Satanizm w muzyce rockowej

Połączenie satanizmu z muzyką rockową we wszelkich jej odmianach, od początku powoduje cierpnięcie skóry na plecach. Niekiedy same nazwy zespołów jak: Death (Śmierć) czy Suicidal Tendencies (Tendencje Samobójcze) czy po prostu Christian Death i Satan zmuszają do zadania sobie pytania: czy to tylko idiotyczne żarty speców od public relations czy też makabryczna prawda o rocku i jego wykonawcach?



Wpierw zaznaczyć trzeba, że pojęcia "rock" nie da się jednoznacznie i łatwo zdefiniować. Do tego worka można wrzucić bardzo wiele gatunków i rodzajów muzyki. W "Encyklopedii rocka" można znaleźć muzyków tak od siebie różnych jak Metallica czy Depeche Mode nie wspominając już o całej rzeszy zespołów punkowych czy metalowych przeróżnych odmian.

Różnice w gatunkach są czasami ogromne, co niekiedy przerzuca się i na słuchaczy. Nie trzeba zresztą długo nad tym się zastanawiać. Wystarczy rozejrzeć się po ulicy. Każdy "przyzwoity" punk za punkt honoru policzy sobie skopanie "metala" a ten ostatni nie omieszka odwdzięczyć się tym samym. Co bardziej ortodoksyjni wielbiciele swoich gatunków z pewnością obrażą się, jeśli ktoś zaliczy ich do słuchaczy rocka: oni będą po prostu miłośnikami death metalu, black metalu, trashu, hard core itp., itd. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko to wywodzi się z mniej więcej tego samego korzenia, chociaż ewolucja od czasów Elvisa Presleya i The Beatles jest bardzo widoczna.

Rock to często styl życia i ubierania się. To koszulki z nazwami ulubionych zespołów ubierane do powycieranych dżinsów (czasem do skórzanych, czarnych spodni). To ciężkie, czarne, skórzane kurtki (tzw. "papy"), z licznymi zamkami, nabijane ćwiekami. Czasem dochodzą do tego ozdobniki w rodzaju wisiorków z tajemniczymi znakami, czy po prostu pentagramami. No i oczywiście nie może się obejść bez nieodłącznego atrybutu w postaci długich włosów. Teraz wystarczy tylko zasmakować odpowiedniego stylu życia w rodzaju narkotyków, alkoholu i kobiet podrywanych na nocnych "jam sessions", no i już mamy popularny obrazek tego czym jest "rock & roll".

Lecz to tylko cześć prawdy: ta najbardziej widoczna i denerwująca. Rock to przede wszystkim niezliczona liczba zespołów próbujących zrobić karierę. To mnóstwo teledysków w TV i utworów w radiu (z wyjątkiem ekstremalnych gatunków muzycznych). To także garażowe granie paru chłopaków, z których ktoś kupił sobie gitarę, ktoś bas, ktoś inny perkusję a ktoś inny doszedł do wniosku, że chyba potrafi śpiewać. Tylko nieliczni robią karierę. Całej reszcie zostaje tylko fascynacja muzyką. Można jednak postawić pytanie: czy ta fascynacja może być niebezpieczna?

Zabawy w trzy szóstki

Nie da się ukryć, że część wykonawców podchodzi do satanizmu na poważnie i bez niedomówień. Trudno przecież posądzić chociażby rodzimą grupę Kat o pozerstwo. Szkoda tylko, że niektórzy miłośnicy ostrego grania podchodzą do tematu zbyt beztrosko. Recenzując album Kata zatytułowany "Oddech Wymarłych Światów" z 1988 r., autor podpisany jako "Franc" pisze: "Dla mnie fenomen! Dziwię się tylko, że tak późno odkrywam takie wspaniałości, no ale lepiej późno niż wcale! Polecam gorąco tę płytę każdemu (chociażby po to, by przesłuchać i zobaczyć jak to się kiedyś grało). A jeśli razi kogoś satanizm to chcę powiedzieć, że w takim wypadku nie powinien słuchać 90% współczesnych zespołów metalowych." (recenzję umieścił internetowy serwis Rockmetal.pl).

Autor zapomniał chyba o jednym, drobnym szczególe. Kat jest jednym z polskich "pionierów" satanizmu muzycznego. Ich płyta zatytułowana "666" była swoistym manifestem religijnym (nie tylko ona jedna oczywiście). Ostra muzyka z tytułami utworów w rodzaju: "Metal i piekło", "Noce szatana", "Czas zemsty" czy też "666" nie pozostawiały wątpliwości co do image zespołu. Proszę wierzyć: po przesłuchaniu tego albumu można się rozchorować słuchając wiecznych wezwań i litanii na cześć szatana. Z kolei koncert tej grupy na festiwalu w Jarocinie w 1986 r. był ponoć pierwszą inscenizacją "czarnej mszy" i zapoczątkował polską odmianę satanizmu. Natomiast sam lider tej grupy Roman Kostrzewski wydał w 1995 r. "muzyczną" wersję "biblii szatana", gdzie recytował "dzieło" Antona Shandora La Veya z mocnym, metalowym podkładem. Nie jest więc to, "zwykła" metalowa muzyka, jak zdaje się sugerować recenzent. To jest po prostu promocja Zła, tyle że zamiast Hyde Parku i wiecu z transparentami mamy płytę docierającą do tysięcy fanów i to nawet mimo tego, że Kata raczej nie obejrzy się w telewizji, ani nie usłyszy w radiu. Wcześniej czy później, ktoś, kto interesuje się mocnym graniem usłyszy i o Kacie. I wówczas może pojawi się problem -jak podejść do takiego przekazu?

W tym jednak przypadku zespół jednoznacznie odwołuje się do satanizmu, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. Czy jednak tak jest zawsze? W piśmie "Tylko Rock" można było przeczytać ciekawą, z różnych względów, recenzję koncertu grupy Slipknot w katowickim Spodku. Zespół ten tworzy na scenie dosyć specyficzną atmosferę, głównie poprzez demoniczne maski, zakładane przez muzyków, czy po prostu poprzez wytworzoną atmosferę. Igor Stefanowicz tak oto pisze: "W wywiadach panowie ze Slipknot starają się unikać wątków satanistycznych, a przynajmniej słowa "satanizm" i jemu podobnych. Natomiast na koncertach owa symbolika jest bardzo wyraźna - po obu stronach sceny zamontowano po trzy szóstki - wyglądały, jakby je ktoś zwinął ze świetlnej reklamy jakiegoś hotelu w Las Vegas. Nie wiem - chyba to jest tak, że dzieciaki myślą, iż satanizm jest cool (chociaż samo słowo "cool" zdaje się już przestało być cool) [cool - w żargonie z ang. znaczy: "świetny" - przyp. T.B.], a Slipknot chce trafić do dzieciaków, więc oferuje im satanizm w stylu wesołego miasteczka. Tak czy inaczej, było na co popatrzeć. Machy [czyli maski - przyp. T.B.] chłopaki rzeczywiście mają fajne. Dbają też o inne detale - gitarzysta Mick Thompson oprócz swego imienia ma na gryfie wyinkrustowane słówko HATE [nienawiść - przyp. T.B.], zaś na przedramieniu tatuaż SEVEN. A gały [chodzi oczywiście o oczy - przyp. T.B.] widoczne przez otwory w masce rzeczywiście zioną nienawiścią - pewnie starannie wystudiowaną przed lustrem. No dobra, żeby nie było - nie czepiam się, fajny show, fajna rozrywka, tylko że jakoś chłopakom nie do końca wierzę."

I to jest chyba sedno sprawy. Z jednej strony mamy grupy wprost odwołujące się do satanizmu, czy wręcz promujące go, a z drugiej mamy satanizm wystudiowany i wyreżyserowany będący tylko dekoracją do wizerunku grupy, który ma tylko i wyłącznie zachęcić do kupna kolejnej płyty. A bez szokującego image, trudno jest tego dokonać w czasach, kiedy bez przerwy rodzą się nowe grupy próbujące zawojować świat. A sam rynek "metalowy" jest i tak dosyć ciasny. Dlatego coraz częściej koncerty stają się niezwykle widowiskowe. Niezbyt często można przecież obejrzeć perkusistę, który wraz ze swoim instrumentem najpierw unosi się w górę, potem obraca i nie przestając grać przechyla się z bębnami, osiągając pozycję wertykalną względem sceny (to wspomniany koncert Slipknot). A wszystko po to, aby przyciągnąć do grupy nowych wielbicieli, aby ci kupili kolejne płyty i płacili za bilety na kolejne koncerty. Jak mawiał Jasio w znanym kawale: "Sorry Winnetou ale business is business".

Niewinny z pozoru business to jednak promowanie satanizmu, jako czegoś atrakcyjnego i wcale niestrasznego - po prostu "dobra" zabawa. Siła oddziaływania potrafi jednak być duża. Wystarczy tylko przypomnieć wybuchające co chwila afery o młodych ludziach odprawiających "czarne msze", demolujących i bezczeszczących cmentarze czy świątynie, a nawet mordujących rówieśników. Niestety bardzo często brakuje refleksji nad tym co się promuje. Bezmyślny satanistyczny image, może przynieść pieniądze i sławę, lecz wcale nie idzie to w parze z odpowiedzialnością za własną twórczość.

Ciekawe, że jeśli mowa jest o zespole, występującym przeciw religii to prawie zawsze jest to grupa antychrześcijańska i antykatolicka. Nie słyszy się o grupach, które z taką samą werwą walczyłyby np. z zasadami islamu czy buddyzmu. Jest to również rzecz warta uwagi i zastanowienia się.

Podejście muzyków i ich fanów do spraw ważnych dla każdego katolika i chrześcijanina potrafi czasem zwalić z nóg. Oto fragment wypowiedzi jednego z muzyków zespołu American Head Charge, który grał jako "rozgrzewacz" przed występem grupy Slayer: "generalnie starzy fani Slayera mają wszystko w d***. Jezus Chrystus mógłby zmartwychwstać, pojawić się na scenie, a oni pozostaliby niewzruszeni". Gwoli ścisłości: jest to swoisty sposób wyrażenia żalu, że fani jednej grupy nie bardzo zainteresowali się dokonaniami drugiej. W każdym razie, jakie nie byłyby powody wyrzucenia z siebie takich słów, to trzeba oddać ich autorowi niezwykłą wręcz beztroskę w dokonywaniu niezwykłych porównań, które przecież nie każdemu przeszłyby przez gardło. Lecz to także przykład pewnej wrażliwości, a w zasadzie jej braku.

Warto zatrzymać się na chwilę przy grupie Black Sabbath. Powszechnie uznawana jest za jednego z prekursorów ciężkiego i mrocznego grania. Jest jedną z najbardziej znanych legend muzyki rockowej, a początkujące zespoły często zaczynają od grania przeróbek ich utworów. Zarazem jest to zespół bardzo mocno posądzany o satanizm i po dziś dzień nie może uwolnić się od oskarżeń. A powodów ku temu dawał wiele razy, chociażby już samą nazwą. Zespół twierdzi, że genezą nazwy był po prostu film z Borisem Karloffem o tym tytule. Jak wspomina basista zespołu, Geezer Butler sam film był koszmarny, lecz tytuł miał fajny, więc tak zostało. Dodatkowo pasował do mrocznej muzyki wykonywanej przez zespół. Sam zespół dał kolejny, mocny argument przeciwko sobie umieszczając na okładce płyty "Sabbath Bloody Sabbath" z 1973 r. obraz autorstwa Drew Struzana - twórcy okultystycznego. Podobno przedstawia on Chrystusa atakowanego przez sześć diabłów, duszonego przez węża i bezradnego wobec Zła. Z kolei wspomniany już Geezer Butler w rozmowie z Wiesławem Weissem usprawiedliwia się w ten sposób: "To przede wszystkim wspaniałe dzieło sztuki. Wiesz, w tym czasie mieliśmy dosyć opinii zespołu zafascynowanego czarną magią i chcieliśmy, by okładka miała zupełnie inną wymowę, by ilustrowała walkę sił dobra i zła, by wyrażała nadzieję, że można się przeciwstawić złym mocom". Jaka więc jest prawda o Black Sabbath? Może trochę rozjaśni to kolejne wyznanie basisty grupy, który przy innej okazji powiedział, że "ciężka muzyka wymaga odpowiedniego imageu". Wygląda więc na to, iż muzycy stworzyli sobie wizerunek, który z czasem zaczął im ciążyć i to chyba nawet bardzo. We wspomnianej rozmowie z polskim dziennikarzem muzycznym, Butler, pytany o to czy przekonuje go image współczesnych zespołów deathmetalowych wyznał, że "Nie. Za dużo ma wspólnego z show businessem. My robiliśmy takie rzeczy ćwierć wieku temu i zdążyliśmy z nich wyrosnąć. Czuję się mimo wszystko trochę odpowiedzialny za to, jaki przyjęło to obrót - w końcu to my daliśmy początek. Chociaż może nie powinienem tak myśleć - każdy ma przecież swój rozum".

Można więc odnieść wrażenie, iż zespół po prostu podszedł do tematu wizerunku zbyt beztrosko i bez świadomości odpowiedzialności. To, jak bardzo to teraz muzyków dręczy można zaobserwować biorąc do ręki solową płytę gitarzysty tej grupy Tonnego Iommiego zatytułowaną po prostu "Iommi". Wystarczy wyjąć koszulkę i przejrzeć wydrukowane tam zdjęcia, by zobaczyć, iż prawie na każdym ujęciu widać Iommiego, z krucyfiksem na szyi ("normalnym" a nie odwróconym), a kolejne zdjęcie przedstawia gryf gitary, z widocznym motywem krzyża, a progi instrumentu zaznaczone są nie kropkami lecz krzyżami. I kolejna ciekawa rzecz. W 1971 r. Black Sabbath wydał płytę "Master of Reality". Znalazł się na niej utwór "After Forever". Jest to kompozycja Tonnego Iommiego. Tekst piosenki to... pochwała chrześcijaństwa i Boga. Podobno chodziło o odsunięcie od zespołu raz na zawsze oskarżeń o satanizm. Piosenka została jednak uznana za bluźnierstwo. Jak więc ocenić muzyków Black Sabbath, a szczególnie frontomana grupy, Iommiego czy też Geezera Butlera? Nawrócenie? A może raczej wyrzuty sumienia? Kto wie? Może mocne artykułowanie zarzutów sprzyja czasem "normalnieniu"? Oczywiście zaznaczyć trzeba w tym momencie, iż powyższe uwagi nie zmierzają do uczynienia z Black Sabbath zespołu chrześcijańskiego. Takiego łamańca myślowego raczej zrobić się nie da, przy najlepszych nawet chęciach. Chodzi tylko o pokazanie pewnego ciekawego zjawiska.

Oczywiście nie należy zapominać o całym nurcie superostrej muzyki spod znaku death metalu czy black metalu. Pomijając już fakt, iż nawet niektórzy fani łagodniejszej odmiany metalu, nie nazywają tego łomotu "muzyką", to zaznaczyć trzeba, iż w przypadku tych grup odwołania do satanizmu są jednoznaczne. Wizerunek wykonawców oraz to co "śpiewają" także nie pozostawia wątpliwości. Szczęściem w nieszczęściu może być tylko fakt, że liczba fanów tego gatunku, imponująca raczej nie jest. Mimo to, to głównie zespoły z tego nurtu czynią z rocka gniazdo satanizmu. A przecież przeróżnych rodzajów muzyki, również tej ostrzejszej jest "na pęczki" i nie zawsze bywa ona promocją zła. Ostatnie sukcesy tzw. "rocka chrześcijańskiego" pokazują, iż nie warto od razu skazywać na potępienie zjawiska tworzonego, mimo wszystko przez nieliczną (choć hałaśliwą) część rocka.

Odpowiedzialność do lamusa

Czy słuchanie rocka może mieć niebezpieczne skutki? Co najmniej dwa głośne zespoły mogły się o tym przekonać. Bodajże najbardziej znanym przypadkiem, był toczący się przez parę lat proces zespołu Judas Priest. Dramat rozegrał się w 1985 roku. Dwóch nastolatków z Reno w stanie Nevada: James Vance i Raymond Belknap próbowało popełnić samobójstwo, strzelając do siebie nawzajem z karabinów. Pierwszy zginął, drugi przeżył, zmarł trzy lata później. W sądzie znalazł się pozew przeciwko muzykom z Judas Priest oraz wytwórni CBS. Poszło o wydaną w 1978 r. płytę "Steined Class" oraz o umieszczony na niej utwór "Better Than You, Better Than Me". Dwóch chłopaków pozostawiło po sobie list, w którym pisali, iż do czynu tego popchnęło ich wielogodzinne przesłuchiwanie tego właśnie albumu i tego, konkretnie utworu. Zespół i wytwórnię oskarżono o stosowanie niedozwolonych przekazów na podświadomość. Wyrok zapadł dopiero w 1990 r. Grupa została uniewinniona a CBS ukarano grzywną w wysokości czterdziestu tysięcy dolarów. Podobnież ten właśnie proces był powodem odejścia z zespołu, jego głównego lidera Roba Halforda. W każdym razie to od tej sprawy, problem satanizmu i niejasnego oddziaływania rocka, a szczególnie heavy metalu został szczególnie nagłośniony.

Mnóstwo już napisano o beztroskich zabawach przekazem podświadomym (podprogowym). Oskarżano o to wiele zespołów: począwszy od The Beatles a skończywszy na Led Zeppelin (szczególnie chodzi tu m.in. o jeden z ich najsłynniejszych przebojów "Stairway to Heaven") czy Electric Light Orchestra. Nawet nasz rodzimy Proletaryat ma ponoć na koncie podobny wybryk. Psycholodzy z kolei spierają się na ile duży i trwały może być wpływ takich przekazów. Dyskusje w tym temacie wciąż trwają. Jednak przekaz podprogowy to tylko jeden z elementów i to może wcale nie najważniejszy. W końcu aby tak nagrane słowa dotarły do słuchacza to musi on znać język angielski na tyle aby zrozumieć sens utworu. Tymczasem nie ma się co czarować. Wbrew pozorom znajomość tego języka wśród młodych ludzi wcale nie jest obecnie na tyle duża, aby mogli swobodnie rozumieć przekaz, tym bardziej, że wcale nie jest prosto zrozumieć co wydobywa się z gardła rozkrzyczanego wokalisty rockowego.

Z pomocą przychodzi tu jednak, współczesnym fanom, Internet. W tej skarbnicy wiedzy wszelakiej, bez większego trudu można znaleźć spisane teksty piosenek wraz z ich tłumaczeniem (często nieudolnym, ale za to oddającym klimat utworu). To dotyczy jednak najzagorzalszych fanów. Śmiało można pewnie stwierdzić, że większość i tak słucha bez wgłębiania się w przekaz. Co się jednak staje jeśli ktoś bierze ów przekaz na poważnie przekonała się zarówno grupa Judas Priest jak i kolejna sława ostrej muzyki AC/DC. Wokół tej ostatniej grupy od wielu już lat toczy się dyskusja na temat ich satanizmu. Pomijając w tym miejscu atmosferę koncertów, warto zatrzymać się przy samej nazwie grupy. Oficjalna wersja głosi, iż jest to skrót oznaczenia: "prąd stały/prąd zmienny". Natomiast nieoficjalna, iż chodzi tu o "Anti Christ Death to Christ" (Antychryst, śmierć dla Chrystusa). Podobnie rzecz ma się z rockową gwiazdą sprzed wielu lat, grupą KISS. Pierwsze skojarzenie to oczywiście słowo "pocałunek" - zgodnie z nazwą. Fani jednak z lubością przekazują sobie inną wersję tej nazwy jako skrót od "Kids in Satan Service" (Dzieci w służbie szatana). Pikanterii w przypadku tego ostatniego zespołu dodaje wyjątkowa atmosfera koncertów, podczas których grupa pojawiała się w demonicznych makijażach, co w latach 70-tych wywoływało niemałą sensację. Tymczasem od paru lat makijaż i demoniczność zniknęła ze sceny, ustępując miejsce przebojowi o tytule "God Gave Rock'N'Roll To You" (Bóg dał Tobie Rock & Roll). I znów to samo pytanie: zmiana wizerunku, czy tylko chwilowe zatarcie śladów po doświadczeniach Judas Priest i AC/DC?

Ten ostatni zespół ma bowiem na koncie niezbyt przyjemne doświadczenie. W 1985 roku policja w Los Angeles ujęła Richarda Ramireza znanego dotychczas jako "Nocnego Łowcę" . Miał na koncie 16 morderstw oraz wiele brutalnych gwałtów i napadów. W 1989 r. został skazany na śmierć. Był fascynatem zespołu AC/DC. Twierdził, że jest pod opieką szatana. W połączeniu z narkotykami wytworzyło to mieszankę wybuchową i to w najbardziej makabrycznym wydaniu. Według policji styl napadów i morderstw przypominał to co australijska grupa zawarła w utworze "Night Prowler" z płyty "Highway To Hell" (Autostrada do Piekła). Ten australijski zespół już od dłuższego czasu cieszy się otoczką satanizmu wytworzoną wokół siebie. Nie on jeden zresztą. Koncerty grupy Iron Maiden to bardzo mroczny klimat pełen magii i aury tajemniczości. Wcześniej jednak, na pomysł robienia z koncertów widowisk wpadł Vincent Damon Furnier. Przybrał pseudonim Alice Cooper, rozgłaszając, iż uważa się za reinkarnację czarownicy spalonej na stosie czterysta lat wcześniej. Jego koncerty były i są nadal niezwykłym połączeniem makabryczności i horroru z teatralnym przedstawieniem. Potrafił obrzucać słuchaczy robactwem i zgniłymi warzywami. Pojawiał się otoczony jadowitymi wężami i filmowymi potworami a finałem koncertu był inscenizacja śmierci Alice Coopera pod gilotyną, na szubienicy czy krześle elektrycznym. Inscenizował sceny dzieciobójstwa, a wszystko to ilustrowane utworami mówiącymi o przemocy, dewiacjach seksualnych, totalnej wolności czy zbędności szkoły. Nastolatkom takie show niezwykle się podobało i Alice Cooper zdobywał popularność. Znalazł w szokowaniu wielu naśladowców. Ostatni szum wokół grupy Marilyn Manson jest przykładem, że ograne schematy sprawdzają się. Wyreżyserowany spektakl z pogranicza kiczu ciągle przyciąga, dzięki czemu wykonawcy tacy jak chociażby King Diamond mogą po prostu "zbijać kasę" na "dzieciakach".

Nie wszyscy jednak są satanistami (ukrytymi bądź oficjalnymi). Jeden z członków grupy Disharmonic Orchestra, Patric Klopf czuje się chyba bardziej hippisem niż metalem, bowiem kiedyś wyrwało mu się takie oto wyznanie: "Nie bardzo rozumiem, jak można wykrzykiwać te wszystkie satanistyczne bzdury, gdy życie samo podsuwa, tak istotne tematy, jak zagrożenia wojenne czy dewastację środowiska naturalnego człowieka." Są więc przeróżne oblicza rocka. Nadmierne demonizowanie, podobnie jak i lekceważenie problemu nie oddaje całej rzeczywistości, która jak to w życiu, bywa bardzo złożona. Ostatnimi czasy całkiem nieźle powodzi się przecież chrześcijańskiemu rockowi, który całkiem niespodziewanie wkracza nawet w dziedzinę death metalu. Kiedyś w jednej z mocno rockowych audycji radiowych można było usłyszeć o zespole, który reklamował się hasłem: "Pora odwrócić odwrócone krzyże". Niestety nazwa tej grupy utonęła gdzieś w hałasie wygenerowanym przez inne grupy death metalowe prezentowane w tejże audycji.

Satanistyczne i demoniczne symbole wykorzystywane są często bez wiedzy o ich znaczeniu, a przynajmniej w przypadku tzw. gawiedzi. Ilu fanów zespołu Led Zeppelin mogło wiedzieć, że symbol trzech połączonych okręgów, widniejący na perkusji Johna Bonhama to nic innego jak zakamuflowana liczba 666, podobnie jak słowo "Zoso" widniejące tu i ówdzie podczas koncertów tejże grupy?

Satanizm jest najbardziej widocznym i hałaśliwym elementem rocka. Lecz przecież zdarzają się i bardziej subtelne zagrania. Kiedy The Beatles nagrali utwór "Lucy in the Sky of Diamond" to praktycznie tylko zainteresowane osoby zwróciły uwagę, iż robiąc z tytułu skrót otrzymujemy: LSD - popularny wśród hippisów narkotyk. Dwuznaczność - to jest to na czym budują swój wizerunek gwiazdy rocka. Reszcie zostaje tylko bezmyślne naśladowanie "idola".

Gromy spadały również na Rolling Stones szczególnie za utwory w rodzaju "Sympathy For The Devil" czy "Midnight Rambler" gdzie artysta "wcielał się" w mordercę kobiet - psychopatę z Bostonu. Podobno chodziło tylko o to, aby w przewrotny sposób pokazać istotę Zła. Tak przynajmniej głosi oficjalna wersja zespołu. Nie przeszkadzało to jednak wydać płyty o tytule: "Their Satanic Majesties Request". Sama grupa uwielbiała szokować. Wywołali oburzenie utworem "Brown Sugar", a konkretnie wyjątkową aurą sadyzmu w nim obecną. Mają też na koncie rzadko pokazywany, bo mocno nieprzyzwoity, reportaż filmowy "Cocksucker Blues" z 1972 r. Inny film, wcześniejszy o dwa lata, "Gimme Shelter" zawierał autentyczne zdjęcia z tragicznego wydarzenia z jednego z koncertów, gdzie członkowie gangu "Hell's Angels" zamordowali na oczach tłumu i kamery, jednego z widzów. Mickowi Jaggerowi zarzucano kontakty z "gwiazdami" satanizmu, a szczególnie z jednym: Kennethem Angerem - reżyserem satanistycznych filmów drugiego obiegu. Był on zafascynowany Aleisterem Crowleyem - jednym z twórców satanizmu. Podobno Jagger, Keith Richards i Anger zetknęli się osobiście. Anger miał ich wtajemniczyć w specyfikę rytuałów czarnej magii oraz wprowadzić do masońskiej Loży Złotego Świtu. W każdym razie, na pewno Jagger nagrał muzykę do jednego z filmów Angera ("Invocation of My Demon Brother" z 1969 r.). Zwykła, młodzieńcza zabawa? Być może, lecz jakże niebezpieczna. W filmie "Adwokat Diabła" (notabene: ścieżka dźwiękowa zawiera utwór The Rolling Stones) Keanu Reeves, również robi karierę, lecz za jaką cenę!

Artykuł opublikowany w: "Cywilizacja" nr 3/2002, s. 211 - 220

Autorem jest dr. Tomasz Brzustowski.

Sodalitium Pianum

Sodalitium Pianum

Komentarze (6):

Jacek Schmidt Wrz 13, 2011, 11:09 po południu

Artykuł zawiera odniesienia do lat dawno minionych. dzisiaj - teledyski sygnowane przez VEVO - prosze zobaczyć (Lady Gaga, Britney Spear, Katty Perry, Beyonce, Rihanna). Wszystko w wartstwie tanecznej - przekaz nie tyle jest profanacją (bo to już dawno próg przekroczony). To tworzenie nowej rzeczywistosci. Proszę zerknąć na teledysk Willow Smith \"XXI Century\'s Girl\". Willow jest córką Willa Smitha, znanego członka masoneri (Illuminati), to dziecko ma w trakcie tego teledysku 7-8 lat. Warto zwrócić uwagę na słowa... Albo proszę wpisać w Google hasło \"Illuminati przemysł muzyczny\". Sodalitium - warto o tym raczej ostrzegać, a nie pisać (choć to też cenne) o sprawach sprzed 30 lat... Tamto to niewinne igraszki były w porównaniu.

AlexanderDegrejt Wrz 13, 2011, 11:17 po południu

\"Wystarczy rozejrzeć się po ulicy. Każdy \"przyzwoity\" punk za punkt honoru policzy sobie skopanie \"metala\" a ten ostatni nie omieszka odwdzięczyć się tym samym.\" - dawno nie czytałem większej bzdury...

Sodalitium Pianum Wrz 13, 2011, 11:48 po południu

Jacek Schmidt,
Will jest nie tylko masonem, ale być może i homoseksualistą. Jego małżeństwo się rozpada. W USA aż huczy od plotek, że przyczyną rozwodu był jego związek z Treyem Songiem.

Jacek Schmidt Wrz 14, 2011, 10:14 rano

do komentarza AlexanderDegrejt@ dawno nie czytałem więszej bzdury

SzEm Wrz 14, 2011, 11:14 rano

O, Jacku widzę (czytam) o rzeczach o których nie mam zielonego pojecia...

pokaż więcej komentarzy
facebook