
Monday,05 November 2012,11:09
Kategoria: Fronda Monday, 05 November 2012, 11:09
Z cyklu: sprawy podstawowe.
Tekst jest odpowiedzią na wpis Sorciera pt. O idei narodowej na tronie, w którym twierdzi, że popełniłem gafę pisząc, że idea narodowa jest sprzeczna z chrześcijaństwem.
Idea narodowa
Wokół pojęcia narodu narosło wiele nieporozumień. Jedni oskarżają je o wszelkie zło, inni chcą za naród umierać lub zabijać. Pojęcia patriotyzmu, nacjonalizmu, szowinizmu są dziś nieostre i zachodzą na siebie. W dyskusji o idei narodowej nie ruszymy z miejsca, póki nie odpowiemy sobie na pytanie: czym jest naród ?
Najlepsza definicja, jaką znam mówi, że naród jest wspólnotą języka, kultury i historii. Każde słowo w tej definicji jest ważne, ale najważniejszy w tym zdaniu wydaje się podmiot. Wspólnota. Grupa ludzi.
Naród tworzą konkretni, materialni ludzie, którzy posługują się wspólnym językiem, poruszają się we wspólnej kulturowej przestrzeni i czuja więź wynikających ze wspólnej historii, wspólnie przeżytych przeszłych wydarzeń.
Dodam jeszcze, że każdy z tych elementów – język, kulturę i historię narodu – uważam za wartości same w sobie, warte wysiłku w ich pielęgnowaniu i rozwijaniu.
.
Idea narodowa, która upowszechniła się w XIX wieku zakłada, że naród jest osobnym, abstrakcyjnym bytem. Byt ten posiada własną wolę, walczy, rozwija się i może także umrzeć . Ma również własne prawa, w jego imieniu można sprawować władzę, walczyć i zabijać. Można nawet postawić ten byt na pierwszym miejscu w hierarchii wartości, uznać jego dobro za rzecz najważniejszą w życiu (nacjonalizm), albo wręcz w jego imieniu niszczyć inne narody i zabijać konkretnych ludzi (szowinizm).
Przed epoką triumfu idei narodowej, naród był rozumiany po prostu jako grupa ludzi o wspólnych cechach. Narodowość była jedną z (lub grupą) cech, właściwości człowieka; taką jak kolor skóry, wzrost, pochodzenie społeczne, płeć. Czy cecha może mieć własną wolę? sprawować władzę? Feministki na pewno powiedzą, że męskość przez wieki sprawowała władzę, ale na szczęście nie musimy ich słuchać. To ludzie i tylko ludzie posiadają cechy, które przypisujemy narodowi. Idea narodowa to antropomorfizacja pojęć, która prowadzi do abstrakcyjnych rozważań typu darwinizmu narodowego i utraty z pola widzenia człowieka. A stąd już tylko krok do frontów I wojny światowej, do Sommy i Passchendaele.
Jestem informatykiem. To dość specyficzna grupa zawodowa. Szybko rozwijająca się informatyka tworzy własny, slangowy język, w którym trudno połapać się osobom spoza środowiska. Stereotypowy informatyk ma sprawny, analityczny umysł, ale także pewne trudności w porozumiewaniu się z ludźmi z „normalnego” świata. Informatycy wytworzyli swój specyficzny humor i zwyczaje, które można uznać za rodzaj kultury. Mają też swoją - dość krótką na razie – historię, do której przeszedł ostatnio Steve Jobs.
Jednak nie przychodzi mi do głowy pomysł, żeby walczyć lub zabijać za „informatyzm”, choć informatycy z pewnością stanowią pewną wspólnotę języka, kultury i historii. Przyznam się, że wzdragam się nawet przed myślą, aby otoczyć informatyków jakąś szczególną miłością.
Jeśli ktoś uważa, że żartuję, lub przesadzam, to przypomnę, że równie bzdurna idea „robotnicyzmu”, - wspólnoty robotników wszystkich krajów - pochłonęła w XX wieku dziesiątki milionów ofiar.
.
Warto dodać, że idea narodowa nie jest tożsama z nacjonalizmem. Idea narodowa jest koncepcją, która tworzy fikcyjny byt: chochoła, golema, złotego cielca. A nacjonalizm oddaje mu pokłon, stawia na tronie lub ołtarzu.
Zauważmy jeszcze, że dyskusje o nacjonalizmie i patriotyzmie, obracają się wokół tego golema, rozważają jego prawa, krytykują jego ubóstwienie, ale rzadko kto dostrzega, że dyskusja toczy się o fikcji.
Oczami chrześcijanina
W gąszczu nowożytnych idei trudno się połapać. Dla mnie odkrycie, że król jest nagi, było prawdziwym wstrząsem. W pierwszej chwili, uwolniony od idei narodowej, poszybowałem ku wspólnocie wszystkich ludzi i świadomości globalnej. Ale nie jest łatwo wyprzeć się dobra wynikającego z udziału we wspólnocie, w tym narodzie rozumianym pierwotnie. Potem zrozumiałem, że nawet nie wolno.
Chrześcijanie mają łatwiej. Gdyby tylko poważnie traktowali Dekalog i Przykazania Miłości, nie mieliby kłopotu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – nie stawiaj czyjegokolwiek dobra ponad wolę Boga. A jeszcze lepiej : „Jest jeden Bóg” – reszta to golemy z błota lub złote cielce.
No i najważniejsze: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, bez zwracania uwagi, czy jest Żydem, Grekiem, czy Niemcem. Robotnikiem, informatykiem, czy feministką. Chrystus tak właśnie robił, pomagał Samarytanom, uzdrawiał Rzymian, nikomu nie odmówił pomocy, choć miał z tego powodu nieprzyjemności u uczonych w piśmie.
Na mocy czwartego przykazania osobna miłość przypada rodzicom. Trzeba ich kochać i szanować, a do tego niezbędne jest zrozumienie, poznanie kultury i historii rodziców. Bez zrozumienia niczego się od nich nie nauczymy. W naród rozumiany wspólnotowo, wchodzimy naturalnie, wprowadzeni przez rodziców. To im, nie golemowi idei narodowej jesteśmy winni miłość.
Miłość należy się każdemu człowiekowi dlatego, że jest człowiekiem. Jeśli Bóg jest moim Stwórcą i Ojcem, to każdy człowiek jest moim bratem. Może nawet Bratem. Z definicji, a nie z tytułu przynależności do jakiegoś abstrakcyjnego bytu, nawet nie z powodu posiadania jakiejs cechy.
Wspaniałą chrześcijańską odtrutką na wszechobecną ideę narodową jest fenomen misji. Grupa chrześcijan zbiera się i wyjeżdża na koniec świata, aby obdarzyć miłością całkowicie obcych ludzi. Afrykanów, Azjatów, często nawet nie Chrześcijan. Podejmują radyalną deyzję słuzby ludziom, z którymi wiąże ich ta jedyna nić ogólnoludzkiego braterstwa wynikająca z Bożego ojcowstwa. A przecież nie wyrzekają się tego, kim są, nie wyrzekają się języka, kultury. Przeciwnie, są świadkami nie tylko Chrystusa, ale także własnego narodu.
Ukryty nacjonalizm, czyli stan na dziś
To, co stało się w dziewiętnastym wieku z rozumieniem narodu, tak głęboko przeorało świadomość chrześcijan, że często nie wyobrażamy sobie, że kiedyś mogło być inaczej. Że byli ludzie, którzy np. przedkładali wierność rosyjskiemu Carowi posiadającemu tytuł króla Polski ponad wierność narodowi polskiemu. Dziś powszechnie uważa się, że taka postawa jest zdradą. Bardziej oburza nas zdrada abstrakcyjnej, fikcyjnej idei, niż zdrada wobec konkretnej osoby legalnego władcy ( abstrahując już od kwestii, na ile ten władca był legalny ).
Oczywiście nie mam nic przeciwko takiemu działaniu „w interesie narodu”, które jest zbieżne z interesem i dobrem ludzi, którzy ten naród tworzą. Natomiast działania wyłącznie w imieniu lub interesie abstrakcyjnego narodu, niesie niebezpieczeństwo utraty z pola widzenia konkretnych, żywych ludzi, a w konsekwencji poświęcanie ich losu dla idei.
Przywracanie systemu, czyli patrząc w przyszłość
Myślę, ze wszyscy zgadzamy się z tezą, że świat zmierza w złym kierunku, że system, który przestaje prawidłowo funkcjonować, należy przywrócić do wcześniejszej wersji ( że się posłużę pojęciem z języka „informatyzmu”).
Tylko jak daleko należy się cofnąć, żeby zaczerpnąć wzorce wolne od toczącego nas wirusa? Jeśli ktoś myśli o II Rzeczypospolitej, to usłyszy moje stanowcze „nie”. Wtedy hasło „Bóg, honor, ojczyzna” rozumiane było już jako „naród, duma, tradycja katolicka”, albo wręcz „polskość, arogancja i Bóg po mojej stronie”.
XIX wiek też nie wchodzi w grę, Napoleon zaraził całą Europę francuskim rozumieniem narodu i nienawiścią do Kościoła.
Dla wielu wzorcem jest Tridentina, reakcja Kościoła na zło Reformacji. Problem w tym, że reformacja była reakcją na zło w Kościele. Zatem jeszcze za blisko.
Można za wzór przyjąć okres rozkwitu średniowiecza. Ale każdy rozkwit nosi w sobie zalążki schyłku. Sojusz władzy i religii skończył się źle dla obu: demoralizacją władzy i próbą narzucania wiary siłą.
Moim zdaniem jedynym źródłem danych z którego możemy bezpiecznie czerpać, są pierwsze wieki Chrześcijaństwa. Czas Ojców Kościoła, formowania Liturgii, ale i męczeństwa; wiary przenoszącej góry i obalającej imperia. I znowu zniechęcający banał: im bliżej czasów Chrystusa, bliżej Ewangelii - tym lepiej. Czerpmy z Ewangelii, uczmy się z niej, drodzy Chrześcijanie. Tam jest wszystko.
.
P.S. Na teraz polecam jeszcze pewną obserwację: przysłuchajcie się politykom. Wyczulcie uszy na frazy typu „naród chce”, z woli narodu”, „dla dobra narodu” „w interesie narodu”, „duma narodowa”. Zauważcie, jak często odwołują się do błotnego golema, próbując wyłudzić poparcie ludzi, którzy tym narodem faktycznie są.
.
Pozdrawiam !
Odsłon: 2410 Komentarzy: 77
Wednesday,25 January 2012,13:19
Kategoria: Kościół Wednesday, 25 January 2012, 13:19
dla Tia,
panel o postmodernizmie
.
Gdy dwie wielkie ideologie XX wieku utopiły świat we krwi, mądrzy ludzie zaczęli zastanawiać się, jak uchronić ludzkość przed podobną katastrofą w przyszłości. Sama przyszłość także nie zapowiadała się optymistycznie, spór między komunizmem i resztą świata utknął w impasie, gdyż komunizm wykluczał rozwiązania inne niż własne. Ludzkość stanęła przed perspektywą fizycznego unicestwienia w nuklearnej wojnie światowej.
.
Mądrzy ludzie zareagowali tak, jak reaguje małe dziecko, gdy rodzice skaczą sobie do gardeł: nie kłóćcie się – powiedzieli. - Nie widzicie, ze ten spór nas zabija? Nieważne, kto ma rację. Odtąd, dla własnego dobra, dla własnego przetrwania, zaprzestaniemy sporów. Każdy będzie mógł powiedzieć i zrobić, co chce, bez konsekwencji i bez oceny moralnej.
Pomysł, który był sposobem na przetrwanie ludzkości, szybko przeniknął do filozofii i kultury. Nie kłóćmy się, nie walczmy ze sobą; cena za konflikty jest zbyt wysoka. Ty masz swoją prawdę, a ja swoją.
.
Dziś ustój, który postawił świat na krawędzi zagłady, należy już do historii. Bo jego prawda była po prostu nieprawdziwa.
Ale zwyczaj, prąd w kulturze, sposób prowadzenia dyskusji – pozostał.
Współczesne dyskusje, które powinny zakończyc się wnioskami, kończą się zwyczajowym ”Nie kłóćmy się”. „Ty masz swoja prawdę, a ja swoją”.
Po co więc dyskutować? Po co używać argumentacji, skoro rozbije się ona o pancerz uprzejmości i „swoje” hermetyczne zdanie oponenta? Owszem, wysłucha Cię, nawet uprzejmie powstrzyma ziewanie. A gdy skończysz, wygłosi własny monolog.
Czy nie lepiej zająć się czymś bardziej konkretnym, niż rzucanie grochem o ścianę, czczą gadaniną, która nikogo nie interesuje? Pójść na zakupy, zająć się seksem, alkoholem. Przynajmniej będą jakieś efekty.
.
Postmodernizm otula dyskusję poduszką powietrzną, chroni przed konfliktem. Ale też odbiera jej sens. Nie warto się angażować, bo to i tak niczego nie zmieni. Tylko głupiec może się angażować, podniecać iddeą. A poświęcać jej życie? Więcej sensu ma pójście na piwo.
.
.
W tekście Tia pojawiła się teza, że w świecie przed-post-modernistycznym obowiązywał charakterystyczny dla danej epoki nurt, główny mit lub mainstream, ograniczający wolność żyjących w nim ludzi, narzucający pewien sposób myślenia.
Trudno zaprzeczyć, że takie nurty istniały. Ale zarzut o ograniczeniu wolności świadczy o jakimś fundamentalnym niezrozumieniu historii i ludzkiej natury. Nurty w kulturze i sztuce zawsze powstawały nie jako sposób na konserwację pewnego rodzaju myślenia i ograniczenie wolności, a przeciwnie - jako zaprzeczenie i złamanie obowiązującego sposobu myślenia. Prekursor nowego nurtu musiał zbuntować się przeciwko obowiązującym zasadom, przeciwko „starym” i możnym tego świata. Musiał na szali postawić swoje życie, zdrowie, zaryzykować kpiny i niedostatek materialny. Nowy nurt zawsze jest przejawem i triumfem wolności, wspaniałą zdobyczą i ukoronowaniem wielkich wysiłków twórców. Owszem, gdy nurt się ugruntował, szła za nim masa naśladowców i konformistów. Ale w następnym pokoleniu już czaił się ktoś szykujący marsz pod prąd, młody zbuntowany, prekursor kolejnego nurtu i diametralnej odmiany.
Postmodernizm nie daje szansy na prawdziwa odmianę. Co z tego, że pojawi się nowy nurt? Nikogo nie przekonasz, wszystko już było, ludzie wzruszą ramionami, wrócą do swoich zajęć i „swojej” prawdy. Czyż to nie jest problem współczesnej sztuki ?
Jak wyjsć z zaklętego kręgu postmodernistycznej obojętności, jeśli wszystko już było?
Jeśli cechą charakterystyczną postmodernizmu jest zawieranie w sobie wszystkich dotychczasowych nurtów, to po postmodernizmie, jako jego odwrotność, musi nastąpić epoka z jasnym i wyrazistym pojedynczym nurtem.
Zgadzam się z Autorem, że należy pamiętać o poszanowaniu wolności, o ‘antycenzuraliźmie”, o tym, żeby nie powtórzył się nazizm i komunizm z jego aparatami wymuszania poglądów – terrorem i propagandą. Ale pomiędzy propagandą a brakiem zdania istnieje jeszcze sporo miejsca na wolne, lecz wyraziste poglądy.
Nie jest prawdą, że przed postmodernizmem nie było wolności. Bez wolności nowe nurty nie powstałyby w dziejach ludzkości. Nie jest też zatem prawdą, że bez postmodernizmu nie może istniec wolność, że atak na postmodernizm jest atakiem w samą istotę wolnosci.
Jeśli pojawi się nowy nurt, będzie to odmiana. Tym razem postmodernistyczna wielość i nieokreśloność wystąpi w roli starego skostniałego nurtu ograniczającego wolność, wstrzymującego zmianę i kolejny ruch dziejowego wahadła.
.
Spis linków tekstów powiązanych i związanych:
Panel o postmodernizmie - KrisRuminski - wpis moderacyjny
1. Pyrrusowe zwycięstwo prowokacji - KrisRuminski
2. Polska Hipnoza i perspektywy przebudzenia - oprac. KrisRuminski
3. Duch czasu, czyli o postmodernizmie raz jeszcze - Włóczęga
4. Rów mariański - KrisRuminski
5. Muzyka rewolucji obyczajowej lat 60 - Chcący
6. Filozoficzny obraz wieku XX - Leszek71
7. Dlaczego prawda jest jedna? - Chcący
8. Rola filozofii w kulturze - Leszek 71
9.O pożytkach współczesnej filozofii- Leszek71
10.Postmodernizm, czyli okiem quasi(?)-fenomenologicznym- tia
11.Postmodernizm i jego ONO- tia
Odsłon: 851 Komentarzy: 115
Friday,11 February 2011,12:35
Kategoria: Kościół Friday, 11 February 2011, 12:35
Z cyklu – sprawy podstawowe.
Do napisania tekstu systematyzującego drogę chrześcijanina skłonił mnie wpis Jacka Schmidta o rozwoju wspólnot ducha w Polsce. Pojawiło się tam pytanie: skąd bierze się zapotrzebowanie na duchowość indywidualną, egocentryczną? Czy tylko z egoistycznego kierunku rozwoju współczesnego konsumpcyjnego społeczeństwa? Rozważania doprowadziły mnie do wniosku, że duchowość indywidualna jest pewną niezbędną fazą rozwojową chrześcijanina, która często jest pomijana. Stąd był już tylko krok do nazwania i opisu innych faz rozwoju duchowego.
Tekst jest próbą usystematyzowania wiedzy, po części opisem własnej drogi.
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to uproszczenie, w dodatku subiektywne. Ale może przyda się komuś do orientacyjnego ustalenia, gdzie na tej drodze się teraz znajduje.
Systematyka jest ważna także z innego powodu: osoba będąca na pewnym poziomie, generalnie nie ma szans skoku o dwa poziomy do góry. Nawet nie rozumie odległych poziomów. Zatem nie ma co przekonywać takiej osoby do „przeskoczenia” poziomów. Można pomóc komuś we wspięciu się o jeden poziom. Lub zaprowadzić do Chrystusa, który pociągnie go w górę.
Nie da się przekonać ateisty do poziomu szóstego, póki nie przebrnie przez czwarty, tak samo nie da się przekonać „światowca”, że powinien nad sobą pracować. Nie da się też przekonać do Kościoła indywidualisty-egocentryka, który jeszcze nie wie, do czego Kościół może mu być potrzebny.
.
Zapraszam do lektury, prosząc od razu o uwagi, które pomogą „doszlifować” tekst i całą koncepcję.
1. Człowiek Światowy.
Nie posiada zauważalnych potrzeb duchowych, nie stawia pytań podstawowych, życie codzienne i rozrywka wystarczają mu w zupełności. Pytanie o sens życia czy rozwój duchowy zbywa śmiechem albo pukaniem w czoło. Wszyscy wiedzą, że światem rządzi seks i pieniądze.
2. Duchowość śmieciowa.
Reprezentant tego poziomu posiada pewne potrzeby duchowe, które zaspokaja pierwszym napotkanym towarem. Nie dokonuje żadnej refleksji, a tym bardziej analizy tego, co przyswaja. Klient wróżek, horoskopów i tej ideologii, którą właśnie poznał. Poziom egzaltowanych nastolatek i miłośników horrorów. Tu znajduje się także część nominalnych katolików żywiących się zewnętrzną powłoką chrześcijaństwa ( ponieważ na nią akurat trafili). Na tym poziomie równie wartościowe są dla odbiorcy historie o aniołach, jak o wywoływaniu duchów i zwykłych zabobonach.
3. Poszukujący.
Zastanawia się nad podstawowymi pytaniami świata, uczciwie szuka prawdy i rzetelnie analizuje odpowiedzi proponowane przez świat. Niezbędny etap rozwoju człowieka. Postawa pożądana u nastolatków i młodzieży, często przeciągająca się w dojrzałość.. Jednak trwanie w tym stanie przez dziesięciolecia świadczy o zapętleniu i ucieczce przed odpowiedzialnością za własne wybory, o niedojrzałości.
4. Zatoka agnostyków.
Trafiają na ten poziom Poszukujący, których poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Nie ma dowodów na istnienie Boga, więc zakładam, że Go nie ma. Albo: Problem jest nierozwiązywalny, nie będę się nim zajmował. Aby przebywać na tym poziomie, konieczne jest okresowe odwiedzanie poziomu Poszukującego i weryfikacja pojawiających się na bieżąco idei i faktów. W przeciwnym razie szybko można znaleźć się na poziomie pierwszym.
5. Wierzący w Boga.
Osoba posiadająca pogląd, że Bóg istnieje. Najczęstsza postawa po porządnym odrobieniu lekcji na poziomie Poszukującego. Podpisuje się pod Credo ( takim, lub innym), Zazwyczaj ma dobrze uformowane poglądy wynikające z solidnych przemyśleń, potrafi je spójnie przedstawić i obronić. Często są to poglądy mniej lub bardziej sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Część wierzących może pozostawać antyklerykałami. Zazwyczaj poglądy powodują, że wierzący stosuje się do pewnych nakazów i zakazów, jednak postrzeganych zewnętrznie, jako narzucone ( a nie jak własne). Nie wpływają jednak na zasadniczą zmianę postępowania człowieka. Wierzący w Boga zazwyczaj nie podejrzewają istnienia wyższych poziomów, uznając, że na tym właśnie polega chrześcijaństwo. Z tej grupy wywodzi się większość dyskutantów forów internetowych i działaczy chrześcijańskich. Postrzeganie Kościoła opiera się na wspólnocie poglądów i celów, niczym w partii politycznej.
6. Wierzący Bogu.
Osoba, która osobiście, lub poprzez innych ludzi doświadczyła spotkania z Bogiem.
Nie tylko wie, że Bóg istnieje, ale Go doświadczyła. Na tym poziomie charakterystyczne jest bardzo silne, emocjonalne przeżywanie wiary. Wierzący Bogu rozumie, że Pierwsze Przykazane Dekalogu i Miłości jest oczywiste. Potrafi dostrzec Boga w Jego dziełach. Stan charakterystyczny dla wspólnot protestanckich, ruchów charyzmatycznych. Ogromny skok dla Poszukujących ( pozwala nierzadko ominąć poziom piąty )
Dłuższe przebywanie w tym stanie powoduje huśtawkę emocjonalną między radością spotkania z Bogiem, a własna grzesznością, a w konsekwencji frustrację, wypalenie i zniechęcenie. Jeśli nie pójdzie dalej, utknie na poziomie piątym.
Charakterystyczne jest podkreślanie roli indywidualnej relacji z Bogiem i umniejszanie roli Kościoła ( wierzę Bogu, a nie księżom ).
7. Podążający za Bogiem.
Osoba, która nie tylko wierzy Bogu, ale podejmuje trud pracy nad sobą, aby zbliżyć się do Chrystusowego ideału. Właściwy Chrześcijanin, świadomie i celowo formujący siebie, dokonujący świadomych wyborów.
Osoba podążająca nie tylko deklaruje miłość, ale popiera ją czynami. Wie, ze Chrystus jest Drogą i podejmuje świadome i konkretne działania na drodze rozwoju duchowego. Realizuje polecenie „bądźcie święci, jak Ojciec mój jest święty”.
Wejście na ten poziom jest faktycznym nawróceniem. Na ten poziom zaprasza Chrystus w Ewangelii.
Po pewnym czasie podążania za Chrystusem docenia się narzędzia służące doskonaleniu, które oferuje Kościół. Życie sakramentami i codzienna praktyka Kościoła przeważa nad teorią i rozważaniami typu politycznego. Dostrzega się i docenia wielowiekowe doświadczenie Kościoła, korzysta się z Jego bogactw, z praktyki naszych poprzedników.
8. Budujący Królestwo.
Na pewnym etapie pracy nad sobą dostrzega się wokół siebie innych ludzi podążających tą samą drogą. Relacja z Chrystusem przekłada się na tych, którzy mają z Nim podobne relacje. Budujący zdaje sobie sprawę, że praca nad sobą jest pracą nad udoskonaleniem narzędzia, lecz narzędzie jest bezwartościowe, jeśli nie wykonuje swojej pracy. Nie własny rozwój jest już najważniejszy, a to, co daje się innym. Faza wzrastania zmienia się w fazę owocowania. Miłość do Boga staje się jednoznaczna z miłością do ludzi.
Postrzeganie Kościoła wchodzi w fazę postrzegania wspólnoty miłości, ludzi zjednoczonych wokół miłości Chrystusa, zatopionych w niej po uszy.
O takich ludziach często mówi się, że są ambasadorami świata, który nastąpi po Zmartwychwstaniu. Takie osoby „świecą” Bożą miłością, są jej dystrybutorami na świat.
Pozdrawiam !
Odsłon: 2389 Komentarzy: 41
Tuesday,11 January 2011,19:22
Kategoria: Kościół Tuesday, 11 January 2011, 19:22
Wybrałem się dziś na cmentarz.
Nie wiem, dlaczego niektórzy ludzie uważają to święto za smutne. Ja widziałem dziś na cmentarzu pochwalną pieśń życia. Piękne, zadbane kobiety w odświętnych strojach, facetów w garniturach i skórach, którzy jeszcze nie rozprostowali kości po trasie w fotelach swych umytych aut. Całe rodziny zebrane wokół kamiennych pomników – zapobiegliwe matki w kwiatach, znudzeni synowie z zapalniczkami, odstawione na świątecznie córki w błyszczących legginsach i wieczorowych makijażach.
Są ciche wdowy poprawiające po raz kolejny doniczki z kwiatami. Pojawili się też niewidzialni: matka pchająca wózek z dorosłym synem z porażeniem mózgowym, starsza pani prowadząca wózek męża z nogami okrytymi pledem. Cmentarz nie boi się niepełnosprawności; kalectwa, cierpienia. Jest zapowiedzią ulgi i radości.
Spotkałem tu dyrektora z mojej firmy i niepełnosprawnego ochroniarza z żoną i synem . Nie wiedziałem, że ma syna.
Coś ich wszystkich wyrwało z codziennego kołowrotu życia, z rozpędzonej, niekończącej się zależności chcę-muszę. Dla niektórych to jedyna okazja, by spojrzeć na życie z dystansu, z dołu, z poziomu trawy i wieczności.
Cmentarz jest demokratyczny. Choć majątek mieszkańców można poznać po gatunku kamienia, lokatorzy Nekropolis mają taki sam głos, to samo przekazują swoim żywym: Śpieszcie się, nie marnujcie czasu. Póki jesteście w kolejce po mieszkanie w Nekropolis, żyjcie. Intensywnie, wartościowo i dobrze. Póki wasz rachunek ze Stwórcą nie zostanie nieodwołalnie zamknięty.
Jedni słuchają, zamyśleni, zapatrzeni w ogień, czasem rozmodleni. Inni tylko lekko westchną i pędzą do następnego grobu, spełnić obowiązek i pobiec dalej.
Ale wszyscy są. Wszyscy kwiatkiem i lampką podpisują coroczną listę obecności: jesteśmy tu, po stronie życia. Trzymamy się. Choć świat zwariował, my wciąż żyjemy. I wciąż mamy szanse zrobić z niego dobry użytek, przynieść plon.
Wybrałem się dziś na cmentarz.
Choć to nie moja tradycja – Wschód odwiedza zmarłych w trzeci dzień Wielkiej Nocy, obwieszcza im Dobrą Nowinę o Zmartwychwstaniu Chrystusa - trudno jednak nie pójść na mogiłę w taki dzień, nie zapalić znicza.
Nie podpisać listy obecności.
Odsłon: 292 Komentarzy: 21
Saturday,28 May 2011,12:45
Kategoria: Kościół Saturday, 28 May 2011, 12:45
Z cyklu: wschodnie płuco.
Gdy pojawia się temat modlitwy za wrogów – jak w dwóch ostatnich wpisach Hioba - zawsze staje mi przed oczami postać Błogosławionego Emiliana Kowcza, greckokatolickiego księdza, który zmarł 1944 roku w obozie w Majdanku.
Proboszcz Majdanka (bo tak jest dziś nazywany) został ogłoszony błogosławionym przez Papieża Jana Pawła II razem z 26 innymi Sługami Bożymi 27 czerwca 2001 r. we Lwowie, podczas słynnej liturgii, która na polach Sychowa zgromadziła półtora miliona ludzi.
Błogosławiony Emilian Kowcz zasługuje na osobny, obszerny wpis, który na pewno się tu pojawi. Jego postawa domaga się tego. Może być dla nas drogowskazem i światłem w dzisiejszych czasach, w których tak trudno odróżnić dobro od zła. Dziś wspomnę tylko o ostatnim etapie jego życia.
Ksiądz Emilian został aresztowany przez Niemców 30 grudnia 1942 roku, za to, że nawracając i chrzcząc Żydów, utrudniał pracę niemieckiej machinie zagłady. Ani groźbami, ani biciem Niemcy nie zmusili kapłana do podpisania zobowiązania, że zaprzestanie chrztu Żydów. Wobec takiej postawy został przewieziony do obozu koncentracyjnego w Majdanku pod Lublinem. Rodzina rozpoczęła starania o zwolnienie księdza, zebrała już pieniądze na wykup. On jednak stanowczo się temu sprzeciwił.
Oddajmy mu głos. W listach z obozu pisał do rodziny:
Nie marnujcie wysiłków, nie mogę stąd odejść, bo jestem potrzebny. Ci nieszczęśliwi ludzie, których są tutaj tysiące, potrzebują mnie. Jestem ich jedyną pociechą. Zostać tu jest moim obowiązkiem - i jestem szczęśliwy....
Rozumiem, że staracie się o moje zwolnienie. Błagam was, byście nic nie robili! Wczoraj zastrzelono tu 50 ludzi. Gdyby nie było mnie tutaj, któż pomógłby im przejść ten próg? Poszliby przezeń ze wszystkimi swymi grzechami i w głębokiej rozpaczy, która wisi nad tym piekłem. Teraz zaś idą z głowami uniesionymi wysoko, zostawiwszy swe grzechy za sobą. Przechodzą ów most ze szczęściem w sercach i gdy rozmawiałem z nimi po raz ostatni, widziałem, jak spowija ich pokój i jasność.
Dziękuję Bogu za jego łaskawość dla mnie. Poza Niebem to jedyne miejsce, w którym chciałbym przebywać. Wszyscy jesteśmy tu równi: Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie, Litwini czy Estończycy. Jestem tu teraz jedynym kapłanem. Nie mogę sobie wyobrazić, co by oni beze mnie zrobili. Tutaj widzę Boga - Boga, który jest Jeden dla wszystkich nas, bez względu na nasze religijne odmienności. Może nasze kościoły się różnią, lecz we wszystkich nich rządzi ten sam Wszechmogący Bóg. Kiedy odprawiam Mszę, wszyscy oni modlą się. Modlą się w różnych językach -ale czy Bóg nie rozumie wszystkich języków? Umierają na różne sposoby i ja pomagam im przechodzić ów most. Czyż to nie błogosławieństwo? Czy to nie najwspanialsza korona, jaką mógłby mi włożyć na głowę mój Pan? Tak! Dziękuję Bogu tysiąc razy dziennie, że posłał mnie tutaj. O nic więcej nie będę Go prosił. Nie rozpaczajcie z mego powodu. Radujcie się ze mną! Módlcie się za tych, którzy stworzyli ten obóz i cały ten system. Oni potrzebują waszych modlitw.... Niech Bóg się nad nimi zlituje...
Co można jeszcze powiedzieć po tych słowach?
Nachodzą mnie dwie refleksje:
Byłem dumny z postawy polskiego episkopatu, gdy w 1965 roku zwrócił się do Niemców z listem „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Trzeba było wielkiej odwagi i miłości, by w czasie, gdy niewyobrażalne krzywdy były jeszcze świeże, zdobyć się na przebaczenie.
Ale ile miłości trzeba mieć, aby wybaczyć krzywdę, która właśnie się dzieje? Modlić się za tych, którzy z pogardą i nienawiścią właśnie zabijają?
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.
W końcu do tego sprowadza się chrześcijaństwo: do naśladowania naszego Mistrza i Boga.
I „tylko” do tego.
Druga refleksja to wstyd.
Za stracony czas, za lata bez miłości, za to, że nie potrafię moim wrogom ( albo wrogom mojego Kościoła) dać choć odrobiny dobra, odrobiny miłości.
A może jednak, wiedząc, że to w ogóle jest w zasięgu ludzkich możliwości, zdecyduję się na to?
Na przykład tutaj:
Pozdrawiam !
Odsłon: 1024 Komentarzy: 73
Monday,03 October 2011,14:49
Kategoria: Kościół Monday, 03 October 2011, 14:49
Z cyklu: wschodnie płuco.
Wczoraj miałem okazję uczestniczyć w pierwszej w tym poście Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów, św. Grzegorza Dialogosa.
W tradycji bizantyjskiej podczas postu w dni powszednie nie sprawuje się Eucharystii. Pościmy także od strawy duchowej. Znając głód, lepiej potrafimy docenić posiłek.
Ale aby ulżyć nieco wiernym, szczególnie tym, którzy Ciało i Krew Chrystusa przyjmują codziennie, w dwa dni tygodnia sprawuje się Liturgię Uprzednio Poświęconych Darów, podczas której wierni otrzymują Eucharystię przechowywaną od niedzielnej Liturgii Św. Bazylego.
Cóż to jest za liturgia!
Wierni zbierają się przed zamkniętymi wrotami ikonostasu i śpiewają psalmy.
Niebo jest zamknięte.
Prośby z Psalmów przeplatają się z Ekteniami ( litaniami ) naszych próśb i intencji, oraz z czytaniami ze Starego Testamentu. Wciąż ani śladu Chrystusa, chyba tylko w proroctwach.
Po naprawdę długiej modlitwie i oczekiwaniu, wrota ikonostasu otwierają się i przychodzi Król Chwały.
W liturgii „normalnej” – Jana Chryzostoma, kapłan wnosi chleb i wino, które później będą przemienione w Ciało i Krew Chrystusa. Wierni schylają głowę i odpowiadają na błogosławieństwo.
W tej liturgii kapłan przynosi z ukrytej za ikonostasem „boskiej” części świątyni prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa.
Jak w tej sytuacji powinien zachować się człowiek?
Odpowiedzą ludzi jest Wielki Pokłon.
Znak, który wykonuje się wyłącznie w Wielkim Poście i w święto Podwyższenia Krzyża Świętego.
Wierni padają na kolana i przypadają czołem do ziemi.
Nie da się tego zrobić na jednym kolanku, ani kucając.
Nie da się też „stać z boku” takiej liturgii.
Leżenie na kolanach, z czołem na zimnej posadzce to bardzo pouczające doświadczenie, szczególnie w czasach, gdy człowiek – klient, konsument, obywatel – zawsze jest na pierwszym miejscu. Z tej perspektywy świat wygląda inaczej.
Liturgia Grzegorza Dialogosa jest piękna, poruszająca do głębi, ale całkowicie różna od Boskiej Liturgii Jana Chryzostoma, pełnej chwały , złota i światła; pełnej radości Zmartwychwstania Chrystusa i zapowiedzi naszego z nim zjednoczenia.
Grzegorz Dialogos pomaga nam przejść przez trudny okres postu ku radości Dobrej Nowiny.
Odsłon: 467 Komentarzy: 18
Monday,28 February 2011,14:08
Kategoria: Wiadomości Monday, 28 February 2011, 14:08
z cyklu: wschodnie płuco
W czwartek, 3 marca o godzinie 18 w sanktuarium św. Józefa w Kaliszu pod przewodnictwem greckokatolickiego Arcybiskupa Jana odbędzie celebracja się Boskiej Liturgii Jana Chryzostoma, w intencji obrony dzieci nienarodzonych.
Liturgia będzie transmitowana w telewizji Trwam i w radiu Maryja.
Zachęcam do udziału w liturgii, do modlitwy w podanej intencji, lub choć do włączenia transmisji.
To okazja do poznania i przybliżenia sobie tego wielkiego skarbu Kościoła Powszechnego.
Transmisję szczególnie polecam tym, którzy uznają własną tradycję liturgiczną za jedyną słuszną :)
Dla zainteresowanych podaję link do tekstu Liturgii w języku ukraińskim, w transkrypcji fonetycznej i w polskim przekładzie ( choć nie najszczęśliwszym).
http://starzaki.eu.org/~lukasz/suputnyk/_doc/Liturgia_Jana_Chryzostoma.pdf
Jeśli ktoś będzie miał pytania odnośnie tego, co zobaczy i usłyszy, w miarę możliwości służę wyjaśnieniami na blogu.
Zapraszam serdecznie !
Odsłon: 344 Komentarzy: 7
Saturday,27 November 2010,13:20
Kategoria: Wiadomości Saturday, 27 November 2010, 13:20
W ostatnią sobotę listopada Ukraińcy wspominają ofiary Hołodomoru.
Od Calgary po Władywostok robrzmiewają żałobne liurgie, o godzinie 16 w oknach pojawią się świeczki.
.
Właśnie wrócilem z nabożeństwa Panachydy.
W mediah cisza, ani słowa o Wielkim Głodzie.
Na przełomie 1932 i 33 roku na Ukrainie zamorzono głodem 7 milionów ludzi. Rosyjscy komuniści ograbili Spichlerz Europy z całej żywności i otoczyli szczelnym kordonem, aby nikt nie mógł się wydostać.
Ludzie umierali powoli i w męczarniach. Jedni konali po cichu, inni tracili rozum i umierali w szaleństwie, robiąc rzeczy, których istoty ludzkie robić nie powinny.
Pomnik Hołodomoru w Kijowie. Tu nie składa się kwiatów:

Komunizm kosztował Ukrainę 16 milionów istnień ludzkich.
Pamiętajmy o nich.

Tu jest link do filmu dokumentalnego Edvinsa Snore "Sowiecka Historia",
http://www.youtube.com/watch?v=bFfTf2V60bM&feature=related
Film po polsku, z Telewizji Polskiej, czyta Krystyna Czubówna.
Ko jeszcze nie oglądał, zapraszam. To pozycja obowiązkowa o historii XX wieku.
Pozdrawiam !
Odsłon: 754 Komentarzy: 15
Wednesday,17 November 2010,14:14
Kategoria: Kościół Wednesday, 17 November 2010, 14:14
Z cyklu: wschodnie płuco
.
Ktoś, kto wymyślił ikony we współczesnych systemach operacyjnych komputerów, wykazał się nadzwyczajną intuicją teologiczną.
Czym jest ikonka na pulpicie? Obrazem, symbolem, za którym kryje się znacznie więcej, niż to na pierwszy rzut oka widać. Co więcej, ikona uruchamia proces, aplikację, działanie, które wykracza daleko poza właściwości zwykłego obrazka, a nawet poza możliwości rozumienia przeciętnego użytkownika komputera. Jest bramą do innej, (tu: informatycznej ) rzeczywistości.
O ikonach powiedziano ostatnio wiele. Ludzie interesują się ikonami, malują, kupują… Wszyscy ponoć wiedzą, że ikony się „pisze” a nie maluje.
Co prawdą jest tylko w połowie, gdyż znaczenie obu słów jest identyczne :)
W SCS-sie i we współczesnym języku ukraińskim słowo „malarstwo” tłumaczone jest jako „żywopis” ( od czasownika, jak „opis” nie od rzeczownika, jak „długopis” ) I w zasadzie w słowie tym zawarta jest cała niezbędna teologia ikony.
Zachodnie „malarstwo” („painting”) to w sensie etymologicznym pokrywanie ścian i kartek dekoracjami, to zaawansowana wersja malarza pokojowego. Zdobnictwo.
Malarz wschodni to ktoś, który pisze historię, lecz nie słowami, a żywymi obrazami. Jakby protoplasta reżysera, który obrazami ma przekazywać opowieści i idee.
Obie funkcje malarstwa istnieją i przenikają się w sztuce od zawsze. Pismo hieroglificzne powstało ze specyficznych obrazów, pewnych „ikon” , które są pełnoprawnym systemem przekazywania treści. Z drugiej strony przy pisaniu manuskryptów dbano nie tylko o wierność treści ksiąg , ale także o wartości artystyczne dzieła – o miniatury, o kaligraficzne piękno liter.
Już malowidła naskalne w jaskiniach mają jednocześnie funkcje zdobniczą i tekstową ( to jestem ja, a to mamut, którego goniliśmy ). Dziś, wobec powszechnej dostępności zrozumiałego pisma, oraz powszechności filmu, funkcje informacyjne obrazu są mocno zaniedbane. Choc pojawiają sie w nowej formie, w postaci "ikonek" i piktogramów.
Przekazywanie treści obrazem jest szczególnie istotne tam, gdzie nie ma możliwości przekazu słownego. O ikonostasie będzie osobny tekst, ale już teraz zaznaczę, że jest on Ewangelią w wersji multimedialnej. Niektórzy mówią: wersją dla niepiśmiennych, lub „dla ubogich”, ale to krzywdzące twierdzenie. Ikonostas jest całością teologiczno – artystyczną, nie żadną „podróbką”, czy „zamiennikiem” Słowa Bożego.
.
Mówi się, że ikona jest oknem do boskiej rzeczywistości. Do Nieba.
Zatem to, co wiemy o Niebie, o świecie „po drugiej stronie” rzeczywistości fizycznej, stosuje się także do ikony.
Na przykład to, że ikona jest ponadczasowa.
Co to znaczy?
Po pierwsze – pokazuje ponadczasową rzeczywistość. Mówiliśmy kiedyś, że Bóg nie jest ograniczony naszym upływem czasu, że dla Niego cała historia świata dzieje się „teraz”, że jako władca ma do niej pełny dostęp. Podobnie jest z ikoną, pokazuje wydarzenia z historii Zbawienia, ale także ludzi w swoistym „pozaczasie”
Chrystus na rękach Maryji jest dzieckiem o twarzy dorosłego. To dziecko, a jednocześnie Stwórca, i Zbawiciel. Nie patrzymy na obraz z czasów narodzenia Chrystusa, na punkt czasoprzestrzeni - lecz na fragment ponadczasowej , boskiej rzeczywistości, w której Chrystus jest dzieckiem, Stwórcą i Zbawicielem „jednocześnie”.
Drugie znaczenie ponadczasowości ikony jest takie, że ikona nie poddaje się upływowi czasu. Oczywiście są widoczne jakieś zmiany w stylu tworzenia ikon. Jednak główne reguły powstały w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa i nie zmieniły się do dziś.
Okno ma jeszcze jedną ważną właściwość, o której często zapomina się, mówiąc o ikonie. Okno nie tylko pozwala nam zerknąć do Nieba. Przez to okno Niebo może zajrzeć do nas.
Według tradycji bizantyjskiej ikona jest nie tylko „obrazem” Boga. Jest jego reprezentacją na Ziemi.
Greckie słowo εικων, eikón oznacza obraz, odwzorowanie oraz reprezentację.
Gdy w Ewangelii jest powiedziane, że Chrystus jest obrazem Ojca, użyte jest to samo słowo eikón. W Ikonie jest obecna przedstawiana osoba. Dokładnie tak, jak w pisanym Słowie Boga jest zawarty sam Bóg. Nie przypadkowo obowiązkowym elementem każdej ikony jest Słowo, każda ikona jest jednoznacznie podpisana, kogo przedstawia.
Stąd bierze się w tradycji Wschodu ogromny szacunek dla ikony, jej świętość. Oczywiście nie jest to świętość deski i farby, a osoby, którą ikona reprezentuje na Ziemi.
Na koniec słowo o sporządzaniu wizerunków, gdyż temat ten pojawia się na Frondzie regularnie, ostatnio przy okazji monumentu w Świebodzinie.
Oddawanie czci ikonie, modlitwy przy ikonie nie są oddawaniem czci przedmiotowi. Taki zarzut może pojawić się tylko ze strony osoby, z zachodniego kręgu cywilizacyjnego, która nie ma pojęcia, czym jest ikona.
To tak, jakby człowieka oglądającego świat przez okno spytać, dlaczego gapi się wciąż na płaski kawałek szkła.
Wschód przerabiał ten temat w ósmym wieku, i ostatecznie potwierdził praktykę sporządzania ikon na drugim Soborze Nicejskim w roku 787. Jeśli ktoś chciałby podważyć jego ustalenia, lub zacytować Księgę Wyjścia 20, 4-5, proszę najpierw odrobić zaległe od 1200 lat zadanie domowe. Dotyczy to także braci Protestantów.
Pozdrawiam !
Odsłon: 685 Komentarzy: 12
Saturday,10 April 2010,23:02
Kategoria: Modlitwa Saturday, 10 April 2010, 23:02
Pojawiły się ostatnio dwa piękne wpisy o wierze, inspirowane słowami niedzielnego czytania Ewangelii:
"Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna." (Łk 17,6)
.
Choć u nas na Liturgii był zupelnie inny fragment, dziwnym "zbiegiem okoliczności" właśnie ten epizod analizowaliśmy na czytaniu Ewangelii w gronie przyjaciół.
A że Duch Święty i tym razem nie zawiódł, śpieszę, aby podzielić się kolejnymi odkryciami.
.
Fragment ten jest zazwyczaj odczytywany jako swego rodzaju wyrzut Jezusa skierowany do uczniów; przypomnienie, ze ich wiara jest wątła, mniejsza od ziarnka gorczycy.
Stąd też ich zawołanie: "Panie, dodaj nam wiary".
My też tak nieraz wołamy, przyłapując się na zwątpieniu i niewierności.
Mówiąc szczerze – jak żyję, nie spotkałem jeszcze innej interpretacji tego fragmentu.
.
Problem w tym, że coś się tu bardzo nie zgadza: Kolejnośc dialogu jest dokładnie odwrotna !
To najpierw uczniowie zgodnym chórem proszą: "Panie, dodaj nam wiary" a On im odpowiada o mocy wiary wielkości ziarnka gorczycy.
Co to znaczy?
Chrystus zdaje się mówić: macie dość wiary, żeby robić to, do czego jesteście powołani.
Jeśli zechcę budować autostrady i przenosić góry w inne miejsce – dodam Wam wiary. Ale póki co, róbcie rzeczy, do których Was powołałem, a nie śnijcie o władzy i potędze.
Chcecie brać udział w wielkich rzeczach? Wywiążcie się z małych. A wtedy z pewnością postawię Was nad wielkimi, dodam tym, którzy już mają.
Wiara jest darem Boga. Bóg doskonale wie, komu ile jej dać. Kto twierdzi, że ma jej za mało, albo wątpi w Bożą mądrość, albo ma problem z żadzą władzy.
Jak poradzilibyście sobie z jeszcze większą wiarą, jeśli nawet tej nie potraficie spożytkować ludziom na dobro i Bogu na chwałę?
Wykorzystajmy Łaskę Wiary, którą dostaliśmy od Boga, dajmy owoce tu i teraz, a nie czekajmy na "lepsze warunki", większą wiarę, cieplejsze słońce i lepszych bliźnich. Czas jest krótki, niewykorzystane szanse przepadają, Łaska i talenty idą do tych, którzy nie zakopują ich pod drzewami.
.
Dziękuję Hiobowi i Derajash za inspirację swoimi pięknymi wpisami.
Pozdrawiam serdecznie.
Odsłon: 1533 Komentarzy: 121
