reklama

Przedwojenne święta - Boże Narodzenie

Przedwojenne święta Bożego Narodzenia

Wspomnienia mojej babci.

 


            Święta Bożego Narodzenia to czas, w którym powinniśmy się radować. Wspólnie z rodziną kultywować tradycję pozostawioną nam przez naszych przodków. Tym czasem Gwiazdka – bo tak coraz częściej nazywamy te święta – staje się być powodem do frustracji. Nadchodzące Boże Narodzenie można odczuć w nerwowej atmosferze zgiełku. W dużych firmach i korporacjach ludzie stają się napięci, zdenerwowani i często mało życzliwi. Dookoła nas, stacje medialne serwują reklamy wykorzystujące święta do promocji produktów. Sklepowe wystawy aż pękają w przepychu od świątecznych dodatków. Wszystko przygotowuje się na ostatnią chwilę, ponieważ na nic nie ma czasu. Święta zaczynają przeszkadzać ludziom. Wprowadzają zamęt i potęgują stres. Jak się przed tym ustrzec? Co zrobić by święta były chwilą, którą po latach będziemy wspominać z łezką w oku? To proste. Trzeba wrócić do tradycji. Oto jak niegdyś obchodzone były święta Bożego Narodzenia.

„Robiło się już coraz ciemniej.  Będąc małym, niczego nie świadomym dzieckiem, w okresie międzywojennym - zwłaszcza na początku grudnia - myślałam tylko o jednym. O świętach Bożego Narodzenia. Kościół i szkoła znajdowały się daleko od domu. Wykluczone byłoby codziennie chodzić rano na roraty. Co innego do szkoły. To był nasz obowiązek. Jak tylko zaczynał się grudzień, czuło się nadchodzące święta. Wcale nie były do tego potrzebne reklamy, bogato zdobione szyldy w sklepach i puszczana na okrągło muzyka kończąca się słowami „Poczuj magię tych świąt”. Czuło się je na każdym kroku bez opisanych wyżej czynników. Co zatem sprawiało, że wszystkie dzieci w wiosce cieszyły się wraz z przybyciem grudnia? W szkołach na „Robotach” naszym zadaniem było robienie ozdób choinkowych. Często zadawane były jako praca domowa. Wtedy wszyscy domownicy siadali przy stole, gdzie lampa naftowa dawała ciepłe, żółte światło.

Pamiętam jak dziś, kiedy razem z tatem robiliśmy długi łańcuch choinkowy wykorzystując słomę i bibułkę. I niech się schowają te wszystkie jaskrawe niby to szale, niby łańcuchy. Z racji tego, że pracy w polu nie było - bo jak pracować kiedy ziemia skuta lodem? - po zmroku rodzice mieli czas dla dzieci. Mama przygotowywała kolacje, tato siedział, kibicując dzieciom przy robieniu jeżyków. Wspólna, rodzinna atmosfera była czymś, czego nigdy nie zapomnę. W niedziele wszyscy razem chodziliśmy do kościoła, często przez duże zaspy, przebijaliśmy się gęsiego, czasami sąsiad ze wsi obok zabrał nas na saniach. W kościele księża przypominali o zachowywaniu tradycji, którą dobrze znaliśmy i którą kochaliśmy – zwłaszcza dzieci. Wigilia zbliżała się coraz bardziej. Ale atmosfera się nie zmieniała, nikt nigdzie nie pędził, nikt się nie denerwował. Wszyscy spokojnie wykonywali swoje codzienne obowiązki przeplatane powolnymi przygotowaniami do Bożonarodzeniowych świąt. Gospodynie, jedna przez drugą, chciały przygotować jak najlepsze ciasta, jak najciekawsze dania. Oczywiście zachowując tradycyjne ramy, które były niezmienne. Wszystko było smaczniejsze niż dziś. Pierogi lepione były z sercem. Nie jakieś wielkie, oby się najeść. Malutkie i zgrabne z równiutko zakręconymi ząbkami. W dodatku nie używano wtedy żadnych maszynek. Ciasta pieczone w piecach oddawały swój aromat, który wędrowało po wszystkich izbach. Mężczyźni z kolei, tuż przed świętami szykowali mięsiwo. Najpierw po oprawieniu, mięso było krojone na poszczególne części, zgodne z ich przeznaczeniem, które później musiały odczekać swoje w słonej zalewie. Między czasie w kuchni unosił się zapach gotowanej kaszy na kaszankę, która była przedsmakiem wykwintnych szynek, polędwic i pieczonego boczku. Po kilku dniach wyciągano mięso z zalewy i w specjalnej komorze kominowej wieszano wędlinę w szeregu do wędzenia. Dzieciarnia garnęła się wtedy przy dorosłych, wlepiając wzrok w wyjmowaną pachnącą, złocistą wędlinę, z nadzieją, że mama odkroi kawalątek. Zazwyczaj nasz upór zostawał wynagrodzony. Po zebraniu wędlin, świąteczne przysmaki wędrowały do komory, gdzie specjalnie nie doprowadzano ciepła. Od czasu do czasu zaglądaliśmy tam by nasycić nasze oczy, co dodatkowo potęgowało atmosferę oczekiwania świąt.

Wigilia rozpoczynała się od ubrania świerku. Z samego rana, kiedy dzieci wstały czekał na nie świerk. Tato osadził drzewko, żeby się nie przechyliło. Staliśmy nieco dalej, by podpowiadać tacie, którą stronę musi wyprostować, by drzewko stało pionowo. Później zabieraliśmy się do zdobienia. Wykorzystaliśmy wszystkie ozdoby z poprzednich lat i te, które wykonywaliśmy od początku grudnia. Nie mieliśmy świecidełek, które teraz nakłada się w przesadzonej ilości. Mieliśmy małe świeczki, osadzone w specjalne stojaczki, by można było umieścić je na drzewku. Wszystko to wyglądało jak z bajki. Koszyczki, ptaszki ze skrzydełkami, jeżyki, łańcuchy ze słomy i bibuły, zabaweczki - wszystko to upiększało bożonarodzeniowe drzewko.  Sam zwyczaj ubierania choinki był niesamowicie wpleciony w rodzinną atmosferę pełną radości. Do dziś pamiętam piękny zapach świerku, który rozchodził się po całym domu. I ten uśmiech mojego taty powodowany zadowoleniem z dzieci.  Tego nie da się opisać.

            Kiedy choinka była ubrana, a wszystkie potrawy grzały się na piecu. Ja z pozostałymi dziećmi wypatrywałam pierwszej gwiazdki. Była ona znakiem, który nakazywał rozpoczęcie wigilijnej kolacji. Do stołu zasiadała tylko najbliższa rodzina. Czasami zapraszaliśmy dalszą, ale sporadycznie. Atmosfera przy kolacji była zupełnie inna niż obecnie. Z początków wszyscy razem śpiewaliśmy kolędy. Później nastały gramofony, które również upiększały nastrój świąt. Nie zabrakło także prezentów. Prezent zawsze musiał być. Zazwyczaj była to rzecz praktyczna ale czasem dostawaliśmy zabaweczki. Nigdy nie widzieliśmy, kiedy zostały podłożone prezenty. Była to dla nas fascynująca niespodzianka. Po kolacji, późnym wieczorem wybieraliśmy się na pasterkę. Nie zawsze się to udawało ze względów na ciężki dojazd do kościoła. Następnego dnia świętowaliśmy długo wyczekiwane święta Bożego Narodzenia. Zapraszaliśmy gości, próbowaliśmy wypieków, wędzonych wędlin. Rozmawialiśmy z bliskimi do późnego wieczora. Takiej atmosfery nie da się zapomnieć, dlatego też dziś brakuje mi tego. Chciałabym, żeby tamte czasy powróciły na nowo. „

Pomoc w realizacji - Aleksandra Lenarcik

Tomasz Myrcha

Tomasz Myrcha

-->

Komentarze (2):

Magdusia Lis 30, 2011, 8:27 po południu

Piękne! Dziękuję!

Piano Gru 1, 2011, 10:20 rano

eh , wielu miało wtedy komfort czasu dla rodziny...i cieszyło się tym czasem.

Załóż bloga reklama

reklama

Najczęściej czytane

reklama

Najczęściej komentowane

reklama
facebook