raczej złej woli i niewiedzy?
Gdyby się autor nieco zastanowił, to w wydarzeniach historycznych XX wieku dostrzegłby zapewne znamiona romantycznej wielkiej improwizacji.
Zapytajmy np. jakie szanse miały walki poprzedzające odzyskanie niepodległości, Powstania Śląskie, albo rozpaczliwa obrona w r. 1920, a nawet wybuchy społeczne w latach 1956, 1968, 1970, nie mówiąc już o zrywie „Solidarności”? Można z dużą dozą pewności stwierdzić, że wydarzenia często opierały się na myśleniu utopijnym, a wybuchały wręcz spontanicznie. Gdyby się nie powiodły, trafiłyby na listę romantycznych zrywów – świadectw „głupoty Polaków”, które naraziły społeczeństwo na represje i śmierć wielu obywateli. Realizm polityczny przed Bitwą Warszawską w r. 1920 wskazywał raczej na konieczność dogadania się z silniejszym wrogiem, i przyjęcie ultimatum – listy sowieckich żądań przedstawionych w Mińsku Mazowieckim. A sytuacja była rozpaczliwa; do walki stanęli nawet gimnaziści, bardzo młodzi ludzie. W tym czasie różni „polityczni realiści” wychodzili na drogi, by (tak jak w 1939 r.) witać „oswobodzicieli” chlebem i solą.
Czy ktoś dzisiaj kwestionuje sens zrywu „Solidarności”? Teraz okazuje się, że każdy walczył i ma największe zasługi; stale rosną szeregi bohaterów, (tak jak w latach 70tych, gdy weteranom AK zaczęto płacić pensje, bardzo urosły szeregi organizacji). A wracając do sprawy żądań robotniczych; była to bardzo odrealniona idea, która wiodła w prostej linii do ofiar, szykan i represji, a zwłaszcza „bratniej pomocy” sąsiadów, zakończonej zamordyzmem. Pamiętacie Państwo żarcik o tym, że członkowie „Solidarności” dzielili się na optymistów i pesymistów? Optymiści, to tacy co wierzyli, że zostaną zawiezieni na Syberię, a pesymiści – że będą tam musieli iść na piechotę. Czy pomógł respekt przed postacią i poparciem Jana Pawła II? –Nie wiemy; ale na pewno Jego modlitwa. Oto upadła sowiecka ekonomia – ofiara wyścigu zbrojeń narzuconego przez prezydenta Regana. Z krajów, które były pod sowiecką okupacją, nie dało się już nic udoić. Czy ktoś przewidywał taki stan rzeczy?
Dzisiaj raczej nikt nie łączy tego zrywu z politycznym romantyzmem ani mesjanizmem, i uważa, że „Posłanie do narodów świata” było jakby romantycznym „wypadkiem przy pracy”. -A nie wizytówką?…
Zapytajmy też, czy byliśmy w dążeniach – urojeniach romantyczno – niepodległościowych osamotnieni? -Wcale nie. I można tu ułożyć długą listę zdarzeń z historii ostatnich dwustu lat. A co sią działo w XIX wieku?… Kraje niewielkie, ze społeczeństwami nie wykazującymi symptomów szaleństwa, jak np. Węgry, wystąpiły w 1848 r. przeciwko potędze Habsburgów, tak jak w 1956 przeciwko okupacji sowieckiej. Polityczny romantyzm, czy poczucie własnej wartości i umiłowanie wolności? Nawet tak praktyczni Czecho – Słowacy w r. 1968 odrzucili okupację sowiecką. -Wariaci? Czy były to inicjatywy politycznie mądre, czy tylko utopijne?
Dlatego, kiedy pan Wielomski, przpominając nieudane powstania, mówi o „głupocie” – jako czymś wyróżniającym Polaków, to się nas zwyczajnie czepia, a zwłaszcza obraża. Opowiada propagandowe koncepty wynikające z bardzo wybiórczego spojrzenia na historię, za to zgodne z interesami sowiecko – rosyjskiego lobby.
***
Inna ważna sprawa:
Państwa nie powstawały w wyniku chłodnej kalkulacji, a ich istnienie bywało okupione tysięcami i milionami ofiar. Takie dobra, jak nieskrępowany byt narodowy i samostanowienie – nierozerwalnie wiązały się z przetrwaniem, a także z poczuciem godności i dumy narodowej – wartościami stawianymi ponad cierpienie czy śmierć. Dzięki temu trwały narody, a patriotyzm urósł do rangi religii państwowej. W wielu krajach, jak i w Polsce, miłość ojczyzny jest ciągle jeszcze utożsamiana z wypełnianie przykazania „czcij ojca swego i matkę swoją”. Nie trudno zauważyć, że wszystkie rozsądne społeczeństwa zawsze budowały swoim bohaterom i męczennikom pomniki i panteony chwały, niezależnie od tego czy byli bohaterami zwycięskiej bitwy, czy osaczonymi walczącymi do ostatniej kropli krwi. Na pewno nie ma w tym „świętowania klęski”, ale niezłomnego ducha i miłości – „wiekuistego zwycięstwa”. Wspaniałe czyny były inspiracją dla młodzieży; na nich wychowywali się młodzi obrońcy Lwowa, żołnierze września czy AK i NSZ. Groby powstańców z 1830 czy 1863 r. stały się kamieniem węgielnym niepodległości Rzeczpospolitej.
Warto raz jeszcze zauważyć, że patriotyzm, jak i nacjonalizm, to nie są jakieś fruwające anioły. To – przede wszystkim – instynkt samozachowawczy narodu. Z niego płynie wielka troska o własne, polityczne jak i ekonomiczne interesy. Dlatego jest krzewiony i pielęgnowany przez każdy rozsądny naród.
***
Wracając do tekstu Wielomskiego: W takiej sytuacji trudno jest oczekiwać uczciwego potraktowania incjatyw Prezydenta Kaczyńskiego, jak np. polityczny blok państw Europy Środkowej. Znam bezstronne oceny. Warto może przypomnieć, że dążenia Kaczyńskiego były zawsze wyszydzane i zawzięcie torpedowane przez urzędującą PO, a osoba prezydenta – upokarzana, ośmieszana. Czy to wzmacniało autorytet polityka i jego pozycję w pertraktacjach?…
Oczekiwanie skuteczniejszej polityki UE przez Jarosława Kaczyńskiego jest uzasadnione i żadna kpina tego faktu nie zmieni.
Generalnie, to co się od paru lat w mediach wyprawia wokół PiS i Kaczyńskich – nie było nigdy uczciwą krytyką, ale brutalną nagonką i niszczeniem braci jako polityków i ludzi. W tym procederze oczywiście nie zabrakło udziału pana Wielomskiego, i robi to nadal.
Kiedy toczyła się ostatnia kampania prezydencka, (w której Wielomski czynnie popierał kandydata PO) napisałem: Wizja Komorowskiego to Polska pozostająca klientem silniejszych i bardziej zasobnych sąsiadów. Dlatego wiadomo, że (wraz z PO) zrobi wszystko by się za każdą cenę przypodobać, a jego działania przyporządkowane będą politycznym interesom Niemiec i Rosji, które zresztą brały czynny udział w zwalczaniu PiS. (Tu nie trzeba było być prorokiem.)
Niewątpliwie my Polacy jesteśmy uzależnieni od globalnej polityki, ale w takim układzie mamy swoje stosowne miejsce, a nie w poczekalni dla klientów.
***
Przyznam, że z wielkim niesmakiem, ale i pewnym niepokojem, przeczytałem artykuł Wielomskiego – uczonego, publicysty i …wychowawcy młodzieży. Odnoszę wrażenie, że to jakby propagandowe wprowadzenie do kolejnego, może oficjalnego zaboru Polski. Cynizm, bufonada.
A w tle toczy się bitwa o duszę narodu. Zagrożenie jest wielkie, bo najwyraźniej masy ludzkie zatraciły poczucie zła, upadają obyczaje. Stąd się bierze brak jakiegokolwiek krytycyzmu wobec haniebnych poczynań władzy, i oddawanie jej w ręce złoczyńców – wbrew poczuciu przyzwoitości; nadeszła kolejna „nocna zmiana”. Coraz większe wpływy w społeczeństwie mają przeróżne polityczne szulernie i lupanary.
Co począć, kiedy wielu Polaków nie dorosło do wolności? Bywa ona trudniejsza od niewoli; ludzie nie wiedzą co mają ze sobą zrobić.
Odsłon: 436 Komentarzy: 7
Friday,24 September 2010,20:05
Kategoria: Wiadomości Friday, 24 September 2010, 20:05
Niedawno polskie media nagłośniły wypowiedź J.E. na temat postawy posłanki Sobeckiej, która słusznie oponowała przeciwko ogłoszeniu przez Sejm roku 2010 – Rokiem Czesława Miłosza i „wnioskowała o całkowite odrzucenie uchwały, argumentując, że "Miłosz obrażał Polaków" i szydził z polskiego katolicyzmu”.
Wg prasy, „abp Życiński w wypowiedzi dla PAP nazwał stanowisko Sobeckiej "nie tylko szokującym, ale i bolesnym", ponieważ "niektóre środowiska będą odbierać jej komentarz, jako wyraz opinii Kościoła".”
Tym samym arcybiskup lubelski postawił siebie w roli rzecznika Kościoła Katolickiego, nie mówiąc już o Polskim Episkopacie.
Jest to zwyczajna uzurpacja ze strony arcybiskupa. Wg dostępnych informacji, J.E. nie pełni przecież roli rzecznika Episkopatu i nie został przez kogokolwiek upoważniony do wypowiadania się w jego imieniu ani w imieniu Kościoła Katolickiego. Może się mylę?
W czyim imieniu to robi? Miliony polskich Katolików nie podzielają poglądów J.E.; są oburzeni faktem, że jego prywatne opinie utożsamiane są przez propagandę z głosem wszystkich Katolików.
Takiego stanu rzeczy nijak nie łagodzi inne wystąpienie arcybiskupa dotyczące obrony min. Radziszewskiej. Tym razem sprawa jest niewątpliwie słuszna; niemniej jego postawa jest zrozumiała z innych względów: oto po raz kolejny wyraża opinię, którą popiera inicjatywy polityczne i społeczne PO.
W innych wystąpieniach J.E. gromił zwolenników upamiętnienia Prezydenta Kaczyńskiego i pozostałych ofiar katastrofy smoleńskiej, czemu jak wiemy opiera się PO. Brał aktywny udział w propagandowych atakach, wygłaszając szereg złośliwych opinii, np.: „Kaczyński nie powinien przesłaniać Jezusa”. Itd.
Tym samym zafałszowuje istotą problemu, jaką jest ustalenie przyczyn katastrofy i dążenie do upamiętnienia polskiego patrioty, walczącego o polską rację stanu i miejsce Polski w Europie – ofiarę politycznych prześladowań.
Nie tak dawno arcybiskup zorganizował propagandowo nagłośnione modły nad grobami żołnierzy bolszewickich w Lublinie, poległych w wojnie 1920 r. Tym samym wyraził czynne poparcie dla polityki PO, w ramach której budowane są pomniki bolszewickim najeźdźcom, a protesty środowisk patriotycznych okrzyczano jako "odmawianie godnego pochówku" żołnierzom obcej armi, czego przecież NIKT w Polsce nie kwestinuje!
***
Co irytuje w wypowiedziach hierarchy? Wielokrotnie mieliśmy okazję poznać jego poglądy polityczne. Wiemy, że są bliskie idologii i praktykom UW i jej kontynuatorki – Platformy Obywatelskiej. Jest w nich pełna akceptacja – odrzucanych przez większość polskiego społeczeństwa – ustaleń „okrągłego stołu”, których J.E. jest strażnikiem.
Ponadto jest zapiekłym wrogiem lustracji, co jest zrozumiałe zwłaszcza w sytuacji, kiedy J.E. figuruje w aktach SB jako TW Filozof. Tymczasem, wierni Kościoła Katolickiego muszą wreszcie otrzymać pełny zestaw informacji na temat jego roli w tym procederze.
Hierarcha zasłynął też jako „Europejczyk” zwalczający „ksenofobów” z Radia Maryja, które jednak jest głosem milionów polskich katolików! Robił to zreszto na łamach GW, do której linii ideologicznej bardzo pasuje.
Warto przypomnieć, że pomimo wielu wystąpień, w których imiennie(sic!) i bezpardonowo gromił przeciwników PO, nigdy pełnym głosem nie wypowiedział się na temat działalności wulgarnego skandalisty J. Palikota, którego tylko mimochodem wspomniał, oczywiście bez podania nazwiska.
Nie słaszeliśmy głośnej (czy raczej jakiejkolwiek) krytyki pod adresem posłanki PO – J. Muchy, pracownika KUL, którego J.E. jest Wielkim Kanclerzem, a skąd dochodzą inne – bardzo niepokojące polskich Katolików – informacje.
Ale to wszystko jeszcze mało, bo – jak każdy człowiek – może mieć własne przekonania. Problem zaczyna się, kiedy J.E. grzmoci politycznych przeciwników przy pomocy pastorału, a – obce katolicyzmowi i polskości przesłania – ubiera w treści ewangeliczne; a to Narodzenia Pańskiego, a to Zmartwychwstania, wg pory roku i kalędarza świąt kościelnych.
I tu pojawia się grupa nawołująca do posłuchu należnego władzy duchownej. Dlatego tym ludziom szczególnie trzeba tu przypomnieć postawę Chrystusa walczącego z religijną obłudą.
Jedność Kościoła Katolickiego polega na łączeniu się w duchu Chrystusa i Ewangelii, a nie wokół – wątpliwej próby – ideologii.
Arcybiskup jest silnym ośrodkiem propagandy PO i rzecznikiem jej polityki, a robi to jako reprezentant polskich Katolików. Z czyjego nadania? Jednocześnie głośno a obłudnie wygłasza protesty przeciwko mieszaniu się kleru katolickiego do polityki.
Dlatego Episkopat Polski powinien stanowczo odnieść się do politycznej działalności J. E. Wymaga tego dobro Kościoła Katolickiego w Polsce.
Czekamy.
Odsłon: 402 Komentarzy: 3
Sunday,09 May 2010,07:59
Kategoria: Religia Sunday, 09 May 2010, 07:59
Dla wprowadzenia przypomnę pewne zasłyszane zdarzenie:
Pewien człowiek odebrał od krawca uszyty garnitur, i niezwłocznie włożył na siebie. Kiedy stał przed lustrem, dostrzegł, że w jednym miejscu garnitur marszczy się i odstaje. Niezwłocznie wrócił do krawca. Ten popatrzył, po czym rzekł: -Jeśli przesunie pan rękę do przodu, a opuści ramię – to problem zostaje załatwiony: –O, właśnie tak!
Klient wrócił do domu i znowu stanął przed lustrem, uwzględniając przy tym zalecenia krawca. Wyglądał dużo lepiej, ale wnikliwe oko żony jednak dostrzegło inny problem: odstawała tylnia część marynarki, a w dodatku była dłuższa. Więc znowu pobiegł do krawca. Ten go uspokoił: –To drobiazg. Proszę wysunąć łopatki i się nieco pochylić. … –No, widzi pan? Garnitur leży naprawdę doskonale.W najbliższą niedzielę założył garnitur i oczywiście zastosował się do zaleceń krawca. Kiedy szedł z żoną do kościoła, minął dwie rozmawiające sąsiadki. Jedna z nich była wstrząśnięta: -O mój Boże! A co się temu biednemu człowiekowi stało?! – Toż to kompletny kaleka. Za to druga słusznie zauważyła: -Ale zwróć uwagę na jego garnitur; jak doskonale skrojony. Wygląda na nim naprawdę znakomicie.
***
Niestety podobnie się rzeczy mają z chrześcijańskimi normami społecznymi. Załóżmy, że garnitur jest tu formą – np. wizją Chrześcijaństwa, w którą ubieramy przeróżne treści.Dlatego pozwoliłem sobie naszkicować probem, w istocie bardzo złożony.
Stale powraca (zwłaszcza na tym forum) problem krytyki w świetle nauki chrześcijańskiej. Czy Katolik ma prawo krytykować? Wg oponentów, oczywiście nie, bo Chrystus powiedział: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. A jeśli już, to tylko z miłością, z wielką łagodnością, dobrotliwością upominani i pouczani. Tym samym w praktyce, idą w sukurs tym wszystkim, którzy dążą do wyeliminowania głosu KK i opinii wierzących z życia społecznego i polityki, a przynajmiej – chcą zneutralizować ostrze krytyki. Przeciwnicy powołują się przy tym zwłaszcza na przykazanie miłości bliźniego, np. by wymusić akceptację, a nawet afirmację zboczeń.
Takie postępowanie w istocie prowadzi to do kneblowania społeczeństwa i eliminowania zdrowych reakcji. Bez krytyki nie ma naprawy. W perspektywie grozi to pasmem nieszczęść, a nawet zagładą.
A jak postępował sam Mistrz? -Wymyślał faryzeuszom i innym obłudnikom, obrzucał ich obelgami („obłudnicy”, „groby pobielane”, „dzieci szatana” etc.) , a nawet użył fizycznej przemocy; bił kupczących w świątyni skrąconym powrozem i wywracał im stoły. Doprowadzał oponentów do szewskiej pasji, tak, że nieraz chcieli Go kamienować, aż wreszcie ukrzyżowali z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. A On sam zalecił uczniom naśladowanie siebie.
Miłość w działaniu?… Oponenci stwierdzą, że to był przecież Bóg, któremu wszystko wolno. Chrystus był zarazem w pełni człowiekiem, doskonale wpełniającym Prawo.
Św. Jan Chrzciciel, (autor epitetu „plemię żmijowe”), zapłacił głową za krytykę Heroda.
Nie inaczej postępowali prorocy Starego Testamentu. Poddawali Izrael miażdżącej krytyce, wyzywali od „nierządnic”, „dzieci wiedźmy” etc. (Innymi słowy uprawiali …„mowę nienawiści”) Wywoływali sprzeciw, do tego stopnia, że mordowano ich „między przybytkiem, a ołtarzem”, albo ledwo uchodzili z życiem. Skarży się prorok Jeremiasz:
„Stałem się codziennym pośmiewiskiem,
wszyscy mi urągają.
Albowiem ilekroć mam zabierać głos,
muszę obwieszczać:
«Gwałt i ruina!» /…/
Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem!„
Jer 20:7-8, 14
Dla wielu, krytyk jest jak wrona na dachu, która wykrakuje nieszczęście; (to przecież wbrew idei „pozytywnego myślenia”) Ale naprawdę straszną rzeczą jest bycie prorokiem w czasach wielkiego odstępstwa.
Rzadko tolerowano upominających i nic się pod tym względem nie zmieniło. To samo – co starożytnym prorokom – przytrafiało się wielu ludziom w historii, zwłaszcza duchownym. Tak niedawno zamęczono bł. ks. Jerzego Popiełuszkę, który otwiera listę innych – zamordowanych w ostatnich latach PRLu – księży: Niedzielaka, Zycha, Suchowolca i innych.
Bezpieczniej jest milczeć. Ale przecież, rolą proroka jest upominanie, nawoływanie do poszanowania Prawa, czyli ostrzeganie ludzi przed nieszczęściem. Jeśli tego nie robi, sam staje się odpwiedzialny, o czym czytamy w Piśmie. Prorok Jonasz próbował uciec, ale wiemy jak się to skończyło. Prorok Jeremiasz miał serdecznie dosyć swojej misji, ale nie mógł jej zaprzestać:
„I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał
ani mówił w Jego imię!
Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień,
nurtujący w moim ciele.
Czyniłem wysiłki, by go stłumić,
lecz nie potrafiłem.”
Jer 20:9
Jakże przejmujące wyznanie.
Dostaliśmy Prawo, by nas wychowywało, bo przez Nie uzyskujemy „znajomość grzechu”. Bez takiego punktu odniesienia i bezwzględnej oceny – nie ma naprawy. Eliminując proces wartościowania – osądu, odwracamy się od możliwości rozwiązania problemu. W istocie, jest to dzałalność BEZWARUNKOWA. Robimy to ciągle – oceniając nasze i innych postępowanie czy motywacje. Chcemy niejako ubiec „oskarżyciela” i karzący gniew Pański. Zauważmy, że kiedy osądzamy wg Prawa – zawsze skazujemy na wyrok potępiający, nawet wtedy, gdy właściwie postępując nie robimy czegoś „z serca” (ale np. z obawy), „bo nie ma sprawiedliwego”. I dobrze, bo wtedy zwracamy się do Tego, który może pomóc. A ci, co się dobrze mają, lekarza nie potrzebują; musimy najpierw stwierdzić, że coś nie jest w porządku; wtedy prosimy o pomoc, bo „w Jego ranach jest nasze zdrowie”.
Z drugiej strony, Jezus mówi: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Z całą pewnością nie jest to skierowane przeciwko ocenianiu siebie i innych. Raczej wskazuje na konieczność osiągnięcie wiary i miłości, w której jest usprawiedliwienie:
”Gdy wiara nadeszła, nie jesteśmy poddani wychowawcy” Gal 3:25
Dopiero wtedy.
Prawdziwa wiara, czyli taka, która ma w sobie moc – jest uwieńczeniem Drogi, którą jest Chrystus. Wielokrotnie i dobitnie określił On, o jaką tu wiarę chodzi. A wszystko zaczyna się od ziarna – słowa, które – w optymalnych warunkach – podlega procesom obumierania, wzrostu i owocowania. Niestety zbyt często wiara utożsamiana jest z otrzymaniem i zaakceptowaniem informacji, którą przyjmujemy tylko dlatego, że pochodzi od jakiegoś autorytetu, np. rodziców, księdza, nauczyciela. (W istocie jest porcją wiedzy, którą przyjmujemy.) A przecież jest to dopiero początek, który nierzadko kończy się na biernym uczestnictwie w samej tradycji, bardziej kulturowej niż religijnej. Problem powstaje wtedy, gdy pomimo tego, będąc na początku Drogi, utożsamiamy się z tekstami z Pisma, które odnoszą się do tych, którzy osiągnęli wysoki, względnie najwyższy, stan duchowego rozwoju. Wydaje się nam, że „głęboko wierzymy”, albo „kochamy”…
Miłości nie możemy sobie narzucić. Niemniej usiłujemy naśladować Mistrza, i niewątpliwie musimy to czynić. Ale – o czym powinniśmy pamiętać – jest to stan „serca” ludzkiego, związany z kompletną transformacją umysłu. Jest to etap niemożliwy, przeciwny ludzkiej naturze, uzyskiwany tylko dzięki Bożej łasce.
Jak się taki stan uzewnętrznia? Zachowane w Ewangeliach opisy Mistrza dobitnie świadczą o tym, że w swoich reakcjach był też w pełni człowiekiem, ze wszystkimi ludzkimi reakcjami, jak: radość, smutek, rozpacz, dobroć, łagodność, ale i gniew, i wielka pasja, prowadząca nawet do fizycznej przemocy. Był człowiekiem emocjonalnym. Nie wszystkich też traktował z wyrozumiałością i cierpliwością, a postępował stosownie do okoliczności.
Nie inaczej było ze świętymi; reprezentowali całą gamę ludzkich zachowań i reakcji. Niemniej faktem jest, że w historii Kościoła mamy także wielu świętych opisywanych jako wyłącznie (by nie powiedzieć nieludzko) dobrotliwych, łagodnych, cierpliwych, wyrozumiałych etc. – bez względu na okoliczności. Generalnie, takie tylko przymioty utożsamiamy ze stanem miłości i próbujemy naśladować. To z kolei cząsto daje nam poczucie spełnienia i samozadowolenia – jesteśmy „sprawiedliwi”, ale Bóg patrzy w serce. Pamiętajmy o faryzeuszach.
Niewątpliwie takie przymioty miały pozytywny wpływ cywilizacyjny; kształtowały cywilizację chrześcijańską. Przyczyniły się do wytworzenia pewnego wzorca kulturowego, a generalnie – do wielkiego łagodzenia obyczajów. Niemniej, nie powinny służyć do eliminowania krytyki katolickiej z debaty politycznej i tępienia jej ostrza – w sprawch dla nas ważnych.
Miłość jest jakością, której nie możemy zdefiniować, wkraczającą w wieczność. Bo czym jest? – Bezgranicznym altruizmem, albo bezgranicznym szczęściem?
Co nam to mówi? …Dlatego, mamy opisy mówiące jaka jest miłość, ale nie – czym jest. To przymiot Boga, o jakim mówi Prawo i Prorocy; właściwie całe Pismo jest tylko o tym. To ostateczność.
Naśladując zachowanie tych co kochają, albo symptomy miłości, co najwyżej wyrażamy pragnienie prawdziwego kochania. To ciągle imitacja. Zewnętrzna tylko dobroć, miłosierdzie albo cierpliwość, łaskawość – to wszystko za mało. Tak samo postępowali faryzeusze.Wiążąc miłość wyłącznie z dobrotliwym zachowaniem i łagodnością, nie pamiętamy, że – jak wielokrotnie mówi o tym Pismo – miłość rodziców przejawia się właśnie w karceniu potomstwa. W sytuacjach wyjątkowo ważnych trzeba podjąć stosowne, radykalne nieraz środki. Kiedy np. wybucha pożar, nie wyłączymy sygnałów alarmowych po to, by nie straszyły ludzi.
Napisane jest: „niech sprawiedliwy mnie bije, to czyn miłości” Ps 141
Miłość to jakość, którą wyraża ktoś prawdziwie kochający. Trzeba też przynajmniej wspomnieć o mądrości, która miłości towarzyszy, a która pomaga rozumieć i przebaczać. A przede wszystkim, spotyka nas cierpienie, które jest „tworzywem zbawienia” i wyrazem Bożej …miłości. Kiedy oddzielamy Boga objawionego przez Chrystusa od „okrutnika” (tak właśnie kiedyś o Nim myślałem) ze Starego Testamentu, nie pamiętamy, że jest to ten sam (bo „Ja się nie zmieniam”) Bóg miłości. On cierpi z nami, bo największym szczęściem kochającego jest dobro obiektu miłości – człowieka.
***
Nawiązujc do historyjki – motta mojej wypowiedzi; zauważamy, że często stroimy się w szaty doskonałości. I w tym tkwi problem. Dlatego w tylu wystąpieniach Chrystus walczy z religijną obłudą, czyli – rozbieżnością pomiędzy formą, a treścią – gdzie rozgrywa się nasz dramat.
A wracając do krytyki… Powtórzmy: „niech sprawiedliwy mnie bije, to czyn miłości” Ps 141
Tylko Bóg jest sprawiedliwy, a my musimy dążyć do prawdy w każdej postaci i sytuacji, w miarę rozumienia wypływającego z mądrości. Krytyka, aby być krytyką, ma być celna, zasadna i rzeczowa, a jej podstawą musi być prawda. Dopiero wtedy „nasi krytycy są naszymi przyjaciółmi”, (jak mawiał Th. Jefferson).
Treść krytyki i wagę problemu powinna odzwierciedlać właściwa forma; zresztą, tak samo jak w sztukach plastycznych, poezji czy architekturze. Zauważmy w tym miejscu, że słowa – terminy jakich używamy, w istocie nie dają się zastępować, bo nawet synonimy posiadają inny ładunek emocjonalny, symbolizują różne stany umysłu i inne rzeczywistości.
Właśnie krytyka chrześcijańska polega na wielkiej rzetelności i powinna być wolną od moralnych kompromisów:
„Aż do śmierci stawaj do zapasów o prawdę,
a Pan Bóg będzie walczył o ciebie.
Nie bądź odważny w języku,
a gnuśny i leniwy w swych czynach.”
Syr 4:28-29 (z rozdziału: „Prawda i dobroć”)
Zasadniczą rolę odgrywa nasza motywacja – intencja; może robimy to tylko z nudów, kogoś nie lubimy i chcemy mu przypaskudzić, albo, po prostu, chcemy mieć rację. A zwłaszcza, czy motywem jest dążenie do dobra i doskonałości innych? Tak być powinno.
Chciałem tu zastrzec, że w żadnym wypadku nie nawołuję tu do postępowania, które przyczyniłoby się do dalszej brutalizacji w relacjach międzyludzkich. Wręcz przeciwnie. Konieczny jest umiar i wyrozumiałość dla ludzi o innych – niż nasze – poglądach. Uważam jednak, że we wszystkim powinny być zachowane właściwe proporcje i pełna świadomość naszej ludzkiej kondycji.
***
„Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”…
Odsłon: 271 Komentarzy: 0
Wednesday,08 December 2010,06:22
Kategoria: Historia Wednesday, 08 December 2010, 06:22
W zamyśle, moja opinia o nacjonalizmie miała być głosem w dyskusji na temat tez zawartych w artykule pana Adama Danka: „Przeciw obozowi małej Polski”. http://fronda.pl/adamdanek/blog/przeciw_obozowi_malej_polskiPonieważ przekroczyła ramy opinii, postanowiłem ją zamieścić jako osobny artykuł.
Tak już się dzieje w tej ludzkiej przyrodzie, że myślenie zmienia się w zależności od materialnych uwarunkowań. Prądy myślowe i stany świadomości są zwykle odpowiedzią naszego umysłu na to, co zaistniało dookoła nas w świecie materialnym. I z przykrością trzeba zauważyć, że jakiś tam Marks może jednak mieć w czymś rację, albo Freud jednak mówi brutalną prawdę o ludzkości, bo człowiek – to jednak istota napędzana instynktami, by nie powiedzieć – zwierze: kiedy coś boli, to od tego ucieka, ale kiedy widzi korzyść – nic nie jest w stanie go powstrzymać.
Za to w Chrześcijaństwie, tym liczonym co najmniej od Abrahama (bo Chrystus Jest od początku świata, no i jest obecny w Starym Testamencie), jest dokładnie na odwrót. To świadomość kształtuje byt, bo „na początku było Słowo”… Dostaliśmy „doktrynę” i mozolnie usiłujemy ją realizować w codziennym życiu. Podobnie działają twórcy doktryn społecznych i politycznych. Różne są ich drogi, bo ci, którzy bazują na realiach tego świata – wytyczają polityczne szlaki, które wiodą do ulepszania społeczeństwa. Tacy, którzy kreują polityką oderwaną od tej rzeczywistości – nigdy nie opuszczają „kanapy”, albo tworzą jakieś potworki.
I tak oto całe życie ludzkie (także społeczne i polityczne) rozgrywa się pomiędzy tymi dwoma biegunami, tak odległymi jak północ i południe: skrajnym, zwierzącym egoiźmie i Miłością (tą z dużej litery, ewangeliczną).(A na marginesie: można zauważyć, że systemy oparte na ludzkim (indywidualnym lub grupowym) egoiźmie, czyli solidnej podstawie, sprawdzają się w „tym świecie” (jak np. dziki kapitalizm), są operatywne i skuteczne. Inne, wymagają dużej nieraz pomocy ze strony socjotechniki i rozbudowanego aparatu policyjnego.)
***
Największym przestępstwem Marksa, wręcz umysłową zbrodnią, było przekształcanie świętych idei zawartych w idealistycznej doktrynie Chrześcijaństwa (które czerpał za pośrednictwem chrześcijańskiego myśliciela Claude Henri de Rouvroy, comte de Saint-Simon – jednego z twórców socjalizmu, który to widział jako „nowe Chrześcijaństwo”, bo stare oczyścił z dogmatów itd.) w materialistyczny socjalizm i komunizm. Idee wprzęgnięte w świat instynktu i egoizmu tracą w taki sposób całą życiodajną stronę i prawdziwą moc. Mało tego, że ulegają degradacji, by nie powiedzieć ….., ale też nabierają szatańskich właściwości, ”bo moc wystawiana na próbę, karci niepokornych”… (Chodzi tu o moc Słowa Bożego.) I dlatego komunizm pochłonął tyle milionów ofiar, bo każdy system, który – jako wartość najwyższą – stawia człowieka, a nie Boga – jest skazany na upadek. Bóg dba o Swoją cześć: „chwały Mojej nie oddam innemu”. Z tego względu, ogołocony z wartości chrześcijańskich, „humanistyczny” system społeczny i polityczny U.E., stacza się nieuchronnie do czegoś bliskiego nazizmowi. Można tu wymienić całą listę symptomów. A to wszystko wynika z odrzucenia Prawa Bożego, z braku Bożej podwaliny.I taka właśnie diagnoza wynika z lektury Pisma św.
***
Nacjonalizm ma to do siebie, że pojawia się w momentach zagrożenia bytu narodowego. Jest instynktem samozachowawczym narodu. Sam w sobie nie jest ani zły ani dobry. Z całą pewnościa nie jest doktryną wymyśloną („na zaś”) na kanapie, ale, jako zaistniała postawa społeczno-politczna, może zostać jedynie opisany i zdefiniowany. Nawiązując do tego co napisałem wyżej, można tu zauważyć, że jako zjawisko typowo ziemskie, bywa bardzo skuteczny. Dlatego przeszywa lękiem różnych wrogów polskiej racji stanu, i jest przez nich tak bardzo nienawidzony i zwalczany. A więc, jego istotę i siłę określają przede wszystkim warunki – czyli zagrożenia w jakich się pojawia. Oczywiście istnieje możliwość podsycania lub gaszenia atmosfery zagrożenia porzez ukierunkowane działania propagandowe i manipulacje, prowadzące nieraz do patologii.
Zauważmy, że polski nacjonalizm II R.P. dlatego miał charakter „etniczny”, bo był ukształtowany przez specyficzną historię, a także stanowił odpowiedź na inne, konkurencyjne nacjonalizmy, właśnie „etniczne”, z których najpoważniejszym był żydowski, obok ukraińskiego, litewskiego i białoruskiego. Właśnie przez te nacjonalizmy – zagrożenia, w etnicznym tyglu ziem polskich pod rozbiorami, został ukształtowany. W ówczesny stan rzeczy po prostu wpisane były konflikty dotyczące terytorium, języka, kierunków oddziaływania, co ostatecznie przełożyło się na określoną politykę wewnętrzną kraju.
W dalszej kolejności, nacjonalizm jest wykorzystywany przez polityków i ideologów, którzy – stosownie do talentu czy umiejętności – są w stanie to zjawisko kontrolować i moderować, np. poprzez chrześcijańską nadbudowę, nadawać mu ostateczną formę. Ale dalej idące zmiany, pozwalające na stworzenie jakiegoś nacjonalizmu ponad-etnicznego wymagałyby innej historii, albo gruntownego przekształcenia ludzkiej świadomości, zmiany celów i ambicji nie tylko nacjonalizmu polskiego, ale takiego np. …syjonizmu, albo nacjonalizmów litewskiego czy ukraińskiego, budowanych przecież na zagrożeniu polskim. Dlatego podobne koncepcje przechodzą do historii jako „pobożne życzenia”.
Odsłon: 333 Komentarzy: 5
Saturday,17 July 2010,20:37
Kategoria: Religia Saturday, 17 July 2010, 20:37
Uwagi na marginesie felietonu p. Lisickiego „Mesjanizm spod Smoleńska”.
http://blog.rp.pl/lisicki/2010/07/16/mesjanizm-spod-smolenska/
Osobliwe rzeczy wypisuje pan Lisicki.
L.: „Stąd wniosek Terlikowskiego, że tragedia odsłania „misję, jaką dla Polski przewidziała Opatrzność”.”
A któż inny panie L.? Całe Pismo mówi o przeznaczeniu, o tym, że „dni określone zostały, chociaż żaden z nich jeszcze nie nastał”, o „wypełnieniu czasu”, o tym co się stało i co będzie, tak w sensie ogólnym jak i indywidualnym.
L.: „Dziwne miałem uczucia, czytając te słowa. Raz, że chociaż chrześcijanie wierzą w boskie rządy nad światem, to wierzą też, a przynajmniej powinni, że drogi Boga nie są drogami człowieka.”
To prawda, ale co to znaczy? Człowiekiem rządzi egoizm, który jest czymś skrajnie innym od Miłości – atrybutu Boga, jej zaprzeczeniem. To dlatego te drogi są różne.
A skoro ludzie są już wsadzeni w tę polską „koleinę żywota”, to jednak mogą albo Boga przekląć, albo powiedzieć: „bądź wola Twoja”. Wtedy droga Boga staje się drogą człowieka. A nawet, gdy to co się dzieje jest cierpieniem, (a nawet „kiedy z Nim umieramy”…) to już z Jego udziałem. Dopuszczając miłość, doznajemy Odkupienia, bo Miłość jest wypełnieniem Prawa, a w ów czas cierpienie zamienia się w bezgraniczne szczęście (bo cierpienie jest skutkiem przekroczenia Prawa.). Doznajemy owego „czasu świętego”, który jest przekroczeniem ziemskiego pojęcia czasu. Taki moment „Jest”. To już wieczność. A zaczyna się już tutaj, na ziemi, bo „Królestwo Boże jest w was”.
Co to znaczy, że właśnie Chrystus jest „Drogą”?
- Do Zbawienia nie ma innej drogi.
I na tym polega ten nieszęsny polski Mesjanizm. Jest „głupstwem” dla wielu, ale czy jest lepsze rozwiązanie? Przynajmniej w tym niektórzy Polacy są autentycznie mądrzy. Ludzie i tak cierpią, chcą tego czy też nie: przeciwności życia, choroby, śmierć, klęski żywiołowe, problemy cywilizacyjne, miliony ludzi żyje na antydepresantach, umiera z głodu lub przejedzenia itd.
L.: „Na czym ona polega? „Polacy – czy tego chcą czy nie – wezwani są do misji, która sprawia, że nie będziemy narodem, który zadowoli się samym tylko istnieniem. (…) Polacy co jakiś czas składają ogromną daninę z krwi. (…) Polska ofiara nadal się dokonuje”. I dalej: „Sensem historii Polski jest niejako współuczestnictwo w jedynej ofierze Chrystusa”.”
Amen.
Jeśli już mają cierpieć, to przynajmniej niech to robią z sensem.
Odsłon: 449 Komentarzy: 6
1
